niedziela, 15 marca 2009
Do zobaczenia pod Filippi

Kiedy spoglądając na pierwszą stronę wikipedii uświadomiłam sobie, że dziś idy marcowe, przed oczami przemknęły mi sceny z różnych filmów, zapamiętane w jakimś bliżej nieokreślonym dzieciństwie wrażenia. 2053 lata temu został bowiem zamordowany jeden z herosów mojego dzieciństwa, Juliusz Cezar. Tak, każdy, kto się teraz obruszy, że nie jest to odpowiedni bohater dla dziecka, będzie zasadniczo miał rację, ale tak właśnie było. Na pocieszenie mogę jedynie dodać, że za sprawą Roberta Gravesa i serialu według jego powieści innym rzymskim herosem, którego wielbiłam w dzieciństwie, był cesarz Klaudiusz (skądinąd ostatni człowiek, który znał język etruski i kartagiński).

Musiałam mieć kilkanaście lat, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam film Juliusz Cezar Josepha Mankiewicza na podstawie Szekspira. Wydaje mi się wręcz, że jestem w stanie dość dokładnie datować to zdarzenie na czas, kiedy miałam piętnaście lat i zmienialiśmy mieszkanie, albowiem mam nieodparte wrażenie, że widziałam ten film na telewizorze stojącym gdzie indziej niż później, po zakończeniu przeprowadzki... W każdym razie jakkolwiek pamiętam, że niezupełnie chwytałam, o co chodzi na samym początku, dopóki Kalpurnia nie zaczęła przekonywać Cezara, żeby nie szedł do senatu, nigdy nie zapomnę kolosalnego wrażenia, jakie zrobiła na mnie scena przemowy Marka Antoniusza - najwspanialszy chyba literacki obraz mocy retoryki, tu, w tym pod wieloma względami przestarzałym filmie, pokazany mistrzowsko. Po części oczywiście dzięki aktorskiemu geniuszowi i charyzmie Marlona Brando (bardzo młodego i nijak nieprzypominającego don Corleone). Reakcje tłumu są pokazane bardzo prostymi środkami - dziś momentami wręcz śmiesznymi, ale aktorstwo tej konkretnej sceny nie zestarzało się ani na milimetr. Skądinąd w rolach zamachowców też wystąpiły późniejsze wielkie gwiazdy: John Gielgud jako Kasjusz i James Mason jako Brutus.

Pamiętam też, jakim zaskoczeniem było wówczas dla mnie, że tytułowy bohater ginie dość wcześnie, a potem jest jeszcze dużo filmu. Dużo później natomiast uświadomiłam sobie, że scena sprzed bitwy pod Filippi, kiedy Brutusowi ukazuje się duch Cezara, nie jest wymysłem Szekspira, ale jest wariacją na temat ostatniej sceny z żywotu Cezara pióra Plutarcha, gdzie Brutusowi dwukrotnie ukazuje się widmo przedstawiające się jako "daimon kakos", czyli raczej w przybliżeniu 'zły duch', zwiastun złego losu. Szekspir jedynie poszedł o krok dalej, nadając tej scenie więcej dramatyzmu. Nawiasem mówiąc, jednym z moich największych rozczarowań telewizyjnych był nie tak dawny spektakl Teatru Telewizji z jakąś plejadą autentycznych teatralnych gwiazd polskich (Radziwiłowicz, Frycz itd.) - spektakl nudny, pretensjonalny i bez pomysłu, którego nie zdołałam obejrzeć do końca (to taki mały ukłon w kierunku poprzedniej notki).

Swoją drogą, pozwolę sobie tutaj na małą dygresję, mam wrażenie, że w szkole polskiej Szekspir przedstawiany jest trochę jak taki prostaczek obdarzony sceniczno-dramaturgicznym geniuszem, który pisze sztuki na wszelkie możliwe tematy, czerpiąc z bliżej nieokreślonej historii - w najlepszym bowiem przypadku wspomina się, że Makbet jakoś tam ma się do na pół legendarnych dziejów Szkocji, temat Hamleta zaś zaczerpnął Szekspir ze wzmianki w jakiejś kronice. Ani słowa o tym, że ewidentnie Szekspir był niezwykle oczytany i znacznie więcej motywów czerpał ze źródeł - i to wcale niekoniecznie z mało znanych zapisów kronikarskich. Nie zamierzam wyważać tu drzwi zapewne wiele lat temu otwartych przez szekspirologów, ale dodam jedynie, iż najwyraźniej lektura Plutarcha dostarczyła Szekspirowi natchnienia nie tylko do świetnej sceny w Juliuszu Cezarze, ale również do... finału Romea i Julii, który jest twórczym przetworzeniem ostatnich godzin wspomnianego już dziś Marka Antoniusza i Kleopatry VII, opisanych w żywocie Antoniusza.

Edukacja licealna upłynęła mi w dużej mierze pod znakiem tłumaczenia De bello gallico (i rozmaitych kawałków z Cycerona dla przeciwwagi zarówno stylistycznej jak i politycznej), co jednakowoż nie zniechęciło mnie do autora, ale wręcz przeciwnie. Nic na to nie poradzę, ale jakkolwiek bym nie podziwiała tych wszystkich Ariowistów i Wercyngetoryksów (temu ostatniemu szczerze współczuję losu, jaki go w końcu spotkał, a na który nie zasłużył), to w ogólnym rozrachunku sympatyzowałam z Cezarem. Zwłaszcza że wśród tych wszystkich opowieści o marszach, zakładaniu obozów, budowaniu mostów i negocjacjach z kolejnymi plemionami barbarzyńców, zdarzają się takie absurdalne perełki jak uwaga o łosiach, które nie mają stawów kolanowych i w związku z tym śpią na stojąco, oparte o drzewa, żeby się nie przewrócić, bo nie byłyby w stanie się podnieść. Skąd się to Cezarowi ulęgło w głowie, nie mam pojęcia.

Może po części również dlatego, że z jakichś pobocznych lektur wiedziałam, że pogromca Galii nie był tylko geniuszem militarnym, ale również człowiekiem z krwi i kości, którego życiorys był barwny i niebanalny. W ostatnich czasach uporządkowałam wreszcie co nieco wiedzę na ten temat i mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że nie byłabym w stanie nie podziwiać odwagi politycznej, dalekowzroczności (której tak bardzo brakowało wielu politykom obozu przeciwnego) czy wręcz brawury tego człowieka. Najpierw w czasach krwawej dyktatury Sulli małżeństwo z córką jednego z największych wrogów dyktatora, proskrybowanego i zgładzonego Korneliusza Cynny; małżeństwo być może z prawdziwego uczucia, bo jak inaczej wytłumaczyć, że młody człowiek u progu kariery nic sobie nie robi z gróźb dyktatora i nie tylko żeni się z panną, ale też ucieka wraz z nią z kraju? Następnie afera z piratami, którym Cezar z pełną dezynwolturą oznajmia, że okup, jakiego za niego żądają, jest zbyt niski. A potem de facto ucieczka do Galii przed dłużnikami - zamieniona w pasmo sukcesów. Potem kolejne ryzykowne ruchy, wielokrotne stawianie wszystkiego na jedną kartę... I w zasadzie tylko jeden błąd polityczny: nieliczenie się z konserwatyzmem większości współczesnych polityków, którzy po prostu nie są w stanie zauważyć, że świat się zmienia, a dotychczasowe formy rządów prowadzą państwo na skraj katastrofy. Nie widzą też, że zabijając Cezara, torują drogę człowiekowi, który z lekcji, jaką było życie, a raczej śmierć wuja, wyciągnie jeden fundamentalny wniosek: że trzeba uśpić czujność senatorów, a dożywotnia dyktatura wprowadzi się sama, choć pod inną nazwą.

Nie mogę też nie docenić faktu, iż Cezar odbudował to, co sto lat wcześniej poniszczyli zwolennicy twardogłowej polityki wymazywania pewnych miejsc i faktów z mapy czy też z historii, czyli Kartaginę, zrównaną z ziemią na wniosek frakcji Katona. Przyczynił się również do odbudowy zburzonego w tym samym roku co Kartagina, ale za to bez ideologicznych podstaw ku temu, po prostu w akcie bezmyślnego wandalizmu, Koryntu.

Lubię też Cezara za coś, za co feministki zapewne zechcą mi głowę urwać - że ewidentnie był bardzo sexy. I nie sądzę, żeby afrodyzjakiem była tu głównie władza. Bo gdybym miała mówić o romansach, to zaczęłabym od opowiastki z wczesnej młodości, kiedy Cezar wplątał się w romans z królem Bitynii. Lubię go też za to, że ewidentnie pomimo tego, iż karierę robił w sposób dość bezwzględny, ewidentnie nieobce było mu uczucie przyjaźni i lojalności. Bodźcem do opuszczenia Galii i ruszenia na Rzym - tego ze słynnym przekroczeniem Rubikonu - była śmierć przyjaciela Klodiusza (który zresztą wcześniej przyczynił się do rozwodu Cezara z jego drugą żoną, Pompeją, tą, co to miała być poza podejrzeniami), zabitego przez przeciwników politycznych. Skądinąd, że pozwolę sobie znów na małą dygresję o pewnym ironicznym aspekcie tej sprawy. Mianowicie od stosu pogrzebowego Klodiusza zajął się budynek Curia Cornelia, ówczesnej siedziby senatu na Forum Romanum. W 44 r. Cezar zarządził odbudowę kurii i w tym samym roku zginął zamordowany na stopniach tymczasowej siedziby senatu w teatrze Pompejusza. Budowę Curia Iulia ukończył oczywiście Oktawian. Ustrinum czyli stos pogrzebowy Cezara ustawiono zresztą również w pobliżu, a następnie zbudowano mu tam świątynię, której pozostałości można oglądać do dziś, a do niszy, w której mieścił się ołtarz, ludzie nadal rzucają kwiaty. Jakoś tak miło mi się zrobiło, jak to zobaczyłam.

Najbardziej chyba jednak dramatycznym epizodem z życia Cezara była wojna domowa z Pompejuszem, wieloletnim sprzymierzeńcem, zięciem i zapewne również przyjacielem. Rozpad tej przyjaźni, zarówno osobistej jak i politycznej, nastąpił zresztą po śmierci Julii, jedynego legalnego dziecka Cezara, ukochanej córki pierwszej żony, co też wzmacnia tezę o romansowości tego związku, zakończonego zresztą śmiercią Kornelii. W wojnie domowej Cezar potraktował Pompejusza z pełną bezwzględnością (po części "na życzenie" tego ostatniego, któremu duma i ambicja nie pozwalały pogodzić się z nieuchronną klęską), ale wedle historyków bardzo źle zniósł fakt, że Pompejusz został zabity w Aleksandrii na rozkaz Ptolemeusza XIII, który (a raczej jego dworzanie) chciał w ten sposób przypodobać zwycięskiemu wodzowi. Niewykluczone, że ten postępek przyczynił się do tego, że Cezar poparł Kleopatrę w sporach o tron Egiptu; na pewno nie darował życia wszechwładnemu regentowi, eunuchowi Pothinusowi, który był pomysłodawcą tego zabójstwa. Plutarch wręcz pisze, iż Cezar płakał na widok przyniesionego mu sygnetu Pompejusza.

Ponieważ muszę jakoś zakończyć tę notkę, która jak zwykle rozrosła się w dość chaotyczno-dygresyjne uwagi, pozwolę sobie zacytować znów mojego ulubionego poetę, tym razem w wierszu osnutym wokół śmierci Pompejusza:

Jeżeli jesteś jednym z prawdziwie wybranych,
uważaj na to, jak osiągasz swą przewagę.
Jakkolwiek byś się wsławił, jakiekolwiek pochwały
twoich wielkich w Italii i Tessalii czynów
głosiłyby miasta, jakiekolwiek dla ciebie zaszczyty
uchwaliliby w Rzymie twoi wielbiciele -
nie ostoi się radość twoja ani tryumf
ani nie będziesz czuł się wyższą
(co to znaczy: wyższą?) istotą,
kiedy w Aleksandrii przyniesie ci Teodotos
w zbroczonej krwią misie
nieszczęsnego Pompejusza głowę.

I nie bądź nazbyt pewny, że w twoim życiu
ograniczonym, regularnym, przyziemnym
nie ma zdarzeń tak jaskrawych i strasznych.
Może w tej godzinie do porządnego domu
któregoś z twoich sąsiadów
wchodzi - niewidzialny, bezcielesny - Teodotos,
niosąc taką właśnie przeraźliwą głowę.

K. Kawafis, Teodotos, tł. Z. Kubiak
Cezar, Kleopatra i Cezarion

 
PS 1. A ponieważ bardzo lubię gdybanie historyczne (oczywiście w rozsądnych granicach), to zawsze zastanawia mnie, czy świat nie byłby lepszy, gdyby Oktawian zamiast zabijać Cezariona, syna Kleopatry, adoptował go, jak wcześniej on sam został adoptowany przez Cezara, i w sytuacji, kiedy nie miał męskiego potomka, wyznaczył go na swojego następcę - oczywiście pod warunkiem, że Liwia nie zdołałaby go pozbawić życia jak wszystkich innych młodzieńców zagrażających pozycji jej ukochanego Tyberiusza...

PS 2. Poszukałam scen z filmu Mankiewicza na youtube, ale niestety wybór jest nienajlepszy. Tutaj można zobaczyć kawałek sceny z mową pogrzebową Antoniusza (niestety pierwsze 50 sekund to wstęp, a mowa nie jest cała), tu zaś scenę przed mową Antoniusza.

wtorek, 03 marca 2009
I znowu klasycy

Ostatni weekend upłynął mi dość niespodziewanie pod znakiem przypadkowo oglądanych w telewizji staroci, które okazały się młodsze i żwawsze od wszystkiego, co się obecnie w naszym pięknym kraju produkuje telewizyjno-filmowo. Najpierw w sobotę obejrzałam kabaret z 1974 roku czyli "Gallux Show" Olgi Lipińskiej, produkt rozdzielający etap Zielonych Gęsi od Kabarecików. Nie mam szans tego pamiętać, ale u mnie w domu jako powiedzonko rodzinne funkcjonowało od zawsze "Panie Zaorski, nie mówi się chiba tylko chiba... chiba nie rozumiem" - i teraz usłyszałam to słynne "chiba" z ust Andrzeja Zaorskiego, wprawdzie w innym odcinku, ale jednak. A poza tym była to parada gwiazd nie tyle polskiej piosenki, ile aktorstwa w piosence. Był to ostatni, pożegnalny odcinek, po części przypominający wcześniejsze numery, więc po trochu było nostalgicznie czarno-biało, a po trochu nowo i kolorowo. I co ciekawe, widać tu było rodzącą się formułę Kabareciku z jego bałaganem, prześladowaniem przez peerelowską biurokrację (Barbara Krafftówna wracająca się po zaproszenie, mimo że wszyscy wiedzą, że była zaproszona i, co więcej już weszła) i niepowtarzalnymi postaciami Panny Basieńki, Pana Piotrusia i Pana Janeczka. Brakowało głównie Woźnego Tureckiego, a Wojciech Pokora był tylko jednym z wykonawców (niekończąca się Laska Nebeska w duecie z Krystyną Sienkiewicz). Zobaczyłam słynnego "Cyganka" - największy chyba przebój Jana Kobuszewskiego, który na starość niestety nieco za bardzo skabotyniał - podobnie zresztą jak cały Kabarecik w jego ostatnich odsłonach. No i były tu osoby, które (chyba, bo tak do końca, a raczej od początku, to też nie wiem) potem się nie pojawiały: jak wspomniana Barbara Krafftówna i Bohdan Łazuka, ewidentnie parodiujący wraz z resztą zespołu rodzime kapele w rodzaju Trubadurów. W całkiem odważnej piosence, w której najpierw wyliczano przysmaki bufetowe, by następnie stwierdzić, że tego wszystkiego nie ma, bo to "urojona kantyna".

Tu mała dygresja odnośnie skabotynienia. Mimo że z tymi ostatnimi odcinkami Kabareciku rozstawałam się w zasadzie bez żalu, jako że program wyraźnie stracił rytm i pomysł, to żałuję, że przestał istnieć, a Olga Lipińska odeszła w telewizyjny niebyt. Może gdyby porzuciła dość dosłowną doraźność (wybaczcie tę aliterację) na rzecz większego zaufania do inteligencji widza, utrzymałaby się na antenie, jako że narodowo-katolicka cenzura przenikliwością nie grzeszy, podobnie zresztą jak komusza... A naprawdę kobieta umiała robić telewizję jak dziś mało kto.

I tu dochodzę do odsłony drugiej, niedzielnej. Był to w TVP Kultura dzień poświęcony Annie Polony, jednej z niewątpliwie najwybitniejszych aktorek teatralnych, jakie miałam szczęście oglądać na scenie. Drugą była Teresa Budzisz-Krzyżanowska, która niestety w pewnym momencie odeszła z Krakowa i widziałam ją głównie w powtórzonej po wielu latach od premiery Nocy Listopadowej Andrzeja Wajdy, którą znałam na pamięć ze spektaklu telewizyjnego i płyty audio... pamiętam, że zaskoczeniem było wtedy dla mnie, że Jan Nowicki nie jest już tym czarnowłosym przystojniakiem z tv, tylko zdecydowanie starszym panem..

Ale do rzeczy. W ramach tego dnia Anny Polony pokazano między innymi jeden z odcinków "serialu" Z biegiem lat, z biegiem dni, takoż Wajdy. Bez wielkiej przesady powiem, że uważam ten spektakl (którego niestety w teatrze nie miałam szansy obejrzeć, ale pamiętam zachwyty mojej babci, która widziała jak był pokazywany gościnnie w Warszawie) za jedno z największych osiągnięć polskiego teatru pod każdym względem. Po pierwsze fenomenalne aktorstwo, które dziś trudno uświadczyć - zwłaszcza w telewizji, bo nie wątpię, że po teatrach jeszcze sie zdarzy. Po drugie genialny w swej prostocie pomysł scenarzystów (m. in. chyba Joanny Olczak-Ronikier), żeby dość koszmarkowate młodopolskie ramotki (Bałucki, Kisielewski, drugorzędna Zapolska - obok zresztą pierwszorzędnej, bo nie mogło zabraknąć Moralności pani Dulskiej) połączyć w rodzinną krakowską sagę o zderzeniu niezamożnego mieszczaństwa z modernistyczną bohemą oraz indywiduami do tejże zaledwie aspirującymi. W sumie Wajdowskie Wesele mogłoby być jednym z odcinków tej sagi... Pomysł był zaiste genialny, bo pozwolił na przykład pokazać, skąd brały się potworne panie Dulskie - o tym zresztą był ten powtórzony wczoraj odcinek wg Sezonowej miłości Gabrieli Zapolskiej. Fantastycznie rozegrana historia zawiedzionego zauroczenia i może jedynej dojrzałej decyzji, jaką podejmuje lekkoduch i podrywacz, grany przez Jana Nowickiego. A zarazem tło dramatu nieszczęsnego Felicjana Dulskiego (genialny Jerzy Bińczycki), który został tu przedstawiony wprawdzie jako mieszczuch pierwszej klasy, ale z poetycką duszą - paradoksalnie znacznie bardziej poetycką niż zgrywający artystów nieudacznicy z innych odcinków. Tylko że Anieli, zapewne pod wpływem kieszonkowych romansów, roi się coś więcej, podobnie zresztą jak wszystkim pannom w tej opowieści.

Nie wiem, czy był w Polsce równie udany serial (nazwijmy go tak dla wygody, w końcu scenarzyści zrobili z tych niepołączonych pierwotnie tekstów odpowiednik różnych Sag rodu Forsyte'ów) pod względem psychologicznym. Moim nieustająco ulubionym odcinkiem jest, nawiasem mówiąc, ten o Szalonej Julce (W sieci Augusta Kisielewskiego, skądinąd nudny kicz pierwszej wody), z którego kiedyś bardzo dawno widziałam kawałek ze słynnym monologiem o Szale Podkowińskiego i wpadłam po uszy. I w sumie marzę, żeby ktoś wreszcie wydał całe to arcydzieło na dvd, bo polityka dystrybutorów pod tym względem jest iście zdumiewająca.

Na koniec tego - jak zwykle - chaosu uwag, chciałam pobawić się w jakieś podsumowujące refleksje, ale chyba nic z tego. Bo zastanawia mnie nieustająco, dlaczego teraz nie powstają tak znakomite dzieła, zwłaszcza w telewizji (choć w filmie polskim też ze świecą by w ostatnich latach szukać arcydzieł, a nawet rzeczy przynajmniej naprawdę dobrych). A potem przypominam sobie o paradzie kolejnych dyrektorów, redaktorów, prezesów i nie wiem, czego tam jeszcze, w mediach publicznych, i przestaje mi się chcieć nawet o tym pisać. W TVP zabrakło miejsca dla wybitnych osobowości, a taka refleksja to, delikatnie mówiąc, banał.

W tej sytuacji, kiedy po raz kolejny dochodzę do wniosku, że pozostają tylko klasycy - nieważne czego: kabaretu, telewizji - mogę co najwyżej zadedykować wszystkim zadowolonym z siebie i misyjności pseudotańca pseudogwiazd na pseudolodzie zakończenie wiersza Dlaczego klasycy Zbigniewa Herberta:

jeśli tematem sztuki
będzie dzbanek rozbity
mała rozbita dusza
z wielkim żalem nad sobą

to co po nas zostanie
będzie jak płacz kochanków
w małym brudnym hotelu
kiedy świtają tapety

PS. Do wiadomości cenzora, oficjalnego lub nie, telewizyjnego: Herbertowi nie chodziło tu jeszcze o denny poziom reality shows i tym podobnych hitów ostatnich lat, bo ich jeszcze - szczęśliwie - nie było. Ale spsiała sztuka pozostaje spsiałą sztuką, czymkolwiek poza tym by była.

 Rzym, luty 2009

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright