środa, 31 marca 2010
Agora

Nie mogłam nie pójść na "Agorę", nie mogłabym też o tym filmie nie napisać. I jakkolwiek ogólna ocena wypada pozytywnie, ma on mnóstwo wad zarówno filmów o antyku jak i kina europejskiego. Te pierwsze to przede wszystkim niewiara realizatorów w to, że warto by sięgnąć do źródeł i odtworzyć epokę w zgodzie z nimi - faraońsko-świątynna architektura Biblioteki z Ramzesem II z Abu Simbel poutykanym, gdzie się da, irytowała mnie przez cały seans. Ale to w sumie temat na osobny wpis. Do tych drugich należy natrętne pokazywanie nam symulacji Ziemi widzianej z kosmosu, która następnie niczym przez naciśnięcie plusika na google-maps przybliża się, a widok skupia się na zachodniej części delty Nilu i położonej tam Aleksandrii.

Na samym początku filmu zabieg ten jest bardzo udany, zwłaszcza że temu schodzeniu z kosmosu na Ziemię towarzyszy wykład Hypatii o ruchach ciał niebieskich. Wykład, w którym nawet laik natychmiast wychwyci mnóstwo błędów - bo jest on zgodny z ptolemejską wizją wszechświata. Dociekania głównej bohaterki, prowadzące ją do odkrycia eliptycznych orbit planet krążących wokół Słońca, są jednym z leitmotivów spajających ten film - i kilkakrotnie jeszcze będziemy oglądać Ziemię z kosmosu itd. Problem, jak dla mnie, polega na tym, że im dalej w film, tym ten zabieg coraz mniej się czymkolwiek tłumaczy. Gdyby jeszcze realizatorzy mieli jakiś pomysł na to, żeby kolejne odsłony stanowiły ilustrację dla kolejnych etapów rozumowania Hypatii i jej pomocników, gdyby ten obraz kosmosu i Ziemi zmieniał perspektywę, stawał się coraz bardziej czytelny, wyraźny, gdyby na początku był powyginany i nie taki jak należy, a dopiero kiedy bohaterka dochodzi do swojego odkrycia, ukazywał nam się zgodny ze współczesną nauką... Niestety w istniejącej formie jest on dla mnie klasyczną "kieślowszczyzną" czyli niewiele ze sobą niosącą pseudogłęboką symboliką.

Na szczęście takich mętnych płycizn kuszących pozorną głębią jest w tym filmie mało - Amenábar jest zbyt dobrym rzemieślnikiem od trzymających w napięciu fabuł (Abre los ojos, Inni - ten ostatni film spokojnie znajdzie się w dwudziestce moich ulubionych), żeby kusiły go mielizny. Fabularnie "Agora" jest filmem spójnym, mającym dobre tempo i świetnie skrojone postacie. Drobne przesunięcia historyczne (prefekt Orestes nie był Aleksandryjczykiem ani uczniem Hypatii, ale poznał ją dopiero po przyjeździe do miasta, gdzie być może była jego główną informatorką o tym, co się w mieście dzieje; uczynienie Theona przełożonym Biblioteki) nie są rażące, zwłaszcza że dodają dramatyzmu fabule, pozwalając skupić ją na kilku głównych postaciach.

Co ciekawe, film jest najwierniejszy historii, kiedy opowiada dzieje aleksandryjskich chrześcijan - zapewne dlatego, że są to karty tak ponure, iż autorzy musieli uznać, że jedynie wierne odtworzenie tego, co znamy ze źródeł historycznych może zamknąć usta histerycznym przeciwnikom jakichkolwiek głosów krytycznych wobec kościoła. Opowiadając dzieje Ammoniusza, który został następnie (szczęśliwie dość zapomnianym) świętym Thaumazjuszem, a także biskupów Teofila i Cyryla z Aleksandrii oraz Synezjusza z Cyreny, zburzenia Serapejonu i wygnania Żydów, Amenábar niemalże cytuje historyków - i to także współczesnych historyków chrześcijaństwa. W bardzo ostrożnie i pobożnie traktującej ten temat książce z początków XX w. znalazłam taki cytat o Cyrylu: "Jakkolwiek oskarżanie naszego świętego o ten straszliwy czyn [udział lub przyzwolenie na zamordowanie Hypatii] jest poważnym oszczerstwem, niewątpliwie na wiele innych sposobów sprawiał on kłopoty rządowi." Udział Cyryla jest chyba najbardziej kłopotliwym dla kościoła epizodem tej historii - "Agora" ukazuje go jako dającego to przyzwolenie, ba, wręcz inicjatora pozbycia się niewygodnej filozofki, i jakkolwiek to się ma do historii, jest zapewne głosem we współczesnej kwestii w najlepszym razie milczenia wyższego kleru w kwestii tego, co wyprawiają podwładni. Parabolanie bowiem byli nieoficjalną gwardią biskupa i nie sposób uwierzyć, że nie miał on pojęcia o ich praktykach.

W tym filmie, wchodzącym akurat teraz na ekrany, niewątpliwie słychać echo aktualnych problemów, ale mnie osobiście uderzyło co innego: powracający obraz Biblioteki Aleksandryjskiej, w której po pogromie pogan, wygnaniu ich i zniszczeniu znajdujących się w budynku dzieł sztuki, stoją zagrody dla owiec i przechadzają się kury, a zdobywcy wciąż palą ogniska z bezcennych papirusów. To jest obraz jakby żywcem wzięty z dowolnego powojennego kraju komunistycznego, gdzie w dworach, wśród poniszczonych, roztrzaskanych, zrujnowanych mebli, obrazów i książek wałęsają się zwierzęta gospodarskie, a komisarz z grupą pijanych chłoporobotników pali w koksowniku resztką dobytku. To jest także obraz, który można zobaczyć w filmach o Rewolucji Francuskiej. I to jest znakomita paralela: każda rewolucja zaczyna się w imię pokrzywdzonych, w każdej do głosu dochodzą głównie fanatycy, każda przeradza się bardzo szybko w niszczycielską siłę. I w każdej w końcu głównym zwycięzcą okazuje się motłoch.

Trudno powiedzieć, czy Hypatia istotnie odkryła eliptyczny ruch planet; nie wiemy, czego konkretnie dotyczyły jej pisma i badania. Film kończy się stwierdzeniem, że trzeba było czekać ponad tysiąc lat, zanim Kepler dokonał swojego odkrycia - być może z punktu widzenia historycznego jest to naciągane, ale symbolicznie niezwykle prawdziwe, a trudno byłoby wyobrazić sobie inne zagadnienie, którym mogła zajmować się Hypatia, równie dobrze nadające się dla materii filmowej: dociekania naukowe są w tym filmie bardzo efektownie sfilmowane.

Przy całej sympatii realizatorów, leżącej po stronie głównej bohaterki, nie jest to film, w którym konflikty byłyby uproszczone, a racja wyłącznie po jednej stronie. Zamieszki w Aleksandrii niewątpliwie prowokują rosnący w potęgę chrześcijanie, którzy szydzą z innych religii i wyzywają przeciwników na "sądy boże", ale to hellenowie (tak nazywa się w tekstach z epoki "pogan") pierwsi postanawiają chwycić za broń. Cesarz odpowiada pozorną amnestią dla hellenów, ale tak naprawdę odbiera im wszystko, co stanowiło ich chwałę: Bibliotekę i Serapejon. Wkrótce nakaże też ochrzcić się wszystkim ubiegającym się o urzędy, eliminując w ten sposób religijnych rywali z życia publicznego.

Tu pojawia się kolejny bardzo ważny problem, poruszony przez ten film - jeśli jest on oskarżeniem czegoś oprócz fanatyzmu i rewolucji, to przede wszystkim hipokryzji. Hypatia Amenabara ginie przede wszystkim za niechęć do sprzeniewierzenia się własnym przekonaniom - i nie chodzi nawet o wiarę w dawnych bogów, w których moc zapewne wątpi, ale o niemożność przyjęcia znaków innej religii, do której prawdziwości również nie jest przekonana. Hypatia umiera za prawo do wątpliwości i zadawania pytań. To wartości, które nowoczesny świat nauczył się szanować i cenić, ale wciąż istnieją liczni, którzy chcieliby ich zakazać.

Najbardziej w całym filmie zachwyciła mnie scena, w której w trakcie realistycznego ukazywania zniszczeń dokonywanych przez motłoch w Muzajonie i Bibliotece kamera unosi się i nagle widzimy świat do góry nogami, z ruchem w lekko zwolnionym tempie (skądinąd równie duże wrażenie robią sceny przyspieszone, kiedy oglądamy palenie ksiąg) - jakby oko obserwatora nie dowierzało szaleństwu, jakie opętało ludzi. Jest to bodaj najmocniejsza i najprawdziwsza symboliczna scena, jaką widziałam w kinie w ostatnich latach.

Wielką zaletą "Agory" są też postacie i aktorzy. Nie przepadam za Rachel Weisz, ale tu sprawdziła się bardzo dobrze, zwłaszcza ze swoim wyrafinowanym angielskim akcentem, który doskonale pasuje do wykształconej przedstawicielki elity miasta sztuk i nauk, Aleksandrii Najjaśniejszej, perły świata starożytnego. Świetni są też nieznani poza tym szerzej aktorzy we wszystkich pozostałych rolach - kto wie zresztą, czy zatrudnienie gwiazdy do roli głównej, a żadnych znanych nazwisk do pozostałych, nie ma też wymowy symbolicznej: tak naprawdę z wszystkich uczestników tamtych zdarzeń, mimo że Cyryl i Synezjusz zostali świętymi, a Cyryl nawet doktorem kościoła, imię Hypatii świeci wciąż najjaśniej. Skądinąd Synezjusz, ten mniej wywyższony, dla współczesnego człowieka jest chyba jednak sympatyczniejszy: już jako dostojnik kościelny korespondował ze swoją dawną nauczycielką i nie zarzucił całkowicie zainteresowania nauką; to dzięki jego listowi wiemy, że Hypatię zajmowała między innymi kwestia gęstości cieczy i konstrukcja areometru.

Dobrze pomyślane są też postacie, zarówno te historyczne, o których wspominałam, jak i fikcyjny niewolnik Dawos, młodzieniec uzdolniony naukowo i za to doceniany, który jednakowoż potajemnie kocha się w swojej pani, a nie wierząc w możliwość spełnienia swoich marzeń, zostaje z rozgoryczenia i złości fanatycznym chrześcijaninem, członkiem gwardii parabolan. Szkoda tylko, że w jego postaci nie wygrał scenarzysta możliwego paralelizmu: Dawos w jednej z pierwszych scen, nie będąc jeszcze chrześcijaninem, wstawia się za niewolnicą, która ma zostać wychłostana, i przyjmuje za nią karę. Dopełnieniem jego losu byłaby decyzja, żeby następnie umrzeć razem z Hypatią, której w ostatnich chwilach może zaoferować jedynie zmniejszenie cierpienia - w finałowej scenie dusi ją, zanim jego towarzysze zasypią ją gradem kamieni, a następnie rozszarpią jej ciało. Zgodnie z historią w pontyfikalnym kościele biskupa Cyryla, przed samym ołtarzem. Ironia dziejów o tyle ciekawa, że edykt Teodozjusza pogan składających ofiary ze zwierząt kazał karać śmiercią.
Może jednak istotnie, jak zostało mi to zasugerowane po seansie, jego karą ma być to, że do końca dni swoich będzie żył ze świadomością, że przyczynił się do upadku tego, co tak naprawdę kochał - nie tylko uwielbianej kobiety, ale również nauki. Dawos zresztą dość wcześnie, kiedy musi palić ciała pomordowanych przez parabolan Żydów (tu też brawa dla scenarzysty i reżysera za to, że nie bali się pokazać wzajemnej niechęci i aktów agresji), zdradza się wśród współbraci tym, że ośmiela się zadawać pytania i poddawać wiarę próbie wątpliwości. Być może gdyby nie śmierć Ammoniusza w zamieszkach, spotkałby go los taki, jak jego dawną panią.

A może scenarzysta pozostawił go przy życiu po to, żeby podkreślić paralelizm tej postaci z Orestesem, który przecież w tej wersji opowieści oświadczył się Hypatii i został odrzucony. Obaj ci mężczyźni, choć z innych pobudek, zostają chrześcijanami "okazyjnymi", żaden nie jest człowiekiem naprawdę wierzącym. A może właśnie są: bo to oni dwaj może niedoskonale i tchórzliwie, ale jednak przechowują wiarę w przyzwoitość człowieka, równość kobiet i mężczyzn (fenomenalna scena czytania mizoginicznego listu Pawła - sugestia odchodzenia kościoła od jego egalitarystycznych początków) i wartość myślenia. Jeden i drugi ponoszą klęskę, bo - jak mówi Hypatia swoich w ostatnich słowach, skierowanych do usiłującego ją ratować środkami administracyjnymi Orestesa (Dawos będzie ją później usiłował ostrzec przed poszukującymi jej mordercami): "Cyryl już zwyciężył".

Szkoła ateńska

PS. Ponieważ nie lubię się sugerować opiniami innych, dopiero teraz przeczytałam zasugerowaną przez Anuszkę recenzję. I po prawdzie trochę mi ręce opadły, bo powinnam właściwie kolejną notkę napisać i to chyba w kategorii "contra postmodernitatem". Ograniczę się więc do kilku, moim zdaniem najbardziej absurdalnych sformułowań autorki.

1) By funkcjonować na tytułowej agorze, to znaczy - wspierać radą najpierw ojca, wysokiego urzędnika, a następnie zaprzyjaźnionego prefekta w rozgrywkach z mało rozgarniętym „rządem” (chyba senatem?) miasta - Hypatia poświęciła swoją cielesność, do której wedle twórców filmu czuła niejakie obrzydzenie.

- Tym zdaniem autorka na wstępie przekreśla swoje kompetencje. Po pierwsze bowiem Senat to był w Rzymie, a  prowincjami i miastami prowincjonalnymi rządzili zazwyczaj odpowiedniej rangi urzędnicy z grupą doradców. Po drugie anegdotę o zakrwawionej chustce można znaleźć we wszystkich naukowych opracowaniach dotyczących Hypatii, a zważywszy, że taż była zwolenniczką platonizmu bądź neoplatonizmu, niechęć lub wręcz pogarda dla cielesności była u niej całkowicie na miejscu, a nie jest żadnym wymysłem twórców filmu.

2) Bohaterka nie robi ani jednego gestu w stronę innych kobiet. Nie szuka żadnej zdolnej następczyni, nie interesuje się też ukaranymi niewolnicami, choć do wybatożonego niewolnika przychodzi nocą, żeby opatrzyć mu plecy.

- Hypatia  przedstawiona w filmie jest filozofem i uczoną, dla której liczy się "arystokracja intelektu" i wedle takich kryteriów ocenia ludzi, a płeć i urodzenie mają dla niej drugorzędne znaczenie. Docenia osiągnięcia naukowe swojego niewolnika, doceniłaby też kobietę, która chciałaby słuchać jej wykładów i dyskutować. Swoją drogą, nie mamy pojęcia, czy interesuje się niewolnikami w stopniu większym niż niewolnicami - w filmie karę ponosi chłopak, więc to jego należy opatrzyć - ten fabularny szczegół najwyraźniej umknął recenzentce, zaślepionej pisaniem o "wielkiej feministycznej ściemie" (tytuł).

3) Film Amenabara mógłby stać  się interesującą analizą kolonialnej arogancji tradycyjnie pogańskich Rzymian jako czynnika, który napędzał rozwój chrześcijaństwa w IV w. n.e., gdyby chociaż w większym stopniu skupiony był wokół wątku równości.

- Tylko że to byłby zupełnie inny film i o czymś innym, i (pomijając postmodernistyczną retorykę) gdyby miał być o znaczeniu rzymskiej gospodarki dla szerzenia się chrześcijaństwa u warstw najniższych, to powinien dziać się w drugiej połowie III w., a nie na przełomie IV/V. W dodatku ten film jest jak najbardziej o równości. Tylko tej trudniejszej - tej, którą daje  współuczestnictwo w wiedzy i kulturze. Nawiasem mówiąc, gospodarcza arogancja Rzymian bynajmniej nie skończyła się z nastaniem chrześcijaństwa, ale wraz z wpływami barbarzyńskimi wyprodukowała średniowieczny feudalizm.

4)  Nie jest zresztą pewne, czy w Aleksandrii istniały jeszcze jakieś inne Rzymianki.

- Zakładam, że recenzentce chodzi o "rzymskich kolonizatorów uciskających rdzenną ludność" (a nie "obywateli rzymskich", vide Paweł z Tarsu) - czym ta ostatnia miałaby zresztą być w dawno zhellenizowanym Egipcie? - czyli osoby pochodzące z Italii. A tu niespodzianka: Hypatia wywodziła się właśnie ze zhellenizowanej rodziny egipskiej, etnicznie z Rzymem nie miała zatem nic wspólnego. A na marginesie: myślę, że Rzymianek było nadal w Aleksandrii bardzo dużo, chociażby z rodzin urzędników imperialnych.

Jeśli cokolwiek zasługuje więc na miano ściemy, to ta recenzja - niekompetentna, ideologiczna, wskazująca na całkowite niezrozumienie filmu i, jeszcze większe, jego kontekstu.

niedziela, 28 marca 2010
Muzyka w starym Krakowie

Jak już pisałam jakiś czas temu, Parsifal Wagnera należy do moich ulubionych dzieł muzycznych, bezustannie zadziwiając mnie poza wszystkim kolejnymi pokładami znaczeń i symboliki. Paradoksalnie uważam, że dzieło to doskonale sumuje absurdalna historyjka z niezbyt skądinąd udanej powieści Philipa K. Dicka Valis: "Parsifal jest jednym z tych spiralnie pokrętnych dzieł kultury, po kontakcie z którym człowiek ma poczucie, że czegoś się dowiedział, czegoś cennego, a może nawet bezcennego, ale po głębszej analizie nagle drapie się w głowę i powiada: 'Chwileczkę, przecież to nie ma sensu.' Już widzę, jak Ryszard Wagner stoi przed bramą do Raju. 'Wpuśćcie mnie, powiada. Jestem autorem Parsifala. Jest tam o świętym Graalu, Chrystusie, cierpieniu, litości i uzdrowieniu.' A oni na to: 'Wiemy, czytaliśmy i to się nie trzyma kupy.' I TRZASK mu bramę przed nosem. Wagner ma rację i oni mają rację. To kolejna chińska pułapka na palec."

Nie jestem aż tak krytyczna wobec tekstu: jest on pokrętny, złożony i wielowarstwowy, a już z pewnością niejednoznaczny, ale sensu jest w nim na moje oko aż za dużo, a nie za mało. Co więcej, Dick myli się w jednym względzie: jakkolwiek jest to dzieło o Graalu, cierpieniu, litości (tłumaczu Valisa, kimkowiek byłeś, raczej: współczuciu) i uzdrowieniu, to nie sposób powiedzieć, czy jest to dzieło o Chrystusie, ponieważ wprawdzie wiele się tu mówi o Zbawcy (Erlöser), to nigdy nie pada jego imię, a mnóstwo elementów dzieła odbiega daleko od doktryny chrześcijańskiej. I nie jest to moje odkrycie, ale kogoś bardziej fachowego - jak N odzyska link do właściwego artykułu, to go tu umieszczę. Być może dzieje się tak dlatego, że, jak się również dopiero dziś dowiedziałam i to między innymi z tekstu napisanego przez osobę, o której wiem, że jest ortodoksyjną katoliczką, jedną z inspiracji Wagnera był tu buddyzm. Jeśli wziąć to pod uwagę, to wiele niejasnych fragmentów, np. dziwaczne utożsamienie wielu postaci mitycznych z bohaterami, a także eklektyzm mitologiczny, nabiera sensu. Wątki chrześcijańskie, wraz z mnóstwem innym, tworzą tu mityczne universum, którego żadna konkretna religia nie mogłaby zawłaszczyć. Może po prostu Dick nie wysłuchał Parsifala, jednocześnie czytając libretto, wystarczająco wiele razy, bo moje osobiste odczucie jest takie, że dopiero wielokrotne obcowanie z tym dziełem pozwala wyjść poza zachwyt samą muzyką. Dopiero dziś na przykład odkryłam, jak ładnie grają tam bardzo drobne motywy muzyczne, jak pewne paralelizmy treści są podkreślone przez użycie tych samych fraz. Co więcej - wskazane przez to elementy dotychczas wcale nie wydawały mi się łączyć, a jak już się połączyły, to nagle pojawiły się wspomniane nowe pokłady znaczeń.

To zresztą jest zapewne jedna z głównych przyczyn mojej fascynacji muzyką Wagnera, czy raczej jego twórczością: jak wiadomo wierzę przede wszystkim w mit, a mało kto - zwłaszcza w czasach nowożytnych, ba, nowoczesnych przecież, tak fenomenalnie rozumiał jego istotę. Wielu poetów romantycznych zbliżało się do tego (ogólnie pisarzom się to niekiedy udaje), ale najwyraźniej dopiero synteza sztuk, jaką zaproponował Wagner pozwoliła na realizację myślenia mitycznego w całej jego pełni. Bo problem z mitem, zwłaszcza dla człowieka współczesnego, pooświeceniowego a może już porenesansowego, polega na tym, że mitu nie da się opowiedzieć jednoznacznie, jego istotą jest konsekwentna niekonsekwencja - i tu fantastycznie w sukurs przychodzi muzyka, która z natury swojej nie jest jednoznaczna, określona i niosąca czytelne treści.

No dobrze, napisałam sobie te luźne uwagi o samym dziele - ale można by właściwie zapytać, czemu do niego wracam tak niespodziewanie, poruszając przy tym wiele wątków, które obsesyjnie powracają na tym blogu. Ano dlatego, że byłam wczoraj wieczorem na estradowym wykonaniu drugiego aktu Parsifala w Filharmonii Krakowskiej i oprócz odkrycia niedostrzeganych wcześniej szczegółów w samym dziele, odkryłam również śpiewaczkę, w której głosie i ekspresji scenicznej zakochałam się od pierwszego wejrzenia, a konkretnie od pierwszych zaśpiewanych przez nią dźwięków, którymi w drugim akcie są jęki wzywanej przez Klingsora Kundry.

Odkrycie nazywa się Marjorie Elinor Dix, jest dość młodą Amerykanką, zatrudnioną w Metropolitan Opera, śpiewającą coraz poważniejsze partie, więc istnieje szansa, że zrobi karierę i będę sobie mogła kupić jej nagrania. Bo jest ona niezwykła: po estradowym wykonaniu zasadniczo nie spodziewa się człowiek gry aktorskiej, a ona oprócz tego, że ma olśniewający głos, to jeszcze stojąc w miejscu potrafiła przekazać wszystkie emocje targające bohaterką, a kiedy śpiewała ostatni fragment roli to wydawało się, że dach Filharmonii uleci w niebo, ponieważ ten głos i ta ekspresja nie zmieszczą się w sali.

Muszę przyznać, że nie spodziewałam się usłyszeć czegoś takiego w Krakowie. Choć ponoć nawet nasza opera dźwignęła się z niebytu, jaki pamiętam z czasów dzieciństwa (Skołuba, którego nie było słychać i tym podobne cuda), więc może idą lepsze czasy. Ponieważ jest to quasi-recenzja, z obowiązku dodam, że panowie (John Cheek jako Klingsor i Thomas Mohr jako Parsifal) byli co najmniej poprawni, choć Parsifal w pierwszej połowie jakby nie był w stanie wczuć się dobrze w emocje bohatera - ale od połowy, kiedy z lirycznego tonu przechodzi się w dramatyczny, było bardzo dobrze. Głosowo wszyscy - włącznie z młodymi polskimi śpiewaczkami w rolach Dziewcząt-Kwiatów - byli świetni, zważywszy, że występowali na estradzie, mając orkiestrę tuż obok siebie, a nie w kanale. Orkiestra Filharmonii Krakowskiej spisała się całkiem nieźle, tylko raz bardzo nieznacznie kiksowały waltornie, będące niestety najsłabszym ogniwem wielu orkiestr średniej klasy.

Jednym słowem - jest nadzieja. Także na to, że i w Polsce będzie można posłuchać na żywo Wagnera w naprawdę dobrym wykonaniu. Bo to, co widziałam kilka lat temu w wykonaniu Opery Śląskiej, stało na podobnym poziomie jak Opera Krakowska z czasów mojego dzieciństwa.

PS. Obowiązkiem recenzenta jest również napisanie o tym, co było źle. A źle przede wszystkim była broszurka z librettem. Znaczy się, pomysł dobry, że można słuchać śledząc jednocześnie tekst, projekt graficzny bardzo ładny. Ale w środku... katastrofa. Po pierwsze ktoś, kto wklepywał tekst (albo też przepuścił go przez jakiegoś sprawdzacza błędów, ewidentnie anglojęzyczny zamiast niemieckojęzycznego) nie wiedział, że w języku niemieckim istnieją słowa takie jak Tor (głupiec) i Tat (czyn), albowiem zamiast tego w tekście z uporem godnym lepszej sprawy występują Thor i That. Ten Thor to nawet jest zabawny, bo przez przypadek dodaje co nieco do kwestii mitu.  Po drugie tłumaczka  (z Opery Narodowej w Warszawie, więc niby nie wina Krakowa, ale w Krakowie adiustowały teksty aż dwie panie, które skądinąd Thorów i Thatów też nie dostrzegły) z niewiadomych powodów potraktowała czytelnika jak idiotę, w związku z czym w tekście polskim pojawiły się idiotyczne uproszczenia, np. zamiast Herodiady pojawia się "bohaterka" (aż strach pomyśleć, że to równie dobrze może być ignorancja, a imię skojarzyło się z heroiną...), a sens całego wezwania Kundry przez Klingsora na samym początku bierze kompletnie w łeb. Kwiatków przekładowych było więcej, ale nie będę szanownych czytelników zanudzać przykładami. Ciekawi mnie jednak, za co wzięły pieniądze te dwie adiustatorki, wymienione w podpisie zaraz po tłumaczce...

Apollo

niedziela, 14 marca 2010
Liczba Pi i maszyna parowa

Dziś, jak się dowiedziałam, dzień liczby Pi (π). Matematyka to w moim życiu dość skomplikowane zjawisko: nie mam mianowicie pojęcia, czy mam do niej zdolności, czy też nie. Zważywszy, że pochodzę z rodzin, w których zainteresowania przyrodniczo-ścisło-techniczno-medyczne były i są w przytłaczającej większości, powinnam coś tam odziedziczyć w genach. Szkoła podstawowa na początku uraczyła mnie natomiast fatalnymi nauczycielkami, a następnie (po interwencji klasowych rodziców, wśród których było sporo profesorów nauk ścisło-przyrodniczych) świetną ponoć nauczycielką, którą jednakowoż mając dwanaście lat bardzo trudno było nam polubić, ponieważ była wymagająca, a przy tym sucha i opryskliwa w sposobie bycia. Z kolei w liceum, w klasie o profilu klasycznym (łacina i greka) miałam fenomenalnego nauczyciela, który z bardzo okrojonego programu potrafił zrobić fascynujące lekcje - skądinąd okrojenie programu mogło być tego przyczyną: rozsądny nauczyciel uznał, że nie warto w takiej sytuacji katować nas zadaniami, ale przybliżał problemy. Niezależnie od nauczycieli jednak przez cały czas edukacji miałam spore problemy z zagadnieniami pozornie prostymi (procenty i ułamki, to tylko przez te ostatnie nie mam na świadectwie maturalnym piątki z matematyki - tak się pilnowałam, żeby na decydującej klasówce nie zrobić jakiegoś głupstwa, że w końcu mając za dużo czasu skróciłam 16/25 do 4/5; jest mi do dziś wstyd), podczas gdy te uważane - przynajmniej przez system edukacyjny - za bardziej abstrakcyjne i trudniejsze, jak chociażby zbiory, nie stanowiły żadnego problemu. A kiedy przyszło zdawać statystykę, to też nie okazało się to horrorem, pomimo zmarnowania wcześniej dobrych kilku lat na toksyczny romans z "czystą humanistyką", na dodatek w wydaniu postmodernistycznym.

Wracając do liczby Pi: ten przydługi wstęp miał po części za zadanie wyjaśnienie mojej matematycznej ambiwalencji. Z jednej strony bezwzględnie uważam, że przedmiot ten powinien być obowiązkowy na maturze, z drugiej - pamiętam własną bezradność wobec pewnych typów zagadnień i zadań, więc wiem, że niekoniecznie byłoby mi łatwo. (Uprzedzając ewentualne głosy krytyki: tymi trudnościami bynajmniej się nie chwalę, wręcz przeciwnie, irytują mnie jak mało co.)

Dzień liczby Pi i poczytanie sobie o niej uświadomił mi jednak coś, co wcześniej nie przyszło mi do głowy: dlaczego mianowicie w ramach powszechnej edukacji matematycznej nie uczy się choć trochę więcej o historii tej nauki? Dla mnie na przykład cała ściśle (pardonnez le mot) rachunkowa  istotność Pi jest tylko do pewnego stopnia pojmowalna, bo nie posiadam właściwych narzędzi do zrozumienia wszystkich niuansów. Natomiast absolutnie fascynująca jest dla mnie świadomość, że tak zaawansowane problemy matematyczne znane były już starożytnym Egipcjanom, a pierwszymi, którzy podali zaawansowane przybliżenie Pi byli Archimedes w III w. BC (2 miejsca po przecinku) i Klaudiusz Ptolemeusz w II w. CE (4 miejsca po przecinku, czyli tyle, ile jak sądzę pamięta przeciętnie wykształcony człowiek).

Mam ponure wrażenie, że Archimedesa poza tym przeciętny maturzysta kojarzy w najlepszym razie z jego prawem o wyporności oraz okrzykiem "eureka" (skądinąd powinno być heureka). Tymczasem to naprawdę fascynująca postać, nawet jeśliby się przyjrzeć wyłącznie jego osiągnięciom matematyczno-fizycznym. Co więcej, w przeciwieństwie do mnóstwa wynalazców swojej epoki był również praktykiem: potrafił znaleźć zastosowanie dla swoich maszyn, chociażby podczas obrony Syrakuz przed Rzymianami w 214-212 roku. Nawiasem mówiąc, zginął, kiedy Rzymianie zdobyli miasto - wedle legendy dlatego, że pochłonięty obliczeniami odmówił poddania się legioniście rzymskiemu. Se non è vero, è ben trovato - ta anegdota stanowi zbyt piękną ilustrację różnicy między duchem greckim i rzymskim, żeby chciało się wierzyć w jej prawdziwość, a poza tym wiemy, że Archimedes brał czynny udział w obronie, więc jakoś mała szansa, żeby w decydujących i dramatycznych chwilach nagle postanowił oddać się rozważaniom teoretycznym. No chyba, że słynne koła, które rysował na piasku (noli turbare circulos meos - wypowiedziane skądinąd raczej po grecku), były szkicem kolejnej machiny, mającej na celu dokonanie kolejnych zniszczeń wśród floty lub piechoty rzymskiej.

Archimedes, wbrew przeświadczeniu, które można wynieść ze szkoły, nie był przypadkiem odosobnionym. I nie mam tu na myśli Pitagorasa czy Talesa z Miletu, żyjących o kilka stuleci wcześniej wybitnych matematyków, których twierdzeń nadal uczymy się powszechnie w szkole, czy nawet bliższego Archimedesowi epoką  Euklidesa, który również był przede wszystkim teoretykiem. Mam na myśli rzeszę uczonych inżynierów, działających głównie w Aleksandrii, ale też w innych hellenistycznych ośrodkach, wynajdujących takie cuda jak maszyna parowa, organy hydrauliczne czy niezwykle precyzyjne machiny miotające, nie mówiąc już o automatonach. Problemem wszystkich tych wynalazków było to, że pozostały de facto na etapie prototypów czy wręcz niemalże zabawek, nie znaleziono dla nich szerszego zastosowania. Stało się tak między innymi dlatego, że świat grecki został podbity przez Rzym, który już wówczas - po części za sprawą podbojów terytorialnych czyli zapewniania sobie spiżarni - szybkim krokiem zmierzał ku gospodarce latyfundialnej, opartej niemal wyłącznie na pracy niewolników i imporcie z prowincji. W takim świecie, gdzie do wioseł okrętów posadzono niewolników zamiast wolnych obywateli, statki napędzane maszyną parową nie byłyby opcją tańszą i opłacalną, więc nie było komu szukać tego rodzaju rozwiązań. (Fascynujące jest skądinąd to, że ewidentnie podobny mechanizm cywilizacyjny zadziałał po drugiej stronie Atlantyku: ludy Mezoameryki znały koło, wiemy to z zachowanych zabawek na kółkach, posiadały też zaawansowaną technikę budowania dróg-grobli, niemniej cały transport odbywał się pieszo, ponieważ tragarzami byli niewolnicy.)

I tak od liczby Pi doszłam znów do historycznego gdybania. A wszystko przez to, że wczoraj wieczorem, zanim jeszcze dowiedziałam się z porannych portali, że dziś mamy taki właśnie dzień, zastanawiałam się, ile czasu byłoby trzeba, żeby maszyna parowa aleksandryjczyków stała się tym, czym stała się maszyna parowa Watta, gdyby Rzym nie podbił ówczesnego świata. Gdyby Pyrrus nie uznał Peloponezu za ważniejszy od Italii, gdyby machiny Archimedesa zmusiły Rzymian do odwrotu spod Syrakuz, gdyby Attalos III nie zapisał w testamencie królestwa Pergamonu Rzymianom, gdyby Juda Machabeusz nie wezwał Rzymian na pomoc dla swojego mało popularnego powstania, gdyby Mitrydates VI zdołał trwale poderwać do oporu miasta greckie, gdyby pod Akcjum dowodził cierpiący na chorobę morską Oktawian, a nie genialny Agryppa...

Oczywiście, za dużo tego gdybania, ale każda zmiana miałaby szansę uruchomić zupełnie inną machinę dziejową. A wtedy - ile czasu potrzebowaliby Grecy, żeby uznać, że do Indii lepiej byłoby pływać mechanicznym statkiem niż samemu wiosłować? Czy mielibyśmy początki cywilizacji industrialnej już w okolicy kładącej kres światu greckiemu bitwy pod Akcjum (31 BC) - więc gdyby nawet do niej doszło, to flota Oktawiana zostałaby zmiażdżona przez żelazne pływające automatony Kleopatry? A czy gdyby tak się stało, to dziś mielibyśmy kolonie na Księżycu i loty międzyplanetarne?

No tak, pomyślałam sobie nagle, patrząc na to całe gdybanie i myśląc o jego potencjalnych skutkach, może dlatego właśnie we współczesnej szkole niechętnie przeprowadza się takie mosty między wkuwanym na fizyce prawem Archimedesa a historią, w której powinien on symbolizować to, na jak długo zapomnieliśmy o osiągnięciach naukowych i inżynierskich antyku. Przecież (mam nadzieję, że monsieur Voltaire mi wybaczy takie nadużycie cytatu) żyjemy ponoć w najlepszym ze światów. Cóż z tego, że zapomniał on o maszynie parowej na dwa tysiące lat.

Rekonstrukcja hellenistycznych organów hydraulicznych

poniedziałek, 08 marca 2010
Na dzień kobiet

Nie jestem feministką, ponieważ pomimo błędów, czasem wręcz karygodnych, popełnionych w życiu (przede wszystkim: wybór pierwszego kierunku studiów, a następnie jeszcze gorszy wybór tego, na co się przenieść po jednym roku) oraz iluśtam zmarnowanych mało produktywnie lat uważam się za człowieka sukcesu. Właśnie człowieka, a nie kobietę sukcesu. Nie jestem feministką, ponieważ dla mojego poczucia życiowego sukcesu lub też - przez czas jakiś - jego braku płeć nie ma żadnego znaczenia.

Nie jestem również feministką, pomimo iż napisałam pracę o kobietach. A napisałam ją, ponieważ ogólny temat był ciekawy, a nie dlatego, że moje bohaterki były kobietami, a ograniczenie materiału przez kryterium płci było równie dobre jak wiele innych, np. chronologicznych.

Nie jestem feministką, ponieważ nie uważam, że wszyscy ludzie są "równi" - w sensie "tacy sami". Biologia człowieka sprawia, że do pewnych zajęć mężczyźni są lepiej przystosowani, a do innych kobiety, podobnie jak biologicznym faktem jest to, że przedstawiciele odmiany czarnej (bo biała, czarna i żółta to są odmiany, a nie rasy) są ewolucyjnie bardziej rozwinięci pod względem pewnych możliwości fizycznych i dlatego czarni są statystycznie lepszymi biegaczami niż inni. Oczywiście uważam, że jak kobieta koniecznie chce pracować na przodku albo podnosić ciężary, to niech sobie to robi, zwłaszcza jeśli ma po temu fizyczne warunki. Ale świętej sprawy bym z tego nie robiła, bo sama nie mam ochoty zajmować się żadną z tych dziedzin, a będąc feministką musiałabym walczyć w imieniu nieznanej mi amatorki któregoś z rzeczonych zajęć. Moja zgoda na to, że jeśli pani X chce wykonywać jakiś silnie zmaskulinizowany zawód, to niech go wykonuje, wynika z ogólnie liberalnych poglądów, a nie feminizmu.

Nie jestem ponadto feministką, ponieważ nie uważam, żeby parytety cokolwiek były w stanie załatwić. Co więcej, znam mężczyzn, którzy znacznie lepiej broniliby praw kobiet i równouprawnienia niż niejedna wojująca feministka, toteż wolałabym, żeby to oni wbrew parytetom zasiedli w parlamencie. Parytety jakoś dziwnie kojarzą mi się z punktami za pochodzenie, a to nigdy na dobre nie wychodzi, w żadnym systemie.

Ale przede wszystkim nie jestem feministką dlatego, że nie czuję się urażona jakimikolwiek wyrazami staroświeckiej uprzejmości mężczyzn wobec kobiet. Znam przypadki dystyngowanych pań z zagranicy, które były zachwycone polskim zwyczajem całowania w rękę. Nie mam nic przeciwko takim gestom, jeśli towarzyszy im właśnie tradycyjna uprzejmość i szacunek. A z chamstwem można się spotkać zarówno ze strony mężczyzn jak i kobiet. No i jeszcze jedno - nijak nie przeszkadza mi wykorzystywanie kobiecej (męskiej zresztą też) urody na przykład w reklamach. Lubię piękne rzeczy i jeśli modelka jest piękna, to chętnie na nią patrzę, podobnie jak na przystojnego mężczyznę, a w wyjątkowych przypadkach nawet na metroseksualnego chłopaka. Obcowanie z kulturą klasyczną uczy, że piękno ciała ludzkiego jest niedoścignione - dałam temu niepoprawny politycznie wyraz na Antiquitates i daję też tu. Na złość ideolo.

Hermafrodyta

PS. W związku z zaistniałą sytuacją niezrozumienia intencji autorki oświadczam, co następuje:

1. Liberalizm rozumiem inaczej niż Janusz Korwin-Mikke i jemu podobni, zwłaszcza gdy chodzi o sferę obyczajową.

2. Uważam, że wyznawane idee należy przede wszystkim wcielać w życie na własnym małym podwórku, toteż najlepszą metodą na propagowanie większego udziału kobiet w życiu publicznym jest dawanie dobrego przykładu poprzez konkretne działania i współzawodnictwo z mężczyznami, a nie poprzez głoszenie idei i domaganie się parytetów oraz ogólnie lepszego traktowania. Co więcej, nieskromnie uważam, że realizuję to w swoim życiu i o tym zasadniczo jest pierwszy akapit: robiąc swoje nie przejmuję się tym, kto ma łatwiej, bądź może być preferowany z takich czy innych względów, ale jak mi na czymś zależy, to po prostu staram się być najlepsza i swój cel osiągnąć.

3. Wynikające z 2: uważam, że polskie feministki znacznie lepiej by zrobiły, gdyby zajęły się niewdzięczną pracą u podstaw, jako w tym pozytywizmie, a nie lansowały się w mediach. Swoją drogą są kobiety sołtysowie, wójtowie i burmistrzowie, czyli jak się chce, to się da, i na pokazywaniu, że można chcieć i w rezultacie być równie dobrą powinna ta praca u podstaw polegać. Ale nie można też nikogo zmuszać, żeby chciał.

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright