niedziela, 17 marca 2013
Nie spełniać marzeń!

Nigdy nie przypuszczałam, że napiszę notkę pod takim tytułem, ja, która wśród ulubionych cytatów na jednym z pierwszych miejsc (jeśli nie pierwszym ex aequo z patronującym temu blogowi Keatsem) mam Conradowskie "To follow the dream, and again to follow the dream – and so – ewig – usque ad finem..."

Ale zastanawiając się nad różnymi możliwymi tytułami i początkami dla tego wpisu ten właśnie uznałam za najsłuszniejszy. Alternatywą było przede wszystkim retoryczne zapytanie PT Czytelników, co łączy Tannhäusera Wagnera, Szeherezadę Rimskiego Korsakowa oraz musical Les Misérables. Po którym to pytaniu nastąpiłby wykład o tym, że nie chodzi mi o powracające tematy muzyczne, choć, co zabawne, akurat to łączy. Ale oczywiście retoryczność tego pytania polegałaby na tym, że jest na świecie chyba tylko jedna osoba, która byłaby w stanie poprawnie nań odpowiedzieć, bo wie, że elementem łączącym są moje osobiste doświadczenia, które na dodatek należą w sumie do dwóch zbiorów. Dobra, dość tego bełkotu, przejdźmy do rzeczy.

Zacznę od końca i spróbuję jakoś ruchem spiralnym dojść do sedna, tytułu i początku. Część czytelników zna zapewne moje odczucia po obejrzeniu filmu Les Misérables, które ujęłam w takiej mniej więcej mini-recenzji: nudna muzyka, nijakie recytatywy przerywane popowymi piosenkami, a na dodatek nikt nie umie śpiewać. No i film wydał mi się jako film bardzo nierówny, a w kinie siedziałam marząc głównie o tym, żeby wreszcie przestali mnie katować nieczysto śpiewaną nieciekawą muzyką. Co zabawne, kiedy do tegoż kina weszłam - lekko spóźniona z powodu korków w pięknym mieście Krakowie - właśnie brzmiała uwertura i zaczynało się "Look Down", które chwyciło mnie za serce. Niestety potem zaczęli śpiewać aktorzy i z minuty na minutę moje zniechęcenie rosło, ledwie ożywione powrotem początkowego motywu jakoś w połowie tej drogi przez mękę.

Kiedy następnie N. jednak dostała ostrej fazy fanostwa, uznałam, że tak bywa, bo w końcu jej ulubioną operą jest Wesele Figara a moją Tristan i Izolda, więc jakkolwiek gusta muzyczne mamy zasadniczo podobne, w szczegółach wariactwa na jakiś konkretny temat często się rozmijamy. Zasadniczo odmówiłam zatem wspominania koszmaru. Ale ta podstępna kobieta małymi kroczkami podsuwała mi pewne sugestie, głównie z jubileuszowych koncertów w 1995 i 2010: a to puściła "Master of the House" w wykonaniu aktora, który grał ważną - i całkowicie niemusicalową - rolę w jednym z moich ulubionych brytyjskich seriali (Garrow's Law), a to puściła "Stars" (2010) z niewinnym na pozór pytaniem, jak mi się - niezależnie od muzyki - podoba wykonawca, a to podesłała youtubowe kawałki zaśpiewane przez panów, których widziałyśmy wcześniej w jubileuszowym Upiorze w operze i bardzo nam się spodobali. Po krótkim okresie takiej nadprogowej reklamy doprowadziła do tego, że sama zaczęłam odsłuchiwać coraz więcej kawałków i odkryłam, że całość może brzmieć zupełnie inaczej niż w filmie. Ba, że przy całej prostocie pomysłu, żeby wszystko oprzeć na kilku powtarzających się i powracajcych melodiach, tej muzyki całkiem fajnie się słucha.

Teraz będzie dygresja, tłumacząca, o co chodzi z resztą przywołanej tu wcześniej muzyki, do której powinnam jeszcze dorzucić IX symfonię "Z nowego świata" Dvořaka oraz Błękitną rapsodię Gershwina. Otóż te dwie ostatnie znałam w dzieciństwie z takich sobie, w najlepszym razie przyzwoitych nagrań i nie tyle nie lubiłam, ile trafiły do mnie naprawdę dopiero kiedy odkryłam nagrania bardziej dynamiczne, wydobywające naturę tej muzyki. Z Szeherezadą było podobnie, tyle że winną była tu krakowska Filharmonia i jej orkiestra, która zagrała ten śliczny przecież utwór tak, jakby muzykom płacili od czasu trwania utworu, a na dodatek tak, jakby w partyturze nie istniały oznaczenia głośności, o tempie już nie mówiąc.

Tannhäuser to z kolei nieco inna bajka: jak już kiedyś pisałam, zupełnie nieoczekiwanie zakochałam się w tej operze od pierwszego wejrzenia, a raczej odsłuchania fragmentów, a następnie pełna zapału poszłam obejrzeć gościnny występ Opery Śląskiej w Krakowie. Jasne, Teatr Słowackiego ma bardzo taką sobie akustykę, zwłaszcza dla muzyki, ale nie sądzę, żeby teatr w Bayreuth z jego custom made wagnerowską akustyką był w stanie uratować to wykonanie, ba, obawiam się, że pogrążyłby je dodatkowo. Nie dość, że zwłaszcza wykonawcę tytułowej partii ledwie było słychać, nie dość, że śpiewano po polsku (!!!), to jeszcze na dodatek znów w tempie czterogodzinnego marsza pogrzebowego i bez jakiejkolwiek modulacji tempa czy natężenia dźwięku. Pamiętam ten spektakl jako jakąś ogólną bezkształtną masę dźwięków, w której nawet nie bardzo słychać główne motywy muzyczne.

I teraz powrót do Les Misérables. Film wywołał we podobne wrażenie: jakieś orkiestrowe, niezbyt wyraźne dźwięki plus mamrotanie wykonawców. A na okrasę coś, czego wyjątkowo nie znoszę w śpiewaniu, mianowicie piszczenie. Wszystkie jak jeden mąż panie w tym filmie śpiewają na granicy (albo i poza nią) swojego rejestru i w sumie nie ma znaczenia, czy Anne Hathaway (Fantine), jak mówią, odebrała wykształcenie muzyczne, a Amanda Seyfried (Cosette) śpiewała w Mamma Mia! - w obu przypadkach ich głosy atakowały moje bębenki nieznośnym piskiem à la "księżniczki Disneya", że posłużę się trafnym porównaniem N. Na dodatek również Hugh Jackman (Valjean), aktor, którego nie dość, że lubię, to jeszcze znałam z kilku musicalowych klipów, w których był świetny (i w rodzinnej Australii był przede wszystkim aktorem śpiewającym), został tu ustawiony zdecydowanie powyżej swojego naturalnego rejestru, w związku z czym męczył się niemiłosiernie z każdą frazą i niestety często fałszował, a jego Valjean głosowo sprawiał wrażenie odwiecznego suchotnika a przynajmniej astmatyka, zamiast potężnego zarówno ciałem jak i duchem siłacza.

Co więcej, nie to wszystko było w tym wykonaniu najgorsze. Helena Bonham Carter, aktorka wybitna zarówno w rolach poważnych jak i komediowych, jak również Sasha Baron Cohen, komik może nie w moim guście ale wyrazisty, nie powinni zabierać się na serio za śpiewanie, nawet jeśli chodzi o role groteskowe. A skoro już reżyser uznał ich za idealnych odtwórców koszmarnej rodzinki Thénardierów (aktorsko i ruchowo w bardzo ładnie zainscenizowanej sekwencji "Master of the House" są rzeczywiście dobrzy) to należało ich przekonać - co udało się w przypadku Minnie Driver w filmowym Upiorze - że śpiewać powinien ktoś inny.

A i oni nie są największą katastrofą muzyczną tego filmu. Jest nią aktor, którego marzenia o muzycznej karierze zainspirowały tytuł niniejszej notki. Szanowni państwo, oto zdobywca statuetki, Russell Crowe w roli inspektora Javerta. Na pierwszy rzut oka duet Jackman-Crowe wydawał się do dwóch głównych ról całkiem dobry; nie jestem wielbicielką Crowe'a, ale kilkoma rolami pokazał, że daje sobie radę z postaciami charyzmatycznymi i mającymi na ekranie efektownie się prezentować. Niestety, zamiast kontynuować pełną sukcesów karierę specjalisty od szlachetnych bohaterów z problemami, Russell C. postanowił spełnić swoje marzenie i co więcej, przekonał do tego osoby od castingu do Les Misérables, które całą obsadę kompletowały chyba w stanie pomroczności jasnej. Russell C. nadaje się bowiem na aktora musicalowego mniej więcej tak jak ja na zdobywcę biegunów. Russell C. nie umie śpiewać w stopniu wręcz katastrofalnym, w związku z czym to wszystko, co muzycznie jest jedną z dwóch najmocniejszych (obok scen zbiorowych) stron omawianego dzieła, czyli konfrontacje Javerta z Valjeanem, wzięło kompletnie w łeb. Z jednej strony mamy bowiem przesterowanego, zadyszanego i mocującego się z własnym falsetem Jackmana, z drugiej - mamroczącego w miejscami dość dalekich okolicach melodii Crowe'a.

Na szczęście są inne wykonania, w których główne role śpiewają ludzie umiejący śpiewać, a muzyka nie jest zarżnięta przez zmianę sporych kawałków z melodyjnych recytatywów w partie mówione (tego pomysłu w filmie już całkowicie nie ogarniam) ani też spowolniona; osobiście moim chwilowo bezwzględnie ulubionym jest londyński koncert z okazji dwudziestopięciolecia (2010). I wszystko byłoby w tej właśnie wersji w porządku, nie musiałabym wykreślać tego przysłówka z poprzedniego zdania, gdyby nie jeden drobny szczegół: również w tym przypadku realizatorzy postanowili spełnić czyjeś marzenie i skończyło się to (muzyczną) katastrofą. Tym razem marzycielem był niejaki Nick Jonas (Marius), na co dzień wokalista boysbandu, chłopak może i śladowo muzykalny, ale potrafiący śpiewająć wyłącznie w manierze boysbandowej, zapewne chwytającej za serce spore rzesze nastolatek, ale do poważnego musicalu nienadającej się w sposób dramatyczny. Między innymi dlatego, że wszelkie partie liryczne natychmiast staczają się w specyficzny zaśpiew i charakterystyczne niewykończone, jakby połknięte frazy. Z innym Mariusem przełknęłabym w tym spektaklu całą niekoniecznie jak na mój gust idealną reszę (Eponine, Cosette i Thénardier - ten ostatni głównie dlatego, że rewelacyjny jest gdzie indziej), bo duet Valjean/Javert wynagrodziłby mi wszystko, a i rewolucjoniści są jeden w drugiego znakomici.

Przyznam bowiem, że niezbyt podoba mi się również to, jak w tym konkretnym wykonaniu oraz w filmie śpiewa Samantha Barks (Eponine), choć niewątpliwie z osób występujących w filmie jest najlepsza technicznie. Niestety jej maniera z kolei jest raczej w stylu r&b, za którym w ogóle nie przepadam, a poza tym średnio się sprawdza w dziele, które oparte jest jednak na tradycjach muzyki klasycznej, z aranżacją na dużą orkiestrę itd. Ani boysband, ani r&b mi do tego musicalu nie pasują (nie pasowałyby takoż do Upiora), za to sprawdza się tu zarówno śpiew operowy jak i śpiewający aktorzy, w związku z czym zachwycają (tak, zachwycają) mnie zarówno występujący wcześniej głównie w English National Opera Alfie Boe (Valjean 2010), jak i nowocześni aktorzy musicalowi Norm Lewis (Javert 2010), Ramin Karimloo (Enjolras 2010) oraz Lea Salonga (Fantine 2010, Eponine 1995), a nawet umiejący śpiewać aktorzy dramatyczni, jak przywołany wcześniej bez nazwiska Alun Armstrong (Thénardier 1995 - jedyny, który nie jest tylko groteskowy, ale również kiedy trzeba - przerażający).

Nadal w warstwie muzycznej nie przekonują mnie postacie kobiece - ich solówki za bardzo jak na mój osobisty gust wyrywają się z dramatycznej całości i brzmią zanadto jak popowe piosenki wplecione w dramatyczną fabułę, która jednak jest przede wszystkim o Valjeanie i Javercie z jednej strony, a o nieudanej i idealistycznej rewolucji z drugiej, i na szczęście w obu tych przypadkach muzyka staje na wysokości zadania. W związku z tym na moim osobistym soundtracku, sklejonym z dwóch wersji koncertowych (a właściwie trzech, jako że "Empty Chairs" wzięłam z kolei z solowego występu Johna Barrowmana, bo Marius jest nieznośny w obu koncertach - w 1995 Michael Ball śpiewa go zbyt manierycznie, jak liryczne role z lat '80, a o 2010 pisałam) role kobiece ograniczyłam do minimum i to raczej scen dramatycznych a nie solówek.

Wrócę sobie teraz do samego początku. Nie mam pojęcia, czy etatowi artyści Opery Śląskiej marzyli o zaśpiewaniu Wagnera, ale na pewno nie powinni byli się na niego porywać. Nie mogę też mieć pretensji do przyzwoitych, choć nieporywających wykonań Gershwina czy Dvořaka. Stanowczo natomiast protestuję przeciwko spełnianiu takich marzeń aktorów, które skutkują takimi sytuacjami jak opisana: że mało brakowało, a obraziłabym się na Les Misérables na wieki i tylko pewnej polytropos gyne zawdzięczam, że tak się nie stało, a nawet zawdzięczam jej pewien stopień fangirlingu. O ścieżce dźwiękowej filmu staram się zapomnieć, aczkolwiek "Stars" z tejże może powinnam sobie puszczać, kiedy na przykład wydaje mi się, że coś, co robię - zwłaszcza z tego powodu, że lubię lub chcę to robić - jest do niczego. Zawsze przecież może być gorzej.

gladiator

PS. Ukułam nawet termin "russelizm" na coś wyjątkowo nieudacznego.

PS 2 (pół dnia później). Przekonana przez jednego z komentatorów zmieniam :"russelizm" na "krowizm", z przeproszeniem wszystkich krów.

środa, 06 marca 2013
Cesarzowi, co cesarskie!

Nie należę do zażartych krytyków obecnego rządu: ani z powodów ideowych, ani też z powodów praktycznych. Po prostu uważam, że nie jest to z pewnością rząd doskonały, ale i tak najsensowniejszy od roku 1989, a może 1990, bo rząd Mazowieckiego to zupełnie inna bajka i jego niedoskonałość była czymś zupełnie innym. Czymś, co se ne vrati.

Napisałam poprzedni akapit, ponieważ teraz przystąpię do krytyki, nawet nie tyle rządu, ile sytuacji, jaka nam lada moment zostanie zafundowana. Sytuacji lepszej od obecnej, ale i tak moim skromnym zdaniem fatalnej. I nie, chwilowo nie będę pisać o sytuacji nauki w Polsce, choć taka notka wśród niedokończonych sobie leży i kwiczy mniej więcej tak jak finanse humanistyki polskiej z nadania Ministerstwa. Nie, na razie będzie o "kompromisie" czyli zapowiedzianym odpisywaniu 0,5% podatku na "kościoły i związki wyznaniowe" (ze wskazaniem). Kompromisie, bo rząd chciał 0,3%, a kościół katolicki 1%, więc te 0,5% to jakaś tam wygrana. W każdym razie tak się to przedstawia.

No dobra, będę przynajmniej nareszcie miała świadomość, że wypracowane przeze mnie pieniądze budżetu państwa nie pójdą na finansowanie działalności instytucji, którą uważam za szkodliwą i gorszącą, a jej doktrynę za niespójny patchwork niekompatybilnych elementów, sprzedawanych jako jedyna słuszna ideologia, na dodatek rzekomo dowiedziona historycznie. I może by mi to nawet wystarczyło, gdyby nie kilka zastrzeżeń.

Pominę tu niestosowność proponowania czegokolwiek w zamian za Fundusz Kościelny, który był rekompensatą za odebrany majątek, a ten z kolei nie powinien był zostać zwrócony, skoro była rekompensata, na dodatek bardzo duża... Pominę skandal, jakim była Komisja Majątkowa. Pominę pazerność i roszczeniowość, bo nie mam ochoty czuć, jak mi się nóż w kieszeni otwiera, nic przyjemnego. Przejdę od razu do spraw ogólnych.

Przede wszystkim nie uważam, żeby finansowanie jakichkolwiek działań o charakterze religijnym było obowiązkiem państwa, które w Konstytucji określa się jako neutralne światopoglądowo. Choćby dlatego, że chyba nie istnieje na świecie kraj, w którym jakaś religia nie byłaby dominująca w sensie statystycznym, w związku z czym oczywistym jest, że z budżetowych dotacji ktoś się obłowi, a ktoś będzie nadal klepał biedę, bo statystyka wiernych nijak nie przekłada się na rzeczywiste potrzeby instytucji, zwłaszcza kiedy ta statystyka jest fałszowana a przynajmniej naciągana i grubymi nićmi szyta, jak w Polsce. Uważam, że wiara i religia powinny być prywatnymi sprawami ludzi, którym są one potrzebne, i przez tych prywatnych ludzi, którzy chcą je finansować, utrzymywane w formie instytucjonalnej. Bo również dla wielu wierzących instytucja jest niepotrzebna, więc nawet wiara nie musi oznaczać chęci finansowania religijnych urzędników.

No dobra, powie ktoś, przecież do tego właśnie dążymy z tym odpisem. No właśnie niezupełnie. Bo odpis podatku to jednak wyrwanie jakichś pieniędzy z budżetu, pieniędzy, które nie zostaną w związku z tym przeznaczone na istotne potrzeby państwa i społeczeństwa. (Przyjmujemy tu oczywiście model teoretyczny czyli idealny, w którym nie zostaną one tak czy siak przejedzone, jak nie przez urzędników kościelnych, to państwowych.) Istnieje coś takiego jak "model niemiecki", który ujmuję w cudzysłów z tego powodu, że raz za czas słyszy się, że "w tych Niemczech to niezupełnie tak działa", a ponieważ nie wiem, jak działa w szczegółach formalno-prawnych, więc odwołuję się do pewnego postulatu, modelem niemieckim nazywanego. Mianowicie postulatu faktycznego finansowania kościołów i związków wyznaniowych bezpośrednio z kieszeni wiernych, w postaci dodatkowego podatku kościelnego. Jak wiadomo, Polakom nie w smak takie rozwiązanie, bo płacić nie lubią (i przez niepłacenie w Niemczech miewali następnie kłopoty z kościołem w Polsce, bo byli skreślani w tychże Niemczech z listy) - choć przecież tak naprawdę praktykujący katolicy już taki "dobrowolny" podatek płacą w postaci coniedzielnej tacy, corocznej kolędy (w tym drugim przypadku płaci nawet spory odsetek ludzi skądinąd niepraktykujących). opłat za śluby, chrzty i pogrzeby, i tak dalej.

Ale ten model jest tak naprawdę jedynym sensownym. Tylko że jeszcze bardziej niż statystycznemu polskiemu katolikowi nie jest on w smak hierarchii kościelnej, bo może się okazać, że wierni nie mają ochoty płacić na audi proboszcza i limuzynę biskupa... Nie mówiąc już o tym, że model ten mógłby pokazać, jaki jest prawdziwy odsetek praktykujących katolików, którym zależy na kościele, w Polsce, i obalić mit "95%". Oczywiście w założonym modelu niepłacenie równa się wykluczeniu z instytucjonalnej wspólnoty, a więc adieu śluby i pogrzeby, więc tak naprawdę w naszym tradycyjnym społeczeństwie kościół nie miałby się czego obawiać - statystyczny Polak zapłaci jeśli nie dlaczego innego, to chociażby dla świętego spokoju i żeby tradycji stało się zadość. Ale kler się boi, że jednak takie rozwiązanie mogłoby namieszać w statystykach, więc upiera się przy odpisie od podatku - czyli żąda części pieniędzy, których obywatel i tak nie ogląda na własne oczy, tylko wpłaca do kasy państwowej.

Tylko że w ten sposób kościół sprzeniewierza się własnym naukom - nie żeby stanowiło to wyjątek, ale jest to przypadek dość drastyczny. Jest bowiem napisane w Ewangelii, żeby oddawać cesarzowi, co cesarskie, czyli płacić podatki. Przypomnijmy, że w czasach, kiedy działał Jezus i podobni mu prorocy (pomińmy miłosiernie kwestię historyczności konkretnych postaci), jednym z głównych powodów zatargów Żydów z Rzymianami były właśnie odmowy płacenia podatków, uczestniczenia w obywatelskim życiu imperium. Przypomnijmy również, że akurat do Judei i okolic Rzymianie nie wleźli z własnej rzymskiej woli, ale zostali tam zaproszeni przez Judę Machabeusza i jego popleczników, aby wspomóc jego powstanie przeciwko Antiochowi IV z dynastii Seleukidów. Tyle że Juda się przeliczył, bo na knowaniach z Rzymianami nikt dobrze nie wychodził, i jak tylko Rzymianie powstaniu Machabeuszy pomogli, to postanowili zadomowić się w Syropalestynie, a z czasem zażądali podatków.

Podatek jest zatem sprawą cesarską i należy go płacić. Nie należy go państwu zabierać, bo on do państwa należy. Do państwa - czyli w dzisiejszym rozumieniu do wszystkich obywateli, do społeczeństwa. Do nas. Kościołowi i religii nic do tego.

Ale jest jak jest i "modelu niemieckiego" nie przeforsujemy, więc należy się przyjrzeć temu wypracowanemu "kompromisowi". Dobra, pół procent to lepsze niż cały procent. I mogłabym nawet temu całemu pomysłowi z odpisem podatków przyklasnąć - choć nie entuzjastycznie - gdyby rząd, ministerstwo finansów czy ktokolwiek jest za to odpowiedzialny, zdecydowali się na odważny krok.

Gdyby się mianowicie zdecydowali wprowadzić "celowane pół procent podatku" dla wszystkich podatników. Gdyby nie było tylko tak, że tylko do kościołów i związków wyznaniowych możemy skierować cząstkę wypracowanych przez nas pieniędzy. Gdyby było tak, że w formularzu podatkowym dostajemy wybór, na jaki konkretny cel chcemy przeznaczyć nasze 0,5%. Żeby było tam jasno napisane, że do wyboru mamy - oprócz kościołów itd. - edukację, zdrowie, naukę, kulturę, sport, bezpieczeństwo, infrastrukturę i pewnie coś jeszcze. Żeby obywatel wypełniając takie zeznanie miał świadomość, że pieniądze dane kościołowi (bo nie oszukujmy się, głównym beneficjentem będzie kościół katolicki, pozostałe związki wyznaniowe się w tych negocjacjach w ogóle nie liczą, ich głosu w ogóle nie słyszymy) zostaną odebrane pozostałym sferom budżetu. Może wtedy komuś ręka by zadrżała i jednak zamiast na audi proboszcza (czy nawet jego emeryturę) albo nowy pomnik katolickiego triumfalizmu zdecydowałby się przeznaczyć ten swój grosz na szkoły, szpitale, laboratoria czy policję.

Takie ujęcie przybliżyłoby ten niezbyt zdrowy kompromis do "modelu niemieckiego", a poza wszystkim innym stanowiłoby znakomite darmowe referendum, w którym corocznie społeczeństwo wskazywałoby - demokratycznie - swoje priorytety. Dla polityków mogłoby to stanowić cenną wskazówkę.

Berlin, Antikensammlungen

PS. Ten tekst napisałam już jakiś czas temu, ale nie publikowałam, bo - jak już jakiś czas temu wspominałam - czuję niechęć do pisania o sprawach aktualnych i zahaczających o politykę. Dziś jednak do jego publikacji zachęcił mnie artykuł o lękach samorządów w związku z odpisem podatkowym - lęk właśnie o odpływ pieniędzy, które dotychczas były dla nich przeznaczone. Lęk ten spowodowany jest oczywiście w dużej mierze owymi mitycznymi 95 procentami, więc może okazać się przedwczesny, ale rozwiązanie, które tu opisałam, wydaje się w tym kontekście szczególnie aktualne.

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright