wtorek, 25 marca 2014
... et circenses?

Disclaimery: 1. to jest list otwarty do władz Krakowa, a po trochu i Polski, stąd forma; 2. to jest wpis o promocji i wizerunku Krakowa i ich priorytetach, a nie o wszystkich problemach miasta, bo na czyste powietrze i infrastrukturę w regionie powinny znaleźć się pieniądze z innej puli; 3. to nie jest wpis o wyższości kultury nad sportem, tylko o tym, że znaj propocją, mocium panie oraz kijem Wisły nie zawrócisz.

Szanowni Panowie Prezydenci, Premierzy, Marszałkowie, Ministrowie, Posłowie, Radcy Miejscy i ktokolwiek jeszcze ma realny wpływ na to, jakie decyzje są podejmowane!

Kraków od najdawniejszych czasów swego istnienia był przede wszystkim miastem nauki, sztuki i kultury - lepszej lub gorszej w zależności od czasów, sytuacji politycznej, ekonomicznej i społecznej oraz koniunktury - ale nauki, sztuki i kultury. Był miastem Akademii (Krakowskiej od XIV w. i Umiejętności od XIX w.) i miastem wielkich ludzi. Kopernika, Wita Stwosza, Jana Kochanowskiego, Jana Brożka, braci Śniadeckich, Stanisława Wyspiańskiego, Heleny Modrzejewskiej, Mariana Smoluchowskiego, Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Pendereckiego, Piotra Skrzyneckiego, Wisławy Szymborskiej... można by długo wymieniać wielkich uczonych i artystów pióra, pędzla, teatru, muzyki. To jest dziedzictwo i kapitał Krakowa.

Tymczasem od kilku lat nie dość, że traktuje się po macoszemu (by nie rzec wprost: niszczy) w naszym mieście kulturę i sztukę, że o nauce już nie wspomnę, bo jeszcze mniej medialna, to na dodatek kolejne władze z uporem godnym lepszej sprawy usiłują zrobić z Krakowa stolicę sportu. Owszem, tradycje gry w piłkę nożną sięgają tu końca XIX wieku, owszem, o futbolu pisał nawet Tadeusz Boy-Żeleński, kolejny wielki krakowianin, łączący dziedzictwo naukowe z kulturalnym. Takich lekarzy-artystów, krakowian w najlepszym znaczeniu tego słowa, mieliśmy zresztą nawet niedawno, by wspomnieć zmarłego niedawno i przedwcześnie profesora Andrzeja Szczeklika.

Dla wielu ludzi w Polsce Kraków jest stolicą i ostoją konserwatyzmu i tradycjonalizmu, z czego po części wynika ta rozpaczliwa tendencja do rozsadzania od środka naszych instytucji kultury (najlepszym przykładem jest to, co się dzieje w Teatrze Starym) i czego efektem jest również przerażająca polityka miejskich władz, na siłę starających się nadać Krakowowi (pseudo)nowoczesne oblicze poprzez organizację masowych imprez. Zapomina się przy tym, że naukowe odkrycia, których tu dokonywano, bywały nowatorskie na skalę światową, i że pomimo dominującego niekiedy w "głównym nurcie" konserwatyzmu (szkoła Tarnowskiego w XIX w., peerelowska nijakość w XX w., wreszcie okołopapieska i okołopatriotyczna nijakość w wieku XXI czyli panoszące się wszędzie dźwigaje), to tu tworzyli tacy artystyczni "rewolucjoniści" jak wspomniany już Wyspiański, a także Tadeusz Kantor czy Jerzy Nowosielski. Krakowowi po części wmawia się zacofanie i tradycjonalizm, a po części winni są też piewcy tego XIX wieku i złotych czasów Franza Josefa. Błędem jest też założenie, że tradycja i nowoczesność wzajemnie się wykluczają. W Krakowie zawsze umiano podejmować dialog z tradycją (znów przywołam Wyspiańskiego i jego zmagania z romantyzmem, ale i wielkie dokonania teatralne drugiej połowy XX w. czy krakowską szkołę krytyki literackiej z Janem Błońskim i jego prowokującymi do myślenia i przewartościowań analizami, że o Piwnicy pod Baranami nie wspomnę) i to powinniśmy kultywować. Wychodzić w nowoczesność nie odrzucając tradycji. I nie usiłując na siłę być czymś, czym nie jesteśmy.

Mam bowiem wrażenie, że jedynym istotnym i na miarę europejską wkładem Krakowa w rozwój czegokolwiek choćby śladowo związanego ze sportem (a konkretnie z "kulturą fizyczną") jest idea ogródków jordanowskich, które jednakowoż były po pierwsze dziełem dziewiętnastowiecznego lekarza, pioniera pediatrii, dr. Henryka Jordana, po drugie miały związek z kwestią propagowania zdrowego trybu życia, a nie zawodów sportowych. Niestety ta idea została następnie skutecznie pogrążona w niebycie i dopiero ostatnio zaczyna się powoli odradzać. I proszę bardzo, promujmy w Krakowie kulturę fizyczną, choć nie jestem pewna, czy oddychanie pełnymi płucami naszym smogiem to naprawdę taki dobry pomysł, więc może zajmijmy się najpierw planowaniem miasta tak, żeby mogło oddychać, czyli między innymi ochroną terenów zielonych przed zabudową - kolejną bolączką Krakowa. Ba, wypromujmy na świecie pioniera gimnastyki w szkołach, o którym chyba mało kto wie cokolwiek poza tym, że musiał istnieć, skoro zdarzają się instytucje jego imienia. To wszystko będzie miało większy sens niż próba zorganizowania tu jakichkolwiek wielkich zawodów sportowych. A może ta wewnętrzna promocja kultury fizycznej zaowocuje tym, że kiedyś także i sport w Krakowie stanie na wyższym poziomie? Bo poza wszystkim innym na to, żeby przyciągać imprezy sportowe na jakimkolwiek poziomie, musimy mieć albo rozpoznawalne w świecie lokalne kluby/drużyny, albo też pieniądze na miarę Dubaju. Chwilowo nie mamy ani jednego, ani drugiego, mamy za to sny o potędze.

Słyszałam niedawno opinię (niestety nie pamiętam jej autora), że starania o organizację olimpiady to przy całych kosztach jeden z najtańszych sposobów promocji miasta w świecie. Nie mam pojęcia, jak to wygląda z punktu widzenia finansów, ale zważywszy, że na nijakie logo wydano prawie sto tysięcy, nie byłabym aż tak entuzjastyczna. Natomiast wiem jedno: to nie jest taka promocja, jakiej Kraków potrzebuje. Kraków nie potrzebuje napływu kolejnych fal imprezowiczów ani tym bardziej entuzjastów sportów zimowych: ci pierwsi psują wizerunek miasta, dla tych drugich nie stworzymy odpowiedniej bazy nawet kosztem kompletnej dewastacji naszych gór. Powiem jeszcze jedno: Kraków wcale nie potrzebuje również tłumów bezrefleksyjnych pielgrzymów, którzy ograniczą się do siedzenia w Łagiewnikach i wycieczki do Wadowic, ewentualnie fakultatywnie zaliczą Rynek i Wawel. Oni są może mniej szkodliwi od imprezowiczów, ale mimo że zapewne będą przyjeżdżać masowo (bo oprócz sportu religia jest jedynym towarem, jaki nasze władze chcą sprzedawać), nie wypromują miasta u jego właściwego "targetu".

Kraków potrzebuje natomiast bardzo zdecydowanie napływu turystów nastawionych na zwiedzanie zabytków i muzeów, a także tych, którzy szukają naturalnych, nieskażonych wszechobecnością klubów i dyskotek krajobrazów, a te jeszcze na szczęście istnieją w pobliskich Beskidach czy w Jurze. Potrzebujemy turystów świadomych, umiejących docenić zasoby naszych muzeów, które są maleńkie w porównaniu do Paryża, Rzymu, Londynu, Wiednia czy Berlina, ale posiadają autentyczne perły (Dama z gronostajem, kolekcja waz greckich, komnaty wawelskie) i perełki (sporo naprawdę dobrych dzieł od średniowiecza po współczesność we wszystkich właściwie działach Muzeum Narodowego). Potrzebujemy tego, żeby to oni stanowili większość odwiedzających Kraków.

Problem polega bowiem nie na tym, że nie mamy potencjału, problem polega na tym, że nie umiemy go pokazać i wspomóc czyli wypromować. Bo co z tego, że kulturalny i intelektualny turysta tu przyjedzie i znajdzie piękną architekturę (tę dawną, bo ta najnowsza to kolejny dowód na skandaliczne decyzje kolejnych włodarzy miasta), dobre muzea, a do tego przyzwoitą bazę noclegową i niezłe knajpy, skoro nie znajdzie tego, co europejskie stolice kultury proponują aż z nadmiarem: wystaw, koncertów, imprez kulturalnych. Każda moja wizyta we wspomnianych wcześniej europejskich stolicach, ale i w mnóstwie innych miast, również prowincjonalnych i mniej od Krakowa zasobnych w "stacjonarne" dobra kultury, owocuje frustracją: jestem do określonej daty, biegam z wystawy na wystawę, a kilka dni po moim wyjeździe zaczynają się kolejne, które bym chętnie obejrzała, ale nie dam rady. Podobnie z muzyką i teatrem: gdyby nie bariera finansowa (zazwyczaj bez problemu dostępne są bilety znacznie powyżej moich możliwości), chodziłabym na koncerty i spektakle najchętniej codziennie. Ba, nie żałuję żadnej z takich wizyt, na które wysupłałam te funty czy eura, niezależnie od tego, czy była to opera, musical czy teatr dramatyczny.

W Krakowie tego wszystkiego nie ma, a powinno być. Bezwzględnie powinno być. Kulturalni i intelektualni ludzie powinni chcieć tu siedzieć długo i wracać, a tego nie załatwi najlepsze muzeum, bo nawet Luwr czy British Museum w końcu obejdzie się całe. Żeby wracać, trzeba być autentycznym pasjonatem (ja tak mam, są muzea i ich konkretne sale, gdzie wejdę choćby na chwilę za każdą wizytą) albo mieć inny powód, żeby znów odwiedzić miasto. Tym powodem są właśnie imprezy czasowe.

Niestety krakowska opera nie ma szans przyciągnąć miłośników tego rodzaju muzyki spoza Polski, a w przypadku większości spektakli nawet spoza Krakowa czy też Małopolski, bo zakładam, że jedna czy druga szkoła czasem zagoni młodzież do obcowania ze sztuką, niestety pozostającą na poziomie, który mało kogo zachęci do dalszych poszukiwań. Podobnie jest z teatrami: większość gra nijaki repertuar z przeznaczeniem dla lokalnego i szkolnego widza, a prowokacje dyrektora Starego wywołują raczej zażenowanie niż zainteresowanie.

O tym, że ambitna widownia jest - zarówno w samym Krakowie jak i na świecie - świadczy fakt, że jeśli już zdarzy się w Krakowie jakaś naprawdę dobra impreza kulturalna, np. koncert którejś z młodych i dobrych lokalnych orkiestr albo festiwal Opera Rara, to bilety rozchodzą się na pniu, a na znakomitych wykonawców przyjeżdżają ludzie z dalekiej zagranicy. Ba, w sumie nawet na te marne przedstawienia Opery Krakowskiej trudno dostać bilety, więc ludzkość najwyraźniej jednak chce takiej kultury!

Dobre, naprawdę ciekawe wystawy zdarzają się w Krakowie co kilka lat, no i zazwyczaj są jednak o zasięgu lokalnym, dotyczą artystów polskich, co byłoby znakomitym pomysłem, gdyby po pierwsze takich wystaw było więcej, po drugie - gdyby oprócz nich zapraszano do Krakowa wielkie wystawy z tych, które podróżują po świecie (w tym roku taką wystawą jest rocznicowa poświęcona Oktawianowi Augustowi, gromadząca setki eksponatów, ale bywają też tego rodzaju imprezy poświęcone artystom - jak wystawa Breughli, którą ściągnął do siebie w zeszłym roku Wrocław - czy wydarzeniom historycznym).

Wreszcie - nauka. Pomijając kwestię tego, że miasto powinno wspomagać zdolnych uczonych w każdym wieku niezależnie od funduszy centralnych, Kraków ma historyczne, intelektualne i kulturalne zaplecze, żeby gościć znacznie więcej międzynarodowych konferencji, niż gości. I to nie tylko takich, w których urzędnicy zobaczą jakiś mityczny zysk, czyli nastawionych na biznes czy przemysł, ale prestiżowych konferencji z nauk zarówno przyrodniczych jak i humanistycznych. Te ostatnie w wielu ośrodkach organizuje się np. równolegle z wydarzeniami kulturalnymi lub rocznicami historycznymi, co obu imprezom dodaje prestiżu i zainteresowania.

I teraz dochodzimy do trudnego punktu. Organizacja wystaw, zwłaszcza takich, gdzie trzeba ubezpieczyć arcydzieła, kosztuje bardzo dużo. Podobnie zatrudnienie choćby na krótki sezon operowy czy teatralny wybitnych wykonawców. W przypadku muzyki trzeba również zainwestować w to, żeby znakomity wykonawca miał z kim pracować, bo tu niestety działa zasada nec Hercules conta plures: wybitny śpiewak musi mieć partnerów przynajmniej dobrych, żeby całość miała sens. Wybitny dyrygent podziękuje orkiestrze, która nie umie się zgrać. W sumie również wielki aktor potrzebuje umiejącego grać i współpracować tła oraz reżysera, który rozumie tekst.

Wszystko to wymaga nakładów, zgoda. Ale podobno na obiekty sportowe, które po ewentualnych igrzyskach będą stać i straszyć pustkami oraz powoli popadać w ruinę (takiego np. toru bobslejowego nie da się wykorzystać do niczego innego niż zawody bobslejowe, a jakoś nie widzę ich jako ważnej imprezy cyklicznej w Krakowie), mają być przeznaczone prawie dwa miliardy złotych. To dość, żeby przez kilka lat organizować w Krakowie imprezy kulturalne i naukowe na naprawdę światowym poziomie, to dość, żeby również ufundować parę stypendiów i grantów dla zdolnych naukowców i artystów. Zwłaszcza że takie inwestycje zwracałyby się również przez wiele lat: przyjeżdżaliby coraz to nowi ludzie, a nie tylko grupa entuzjastów sportu na parę tygodni.

Nie oszukujmy się: z tych, którzy przyjadą na ZIO, niewielu będzie tu wracać, a zastrzyk pieniędzy, które zostawią, szybko się przeje. Inwestycja w kulturę i naukę to inwestycja na długie lata, perspektywiczna, trwała i cykliczna. I oby łącząca tradycję i nowoczesność.

A teraz jeszcze pewne wyjaśnienie: wcale a wcale nie chodzi mi o to, żeby to krakowskie życie kulturalne było wyłącznie zwrócone w przeszłość. Nie lubię Habsburgów i nie jestem wielbicielką dziewiętnastowiecznych krakowskich czy galicyjskich tradycji, choć jakoś tam się z nich wywodzę. Wielkich krakowskich artystów lubię mniej lub bardziej (choć wymieniałam raczej tych, których bardziej), ale staram się nie odmawiać im wielkości i szanować ich dokonania. To jednak nie znaczy, że nie chcę tu ludzi nowych i z pomysłami, nawet obrazoburców. Niech odbędzie się tu wielka wystawa wideonstalacji zaraz po wystawie średniowiecznych kafli (oba tematy nie interesują mnie wcale albo śladowo), ale niech obie mają rozmach i sprowadzą dzieła na światowym poziomie - żeby ludzie chcieli tu przyjechać specjalnie po to, żeby takie wystawy zobaczyć. Niech młodzi reżyserzy wystawiają nowe, odważne wizje klasyki, ale niech oni najpierw zrozumieją teksty, które chcą inscenizować. Bo na razie to mamy bunt na poziomie przedszkola i obrażalstwo, a nie twórczy dialog z tradycją (tak, w tym momencie piję do teatru).

Postawmy na wydarzenia ciekawe, twórcze, takie, na jakie zasługuje miasto z potencjałem i tradycją. Ta tradycja to przecież nie tylko to, co było, to również pewne przyzwyczajenia: do jednych miast jedzie się po strawę kulturalną, do innych po emocje sportowe, do innych, żeby kupować najnowsze markowe ciuchy, do jeszcze innych, żeby grzać się w słońcu na plaży. Zmienianie tego porządku to zawracanie Wisły, czy dowolnej innej rzeki, kijem. I na dodatek populistyczna fanaberia, na którą nas nie stać. Co gorsza, przepraszam za to, co powiem, ale to robienie na siłę z Krakowa stolicy sportu przypomina mi robienie z Krakowa na siłę stolicy przemysłu w latach '50 XX wieku. Różnica jest taka, że wtedy chodziło o ideologię, a dziś chodzi o pieniądze. Kraków ma zabytki, a nie ma olimpijskich stadionów. Wykorzystajmy to, co mamy. Organizujmy fajne zawody na posiadanych obiektach i jednocześnie wykorzystujmy w pełni potencjał kulturalny. Takie miasto będzie żyło, bo ludzie, którzy do niego przyjadą, też pójdą do kawiarni i klubu, ale może nie tylko po to, żeby pić najtańsze piwo w Europie, jak reklamował się Kraków w gazetce pewnej linii lotniczej i to wcale nie tej najtańszej.

A zatem, drodzy decydenci, zastanówcie się, póki jeszcze jest czas, żeby te pieniądze wydać rozsądnie i zgodnie z tym, czym Kraków powinien być. Promujmy Kraków w świecie cytatami z naszych wielkich pisarzy i poetów, promujmy go zabytkami i dziełami sztuki (była kiedyś taka reklama Pragi, podobno bardzo skuteczna, pamiętam ją z londyńskiego metra), promujmy go imprezami nastawionymi na nowoczesność, ale nie tę z najniższej masowej półki, na dodatek zaściankowej, bo tylko na taką "nas stać". Przyciągnijmy tu śmietankę turystów z Europy i świata - i przekonajmy ją, że do Krakowa warto wracać, bo ciągle dzieje się tu coś ciekawego. Wszyscy na tym zyskamy znacznie więcej niż na jednorazowych i niepewnych igrzyskach.

Z poważaniem,
Nowoczesna Krakauerka z dziada pradziada

Wyspiański

PS. Nie jestem przeciwna sportowi. Po prostu uważam, że Krakowa nie stać na inwestycje, z którymi potem nikt nie wie, co zrobić, które niszczeją,  bo nie wiadomo, kto ma je zagospodarować, a nie ma pieniędzy, żeby je wykorzystywać zgodnie z przeznaczeniem (patrz: kwestia stadionów). Na organizowanie sensownych imprez sportowych wystarczy zmodernizować istniejące obiekty, właszcza że tradycje sportowe są w regionie, choćby w Nowym Targu, zainwestujmy więc w szybką kolej, niech wielbiciel sportu mieszkający w Krakowie dojedzie tam w niecałą godzinę na zawody. W ten sposób wypromujemy dodatkowo region, a wilk będzie syty i owca cała. Tylko nie oszukujmy się, że w Tatrach i Beskidach zrobimy ośrodki sportowe na miarę Alp. Poza wszystkim szkoda Tatr i ich przyrody, za małe są.

piątek, 21 marca 2014
Liebster Award czyli o(d)powiadanie

[Disclaimer: to wyzwanie przyszło do mnie bardzo dawno, a tę notkę zaczęłam pisać 17 listopada 2013. Jakoś nie dokończyłam, ale nie chciałam pisać następnej nie odpowiedziawszy Szanownym Koleżankom blogerkom, więc z ogromnym opóźnieniem...]

Na początek bezczelnie odpiszę początek wpisu od Oscetc jako jednej z dwóch blogerek, które były tak miłe, żeby zaprosić mnie do tej zabawy (drugą była Ninedin): "Zasady ogólne są proste – ktoś cię nominuje i od razu Twoja samoocena blogowa rośnie – ktoś Cię jednak czyta! Potem odpowiadasz na miły zestaw pytań, a potem jest tylko gorzej, bo musisz wskazać kolejne osoby, które odpowiedzą na wskazany przez Ciebie zestaw pytań."

Zaczynam od pytań Oscetc, bo to zaproszenie znalazłam jako pierwsze:

1) Wolisz stawić czoła problemom Jane Eyre czy Bridget Jones?

A mogę odpowiedzieć na przykład tak: Lary Croft? Albo River Song? (W obu przypadkch trzeba dobrze się natrudzić, żeby nie zniszczyć wszystkich zabytków, na jakie człowiek się natknie.) No dobrze, ale wracając do pytania: chyba jednak wolałabym być Jane Eyre, bo Jane jest bardzo ale to bardzo inteligentna, no i zawsze może się trafić pan Rochester wyglądający jak Toby Stephens... A poza tym wolę klimaty mroczne od biurowych, no i w sumie większość problemów Bridget jest mi nieznana. Em, wróć. Są tacy, nie będę wskazywać palcami, którzy zapewne przypomnieliby mi, że zdarza mi się bywanie królową chaotycznego obciachu na miarę Bridget. Ergo: ja jednak poproszę Jane.

2) Podobno życie kobiety staje się najciekawsze po trzydziestce. A życie mężczyzny? Których obserwujecie z większą uwagą?

O rany. Ostatnio fangirlingowo zakochałam się w ojcu i synu, na dodatek obu sprzed ok. 200 lat. Syn nie dożył 22 lat. Inny mój historyczny fangirling nie dożył 33. Ale aktorów wolę tych raczej dojrzałych... (ehem, a co z faktem, że bardzo podobał mi się Artur w Merlinie?)

3) Jesteś Sherlockiem. Wolisz stawić czoła królowej Wiktorii czy królowej Elżbiecie II? I jaką sprawę rozwiązujesz?

Wiktorii. Staram się udowodnić, że jej bliska przyjaciółka cesarzowa Eugenia jest agentką Wielkiego Cthulhu albo Czarnej Kozy z Lasu z Tysiącem Młodych (dziękujemy ci, HPLovecrafcie) i zapobiec wysłaniu jej syna do Afryki.

4) Musisz spędzić rok na bezludnej wyspie. Możesz zabrać tylko jedną książkę, bez szans na to, że przypłynie kolejna. Jaką książkę wybierasz i dlaczego?

Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego - bo czytałam go kilkanaście razy i zawsze znajdę tam historyjkę, której kompletnie nie pamiętam, no i zawsze mogę zabrać się za rozrysowywanie zależności pomiędzy wszystkimi historyjkami...

A może jednak Hrabiego Monte Christo?

Teraz czas na pytania Ninedin:

1. Jesteś Thursday Next. Na 24 h możesz się zamienić z dowolnym bohaterem literackim/serialowym. Kogo wybierzesz i jak mu/jej zamieszasz w życiu?

Hmmm... To może zostanę Gwen Cooper, będę miała ognisty romans z Jackiem Harknessem (lubię Rhysa jako człowieka, ale wolałabym, żeby Gwen za niego nie wyszła, więc może przynajmniej się rozwiodą...), zapobiegnę katastrofom drugiego sezonu Torchwood i wymyślę lepszy sposób na uporanie się z obcymi z Children of Earth, a wszystko po to, żeby Jack pozostał beztroskim sobą. (Jack Bauer w 24 godziny potrafił dokonać więcej, toteż nie sądzę, żeby było to zadanie ponad siły).

2. Jesteś Córką Doktora. Masz wehikuł czasu i licencję od Jacka Harknessa na legalne wykradzenie jednej jedynej osoby z jej linii czasowej w historii Ziemi i zabranie ze sobą w dowolne miejsce czasoprzestrzeni. Kogo/dokąd?

(Musiałaś mi to zrobić? Wiedziałaś, że nie będę potrafiła się zdecydować, zob. punkt 2 poprzedniej serii pytań.) Najpierw uznałam, że powinnam być altruistyczna i wahałam się między założycielem rodu Habsburgów, cesarzem Franciszkiem II/I, Metternichem i Talleyrandem, żeby jakoś zapobiec Kongresowi Wiedeńskiemu. Ale potem zauważyłam, że mam taką osobę zabrać "ze sobą" i jak rozumiem spędzić z nią jakiś czas w owym dowolnym miejscu, a nie po prostu wykopać z jej timeline'u... a jakoś nie palę się do towarzystwa żadnego z tych panów, mimo że wszyscy mieli w swoim czasie spore powodzenie u kobiet. To może jednak ukradnę młodego człowieka znanego między innymi jako Książę Reichstadtu i zabiorę go w jakieś miejsce odpowiednie do uknucia wspaniałej intrygi... (a potem przekupię Kapitana Jacka - I am his greatest fan, after all - żeby pozwolił mi wrócić i tę intrygę przeprowadzić. Choć może w sumie lepiej byłoby wykraść jego ojca i zapobiec przemianie Króla Rzymu w Księcia Reichstadtu?)

3. Jesteś Lokim (tym wprost z mitologii, nie tym z Marvela) i zamierzasz zasiać trochę chaosu. W tym celu wyciągasz z dowolnych dwóch uniwersów dwie postacie i umawiasz na randkę LUB spotkanie towarzyskie bez romantycznego podtekstu, które się musi skończyć katastrofą. Kogo z kim? I z czego wyniknie katastrofa?

Jack Bauer i Donna Noble. Randka. W Los Angeles wybuchnie nie jedna, ale kilka bomb atomowych, ale potem wszystko skończy się dobrze, bo przecież Donna jakoś zdoła uratować świat :) Jack Bauer odleci w Tardis.

4. Jesteś Muzą. Masz szansę zagwarantować wielką, mega, światową super hiper karierę i popularność jednej powieści/filmowi/serialowi/fandomowi, który uwielbiasz Ty i zdecydowanie za mało osób poza Tobą; uważasz, że zasługuje na znacznie więcej, niż ma. Jaki wybierzesz i dlaczego? 

Serial wg Belgariady i Malloreonu Eddingsa, please! Gdzieś mam nawet obsadę idealną...

Moje pytania:

1. Napiłaś się przez przypadek krwi jakiegoś potężnego wampira, co dało ci niezwykłą moc magnetyzmu: przez parę godzin masz zdolność przekonania każdego człowieka do dowolnej rzeczy. Kogo i do czego przekonujesz? (możesz podróżować w czasie)

2. Możesz przenieść się w świat dowolnej powieści i zmienić w niej jeden (ale koniecznie istotny!) szczegół - w tym sensie istotny, że od pewnego momentu wszystko musi pójść inaczej. Gdzie lądujesz i co zmieniasz?

3. Możesz zaangażować kompozytora z dowolnej epoki do napisania opery wg dowolnej książki, filmu itd. Według czego piszesz libretto i dla kogo?

4. Możesz sobie u dowolnego malarza z dowolnej epoki zamówić portret z dowolnym swoim fangirlingiem. Z kim się portretujesz i u kogo?

Wyzwane blogerki to (choć chętnie dałabym również zwrotnie...):

Ysabell

Fabulitas

Rusty Angel

Sherlockistka

 

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright