piątek, 31 marca 2017
Zaangażowanie i aktywizm

Dwa tygodnie temu pisząc o lex Szyszko pozwoliłam sobie stwierdzić ze smutkiem, że jakoś nie widzę aktywności zielonych aktywistów przeciwko tej ustawie i jej skutkom. Bo nie widzę. Spotkało się to między innymi z dość drapieżną reakcją jednego z komentatorów (nick Redezi), który napisał tak: "Nie obwiniaj aktywistów za słabość mediów, zwłaszcza, że sama niechętnie się angażujesz za to chętnie stawiasz wymagania."

Na pierwszą część tego zdania odpowiedziałam w komentarzach, na drugą trochę też, ale po dłuższym namyśle uznałam, że jakkolwiek nie lubię pisać o sprawach osobistych, tak oskarżenie tam zawarte wymaga nieco dłuższego komentarza. Zwłaszcza że właśnie zaangażowałam się, na tyle, na ile pozwala mi czas, w rzecz istotną dla dzielnicy, w której mieszkam. Mniejsza o to, jaką, to sprawa na tyle lokalna, że nie będę nią zawracać głowy.

Otóż, drogi Redezi, który zdajesz się tak znakomicie mnie znać, choć nie wiem, skąd, zaangażowanie to konkretne działania. Tak to rozumiem i kiedy uważam, że coś wymaga mojego zaangażowania, angażuję się na tyle, na ile czas mi pozwala. (Do tego, dlaczego chwilowo pozwala w małym stopniu, wrócę, bo to się łączy z głównym tematem.) Aktywiści natomiast, skoro mienią się aktywistami, powinni być aktywni. To wynika z samej definicji słowa "aktywista". To ktoś, kto działa - zawodowo lub społecznie, ale zajmuje się właśnie działalnością na rzecz czegoś konkretnego. I jeśli w konkretnej kryzysowej sytuacji nie widzę aktywności aktywistów, to znaczy, że są to cztery litery, a nie aktywiści. I z przykrością muszę skonstatować, że najwyraźniej prawdziwy aktywizm jest gdzie indziej - np. w Ordo Iuris. Może "nasza strona" powinna przyjrzeć się ich aktywności, ich niezmordowanej wręcz aktywności, i wyciągnąć z tego lekcję.

Jak już powiedziałam, Redezi wypowiada się tak, jakby doskonale znał mnie od wielu lat. Gdyby tak było, to wiedziałby, że w swoim czasie - tym, w którym człowiek najchętniej bywa aktywistą - angażowałam się bardzo mocno. Zbierałam podpisy, wysłuchiwałam komentarzy o żydokomunie, rozwieszałam plakaty, roznosiłam ulotki wyborcze, organizowałam spotkania z politykami i ludźmi kultury, redagowałam biuletyny, siedziałam w komisji wyborczej jako mąż (czy też żona) zaufania. Właśnie jako mąż zaufania, a nie opłacany członek komisji. Było to w zamierzchłych czasach świętej pamięci Unii Demokratycznej/Unii Wolności, kiedy w polityce byli jeszcze ludzie, których naprawdę ceniłam. Robiłam to wszystko w czasach, kiedy nie łączyło się to z żadnymi szansami na karierę w partii, kiedy była to robota czysto społeczna.

Przez zaangażowanie rozumiem również udział w wyborach. Póki te wybory są demokratyczne, uważam, że udział w nich jest obywatelskim obowiązkiem. Gdyby stały się znów niedemokratyczne, rozważałabym dwie opcje ich bojkotu: absencję i oddanie głosu nieważnego. Ale póki mają szanse o czymś zdecydować, bezwzględnie sądzę, że należy głosować - nawet jeśli już nie ma polityków ani partii, które naprawdę się szanowało. W absolutnej ostateczności należy głosować po prostu przeciw. Przeciw temu, czego naprawdę się nie chce, jeśli nie da się głosować za tym, czego się chce.

Przez zaangażowanie rozumiem także wykonywanie swojej pracy. I tu dochodzę do tego, o czym już wspomniałam: że mam ograniczony czas na aktywność społeczno-polityczną. Jest tak paradoksalnie z tego powodu, że od jakiegoś czasu nie mam stałego zatrudnienia, a drugie studia doktoranckie właśnie skończyłam i lada moment będę ten drugi doktorat bronić. Mimo to nie mam zatrudnienia i w związku z tym nie mam stałych dochodów. W tym roku nie mam ich całkowicie, bo do zeszłego miałam przynajmniej ten marny kadłubek stypendium, który mi jeszcze przysługiwał. Żeby było jasne: mój miesięczny dochód wynosi obecnie 0,00 zł. Do tego dochodzi kilkuletni brak składek na fundusz emerytalny, a także niemożność zrobienia habilitacji, co otworzyłoby mi drogę np. do ubiegania się o stanowiska profesora nadzwyczajnego na uczelniach.

Mimo to staram się robić to, co powinnam robić jako osoba, która wprawdzie z perturbacjami wynikającymi z niewłaściwych wyborów życiowych, ale jednak całe dotychczasowe dorosłe życie poświęciła nauce: usiłuję uprawiać tę właśnie naukę. Niestety, jak się okazało, z moim życiorysem nie powinnam tego robić, w każdym razie w Polsce. Robię drugi doktorat, a nie pierwszy, więc gremia zajmujące się finansowaniem nauki odmówiły mi statusu post-doca, co drastycznie zmniejszyło moje możliwości ubiegania się o zatrudnienie i granty.

W tej konkretnej sprawie, pomocy w usiłowaniu uzyskania statusu przysługującego mi po ukończeniu studiów doktoranckich, po zmianie ścieżki kariery naukowej, po kilkuletniej przerwie w publikowaniu, zwracałam się do organizacji, która uważa się za aktywistów naukowych i wydaje się wręcz powołana do występowania i aktywności w takich przypadkach - do Obywateli Nauki. Od których raz za czas dostaję na maila biuletyny o działalności. Okazało się jednak, że ON nie są zainteresowani realną pomocą dla obywatelki nauki, którą pozbawiono praw obywatelskich. Odpowiedzi, jakie dostawałam, były najoględniej mówiąc, zbywające, co przekonało mnie, że aktywizm jest dla aktywistów i ich dobrego samopoczucia, a nie dla zwykłego obywatela. A prosiłam głównie o pomoc o charakterze prawnym lub nagłośnienie tego konkretnego przypadku, który tak naprawdę wymyka się regulacjom w odpowiednich ustawach, a przez gremia decyzyjne został potraktowany na moją niekorzyść, bo tak było najłatwiej.

Otóż, drogi Redezi, który tak znakomicie mnie znasz, pozwól, że zwrócę Twoją uwagę na to, że jeśli usiłuje się przebić na rynku naukowym nie mając żadnego instytucjonalno-finansowego wsparcia, jeśli musi się z własnej kieszeni finansować kwerendy i udział w konferencjach, to musi się jeszcze zarabiać. W najbardziej kryzysowych sytuacjach wspomagała mnie rodzina, ale przede wszystkim odkąd zdecydowałam się na zmianę życia, nowe studia, nową karierę, zarabiam na nią na tzw. śmieciówkach, tłumacząc książki. A kiedy to robię, to nie mam czasu na pisanie artykułów naukowych, w rezultacie więc czas dzielę między pracę zarobkową i pracę naukową finansowaną przez tę pierwszą. Cierpi na tym jedno i drugie, ale kolejny rok zaciskam zęby i idę dalej.

Bo widzisz, to również uważam za zaangażowanie. Na dodatek wyjątkowo wymagające, trudne i frustrujące.


Save

Save

czwartek, 30 marca 2017
La scala non v'e piu (Belle epoque 7)

Powiem od razu jedno: jeśli chodzi o fabułę kryminalną, to chyba był najsensowniejszy odcinek z dotychczasowych. Być może dlatego, że zarys historyjki ściągnął ze słynnej międzywojennej sprawy, porwania i zamordowania synka Charlesa Lindbergha, zamiast silić się na oryginalność albo wykorzystywać wątki zgrane do bólu. To powiedziawszy dodam, że całkiem sporo się tu nadal rozłaziło, a już zwłaszcza kompletnie się nie trzymał kupy wątek główny.

Lindbergh kidnapping można było oczywiście wykorzystać nieco bardziej kreatywnie, a za to z mniej oczywistymi elementami, jak chociażby brak śladów podejrzanego na drabinie. Nic również nie poradzę na to, że jak bohaterowie zastanawiali się, kto przystawił drabinę do okna, to obie z N miałyśmy to samo skojarzenie: Don Bartolo z Cyrulika sewilskiego. Temu skojarzeniu recenzja dzisiejsza zawdzięcza swój ni przypiął ni przyłatał tytuł, pozbawiony na dodatek przez bloxa włoskiej diakrytyki. Ale też w sumie wątek drabiny zarzucono, więc prawie jakby znikła.

Tak naprawdę to myślę sobie, że relatywna sensowność fabuły wynikała tu z prostego faktu, że była to historia kameralna, nieangażująca seryjnych morderców, a i o dziwo bohater miał jakąś tam pokręconą, ale jednak motywację, co już jest sporym osiągnięciem. Oczywiście były i rozpaczliwe uproszczenia fabularne w rodzaju tego, że bohaterski paparazzi zwija zupełnie przypadkiem z domu podejrzanego ten konkretny notes, który okaże się koronnym dowodem popełnienia przestępstwa, a wszystkie pomysły Weroniki (czy ktoś może odstrzelić tę postać?) okazują się błyskotliwe, genialne i prowadzące prosto do celu. Ja wiem, że 40 minut, przerwy na reklamy itd., ale po co marnować pół pierwszej tercji odcinka na przydługą walkę bokserską, skoro potem nie starcza czasu na śledztwo?

Na plus policzę jeszcze to, że w tercji środkowej w areszcie nie siedział pierwszy podejrzany (służącą od razu wypuszczono), a Cezary Pazura na gościnnym występie pokazał, że metryka 1962 gwarantuje poziom aktorstwa o niebo wyższy od tego, co prezentuje tzw. naprawdę młode pokolenie, mimo że rola do wybitnych nie należała. Ale przynajmniej scena, w której przyznaje się (pośrednio! nie kawę na ławę jakąś banalną kwestią!) do wymyślenia intrygi, która poszła nie tak, była zagrana w sposób, który nie wprawiał widza w zażenowanie. I mówię to ja, która za Pazurą i jego aktorstwem nigdy nie przepadałam i właściwie w sumie tak naprawdę nie lubię ani jednego z jego sztandarowych filmów.

Na huśtawkę emocjonalną Konstancji pozwolę sobie spuścić zasłonę miłosierdzia, bo jako już rzekłam, wątek główny w tym odcinku był jakimś kosmicznym nieporozumieniem. No chyba że miała to być delikatna sugestia - odcinek o niemowlęciu wszakże - że Konstancja jest w ciąży. Ale nie przypuszczam.

PS. Nigdy nie zrozumiem filmowej fascynacji boksem oraz przede wszystkim bokserami jako wcieleniem człowieczeństwa. Nie znoszę wszystkich filmów o bokserach, jakie znam, z Wściekłym bykiem na czele, w sumie im ambitniej w tym temacie (że zacytuję klasyka), tym gorzej, jak dla mnie.

Save

Save

sobota, 25 marca 2017
Gioacchino Massimo

250 lat temu w małej miejscowości Labastide-Fortunière na południu Francji przyszedł na świat najmłodszy syn lokalnego oberżysty i dzierżawcy pobliskich arystokratycznych dóbr. Człowieka jak na swój stan (niższy trzeci) raczej zamożnego i zaradnego. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że cała rodzina była piśmienna i jakieś tam aspiracje miała. A nadchodząca rewolucja miała otworzyć drzwi aspiracjom stanu trzeciego.

Labastide-Murat

Póki co jednak, tuż przed rewolucją, najmłodszy syn oberżysty został posłany do seminarium w Tuluzie: wcześniej dobrze się uczył, a dla człowieka z jego pochodzeniem liczba ścieżek kariery była jeszcze ograniczona. Nie wytrzymał tam długo - znacznie bardziej pociągały go płeć piękna, spotkania towarzyskie, jazda konna oraz piękne mundury. A że pewnego dnia przez miasto przejeżdżał oddział kawalerii, świeżo upieczony kleryk rzucił seminarium i zaciągnął się do armii. Następne kilka lat było burzliwe zarówno dla Francji, jak i dla niego osobiście: niesubordynacja kosztowała go wyrzucenie z wojska, ale jako subiekt w sklepie kolonialnym w rodzinnych stronach nie wytrzymał długo, toteż wrócił do Paryża, gdzie zaczął znów wspinać się po stopniach kariery republikańskiej i militarnej. Zdarzyły się tam również epizody tragikomiczne, np. był na krótko aresztowany za używanie nazwiska pewnego słynnego rewolucjonisty, które brzmiało bardzo podobnie do jego własnego.

Udało mu się jednak w tym wszystkim nie stracić głowy - ani dosłownie, ani przenośnie - i wrócić do ukochanej kawalerii. Tymczasem nadszedł rok 1795 i inny bardzo młody człowiek, mający to szczęście w życiu, że jego ojciec zdołał wylegitymować się szlacheckim pochodzeniem na tyle, żeby synom dać lepsze wykształcenie, zaczynał właśnie robić zawrotną karierę. I tak się złożyło, że w chwili, kiedy wykonywał drugi w swojej karierze decydujący krok, pod ręką znalazł się nasz syn oberżysty, dosłużywszy się w międzyczasie stopnia podoficerskiego, i walnie przyczynił się do sukcesu, który dwa lata młodszego od niego oficera uczynił generałem.

Przez kolejne niemal dwadzieścia lat byli praktycznie nierozłączni. Syn oberżysty został najpierw adiutantem generała, potem ożenił się z jego siostrą, a potem zrobił karierę niemal równie błyskotliwą jak jego szef. Prawie, bo został tylko królem, a nie cesarzem.

Był bardzo dobrym królem, mimo że zamiłowanie do kawaleryjskich wyczynów i ekscentrycznych strojów nie przeszło mu od lat młodzieńczych, przez co złośliwcy obdarzyli go przydomkiem "króla dandysa". W swoim Neapolu przez raptem sześć lat zdołał wprowadzić całkiem sporo reform i postępowych innowacji, co przyczyniło się choć trochę do wydobycia się południowej Italii z konserwatywnego marazmu.

Kiedy naszedł kryzys, usiłował ocalić swoje własne królestwo kosztem dawnych lojalności, ale nie zdołał naprawdę zdradzić ideałów i przyjaźni z minionych lat, co koniec końców przypłacił życiem, ponieważ kongresowi wielcy gracze nie mieli najmniejszej ochoty pozostawiać czegokolwiek w rękach tych, którzy na ponad dwie dekady zdołałi zachwiać starym porządkiem.

Ale rewolucyjnych zmian nie da się powstrzymać, toteż jakkolwiek rozpaczliwa próba zjednoczenia Italii podjęta jeszcze w 1815 przez syna oberżysty i króla w jednej osobie nie powiodła się, "Odezwa z Rimini" stała się zarzewiem buntów przeciwko przywróconej konserwatywnej władzy i jednym z założycielskich dokumentów włoskiego Risorgimenta, niepodległości i zjednoczenia, które dokonało się pół wieku później.

A reakcyjni konserwatyści, którzy w kalabryjskim Pizzo rozstrzelali Joachima Murata, króla i syna oberżysty w jednej osobie, najznakomitszego kawalerzystę wszech czasów i jedną z najbarwniejszych postaci epoki obfitującej w niezwykłe życiorysy, pokazali tym gestem głównie swoją małość, mściwość i strach przed tymi niedającymi się powstrzymać zmianami.

Murat pod Jeną

PS. Dobrze się składa, że te urodziny wypadają w dzień, kiedy świętujemy europejskość, bo mój bohater był jednym z tych, którzy marzyli o wspólnocie europejskiej: jednym prawie równym dla wszystkich, jednej walucie, wprowadzali równouprawnienie religijne i znosili poddaństwo chłopów, zakładali szkoły i wodociągi, walczyli z reakcjonizmem i zacofaniem. Wtedy się nie udało, mimo że projekt był skrojony na miarę swej epoki, z wszystkimi jej ograniczeniami - zwyciężył konserwatyzm, który wyprodukował wojujące, izolacjonistyczne nacjonalizmy. Skutki tego zwycięstwa, mimo że było czasowe, obserwujemy do dziś.

czwartek, 23 marca 2017
My żartem, oni serio (Belle epoque 6)

Wczorajszy odcinek miał dziewiętnastowiecznego patrona. I to wielkiego kalibru, bo jedną z najsłynniejszych urban legend stulecia, choć dotyczącą wieku poprzedniego. Ale to XIX w. wymyślił Sweeneya Todda, jego kochankę i ich wyroby garmażeryjne.

Tak jakoś chyba zaraz po pierwszej przerwie na reklamy, kiedy pierwszy podejrzany jeszcze siedział w areszcie, a scenarzysta zapodał nam ustami którejś z postaci, że giną młodzi chłopcy i dziewczyny w ilościach hurtowych, N rzuciła żartem uwagę, "O czyżby Sweeneya Todda mieli?" Umysły uśpione konkursem na najgorszą aktorkę (to naprawdę jest niewiarygodne, że Misia zdołała dorównać pod tym względem Weronice, a niestety Konstancja dzielnie im sekunduje, w związku z czym na tym tle totalnie nieprzekonująca Mila wypada nie aż tak źle) oraz drewnianym aktorstwem panów nie połączyły kupowanych przez komisarza Jellinka weków z tą uwagą. Może też nie chciały przyjąć do wiadomości, że może być aż tak banalnie. Bo spuśćmy już zasłonę miłosierdzia na fakt wystąpienia drugiego seryjnego mordercy w tym zapyziałym Krakowie w ciągu sześciu odcinków i na przestrzeni - czego? - paru tygodni?

Potem zaś na widok Małaszyńskiego pędzącego po schodach i wznoszącego wzrok ku górze równie żartem rzuciłam tym razem ja uwagę "A tu Misia się powiesiła". I co? I bingo. No, przyznam, że nam szczęki opadły, nie dlatego, że to taki świetny twist, wręcz przeciwnie. Bo o tej Misi się mówiło i mówiło, raz czy drugi mignęła na ekranie, ale ogólnie wszystko zmierzało do tego, że to ważna postać będzie. I tak po prostu odesłać ją do limbo, nie dawszy jej nawet naprawdę czegoś w fabule namieszać? Wprawdzie jedyna scena z jej realnym udziałem przekonuje mnie, że przynajmniej oszczędzona nam będzie jedna fatalnie zagrana rola, ale i tak scenarzyście należy się dwója, bo tak bezsensownie nie zabija swoich postaci nawet mistrz tego zabiegu literackiego Andrzej Sapkowski. (Zabija inny pisarz, o którego przeczytanych właśnie dziełach może napiszę, a którego twórczość dziwnie mi się z Belle epoque kojarzy, co nie jest komplementem.)

Za ten odcinek scenarzyści to tak po prawdzie powinni wylecieć z produkcji. Bo nie dość, że przeniesienie słynnej londyńskiej miejskiej legendy toporne, to jeszcze i szczegóły zgrzytały. Ja wiem, że czterdzieści minut, przerwy na reklamy i w ogóle, ale czy naprawdę pierwszy zagadnięty przez komisarza Jellinka koleś na targu musi okazać się demonicznym sprzedawcą kompotu? Nie mógł to po drodze Lubaszenko porozmawiać z choćby jednym innym straganiarzem? Np. kosztem tego, że główny bohater powtarza mu praktycznie słowo po słowie odbytą wcześniej na oczach widzów rozmowę z kleparzowym złodziejaszkiem?

(Skądinąd krakowski Sweeney Todd tym bardziej był demoniczny, że z przydomowej hodowli maku otrzymywał czystą morfinę, co wyraźnie oznacza konszachty z siłą nieczystą. Tylko czy nie łatwiej byłoby tę siłę poprosić o to, żeby od razu zmieniła ołów w złoto? Mniej zachodu niż z ćwiartowaniem prostytutek, a i zarobek większy.)

Na tym skróty fabularno-narracyjne w odcinku się jednak nie kończą. Tempo i zwinność, z jaką przeczysta prostytutka Mila przecięła o ścianę konopny sznurek, którym ją skrępowano, kwalifikuje ją na asystentkę jakiegoś Davida Copperfielda, to, że okazała się odporna na działanie czystej morfiny z przyzagrodowych makówek takoż. Ale nagroda za skrót specjalny trafia w ręce sceny, w której główny bohater przybiega z wiadomością, że już wie, gdzie mieszka demoniczny sprzedawca kompotu z rabarbaru. Ledwie pobiegł, już przybiega, nie wiemy, z kim rozmawiał, jak wyciągnął tę informację. "Skąd on to wie?" - zapytała zatem retorycznie N. "Od scenarzysty" - odparłam ponuro.

Ja rozumiem, że czterdzieści minut, przerwy na reklamy i w ogóle, ale po co w takim razie kompletnie nie z tej bajki scena z "baronową"? Że niby ma być pikantnie, bo damy z wyższych sfer puszczają się z kleparzowymi Adolfami? Rzeczony chyba zresztą nadal gnije w areszcie, bo scenarzyści zapomnieli go wypuścić, a na dodatek komisarz wyraźnie tego zakazał. Cała ta sekwencja wyłącznie zjadła czas, bo do niczego absolutnie nie była potrzebna, chyba że to baronowa zleciła zabójstwo brata Konstancji, podmieniła czaszki i powiesiła Misię. (Wszystko oczywiście rękami Adolfa, w końcu jakkolwiek w owych czasach było to imię popularne, to dziś kojarzy się raczej demonicznie.) Ale nie sądzę.

A na dodatek czuję w powietrzu jeszcze jedno straszliwe rozwiązanie fabularne. Oto proroctwo: Skarżyński ożeni się z Milą. Bo wprawdzie to prostytutka, ale przecież przeczysta, wzór cnót obywatelskich na dodatek, co to własne życie naraziła, żeby ocalić Weronikę (czy ktoś może odstrzelić tę postać?) przed niebezpieczeństwem udawania prostytutki na Kleparzu, celem zwabienia demonicznego sprzedawcy rabarbaru w pułapkę. (No dobra, ocaliła nas przed oglądaniem Weroniki udającej prostytutkę, co mogę jej policzyć na plus.)

I okej, niech się żenią. Choć dalibóg nie wiem, skąd ten Skarżyński w takich zażyłych stosunkach z przeczystą, skoro jak dotychczas towarzyszyła ona głównie głównemu bohaterowi, ale może coś przegapiłam. Choć raczej obstawiam, że cokolwiek się między nimi wydarzyło przed szóstym odcinkiem, wydarzyło się poza kadrem, a my nie zostaliśmy o tym poinformowani. (Jest taka opera Verdiego, Trubadur, świetna muzycznie, ale ponoć nawet wykonawcy nie wiedzą, o co w niej chodzi, bo wszystkie ważne wydarzenia mają miejsce poza pokazywaną na scenie akcją.)

No więc dobra, niech się żenią, niech żyją długo i szczęśliwie. Ale scenarzystom tym razem polecamy przeczytanie pewnej książki o dziewiętnastym wieku traktującej, mianowicie Przeminęło z wiatrem. A konkretnie tej sceny, kiedy panie z towarzystwa dowiadują się, że ich mężowie byli w domu Belli Watling. Otóż obawiam się, że w Krakowie samego końca długiego XIX wieku stosunek do pań parających się najstarszym zawodem świata, na dodatek pań pochodzących najwyraźniej z nizin społecznych, bliższy będzie temu, co prezentuja u Margaret Mitchell południowe damy, niż temu, co zaprezentowała w naszym ulubionym serialu Weronika (czy ktoś może odstrzelić tę postać?).

Aha, jeszcze jedna sprawa: czy ktoś mógłby zacząć pisać komisarzowi Jellinkowi sensowne kwestie? Bo i dobry aktor nie pomoże, kiedy postać nie ma nic sensownego do powiedzenia.  Może też byłoby lepiej, gdyby ktoś sobie przemyślał jego wcześniejszą karierę, zanim zabrano się za kręcenie serialu. Bo tu nagle dostajemy faceta z przeszłością czynnego policjanta, który do piątego odcinka włącznie zajmował się tylko promowaniem tezy, że zabił pierwszy podejrzany. Można było mu dać historię, w której zawsze był tylko urzędnikiem i policjant dopiero się w nim budzi, albo i taką, gdzie jest wypalony i zmęczony i mu się nie chce, ale jednak stary policjant się w nim budzi, ale najgorsze, co można było zrobić, to pójść na skróty i zgadnijmy, co też wybrali scenarzyści.


Save

Save

Save

Save

sobota, 18 marca 2017
To jeszcze może być Niemiec (Belle epoque 5)

N powiedziała, że recenzja z piątego odcinka powinna mieć tytuł "Nie będzie Niemiec pluł nam w BHP". Słuszna uwaga, ale niestety tytuł okazał się zbyt długi. Niemniej w zasadzie o tym było, a mogło być tak pięknie.

Zamysł fabularny był chyba najambitniejszy z dotychczasowych - w sensie swojego potencjału, bo nie realizacji. Historia górników, którzy nawet nie tyle biorą sprawy (ze złym dyrektorem kopalni) w swoje ręce, ile kryją człowieka (dobrego inżyniera, syna dobrego inżyniera), który złego dyrektora zabił może w obronie własnej, a może ich (górników), plus historia policjanta i sędziego, którzy postanawiają przymknąć oczy na ewidentne grupowe kłamstwo - to materiał na dobry dramat psychologiczny albo społeczny, ale trzeba by tu ręki jakiegoś Kena Loacha.

Bogowie, jaki to mógłby być dobry film... Niestety był tylko słaby odcinek słabego serialu.

Tym, co mnie nieustająco zadziwia, jest talent realizatorów (scenarzystów, reżysera i aktorów) do zabijania dobrych pomysłów. Oraz to, że najdalej w połowie odcinka wiem, kto zabił (a przynajmniej, kto na pewno nie zabił). Tu w sumie na dodatek jakoś tak się poskładało, że jak zobaczyłam maszynerię filmowaną jako w tej "Ziemi obiecanej", to wiedziałam, że ktoś (denat z torów) musiał wpaść do maszyny, a jak zobaczyłam dobrego inżyniera, to poczułam, że musiał w tym maczać palce. No i w sumie można było przewidzieć, że tym złym będzie Niemiec (tu scenarzyści nie odrobili lekcji Reymonta), co mnie jednakowoż dziwi, skoro serial produkuje TVN a nie TVP.

Choć w sumie dziwniejsze jest to, że realizatorom (scenarzystom, reżyserowi i aktorom) udało się jeszcze bardziej zarżnąć wątek główny. Bo z tymi kryminalnymi przynajmniej można spekulować, kiedy będzie przewidywa(l)ny twist. Wątek główny, dotyczący głównych bohaterów, jest mi równie doskonale obojętny jak wynik wyborów prezydenckich w San Escobar. Nie, wróć: ten wątek głównie mnie irytuje swoją pretensjonalnością. I postaciami.

O tym, że jako te bedłki jarmużu czy też kania dżdżu pragnę, by ktoś odstrzelił Weronikę, już pisałam. Za postać i za aktorstwo, najgorsze w fatalnie zagranym serialu. Gorzej, że zaczęłam tego samego pragnąć dla Konstancji, mimo że Magdalenę Cielecką autentycznie cenię jako aktorkę. Ale jak po raz kolejny widzę zamożną pannę we wciąż tej samej sukni i kapeluszu (no dobra, w tym odcinku przynajmniej to zdjęła), na dodatek mówiącą afektowaną teatralną manierą, to moje myśli również krążą wokół metaforycznego pistoletu. Przeczysta - dosłownie i metaforycznie - prostytutka to w ogóle jakieś kosmiczne nieporozumienie. Małaszyński jest z kolei nadal tak drewniany, że jeszcze chwila i w ogóle przestanę go zauważać.

No i czaszka. Podmieniona w grobie czaszka. I to na taką, żeby doktor Skarżyński nie miał żadnych wątpliwości, że jest podmieniona. Z młodego mężczyzny na mężczyznę nie dość, że dużo starszego, to jeszcze gnębionego przez gruźlicę kości. Po kursie antropologii fizycznej łyknę sporo, jeśli chodzi o odczytywanie wieku i schorzeń akurat z czaszki, więc tym razem nie będę się czepiać detali. Tym razem czepnę się tego, że nijak, ale to nijak nie kupuję tej podmiany.

Jak już pisałam w recenzji poprzedniego odcinka, czaszka wyglądała jak wygotowana w żelazistej wodzie, tak była czyściutka. No dobra, jak ktoś ją podmienił na ukradzioną z jakiegoś zakładu anatomii, to w porządku. Ale wątpię. Zresztą w sumie wtedy powinni podmienić cały szkielet, bo inaczej nawet średnio rozgarnięty bohater powinien się kapnąć, że nie pasuje ona do reszty. Ale co wtedy np. z ubraniem nieboszczyka?

Ponieważ główną podejrzaną jest niejaka Misia (to chyba ta w czarnej sukni, co raz czy drugi mignęła w kadrze oraz życiorysie prostytutki przeczystej), to mimo iż miała ona mieć ponoć skłonności do orgii, jakoś nie za bardzo ją sobie wyobrażam 1) odcinającą głowę świeżemu nieboszczykowi i podmieniającą ją na świeżą lub nieświeżą głowę nieboszczyka z gruźlicą kości; 2) włamującą sie do grobowca (choć w sumie niezamurowany on, sądząc po poprzednim odcinku) i podmieniającą czaszki na jakimś tam etapie rozkładu tkanek miękkich. Tertium non datur, że pozwolę sobie na taką licencję poetycką.

Aha, byłabym zapomniała. Najbliższa Krakowa kopalnia węgla kamiennego i chyba jedyna w byłym zaborze austriackim, znajduje się w Libiążu. Scenarzyści dali jej nawet tę samą nazwę nazwę łudząco podobą do tej, jaką ma w rzeczywistości, mimo że pierwszego właściciela Francuza zamienili na złego Niemca. Nieistotne. Problem z kopalnią jest w tym odcinku taki, że ma się wrażenie, jakby była tuż pod Krakowem, bo nasi dzielni bohaterowie najwyraźniej idą sobie tam spacerkiem niczym do Lasku Wolskiego. Miasto Libiąż jednakowoż jest oddalone od Krakowa o mniej więcej godzinę drogi współczesnymi szosami i samochodami - czyli dla nich to znacznie dłuższa jazda. Skoro taka miała być dbałość o realia, to może warto by pokazać, jak tłuką się albo pociągiem, który tam przecież jeździ, albo powozem, albo i automobilem.

Muzyka była znów wyjątkowo niedobrana. Żaluzji nie było. Refleksy świetlne niestety były.


Save

Save

Save

Save

wtorek, 14 marca 2017
Czas żałować róż

Od jakiegoś czasu - konkretnie odkąd weszła w życie lex Szyszko i zaczęliśmy widzieć jej skutki - zastanawiałam się, skąd w Polsce taka nienawiść do przyrody, że kiedy tylko Polak dostanie zgodę, to wytnie każdy kawałek zieleni. Serce mnie bolało przy każdym kolejnym artykule i nadal nie byłam w stanie zrozumieć, skąd ta orgia wandalizmu pod płaszczykiem prawa, skąd ta agresja, bo trudno to inaczej nazwać.

Mam wrażenie, że dziś dość przypadkiem zrozumiałam, a raczej połączyłam to zjawisko z innym, które dręczy mnie od jeszcze dawniej i o którym poniekąd już pisałam: psucie krajobrazu milionami reklam, banerów, ogłoszeń, plakatów, billboardów i migających światełkami napisów. Bez ładu i składu, paskudnie, byle było widać. To zjawisko występuje i w krajobrazie wiejskim, i miejskim i naturalnym. Występuje - bo żadne prawo tego nie zabrania ani choćby nie reguluje. Na własnym terenie Polak może postawić dowolną reklamę. Na własnym terenie Polak może wyciąć drzewo.

I dotarło do mnie, że nie chodzi o nienawiść do przyrody, nie chodzi też o nienawiść do ładnych budynków czy krajobrazów. Chodzi o prymitywną chciwość, o wulgarny zysk. Bo przecież za reklamę na ohydnym billboardzie ktoś właścicielowi ziemi czy ściany płaci. Za wycięte drzewo właściciel działki może dostać kasę, a jeśli zdoła sprzedać teren deweloperowi, to dopiero się obłowi. Obrońcy wartości są czcicielami mamony i złotego cielca, ot co.

Straty, jakie przynosi lex Szyszko mogą wydawać się niewielkie przy katastrofie, jaką jest rozkład systemu prawnego, nieprzemyślana reforma edukacji i inne pomysły ministrów od rzeczy pozornie ważniejszych. Ale tak naprawdę tylko dwaj ministrowie są władni uczynić rzeczy nieodwracalne: minister środowiska właśnie i minister zdrowia. Złe ustawy będzie można niemal od ręki zastąpić nowymi, przywrócenie Trybunału Konstytucyjnego do prawidłowego funkcjonowania to też będzie kwestia kilku pociągnięć prawnych; ba, podejrzewam, że jeśliby się uprzeć, a dobrzy prawnicy konstytucjonaliści wzięliby się do sprawy, to cały pakiet ustaw przeprowadzonych przez obecny rząd można anulować i wrócić do porządku prawnego sprzed 2015.

Lasów i parków się nie odtworzy w kilka dni, a jeśli na ich miejscu powstaną inwestycje, to utraciliśmy je na zawsze. Podobnie jak nie odwróci się skutków arogancji, z jaką ministerstwo zdrowia odniosło się do kwestii smogu i jego szkodliwości.

Dlatego uważam, że Słowacki nie miał racji. Należy żałować róż, choć płoną lasy.


PS. Zastanawia mnie, gdzie podziali się wszyscy działacze ekologiczni i zieloni aktywiści? Czyżby zależało im jedynie na wyciąganiu z kasy państwowej pieniędzy na infrastrukturę rowerową, z której spora część rowerzystów i tak nie korzysta? Dlaczego nie protestują przeciwko ustawie? (Te pytania są trochę retoryczne: nigdy nie wierzyłam w krzykliwy ekologiczny aktywizm i przekonałam się, że miałam rację.)

Save

czwartek, 09 marca 2017
To zawsze musi być Fantyna (Belle epoque 4)

Przyznam, że Belle epoque oglądam już trochę z obowiązku, a trochę z takiej niezdrowej ciekawości, co jeszcze absurdalnego zaserwują nam scenarzyści. Melduję więc posłusznie, co następuje:

1. Scenariusz czwartego odcinka był kolejnym, w którym nawet krył się potencjał na jakąś tam historię, gdyby scenarzysta zdecydował się na nieco odważniejsze i mniej banalne kroki. Oraz gdyby zadbał choć trochę o realizm rozwiązania - widzicie, drodzy czytelnicy, w tym 1908 roku pochodzącego ze wsi szeregowca, który nawet nie zostaje postawiony przed sądem za zabójstwo majora? Bo opinia publiczna w osobie policji uznała, że działał w afekcie i w sumie niby zabił, ale jakby nie zabił, a przynajmniej zabił w obronie ukochanej?

Widzicie te panie Dulskie ówczesnego Krakowa stające murem za nieszczęsnym chłopiną, który w majorównej się zakochał z wzajemnością? Widzicie, jak historia ich miłości porusza serca krakowskich mieszczek, które szturmują sąd z żądaniem natychmiastowego uniewinnienia, ba, wycofania oskarżenia? Owszem, mogę sobie wyobrazić sąd, który nawet w owym czasie uzna wszelkie okoliczności łagodzące, potwierdzi to, co wykazali nasi dzielni bohaterowie, że żonę zabił w pijackim szale wzmocnionym perspektywą mezaliansu córki sam major, i wyda wyrok w zawieszeniu. Ale nie widzę możliwości, żeby proces się nie odbył tylko dlatego, że omnia vincit amor. Nie w austriackiej Galicji, gdzie nikogo nie powinny zmylić dobrotliwe bokobrody Franza Josefa i komisarza Jellinka. Urzędowy ordnung musiał tu być, nie po to Jego Cesarska Mość pracował osiemnaście godzin dziennie przez kilkadziesiąt lat swoich rządów (mam wrażenie, że głównie przekładając i podpisując papiery, ale to osobna sprawa), żeby ordnungu nie było.

2. Wątek poboczny, który mógł być kluczem do zagadki, czyli nasza nieskazitelnie przeczysta panna lekkich obyczajów towarzysząca dzielnie głównemu bohaterowi w jego hotelowym (równie czyściutkim) pokoiku, też został zmarnowany. Nie był jakiś szczególnie oryginalny, po prawdzie mam alergię na postacie literacko-filmowe, które prostytucją parają się, bo w domu piszczała bieda, są dręczone w związku z tym przez moralnego kaca, a na dodatek bite przez matkę, która jednak pieniądze zarobione na nierządzie bierze. Niemniej tu akurat tę łzawą i ograną historyjkę można było wykorzystać: niechby nasz nieskazitelnie rozchełstany bohater wymyślił, że pannę majorównę papa major mógł pobić, skoro matuś naszej świętej prostytutki córkę pobiła. Plebs aż tak się pod tym względem od wyższych sfer nie różni, powiedziałby nasz bohater, i byłoby fajniej, niż z kompletnie od czapy wątkiem alkoholizmu i niegojącej się rany na ręce, którą powinno się było wyeksponować wcześniej jako coś nietypowego na ciele ofiary, a nie tak deusexmachinowo i niepotrzebnie o niej opowiedzieć.

Inne elementy fabuły, które zostały kompletnie zapomniane przez scenarzystów: 1) kim była kobieta, do której uciekła panna Faustyna wraz z siostrą po awanturze rodzinnej i dlaczego jej nie przesłuchano? 2) skąd nasi dzielni śledczy wiedzieli, że służąca wyjechała na wieś? 3) jakim cudem kolejny przedstawiciel wyższej klasy średniej miał tylko jedną wyjeżdżającą na wieś służącą i nawet nie wziął na te parę dni zastępczyni?

3. Zastanawiałyśmy się z N, jak to jest, że w dobrych proceduralach, a nawet proceduralach nieortodoksyjnych jak House czy Archiwum X, scenarzyści są w stanie upchnąć w tych 42 czy 45 minutach odcinka kawał skomplikowanej fabuły, wątki poboczne i szczegółowe opisy tego, co śledczy robią. W Belle epoque ktoś ciągle mówi, że coś zbada, ale kończy się na tym, że Weronika (czy ktoś może odstrzelić tę postać?) wkłada szkiełko pod mikroskop i zagląda w okular. Koniec. A i tak w odcinku nic się w sumie nie dzieje, więc nie jest tak, że detale śledztwa zjadają akcję. Nie mamy pojęcia, co tak naprawdę zjada i akcję, i szczegóły śledztwa w tym serialu.

4. Bohater wynoszący czaszkę przyjaciela z grobowca (co spływa po nim jak po kaczce, tak nawiasem mówiąc). To element wątku głównego, bo będzie badanie balistyczne pistoletów użytych w pojedynku, który oglądaliśmy w pierwszej scenie serialu. Nie wiem, co za balistykę chcą badać, nie mając dokładnych danych, jak kto stał i jak wyglądał teren (minęło 10 lat! krzaki urosły i w ogóle), na dodatek przez te dziesięć lat zapomnieli, że pojedynek miał miejsce nad jakąś rzeczką (zza rzeczki czy też stawku strzelał ten drugi) przed pałacykiem, bo we wczorajszym odcinku mowa była o pojedynku "na Błoniach". Pomijam już fakt, że te szpece serialowe od balistyki mówiły jakoś dwa tygodnie temu chyba, że z tych pistoletów to i z przyłożenia by nie trafił (no nie wiem, na mój rozum z przyłożenia nie trafić się nie da, a krzywą lufę to co najwyżej się rozwali, ale i tak kula nie poleci w całkiem inne miejsce niż miejsce przyłożenia). Wczoraj coś tam przebąknęli, że uszkodzić te pistolety mógł ktokolwiek przez te dziesięć lat - bardzo słuszna uwaga, tylko że w związku z tym całe te niby balistyczne badania można od razu do kosza wyrzucić. Ale wróćmy do czaszki. Ma ona spory okrągły otwór w czole, co zapewne sugeruje, że balistyka ograniczy się do kalibru broni. Tylko że ja nie pamiętam, żeby w scenie pojedynku denat otrzymał kulkę konkretnie w czoło, a raczej byłoby to widać. (Mogę sprawdzić, wszystko jest wciąż na nagrywarce N.)

Czaszka skądinąd czyściutka, jakby Weronika (czy ktoś może odstrzelić tę postać?) już ją obgotowała jako preparat anatomiczny (wróć, obgotowana byłaby bielsza, chyba że woda była bardzo żelazista, więc co najmniej oczyściła miękką szczoteczką i wodą z mydłem). A przypominam, to jest raptem dziesięcioletnia czaszka wyciągnięta z trumny, a nie z gleby, której skład chemiczny byłby taki, że załatwiłby się aż tak elegancko z tkankami miękkimi w tak krótkim czasie.

5. Aktorstwo bez zmian. Żaluzji nie było, za to wróciły prześwietlone kadry i rozbłyski. Muzyka tła była nieco lepsza.

6. Jeden dobry fabularny szczegół: kiedy nasz bohater każe pierwszemu podejrzanemu wstać i przekonuje się, że jest niski, a napastnik miał być wysoki. Tyle że wyszło jak zwykle i to też zostało zmarnowane. I jeszcze jedno: niech choć raz pierwszy podejrzany będzie tym sprawcą, bo rutyna tego znajdowania podejrzanego i uwalniania go od podejrzeń robi się nudna. I przewidywalna, zwłaszcza że liczymy wyznaczające rytm twistów przerwy na reklamy.

Na koniec może się wytłumaczę z tytułu notki. Ponieważ w tym odcinku ku mojemu kolejnemu rozczarowaniu nie było postaci sponsorującej XIX wiek, uznałam, że dwie sceny są mimowolnymi aluzjami do Nędzników Victora Hugo (a może raczej filmu na podstawie musicalu). Po pierwsze opowieść nieskazitelnej prostytutki - no po prostu nieszczęsna Fantyna. Po drugie łatwość, z jaką nasz bohater otwiera grobowiec - no po prostu Jean Valjean.

Ach, byłabym zapomniała. Dogłębnego rozczarowania doznałam z powodu tego, że skoro w odcinku wystąpiło Sarajewo (w całej monarchii habsburskiej roku 1908 jest to jedyne miasto na tyle daleko, żeby wysłać tam niechcianego amanta córki?), to nikt nie wspomniał o Gavrilo Principie (eks ordynans majora mógł przecież spotkać papę listonosza, u którego boku czternastoletni Gavrilo dopiero poznawałby zło tego świata) albo choćby o arcyksięciu Franciszku Ferdynandzie. Zwłaszcza że ten ostatni też miał z powodu historii miłosno-małżeńskiej kłopoty z rodziną i tak pięknie by się nadał na kolejną paralelę. A jego żona wykrwawiła się w tym Sarajewie, bo nikomu nie przyszło do głowy jej ratować.

A my mielibyśmy taką piękną postmodernistyczną zapowiedź tego, że już za sześć lat belle epoque skończy się wraz z zamachem w Sarajewie...

Samochód, w którym zastrzelono Franza Ferdinanda

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save

czwartek, 02 marca 2017
Teoria naprawdę wielkich liczb (Belle epoque 3)

Podczas rozmyślań nad tym, jak by tu zatytułować recenzję trzeciego odcinka, moje myśli krążyły cały czas wokół wielkich liczb. Konkretnie zbyt wielkich liczb. I jakkolwiek nie przepadam za humanistami na serio przywłaszczającymi sobie terminologię nauk ścisłych/przyrodniczych celem epatowania burżuja/innego humanisty, tak pozwolę sobie żartem zaadaptować tu prawo, o którym przeczytałam sobie przy okazji i dla podobnych jak ja ignorantów przytaczam istotną dla mnie część definicji: "Prawo naprawdę wielkich liczb – prawo z zakresu statystyki, które mówi, że dla wystarczająco wielkiej próbki każde niezwykłe zdarzenie jest możliwe".

Mam wrażenie, że scenarzyści trzeciego odcinka Belle epoque uznali, że zadziała to w dość szczególnym przypadku: jeśli będzie wystarczająco dużo trupów, to widz kupi każde niezwykłe zdarzenie. Otóż spieszę wam donieść, szanowni scenarzyści, że nie. Po prawdzie - dokładnie odwrotnie. Gdybyście dali dziesięć trupków (bo o niemowlęta tu chodzi), to pewnie bym w opisany proceder uwierzyła, jako że byłoby już dość makabrycznie, a dla ukazanego następnie marginesu społecznego 3000 koron to już majątek i nie musi to być 60 tys. koron, które dla większego efektu wyrysowała nam biało na czarnym na tablicy Weronika. Nawiasem mówiąc, to ona wygrywa konkurs na najbardziej bezsensowną wypowiedź nie tylko odcinka, ale i jak na razie serialu: branie na poważnie pod uwagę, że świadectwo urodzenia, które dopiero co odcyfrowała, może być "przypadkową karteczką".

Ale wróćmy do fabuły. Tak, tak, powiecie mi, matka przełożona była na tyle oderwana od rzeczywistości, że zapewne w ogóle nie wiedziała, co się w jej ochronce dzieje. Ale, na litość wszystkich bogów, tam była cała masa innych ludzi, z których w ostatniej chwili scenarzyści usunęli lekarza, bo mógłby się wygadać przed końcem odcinka, i o ile jestem w stanie uwierzyć, że przy - jak wspomniałam - dziesiątce, może piętnastce zmarłych dzieci nikt jeszcze by się nie kapnął, że coś tu nie gra, to dwieście (!) niespodziewanie umierających niemowląt, na dodatek oddanych pod opiekę jednej rodzinie powinno wzbudzić zainteresowanie choćby jednej osoby.

A tak nawiasem mówiąc, już po pierwszej wizycie naszych bohaterskich bohaterów w ochronce powiedziałam do N - tym razem żartem, naprawdę! - że zabijała matka przełożona. Problem w tym, że nie pomyliłam się aż tak bardzo. Skądinąd zastanawiam się, dlaczego zbrodnicza (ale może pod przymusem) siostra Marta nie wypowiedziała w odcinku ani jednego słowa. Czyżby scenarzyści bali się konfrontacji z naprawdę trudnym tematem? (No dobra, zważywszy poziom dialogów, który niestety nie podniósł się ani o milimetr, może to i lepiej.)

Poza tym po staremu: jedynym aktorem pozostaje Olaf Lubaszenko i w związku z tym jedyną żywą (mimo że dość nudno napisaną) postacią jest nadal komisarz Jellinek. Który jednakowoż, spieszę donieść, zważywszy jego status, posiadany dom oraz liczbę rodziny, powinien mieć co najmniej gosposię lub nianię i kucharkę. Nie wyobrażam sobie, żeby w roku 1908 komisarzowa Jellinkowa o wdzięcznym imieniu Hildegarda sama zajmowała się sporą gromadką dzieci (nie policzyłam), gotowała, sprzątała i jeszcze miała czas wyglądać (dzieci też) tak samo czysto, schludnie i nienagannie jak wszyscy bohaterowie serialu. Włącznie z dziećmi zabijanymi dla pozyskania swoistego pięćset plus oraz ich oprawcami. Na kostiumach całej tej gromadki takoż nie uświadczyłbyś choćby pyłka. Z ulgą konstatuję natomiast brak w tym odcinku żaluzji. Zapewne dlatego, że nie było żadnego nowego biura, które po niewielkich zmianach dekoracji ściennych umieszczono by w tym samym zażaluzjowanym na przełomie XX/XXI wieku wnętrzu.

Obserwujemy natomiast pewne pogorszenie pod względem oprawy muzycznej. W pewnym momencie N powiedziała, że brakuje jej muzyki ilustracyjnej (obiektywnie: fakt). "Może lepiej, że jej nie ma", odparłam, będąc w malkontenckim nastroju. Chwilę później okazało się, że miałam rację. Cisza jest lepsza od tego, co od czasu do czasu dobiegało zza kadru, a co w sumie dość trudno opisać, więc nie będę próbowała.

Ku mojemu sporemu rozczarowaniu w odcinku nie padło żadne nazwisko, które zasponsorowałoby dziewiętnastowieczność, w związku z czym muszę uznać, że tym razem za werbalny sygnał staroświeckości robiło kilka łacińskich słówek, wtrącanych trochę nie wiadomo po co. Na dodatek natychmiast usłużnie tłumaczonych w ramach jakiejś dziwacznej glosolalii. No dobra, doskonale wiem, że dziś znajomość łaciny jest na wymarciu, ale wtedy była jeszcze dość powszechna i nie trzeba było tym wszystkim szpecom wszystkiego przekładać. A jak się chciało, żeby widz zrozumiał, można to było zrobić subtelniej, a nie takim łopatologicznym infodumpem.

Na koniec wytłumaczę się jeszcze z obrazka. Szukałam jakiegoś dzieła przedstawiającego tłum. Znalazłam głównie współczesne obrazy, które nawet lepiej pasowałyby nastrojem od tego tu Renoira. Ale dałam go z innego powodu: nagle uświadomiłam sobie, że ta wszechobecna czystość i elegancja w tym serialu jest żywcem jak z głównego nurtu impresjonizmu, gdzie wszyscy są piękni, a wszystko ma ładne kolory. Tylko te zdjęcia w hiperrealistycznej przejrzystości i ostrym konturze nie pasują. Co w sumie już mnie nie dziwi w tym estetycznym chaosie, jakim jest Belle epoque.

Renoir, parasolki 1886

PS. Poniewczasie dostrzegłam pewien continuity error. Nie wiem, ile trwało śledztwo (mam wrażenie, że maksymalnie dwa dni, bo nic nie znamionowało, jakoby więcej, mimo że realizm by się tego domagał, ale o ile dobrze pamiętam, główny bohater miał przed finałem tylko jedno spotkanie z przeczystą i nienagannie uczesaną prostytutką rezydującą w jego hotelu i będącą jego osobistą towarzyszką). Na początku odcinka natomiast komisarz Jellinek wyznał swoim podwładnym, że jego dzieciarnia ma koklusz. Na końcu cała dzieciarnia czysta i zdrowa biegała po salonie. Wedle znalezionych przeze mnie danych trzy fazy krztuśca czyli kokluszu trwają łącznie ok. 14 tygodni czyli ponad trzy miesiące...

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Save

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright