niedziela, 15 kwietnia 2007
Legendy nieistniejące

Byłam wczoraj w Pieskowej Skale - po drodze na urodzinowy obiad w restauracji "Pod Bażantami" w pobliskich Szycach, która za peerelowskiego dzieciństwa była dla mnie absolutną kulinarną mekką. Za każdym powrotem z zagranicznych wakacji drogą olkuską (a była to wówczas główna szosa prowadząca z Krakowa na zachód: na Śląsk i dalej do Niemiec) błagałam rodziców, żeby tam wstąpić - i zawsze jadłam pieczarki z patelni.

Po drodze ze Skały do zamku przy drodze stoi słynna Maczuga Herkulesa, skała, którą ponoć postawił tam na życzenie mistrza Twardowskiego diabeł, gdy dorwał go w karczmie "Rzym", by domagać się zapisanej w cyrografie duszy.

Karczma o nazwie "Rzym" stoi obecnie w podkrakowskich Pychowicach - co było dla mnie szokiem, albowiem przez całe dzieciństwo, a i później, byłam przekonana, że tym zajazdem z legendy i ballady Mickiewicza, która była jednym z pierwszych wierszy, jakie znałam na pamięć, jest karczma stojąca w Suchej Beskidzkiej - również często odwiedzana w dzieciństwie, ponieważ w pobliżu spędzaliśmy polską część wakacji.

Karczma "Rzym" na drodze do Tyńca wydała mi się więc jakimś świętokradztwem, dopóki nie przeczytałam, że to właśnie gdzieś tu, w okolicy podkrakowskich skałek Twardowskiego, musiało mieć miejsce przyłapanie czarnoksiężnika na nieuwadze. Jego legenda jest tak mocno związana z Krakowem, że jakkolwiek Sucha Beskidzka na dzisiejsze standardy podróżowania jest bardzo blisko, wówczas była chyba jednak za daleko. Niemniej stara, z ciemnych bali drzewnych karczma w Suchej wciąż znacznie lepiej nadaje się na miejsce targów z diabłami niż nowoczesna, mimo że również drewniana i tradycyjnie zbudowana podkrakowska.

A wracając do Maczugi Herkulesa: miałam nadzieję, że istnieje również jakaś legenda łącząca tę skałę z mitycznym herosem, ale wygląda na to, że związek jest czysto powierzchowny. A szkoda: wyobraziłam sobie jakiegoś mistrza Wincentego zwanego Kadłubkiem lub innego Macieja Miechowitę, który opisawszy jak to dzielni Sarmaci odpór największym wodzom starożytności dawszy i Rzeczpospolitą następnie założywszy, do kraju swego samego Heraklesa zaprosili, a ten okolicami Krakowa tak się zachwycił, że aż słynną maczugę swoją w tym miejscu ostawił, coby piękna i powagi zamkowi dodać. Aż dziw zresztą, że jakaś legenda z prawdziwego zdarzenia nie powstała, skoro w drugiej połowie zamek w Pieskowej Skale był w posiadaniu przedstawicieli rodu Szafrańców parających się alchemią i czarną magią. Stąd przecież już tylko krok do Twardowskiego - a ten przecież mógłby polecić diabłu zdobycie mitycznej maczugi i przyniesienie jej do Krakowa.

Bo jakoś w przybycie w te strony Heraklesa trudno byłoby mi uwierzyć. Kraju nad Wisłą nikt nie chciał odwiedzać: Rzymianie zatrzymali się z budowaniem warownych obozów (zalążków miast) na północ od Vindobony czyli Wiednia, w okolicach późniejszej Bratysławy, a w XIV wieku Petrarka również dotarł tylko do Pragi, dalej na północ się nie zapuszczając, mimo że Akademia Krakowska już istniała. Sytuacja nieco się odmieniła w renesansie, ale też tego nie wykorzystaliśmy, a byłby to najlepszy czas na wymyślenie legendy o Heraklesie w naszych stronach. I na przykład o tym, że póki Maczuga pod zamkiem stać będzie, póty naród polski nie zginie (analogicznie do legendy o krukach z londyńskiej Tower), albo też o tym, że zły na pana Twardowskiego za wykiwanie go diabeł popycha wciąż Maczugę, żeby ją przewrócić - a kiedy przewróci nastąpi koniec świata (analogicznie do mnóstwa tego typu legend o kamiennych pielgrzymach na przykład). Ale niestety, nasze polskie legendy zazwyczaj bogoojczyźniane, martyrologiczne i przaśne są jak Wanda Co Nie Chciała Niemca, diabeł Rokita i Samoobrona.

Widok na Maczugę Heraklesa z zamku w Pieskowej Skale

sobota, 14 kwietnia 2007
Dies nativitatis (meae)

Od jakiegoś czasu zastanawia mnie fenomen obchodzenia urodzin, a ponieważ dziś są moje urodziny, to tym bardziej mogę sobie zebrać to, co jak na razie wiem.

Wiadomo na przykład, że już wczesne chrześcijaństwo uważało zwyczaj świętowania urodzin za pogański i starało się go zastąpić obchodami "imienin", czyli dnia świętego patrona, a jeśli już uznawało jakieś rocznice w życiu (no, niezupełnie: może raczej życiorysie) człowieka, to raczej śmierci - czyli przejścia z łez padołu do lepszego życia. A ponieważ spora większość wczesnochrześcijańskich świętych to byli męczennicy, dość naturanie data ich śmierci stawała się datą obchodzenia ich święta.

Nieco mniej oczywista jest geneza i charakter "urodzin". Wiadomo, że większość kultur antycznych bardzo wielką rolę przywiązywała do astrologii, a mimo to prawie nic nie wiemy o datach dziennych urodzenia nawet tych najwybitniejszych postaci starożytności. Oczywiście dla współczesnych historyków usiłujących odtworzyć takie dane na podstawie źródeł (które zresztą dość rzadko pochodzą z epoki, której dotyczą - np. z chlubnym wyjątkiem Tukidydesa, Ksenofonta i Herodota historię antycznej Grecji znamy głównie ze źródeł późnohellenistycznych i rzymskich, cytujących co najwyżej oryginalne teksty) dodatkowym problemem jest mnogość systemów kalendarza w starożytności - właściwie każda grecka polis posiadała własny kalendarz związany z lokalnymi świętami i bóstwami opiekuńczymi.

Astrologia rozkwitała jednak głównie na Wschodzie, a jej ogromna popularność w hellenistycznym Egipcie jest wynikiem zarówno lokalnej tradycji, jak i wpływów perskich. Astrologami (a i astronomami, bo posiadali rzeczywiście imponującą wiedzę matematyczną w tym względzie) byli μαγοι - "magowie", których całkowicie niesłusznie w Polsce nazywa się "trzema królami", podczas gdy sensowniejsza byłaby nazwa "mędrcy" (skądinąd obecna w słowach kolędy, która jednakowoż dodaje nieszczęsnych "monarchów"). Nie wdając się w dysputy czy perska nazwa "magoš" odnosiła się pierwotnie do medyjskiego plemienia czy też już do kapłańskiej grupy społecznej w ramach zoroastranizmu, "magowie" z opowieści zawartej w ewangeliach byli w owym czasie perskimi kapłanami-astronomami. Po co wędrowali na zachód? Mnie osobiście najbardziej podoba się interpretacja, którą sprzedała mi moja przyjaciółka Ola, a z którą zapoznałam się bliżej dzięki książce znanego mi z "Wiedzy i Życia" Jarosława Włodarczyka "Tajemnica Gwiazdy Betlejemskiej": mianowicie z astrologicznych wyliczeń prawdopodobnie wyszło im, że w danym dniu i w danym miejscu powinno urodzić się dziecko o "bardzo królewskim" horoskopie. Kometa wydaje się znacznie późniejszym dodatkiem upiększającym i mitologizującym (w I wieku uważana była nadal za zwiastuna nieszczęść), zwłaszcza że sformułowanie "prowadziła ich gwiazda" może odnosić się do astrologicznej mapy nieba.

U schyłku rzymskiej Republiki popularnym stało się tworzenie osobistych horoskopów, nie dziw więc, że z tych czasów, a zwłaszcza z czasów cesarstwa, znamy coraz więcej dat dziennych urodzin. W kontekście perskiej astrologii sensowną wydaje się informacja, którą znalazłam gdzieś w sieci, że tradycja obchodzenia urodzin miała źródło w mitraizmie, zapewne połączonym z rzymskim kultem geniuszy i przodków. W kontekście tego wszystkiego zabawne wydaje się, że chrześcijaństwo, walcząc z tymi pogańskimi zwyczajami, za jedno ze swoich najważniejszych świąt uznało dzień urodzin Jezusa. A żeby było jeszcze zabawniej, datę Bożego Narodzenia wraz z chronologią chrześcijańską ustalono urzędowo w VI wieku, a odpowiedzialnym za to jest niejaki Dionisius Exiguus, mnich i chronograf. Jego wiedza matematyczna podawana jest w wątpliwość (nie znał zera, stąd zamieszanie w kalendarzu), w związku z czym tym ciekawsza wydaje się zbieżność wyznaczonej daty dziennej, 25 grudnia, z obchodami rzymsko-mitraistycznego święta Sol Invictus, Niezwyciężonego Słońca, jednego z najważniejszych świąt późnej starożytności.

Rydwan Słońca, wzorowany na grupie Lizyppa, na londyńskim Strandzie

Królewski horoskop to ponoć Jowisz, Słońce i Księżyc w znaku Barana. Pokazałam kiedyś znajomemu, który pasjonuje się astrologią, wyprodukowany przez internetową maszynę astrologiczną mój własny horoskop i ponoć taki właśnie mam układ planet. Zawszeć miło. Zwłaszcza że 14 kwietnia zapisał się poza tym w historii takimi wydarzeniami jak zabójstwo Abrahama Lincolna (1865), uderzenie Titanica w górę lodową (1912) i wybuch butli z tlenem na Apollo 13 (1970). Na pocieszenie również 14 kwietnia Thomas Edison zaprezentował kinetoskop (1894), koncern Volvo swój pierwszy samochód (1927), a firma, której nie zidentyfikowałam pierwszą taśmę wideo (1956). Dla maniaczki kina i samochodów jest to niewątpliwie kojące. A w 43 r. p.n.e. Marek Antoniusz pokonał w Galii konsula Pansę w wojnie z Brutusem, co mieliśmy okazję oglądać w ukochanym serialu "Rzym".

piątek, 13 kwietnia 2007
Libros scripserat (

Najbardziej znane rzymskie napisy nagrobne brzmią mniej więcej tak: "domum curavit, lanam fecit" - dbała o dom, przędła wełnę - chodzi oczywiście o rzymską matronę. Rzymianie umieli ludzkie życie zamknąć w kilku słowach. Cóż w tym kontekście mogę napisać o zmarłym wybitnym pisarzu, którego książki na dodatek towarzyszyły mi od wczesnej młodości? Pamiętam, że znacznie bardziej niż Rzeźnią numer pięć zachwyciłam się Kocią kołyską, która do dziś pozostaje dla mnie niedoścignionym wzorem opisania absurdu świata i kondycji ludzkiej. A ponieważ de mortuis nil nisi bene, dodam tylko, że wprawdzie po przeczytaniu iluśtam kolejnych powieści tegoż autora przekonałam się, że są one w kółko o tym samym, a pomysły nie takie już świeże jak w kilku najsłynniejszych, to ich lektura jeśli nawet nie zachwytem, to zawsze pozostawała przyjemnością.

Tytułowi notki informacyjnej o śmierci Kurta Vonneguta w GW towarzyszył komentarz jakby żywcem wyjęty z jego powieści: Zdarza się. Myślę, że pisarz byłby zadowolony z lakonicznego rzymskiego nagrobka: Pisał książki.

 

Fragment (kopii) steli nagrobnej na ateńskim Kerameikosie


 

środa, 11 kwietnia 2007
Na Termopilach czy na Cheronei?

Zamierzałam wrócić do filmu 300, ale nie sądziłam, że sprowokuje mnie do tego Michał Wiśniewski. Film już zdążył dodatkowo urosnąć w moich oczach, kiedy nie spodobał się panom Giertychowi i Wierzejskiemu - żałowałam tylko, że nie wyjaśnili, dlaczego, albowiem bardzo byłam tego ciekawa. Michał Wiśniewski wyjaśnił i może lepiej by było, żeby tego nie robił, gdyż dał jedynie świadectwo swojej ignorancji. Pomijam fakt, że jego blog pisany jest tak okropną polszczyzną, że jako żywo momentami nic nie rozumiem, pomijam błędy gramatyczne i ortograficzne, że o interpunkcyjnych już nie wspomnę. Okazuje się, że Michał Wiśniewski nie ma też bladego pojęcia o historii - najwyraźniej dzięki filmowi dowiedział się o bitwie pod Termopilami, ale sytuuje ją zaledwie "kilkaset" lat temu czyli gdzieś, jak sądzę, w późnym średniowieczu, jeśli nie wręcz w czasach "Potopu".

W oficjalnym serwisie internetowym Ich Troje znalazłam informację, że Wiśniewski maturę zdał z Niemczech, nie ma tam natomiast daty jego wyjazdu, ale niezależnie od tego, gdzie zaczynał podstawówkowy kurs historii powszechnej, trochę mało prawdopodobne się wydaje, żeby nie uczono go o najważniejszych bitwach w wojnach grecko-perskich, czyli Maratonie (490 p.n.e.), Salaminie (480), Termopilach (480) i Platejach (479). W polskiej podstawówce uczyło się wówczas o tym gdzieś w okolicach 5 klasy szkoły podstawowej, na samym początku kursu historii. I jeśli nawet kogoś zmylił fakt konsekwentnego używania w filmie tłumaczenia nazwy Termopile (Θερμο-πυλαι - dosłownie Gorące Wrota), to w finale dowiadujemy się, że cała ta opowieść jest przemową ocalałego Spartanina przed bitwą pod Platejami rok później. Nie mówiąc już o tym, że król Sparty i dowódca w bitwie nazywa się historycznie Leonidas.

Być może gdyby Michał Wiśniewski chodził do liceum w Polsce, zapadłby mu w pamięć fragment z Grobu Agamemnona Słowackiego, który Termopilom poświęcił aż pięć strof tego poematu, a jest tam między innymi taki kawałek:

Na Termopilach, bez złotego pasa,
Bez czerwonego leży trup kontusza:
Ale jest nagi trup Leonidasa,
Jest w marmurowych kształtach piękna dusza...

A jak już jesteśmy przy tym Słowackim, to w sumie ciekawszy od problemów z wiedzą historyczną wokalisty Ich Troje, jest obraz różnych starożytnych bitew w polskiej narodowej mitologii.

Słowacki skupia się na Termopilach jako bohaterskim zrywie w obronie wolności, przeciwstawiając mu bitwę pod Cheroneą (338 p.n.e.):

Na Termopilach? — Nie, na Cheronei
Trzeba się memu załamać koniowi,
Bo jestem z kraju, gdzie widmo nadziei
Dla małowiernych serc podobne snowi.
Więc jeśli koń mój w biegu się przestraszy,
To tej mogiły — co równa jest — naszej.

Podobnie rzecz się ma w Nocy listopadowej Wyspiańskiego, gdzie naprzeciw bohaterskim , zagrzewającym do walki Nike spod Maratonu, Salaminy i Termopil (oraz dodanej ze względu na kontekst Nike Napoleonidów, która przedstawiona jest jako słynna płaskorzeźba "wiążącej sandał" z ateńskiego Akropolu) wychodzi odziana w czarne łachmany, wieszcząca śmierć i klęskę Nike spod Cheronei. Zwycięstwo Filipa II nad Ateńczykami i Tebańczykami przywołane jest w tym dramacie jeszcze raz, w słowach Lelewela:

Nie najdziesz u mnie Pallady,
nie najdziesz u mnie nadziei.
Przez myśli moich ognisko
cień przemknął się z Cheronei...

Oczywiście my Polacy nade wszystko kochamy wolność i niepodległość, nie mówiąc już o ateńskiej demokracji przeciwstawionej macedońskiej monarchii, która zresztą mutatis mutandis była chyba bardziej oświecona i otwarta na nowinki kulturalne niż polska kiedykolwiek od czasów co najmniej Wazów. Zapominamy przy tym (podobnie jak recenzent 300 z brytyjskiego "Guardiana"), że np. los kobiet ateńskim - za wyjątkiem heter - podobny był do losu Afganek za talibów. Zapominamy również, że jeśli Grecy chcieli przeciwstawić się perskiej potędze, to potrzebowali jedności i silnego dowódcy, a takim w roku bitwy pod Cheroneą był w świecie greckim wyłącznie Filip. Ateńczycy mieli jeden jeszcze dość szczególny zwyczaj: regularnie skazywali na wygnanie lub śmierć swoich najwybitniejszych dowódców. Dlatego paradoksalnie Cheronea pomogła Grecji utrzymać swoją pozycję, a następnie podbić Persję. Ale tego polski mitotwórca nie dostrzeże, mimo że Rzeczpospolita upadła między innymi przez warcholstwo i kłótnie stronnictw, co jako żywo przypomina sytuację skłóconych greckich poleis przed ich zjednoczeniem pod wodzą Filipa

Polacy nie powinni za swój wzór uważać Termopil z jeszcze jednego powodu - ta klęska została później umiejętnie wykorzystana, a my, jak uczy nas historia z Grunwaldem i hołdem pruskim na czele, nawet zwycięstw nie umiemy obrócić na długotrwałą korzyść.

Ale jeśli wypowiedź uwielbianego przez rzesze Polaków showmana uznać za jakąś średnią wiedzy historycznej narodu, historii nie znamy i nie rozumiemy. W sumie nie zdziwiłabym się gdyby nieszczęśni, z reguły rozpaczliwie niedouczeni przez nadmiar podawanego im materiału polscy maturzyści uważali Cheroneę za jedną z bitew z Persami.

Pomnik Leonidasa i 300 Spartan, Termopile

wtorek, 10 kwietnia 2007
Disce puer latine...

... ego te faciam mościpanie - miał ponoć rzec król Stefan Batory do ucznia Akademii Zamojskiej, pierwszej humanistycznej (w renesansowym, a nie współczesnym znaczeniu tego słowa) uczelni polskiej. Niestety za komuny wygano języki klasyczne z powszechnego nauczania, a szkoda. Znacznie większa się przez to szkoda stała niż przez wyrzucenie ze szkół religii, ponieważ katolicki - z przekonania, tradycji czy anarchistycznej przekory - naród dziatwę na religię posłał do parafii, a kółek samokształcenia w łacinie nie zorganizowano.

Opłakane efekty tego stanu rzeczy widać dziś w nadużywaniu - najwyraźniej w imię innej maksymy: quidquid latine dictum sit, altum sonatur (powiedziane po łacinie brzmi wzniośle) - klasycznych słówek i wyrwanych z kontekstu fraz w nazwach i hasłach. Na palcach policzyć można wykorzystania trafione. Zazwyczaj mamy do czynienia z jakimiś potworkami łacińskimi lub greckimi - czemu bowiem agencja ochrony reklamująca się ostatnio w Krakowie, a może i w innych miejscach Polski wybrała sobie na nazwę greckie słówko apeiron czyli nieskończoność? Na tle innych, nawet łacińskobrzmiących nazw agencji detektywistycznych czy ochroniarskich (Justus, Juventus - sprawiedliwy i młodość, a a także bardziej swojskie Sokół czy Kobra) ta wyróżnia się chyba wyłącznie dziwacznością, ponieważ przeciętnemu odbiorcy nazwa nic nie mówi, rozumiejącego zaś razi nieprzystawalnością do profilu firmy.

A akurat dziś w odstępie raptem kilku godzin zetknęłam się z dwoma przykładami świadczącymi o tym, że znajomość języków klasycznych jest w naszym kraju opłakana, także pod względem gramatycznym.

Najpierw przeglądałam broszurkę, którą przysłał mi w dbałości o moje zdrowie Narodowy Fundusz Zdrowia wraz z zaproszeniem na bezpłatne badania cytologiczne. Wśród wielu obco - ewidentnie dla podniesienia efektu - brzmiących nazw trafiłam na kwiatek "Pro Feminae". Najwyraźniej osobie, która nazwę tę wymyślała, nie przyszło do głowy, że dość w końcu znane wyrażenia takie jak "pro arte", "pro patria" czy "pro domo sua" łączy pewien element: przypadek, w którym występuje w nich rzeczownik. Jest to zgodnie z regułami gramatyki Ablativus liczby pojedynczej (nie mający dokładnego odpowiednika w deklinacji polskiej - w jego miejsce mamy Narzędnik i Miejscownik), podczas gdy forma "feminae" może być albo Genetivem (Dopełniaczem), albo Dativem (Celownikiem) liczby pojedynczej, albo Nominativem (Mianownikiem), albo też Vocativem (Wołaczem) liczby mnogiej. Twórcy nazwy najwyraźniej jednak dyftong "ae" - co ciekawe, w okresie klasycznym wymawiany jak greckie "ai" - najbardziej kojarzył się z łaciną, tak więc zostało - z błędem. Zabawne jest to, że gdyby wyrzucić przyimek "pro", forma od beidy by uszła, mogłaby bowiem znaczyć po prostu w Celowniku "kobiecie", czyli "dla kobiety"...

Drugi kwiatek znalazłam czytając felieton Katarzyny Zimmerer w najnowszym "Tygodniku Powszechnym". Autorka cytuje tam książkę panów Pawła Hebdy i Jerzego Madejskiego "Zawód z pasją. Co robić? Kim być?", w której tak zaczyna się opis zawodu etnologa: "Etnolog (gr. etno - lud)..." i już od razu jest błąd i to podwójny. Nie etno bowiem, ale ethnos (εθνος; edytor niestety chyba nie obsługuje greckich znaków diakrytycznych) - tak brzmi mianownik tego słowa, pisanego przez thetę a nie tau, a zatem transkrybowanego powszechnie przez th.

Uderzające jest to, że pani Zimmerer (a może Kasia Zimmerer, bo poznałam ją kiedyś przez mojego eks-eks?), intelektualistka ze snobistycznego krakowskiego Salwatora, tłumaczka i publicystka, tych błędów nie zauważa, dając smutne świadectwo kulturze klasycznej nawet wśród łże-elit.

Ostraka (tabliczki do głosowania), muzeum ateńskiego Kerameikosu

 

PS. Oczywiście jak tylko nadałam obecny tytuł blogowi, to zaraz zaczęłam mieć długie przerwy w pisaniu...

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright