niedziela, 27 kwietnia 2008
Tu ne quaesieris

Od kilku dni mocuję się z pewnym problemem, który został zaczął mnie nękać przez udział w dyskusjach forumowych na temat listy lektur. Chodzi mianowicie o mój stosunek do jednego z pojawiających się na rzeczonej liście i z niej znikających pisarzy, czyli Henryka Sienkiewicza. Który jak dla mnie ma w sobie coś, co sprawia, że ciśnie mi się na usta pytanie "jak zachwyca, skoro nie zachwyca?" W dodatku nie zachwyca, mimo że w swoim czasie sporo jego książek przeczytałam jednym tchem, włącznie z tymi, do których dziś czuję szczególną niechęć, czyli Krzyżakami i Quo vadis. Po prawdzie te dwie przeczytałam nawet dużo wcześniej niż Trylogię, którą jednak o niebo wolę, ale za to nie byłam przez nią w stanie przebrnąć przez długie lata, aż wreszcie Potop dopadł mnie jako licealna lektura. Żeby było jasne - nie przeczytałam wtedy grzecznie tego Potopu, tylko skorzystałam w okazji, że w jakiejś świętej pamięci salce kinowej przy osiedlowym domu kultury na drugim końcu Krakowa pokazywano cykl lekturowy i film mi się na tyle spodobał, że wreszcie zmęczyłam i książkę. Nawiasem mówiąc, zarówno film jak i serial wg Pana Wołodyjowskiego znałam dużo wcześniej, ale jakoś nikt poza Azją Tuhajbejowiczem nie wzbudził we mnie sympatii, gdy byłam dzieckiem, więc powieść rzuciłam, gdy kartkując dalsze rozdziały natknęłam się na informację, że mój ulubiony bohater "świecił długo". I to by było na tyle w kwestii Trylogii, która (za wyjątkiem pojedynczych - lubianych i nielubianych - scen) nie wywołuje dziś we mnie jakichś szczególnych emocji.

Natomiast Krzyżaków nie jestem w stanie znieść oczywiście przez natrętny ideologizm, ale też dlatego, że do potęgi n+1 została tam podniesiona nieznośna Sienkiewiczowka ckliwość - w osobie umierającej Danuśki Jurandówny, znaczy się. Wiotkie i zresztą również umierające dziewczątko panu pisarzowi udało się raz: Litka w Rodzinie Połanieckich, powieści skądinąd średnio nadającej się do czytania, między innymi ze względu na wspomnianą przed chwilą wszędobylską ckliwość.

Nieznośnie ckliwe jest również Quo vadis i to jest mój główny zarzut wobec tej książki, aczkolwiek oczywiście drażni mnie też całkowite lekceważenie, jakie ta powieść okazuje historii - włącznie z umieszczeniem Koloseum w Rzymie o jakieś dwadzieścia lat za wcześnie (pożar Rzymu miał miejsce w roku 64, Amfiteatr Flawiuszy został zaś ukończony dopiero w 80, za Tytusa, a nie przypominam sobie, jakoby w powieści inaugurowano nowy amfiteatr, ergo do początkowych szesnastu należy doliczyć jeszcze kilka lat), że nie wspomnę już o absurdzie istnienia w latach '60 w Rzymie tak licznych grup chrześcijan, jakie chciałby widzieć tam Sienkiewicz (za zwrócenie mi na to uwagi dziękuję nieocenionej domnie-n). A propos jeszcze Koloseum, jak na ironię, swą popularną nazwę amfiteatr ten zawdzięcza poniekąd Neronowi - a konkretnie ogromnych rozmiarów posągowi cesarza ustawionemu w pobliżu przyszłego placu budowy po odbudowie Rzymu. Wbrew dość powszechnemu przekonaniu nazwa ta nie ma natomiast nic wspólnego z rozmiarami samej budowli. Ale kwestia literatury i historii to osobna sprawa, która zaprzątała głowę już Arystotelesowi i zapewne kiedyś do niej wrócę.

Również jak na ironię właśnie w Quo vadis pojawia się mój bezwzględnie ulubiony sienkiewiczowski bohater, czyli oczywiście Petroniusz. I to jest ten problem, który sprawia, że nie mogę sobie z tym Sienkiewiczem poradzić - w książce, która jest do bólu stereotypowa (ba, jest klinicznym wręcz przypadkiem romansidła), pojawia się bohater, który rzuca na kolana wszystkie inne dokonania pisarza. Na dodatek bohater chyba jako jedyny w dorobku Sienkiewicza wolny od oceny moralno-ideologicznej: Petroniusz jest tylko przegrany, ale nie potępiony przez autora. Narratorskie porte parole Sienkiewicza nigdy wprawdzie wprost nie opowiada się po stronie Petroniusza, ale na końcu powieści, przez epilogiem, padają znamienne słowa: "Biesiadnicy jednak patrząc na te dwa białe ciała, podobne do cudnych posągów, zrozumieli dobrze, że z nimi razem ginie to, co jedynie jeszcze pozostało ich światu, to jest jego poezja i piękność."

Czyżby więc Sienkiewicz pisząc Quo vadis cierpiał na rodzaj pisarskiej schizofrenii: czuł, że jego powinnością jest pisać książki poprawne ideowo, a zarazem skłaniał się ku zupełnie innym postawom i wartościom? Niektórzy literaturoznawcy uważają, że ostatnie słowa książek bywają kluczem do nich (za przykład dawana jest m. in. Lalka Prusa), a że epilog nie należy do głównej akcji powieści... Sapienti sat.

Ponieważ nie lubię typowo humanistycznego interpretowania na siłę, nie będę zagłębiać się w możliwe, uświadomione bądź podświadome zamiary pana Sienkiewicza, przytoczę natomiast jego niezwykle piękną adaptację horacjańskiej ody (I 11), będącej wykładem epikureizmu (a więc filozofii wyznawanej przez Petroniusza):

Nie pytaj próżno, bo nikt się nie dowie,
Jaki nam koniec gotują bogowie,
I babilońskich nie pytaj wróżbiarzy.
Lepiej tak przyjąć wszystko, jak się zdarzy.
A czy z rozkazu Jowisza ta zima,
Co teraz wichrem wełny morskie wzdyma,
Będzie ostatnia, czy też nam przysporzy
Lat jeszcze kilka tajny wyrok boży,
Nie troszcz się o to i... klaruj swe wina.
Mknie rok za rokiem, jak jedna godzina.
Więc łap dzień każdy, a nie wierz ni trochę
W złudnej przyszłości obietnice płoche.

Przekład Adama Ważyka jest na pewno wierniejszy i chyba nawet lepszy poetycko (choć niestety gubi słynną frazę carpe diem), ale ta niemalże parafraza Sienkiewicza ma w sobie jakąś lekkość i powab, które idealnie do tej ody - i do epikureizmu - pasują. Jakby nad tym przekładem unosił się duch Petroniusza.

Charyty

PS. Mój osobisty ranking (top and bottom 5) postaci sienkiewiczowskich zamieściłam z okazji tego wpisu na omnia mea dilecta.

sobota, 19 kwietnia 2008
Cave nomina

Dwa nowe kwiatki z zaniedbanej nieco przeze mnie kategorii bezsensownych nazw zaczerpniętych z antyku (poprzedni wpis na ten temat możesz zobaczyć tutaj). Przeglądając znów jakieś panoramy firm czy inne ulotki reklamowe znalazłam przychodnię o nazwie "Medea", koleżanka zaś doniosła mi, że widziała gdzieś, chyba w Krakowie, sklep z sukniami ślubnymi "Dejanira".

Nie wiem, czy można sobie wyobrazić gorsze skojarzenia dla tych branż. Medea - owszem, zapewne leczyć umiała, była bowiem czarodziejką - na dodatek bratanicą znanej z Homerowej Odysei czarodziejki Kirke i wnuczką boga Heliosa - ale także trucicielką. W starożytności lekarze na truciznach znali się dobrze, trzeba bowiem było nierzadko leczyć skutki ich działania (a w każdym razie próbować), zielarki zaś miały wiedzę zarówno o roślinach leczniczych, jak i zabójczych, a z mitologii wiemy, że Medea znała różne rodzaje magii i gdyby tylko chciała, to uzdrowiłaby i odmłodziła Peliasa zamiast go zabijać... Niemniej zasłynęła głównie z wyjątkowo okrutnych uczynków. Uciekając z Jazonem (i złotym runem) z rodzinnej Kolchidy zabiła własnego nieletniego brata, żeby powstrzymać ścigającego ich ojca. Chcąc pomścić krzywdy, jakich Jazon doznał od swojego stryja, rzeczonego Peliasa, doprowadziła do tego, że w wyjątkowo okrutny sposób zabiły go własne córki. Zazdrosna zaś o uczucia Jazona do księżniczki korynckiej Kreuzy, uśmierciła ją przy pomocy magicznej sukni, a następnie zabiła w szale własne dzieci.

Nawiasem mówiąc, Medea pochodziła z Kolchidy, krainy na wschodnim wybrzeżu Pontu, czyli Morza (Czarnego), identyfikowanej geograficznie z dzisiejszą Gruzją. Hellenowie zasiedlali Azję Mniejszą i wybrzeże pontyjskie dopiero w okresie tzw. wielkiej kolonizacji (VIII-VI w.), ale liczne mity związane z tymi obszarami - pochodzące jeszcze z epoki brązu - wskazują, że kontakty istniały znacznie wcześniej. Wyprawiający się po Złote Runo Jazon czy też Herakles udający się w rejony późniejszego miasta nazwanego na jego cześć Herakleia (Pontika), aby sprowadzić z Hadesu Cerbera - to wszystko bohaterowie o pokolenie lub dwa wcześniejsi od herosów homeryckich, często przez nich zresztą na kartach Iliady i Odysei wspominani, a przez tych najstarszych nawet znani osobiście. Podobnie zresztą jak ateński Tezeusz, którego najbardziej znany mit wiąże z kulturą minojską na Krecie, rozwijającą się mniej więcej równolegle z mykeńską w epoce brązu. We wszystkich tych mitach zapisane jest świadectwo zetknięcia się z obcym światem, ludźmi o odmiennych obyczajach, interpretowanych zazwyczaj jako okrutne czy barbarzyńskie: dzika czarodziejka Medea nie waha się zabijać najbliższych, Tezeusz udaje się na Kretę, by uwolić Ateny od obowiązku składania młodzieży w ofierze okrutnemu obcemu bóstwu. Następnym nawiasem mówiąc, w przekazach o religii greckiej (poczynając od epoki archaicznej czyli mniej więcej X/IX w.) nie spotykamy sie z żadnymi informacjami o ofiarach z ludzi, nieobcych np. Rzymianom, nie mówiąc już o wszelkich ludach północnych z tych samych czasów - wzmianki w micie i literaturze wyraźnie dotyczą czasów wcześniejszych. Najbardziej znaną historią jest oczywiście należący również do epoki mykeńskiej epizod z Ifigenia w Aulidzie - świadczący wyraźnie o zerwaniu z praktyką składania ludzi w ofierze, albowiem klasyczne ujęcia akcentują fakt, że bogini ocaliła dziewczynę, przysyłając na jej miejsce łanię lub niedźwiedzia (w zależności od wersji mitu) - zbieżność z historią Izaaka świadczy jeszcze mocniej na korzyść tezy, że tego rodzaju opowieści są świadectwem przemian kulturowych. To tyle w ramach dygresji.

Dejanira jako patronka zaślubin jest pomysłem jeszcze bardziej chybionym niż Medea - lekarka. Była ona żoną Heraklesa, po tym jak zakończył już swą pokutę u Eurysteusza. Główną cechą Dejaniry była chorobliwa wręcz zazdrość o męża. I w tej historii pojawia się zaś motyw płonącej magicznej szaty - tym razem nasączonej krwią centaura Nessosa, którego zabił Herakles za próbę porwania żony (o czym zresztą wspominałam dość niedawno przy okazji pastwienia się nad Odą do młodości). Zamiast zapewnić sobie wierność męża (ciekawe, czy było to rzeczywiście możliwe, zważywszy skłonność Heraklesa do romansów, odziedziczoną zapewne po boskim ojcu), Dejanira zabiła Heraklesa - mało zachęcająca historyjka dla młodych par, nieprawdaż? Że zaś zrobiła to za pomocą szaty - raczej odradzałabym kupowanie sukni ślubnej w sklepie jej imienia.

Wniosek jest prosty - zanim nada się swojej firmie jakąś nazwę, warto zajrzeć do słownika czy encyklopedii... Swoją drogą czasem wpadki są bardziej zakamuflowane. Pewien moj znajomy zamierzał nazwać firmę (której w końcu nie założył) Eurisco - bardzo ładnie z greki, znaczy to bowiem "poznaję". I wszystko byłoby w porządku, gdyby człowiek ten nie wymyślił tej nazwy na cześć swojego (mojego zresztą też) ulubionego serialu The X-Files, gdzie w jednym odcinku występuje w roli głównej taka właśnie firma. Sęk w tym, że w tymże odcinku chodzi o to, że wyemancypowane oprogramowanie komputera firmy w wyjątkowo okrutny sposób zabija ludzi...

Minotaur, Muzeum Archeologiczne w Atenach

środa, 16 kwietnia 2008
Powiedz mi, co czytasz?

Na gazetowym portalu znów artykuł, który choć sam z siebie niezbyt mądry, daje do myślenia. No bo rzeczywiście, abstrahując od uproszczonych tez tego przedruku z amerykańskiej gazety, ciekawym problemem jest, na ile nasze gusta kształtują nasze wybory towarzyskie: nieważne, czy chodzi o partnera na życie (o czym jest artykuł), czy po prostu bliższych lub dalszych przyjaciół.

Jednym z wątków poruszonych w dyskusji pod tym artykułem jest (bez)sensowność sentencji de gustibus non est disputandum (skądinąd szukam i szukam, a nie mogę znaleźć, kiedy ona powstała). Podstawowym błędem, jaki popełniają dyskutanci twierdzący, że jest to maksyma szkodliwa i bezsensowna, jest założenie, iż zakazuje ona dyskusji o tym, co się podoba, a co nie. Wydaje mi się, że chodzi tu przede wszystkim o to, że gust w ostatecznej instancji pozostaje naszą prywatną sprawą, ale może również chodzić o to, że nie wypada krytykować, zwłaszcza publicznie, cudzych upodobań. Niemniej przede wszystkim teza ta dotyczy chyba znów nieuchwytności sądów o tym, co się podoba, a co nie. W rozszerzonej wersji sentencja ta zawiera zreszta słowa et coloribus, a jak wiadomo postrzeganie kolorów, a zwłaszcza nazywanie ich odcieni, jest jedną z najbardziej subiektywnych kwestii.

To wszystko nie znaczy jednak, że nie wolno czy nie należy rozprawiać o tym, co nam się podoba albo nie. Do mnie osobiście najbardziej przemawia stwierdzenie słynnego historyka sztuki Ernsta Gombricha, którego Story of Art zachwyciłam się w dzieciństwie, a potem, przy okazji pobytu w Londynie, miałam szczęście trafić na jedno z jego ostatnich publicznych spotkań - z okazji kolejnego wznowienia tego dzieła. Gombrich mianowicie wyraził się we wstępie do tej książki mniej więcej tak, że jeśli cokolwiek nam się podoba, to dobrze, natomiast jeśli coś się nie podoba, to warto się temu przyjrzeć bliżej, bo może okazać się, że coś tracimy.

Niewątpliwie warto jest dyskutować z ludźmi o odmiennych gustach, bo często dzięki takim rozmowom poznajemy rzeczy, których dotychczas nie docenialiśmy ze względu na ich nieznajomość, brak orientacji, uprzedzenia. Wiem coś o tym, bo wychowana niemal wyłącznie na muzyce klasycznej nie wiedziałam przez długie lata, że dobry rock to nie to, co pod tą nazwą serwują komercyjne stacje. Wiem coś o tym również dlatego, że kiedyś sama pokazałam zawziętemu wielbicielowi nowoczesności (nie sięgającemu w przeszłość poza surrealizm i dadaizm) na czym polega piękno antycznej sztuki. Wreszcie wiem coś o tym, ponieważ mam przyjaciół, z którymi można na takie tematy ciekawie dyskutować i wymieniać się doświadczeniami kulturalnymi, wzbogacając wciąż gamę swoich zainteresowań. A wcale nierzadko zaczyna się od nastawienia "okej, mogę się z tym zapoznać, ale raczej tego nie polubię".

A mimo to czytając ten artykuł i dyskusję mu towarzyszącą, czułam instynktownie, że istnieje gdzieś granica tej akceptacji cudzych gustów w naszym otoczeniu. A może raczej istnieje jakiś typ wyborów estetycznych, którego nie sposób zaakceptować (pomijam tu oczywiście przypadki całkowitych kulturalnych abnegatów). Wyobraziłam sobie mianowicie próbę nawiązania kontaktu z osobą, która czyta wyłącznie książki Paolo Coelho i zachwyca się ich metafizyczną głębią. I równocześnie uświadomiłam sobie, że jest jeszcze drugi biegun tego spektrum: ludzie, którzy z kolei czytają jedynie rzeczy dziwaczne, pokrętne, niezrozumiałe i literacko może wybitne, ale mało komu sprawiające autentyczną przyjemność estetyczną, albo też bezrefleksyjnie wygłaszają peany na cześć kolejnych laureatów Nobla czy też innych prestiżowych nagród. Istnieje bowiem czynnik łączący te dwa bieguny: medialny szum wokół takich zjawisk. Nagłaśnianie ich pozornej wartości, pokazywanie takiemu czy innemu targetowi, co powinien przeczytać i o czym dyskutować, żeby być trendy w środowisku, do którego aspiruje.

Uświadomiłam sobie jeszcze jedno: że byłabym zapewne w stanie zaprzyjaźnić się z osobą, która powiedziałaby mi, że czyta Coelho, bo lubi proste, wzruszające historyjki pełne łatwych do zapamiętania maksymam życiowych. Albo też z kimś, kto rzeczywiście zachwyca się wyłącznie mistrzostwem formy literackiej - niezależnie od tego, czy ma do czynienia z poematem aleksandryjskim, czy też ultranowoczesnym eksperymentem formalnym. Mogłabym dogadać się z takimi osobami, gdybym czuła, że ich uczucia wobec czytanych książek są autentyczne i zaprawione jakimś rodzajem dystansu do samego siebie i swoich wyborów. Nie chodzi mi tu nawet o dystans ironiczny, ale raczej o świadomość pewnych wyborów, a nie bezmyślny owczy pęd za tym, co podsuwają media, niezależnie od ich autoramentu.

Nie znaczy to, oczywiście, że w wyborach lekturowych nie należy kierować się jakimiś podpowiedziami - w końcu skądś musimy wiedzieć o nowościach, które potencjalnie mogą nas zainteresować. Chodzi raczej o odwagę przyznania, że coś, na co wydaliśmy w księgarni niebagatelną sumę, ponieważ do kupna zachęcił nas krytyk, do którego mamy zaufanie, wynik popularności na liście bestsellerów bądź rekomendacja sklepu wysyłkowego, w którym często robimy zakupy - nie spodobało nam się. Nasz gust rozminął się tym razem z gustem krytyka, spowodowane dobrze przeprowadzoną akcją promocyjną wyniki sprzedaży nie przełożyły się na jakość, komputer wyszukujący produkty podobne do tego, co dotychczas kupiliśmy, podrzucił nam tym razem gniota.

A zatem nie tytułowe "powiedz mi, co czytasz, a powiem ci kim jesteś", ale "powiedz, jak czytasz" - i analogicznie, jak odbierasz sztukę, muzykę, film: całą kulturę.

Osobiście kocham np. fantastykę w literaturze i horror w kinie. I owszem, cenię u znajomych możliwość pogadania o tych gatunkach, ale nie uważam jej za warunek sine qua non przyjaźni czy nawet ciekawej rozmowy. Nie wytrzymuję tylko jednego: zbywania moich gustów pełnym wyższości stwierdzeniem, że czytam i oglądam chłam, przez osoby, które dla świata czytają Prousta i Nietzschego, a pokątnie (to ważne, bo gdyby robili to otwarcie, to ok) oglądają Klan.

Filozof, rzeźba hellenistyczna, British Museum

PS. Przypomniała mi się porażka w próbie nawiązania kontaktu z osobą o całkowicie odmiennych gustach. Kilka lat temu byłam w szpitalu na dwuosobowej sali z dziewczyną, która bardzo chciała sobie porozmawiać. Niestety jej pytania do mnie kierowane ograniczały się do następujących: "Lubisz Klan?" "Lubisz Na dobre i na złe?" "Lubisz Złotopolskich?" i jeszcze o chyba dwie wenezuelskie telenowele. Nawet nie "oglądasz?", ale od razu "lubisz?". Niestety na wszystkie te pytania odpowiadałam, że nie oglądam, na co w końcu usłyszałam "to ty chyba w ogóle nie lubisz filmów". No i co mogłam na takie dictum? Wymienić jej te wszystkie Archiwa X, Twin Peaks i 24 godziny? Nie wiem, czy zdołałabym ją przekonać, że kocham nie tylko filmy, ale i seriale telewizyjne.

poniedziałek, 14 kwietnia 2008
Stąpać po marzeniach

Zrezygnowałam z kategorii Top 5 na tym blogu i przeniosłam ją na blog poboczny, który zatytułowałam Omnia mea dilecta czyli mniej więcej "rzeczy ulubione", aczkolwiek zapewne prędzej czy później pojawią się tam listy najbardziej znienawidzonych przedstawicieli danej kategorii. Uznałam jednak, że zrobię wyjątek - z okazji własnych urodzin (jako że w kwestii obyczajów związanych z takim świętem pisałam rok temu) postanowiłam ułożyć listę marzeń - miejsc, w których jeszcze nie byłam, a najbardziej chciałabym zobaczyć (wyłącznie zabytki, nie krajobrazy). Kolejność przybliżona, wyspy greckie przypomniały mi się po opublikowaniu notki, więc dodałam "na końcu".

8. Wyspy greckie (i zhellenizowane): Egina, Samotrake, Kos, Thasos, Kreta, Rodos, Korkyrę zwaną dziś Korfu, Cypr...

7. Leptis Magna w Libii - wspaniałe miasto kartagińsko-rzymskie, rewelacyjnie zachowane.

6. Petra - w Jordanii. Niewiarygodne miasto mało poza tym wsławionego ludu Nabatejczyków, przedziwna mieszanka stylu greckiego i rzymskiego, poza tym miasto, które odegrało ważną rolę w mojej ulubionej, trzeciej części przygód Indiany Jonesa.

5. Egipt - w miarę możliwości wszystko, co warto obejrzeć, a nie program wycieczkowy. Zwłaszcza zaś chciałabym zwiedzić Muzeum w Kairze, Aleksandrię i ptolemejsko-rzymską świątynię w Kom Ombo. A także piramidę schodkową Dżosera w Sakkarze, bo mam do niej jakąś dziwną słabość, i te wszystkie "nieudane" piramidy Snofru, który usiłował osiągnąć doskonałość, więc budował piramidę za piramidą, ale jakoś nie wychodziły... I wyspę Philae, mimo że została w całości przeniesiona i zrekonstruowana na innej wysepce niż oryginalna. I oczywiście wszystkie te "highlighty" jak Luksor, Karnak, Dolinę Królów, Abu Simbel i Deir el-Bahari też - nie należę do tych snobów, co ogladają wyłącznie nieznane rzeczy, głośno krzycząc, że są wspanialsze od tych znanych (choć bywa, że są).

4. Apamea nad Orontesem - w Syrii. Jedno z najwspanialej zachowanych miast hellenistycznych. Założona przez Seleukosa I Nikatora, nazwana od imienia jego żony, Apame, córki Spitamenesa, najbardziej zaciekłego przeciwnika Aleksandra w Sogdianie i Baktrii. Seleukos i Apame zostali pożenieni w ramach masowego ślubu oficerów macedońskich z Persjankami w 324 r. w Suzie - perskie żony otrzymali wówczas wszyscy późniejsi władcy hellenistyczni (diadochowie), ale tylko małżeństwo Seleukosa znane jest jako udane, tylko Apame była matką dynastii - i to jednej z najpotężniejszych i najtrwalszych. Było kilka miast o tej nazwie, ale to było najważniejsze, tu m. in. w 188 r. został podpisany krótkotrwały niestety pokój między państwem Seleukidów a Rzymem. A rzeka Orontes to ogólnie ważne miejsce - najdalej do niej docierali np. kolejni faraonowie usiłujący rozszerzyć wpływy egipskie poza syropalestynę. A jak już Syria, to jeszcze Palmyra z wspaniałymi pozostałościami rzymskiego miasta, z którym też wiążą się ciekawe postacie.

3. Sycylia + Pompeje i Herkulanum oraz okoliczne muzea, m. in. w Neapolu. To dziwne, ale w wielokrotnych podróżach do Włoch nigdy nie zawędrowałam na południe. I trzeba koniecznie to nadrobić, bo przecież mozaiki i freski , no i wspaniałe, doskonale zachowane świątynie na Sycylii - efekt kolonizacji greckiej, która zaczęła się w VIII w. i dotarła aż do dzisiejszej Marsylii.

2. Turcja, część azjatycka (w europejskiej byłam w dzieciństwie, ale nawet w Stambule nie przejechaliśmy za Bosfor). A konkretnie chciałabym przede wszystkim objechać wybrzeże Morza Śródziemnego z niewiarygodną liczbą wspaniale zachowanych zabytków greckich (Turcy mieli nikłe zapędy niszczycielskie, nie dbali szczególnie o znajdujące się na podbitych terenach pozostałości starszych kultur, ale ich też ideologicznie nie niszczyli) w miastach takich jak Efez, Didyma, Milet, Aphrodisias, Priene, Smyrna, Pergamon, Sardes, Alexandria Troas czy Laodycea, a także wybrać się bardziej w głąb lądu i ku Morzu Czarnemu - do pozostałości po hellenistycznych królestwach Pontu, Nikomedii czy Kapadocji, a zwłaszcza do Arsamei. I oczywiście koniecznie zobaczyć Muzeum Archeologiczne w Stambule.

1. Persepolis - oczywiście w Iranie - a także wszystko, co zostało po Achemenidach i Seleukidach. I muzeum w Teheranie. Wprawdzie część najwspanialszych zabytków perskich - pałac Dariusza I w Suzie - miałam szczęście oglądać w Luwrze, ale chciałabym zobaczyć grobowiec Cyrusa Wielkiego w Pasargade, skałę w Behistun z inskrypcją Dariusza, dzięki której odczytano pismo klinowe, lwy, które pozostały po Ekbatanie, letniej stolicy wielkich królów, Kermanshah ze świątynią Anahity i niezwykłą, ogromną hellenistyczną rzeźbą skalną Bahrama-Heraklesa, a także panoramę gór Zagros...

Oczywiście chętnie zobaczyłabym całe mnóstwo innych miejsc na świecie - od norweskich fiordów i gejzerów Islandii po Japonię z jednej, a Manhattan z drugiej strony (że o amerykańskich muzeach od Bostonu po Malibu nie wspomnę), czy chociażby takie Machu Picchu, ale te wymienione powyżej to taka absolutna pierwsza liga. Marzenia, które mam bezwzględną nadzieję spełnić i to w możliwie najbliższym czasie :)

Dekoracja pałacu Dariusza Wielkiego w Suzie, Luwr

PS. Tytuł jest parafrazą wiersza Williama Butlera Yeatsa, He wishes for the cloths of heaven, który jest nieco o czym innym, a jego ostatnie wersy w polskim przekładzie brzmią:

Lecz biedny jestem: me skarby - w marzeniach;
Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy;
Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach.

sobota, 12 kwietnia 2008
Osłonić płomień świeczki

Przeczytałam właśnie dobrego newsa, co ostatnio wcale nie jest na porządku dziennym: Marek Edelman dostał najwyższe francuskie odznaczenie - Order Komandora Legii Honorowej. Zdecydowanie nie lubię Napoleona*, który ten order ustanowił, za to Marek Edelman - dzięki książce Zdążyć przed Panem Bogiem Hanny Krall - był jednym z tych ludzi, których  "od zawsze" szanowałam. Na dodatek o tej książce pisałam pracę na olimpiadę polonistyczną (pod takim tytułem jak ten wpis), toteż poniekąd dzięki niej nie musiałam stresować się maturą z polskiego. To takie moje drobne osobiste związki z tym newsem. Ale cieszy mnie on dlatego, że na szczęście na świecie doceniają tych Polaków, których naprawdę warto cenić i szanować, którzy sprawiają, że nie jesteśmy postrzegani wyłącznie jako zaściankowo-fanatyczne kuriozum na wschód od zachodu i na zachód od wschodu.

Mazel tow, panie doktorze! Αγαθη Τυχη!

Agathe Tyche, Eleusis

*Edit (2.04.2014): to się diametralnie zmieniło w połowie 2013 roku. Dopisuję to przy okazji edycji tagów i innych drobiazgów ułatwiających przeszukiwanie bloga, bo gdyby dziś ktoś to przeczytał, mógłby się zdziwić, zważywszy, że jeden z moich blogów to Journey through Napoleonic Europe.

piątek, 11 kwietnia 2008
Wypisy z Herodota

Czytam właśnie Dzieje Herodota, a w nich między innymi uwagi o tym, że Egipcjanie i Grecy czczą tych samych bogów, tylko pod innymi imionami oraz niekiedy inaczej widząc ich hierarchię czy genealogie. "Po egipsku nazywa się Apollo Oros, Demetera - Izys, a Artemida - Bubastis" - pisze w II księdze Herodot, "Ozyrys zaś nazywa się w języku helleńskim Dionizos". Wśród bogów egipskich wymienia też Zeusa, którego utożsamia z Ammonem, Heraklesa (Ptah), Atenę (Neit), uznaje też tożsamość niektórych herosów z postaciami z podań egipskich lub wschodnich.

Równolegle czytam też rozmaite newsy na portalach i w gazetach, a także komentarze na forach oraz wpisy na blogach. I tym, co mnie nieustająco zastanawia, jest współczesna zaciekłość religijna, stawiająca wyznawane przez piszących bóstwo ponad innymi, ba, odmawiająca tym innym prawa bytu bądź określająca je jako demony. Nie będę tu podawać adresu wyjątkowo obrzydliwego fundamentalistycznego bloga, który przoduje w takim właśnie myśleniu, żeby nie robić mu dodatkowej reklamy (ma jej dość w serwisie, albowiem jego autor jest jednym z najaktywniejszych blogerów, więc kto poszuka, ten bez trudu znajdzie), ale zapewniam, że podający się za głęboko wierzącego autor w niewybrednych, przepełnionych nienawiścią słowach nie zostawia suchej nitki na wszystkich, którzy myślą choćby troszeczkę inaczej niż on, że o innowiercach nie wspomnę.

Czytałam też liczące sobie już prawie tysiąc wpisów forum pod artykułem z "Dużego Formatu", który dotykał pewnych - sądząc po komentarzach, dość kontrowersyjnych dla wielu - praktyk kościelnych. Uderzająca jest tam, podobnie jak w wielu tego rodzaju dyskusjach, agresja i wrogość stron. Zwłaszcza tej, która na sztandarach ma wypisaną miłość nie tylko bliźniego, ale i nieprzyjaciół swoich. Oraz jakieś takie zaślepienie: nie odpisują na konkretne wypowiedzi, nie przyglądają się temu, co drugi człowiek ma do powiedzenia, tylko od razu atakują. (Piszę to z własnego doświadczenia, albowiem wypowiedziałam się w kwestii problemów z teodyceą, a zostałam oskarżona... o tantryczno-medytacyjny satanizm.) I nijak nie są w stanie pojąć, że bóstwo kryjące się za hebrajskim tetragramem JHWH, Bóg z wielkiej litery (dziedzictwo judaistycznego tabu na imię boskie) czy Allach to kilka różnych imion na określenie tej samej koncepcji teologicznej, która na dodatek wbrew pozorom wcale nie odbiega tak daleko od wielu innych.

Wracając do Herodota, gdy się go czyta, człowiek przestaje się dziwić, że w starożytności nie było wojen o charakterze religijnym. Ludzie żyli w przeświadczeniu, że bogowie są, a najmniej istotne jest, jak się ich nazwie czy jakie się im da atrybuty do ręki. W wyniku najazdów, zwłaszcza we wczesnych dziejach Mezopotamii, zmieniały się główne bóstwa danych miast czy państewek, ale nie znaczyło to wyrzynania w pień wyznawców poprzedniego opiekuna danej społeczności z pobudek religijnych, na wojny nie szło się też pod religijnymi sztandarami. A słynna "herezja" Amenhotepa IV, który nazwał się Echnatonem i wprowadził w Egipcie pozorny monoteizm, miała więcej wspólnego z próbą ukrócenia rosnącego w potęgę kleru Ammona niż prawdziwą reformą religijną. Nie umniejszam tu oczywiście ewidentnego indywidualizmu i wielkości Echnatona, który na krótki czas odmienił sztukę egipską, ale jego motywacje w kwestiach religijnych nie były aż tak natchnione i rewolucyjne, jak się powszechnie uważa. Poza wszystkim innym Aton należał do panteonu egipskiego, tyle że dotychczas był pomniejszym bóstwem solarnym. W Egipcie od bardzo dawnych czasów istniało równolegle kilka odmiennych koncepcji kosmogonicznych i teologicznych (najważniejsze to heliopolitańska, memdicka i tebańska), które jednak nie powodowały żadnych napięć społecznych czy politycznych. Ot, jednemu władcy nomu czy nawet faraonowi (we wcześniejszych okresach) bliżsi byli tacy czy inni bogowie - do koncepcji cuius regio, eius religio bardzo było temu daleko. Zwykły człowiek miał prawo czcić w największym stopniu takie bóstwo, jakie odpowiadało jego statusowi społecznemu, zawodowi, potrzebom, podbitym ludom zaś nie narzucano wierzeń, nie nawracano ogniem ani mieczem, ani nawet perswazją.

Grecy bez kłopotu przyjmowali do swojego panteonu nowych bogów (np. przywiezionych nad Morze Śródziemne przez Celtów, nie mówiąc już o bliskowschodnich), podobnie zresztą jak Rzymianie, którzy bardzo łatwo zasymilowali do italskiej religii wszystko, co znaleźli w podbitej Grecji, do tego stopnia, że dziś rzadko pamiętamy, że Jupiter (Jowisz), Junona czy Diana to nie "tłumaczenia" imion bóstw greckich, tylko imiona, pod którymi czczone były bóstwa podobne w swojej funkcji do greckich, z którymi zostały utożsamione na tej samej zasadzie, jaką w odniesieniu do Egiptu przyjmuje Herodot. Rzymianie byli na tyle praktyczni, że dość szybko zdali sobie sprawę, że bogowie na całym świecie mogą być znani pod rozmaitymi imionami, mogą też istnieć tacy, których oni jeszcze nie poznali, wystawili więc na wszelki wypadek, żeby któremuś z nich się nie narazić, świątynię poświęconą "nieznanemu bogu" (deo ignoto).

Podobnie rzecz się miała w państwach hellenistycznych jeszcze przed ich podbojem przez Rzymian: w Egipcie Ptolemeuszy czczony był oficjalnie Zeus-Ammon, na wschodzie Helios połączył się w jedno z Mitrą. I to było piękne. Problem w tym, że Grecy, a za nimi Rzymianie, nie byli w stanie pojąć jednej rzeczy: koncepcji wyłączności bóstwa i religii. Najpierw więc Antioch IV Epifanes, a następnie Tytus i Hadrian usiłowali bezskutecznie włączyć w religijne uniwersum ówczesnego świata (czyli ekumeny) również pewne zazdrosne plemienne bóstwo w niewielkim bliskowschodnim kraiku. Jakie były tego skutki, wiemy doskonale.

Oddajmy jeszcze na koniec głos Herodotowi, który mógłby zostać patronem tolerancji religijnej. Pisze on w pewnym momencie o różnicach w postrzeganiu dawności i pozycji w panteonie niektórych bóstw (głównie Dionizosa i Pana) w Egipcie i Grecji, po czym konkluduje: "Z obu tych tradycji wolno posługiwać się tą, której ktoś bardziej zawierzy." Święte słowa.

Zeus-Ammon, British Museum

środa, 09 kwietnia 2008
La Divina

Coś mnie niedawno podkusiło, żeby z ciekawości kupić za grosze na Allegro wykonanie Parsifala Wagnera z udziałem Marii Callas. Nie do końca chyba wiedziałam, co czynię, albowiem w naiwności swojej myślałam, że będzie to normalna wagnerowska obsada z Callas jako gwiazdą. Niestety, myliłam się. To jest włoska obsada i co gorsza włoski tekst. Efekt zaś jest taki, że jak się dobrze przysłuchać, to brzmi tam gdzieś w tle oryginalna linia melodyczna, ba, nawet śpiewają zgodnie z partyturą - tylko że jest to kompletnie inna muzyka. Nawiasem mówiąc podobne wrażenie miałam oglądając kilka lat temu gościnny występ Opery Śląskiej z Tannhäuserem po polsku (tak, współcześnie też gdzieniegdzie uprawia się takie barbarzyństwo) - brzmienie języka sprawiało, że chwilami zdawało mi się, że słucham Moniuszki, no i przez prawie cztery godziny drżałam na samą myśl, jak w finale zabrzmi nie pasujące nijak rytmicznie "Elżbieeeeeeeto" zamiast "Elisabeth" (zabrzmiało okropnie).

Ponieważ jednak coś było w tym, jak Callas śpiewa to przejmujące wezwanie tuż przed wielkim monologiem Kundry w II akcie - kiedy woła zagubionego w magicznym ogrodzie młodzieńca po raz pierwszy po imieniu - poszukałam dalej, czy była to jej jedyna przygoda z muzyką tak daleką od jej najbardziej znanego repertuaru i ze zdziwieniem przekonałam się, że śpiewała również Brunnhildę w Pierścieniu Nibelunga oraz Izoldę...

Moja ciekawość oczywiście wskoczyła na wyższy stopień, więc poszukałam i na YouTube znalazłam nagranie live z odeonu Herodesa Attikusa w Atenach, gdzie Callas w 1957 roku wystąpiła jako Izolda (niestety tylko dźwięk z podłożonymi obrazkami, ale za to w dużej mierze wielce miłych memu sercu widoków ateńskich) i tu doznałam istnego pomieszania zmysłów. Po pierwsze dlatego, że klip nazywał się "Dolce e calmo" zamiast "Mild und leise" albo po prostu "Liebestod", co zasadniczo wróżyło niedobrze. Po drugie dlatego, że mimo szoku, jakim było włoskie brzmienie tekstu nie byłam w stanie się oprzeć wrażeniu, że jest to jedno z najwspanialszych wykonań tego lamentu a zarazem tryumfu miłości, jakie słyszałam. Pewnie, dziś zapewne głos byłby ustawiony nieco inaczej, inżynieria dźwięku też pozostawia wiele do życzenia - ale mimo to jak urzeczona słuchałam tego klipu w kółko.

Jakiś czas temu pisałam o zjawisku od starożytności określanym mianem nescio quid - czegoś nieuchwytnego, co sprawia, że jedno dzieło robi na nas kolosalne wrażenie, a drugie pozostawia obojętnymi - i teraz znów stanęłam bezradna wobec tego uczucia, zwłaszcza że wszystko się we mnie racjonalnie buntowało przeciwko zaakceptowaniu tego wykonania. A jednak nie potrafiłam się od niego oderwać, jakby rzeczywiście działał jakiś magnetyzm przekraczający ludzkie pojmowanie, jakby ona rzeczywiście była divina.

Wróciłam do Parsifala i puściłam sobie jeszcze raz ten kawałek z II aktu. Dla tych kilkunastu sekund warto było kupić za 20 zł płytę. Bo ogromna większość tego nagrania zasadniczo nadal nie nadaje się do słuchania.

Orfeusz; Muzeum Bizantyjskie w Atenach

PS. Obejrzałam sobie na YouTube ponad dziesięć innych wykonań "śmierci Izoldy" (którą uważam za jeden z najpiękniejszych kawałków muzyki, jakie kiedykolwiek napisano) i niektóre są naprawdę wspaniałe: np. klasyczna, bezbłędna Birgit Nilsson, dramatyczna Jessye Norman w olśniewającej scenografii (polecam również jej nagranie koncertowe z Karajanem, gdzie nieziemsko brzmi orkiestra) czy moja obecnie ulubiona, znacznie bardziej nowoczesna i dynamiczna Waltraud Meier. Większość tych nagrań jest pod każdym możliwym względem lepsza, a jednak jest coś niepojętego w sile wyrazu Callas.

PS 2. Właściwie nie powinnam się aż tak bardzo dziwić, że najwybitniejsza śpiewaczka wszechczasów poradziła sobie z repertuarem spoza swojego zwyczajnego emploi, albowiem od kilku lat zachwycam się tym, jak Wagnera śpiewa Plácido Domingo (udało mi się znaleźć kawałek mojego ulubionego nagrania koncertowego I aktu Walkirii z 1993, niestety technicznie jakość nie dorównuje płycie), po którym też trudno się było spodziewać takiego zwrotu pod koniec kariery, co zresztą utwierdza mnie w przekonaniu, że jest najwybitniejszym artystą z "trzech tenorów".

niedziela, 06 kwietnia 2008
The truth is out there

Media i zjadacze chleba pasjonują się chwilowo problemem, czy pytanie za milion w teleturnieju "Milionerzy" przeciekło do mediów przed emisją odcinka, czy też nie i jak to w ogóle z tym pytaniem było. Wokół wczorajszej (i zeszłotygodniowej) edycji narosło wiele emocji, teorii spiskowych i dyskusji, ponieważ - fakt faktem i punkt dla zwolenników spisku - pytania aż do ostatniego, dwunastego, lawirowały na poziomie od banalnie prostego po taki, na którym bez większego problemu powinno pomóc albo głosowanie publiczności, albo telefon do takiego rodzaju przyjaciela, jakiego ma zapewne większość Polaków, czyli miłośnika futbolu. Nie mówiąc już o kimś, kto szybko stuka w klawiaturę i w razie czego wygugla. Jak słusznie zauważyli rozmaici internauci, nie było pytań o wiedzę szczegółową, nie było też podchwytliwych pytań o rzeczy, o których przeciętny obywatel nie ma pojęcia, jak to sprzed paru tygodni o pesel. Nie było liczby kotów na obrazach. Ba, nie było nawet chrobotka reniferowego, który z niewiadomych powodów trafił na pierwsze pytanie za 500 zł innemu graczowi bodaj w tym samym odcinku. Osobiście oglądając edycję z zeszłej niedzieli miałam wrażenie (łagodna odmiana teorii spiskowej), że komputer losujący pytania pomylił kategorie i zamienił pytanie za 500 tys. (chrobotek) z tym za 500 zł (drzewce).

Mnie osobiście problem sprawiłoby w tym odcinku jedynie pytanie za bodaj 250 tys., o pseudonim brazylijskiego piłkarza o długim, skomplikowanym nazwisku. Być może zawahałabym się przy progowej skórze rekina, ale logika po prawdzie na nią wskazywała. Zresztą na mojej liście kontaktów na pewno znalazłaby się osoba znająca się na sporcie, ponieważ - obok polskich seriali i polskiego popu - jest to moja pięta Achillesowa.

A zajmuję się tym popkulturowym przypadkiem na blogu dlatego, że finał całej sprawy zahacza o mitologię grecką i nie daje mi spokoju. Po pierwsze dlatego, że mniej więcej godzinę przed emisją zetknęłam się z "przeciekiem" - rodzina odkryła gdzieś na necie, że pytanie za milion miało brzmieć "Która z postaci mitologicznych nie była dzieckiem Bellerofonta: Hippolochos, Filonoe, Isandros, Laodamia?". Ha, pomyślałam, moja działka, ale pytanie istotnie niełatwe, bardzo szczegółowe, warte miliona. Potrzebowałam chwili logicznego pomyślunku, z którego wynikło jasno, że musi to być Filonoe, ponieważ Laodamia z pewnością była córką Bellerofonta, a poza tym miał on synów, a zatem drugie żeńskie imię jest tym, które należy obstawić. Nie wiem, czy logiczne myślenie pozwoliłoby mi zaryzykować prawie pół miliona - tego nie da się ocenić nie siedząc w studiu przed szansą takiej wygranej - ale gdybym miała w zanadrzu "pół na pół", raczej bym się nie wahała.

Tymczasem chwilę po szóstej doznałam szoku: pytanie było inne i na dodatek tak banalnie proste, że oczom swoim nie wierzyłam. Kto posługiwał się bronią taką jak Artemida? Bogowie nieśmiertelni, westchnęłam wpatrzona w ekran, mogli przynajmniej dać Parysa, a nie Legolasa (w końcu obu grał Orlando Bloom...). Tymczasem ku mojemu całkowitemu zaskoczeniu zawodniczka, która w kilka sekund odpowiadała na większość poprzednich pytań - kolejny punkt dla teorii spiskowej - tu nagle kompletnie straciła rezon i to mimo prawidłowej podpowiedzi ze strony publiczności oraz popierającego głosowanie wyniku "losowego odrzucenia dwóch błędnych odpowiedzi"... Muszę przyznać, że  przecierałam oczy i doznawałam momentami wrażenia, jakby te dwa odcinki dedykowane były dniowi, który legł gdzieś pomiędzy ich emisją, czyli pierwszemu kwietnia.

Artemida i rapier (po pół na pół został Zorro, odpadli zaś Don Kichot - kopia - i Longinus Podbipięta - miecz dwuręczny)??? Ja wiem, że np. mykeńskie miecze - czyli takie z epoki brązu, kilkaset lat przed Homerem - były bronią sztychową, określa się je nawet jako rapierowe, ale jakoś wątpię, żeby taka wiedza miała wpływ na wahanie zawodniczki. I wciąż nie wiem, i wciąż nie rozumiem, czy ona naprawdę nie wiedziała? Nie wiedziała np. tego, że Apollo i Artemida wystrzelali z łuków dzieci Niobe*? Tego, że Artemida, a za nią Diana - o przydomku Łowczyni - przedstawiana jest z łukiem? A może nie znała ani Władcy pierścieni, ani Zorra, ani zapewne Don Kichota i Ogniem i mieczem...

Coś było wyraźnie nie w porządku z wszechświatem. I nie jestem nawet pewna, czy Fox Mulder byłby w stanie rozwikłać tę zagadkę.

Diana Łowczyni, Luwr

*Pozwalam sobie tu w tym względzie zacytować odpowiedni fragment poematu Niobe Gałczyńskiego:

Nieforemna, niewesoła,
dzień i noc nad brzegiem morza
stoi w skałę przemieniona -

biedna córa Tantalowa,
biedna żona Amfionowa,
Niobe, nieszczęsna rodzica

siedmiu synów, siedem córek,
Diana z Apollonem z łuku
rozstrzelali jej o świcie.
środa, 02 kwietnia 2008
Maluj mnie dobrze

Jest taka anegdota o pewnym krakowskim malarzu z poprzedniego przełomu wieków nazwiskiem Jan Styka. Właściwie anegdot o nim jest wiele, prześmiewczych wierszyków takoż, ale chciałabym przytoczyć jedną. Otóż Styka, który specjalizował się w malarstwie monumentalnym jakby żywcem wyjętym z XIX w. i historyzmu, szczególnie ukochał sceny religijne lub okołoreligijne, przy których Pochodnie Nerona Siemiradzkiego to skromny pod każdym względem obrazek, nie mówiąc już o tym, że arcydzieło. A pewnego razu, kiedy Styka postanowił zamalować ogromne płótno wizerunkiem Matki Boskiej, ta pojawiła mu się i powiedziała "ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze".

Zgodnie z tą maksymą chciałabym zamącić nieco w narodowym dobrym samopoczuciu i sprzeciwić się zalewającemu nas od kilku dni - z dzisiejszym apogeum - kiczowi, królującemu również w ckliwie sentymentalnych wpisach na blogach, że już nie wspomnę o zaprezentowanym niedawno na portalu gazeta.pl projekcie centrum papieskiego w Łagiewnikach, który jest po prostu okropny: wtórny, monumentalny i nijaki. Przepraszam za porównanie, ale powtórzę coś, co pisałam z okazji obchodów średnio okrągłej rocznicy lokacji Krakowa: to miasto zasługuje na coś więcej niż Rubika. A wzmiankowany projekt jest pod względem estetyki architektonicznym odpowiednikiem Rubika. Potężną dawką monumentalnego kiczu. Nijak nie pasującą do jednego z najpiękniejszych miast Europy. Nie pasującą nawet do całkiem ładnego projektu kościoła w rzeczonych Łagiewnikach.

Na dodatek mam swoje powody, żeby uważać, że "polskiemu papieżowi" monumentalizm wszelkiej maści dzieł pomnikowych by się nie podobał. Nie wiem dlaczego wybrano nawiązanie do rzymsko-krakowskiego klasycyzmu (streszczając to, co na ten temat mieli do powiedzenia architekt i jury konkursu); wydaje mi się, że zwłaszcza na zwróconym ku Tatrom południu Krakowa bardziej na miejscu byłaby nowoczesna bryła z przewagą szkła nawiązująca w jakiś sposób do górskiego krajobrazu, tak bardzo bliskiego sercu człowieka, którego pamięci to wszystko ma być poświęcone.

Niestety, nikt nie pomyślał o żadnym z obdarowywanych: ani człowieku, którego imię to paskudztwo będzie nosić, ani starym Krakowie i jego mieszkańcach. Ważne, że będzie wielkie i patetyczne. Jak Licheń i jak Rubik. Będzie pomnikiem hojności i przywiązania (kolejność nieprzypadkowa) narodu. Wielkim znakiem, że pamiętamy i pamiętać będziemy. Tak wielkim, że właściwie załatwi całą sprawę pamiętania, stanie się wręcz jego streszczeniem - co z tego, że niezbyt wiernym oryginałowi.

W związku z tym dedykuję patetycznie rozhisteryzowanym rodakom parafrazę słów z anegdoty o Styce: "wy go nie wspominajcie na kolanach, wy go wspominajcie mądrze".

Kraków, bazylika mariacka

PS. Planowałam umieścić tu inne zdjęcie, ale jest ono z czasów analogowych i nie mogę znaleźć odbitki... więc w ramach prowizorki kawałek pięknego Krakowa.

wtorek, 01 kwietnia 2008
Święto głupców

Nie, nie mam zamiaru obrażać nikogo, kto lubi robić krewnym i znajomym kawały w Prima Aprilis. Sama nie odczuwam takiej naglącej potrzeby (jeśli nie liczyć zamieszczenia na fotoblogu ze sztuką antyczną jej nowożytnych wcieleń), ale uważam święto odwracające w jakiś sposób porządek świata za niezwykle potrzebne, a "głupotę" (czy może należałoby dziś powiedzieć: głupawkę) za ważny element kulturowy. Nie na darmo święta takie - czy to Saturnalia, czy karnawał - istniały od pradawnych czasów, nawiązując z jednej strony do powszechnej wiary, że wobec losu wszyscy są sobie równi, z drugiej zaś - do przekonania, że nadmiar szczęścia może spowodować zazdrość bogów, a w konsekwencji katastrofę.

Święta głupców, szczególnie popularne na przełomie średniowiecza i renesansu, uwiecznione na licznych obrazach i w wielu utworach literackich, miały dawać upust naturalnej ludzkiej potrzebie zrzucenia raz za czas szat powagi i zejścia z koturnów, oddania się dionizyjskiemu szaleństwu, na miejsce króla wprowadzając żebraka lub błazna, który "rządził" przez cały dzień - a powinien to robić w jak najbardziej komiczny sposób. Dzięki temu władza miała szanse przyjrzeć się samej sobie w krzywym - sowizdrzałowym - zwierciadle i zejść choćby na chwilę z wyżyn między lud. Zgodnie z obyczajem cokolwiek by w taki dzień powiedzieć o władcy, nie mogło być uznane za przestępstwo.

Czas, w którym odbywały się takie zabawy, zmieniał się na przestrzeni wieków: Saturnalia towarzyszyły obchodom zimowego przesilenia i styczniowego początku nowego roku, karnawał oznaczał początkowo tylko dni bezpośrednio poprzedzające post i był postrzegany jako czas nieskrępowanego szaleństwa mającego poprzedzać okres zadumy i pokuty, wreszcie bardzo uładzone święto (mądrej) głupoty połączone zostało z pierwszym dniem kwietnia i w Polsce akurat jest znane pod nazwą zaczerpniętą z najzwyczajniejszego rzymskiego kalendarza. Tymczasem w większości krajów europejskich nazwa tego święta nawiązuje właśnie do tradycji świata na opak i święta głupców: bezpośrednio jak chociażby angielskie Fools' Day (inne języki można sobie sprawdzić chociażby w wikipedii), bądź pośrednio jak francuskie poisson d"avril - tak nazywa się nabranego, co może być pozostałością po obyczaju obrzucania się zdechłymi rybami jako doskonałego karnawałowego żartu w średniowieczu. Umiejscowienie tego święta na początku kwietnia ma ponoć związek z przeniesieniem początku roku z wiosny na styczeń po reformie gregoriańskiej w XVI w., w związku z czym jedna z odmian angielskiej nazwy: April Fools' Day (równolegle używa sie określenia All Fools' Day) może istotnie nawiązywać do przezywania "kwietniowymi głupcami" ludzi, którzy z przywiązania do starego kalendarza bądź z roztargnienia obchodzili Nowy Rok w kwietniu.

Jakkolwiek by to nie było, niektórzy polscy politycy powinni się zastanowić nad zbawiennym wpływem śmiechu - również z samych siebie. Śmiech oczyszcza i pozwala spojrzeć na siebie z dystansu, poczucie humoru na własny temat uważane jest za dowód inteligencji i braku kompleksów. A poza tym śmiech jest bardzo zdrowy, angażuje bowiem (oprócz endorfin) również wiele mięśni naszego ciała - pamietam z metra londyńskiego kilka lat temu plakaty zachęcające do śmiania się w ramach codziennej gimnastyki. A przy okazji i à propos niektórych polityków polecam lekturę wpisu na zaprzyjaźnionym blogu naszejedynie.

A w sztuce archaicznej Grecji uśmiechał się każdy, nawet morski potwór - ponieważ uśmiech miał wyrażać pogodny stosunek do życia, najwyraźniej uważany za wart propagowania wśród szerokich mas społecznych. Co i w Polsce by się przydało.

Muzeum Akropolis Ateńskiej

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright