sobota, 25 kwietnia 2009
No i aż się chce wyjść z kina

Znowu obejrzałam zły film. Na dodatek zrobiłam to celowo, nie spodziewając się, że mnie zachwyci. Stop. Źle zaczęłam. Przecież namiętnie całkowicie intencjonalnie oglądam złe filmy. Horrory głównie, o czym już kiedyś tu chyba wspominałam. A zatem od początku.

Znowu obejrzałam polski film. Na dodatek zrobiłam to celowo... a dokładniej z poczucia obowiązku. Od początku wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała zobaczyć "33 sceny z życia" Szumowskiej, ponieważ znałam osobiście trzy bohaterki tej opowieści i czułam potrzebę posiadania własnego zdania o tym, jak Małgośka (sama się tak podpisała pod filmem) potraktowała te osoby. Jak sceny tam pokazane mają się do rzeczywistości, wie zapewne tylko najbliższa rodzina i lepiej niech tak zostanie.

Mój główny opór wobec tego filmu polega na tym, że Szumowska zrobiła go o ludziach tak antypatycznych, że nie chciałabym żadnego z nich mieć za znajomego. Są jedno w drugie pretensjonalni, niby zbuntowani, niby sławni i bez przerwy to ogrywający, narcystyczni w niemiły sposób (Dorota Terakowska była narcystyczna, ale z taką dozą uroku i ciepła, że można ją było kochać albo nienawidzić, ale ciężko było ot tak jej nie lubić), a na dodatek wszystko to zieje tak potworną sztucznością, że ciężko się w ogóle ogląda.  I żeby to jeszcze była celowa sztuczność, która ma pomóc widzowi zdystansować się do opowiadanej - hmmm... sposób poprowadzenia fabuły trochę nie pozwala użyć tego określenia - bardzo bolesnej historii. Ale nie, to jest zasadniczo ta siermiężna sztuczność, która od dobrych kilku, jeśli nie kilkunastu już lat cechuje 99,9% polskiej produkcji filmowej. Sztuczność dialogów, które na dodatek są tak fatalnie nagrane, że miejscami ledwie je słychać (może to i lepiej), nienaturalność operowania głosem przez skądinąd dobrych teatralnych aktorów, niezamierzenie śmieszna momentami nieporadność tychże w mówieniu wulgaryzmów (których zresztą jest za dużo i rażą, zwłaszcza że są fatalnie wygłaszane), wydumanie konkretnych sytuacji - nie tych najważniejszych, ale epizodycznych. Określenie "dialogi" jest zresztą też na wyrost, bo bohaterowie ze sobą nie rozmawiają, tylko mówią w jakąś pustkę. I niestety, znowu, nie jest to dobrze przemyślana strategia, tylko źle napisane kwestie plus nieznośna maniera wszelkich popłuczyn po Bergmanie i Kieślowskim, że bohaterowie mają przez większość spędzonego na ekranie czasu "wymownie" milczeć. Jak nie jestem jakąś maniaczką "Rejsu", tak postawiona tam diagnoza polskiego kina doskonale sprawdza się w tzw. ambitnych produkcjach po wielu latach. (Po prawdzie ten kawałek: "Na przykład zapala papierosa, nie? Proszę pana, zapala papierosa... I, proszę pana, patrzy tak: w prawo... potem patrzy w lewo... prosto... I nic." - mógłby się słowo w słowo odnosić do wielu scen z filmu Szumowskiej.) No i związane z tym wszechobecne snujstwo postaci po ekranie. Brrr.

Nie sprawdza się także narracja złożona z krótkich epizodów. Nie sprawdza się i już, ponieważ ewidentnie reżyserka/scenarzystka wcale nie miała na nią pomysłu. Takie coś musi mieć konstrukcję równie prezycyjną jak szwajcarski zegarek czy silnik bolidu Formuły 1. Jeśli chce się pokazać świat rozbity, rozsypany w literaturze czy filmie, to niestety nie można po prostu rozsypać scenariusza, a następnie posklejać go byle jak.

Zastanawiając się, jak napisać o tych swoich zdecydowanie negatywnych odczuciach, jakby na zamówienie znalazłam dziś w recenzji "Tataraku" Wajdy następujące zdanie: "Szumowska dotknęła prawdy, jaką jest nasza bezradność wobec śmierci. Bezradność niedająca się zagłuszyć ani przez sztukę, ani przez religię. Przyznanie się do niej budzi jednak poczucie solidarności." Nie jest dla mnie żadną nowością, że nie zgadzam się akurat z Tadeuszem Sobolewskim, ale niezależnie od różnicy naszych spojrzeń na sztukę filmową, jest jeszcze coś takiego jak fakty. Otóż w filmie Szumowskiej nie ma ani jednej sceny, którą można by zinterpretować jako "zagłuszanie bezradności" przez sztukę czy religię. Żadne z bohaterów w obliczu rodzinnego dramatu nie rzuca się w wir twórczości, żadne naprawdę nie szuka pocieszenia w religii (wątek byłego księdza jest kompletnie z innej bajki, ale nawet w tym kontekście można by zapewne wygrać efekt pewnej naiwności, zażenowania, rzeczywistego - nawet jeśli rozpaczliwego i nieporadnego - poszukiwania pociechy, tymczasem są to epizody żałośnie na siłę śmieszne, a w dodatku źle zagrane i źle pokazane). Ma się wrażenie, że tak naprawdę bohaterowie Szumowskiej pocieszenia szukają wyłącznie w paleniu na potęgę papierosów, wykrzykiwaniu coraz cięższych wulgaryzmów i zdradzie małżeńskiej.

Może to i prawda, że takie bywają (były?) reakcje, ale w sztuce prawda nie zawsze się sprawdza. Pozwolę sobie powołać się na Arystotelesa (zwłaszcza że już nie ryzykuję zawodowego narażenia się tym postmodernistom), który uważał, że sztuka powinna pokazywać to, co prawdopodobne (w sensie uniwersalne), a nie to, co prawdziwe (w sensie jednostkowości). To drugie jest domeną historii, a w przypadku filmu - dokumentu.

Na dodatek te epizody, które gdzieś w jakimś ciekawszym kierunku idą, zostały całkowicie zmarnowane. Julia robiąca zdjęcia komórek rakowych - cały ten wątek ginie w jednej wypowiedzi, w której połowa słów nie nadaje się do cytowania. A można było jednak pokazać próbę zrobienia z tego sztuki, próbę z góry skazaną na porażkę, ale jednak wyrazić tę porażkę czymś więcej niż kolejną wiązką przekleństw. Kolejny zmarnowany pomysł to telefon, który zaraz po śmierci matki dostaje Julia - z Wenecji w sprawie jej prac wysłanych na biennale. Oczywiście (czy może być coś bardziej sztampowego?) ponieważ bohaterka jest akurat w "dołku", to łopatologicznie decyzja jury jest odmowna, bo przecież trzeba dziewczynę jeszcze pogrążyć. Tymczasem fabularnie znacznie ciekawsze byłoby, gdyby jej prace zostały przyjęte, gdyby zderzyć dwa bieguny emocjonalne, jeszcze pośrodku mając tak apetyczny kąsek jak postępujący rozkład małżeństwa głównej bohaterki. Poza wszystkim sytuacja, w której pomimo rodzinnej tragedii nie jest ona w stanie powstrzymywać się od radości z powodu wyróżnienia, byłaby ciekawsza, a na dodatek pozwalałaby świetnie wygrać właśnie tę (istniejącą wyłącznie w recenzjach) niemożność zapełnienia pustki sztuką. Bo może ona rzeczywiście nie byłaby w stanie pozbierać się na tyle, żeby do tej Wenecji pojechać?

Nie przekonują mnie też głosy krytyków, że komizm w tym filmie rozbraja sytuację: "Bohaterowie obserwują śpiącą, ciężko już chorą matkę, i niewybrednie sobie żartują ('Nie uważacie, że mamusia wygląda na lekko martwą?') Paradoksalnie nie ma w tym jednak cienia wulgarności, niestosowności, przyłączamy się do bohaterów w ich próbie przezwyciężenia traumy." (K. Burszta, Filmweb.pl) Nie, nie przyłączamy się. Paradoksalnie, może łatwiej byłoby się przyłączyć, gdyby Szumowska albo całkowicie odeszła od biograficznych mrugnięć, albo też poszła w pełny ekshibicjonizm i zamiast Basi pokazała Dorotę, zamiast Julii Małgośkę, zamiast Jurka - Maćka itd. I może zresztą to zatrzymanie się pod tym względem w pół drogi jest tym, co najbardziej w tym filmie razi i powoduje niesmak. Wracamy do kategorii Arystotelesa.

Wspomniałam o tym, że bohaterowie są antypatyczni. Zastanawia mnie, naprawdę, po co robić o taki skonstruowanych postaciach film. W kontekście autobiograficznym muszę podpisać się pod głosami tych krytyków, którzy "33 sceny..." uważają za obrzydliwe bebechy. I nie chodzi mi o to, że Małgośka pokazała dysfunkcjonalną rodzinę, przyznając, że opowiada o własnych doświadczeniach. Nie ona pierwsza w historii kina. Okej, mogła swój dom również tak widzieć, okej, niech się kłócą, niech nawet sobie na złość robią, niech sami nie wiedzą, czy się lubią, czy nienawidzą, ale niech to, że tak naprawdę bardzo się kochają, nie pozostaje w sferze deklaracji. Tak chwalony za rolę ojca Andrzej Hudziak miota się po ekranie jęcząc "Basiu, Basiu", ale jakoś tej wielkiej miłości, która doprowadzi go do śmierci, nie widać, nie czuć. W kontekście od biografizmu oderwanym  natomiast nie widzę potrzeby opowiadania historii tych ludzi, ponieważ ta ich antypatyczność jest na dodatek nieciekawa i nieoryginalna.

Najgorsze jest to, że Małgorzata Szumowska taka, jaką poznałam podczas egzaminów do łódzkiej Szkoły Filmowej, zrobiłaby pewnie ten film znakomicie. To była wtedy ostra dziewczyna, ze słuchawkami pełnymi mocnego rapu na uszach, drapieżna, bystra, błyskotliwa. Wiedząca doskonale, czego chce - a nie snująca się, rozmamłana pseudoartystka, jaka wyziera zarówno zza "Szczęśliwego człowieka" jak i "33 scen z życia" (środkowego filmu, "Ono", nie widziałam i chyba nie chcę oglądać, chętnie natomiast zobaczyłabym dokumenty, ale cóż, skoro jest to chyba niemożliwe na zawołanie). Nie wiem, jakim cudem kontakt z wybitnymi filmowcami - jej nauczycielami byli Wojciech Jerzy Has i Kazimierz Karabasz - zrobił z niej to, co zrobił. Ale szkoła ewidentnie zabiła tę ostro patrzącą na świat nonkonformistkę, która taki temat zrobiłaby z pewnością lepiej: ostrzej, ale precyzyjniej. Może i byłoby w nim jeszcze więcej wulgaryzmów i nieprzyjemnego seksu, ale za to może coś by te elementy znaczyły.

  Stela z Keramejkosu

PS. Uczciwość nakazuje mi powiedzieć, że broni się w tym filmie muzyka Pawła Mykietyna i częściowo  zdjęcia, zdecydowanie lepsze od większości polskich filmów ostatnio. Przynajmniej Szumowska nie popełniła błędu Kieślowskiego ("Niebieski") i nie dała do napisania muzyki wybitnego młodego kompozytora Zbigniewowi Preisnerowi. Z aktorów natomiast najlepiej wypada Maciej Stuhr w roli tegoż kompozytora (bo jako jedyny bywa naturalny), Julia Jentsch jest dobrą aktorką, ale zupełnie nie rozumiem powodów, dla których musiała tu zagrać - dubbing jest koszmarnie zły (dlaczego Dominika Ostałowska po prostu nie mogła zagrać? może wtedy nie mówiłaby tak drewnianym głosem) i postać traci na tym wszystko, co jeszcze mogłaby ugrać. Małgorzata Hajewska i Andrzej Hudziak jako rodzice są zmanierowani i pretensjonalni (skrajne oszpecenie jako pomysł na rolę to troszkę za mało, zostało zresztą całkiem wyczerpane  i "skompromitowane" przez  obsadzenie Charlize Theron w "Monster"), pozostałe role może lepiej w ogóle skwitować milczeniem.

PS 2. Zastanawiam się, dlaczego znów, kiedy piszę o polskiej sztuce XXI w., przychodzi mi do głowy finał "Dlaczego klasycy" Herberta? (Można go znaleźć oprócz tego, że na necie, to również kilka wpisów wstecz, nie będę po raz kolejny cytować.)

PS 3. W jednej ze scen filmu Jurek rozkleja się, kiedy dzwoni na komórkę Basi i słyszy "nie ma takiego numeru". Ja pamiętam z kolei to dziwaczne uczucie, jakiego doznałam, kiedy kilka tygodni po śmierci Doroty dostałam maila wysłanego z jednego z jej kont. Nie pamiętam, czego dotyczył, niczego ważnego, był chyba wysłany przez administratora jej witryny internetowej i zapewne informował o nowościach tamże, ale lekko makabryczna absurdalność tej sytuacji, tak wspaniale do Doroty - i każdej filmowej postaci, która miałaby z nią cokolwiek wspólnego - pasująca, była jakoś prawdziwsza niż ta scena z filmu. I na pewno ciekawsza. Zwłaszcza że też można się rozkleić.

wtorek, 21 kwietnia 2009
Ab Urbe condita 2762

Wedle legendy Rzym został założony 21 kwietnia, a więc dziś jest rocznica. Która, to trochę bardziej skomplikowana sprawa, ponieważ zarówno sami Rzymianie mieli w tym względzie różne opinie (datowania wahały się o ok. 100 lat), a poza tym wprowadzenie dat wedle rachuby chrześcijańskiej nie obyło się bez popełnienia pewnych błędów, toteż w tytule przyjęłam umownie 2009 plus najczęściej przyjmowane 753. Z tej okazji garstka moich ulubionych anegdot rzymskich. Z góry przepraszam za niezbędne w tej sytuacji drobne sprośności oraz nie całkiem poważne podejście do arcypoważnej historii poważnego imperium.

Oczywiście w świecie archeologicznym i historycznym nie ma zgody co do tego, czy istotnie w jakimś momencie nastąpiło "założenie" miasta, czy też po prostu rozwijało się ono w sposób naturalny z osady. Na rzecz wersji zgodnej z legendą o wyznaczeniu przez Romulusa (21 kwietnia) pomerium czyli sakralnej granicy miasta, a następnie o zbudowaniu przez tegoż murów miejskich świadczą dość niedawne odkrycia na Palatynie - pozostałości muru datowanego na ok. 730, a więc na okres, w którym najpowszechniejsza tradycja rzymska sytuuje pierwszych królów, Romulusa i Tytusa Tacjusza (którzy rządzili wspólnie z Palatynu i Kapitolu po zażegnaniu sporów związanych z porwaniem Sabinek, kiedy Rzymianie zorientowali się, że jeśli czegoś nie zrobią, to ich miasto nie ma szans przetrwać dłużej niż jedno pokolenie...).

Wilczyca kapitolińska

Lupa czy... lupa?

Z Romulusem wiążą się co najmniej dwie anegdoty ciekawsze od pomerium i zabicia Remusa (bliźniaka, żeby było jasne, ale chyba jednak nie dominującego). Pierwsza właściwie wiąże się jeszcze z oboma braćmi, wychowanymi, jak chce znów legenda, przez wilczycę. Otóż albowiem lupa po łacinie to nie tylko wilczyca, ale również kobieta, powiedzmy eufemistycznie, lekkich obyczajów i na dodatek sprzedajna. Istnieje w związku z tym teoria, iż to nie żadna wilczyca niańczyła synów Rei Sylwii (i Marsa, który objawić się jej miał pod postacią fallusa w ognisku, podobnie jak mniej więcej siedem wieków później - to materiał jeszcze bardziej anegdotyczny - Atii, matce Oktawiusza, znanego lepiej jako Oktawian August; wielkie brawa dla Polly Walker za rolę tej jędzy w serialu Rzym), ale, nie bójmy się tego powiedzieć, ladacznica. Jak było: jaskinia czy też lupanar, trudno powiedzieć.

Ostrożnie z wyroczniami

Druga anegdota związana z bliźniakami jest taka, że czuć w niej jakiś dreszcz metafizyczny. Romulus bowiem został królem (a właściwie na razie oficjalnie dominującym bratem), jako iż podczas wróżb ukazało mu się dwanaście orłów, a Remusowi zaledwie sześć. Odczytano to jako wróżbę, iż założone przez niego miasto (=państwo) będzie trwało przez dwanaście stuleci. Legenda ta pochodzi ze starożytności. A teraz proszę sobie policzyć, ile stuleci minęło między rokiem -753 a +476.

Czego oczy nie widzą...

Tym razem co nieco o obyczajach religijnych. Ucząc się historii sztuki rzymskiej dość bezrefleksyjnie przyjmuje się informację, iż postacie męskie z narzuconą na głowę połą togi przedstawione są jako kapłani. Szczerze mówiąc ja też przyjęłam to jako fakt, niewiele myśląc - ot, tak ubierali się kapłani podczas pełnienia obowiązków religijnych. Obyczaj ubraniowy nie bardziej dziwny niż jakikolwiek inny, a po prawdzie rzekłabym, że mało ekstrawagancki. Jakże się myliłam, sądząc, że zwyczaj ten jest pozbawiony głębszego znaczenia... Otóż rzymskim obchodom religijnym niemal zawsze towarzyszyły wróżby i flamenowie, a za nimi również inni kapłani, zakrywali głowy po to, żeby przypadkiem nie dojrzeć za sobą złego omenu - a na dodatek zawsze towarzyszyli im fletniści, żeby zagłuszać złe omeny o charakterze akustycznym. Fakt, właściwie we wszystkich scenach ofiarnych pojawia się fletnista - ale to też zrzucałam na karb mało znaczącej obyczajowości. Powinno mnie to nauczyć ostrożności w stosunku do Rzymian. Pocieszam się jedynie, że nie jako pierwsza dałam się nabrać na ich prostolinijność. Przede mną był np. niejaki Pyrrus i cała rzesza innych wybitnych mężów, których Rzymianie pokonali siłą swego uporu i bezwzględnej przyziemności.

Marek Aureliusz jako flamen - oczywiście z fletnistą u boku

Przechodząc jednak do czasów nieco późniejszych i bardziej konkretnych wydarzeń (sami Rzymianie mieli do epoki królów uczucia, delikatnie mówiąc, mieszane, aczkolwiek naraził im się tak naprawdę jedynie ostatni z nich, Tarkwiniusz Pyszny, a historycy twierdzą, że i to wcale niekoniecznie i że może po prostu chodziło o rywalizację z Etruskami o dominację), lektura podręczników czy źródeł do historii Rzymu pokazuje, że niemalże można by jakiś absurd rzymski na każdy dzień. Co zabawniejsze, absurdalność wielu epizodów z dziejów Miasta wynika nie z czego innego jak rzymskiego praktycyzmu, pragmatyzmu i zdrowego rozsądku. Może nawet czasem zbyt zdrowego. Inna sprawa, że jak na niektóre absurdalne skądinąd opowieści popatrzeć nieco trzeźwiej, to bywają również przerażające (one same albo ich kontekst). Ale pozwolę sobie z pełną dezynwolturą chwilowo o tym zapomnieć.

The inconvenience - having to get a majority

Weźmy na przykład takiego Sullę (I w. BCE), skądinąd wynalazcę list proskrypcyjnych i masowych, przeprowadzanych wedle własnego widzimisię, czystek w społeczeństwie, który mógłby spokojnie być patronem wszelkich instytucji takich jak CzeKa i jej następcy. Nie sposób nie podziwiać w jakiś perwersyjny sposób jego pomysłu na zapewnienie sobie poparcia społecznego: mianowicie wyzwalał on masowo niewolników proskrybowanych obywateli i włączał, równie masowo, poprzez adopcję do swojej rodziny, dzięki czemu, by posłużyć się sformułowaniem z podręcznika prof. Jaczynowskiej, "całkowite posłuszeństwo komicjów [zgromadzeń ustawodawczych] zapewnił sobie przez obecność na nich 10 tysięcy Korneliuszy". No cóż, przynajmniej - zgodnie z rzymską naturą, dla której dbałość o szczegóły procedur i rytuałów była jedną z podstawowych cnót - dbał o to, żeby sfałszowane wybory były fałszowane lege artis...

Wszystko na sprzedaż

Albo taki epizod z czasów cesarstwa, a konkretnie burzliwego przełomu II i III w., kiedy to po upadku dynastii Antoninów - skądinąd najlepszej, jaką Rzym miał, jeśli nie liczyć ekscesów Kommodusa, które do tegoż upadku doprowadziły - i zamordowaniu przez gwardię pretoriańską (pretorianie już od czasów Tyberiusza, a zwłaszcza Nerona, stanowili rodzaj junty wojskowej, tyle że złożonej z szarych eminencji, a nie rządzącej bezpośrednio) wybranego wcześniej na jej wniosek  cesarza Helwiusza Pertinaksa, nastąpił okres chaosu. Pretorianie wpadli wtedy na pomysł, który zasługuje na to, żeby znaleźć się w humorystycznej powieści fantasy, a nie poważnym podręczniku historii, więc pozwolę sobie zacytować ten ostatni (tym razem jest to tom drugi Dziejów Rzymu Cary'ego i Scullarda): "Wymierszywszy 'karę' Pertinaksowi [nie chciał nieszczęśnik działać zgodnie z zaleceniami junty], kohorty pretoriańskie bez żadnych skrupułów wyjawiły kryteria, jakimi zamierzały kierować się przy wyborze cesarza. Kiedy do wakującej godności cesarskiej zgłosiło się dwóch kandydatów: prefekt Miasta Flawiusz Sulpicjanus oraz nieudolny, ale nadzwyczaj bogaty senator Didiusz Julianus - gwardia cesarska wystawiła Cesarstwo na licytację i ostatecznie przysądziła je Julianowi, który wygrał konkurencję z Sulpicjuszem, oferując za tron bajeczną kwotę - po 25000 sesterców dla każdego żołnierza." Zastanawiam się, czy muszę dodawać, że mniej więcej trzy miesiące później Julianus już nie żył, zamordowany przez pretorian, co zresztą moim skromnym zdaniem najdobitniej świadczy o jego nieudolności politycznej i głupocie - w owych czasach ubiegać się o władzę nie mając własnego mocnego zaplecza politycznego (najlepiej w armii) było gestem samobójczym.

Wilczyca z czasów Mussoloniego, godnego następcy Sulli

Na koniec tego pobieżnego przeglądu moja absolutnie ulubiona anegdota, która łączy w sobie tradycję, obyczajowość z historią sensu stricto. Otóż większość rytuałów i zwyczajów państwowo-religijnych Rzymianie odziedziczyli po Etruskach, którzy byli niezwykle przesądni, jeśli chodzi o zachowywanie formalności właśnie, co w dość naturalny sposób łączy się z pewnym typem myślenia magicznego, właściwym wielu kulturom na niekoniecznie bardzo wczesnym etapie rozwoju. W każdym razie wśród obyczajów wprowadzonych wedle tradycji przez królów etruskich rządzących Rzymem było tzw. ius fetiale czyli zasady wypowiadania wojny. Wymagały one między innymi tego, żeby na wrogie terytorium rzucić włócznię - w ramach myślenia magicznego jest to bardzo sensowne, miało bowiem symbolicznie zapewniać dominację nad nieprzyjacielem poprzez zranienie i podporządkowanie sobie jego ziemi. Oczywiście można założyć, że w pierwszych dziesięcioleciach, a nawet stuleciach istnienia tego rytuału nie sprawiał on żadnego kłopotu. Problemy zaczęły się wtedy, kiedy Rzym podporządkowywał sobie coraz szersze terytorium, jako że zasadniczo rzut włócznią powinien być wykonywany z Miasta... Tu nawet Herkules by nie poradził (nec Hercules contra spatium). Ale nic to Rzymianom, znaleźli wyjście, któremu naprawdę trudno odmówić geniuszu.

Otóż po wojnach z Pyrrusem zmusili epirockiego jeńca, aby za pieniądze przekazane mu skądinąd przez SPQR, nabył niewielką działkę w okolicy Forum Boarium. W ten sposób ziemia ta stała się obcą, bo jakkolwiek znajdowała się w dzielnicy handlowej miasta, należała do obcokrajowca. Na tę działkę - zwaną ager hosticus - rzucano następnie świętą włócznię wypowiadając kolejne wojny. A trzeba dodać, że w całej historii Rzymu naliczono bodaj trzy lata, kiedy Rzym nie prowadził żadnej wojny, więc włócznia na działce nieszczęsnego Epiroty (o którym poza tym historia milczy: nie wiadomo, co się z nim stało, nie wiem też, jak rozwiązano kwestię dziedziczenia działki, by nie stała się terytorium rzymskim...) lądowała nader często.

***

Lubię się nieco pośmiać z Rzymian, zwłaszcza że jakkolwiek jakoś maniakalnie ich nie kocham, jednocześnie nie jestem w stanie ich nie podziwiać. Ich cywilizacja - właśnie cywilizacja a nie kultura - nie miała sobie pod wieloma względami równej. Pragmatyzm kazał im wymyślić mnóstwo rzeczy, bez których my, ludzie XX i XXI w. nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić życia (chociażby wodociągi z bieżącą wodą), a które potem, po upadku Imperium poszły w zapomnienie na długie setki lat. I przy wszystkich moich ansach wobec Rzymu i Rzymian, czasem sobie myślę, że szkoda może, iż Romulus nie zobaczył tylu ptaków, ile udało mi się uchwycić nad wieczornym Forum Romanum - symbolem Miasta jako stolicy cywilizowanego świata.

Forum Romanum i Palatyn
piątek, 10 kwietnia 2009
Obróbka kamienia brzytwą

Jakiś czas temu na blogu Będąc młodym fizykiem odbyła się dyskusja na temat teorii miękkiego kamienia, którą propaguje pan JK (ze względu na ustawę o ochronie danych osobowych nie będę ujawniać pełnego imienia i nazwiska, zresztą kto zajrzy głębiej i tak je zobaczy). Dyskusja, jak to zazwyczaj bywa, zeszła wówczas na boczne tory, bo i po prawdzie merytorycznie nie ma o czym dyskutować - teza, iż parę tysięcy lat temu kamienie były z powodu jakichś zmian grawitacyjnych miękkie i dawały się kształtować, jest naukowo równie istotna jak teza, iż piramidy egipskie zbudowali kosmici.

Nie wracałabym do tego wątku, gdyby nie fakt, że ostatnio Miękki Kamień kontratakował, a ja stałam się obiektem jego zmasowanego ataku za sprawą dwóch wpisów na blogu Antiquitates, poświęconych starożytnościom rzymskim. Przyznaję, że tez wyłożonych w pierwszym z otrzymanych od propagatora teorii MK komentarzu, dotyczącym łuków triumfalnych, nie pojęłam całkowicie moim ograniczonym umysłem, ponieważ okrutnie są pokrętne, a na dodatek nie dotyczą Miękkiego Kamienia, toteż pozwolę je sobie tu pominąć. Natomiast komentarz drugi, do wpisu o Via Appia, jest już wykładem głównej tezy pana JK, który efekt miękkości skał w czasach dawnych dostrzegł również w wyglądzie rzymskiego bruku, uważając go za... rzeźbiony w naturalnym podłożu skalnym. Uprzejmie odpisałam, że stratygrafia dróg rzymskich jest powszechnie znana, również w przypadku inkryminowanej Via Appia, ale obawiam się, że to nie będzie wystarczającym argumentem.

Zastanawiająca jest skądinąd odporność twórców tego rodzaju teorii na fakty. Jednym z przykładów "wyrzeźbionego w bazalcie" bruku rzymskiego ma być, zdaniem PT Komentatora, nawierzchnia Forum Romanum, zachowana w okolicy łuku Septymiusza Sewera. "Zdjęcie ujawnia, że rzymskie drogi nie były brukowane, lecz niwelowane, zas następnie rzeźbione w litej skale, w imitację bruku" - przeczytałam w komentarzu. Po pierwsze zdjęcie nic nie ujawnia, albowiem z tej perspektywy trudno cokolwiek w ogóle powiedzieć na temat techniki wykonania bruku, po drugie pan JK nie zadał sobie trudu sięgnięcia do najprostszego opracowania dziejów Forum Romanum, w którym przeczytałby, że między tzw. calcem, czyli warstwą naturalną, bez śladów działalności ludzkiej (która na dodatek wcale nie musi być skałą! do skały może być jeszcze całkiem daleko) jest na tym obszarze, bagatela, prawie trzydzieści nawarstwień, z czego większość to kolejne intencjonalne zasypywania i pawimentacje, mające na celu początkowo osuszenie znajdujących się w tym miejscu oryginalnie bagien, a następnie ulepszenie istniejącej powierzchni.

Z podobną dezynwolturą pomysłodawcy "niekonwencjonalnych" i "kontrowersyjnych" teorii traktują daty. W skrócie teoria Miękkiego Kamienia* przedstawia się tak, że 12 tysięcy lat temu (ciekawa skądinąd jestem, czy autor używa tego określenia poprawnie, czyli licząc daty "BeforePresent" z odjęciem 1950 lat) Księżyc "wpadł w orbitę Ziemi, co spowodowało wielką rewolucję grawitacyjną, w wyniku której w okresie ok. 6500-3500 lat temu powstały kultury megalityczne, do których autor zalicza również piramidy na obu kontynentach. W innym miejscu czytamy zaś, iż "ponad 4500 lat temu miękki bazalt dosłownie był wgniatany, jak ciasto, ciężarem wozów na kołach", a jeszcze dalej, że "miękkość skał w epoce megalitów wiązała się prawdopodobnie z przejściowymi zmianami grawitacji Ziemi, spowodowanymi bliskością Księżyca, które mogły mieć miejsce ok. 3200 - 2200 lat p.n.e.".

Nawet pobieżne przyjrzenie się temu zestawowi dat pozwala zauważyć, że to wszystko nie ma sensu. Właściwie można by zakończyć sprawę na wpadnięciu Księżyca w orbitę Ziemi w czasach neolitu - zważywszy, że wiek Księżyca szacowany jest na bodaj 4,5 miliarda lat, zastanawiające jest, gdzie się u diabła miał podziewać przez 99,9% czasu swojego istnienia? No i jakim cudem zaczynająca właśnie w owym czasie przechodzić na osiadły tryb życia ludność nie zaczęła z miękkiej skały budować od razu porządnych domów wzorowanych początkowo na jaskiniach, tylko z uporem godnym lepszej sprawy mieszkała w chatach wznoszonych w najlepszym razie z gliny? Co więcej, jeśliby nawet przyjąć, że zmięknięcie skał nastąpiło dopiero później (dlaczego?), czyli w "epoce megalitów", to i tak zastosowanie tak prostej techniki jedynie do monumentalnych grobowców nie miałoby sensu, bo kształtowanie miękkiej skały byłoby znacznie łatwiejsze niż produkcja suszonej cegły.

Na dodatek dalszy zestaw dat w powiązaniu z faktami i teoriami też nie ma sensu. Megality neolityczne i chalkolityczne, których powstanie można datować na czas ok. 4500 BC czyli ok. 6500 BP (rzekoma rewolucja grawitacyjna) po pierwsze nie potrzebowały żadnego kształtowania skały, są bowiem po prostu wielkimi kamieniami ustawianymi najczęściej w kręgi, po drugie miękkość skały jedynie by im przeszkadzała, albowiem grawitacja spłaszczyłaby tak ustawione miękkie głaz. A tymczasem one sobie stoją pionowo i mają się dobrze. Podobnie rzecz się ma ze Stonehenge, które zresztą jest młodsze, pochodzi bowiem już z epoki brązu po 3000 BC i powstawało fazami do ok. 1500 BC, czyli dokładnie w rzekomej epoce miękkości kamienia - sęk w tym, że znów gdyby było z miękkiej skały, to skała ta nie miałaby szans utrzymać jego formy. No chyba że metoda, którą prehistoryczne kultury utwardzały miękką skałę, czeka jeszcze na opis, oczywiście pióra JK.

Równie absurdalnie brzmi sformułowanie o bazalcie wgniatanym "ciężarem wozów na kołach", jakkolwiek bowiem koło wynaleziono wprawdzie w piątym tysiącleciu BC czyli istotnie dawniej niż "4500 lat temu" (zakładając, że autor świadomie i konsekwentnie rozróżnia datowanie BC i BP), ale transport kołowy dość długo nie był popularny, a pierwotnie koło stosowali głównie garncarze. Upowszechnieniu się transportu kołowego nie sprzyjał brak dróg, czy też raczej po prostu równych powierzchni - a przecież gdyby skały w czasie, gdy wynajdywano wozy i rydwany były miękkie, to bez problemu dałoby się ten problem ominąć i w niektórych zakątkach świata zapewne do dziś jeździłoby się po zniwelowanej i wygładzonej ręką człowieka, stwardniałej przez stulecia skale.

No a już całkowicie nie mieszczą się w tym przedziale czasowym budowle Majów czy Azteków, jako że klasyczna kultura Mezoameryki przypada na wieki V-VIII i nijak chronologicznie się nie ma ani do kultur megalitycznych epoki brązu w Europie i na Bliskim Wschodzie, ani do piramid egipskich.

Podsumowując, teoria miękkiego kamienia (rzeźbionych bruków zresztą też) nie wytrzymuje nie tylko w konfrontacji z faktami naukowymi, ale również z brzytwą pana Ockhama, wbrew bowiem temu, co się wydaje jej autorowi, niczego nie wyjaśnia, ale - gdyby ją przyjąć - stworzyłaby tylko nowe pytania, ponieważ świat najzwyczajniej do niej nie pasuje. Oczywiście mam nadzieję, iż wszyscy czytelnicy tego bloga wiedzą, iż poważne traktowanie tej tezy nie przyszłoby mi nawet do głowy - ot, takie ćwiczonko intelektualne sobie zrobiłam.


Przeczytałam sobie to, co dotychczas napisałam, i naszły mnie dwie myśli. Po pierwsze, że spóźniłam się o 10 dni. Dyskusja z takimi tezami doskonale pasowałaby na wpis primaaprilisowy. Po drugie, że teoria miękkiego kamienia ma jedną zaletę - jest przynajmniej oryginalna w stosunku do teorii wykorzystujących na dziesiątą stronę pomysły Ericha von Dänikena. A jako wielbicielka "Archiwum X", ale niekoniecznie jego klonów, z ulgą witam wszelką science fiction, gdzie wszystkiego nie tłumaczy się interwencją kosmitów. Obojętne, dobrych czy złych.

Yaxchilan

* Przedstawiam ją na podstawie wypisów dokonanych na Młodym Fizyku.

poniedziałek, 06 kwietnia 2009
Nocne towary mieszane

Było tak. Jadę sobie dziś przez nocny Kraków, a raczej chwilowo stoję na światłach na skrzyżowaniu Kapelanki i Monte Cassino (ulicy, która jak wieść gminna niesie omal nie została nazwana "Obrońców Monte Cassino", co miało szanse być największą wpadką nazewniczą w tym pięknym mieście), i oto moim oczom ukazuje się billboard naprzeciwko, a na billboardzie reklama najnowszej kolekcji przez rzeczoną Gazetę wydawanej. Niewiele brakowało, bym ze zdumienia przegapiła zmianę świateł, a że ruchu nie było, przy dużym pechu mogłabym tkwić tam do teraz w stuporze.

Kolekcja ta bowiem zatytułowana jest "Święte Księgi. Biblia, Tora, Koran" (szczegóły tutaj). Ja już pomijam fakt, że może warto by przybliżyć Polakom pisma również innych religii (sęk w tym, że zapewne nie ma sensownych przekładów ksiąg buddyjskich, hinduskich czy Awesty, choć w przypadku tych pierwszych może jednak, zważywszy, że buddyzm jest w Polsce dość popularny), ale zastanawia mnie przede wszystkim, czy ktoś pomyślał, że tak przedstawiona kolekcja sugeruje, że albo tzw. Pięcioksiąg Mojżeszowy, alias Pentateuch, alias Tora, po prostu znajdzie się w tej kolekcji dwa razy - raz jako "Tora" judaistyczna, raz jako część "Biblii", jak rozumiem, uważanej tu za świętą księgę chrześcijaństwa, albo też będzie tak, że "Biblia" zostanie pozbawiona pięciu pierwszych ksiąg. Albo że będzie w niej tylko tzw. Nowy Testament?

Opis kolekcji na przytoczonej stronie rozwiewa co nieco te wątpliwości, będzie bowiem tak, że "Tora" zostanie zaprezentowana w przekładzie na polski Izaaka Cylkowa, czyli judaistycznym, "Biblia" zaś w przekładzie katolickim. Hmmm... No jakiegoś sensu można się w tym jest dopatrzeć, zwłaszcza jeśli rzecz będzie zaopatrzona w komentarze (aczkolwiek obawiam się, że porównywanie przekładów nie stanie się ulubionym zajęciem nabywców tej kolekcji, a poza tym może lepiej byłoby dać jeden w miarę neutralny przekład całości, ale za to z trzema komentarzami, bo przecież Biblia jest również świętą księgą islamu...), ale nie zmienia to faktu, że coś mi w tej reklamie nie gra. Może to, że w świadomości statystycznego Polaka utrwali przekonanie, niestety pokutujące tam dość często, że Biblia hebrajska (żydowska) i Biblia chrześcijańska to dwie różne księgi. No dobra, powie ktoś, trochę różne, zwłaszcza jeśli wziąć katolicką właśnie, która włącza tzw. księgi deuterokanoniczne (w innych językach, np. angielskim, zwane apokryfami, co powoduje pewne niejasności, bo tak samo określa się te księgi, które do żadnego kanonu nie weszły, oraz teksty tworzone nawet w średniowieczu i później). Co więcej, takie rozdzielenie jakoś dziwnie usprawiedliwia wypowiedzi, których świadkiem zdarzało mi się być np. podczas egzaminów wstępnych, kiedy to maturzyści z absolutnym przekonaniem twierdzili, że oryginalnym językiem Biblii jest łacina. W takim ujęciu, kiedy Torę traktuje się jak inną księgę, wcale mnie to nie dziwi.

Oglądanie raz za czas teleturniejów, w których trzeba się wykazać jakąś wiedzą (inna sprawa, że znikają jak grzyby po deszczu po przejściu grzybiarzy) umacnia mnie w przekonaniu, którym już się tu kiedyś dzieliłam, że statystyczny Polak ma nikłe pojęcie nawet o religii, którą statystycznie (w każdym razie w badaniach robionych na zlecenie kościoła katolickiego) wyznaje. Niedawno w Milionerach całkiem skądinąd inteligentny gracz bez większego wahania uznał Jakuba i Ezawa za synów Abrahama, powołując się przy tym na fakt, że "czytał Pismo" (piszę wielką literą, ponieważ namaszczenie, z jakim wypowiedział to słowo, podpowiada taką ortografię). Reklama najnowszej inicjatywy GW niestety w wielkim stylu potwierdza tę tezę i utrwala niedobre przyzwyczajenia.

Kovalam, Indie
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright