sobota, 24 kwietnia 2010
A niech to piorun...

Jak zapewne wiedzą niektórzy czytelnicy tego bloga, moją ulubioną serią z tych, które tłumaczę, jest "Percy Jackson i bogowie olimpijscy" Ricka Riordana. Pisałam o tych książkach już chyba ze dwa razy, ale przypomnę: na fali popularności młodzieżowej literatury z magią czy innymi siłami nadprzyrodzonymi w tle człowiek zajmujący się dotychczas z powodzeniem pisaniem kryminałów dla dorosłych (to dość istotne) wymyślił świat, w którym greccy bogowie - niemalże jak w moim ulubionym wierszu Kawafisa - nie odeszli, ale mają się świetnie, umieścili dwudziestowieczny Olimp nad Nowym Jorkiem i po staremu zajmują się między innymi romansami ze śmiertelnikami/śmiertelniczkami, a z takich związków jak dawniej rodzą się herosi.

Problem oczywiście w tym, że wiele śmiertelnych mam (i rzadziej ojców) takich herosów, nie ma pojęcia, kto jest drugim rodzicem i dlaczego ich dzieci mają kłopoty w szkole - i w życiu. A te kłopoty biorą się przede wszystkim z faktu, że heros - jak wiadomo z mitologii - zajmuje się głównie polowaniem na potwory i uwalnianiem od nich ludzkości, potwory tymczasem nie giną naprawdę, tylko raz ubite znów po jakimś czasie wyłażą z otchłani Tartaru, żeby prześladować ludzi. Współcześni herosi (w sensie: półbogowie) wyposażeni są więc jak i dawniej w szybki refleks przydający się walce - stąd powszechne wśród nich ADHD - a także ze względu na dziedziczoną po jednym z rodziców predylekcję do klasycznej greki a nie współczesnej angielszczyzny często cierpią dodatkowo na dysleksję.

Jednym z takich dzieci jest tytułowy Percy, syn Posejdona. Ma on dodatkowy kłopot: mniej więcej pół wieku temu trzej najpotężniejsi bogowie, synowie Kronosa i Rei - Zeus, Posejdon i Hades - zawarli pakt, że nie będą więcej płodzić dzieci ze śmiertelniczkami, ponieważ ich potomkowie robili zbyt wiele chaosu na świecie. Oczywiście obietnica obietnicą, a nieposkromione apetyty Zeusa i Posejdona to zupełnie inna sprawa. Ergo: przyrzeczenie bywa łamane, a takie dzieci w większym jeszcze stopniu narażone na ataki potworów.

Seria jest pięcioczęściowa, właśnie zabieram się za tłumaczenie tomu czwartego, a całość spaja główny wątek związany z knowaniami strąconych do Tartaru tytanów i przepowiedni dotyczącej jakiegoś dziecka "Wielkiej Trójki". Fabuły nie są bardzo skomplikowane - to w końcu książki dla młodzieży od lat 12, sądząc ze startowego wieku głównych bohaterów - aczkolwiek tom drugi i trzeci kończą się twistami, w których widać rękę specjalisty od kryminałów. Postacie, zarówno młodych bohaterów jak i niektórych bardzo starych bogów czy centaurów, mają poza tym złożone motywacje, a wątki romansowe i rodzinne dalekie są od stereotypu. Kolejnym ogromnym plusem książek Riordana jest nienachalne wplatanie sporej dawki wiedzy mitologicznej: tytułowy bohater, który prowadzi narrację pierwszoosobową, nie jest najbardziej oczytanym młodzieńcem, toteż bardzo często na ratunek jego wiedzy musi spieszyć przyjaciółka, córka Ateny.

Zaraz, zaraz, zapyta ktoś - córka Ateny? Pomijając fakt, że wedle mitologii Atena była wspólnie z Gają matką Erichtoniosa, a więc nie jest tak, że nie miała żadnych dzieci jak Artemida, Riordan sprytnie rozwiązuje ten problem: dzieci Ateny są "dziećmi umysłu", tak jak ona sama narodziła się z Zeusowej myśli, wyskakując ojcu z głowy w pełnej zbroi. Nie, wbrew temu, co wypisują recenzenci, którzy wyłącznie widzieli film Złodziej pioruna wg pierwszego tomu serii, w książkach nie ma mitologicznych bzdur. Wręcz przeciwnie, osoba nieco się na rzeczy znająca, czasami przeciera oczy ze zdumienia na widok mało znanych wersji mitów, włącznie - w tomie trzecim - z opowieścią znaną wyłącznie z Fasti Owidiusza, a i tam wspomnianą tylko mimochodem*. Nie na darmo konsultantami serii byli filologowie klasyczni z najlepszych amerykańskich uniwersytetów...

Tyle o książce. A teraz o tym, co zrobił z nią niejaki Chris Columbus, wydawać by się mogło sprawny fachman od filmów dla młodzieży. Po pierwsze wbrew wcześniejszym zapowiedziom fabuła została całkowicie zmieniona, mimo że akurat pierwszy tom wydawałby się gotowym niemal scenariuszem (można by nawet ze względu na zawsze wątpliwą kwestię kontynuacji pominąć wątek przepowiedni i wpleść go dopiero w drugiej części), co sprawia, że filmowa akcja istotnie - tu nie sposób nie zgodzić się z częścią recenzji - przypomina bardziej grę komputerową niż cokolwiek innego. Po drugie całkowicie zmienione zostały psychologiczne punkty ciężkości, w związku z czym na samym końcu Posejdon okazuje się toksycznym tatusiem, który tak naprawdę chciałby mieć super układy z ukochanym synkiem, ale ma trudny temperament i nie jest w stanie usiedzieć w domu.

No to był moment, kiedy już całkiem nie wytrzymałam. Jedną z wielkich zalet powieści Riordana jest to, że jego bogowie są całkowicie od ludzi odmienni: inaczej myślą (trochę trudno myśleć tak samo jak się ma kilka tysięcy lat i posiada nadprzyrodzone moce, a zarazem jest się skrępowanym najróżniejszymi prawami rządzącymi stosunkami ze śmiertelnymi), inne i inaczej warunkowane mają emocje - polecam w tym względzie świetną scenę narady bogów w tomie trzecim, gdzie Atena, skądinąd postrzegana przez swoją córkę jako dobra choć odległa opiekunka, z zimną krwią rozważa pozbycie się niewygodnych herosów. To nie są dwudziesto- czy dwudziestopierwszowieczni rodzice z całym bagażem współczesności, psychologii rozwojowej i wrażliwości, ale znacznie potężniejsze od ludzi istoty, które wprawdzie aby móc poruszać się niezauważenie wśród śmiertelników założyły garnitury i sukienki, ale wciąż należą do innego świata i porządku. I to jest w tych książkach bardzo fajne - a sprowadzenie boskiego ojca do roli faceta, który wprawdzie w swojej naturalnej postaci mierzy kilka metrów wzrostu, ale poza tym zachowuje się jak każdy współczesny nie radzący sobie z rolą ojca facet, jest niewybaczalnym grzechem wobec oryginału. Podobnie jak skontaminowanie w jednej postaci dwóch spośród kilku głównych bohaterek, w związku z czym nominalna córka Ateny zachowuje się jak godna potomkini Aresa.

Punkt trzeci - gadżety. W książkach wprawdzie część herosów chodzi (albo usiłuje chodzić) do szkoły i tylko na lato przyjeżdża na Long Island, gdzie Chejron prowadzi obóz dla półbogów: tu  są oni bezpieczni i mogą uczyć się jak przeżyć w świecie (w filmie obóz jest jedynie miejscem wojennych treningów i zniknęła z niego cała stylizacja na antyk), a zatem zna z pewnością wynalazki takie jak telefony komórkowe czy komputery, ale kiedy są razem w swoim świecie, kontaktują się z innymi istotami do tego świata należącymi za pomocą specjalnych gadżetów, jak chociażby iryfon czyli porozumiewanie się na odległość dzięki tęczy (bogini Iris, jak wiadomo, zajmowała się między innymi noszeniem wiadomości). Oczywiście tacy bogowie jak Ares czy Hermes z radością korzystają ze współczesnej techniki - moim ukochanym pomysłem jest kaduceusz zamieniający się w komórkę, po której antence pełzają, kłócąc się nieustannie, dwa zminiaturyzowane węże, z których jeden jest przemądrzałą wężycą, a drugi zblazowanym samcem, powtarzającym w kółko, że szczury są pyszne. I co? I w filmie tego wszystkiego nie ma. Za to jeden z bohaterów, bardzo skądinąd ważny, ale tu pozbawiony wszelkiej komplikacji psychologicznej, ma w obozie herosów przemycone mnóstwo sprzętu komputerowego. Po co?

Bez sensu są też zmiany w tożsamości tytułowych "złodziei pioruna" i przypisanie Hadesowi dość skądinąd niejasnych złych intencji. W serii powieściowej Hades jest bodaj czy nie najciekawszą - w sensie najbardziej złożoną - postacią spośród bogów (Hermes, Ares, Afrodyta, Apollo czy Artemida - mimo że również dobrze pomyślani i rozegrani - to inna liga, mimo wszystko nieco łatwiej dogadują się z ludźmi niż dzieci Kronosa) , a spotkanie bohaterów z Królem Umarłych w pierwszym tomie to jedna z najbardziej nastrojowych scen w literaturze młodzieżowej, jakie znam. W filmie postawiono na ni to komiczny, ni to dramatyczny wątek toksycznego małżeństwa Hadesa i Persefony, który jakkolwiek ma potencjał na ciekawe ujęcie, w wykonaniu filmowym nie ma sensu ani mitologicznego, ani fabularnego. A już Hades zmieniający się w ni to Balroga, ni to Lucyfera z jakiejś podróbki rycin Blake'a, to kompletne nieporozumienie.

Po tym filmie widać przede wszystkim, że w przeciwieństwie do Ricka Riordana scenarzyści i realizatorzy kompletnie nie czują greckiej mentalności i mitologii. Nie mają pojęcia, że świat klasyczny nie zna pojęcia "złych bogów" - Hades czy Persefona są bóstwami przerażającymi, wszyscy bogowie bywają okrutni, ale żadne z nich nie jest immanentnie złe. Greccy bogowie nie są też wszechpotężni - są w podobnym stopniu co śmiertelnicy ograniczeni przez los i inne siły stojące ponad nimi - ani wszechwiedzący. W książkach jest to oczywiste, w filmie nie. Co więcej, na forach amerykańskich znalazłam wiele recenzji zaczynających się mniej więcej od prześmiewczego stwierdzenia "co to za bóg z tego Zeusa, skoro nie wie, kto mu ukradł piorun". Film wg książki Riordana niestety zmarnował szansę wytłumaczenia tego przeciętnemu amerykańskiemu widzowi.

Jedynym właściwie plusem filmu jest obsada. Młodzi bohaterowie grani są przez niezwykle utalentowaną czwórkę młodych aktorów - sporo starszych niż oryginalne dzieciaki z powieści, ale to akurat najmniej razi, mimo że w czasie realizacji filmu wydawało się największym zgrzytem. W rolach pomniejszych występują gwiazdy: Pierce Brosnan jako Chejron, Uma Thurman jako Meduza. Najlepszą moim skromnym zdaniem sceną całego filmu jest rozmowa Zeusa z Posejdonem na samym początku (aczkolwiek powinna być ucięta w połowie, a jej druga część podana dopiero później) - wybór Seana Beana, którego od czasów Boromira we Władcy Pierścieni uważam za aktora najlepiej ze współczesnych gwiazd wyglądającego w historycznych kostiumach (zwłaszcza nie przebierajcie, proszę, nigdy więcej w nic, co ma ponad pięćdziesiąt lat Brada Pitta!) na Zeusa i Kevina McKidda (jedna z głównych ról w moim ukochanym serialu Rzym) na Posejdona to majstersztyk. Pięknie i bardzo seksownie wygląda Rosario Dawson jako Persefona, aczkolwiek podobnie jak w przypadku upiornego Aleksandra Olivera Stone'a nie jestem przekonana, czy ta skądinąd niezwykle atrakcyjna i urodziwa Portorykanko-Kubanka jest najlepszym wyborem na akurat persko-greckie piękności. Steve Coogan w roli Hadesa dobry ma głównie głos - mógłby spokojnie zastąpić Jamesa Earla Jonesa w roli Dartha Vadera.

I jeszcze jedna uwaga, zakrawająca niemal na teorię spiskową. Tuż po obejrzeniu filmu przypomniał mi się nastrojowy pierwszy trailer. Sceny tam przedstawionej, bardzo zgodnej z fabułą powieściową, nie ma w Złodzieju pioruna. Ogłoszona obsada przewidywała ponadto Raya Winstone'a, aktora z silnej hollywoodzko-brytyjskiej drugiej ligi, a więc nie byle kogo, w roli Aresa, a tymczasem boga wojny - w oryginale grającego bardzo ważną rolę - w ogóle nie widzimy na ekranie. W obsadzie był również Dionizos, książkowo wręcz pierwszoplanowy, ale w filmie nie pojawił się wcale. Jak zatem brzmi moja teoria spiskowa? Ano tak, że gdzieś w połowie prac nad filmem ktoś - producent? scenarzysta? - nagle zmienił zdanie i to, co widzimy jako efekt końcowy, jest jakimś poronionym dzieckiem pierwotnego scenariusza i wprowadzanych na chybcika i dość na chybił-trafił zmian. Pierwsza część filmu: szkoła, muzeum, dom nijak nie składa się z resztą, jakby pochodziła z tego oryginalnego projektu. A szkoda, bo mogło być tak fajnie... To, co wyszło, Zeus powinien szybko trafić odzyskanym piorunem, a jakiś dobry reżyser niechby zrealizował na przykład miniserial - obecnie telewizja dysponuje możliwościami efektów specjalnych nie gorszymi niż film, a wyliczanie tego, co niepotrzebnie wycięto z książki - fabularnie i psychologicznie - pokazuje, że jest nawet tylko w pierwszym tomie potencjał na więcej niż dwugodzinny film.

Zeus/Posejdon z przylądka Artemizjon

* Nieco więcej na ten temat napisała w swojej recenzji z trzeciego tomu N.

wtorek, 20 kwietnia 2010
Nie płakałam po Kaczyńskim

I nie zamierzam udawać, że było inaczej. Co więcej, zgadzam się z prawicowymi publicystami i blogerami w jednym: ja też uważam, że byliśmy świadkami przelewania hektolitrów krokodylich łez. Różnica jest tylko taka, że wyciągam z tego zupełnie inne wnioski. Nie uważam mianowicie, że naród nie docenił za życia kolejnego Wielkiego Polaka, którego zesłał nam los, by następnie go okrutnie odebrać, a my za późno się zorientowaliśmy, kto żył wśród nas. Nie. Podobnie jak pięć lat, rok, pół roku, miesiąc i tydzień temu uważam, że Lech Kaczyński był nieudolnym prezydentem, fatalnym politykiem, któremu przede wszystkim brakowało niezbędnej w polityce i dyplomacji powściągliwości i dystansu, do tego człowiekiem małostkowym, a jego zasługi dla Polski są zerowe. Nigdy nie był moim prezydentem, ponieważ zarówno w przypadku wyborów prezydenckich jak i parlamentarnych głosowałam przede wszystkim przeciwko niemu oraz partii jego brata. I zrobię tak samo w najbliższych wyborach.

Owszem, kiedy otwarłam portal gazeta.pl w sobotę 10 kwietnia, to uderzyła mnie czarna oprawa głównego newsa i zamurowało mnie na widok podpisu. Owszem, do teraz czuję taki ogólnoludzki smutek i żal w związku z tragedią (ale dokładnie tak samo pamiętam, jak szczenięciem będąc przeżyłam moment grozy, kiedy rozbił się Ił pod Warszawą i nie uważam, żeby ostatnia katastrofa była straszniejsza), a najbardziej mi żal tych wszystkich, którzy na pokładzie tego samolotu po prostu pracowali, bo akurat wypadła ich kolej czy dyżur: pilotów, stewardes, borowców. Nie wiem, może ktoś z nich też starał się dostać na ten konkretny wyjazd, ale jeśli nawet były jakieś przepychanki, to przynajmniej nie na pierwszych stronach gazet, jak w przypadku polityków.

A potem media bardzo szybko zgasiły we mnie poczucie narodowej żałoby. Bardzo szybko poczułam się oszukana. Tak, oszukana. Kiedy bowiem zobaczyłam same nagłówki, w których najczęściej powtarzały się dwa sformułowania: "najważniejsi politycy w państwie" i "elita", to będąc jeszcze zaspana myślałam nielogicznie, że oprócz prezydenta na pokładzie był również premier (i jakkolwiek Platforma nie jest dla mnie partią pierwszego wyboru, to do Tuska nabrałam dużo niekłamanej sympatii i szacunku przez ostatnie kilka lat). Oszustwo polegało na tym, że "najważniejsi politycy" to prezydent, premier, marszałek Sejmu i ministrowie. Z całej tej listy na pokładzie Tupolewa była tylko jedna osoba. A więc sformułowanie "głowa państwa" byłoby na miejscu, ale liczba mnoga "najważniejsi"  nie była nijak uprawomocniona. Na dodatek do tego zaczęłam czytać w prasie peany na cześć wspaniałomyślności, dobrych intencji i życzliwości ludzi, o ocenę których pod kątem tych cech najchętniej poprosiłabym człowieka, który usłyszał słynne "spieprzaj dziadu" oraz nieszczęsną matkę speca od hydrauliki. Wtedy narodził się we mnie bunt przeciwko wszelkim aut bene, aut nihil, ale o tym będzie następnym razem i w lżejszym tonie.

A potem pojawiła się kwestia Wawelu. Nie będę powtarzać tego wszystkiego, co o tym napisali różni zacni, z którymi się w tym względzie zgadzam, chociażby Andrzej Wajda z Krystyną Zachwatowicz czy też poseł Jan Widacki. Ja też pisałam o tym dużo i obszernie w dyskusjach na Facebooku, mimo że z początku chciałam w ogóle nie zabierać głosu. Niestety, sprawa wawelska do poczucia oszukania dołożyła poczucie upokorzenia. Bo tak to odebrałam: jako osobistą zemstę Jarosława K. za to, że protestowaliśmy przeciwko nadaniu honorowego obywatelstwa jego bratu. Wawel pokazał też głupotę, małość i arogancję władz Krakowa, zarówno świeckich jak i kościelnych. Arogancją wobec społeczeństwa zresztą episkopat wykazywał się z uporem godnym lepszej sprawy, a sformułowania o "marginalnych grupkach" oraz wezwania do zaakceptowania decyzji, skoro została podjęta, jako żywo przywodziły na myśl największe retoryczne osiągnięcia Jerzego Urbana.

A potem przyszły pierwsze cyniczne wypowiedzi działaczy PiS-u i wróciliśmy ostatecznie do normalności. A ja czasem sobie myślę, że może społeczeństwu przydałoby się przypomnienie, czym była władza partii braci Kaczyńskich, i przeciwko czemu zorganizował się największy po 1989 roku elektorat. Problem tylko w tym, że Polski na to nie stać.

wtorek, 06 kwietnia 2010
Szczepienia przeciwko reklamie

Przeczytałam właśnie kolejny dramatyczny raport o tym, jak to Polacy naiwnie ulegają reklamom. Nie ironizuję z tym dramatyzmem, bo wygląda na to, że niczym w dziewiętnastowiecznej powieści o drapieżnym kapitalizmie, która by wyszła spod pióra jakiegoś Balzaca czy Zoli, dosięgła nas teraz spóźniona fala nieszczęść i wręcz samobójstw z powodu długów. Przy okazji zaś socjologowie i dziennikarze zaczęli przyglądać się polskiej psyche, która najwyraźniej ogólnie podatna jest na perswazję bez pokrycia.

W kwestii samych reklam przyszło mi do głowy jedno: może warto by gdzieś na marginecie lekcji przedsiębiorczości, które ponoć są w programie szkolnym, dodać "krótki kurs opierania się socjotechnice"? Miałam w życiu epizod uczenia kulturoznawców retoryki (z elementami socjologii) mediów i reklamy i nie wiem jak im, ale mnie się to o tyle przydało, że teraz telefonicznych komiwojażerów bez większego trudu i w pełni świadomie spuszczam po brzytwie: jak mi taki/taka zacznie od "pani Agnieszko" i dalej wtrąca moje imię co trzy słowa swego inicjalnego monologu, to jak tylko zaczerpnie oddechu, a czasem - w przypadku osób o szczególnie dużej pojemności płuc - przerywając słowotok, mówię spokojnie "proszę pana/pani, wiem, że panu/pani za to płacą, ale może pan/pani sobie darować te socjotechniczne sztuczki z powtarzaniem mojego imienia, ponieważ na mnie to nie działa".

Jeśli telekomiwojażer jest szczególnie uparty i dalej recytuje swoje formułki, to - ponieważ nie chcę być chamska i po prostu odkładać słuchawki - staram się go jak najszybciej wyrwać z akwizytorskiego transu. Na przykład mówiąc, tak, domyślam się, że ma pan/pani dla mnie wspaniałą ofertę, ale albo daruje sobie pan/pani te mające mnie ogłupić wstępy i przejdzie do meritum, albo ja się rozłączam. I wiecie co: oni po prostu nie potrafią przejść do meritum nie wyrecytowawszy uprzednio wszystkiego, czego się nauczyli na pamięć albo też mają na kartce! (Ponieważ zakładam, że być może nie wolno im samowolnie odejść od schematu, zapewniam ich, że jako klient zwalniam ich z narzuconego przez pracodawcę obowiązku wyrecytowania mi tych wstępów, ale to też nic nie daje. I tak, przyznaję, jest w tym jakiś element misji pokazania tym ludziom, że ich praca ogłupia obie strony.)

Czasami bierze mnie na litość - cóż, obawiam się, że jeśli nadzorcy istotnie przesłuchują rozmowy prowadzone przez swoich pracowników, to jedna pani mogła przeze mnie stracić pracę, albowiem wyprowadziłam ją z akwizytorskiej równowagi do tego stopnia, że na mnie nakrzyczała za to, że nie jestem zainteresowana jej wspaniałą ofertą, dzięki której rzekomo mogę płacić mniejsze rachunki. Powiedziała mi dosłownie, że chyba jestem nienormalna, że nie chcę płacić mniej za bodajże telefon - warunkiem było oczywiście przepisanie się do jakiejś firmy, której nazwę słyszałam pierwszy raz w życiu. No więc czasami bierze mnie na litość i mówię takiemu nieszczęśnikowi czy nieszczęśnicy, że próbując ze mną dalej rozmawiać marnuje czas swój i mój, bo na mnie i tak nie zarobi. Dobrym trikiem jest też suche "tak?", kiedy się słyszy wyćwiczone radosne "dzień dobry" w słuchawce - doskonale zbija z tropu i potem jest łatwiej utrzymać się na założonej pozycji.

W sumie wbrew pozorom ważniejsze jest wyrobienie w sobie postawy "nie jestem zainteresowany", "nie dam się złapać na haczyk" (lub ewentualnie: podchodzę do oferty zdroworozsądkowo i zadaję wszystkie konieczne pytania, nie dając się zagadać sprzedawcy) niż konkretne działania. Równie dobrze, zamiast pogrywać sobie bezlitośnie z telekomiwojażerami, można od razu mówić "cokolwiek to jest, nie interesuje mnie to" - tak robię, kiedy nie mam czasu nawet na krótkie rozmowy. Nie mogę sobie niestety pozwolić na nieodbieranie telefonów od nieznanych osób, bo czasem bywa to wydawnictwo, które proponuje tłumaczenie... Ale lepiej do nieznanego numeru podchodzić na początek nieufnie.

Przyznaję, zdarza mi się ulegać czarowi reklam, to znaczy zachwycać się nimi: treścią lub stroną plastyczną, prawie nigdy jednak nie sprawia to, że coś kupuję. Rzadko jednak  podobają mi się reklamy w Polsce - 99% to siermiężna łopatologia i aż mi czasem wstyd za kolegów i koleżanki, którzy w tej branży pracują, a wiem, że są ludźmi inteligentnymi. A czasem mi ich żal, bo takich mają klientów, którzy nie dają się przekonać, że reklama może być zabawna, lekka, błyskotliwa, niedopowiedziana - i też działać. Szczerze mówiąc, gdybym w ramach jakiegoś eksperymentu socjologicznego miała wybierać ofertę po reklamach - na zasadzie reklamowego przetargu, nie mając dostępu do innych danych - to oczywiście wybrałabym produkt reklamujący się inteligentnie, niebanalnie czy absurdalne, ponieważ na plus jego producenta mogłabym policzyć to, że nie boi się niezrozumienia przekazu, odwołuje się do ludzkiego intelektu, a nie tylko najprostszych emocji, stawia na grę z odbiorcą, a nie tylko prostacką perswazję.

A wracając do punktu wyjścia: wiem doskonale, że polska szkoła jest przeładowana programowo w sposób wręcz patologiczny, i że co gorsza nie znam specjalisty od danej dziedziny, który uważałby, że "jego" przedmiot uczony jest dobrze. (Na marginesie: większość tych ludzi, którzy są światli i wiedzą, jak szkoła wygląda, wcale nie uważa, że lekarstwem byłoby zwiększenie liczby godzin na tenże przedmiot, wręcz przeciwnie: obłożenie godzinowe można zmniejszyć, byle programy były mądre i ciekawe, ogólno-problemowe, a nie szczegółowo nudne.) Ale mimo to może warto by pomyśleć o jakiejś "szczepionce" jeszcze w wieku szkolnym na reklamy i ogólnie perswazję medialną. Niechby to były warsztaty organizowane raz w roku niczym społeczno-psychologiczne rekolekcje. Pożytek mógłby się okazać naprawdę wymierny.

Bo problem z łatwowiernością wobec słowa widzianego na billboardzie czy też słyszanego z telewizji, estrady czy ambony dotyka nie tylko kredytobiorców czy robiących zakupy w hipermarkecie. On dotyka również wyborców - populistyczne hasła trafiają do ludzi nieodpornych na retoryczne i socjotechniczne sztuczki. A potem, kiedy przychodzi rozczarowanie, wstyd się do niego przyznać - podobnie jak do kupna bezsensownego, nieprzydatnego a czasem w ogóle lipnego produktu od komiwojażera czy z powodu reklamy. Chodzi tak naprawdę o to, o czym wspominałam w recenzji z "Agory" w poprzednim wpisie pisząc o postawie Hypatii: żeby wyrobić w sobie nawyk zadawania pytań, nie uważać wątpliwości za objaw słabości czy niezdecydowania. Kto pyta, ten przecież nie błądzi.

Produkty o antycznych nazwach w Reiss-Engelhorn Museum w Mannheim

PS. W trakcie pisania tej notki zadzwonił pan z telewizji kablowej. Powiedziałam mu zaraz na wstępie, że jestem w tej chwili tak zajęta innymi sprawami, że nie byłabym w stanie zastanawiać się nad ofertami i podjąć rozsądnej decyzji. Pan ewidentnie uznał, miał to zapewne na kursie, że jako osoba zagoniona stanowię doskonałą potencjalną ofiarę, ponieważ natychmiast przeszedł do ataku: "ale ja mam właśnie świetną ofertę..." Efekt - n+1:0 dla mnie :)

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright