wtorek, 26 kwietnia 2011
Tłumacz recenzentem

Tłumacz często ma mało czasu na czytanie wielu książek poza tymi, które tłumaczy, zwłaszcza jeśli poza byciem tłumaczem usiłuje jeszcze być czymś innym - a tak naprawdę to jest na odwrót, bo tłumaczem jest dla chleba...

Ale Agora ogłosiła konkurs, który ma wspierać czytelnictwo, więc nawet nie ze względu na sam konkurs, ale jego szczytny cel dość bezczelnie pozwolę sobie zrecenzować książkę, którą sama przetłumaczyłam - ponieważ zahacza o to, czym się zajmuję poza tym zawodowo, a na dodatek w kwestii oceny tłumaczenia mogę przynajmniej częściowo powołać się na zdanie kogoś innego.

Ostatnimi czasy wyspecjalizowałam się w przekładaniu książek plus minus fantastycznych dla młodzieży - co jest i przyjemne, i pożyteczne, bo ma szanse czytelnictwo zwiększyć, wszak czym skorupka za młodu nasiąknie... Miałam do tego takie szczęście, że trafił mi się autor, który po latach pisania kryminałów dla dorosłych postanowił spróbować sił w literaturze przeznaczonej mniej więcej dla swoich dorastających synów. Nie bez znaczenia była również oczywiście popularność Harry'ego Pottera i czysto marketingowe wyczucie, że otwiera się wielka przestrzeń dla tego rodzaju książek, trzeba tylko znaleźć sobie odpowiednio atrakcyjną niszę w sensie przedstawianego świata. Klony książek o młodych czarodziejach raczej się nie sprawdzą, dopóki ktoś nie wpadnie na kolejny rewolucyjny pomysł.

Rick Riordan, bo o nim mowa, postanowił zagospodarować mitologię i nadprzyrodzony świat, który w niej znajdujemy. Na początek wziął się za mity greckie - powstała pięciotomowa seria Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy (w Polsce wydana w latach 2009-2010), której tłumaczenie sprawiło mi wielką przyjemność, ponieważ powieści te w sposób pomysłowy i niebanalny, choć czasem uproszczony ze względu na wiek zamierzonych odbiorców, przedstawiały opowieści, które kochałam od moich najwcześniejszych lat. Kolejne tomy stanowiły nawiązania do przygód Odyseusza, Heraklesa, Tezeusza bądź też prezentowały kompilacje różnych mitów bez wyraźnej linii fabularnej zaczerpniętej z podań greckich.

Druga seria autorstwa Riordana, której pierwszy tom (Czerwona piramida) ukazał się na początku 2011 r., wykorzystuje mitologię egipską, co jest o tyle trudniejsze, że w tej tradycji znacznie mniej jest literacko przetworzonych, powszechnie znanych opowieści, które miałyby ten potencjał, co legendy o greckich herosach. W przeciwieństwie do Grecji Egipt nie wytworzył zaawansowanej literatury, która przeniosłaby mit czyli opowieść o silnych związkach z sacrum w sferę bliższą profanum czy nawet rozrywce. Dlatego w serii egipskiej Riordana nawiązania do wykorzystywanej kultury mają charakter bardziej "scenograficzny" i epizodyczny niż fabularny: więcej tu elementów kultury materialnej, które odgrywają kluczową rolę (ożywające posążki uszebti, znaczenie ustawionych na całym świecie obelisków, święte teksty i hieroglify - fizycznie obecne w książce!), inna koncepcja związku bogów z ludźmi: w serii o Percym Jacksonie bohaterowie byli współczesnymi herosami czyli potomkami Olimpijczyków i śmiertelników, podczas gdy w serii o Sadie i Carterze Kane'ach nastoletni bohaterowie pochodzą z (pozornie) zwykłej ludzkiej rodziny, a ingerencja egipskich bóstw w ich życie ma zupełnie odmienny charakter.

Starożytność to dla popkultury jedna wielka pułapka. Mało które dzieła - literackie czy filmowe jednako - dają sobie z nią radę. Poczynając od ideologicznych "produkcyjniaków" w rodzaju Quo vadis w wersji zarówno książkowej jak filmowej przez różnego rodzaju Kleopatry, Aleksandry i Troje, w których nie ma grama sensu historycznego czy mitycznego, po całkowicie pretekstowe Xeny - autorzy uważają starożytność za jeszcze jeden kostium, w który można przebrać postacie/aktorów, nie zważając na pewnego rodzaju odpowiedzialność wobec materiału, który się wykorzystuje. Nieco ambitniejsze próby mierzenia się z tym materiałem (dylogia macedońska Davida Gemmella czy powieści Judith Tarr) nie wychodzą właściwie poza niszowość. W rezultacie zazwyczaj dostajemy najczęściej lepiej lub gorzej strawną papkę, która równie dobrze mogłaby się ubrać w całkiem inny kostium. Bronią się nieliczne seriale telewizyjne: Ja, Klaudiusz (pomimo archaiczności realizacji i sensacyjno-plotkarskiej fabuły), Odyseja Konczałowskiego (bardzo poprawna) i Rzym produkcji HBO (rzeczywiście olśniewający pod względem rekonstrukcji epoki).

Na tym tle książki Riordana stanowią chlubny wyjątek - głównie dlatego, że autor konsekwentnie korzystał z pomocy specjalistów z najlepszych amerykańskich uczelni. Fabuły są nie zanadto skomplikowane (choć przyznam, że niektóre zwroty akcji zdołały mnie nieźle zaskoczyć), ale sądząc po reakcjach młodych czytelników atrakcyjne dla osób, dla których są przeznaczone, a główni bohaterowie dobrze skonstruowani pomimo sporej typowości. Ja ich w każdym razie lubię, dzieciaki z forów też, więc jest dobrze.

W obrębie starożytności popkulturowej Egipt to chyba jeszcze większa pułapka niż Grecja - choć ta ostatnia zaliczyła w sumie więcej spektakularnych wpadek: wspomniane filmy Troja i Aleksander, a także, wbrew pozorom - wszystkie kolejne Kleopatry, których twórcy zapominają ewidentnie, że Ptolemeusze byli Macedończykami a nie Egipcjanami. I na tym właśnie polega problem z Egiptem, że dla wielu osób przytłacza on całą wizję starożytnosci. Ma on bowiem, z nie do końca dla mnie zrozumiałych powodów, opinię najbardziej fascynującej cywilizacji w dziejach: mumie w British Museum są oblegane przez turystów pstrykających pamiątkowe fotki, a Nefretete w Berlinie zakazano fotografować, bo nie dało się do niej podejść. Skądinąd w sali obok jest przepiękny relief przedstawiający Echnatona i Nefretete z córkami, a także śliczne "szkice" rzeźbiarskie z życia rodziny królewskiej, ale mało kto na nie zwraca uwagę. Bo Nefretete (ta Nefretete) jest gwiazdą, a reszta to tylko tło. Drugą gwiazdą, tyle że przebywającą nieco dalej od Europy, jest oczywiście Tutanchamon - King Tut, jak nazywają go pieszczotliwie Anglosasi - król z punktu widzenia historii mało istotny, ale z punktu widzenia archeologii bardzo. Trzecia gwiazda to Kleopatra... i zapominamy, że to już zupełnie inny Egipt. Grecki Egipt, który na dodatek lada moment przemieni się w Egipt rzymski. A "prawdziwy", faraoński Egipt gdzieś się w tym wszystkim gubi, przytłoczony rekwizytami: perukami, biżuterią, łysymi głowami kapłanów i ewentualnie ciężkim losem fellacha.

Riordan nie zapomina, że ponad trzy tysiące lat dziejów starożytnego Egiptu to wbrew pozorom nie monolit, i jakkolwiek moją ukochaną Kleopatrę (kobietę inteligentną, nieładną, ale fascynującą) czyni w sumie negatywną bohaterką dziejów swojego świata, to przynajmniej podkreśla zmiany, jakie na przestrzeni dziejów zachodziły w Egipcie. Co więcej, on ten Egipt ewidentnie zrozumiał, bo nie ma tu obiegowych bzdur - wręcz przeciwnie, młody czytelnik ma szanse sporo się nauczyć, zarówno o mitologii jak i o obyczajach. Ładnie fabularnie wykorzystana zostało specyficzna pozycja i rola króla (faraona) w kulturze egipskiej, a zwłaszcza jego związek ze sferą sacrum; ciekawie potraktowano niejednoznaczność praktycznie wszystkich bóstw, jak chociażby to, że żadne z nich nie jest wyłącznie złe albo dobre. Podobnie jak w Percym Jacksonie nieźle wyszło połączenie starożytności ze współczesnością, a drobne ukłony w kierunku mód w literaturze młodzieżowej (Anubis jako mroczny emo młodzieniec, do którego wzdycha bohaterka) są w sumie zabawne. Akcja wartka, momentami nawet zbyt wiele fajerwerków, ale w sumie wszystkie mają swoje uzasadnienie i żadna strzelba nie wystrzela na darmo, że sparafrazuję klasyczne teatralne powiedzonko.

Na koniec dwa słowa o tłumaczeniu, a raczej o jego recenzji. Książka poszła do adiustacji do specjalisty od hieroglifów, które w dużej liczbie pojawiają się w tekście - nie tylko jako ozdobniki. Egiptolog ów napisał następnie do mnie list, który zaczynał się tak: "Szanowna Pani Agnieszko, Przede wszystkim proszę przyjąć gratulacje za znakomite tłumaczenie. Sam tłumaczyłem parę rzeczy, więc trochę „czuję bluesa” i potrafię docenić umiejętności translatorskie, najlepiej widoczne  w przekładach gier słownych. A Narmer plate jako patera Narmera, to po prostu mistrzostwo świata :) Przede wszystkim jednak rozkoszą dla egiptologa jest zetknięcie z tłumaczem, który wie, że Middle Kingdom to Średnie Państwo, a nie Środkowe Królestwo, i że Nephthys to Neftyda. Nie uwierzyłaby Pani, jakie kwiatki można spotkać."

Oczywiście, było mi miło, ale odpisałam uczciwie: "bardzo dziekuję za miły list - ale muszę 'rozczarowac' ;) Z wyksztalcenia jestem miedzy innymi... archeologiem klasycznym, specjalizuję się w epoce hellenistycznej, a pracę licencjacką napisalam o Egipcie ptolemejskim, więc Średnie Państwo itd. to dla mnie oczywistość."

Przytaczam to po trochu dlatego, że zawsze fajnie jest się pochwalić pochwałami, ale także dlatego, żeby w tych dniach promocji czytelnictwa zwrócić też uwagę na kwestię przekładów - również książek dla dzieci i młodzieży. To, jak przekłada się nawet literaturę popularną, jest ważne, naprawdę. I jeszcze jedno: to nie jest tylko kwestia tłumacza. Wzorem anglosaskich autorów pozwalam sobie w tym miejscu podziękować serdecznie pani Ewie, redaktorce, z którą pracowałam przy wszystkich Riordanach - ostateczny kształt tekstu to w wielkiej mierze jej zasługa, to z nią odbywamy burze mózgów, żeby wymyślić w miarę sensowne gry słów, to ona bywa autorką niektórych błyskotliwych pomysłów. Dlatego pozwalam sobie na pewnego rodzaju apel do wydawnictw specjalizujących się w literaturze młodzieżowej i popularnej: nie oszczędzajcie na redakcji i korekcie, bo czytanie książek, w których styl drapie po oczach i mózgu, a interpunkcja woła o pomstę do nieba, jest udręką, a wydawanie ich w takiej formie - zbrodnią. Dobry przekład to wspólna robota tłumacza i redaktora, piszę to z pełnym przekonaniem. W trosce o pożytki z czytelnictwa powinniśmy upomnieć się o książki dobrze pisane i dobrze tłumaczone - czyli dobrze redagowane.

Echnaton i Nefretete w ogrodzie

czwartek, 14 kwietnia 2011
Moje życie teatralne

Przyjęło się uważać, że dni takie jak czyjeś urodziny/imieniny itp. dają szczególne prawa. Dlatego będzie nieco autobiograficznie, choć temat został wywołany przez dyskusję bardzo aktualną i, co więcej, dotyczącą jednostkowego zdarzenia. Ale o tym za chwilę.

Mogłabym napisać o tym, jak zostałam de facto wyrzucona ze studiów teatrologicznych, do których z moim zainteresowaniem antykiem żywcem nie pasowałam (nie interesował mnie jakoś szczególnie ani Lupa, ani Jarzyna, ani Grotowski, nie omdlewałam na myśl o wycieczce do Gardzienic). Mogłabym też napisać o pierwszym teatralnym olśnieniu, którymi były bajka Cucurbita Story w krakowskiej Grotesce, kiedy miałam raptem parę lat (niewiele pamiętam z akcji, było to o dyni, na pewno zachwyciła mnie scenografia). W sumie ogólnie pamiętam, że uwielbiałam spektakle w Grotesce, byłam na pewno na czymś na motywach bodajże Turandot oraz na Karlssonie z dachu. Moja rodzina kochała teatr od pokoleń, więc zapewne nawet nie mam szans pamiętać, na czym byłam w tym magicznym miejscu po raz pierwszy. Pamiętam też pierwsze olśnienie "dorosłym" teatrem, choć nastąpiło ono w bardzo niedorosłym wieku - była to Oresteja Ajschylosa, kilkugodzinny spektakl, który pamiętam niemalże scena po scenie.

Mogłabym też napisać o tym, jak w liceum zostałam "łączniczką teatralną" i ciągałam klasę na przedstawienia w Starym. I o tym, jak potrafiłam zdobyć - tym razem dla rodziny - bilety na spektakle, na które praktycznie nie dało się wejść: Stary Teatr przygotowywał wznowienia najsłynniejszych spektakli z lat 70 dla jakiegoś jubileuszu bodaj w Edynburgu i w Krakowie pokazywał je "dla rozgrzewki" dosłownie raz czy dwa razy. Dzięki temu widziałam np. Biesy i Nastazję Filipownę Dostojewskiego-Wajdy, te pierwsze oczywiście nie w premierowej obsadzie, ale zawsze. Jako smarkula zobaczyłam też wznowienia Nocy listopadowejWyzwolenie Wyspiańskiego-Swinarskiego. I co było najbardziej zadziwiające - oglądałam te reaktywowane przedstawienia po wielu latach od ich premier, a nic a nic nie straciły one ze świeżości (w przypadku Wyspiańskiego widziałam potem starsze nagrania telewizyjne i mogę to z całą pewnością stwierdzić). Wyspiańskiego-Wajdy i

Grali w nich wielcy aktorzy - i wprawdzie Jerzy Trela jako Konrad w Wyzwoleniu był dużo starszy od tego, którego znałam ze zdjęć w albumach i zobaczyłam potem w telewizji, ale nadal magnetyzował głosem. Wprawdzie Jan Nowicki jako Wielki Książę w widzianej przeze mnie na scenie Nocy listopadowej był już starszym, posiwiałym panem, a nie młodym przystojniakiem z wersji sfulmowanej w warszawskich plenerach, ale w tych podszytych erotyzmem scenach z niemłodą już też Teresą Budzisz-Krzyżanowską było więcej chemii niż w czymkolwiek, co widziałam w wykonaniu polskich aktorów w latach ostatnich. Wspomniany Nowicki i Jerzy Radziwiłowicz - dwaj panowie w pewnym wieku we wznowionej Nastazji nadal skakali po scenie i niemalże łazili po ścianach. Było to niesamowite.

Mogłabym też napisać o cudownych przedstawieniach polskiego Teatru Telewizji, który nagle kompletnie stracił wyraz, ale to chyba na osobny wpis.

Bo potem nagle straciłam serce dla polskiego teatru. Przyczynił się do tego wzmiankowany Krystian Lupa, który zachwycił mnie spektaklem zrobionym w PWST jako dyplom studentów aktorstwa - nazywało się to Siedem snów w państwie Snu i było według książki, która wcześniej mnie zachwyciła, Po tamtej stronie Alfreda Kubina. Nieco później Lupa przeniósł ten tekst do Teatru Kameralnego, rozciągnął krótki spektakl, składający się z małych epizodów punktowanych inscenizacjami niesamowitych grafik Kubina, do kilku godzin, zrobił z tego smęt o snujących się po scenie aktorach - omal nie zasnęłam w teatrze. Kolejne spektakle Starego rozczarowywały mnie (Tadeusz Bradecki trzymał poziom, ale znikł; Jerzy Jarocki robił jeszcze świetne przedstawienia, ale też znikł, chyba z powodu choroby).

Mogłabym też wspomnieć, że miałam szczęście podczas dość regularnych wizyt w Warszawie w dzieciństwie i wczesnej młodości zobaczyć na teatralnych deskach autentyczne tuzy aktorskie starszego, dziś już w dużej mierze wymarłego, pokolenia: Aleksandrę Śląską, Gustawa Holoubka, Andrzeja Łapickiego. Śląska była już bardzo wiekowa, grała tytułową rolę w Matce Witkacego, ale co to było za aktorstwo!

Tak, jako dziecko i nastolatka kochałam teatr miłością gorącą, namiętną i niemal bezwarunkową. Potrafiłam być na kilku przedstawieniach tygodniowo, a kilka razy w miesiącu to była konieczność. Teatr był jak narkotyk. Z ówczesną najbliższą przyjaciółką zbierałyśmy oczywiście również autografy - miałam w zasadzie komplet zespołu Starego. Dlatego poszłam w pierwszym odruchu serca na teatrologię, z której, jak już wspomniałam, zostałam następnie de facto wyrzucona za brak stadnych zachowań.

Wizyty w teatrze w kilku ostatnich latach mogłabym policzyć na palcach. Zobaczyłam Miarkę za miarkę w krakowskim Teatrze Słowackiego. Dało się przeżyć: spektakl umiarkowanie przemyślany, panowie byli znośni, gorzej z aktorstwem pań. Do sporej liczby lokalnych produkcji zniechęciły mnie same opisy w recenzjach - doświadczenia z podobnymi "eksperymentami" w teatrze telewizji nie zachęcały mnie do wydawania sporych sum na bilety. Widziałam w gazetach informacje o jakichś przedstawieniach w Warszawie, które może nawet bym i zobaczyła, chociażby dla aktorów, ale żadne nie pociągało mnie tak, żeby wsiąść w pociąg i pojechać.

Nie znaczy to, że do policzenia, na czym byłam, wystarczyłby mi jeden palec u jednej ręki. Oprócz zapamiętanego krakowskiego Szekspira mogę wyliczyć jeszcze cztery spektakle, które widziałam w ciągu ostatnich lat. A konkretnie trzy z nich widziałam w ciągu jednego tygodnia, a jeden kilka lat później. Te trzy były w Londynie, a jeden w Grecji. Wszystkie mnie w mojej teatralnej pasji całkowicie zaspokoiły, choć za każdym razem doświadczenie było innego rodzaju.

Edyp, Argos

W Londynie zrobiłam sobie maraton aktorski: Makbet z Seanem Beanem i Samanthą Bond w rolach głównych (dwa w jednym: jeden z ulubionych filmowych aktorów oraz ukochany tekst Szekspira, na dodatek w świetnym spektaklu) i dwie sztuki, których tytułów i autorów nawet nie pamiętam, ale grały w nich trzy aktorki, które z ogromną przyjemnością zobaczyłam na żywo. W komedyjce w rodzaju Dwojga na huśtawce grała gwiazda ukochanego Archiwum X, Gillian Anderson czyli Agentka Scully, w związku z czym było to doświadczenie de facto fanowskie: na pewno nie poszłabym na tę sztukę, napisaną jako popis dla dwójki aktorów, gdyby wykonawcy byli mi obojętni. Z kolei w obyczajowej tragikomedii, z której akcji jeszcze mniej pamiętam, występowały dwie wielkie damy brytyjskiego filmu i teatru, Judy Dench i Maggie Smith - to też był tak naprawdę koncert na dwie aktorki, a nie sztuka, którą by się zapamiętywało dla niej samej.

W Grecji skusiłyśmy się z N na Króla Edypa i Edypa w Kolonos Sofoklesa w antycznym teatrze w Argos - spektakl przeniesiony tam z festiwalu w Epidauros. Fantastyczny spektakl, łączący obie sztuki, odwracający ich kolejność, tak że Król Edyp stał się jakby wspomnieniem snutym przez starego Edypa, a sceniczne rozwiązanie chóru (z którym ewidentnie nijak nie są w stanie poradzić sobie młodzi polscy reżyserzy), plączącego się wężowym ruchem między aktorami było po prostu genialne.

Efekt jest taki, że ilekroć wybieram się do Londynu - sprawdzam, czy przypadkiem ktoś, kogo lubię, nie gra w jakimś przedstawieniu. Oczywiście zdarza się, że prowadzi to do frustracji, bo np. rozminęłam się dwa lata temu o dosłownie kilka dni z końcem sezonu Hamleta z Judem Law. Ale wiem, że tam warto pójść zarówno na spektakl teatru repertuarowego jak Royal Shakespeare Company, jak i przedstawienie zrobione dla aktora - czyli sporą część produkcji West Endu.

I tu dochodzę do wątku aktualnego, którym jest oczywiście spór Jana Englerta (w roli dyrektora Teatru Narodowego) z Grażyną Szapołowską (gwiazdą, która zerwała spektakl w tymże Narodowym, ponieważ wolała wystąpić w telewizyjnym show). Niezależnie od prawnych okoliczności (gwiazda powołuje się na to, że dawała wcześniej znać o konflikcie terminów) stoję całym sercem po stronie Englerta i teatru. Przede wszystkim dlatego, że aktorka miary i klasy Szapołowskiej nie potrzebuje już pokazywać się w komercyjnym programie po to, żeby zabłysnąć, ani nawet po to, żeby utrzymać rodzinę. Gdyby taki krok podjęła zaproszona do udziału w reklamie czy serialu aktorka z zespołu teatru publicznego, która nie ma szans na zagranie czegokolwiek więcej niż trzecioplanowa rola, zrozumiałabym. W przypadku wybitnych aktorów, którzy na dodatek są gwiazdami - noblesse oblige. Skoro pani Szapołowska pokazała, że od publiczności teatralnej (tej kurczącej się grupy, która wciąż chce sięgać po kulturę wysoką) wyżej sobie ceni telewizyjną publisię, to znaczy, że nie ma dla niej miejsca w Teatrze Narodowym.

A tak w ogóle to na marginesie tego wszystkiego myślę sobie, że może warto by skopiować u nas model brytyjski. Narodowy to nasz odpowiednik Royal Shakespeare Company i w stałym zespole powinien zatrudniać głównie wyróżniających się dość świeżych absolwentów szkół teatralnych, którzy będą się tam uczyć rzemiosła scenicznego. Oczywiście w takim zespole konieczna jest rotacja, konieczny jest też udział wybitnych aktorów średniego i starszego pokolenia. Niekoniecznie wielkich gwiazd - po prawdzie większość obecnych tuzów filmu i teatru brytyjskiego epizod w RSC ma już za sobą. Poza tym teatry powinny postawić na krótkie sezony spektakli robionych pod gwiazdy. Przykładowo wspomniany wyżej Makbet, którego miałam przyjemność widzieć, był oryginalnie pomysłem aktora, który podczas kręcenia filmu w Ameryce uznał nagle, że warto by wrócić do klasyki i zagrać Makbeta. Agent załatwił teatr, dobrego reżysera, dobrych aktorów do reszty obsady - efekt był taki, że sezon przedłużono o dwa miesiące w stosunku do pierwotnych planów, dzięki czemu się załapałam.

Bywa też tak, że producent z reżyserem wymyśla sobie wymarzony spektakl, a następnie zatrudnia do niego gwiazdy, które przyciągną publiczność. Tak było np. z Frankensteinem w londyńskim National Theatre - obejrzałam go z kolei dzięki transmisjom kinowym, dostępnym w krakowskim kinie Mikro (skądinąd kolejnym miejscem, w którym spędziłam sporą część licealnych popołudni).

Niestety na koniec tego wszystkiego przychodzi mi do głowy ponura refleksja: czy są jeszcze w Polsce aktorzy, dla których poszłabym do teatru na cokolwiek? Albo tacy, na których poszłaby duża publiczność, a którzy potrafiliby naprawdę dobrze zagrać w teatrze? Oglądanie zajawek polskich filmów w kinie napawa mnie podejrzeniami, że ogromna większość "gwiazd" telewizyjno-filmowych nie byłaby w stanie po prostu podać tekstu ze sceny, co dość zabija ideę teatru aktorskiego. Po prawdzie w tym Londynie nieco wątpiłam, czy Agentka Scully da sobie radę w teatrze (w pozostałą trójkę, na którą poszłam z przyczyn fanowskich nie wątpiłam ani przez chwilę, to wszystko starzy teatralni wyjadacze) i byłam pozytywnie zaskoczona. Ale też Gillian Anderson nigdy w telewizji nie była tak sztuczna i nie mówiła tak drewnianym głosem jak polskie aktorki. I to chyba zresztą mnie zmyliło: anglosaska telewizja ma aktorów grających tak naturalnie, że czasem trudno ich sobie wyobrazić w wymagającym jednak zupełnie innej ekspresji teatrze. Niestety obawiam się, że przeniesienie drewnianej maniery polskich aktorów średniego i młodego pokolenia na scenę nie będzie miało pozytywnego efektu.

Dlatego nie bardzo wiem, co musiałoby się wydarzyć, żebym w Krakowie pobiegła do teatru z wypiekami na twarzy.

Makbet Londyn

Tagi: teatr
13:43, drakaina , Humanitas
Link Komentarze (11) »
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright