sobota, 14 kwietnia 2012
To lubię - muzyka (2)

Nieco ponad dwa lata temu napisałam sobie pierwszą odsłonę wpisu o ulubionej muzyce (i było tylko o operze), a zupełnie niedawno N. napisała o swoich takoż operowych preferencjach. Ponieważ po części zdarzyło nam się wspólnie poznawać nowe operowe światy, uświadomiłam sobie, że dla mnie te dwa lata były czasem wielkich odkryć i przewartościowań, w związku z czym tamten wpis sprzed dwóch lat stracił co nieco na aktualności. No a ponieważ urodzinowo postanowiłam zrobić sobie, jak zazwyczaj, jakiś blogowy prezent, to taka lista całkiem nowych ulubionych operowych kawałków, będzie całkiem nie od rzeczy.

W kwestiach oper już wcześniej ulubionych poznałam nieco nowych fantastycznych wykonań, np. płytowego Tristana z Placido Domingo i Niną Stemme, którego kupiłam trochę jako ciekawostkę, a okazał się jedną z najlepszych znanych mi wersji; widziałam też w kinie nowojorską Walkirię z rewelacyjnym Jonasem Kaufmannem w roli Siegmunda, co było jednym z najwspanialszych muzycznych doznań ostatnich lat; niezwykle podobali mi się Luca Pisaroni i Rene Pape w dwóch różnych obejrzanych spektaklach Wesela Figara; wśród wystawień Don Giovanniego wysoko zawędrowało również nowojorskie z Mariuszem Kwietniem i Pisaronim, choć na pierwszym miejscu jako Komandor pozostaje Matti Salminen; znalazłam nowe ulubione wykonanie Fausta Gounoda. Ergo: skupimy się na czymś w moim repertuarze całkiem nowym. Najpierw zatem czytelnikom należy się wyznanie.

Confiteor: odkryłam barok. Gorzej - pokochałam barok. Żeby było zabawniej, nastąpiło to niemalże z dnia na dzień, do tego stopnia, że kiedy na przełomie marca i kwietnia zeszłego roku jechałyśmy z N. na konferencję operową do Pobierowa na Pomorzu Zachodnim drogą okrężną wprawdzie, ale i tak najszybszą, to wielce byłam zdegustowana faktem, że w Dreźnie grali akurat Koronację Poppei Monteverdiego. Widziałam wcześniej w telewizji i chwilowo nie miałam najmniejszej ochoty powtarzać tego doświadczenia. W Berlinie z kolei obejrzałyśmy Tristana i Izoldę Wagnera (wciąż w kwestii czysto brzmieniowej mój numer jeden, choć w kwestii ogólnomuzycznej dzieli to miejsce z Pierścieniem Nibelunga, ale też Wagner nadal, pomimo pewnej dezaktualizacji wzmiankowanej notki, pozostaje moim bezwzględnie ulubionym kompozytorem). A konferencja w Pobierowie była o operze i historii - niżej podpisana wygłaszała referat o absurdalnych librettach, głównie Haendla, opartych na dziejach rozlicznych Ptolemeuszy oraz umiłowanego wielce Mitrydatesa VI Eupatora i Dionizosa, króla Pontu. I była przekonana, że wygłasza referat o kompozytorze, którego nigdy ale to nigdy nie będzie miała ochoty słuchać w większych dawkach.

Tymczasem w ramach wieczornych dyskusji o historycznych, "historycznych" i ahistorycznych wystawieniach niektórych oper zaprezentowano uczestnikom między innymi przegląd spektakli... Koronacji Poppei. I nagle ta opera nabrała sensu, muzycznego znaczy się, albowiem im lepiej poznaję twórczość barokowych librecistów, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że fabularnie bije ona na głowę wszelkie absurdy świata. Skądinąd zapoznanie się z Haendlem na poziomie muzyki a nie tylko fabuł, od których włos mi się na głowie jeżył, kiedy wzmiankowany referat pisałam, też zawdzięczam tejże konferencji, a konkretnie innej prezentacji - różnych, wokalnych tym razem, wykonań arii "Or la tromba" z Rinalda. W sumie tej prezentacji zawdzięczam nie tylko zachętę do słuchania twórczości Haendla, ale również zakochanie się w kontratenorach.

To tak tytułem wstępu, który tłumaczy dalszy ciąg tej notki czyli listę nowo polubionych i z baroku ulubionych operowych kawałków na kwiecień roku 2012*.

A zatem po pierwsze w ramach korekty do poprzedniego wpisu - "Che farò senz'Euridice" Glucka pozostaje wśród ulubionych, ale w kwestii preferowanych wykonań żegnajcie ciepłe mezzosoprany, oto mężczyzna, w którego głosie zakochałam się bez reszty:

Podobnie korekta należy się lamentowi Dydony - obecnie najbardziej lubię w tej roli panią, w której również się zakochałam:

Jak się już rzekło, Monteverdi z jego Poppeą jest pewnego rodzaju symbolem tego, jak nagle i niespodziewanie można coś polubić pomimo wcześniejszej niechęci (wiem, zabrzmi to jak ostateczny banał, ale ta niechęć rzeczywiście aż nazbyt często wynika z ignorancji, a mi nieodmiennie musi się przypomnieć przeczytane w wenezuelskim dzieciństwie zdanie z wielkiego historyka sztuki Ernsta Gombricha - cytuję w przybliżeniu - że jeśli coś się podoba, to ok, ale jak się nie podoba, to warto spróbować się temu bliżej przyjrzeć, bo może coś się traci). A zatem dwa niewiarygodne kawałki z tego dzieła - finałowy duet Nerona i Poppei (patrzcie państwo, Neron nie jest tu może ideałem, ale nie jest też czarnym charakterem i potworem, któremu należy się sienkiewiczowskie ostateczne potępienie!!!) oraz scena śmierci Seneki. Zupełnie inne klimaty, ale jedno i drugie - fantastyczne.

Tu, w przypadku Seneki, na dodatek jeden ze spektakli, które podobały mi się najbardziej:

 

Po tym Pobierowie oczywiście żałowałam już, że nie wracamy przez Drezno, a w Krakowie zaczęłam przesłuchiwać kolejne Haendle i po roku od konferencji mogę powiedzieć, że najważniejsze dzieła już jako tako znam, mam też swoje ulubione spektakle, wykonawców i arie. Po prawdzie jest to zdecydowanie kompozytor, którego popisowe solowe kawałki cenię sobie najwyżej - wszyscy dziewiętnastowieczni kompozytorzy w rodzaju Verdiego czy Pucciniego ze swoimi pięknymi piosenkami w operach mogą się schować ;)

Proszę bardzo, na początek absolutny hit, "Lascia ch'io pianga" z Rinalda - nie jest to może moje absolutnie ulubione wykonanie, ale przynajmniej wyświetla się bez reklamy na początku i długiej sceny dookoła:

Jedna z ulubionych scen z Giulio Cesare, który skądinąd jest poniekąd o zupełnie innych królach i ma rozkosznie wręcz bezsensowną fabułę, zakończoną obowiązkowym happy endem, w którym Cezar, Kleopatra i Sekstus Pompejusz oraz jego matka żyją długo i szczęśliwie. Klip z przedstawienia, które bardzo lubię, komiczna scena konfrontacji z czarnym charakterem czyli Ptolemeuszem XIV (który w realu był młodszym nastolatkiem); skądinąd ujęcie Cezara akurat wydaje mi się bardzo do tej postaci pasujące:

Semele, "Endless Pleasure" w cudnie lekkiej i beztroskiej interpretacji Danielle de Niese - niestety trzeba odczekać sześć sekund, żeby móc pominąć obrzydliwe reklamy, dlatego nie wklejam klipu. Ale to jest bezwzględnie moje ulubione wykonanie z jednej z moich obecnie ulubionych płyt.

I na koniec mój absolutny barokowy numer jeden w chwili obecnej, duet z Rodelindy - numer jeden zarówno jeśli chodzi o muzykę, wykonanie jak i spektakl. Jak dla mnie - totalny odlot pod każdym względem (płyta ze spektaklem w drodze z Amazona):

* W obecnej histerycznej copyrightowej atmosferze nie mogę zagwarantować, że linki będą się otwierać. Ogromną większość tego, co tu prezentuję, posiadam legalnie (albo zamierzam kupić, jak tylko się ukaże na dvd), ale nic mi to nie daje w kwestii udostępniania... Co skądinąd jest bez sensu, bo np. w cytowanym spektaklu Rodelindy zakochałam się właśnie dzięki klipom i dzięki nim go kupiłam.

niedziela, 01 kwietnia 2012
Nieznane rękopisy...

Rzadko piszę o poezji, ponieważ mam głębokie przekonanie, że nie umiem o niej pisać. Natomiast ostatnio - to nie żart - sporo czasu zajmuje mi tłumaczenie poezji. No dobra, trochę żart, bo część problemu polega na tym, że wcale nie aż tak sporo. Tzn. potrafi pochłonąć całą noc, ale zasadniczo zdarza mi się borykać z wyrzutami sumienia spod znaku "tak szybko", "tak bezboleśnie", ba, wręcz czasem "tak łatwo"? Szkoła z jej nabożnym stosunkiem do romantycznego cierpienia we wszelkich możliwych wymiarach wpaja w nas przekonanie, że twórczość wszelaka powinna być okupiona cierpieniem duszy i nawet utwory pisane w natchnieniu (proszę, oto główny paradoks romantyzmu à la polska szkoła: masz pisać w porywie uczuć i inspiracji, ale zarazem oblewać krwią, potem i łzami każdy wers...) muszą wiązać się z twórczym trudem i zmaganiami z werbalną materią.

Na dodatek - tłumaczę, przynajmniej chwilowo, głównie romantyków (angielskich). Jak już się to drukiem ukaże, nie omieszkam poinformować szanownych czytelników, na razie mogę odesłać tylko do tego, co ukazało się drukiem (żadnych romantyków: Kipling, Embeirikos, Clifton, Piatt) i tego, co sama zanim zaczęłam to traktować poważnie umieściłam w sieci (tu też). I to tyle w kwestii poważnej właśnie.

Beauty is truth

Bo tak naprawdę z okazji pierwszego dnia kwietnia chciałam opowiedzieć o najbardziej dziwacznym zdarzeniu okołopoetyckim w moim życiu*. Nie, jeśli ktokolwiek wie, że zdarzyło mi się opublikować tu i ówdzie kilka limeryków, i już zaciera łapki, że zgadł, to się myli. Nie chodzi ani o towarzyskie zabawy spod tego znaku, ani nawet o zamówienie publiczne pt. Limeryki o Krakowie z okazji rocznicy lokacji. Limeryk - sprawa poważna. Nie chodzi również o bardziej prywatnie towarzyską zabawę w pisanie żartobliwych wierszyków z okazji filmowej wersji Władcy pierścieni.

Nie, drodzy czytelnicy, sprawa byłaby istnie primaaprilisowa, gdyby nie to, że nie miała miejsca w prima aprilis. Otrzymałam mianowicie kilka lat temu pocztą zbiór rękopisów poetyckich w teczce zatytułowanej W zlewie romantyczny tłok. List niestety zaginął w otchłani, więc nie pamiętam, jaka organizacja (tak, to było jakieś coś, co miało nazwę i adres, a zapewne i prezesa) mi to przysłała.

Zasadniczo od razu odesłałam sprawę do limbo, ale potem natura wzięła górę i zajrzałam do szuflady. Było to kilka kartek, które pozwalam sobie tu opublikować z okazji prima aprilis roku, w którym odwołano koniec świata. To niezły pomysł na wywinięcie się z blogowego milczenia, a czytelnik, jeśli ma ochotę, może sobie podumać na dowolnym światowym bruku, nad autorstwem tych utworów, wyglądających jak nieporadne juwenilia największych polskich poetów XX w., niekiedy traktujących zadany w tytule zbioru temat tak podle pretekstowo! (Publikuję w kolejności, w jakiej kartki były ułożone w wzmiankowanej powyżej teczuszce.)

 


 

***

w zlewie romantyczny tłok
ach posuńże się w bok
woła
kogo melancholia kranu
przygniotła do ziemi

brudną ściereczką
do niczego

 


 

W ZLEWIE ROMANTYCZNY TŁOK

obudziłem się
choć nie wiem

za oknem
szary
dym po wczorajszym meczu

zadyma
odbiła się krzykiem
w matowym oku

talerza

w dzieciństwie
jadłem z niego owsiankę

 


 

PORZĄDKI PO PRZYJĘCIU

jakże się tu nie uśmiać

talerzyki kieliszki
łyżeczki widelczyki

tańczą w korowodzie
po przyjęciu na którym
pracowały w milczeniu
jak angielscy służący

jakże się nie zachwycić

plamką na sukni
zagiętym rąbkiem
miseczki która filuternie
zakrywa wciąż twarz
serwetką

nie mogę tak po prostu
włożyć ich do zmywarki

niech się jeszcze nabawią
w zwykłym zlewozmywaku

są bliższe ludziom niż maszynom

 


 

KALISZ

myślałem
nie było ich
kiedy przechodziły tędy karawany
rzymskich kupców

w osadzie Calisia
klepisko zamiast forum
w kramach rozłożone
kryształy bursztynu

słowo electrum
nie przyjęło się
w miejscowym dialekcie

ekwita pożywia się
z glinianej miski

myślałem
nie było ich

spod warstw ziemi
wydobywam
połamane skorupy

nic ich nie różni
od porcelany w fantazyjny wzór
w moim zlewie

 


 

PIOSENKA

Już widzę jak w walca tanecznym porywie
Twarz twoja ku mojej obraca się w takt.
I nie wiem, czy sen to, nadzieją się żywię,
Że będziesz tak moją jak jesteś nią w snach.

Ty śmiejesz się jeszcze, gdy mkniemy przez salę
I w walcu unoszę do ust twych mą dłoń,
By w tańca pomroce, w tym pędzie wciąż dalej
Przez wino w niebytu zanurzyć się toń.

Za oknem majowa noc szumi radosna,
Lecz czuję na twarzy gorącość twych łez:
Ty wiesz już, nie dane nam będzie pozostać,
Tym czasom beztroskim już los znaczy kres.

Przeszli jak burza, pozostały po nich
Ruiny, zgliszcza i więdnący kwiat.
I krzyk jak piorun z wyciągniętej dłoni
Znaczący chwilę, w której umarł świat.

Dziś w dłoni trzymasz, choć minęły wieki
Ten sam kieliszek, którym niegdyś ja...
I jestem z tobą bliski choć daleki
Choć odmieniony, lecz zawsze ten sam...

Spójrz ku mnie, nie pozwól, by zmącił marzenia
Ten obraz przyszłości wśród płaczu i łun.
Ty trwać zawsze będziesz w tych kroków wspomnieniach,
Zaklęta na wieki w rytm walca wśród strun.

 


 

Cmentarz Protestancki w Rzymie

* 3 kwietnia. Do tego, co czcieł, że się tak po staropolsku wyrażę, czyli disclaimer, że się wyrażę bardziej nowocześnie. Historyjka w formie primaaprilisowej jest oczywiście grubymi nićmi szytym powtórzeniem starego jak świat chwytu publikacji fikcyjnych utworów literackich czy dzienników. Ale zarazem historyjka z "W zlewie romantyczny tłok" jest jak najbardziej prawdziwa, tzn. to nie ja wymyśliłam ten tytuł. Autentycznie kilka lat temu dostałam zaproszenie do udziału w konkursie poetyckim pod takim właśnie tytułem, organizowanym przez jakiś naprawdę istniejący Dom Kultury, stowarzyszenie czy sama nie wiem co, bo istotnie mail wylądował dość szybko w koszu. A jak już wylądował, to mnie opanowała pastiszowa wena i tak to w ciągu może dwóch godzin powstał ten zbiorek na zadany temat. Przypomniałam sobie o nim na fali pracy nad Keatsem i Wordsworthem, no i okazał się jak znalazł na Prima Aprilis 2012 :)

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright