wtorek, 15 kwietnia 2014
Czasami potrzeba kiczu

Kocham sztukę, kocham dobre malarstwo i grafikę, kocham ogólnie rzeczy piękne. Jednym z moich największych marzeń jest móc je kupować, kolekcjonować - mieć mieszkanie, z którego znikną meble z Ikei oraz im podobne, a wszystko będzie miało coś więcej niż umiarkowanie przyzwoitą jakość i funkcjonalność: będzie miało styl. Albo żeby przynajmniej wśród mebli funkcjonalnych (jestem jednak osobą praktyczną do pewnego stopnia) były akcenty prawdziwego piękna.

Niemniej to nie jest notka o projektowaniu wnętrz ani nawet o moich mieszkaniowych preferencjach czy też wciąż niezupełnie spełnionym marzeniu o byciu kolekcjonerem. To jest notka o jednej z rozlicznych okołokulturalnych afer, które wstrząsają ostatnio polską sferą publiczną i lądują na pierwszych stronach gazet, że się tak górnolotnie wyrażę.

Chodzi mianowicie o darmową książeczkę pt. "Pierwsza książka mojego dziecka", którą ministerstwo kultury wydaje po to, żeby cała Polska czytała dzieciom. Książeczka ma być rozdawana wraz z rodzajem wyprawki młodym matkom w szpitalach , na razie o ile rozumiem, rusza program pilotażowy w kilku województwach. Książeczka została zaprezentowana, a luminarze sztuki rzucili się na nią w mediach jak stado wygłodniałych psów na kość i jęło kąsać. Dobra, może daruję już sobie te marne metafory i przejdę do rzeczy. Otóż ci różni mniej lub bardziej znani i mniej lub bardziej zasłużeni na polu twórczości dla dzieci podnieśli larum, że książeczka jest be, głównie dlatego, że nie wpisuje się w wielką tradycję polskiej ilustracji książkowej, w tym dziecięcej. Bo kiedyś Szancer, a teraz standardowe obrazki: duże, oczywiste, kolorowe, koślawe.

Z dzieciństwa pamiętam, że lubiłam ilustracje Szancera, uwielbiałam też oryginalne ilustracje Kiplinga do "Takich sobie bajeczek", intrygowały mnie oryginalne ryciny z "Alicji w Krainie Czarów", choć pierwsza wersja tejże, którą czytałam, była z kolorowymi obrazkami dla dzieci (tłumaczenie Antoniego Marianowicza, ilustracje Olgi Siemaszko). Oczywiście jeśli chodzi o ilustracje - Kubuś Puchatek, Muminki. Książkowe, nie filmowe, żadne disneye i dobranocki. Płaskie, czarno-białe, a zarazem bardzo wymowne obrazki. Potem, jak miałam jakieś dwanaście lat, nie mogłam oczu oderwać od okładek Stasysa do "Władcy Pierścieni" Tolkiena. Bałam się ich, fascynowały mnie, intrygowały. (Skądinąd uważam, że Stasys powinien był pozostać ilustratorem książek, a nie usiłować być wielkim artystą, ale to osobna sprawa.)

Teoretycznie zatem powinnam grać w drużynie atakujących ministerialną publikację, a tymczasem bardzo zdecydowanie nie gram. Nie gram, bo uważam, że ta książka nie jest dla dzieci takich, jakim ja byłam. Wychowanych w domu, gdzie ledwie odrosłej od ziemi istocie pokazuje się, na czym polega gra bryłą w "Akrobatce na piłce" Picassa, że odwołam się do jednego z najwcześniejszych posiadanych wspomnień; w domu, w którym w pokoju dziecinnym wisi reprodukcja Makowskiego, a w przedpokoju - Modiglianiego, a potem ogólnie zawisną abstrakcje. Nie dla dzieci od wczesnych lat przyzwyczajanych do tego, że godzinami chodzi się po muzeach - jednym z moich największych oczarowań dzieciństwa, oprócz greckich zabytków, była wizyta w muzeum Peggy Guggenheim w Wenecji. Po takiej dawce Ernsta wspomniane okładki Tolkiena trzy lata później to nic trudnego. I na dodatek ze wszystkich zainteresowań Rodziców (którzy wcale nie są z wykształcenia humanistami!) akurat to, sztuka, znalazło we mnie szczególnie mocny oddźwięk.

Ta książka nie jest również przeznaczona dla dzieci z domów, w których otacza się je troską i opieką, a dbałość o wykształcenie jest co najmniej podobnie duża jak o wyżywienie i zdrowie. Z domów, w których chodzi się razem do kina czy nawet do teatru, choćby i na zgrzebnie wystawioną klasykę. Domów, w których kultura jest jakkolwiek obecna. Domów, w których na półce stoi choćby trochę książek - pamiętam, jakim szokiem był dla mnie niedawno fotoreportaż o mieszkaniach przeciętnych Polaków, przedstawiający reprezentacyjne pokoje u ludzi na przeciętnym poziomie wykształcenia i o przeciętnym stylu życia: na jednym zdjęciu z dwudziestu pięciu było widać ustawione za szybką kilka książek, chyba jakąś dekoracyjną serię!

To jest książka dla dzieci, w których domach czyta się w najlepszym razie tabloidy i ogląda się telewizyjną papkę. Albo też nawet nie robi się tych rzeczy. To nie jest książka, której potrzebują dzieci wykształciuchów ani rodziców aspirujących do wykształcenia czy udziału w życiu kulturalnym na choćby takim poziomie, na jaki pozwala lokalny Dom Kultury. A przede wszystkim to nie jest książka dla ich rodziców: jeśli w domu jest choćby tylko Sienkiewicz i Konopnicka albo też, z innej parafii, jakiś MacLean czy "Saga o ludziach lodu", to istnieje szansa, że rodzic dziecku książkę kupi i poczyta z własnej woli. Jeśli rodzic czyta Prousta, to zapewne kupi książkę o wyrafinowanych ilustracjach, jeśli tylko byle jak wydawane powieści popularne, to zapewne na jakość i styl obrazków uwagi nie zwróci (i nie mówimy tu o statystycznie nieistotnych przypadkach wyrafinowanych historyków sztuki, którzy czytają wyłącznie fantasy, z obrzydzeniem patrząc na większość jej okładek, lub rozkoszują się peerelowskim kryminałem). Ta książka nie jest dla żadnego z tych rodziców: jak już będzie w domu, to dziecko może ją obejrzy, choć pewnie część rodziców uzna, że nie ma takiej potrzeby i może odda do domu dziecka.

To jest książka dla dzieci, którym rodzice z własnej woli książek kupować nie będą i nie będą im ich czytać. Dlatego ta książka jest za darmo, dlatego jej misją jest dotrzeć do każdego domu. Dlatego w wyprawce jej towarzyszącej jest również poradnik, jak opiekować się dzieckiem i jak je szanować - znów skierowany nie do tych rodziców, którzy przez całą ciążę albo i wcześniej przygotowywali się do nowej roli, ale przede wszystkim dla tych, którym coś takiego nie przyszło do głowy. Nie każdy ma obowiązek ministerialną książkę czytać - ale trzymajmy kciuki, żeby czytali ją ci, do których naprawdę jest skierowana. Światli i wybitni zapominają bowiem, że prawdziwym pierwszym odbiorcą tej publikacji nie są dzieci, ale ich rodzice. Bo to oni zadecydują, czy dziecko się z nią zapozna. Jeśli rodzic czytający już dziecku "Kubusia Puchatka" czy, z nowszych propozycji, "Julkę i Kulkę", odrzuci tę książkę z powodów estetycznych, to nikomu nie stanie się krzywda. Gorzej jeśli odrzuci ją rodzic, którego ambicje kulturalne ograniczają się w najlepszym (!) razie do lektury plotek o bieliźnie celebrytów.

Ten rodzic w większości przypadków odrzuci coś, czego sam nie będzie rozumiał i estetycznie akceptował. Jeśli jego kontakt ze sztukami wizualnymi ograniczał się do kiczowatego świętego obrazka wiszącego w rodzinnym domu albo nawet olejnego przysłowiowego jelenia na rykowisku spod Bramy Floriańskiej, to taki człowiek nie zaakceptuje wyrafinowanych, wymagających choćby trochę bardziej wyrobionego oka ilustracji. Światli i Wybitni w ministerialnej książeczce widzą zdeformowane postacie - nie zdają sobie jednak sprawy, że w tym, co oni rysują, niezrozumiałą i odpychającą deformację może zobaczyć rodzic, do którego darmowa książka jest skierowana. (Nawiasem mówiąc, gdzieś w tej dyskusji przeczytałam oburzony głos, że na jednym z rysunków chłopiec wygląda jak garbaty. Nawet jeśli to nie było intencją rysownika, to może dobrze wyszło - żyjemy przecież w czasach, kiedy walka z uprzedzeniami na tle wyglądu jest jednym z naczelnych zadań państwa i edukacji...)

Wyrobionemu oku przywoływany często (i słusznie) przez Światłych i Wybitnych jako wzór ilustracji dla dzieci Jan Marcin Szancer wydaje się prosty: temat jest widoczny na pierwszy rzut oka, ilustracje nawiązują do tradycyjnego malarstwa, a zarazem wprowadzają konieczne dla odbioru przez dziecko uproszczenia. Są ładne kompozycyjnie i kolorystycznie. Ale proszę zawiesić na chwilę wytworzone przez lata obcowania ze sztuką i kulturą doświadczenie i spojrzeć na nie okiem kogoś, kto przywykł wyłącznie do prostackich zdjęć w tabloidzie, do walących po oczach jaskrawych kolorów, wielkiej czcionki i boleśnie uproszczonego przekazu, na dodatek pozbawionego treści. Taki człowiek zobaczy u Szancera, a jeszcze bardziej u wspomnianej wyżej Siemaszko, chaos, natłok postaci albo szczegółów, a ewentualnych nawiązań do innej sztuki nie będzie miał szans odczytać. Do takiego rodzica ma szanse przemówić jedynie obrazek, który może będzie toporny i schematyczny, ale zrozumiały.

Psy wiesza się również na tekście tej książeczki. Zgoda - rymy nie są z najwyższej półki, same historyjki też nie. Ale one nie są przeznaczone dla ludzi, którzy przeczytali całą bibliotekę. One są przede wszystkim dla tych, którzy z trudem przebrnęli przez podstawówkę i lektura "Zemsty" Fredry mogła być dla nich wyzwaniem ponad siły. Oni nie będą swoim dzieciom czytać Muminków, bo nie zrozumieją, o co w tym chodzi i po co tym zawracać dzieciakowi głowę. A poza tym są tam fragmenty z polskiej klasyki dziecięcej: Tuwima, Szelburg-Zarembiny.

Światli i Wybitni, jak to zwykle w Polsce bywa, nie odrobili lekcji pozytywizmu. Może dlatego, że u nas panuje kult tego dziwacznego tworu zwanego polskim romantyzmem, tych zrywów i poczucia wyższości i misji, trochę bez pomysłu na to, jak ta misja ma wyglądać, a już zupełnie bez zastanowienia, jak ją realizować w praktyce. Tymczasem ministerstwo, o dziwo, wyskoczyło z pomysłem, który spodobałby się społecznikom z ponurej drugiej połowy XIX w., kiedy romantyczne mity upadły z hukiem, a garstka rozsądnych ludzi usiłowała zacząć walkę o społeczne wykształcenie inaczej niż poprzez stawianie przed spracowanym chłopem czy robotnikiem Konradów i Kordianów, z których problemów odbiorca ów nie miał szans nic zrozumieć. Ta książka ma być nowoczesną pracą u podstaw, rekwizytem współczesnych Siłaczek. Światli i Wybitni wciąż nie otrząsnęli się z romantycznego snu, wedle którego każdy, kto zetknie się z Wielką Sztuką, musi być przez nią natychmiast porwany i zauroczony.

Tak nie jest, nigdy nie bywało i zapewne nigdy nie będzie. Największym osiągnięciem tak zwanej demokracji ateńskiej było moim skromnym zdaniem zachęcanie czy wręcz nakłanianie obywateli do uczestnictwa w życiu kulturalnym miasta. Chodzenie do teatru było finansowane przynajmniej po części z kasy państwowej, choć już same spektakle były produkowane przez osoby prywatne, dla których wygrana w teatralnych konkursach była powodem do chwały; którym w nagrodę wystawiano pomniki. Uczestnictwo w kulturze, związanej oczywiście z bardzo "świecko" traktowaną sferą sacrum, było postrzegane jako rodzaj obowiązku obywatelskiego. Późniejsze postępujące rozwarstwienie społeczne sprawiło, że kultura stała się dobrem elitarnym - różne ruchy oświeceniowe czy pozytywistyczne usiłowały to zmienić, podobnie jak usiłuje się to zmienić dziś. Rewolucja francuska pokazała, jak kolosalny potencjał, również kulturalny i intelektualny, drzemał w ludziach, którzy wcześniej nie mieli szans dostać się do elitarnych kręgów. Tyle że wedle znanych historykom statystyk poziom alfabetyzmu we Francji już w 1789 roku sięgał 50/40% (mężczyźni/kobiety) na prowincji i 90/80% w Paryżu, więc było z czego startować! Skądinąd ciekawe jest również inne zestawienie liczbowe z mniej więcej tej samej epoki: biblioteka w pałacu w Compiègne za czasów Ludwika XVI liczyła ok. 300 woluminów, za Cesarstwa – kilkanaście tysięcy...

We współczesnej Polsce teoretycznie statystyczny każdy umie czytać, bo mamy obowiązek szkolny i tak dalej. Ale od samej umiejętności czytania do czytania literatury dla przyjemności jest jeszcze daleka droga. W rewolucyjnej Francji nie każdy chłop zabierał się od razu za lekturę filozofów - to byłby materiał dla Mrożka - ale otwarcie wyższych szczebli edukacji oraz karier dla każdego, kto miał chęć, talent i życiową odwagę, owocowało tym, że w kulturze wyższej zaczęli uczestniczyć ludzie, którym wcześniej nawet by to nie przyszło do głowy. (Tu widzę potencjał na osobną notkę o elitaryzmie kultury, więc kończę historyczne dygresje).

Jakiekolwiek rozumowanie czy idee stały za decyzją stworzenia programu wspierania wczesnego czytelnictwa, jest to próba zachęcenia jak najszerszych rzesz ludzi do zmiany obyczajów. Dla dzieci z rodzin, które są realnym adresatem tego programu, ważne jest, żeby od małego być przyzwyczajanym, że sama czynność czytania jest rzeczą dobrą i przyjemną. Nie tylko ze względów poznawczych (choć oczywiście "pierwsza książka" ma jakoś tam przygotować do tego, że w szkole mamy poznawać świat), ale również ze względu na tworzenie więzi rodzinnych. Jednym z moich najmocniejszych wspomnień z dzieciństwa jest to, kiedy mając jakieś pięć lat zasadniczo czytam już sobie sama, ale wciąż skradam się do fotela, w którym siedzi (i czyta) mój Tato, w nadziei, że jednak jeszcze weźmie mnie na kolana i razem będziemy czytać "Księgę dżungli". Zawsze tak było i gdybym miała powiedzieć, co mi się kojarzy z pojęciem "dom rodzinny" czy "ciepło domu rodzinnego", to te późne wspólne lektury byłyby pierwszym skojarzeniem. Ciepłe światło lampy nad małą wnęką wciśniętą w pełen książek regał, fotel, którego peerelowski design jest teraz modnym vintagem, i wspólne przeżywanie przygód Mowgliego. Nawiasem mówiąc, większość naszego małego mieszkania (i dużego potem też) była po sufit zastawiona książkami (ta liczba wciąż rośnie) i jedną z moich ulubionych zabaw w dzieciństwie było wyobrażanie sobie, co kryje się za tajemniczymi tytułami, których nie rozumiałam (pamiętam, że koszmarnie bałam się „Ubika”, natomiast czysto eufonicznie fascynował mnie i stanowił rodzaj azylu w tej zabawie „Atol Trydakny”; w moim pokoju stała głównie fantastyka, klasyka była w dużym). 

Ministerialna książka jest dla dzieci, które bez niej nie mają szans na takie wspomnienia. Dlatego jest prosta, niewyrafinowana, akceptowalna dla ludzi, którzy sami z dzieciństwa nie wynieśli poczucia, że warto wybierać się w fikcyjne magiczne krainy. Dla ludzi, którzy nie znajdą w sobie cierpliwości (a czasem i umiejętności, możliwości), żeby dziecku czytać choćby trochę bardziej skomplikowane bajki. Może warto o tym pamiętać, zanim podejmie się frontalną krytykę produktu, który mnie też wcale nie zachwyca, ale znajduję uzasadnienie dla tego, że prezentuje się tak a nie inaczej. Jest szansa, że dzieci, które zaczną przygodę z książką choćby i od niego, nie będą potem unikać szkolnej biblioteki, gdzie powoli będą się zapoznawać z coraz poważniejszą literaturą i sztuką. Może gdyby w moich szkolnych czasach istniał program wspomagania wczesnego czytelnictwa, dzieci, które nie były w stanie przebrnąć przez "Plastusiowy pamiętnik", miałyby z tym choćby minimalnie mniejszy problem. Bo było tak, że w ramach źle pojętego "wyrównywania szans" do mojej klasy, gdzie przyjęto zasadniczo dzieci już umiejące czytać, dodano nie te, których poziom inteligencji bez wyniesionych z domu umiejętności wskazywałby na to, że doskoczą do pozostałych, ale te z najcięższych patologii, same już od pierwszego roku mające poważne problemy ze zdolnościami poznawczymi, bez żadnych szans, żeby poradzić sobie z wymaganiami stawianymi reszcie klasy. To do współczesnych Doroty, Jarka i kilkorga innych, których imion nawet nie pamiętam, bo już na etapie nauczania początkowego repetowali klasy, skierowana jest ta niezbyt wysmakowana książka. Bo lepiej, żeby w późniejszym życiu sięgnęli po najprostsze i najkoszmarniej zilustrowane romansidło czy sensację, niż żeby mieli nie czytać w ogóle nic poza tabloidami. Bo od półanonimowych masówek zawsze można przejść do Rodziewiczówny, a dalej do Sienkiewicza, byle nauczyć się śledzić fabuły i przejmować losami bohaterów rozpisanymi na więcej niż dwie szpalty.

Oczywiście najgorszemu kiczowi okładek i ilustracji sama najchętniej wydałabym totalną wojnę, ale ministerialnej książeczce naprawdę daleko jeszcze do tego, co potrafią wyprodukować wydawnictwa zarówno specjalizujące się w różowych seriach czy masowej fantasy, jak i literaturze religijnej dla dzieci.

Po napisaniu tej notki znalazłam taki artykuł, który stanowi niezłą tragikomiczną ilustrację do szerszego problemu, którego ona dotyka.

czwartek, 10 kwietnia 2014
Drakaina czyta książki

Szanowni czytelnicy, proszę się nie lękać: nie ogłaszam powstania nowego bloga. Ale zapoznałam się ostatnio z kilkoma książkami, z czego jedna była czytana pod przymusem (tłumaczenia), a pozostałe z własnej woli, i te zupełnie różne od siebie lektury natchnęły mnie do ponarzekania sobie na pewne rzeczy, których w literaturze nie lubię. Tej tłumaczonej (czy też tłumęczonej, jak to przez przypadek nazwałam w komputerze i przyjęło się dla tego rodzaju roboty) nie będę z nazwiska i tytułu wymieniać, natomiast te czytane (choć kiedyś również tłumaczyłam jeden tom) to kryminały niejakiej Patricii Cornwell.

Teoretycznie wszystko te książki dzieli: jedna (1) czytana w trakcie tłumaczenia, pozostałe (2) dobrowolnie; jedna fantasy dla dzieci, pozostałe - ponure kryminały dla zdecydowanie dorosłych; jedną dość od początku znielubiłam, pozostałe kiedyś zdecydowanie lubiłam; jedna z fabułą prostą jak budowa cepa i to prymitywnego, pozostałe - z mnóstwem zaskakujących zwrotów akcji. Niemniej nagle odkryłam wspólny mianownik: wszystkie mnie irytują i to głównie kreacją bohaterów. A także pewnymi rozwiązaniami fabularnymi. Postanowiłam pokusić się o małe porównanie.

Sytuacja fabularna

(1) Małe królestwo jest zagrożone inwazją dużego i bardzo złego imperium. Stary król ginie na początku akcji, na tron wstępuje jego czternastoletnia córka, która następnie musi bronić tegoż królestwa przez straszliwym wrogiem, pozyskawszy uprzednio chwilami dziwacznych, ale bardzo potężnych sojuszników. Królowa toczy kolejne bitwy, długo czeka na obiecaną pomoc sprzymierzeńców, pod koniec staje do pojedynku z głównodowodzącym Złych, który to pojedynek oczywiście wygrywa, po drodze ucinając Złemu kawałek ręki.

(2) Kay Scarpetta została głównym lekarzem sądowym w stanie Wirginia po śmierci swojego poprzednika i odkąd objęła urząd boryka się z nieustannymi utrudnieniami i szykanami wobec siebie i swojego biura: prześladuje ją albo jakaś agenda rządowa, albo np. bardzo zły prawnik. Scarpetta posiada jednak sprzymierzeńców na podobnie wysokich stanowiskach, a ponadto wierną gromadkę nieco dziwacznych pomocników zatrudnionych w policji i innych służbach, którzy zawsze w końcu nadejdą jej z pomocą. Na zakończenie wielu tomów swoich przygód staje oko w oko z głównym Złym, który nastaje na jej życie.

Bohaterowie - pozytywni

(1) Po pierwsze księżniczka, potem królowa. Jest drobna i niewysoka, ale mimo to nie tylko dzielna, ale również bardzo silna i w walce dorównuje najpotężniejszym wojownikom (większość życia poświęciła na ćwiczenie walki mieczami, toporami i czym tam jeszcze; innych lekcji może wprawdzie nie lubiła, ale i tak jest świetnie wykształcona, bo uczył ją znakomity uczony z dalekich krajów); okazuje się również mądrą władczynią od pierwszego dnia. Ma ponadto Straszliwe Problemy Moralne i nieustające wrażenie, że nie ma szans wygrać wojny. Jest dobra i opiekuńcza dla swojego ludu, ale jak się do kogoś odezwie, to ciarki człowieka przechodzą: autor chyba nie zdaje sobie sprawy, że jest najzwyczajniej pod słońcem wredna, czepialska i egocentryczna. Pomimo to wszyscy ją kochają, szanują i podziwiają. Wszyscy również bez słowa akceptują, iż jej głównym doradcą (a w perspektywie dalszych tomów również mężem) zostaje o rok starszy syn leśnej wiedźmy. Niezwykle mądry i wykształcony, mimo że od dobrych kilku lat mieszka sam w leśnej jaskini. Drugim doradcą jest wspomniany uczony, który oczywiście zna się na wszystkim. Żaden z dwójki doradców nie ma doświadczenia na dworze, ale w sumie jest ono niepotrzebne, bo w dobrym królestwie nie ma intryg, więc nikt się nie czepia, że nie nadają się do swojej roli. Żołnierze małego królestwa są dzielni, waleczni i bezwzględnie uczciwi, czym nadrabiają braki w wyszkoleniu. Sojusznicy są dostojni i szlachetni, nawet jeśli czasem trochę samolubni. Ale w końcu widzą powszechne dobro w perspektywie.

(2) Kay Scarpetta jest kobietą (wielkiego) sukcesu w Typowo Męskim Świecie. Jak sama twierdzi, już w dzieciństwie była genialna i przerastała rówieśników wiedza oraz inteligencją; ponadto w wieku lat 15 postanowiła zostać lekarzem w świecie, w którym kobiety zostawały co najwyżej sekretarkami (nawiasem mówiąc, studiowała w latach '70 w USA, rzecz nie dzieje się w wiktoriańskiej Anglii). Ma stałych współpracowników: genialnego policjanta-dziwaka o manierach prostaka oraz siostrzenicę, która już w wieku dziesięciu lat jest geniuszem komputerowym, a potem, niedługo po dwudziestce, superagentką różnych kolejnych rządowych agend. Oboje ci współpracownicy mają ewidentne problemy osobowościowe i każdy normalny człowiek wywaliłby ich na zbity pysk z takiej pracy, jaką wykonują, ale wszelkie takie próby spełzają na niczym. Scarpettę otacza ponadto cały sztab podwykonawców w jej biurze: specjalistów od wszelkich możliwych dziedzin medycyny sądowej i kryminalistyki, którzy właściwie nigdy nie popełniają błędów. Są również sojusznicy w rządowych agendach i lokalnym, stanowym rządzie - najczęściej są to niezwykle przystojni mężczyźni, rzadziej twarde kobiety torujące sobie pomimo przeszkód drogę w męskim świecie. Dodajmy, że dla większości tych przystojniaków, nawet jeśli mają 20 lat, ponadczterdziestoletnia Scarpetta jest niezwykle atrakcyjna. Kochają ją i podziwiają ogólnie wszyscy, jeśli nie liczyć tego, że czarne charaktery wyjątkowo jej nienawidzą. Bohaterka przedstawia samą siebie (narracja pierwszoosobowa) jako ciepłą i wyrozumiałą dla ludzi, ale dialogi niestety temu przeczą: Kay Scarpetta jest wyjątkowo wrednym babsztylem, traktuje wszystkich z góry albo protekcjonalnie, i niestety bardzo po niej widać, że tak naprawdę jest typowo nowobogacka.

Bohaterowie - negatywni

(1) Główny Zły jest tak zły, że bardziej złym się być nie da, jest bowiem szalony i okrutny (o tym dowiadujemy się pod koniec książki, ma to być w założeniu twist), wojny prowadzi nie zważając na koszty, no i szczerze nienawidzi przede wszystkim głównej bohaterki. Największym problemem są jednak nieustanne deklaracje autora, że jest on genialnym strategiem, który nie przegrywa wojen, ma olśniewająco inteligentne pomysły, a armia kocha go jak ojca. Armia, dodajmy, jest najbardziej zdyscyplinowana na świecie i do tego jest jak legiony rzymskie pod jeszcze jednym względem: pod względem liczebności jest nieskończona. Fajnie, niech jej będzie. Tylko że jak już widzimy tę genialną i niepokonaną armię w działaniu, to nawet dziecko w przedszkolu zauważy, że jej dowódcy popełniają same taktyczne i strategiczne błędy, a legiony umieją się głównie wycofywać w szyku. Wielki głównodowodzący nie dość, że pod względem braku zmysłu taktycznego nie różni się zasadniczo od swoich podwładnych, to na dodatek nie ma cienia szacunku dla swoich oficerów, karze z wyjątkowym okrucieństwem za najmniejszą przewinę, a legiony są dla niego wyłącznie mięsem armatnim. Jednym słowem: nie sposób zrozumieć, jakim cudem utrzymał się na swoim stanowisku ponad dwadzieścia lat - armia powinna była go rozszarpać dawno temu, niezależnie od liczby wygranych bitew.

(2) Każda powieść Cornwell ma Głównego Złego, którego oczywiście nie znamy od początku, bo to w końcu kryminały z suspensem i mniej lub bardziej seryjnym mordercą w tle. Nie spotyka się tu zatem kogoś, kto po prostu jest przestępcą: nie, on musi być skrajnym psychopatą, najlepiej z rzadkim schorzeniem, żeby można go było łatwiej przyszpilić, kiedy już nadejdzie czas na ostateczny przebłysk geniuszu głównej bohaterki. Obowiązkowo jest również szpetny lub przynajmniej skrajnie nieciekawy. I do tego wszystkiego najczęściej jest geniuszem zbrodni o ponadprzeciętnym IQ, który wodzi bohaterów za nos przez kilkaset stron, ale zarazem jest szaleńcem. Na tym jednak nie koniec czarnych charakterów, bo w serii o skomplikowanej fabule Zło jest rozpisane na kilka głosów: oprócz psychopatycznych morderców (których populacja w Richmond wystarczyłaby na całą kulę ziemską) mamy tu również geniuszy zbrodni ukrytych na rozmaitych wysokich lub lukratywnych stanowiskach. O ile psychopata tygodnia tomu zaczyna czyhać na Scarpettę dopiero jak uświadomi sobie, kto jest jego głównym wrogiem wśród śledczych, o tyle ci ukryci Źli nienawidzą jej od samego początku i zazwyczaj mieszają w śledztwie, żeby jej zaszkodzić i usunąć ją z urzędu. Najczęściej są to mężczyźni nienawidzący kobiet sukcesu, ewentualnie kobiety sukcesu, które przeszły na ciemną stronę mocy.

Fabuła

(1) Fabuła jest prościutka, choć momentami trudno się w niej dopatrzeć logiki. Główną rolę odgrywa w niej stolica królestwa, która została w stu procentach ewakuowana w środku zimy, a jej ludność bez problemu została przyjęta przez znacznie mniejsze miasto w wasalnym kraiku; ten następnie nie ma również problemów z aprowizacją całej armii, która jak już doszła na tę północ, brnąc przez śniegi, to wraca na południe, żeby bronić opuszczonej sto stron wcześniej stolicy, w międzyczasie - trwającym kilka tygodni - wyszkoliwszy pospolite ruszenie na elitarną jednostkę. Natomiast wszystkie klisze opisane powyżej mają rzecz jasna swoje przyczyny: główną jest to, że dobrzy bohaterowie muszą w końcu pokonać Imperium Zła. Cóż z tego, że jego armia liczy w końcu około półtora miliona, a ich chyba poniżej sto tysięcy w porywach, cóż z tego, że Źli mają armaty i muszkiety, a także sześciometrowe piki, a Dobrzy łuki, balisty i dość nieokreślone miecze! Armaty rozwala się przy pomocy balist, a muszkieterów wystrzela z łuków, ponieważ oni zasadniczo strzelają równie celnie jak szturmowcy, nomen omen, Imperium. A potem całą tę ogromną armię wycina się w pień za pomocą gadających lampartów o futrze tak gęstym, że kule w nim grzęzną.

(2) Fabuły teoretycznie są tu mocniejszą stroną: skomplikowane, nieoczywiste, ze zwrotami akcji. Ale jak się przeczyta kilka książek, pojawia się schemat: straszliwa zbrodnia nęka miasto Richmond, Kay Scarpetta, która powinna głównie przeprowadzić sekcję i wskazać przyczynę śmierci, prowadzi śledztwo w towarzystwie swoich niedostosowanych społecznie współpracowników oraz dzięki pomocy wysoko postawionych przyjaciół, którzy biorą się dość z powietrza. Na dodatek czasami konkretne rozwiązania wołają o pomstę do nieba: dzielna ekipa zakłada nagle (słusznie), że być przestępca wybiera swoje ofiary nie po wyglądzie, ale po głosie. Mają dane dotyczące dwóch zamordowanych kobiet, ale nikt nie pofatyguje się sprawdzić pozostałych przypadków. Albo: ofiara znana jest z wzywania policji w obawie o swoje życie, ale nigdy nie poda żadnych szczegółów stalkingu, ba, policja może spokojnie podejrzewać, że są to konfabulacje. Ale wystarczy jedno stwierdzenie Scarpetty, że ofiara zawsze dzwoniła po otrzymaniu (niczym w materiale dowodowym niepotwierdzonych) gróźb, i wszyscy przyjmują tę wersję, do której uprzednio byli nastawieni sceptycznie.

Prawdopodobieństwo, motywacje i sprawy pokrewne

(1) Trochę już było przy okazji fabuły. Dodajmy do tego łatwość, z jaką główna bohaterka przekonuje różne magiczne istoty, które zasadniczo albo nie lubią ludzi, albo nigdy wcześniej ich nie widziały, do udzielenia jej pomocy w wojnie. Po prostu jedzie do kolejnych krajów, rozmawia z odpowiednim władcą i już. Z kolei kiedy po drugiej stronie zdarzy się ktoś, kto wydaje się myśleć i nie być zwolennikiem twardej imperialnej linii, nic z takiego wątku nie wynika. Do tego mało prawdopodobne postacie: drobniutka dziewczyna wymachująca regularnym toporem bojowym lepiej od weteranów, wielce wykształcony (również w tamtejszej łacinie, bo Imperium Zła jest wzorowane na Rzymie) chłopak wychowany w lesie bez książek, wreszcie przemądre i prastare, i mówiące językiem dobrego małego królestwa (a nie na przykład po łacinie), i majestatyczne... kiciusie. No bo jak inaczej określić te wielkie śnieżne lamparty, do których w bitwie tuli się bohaterka? Jest w niej również wątek eko i new-age: nasze dobre królestwo nigdy nie walczy inaczej niż w obronie własnej, korzysta z natury tyle ile potrzebuje, i oddaje spory kawał swoich ziem legendarnym władcom dzikich puszcz. Są też wilkołaki i wampiry i paradoksalnie miałyby one szanse być najciekawsze, bo przynajmniej parę drobiazgów z nimi związanych ma jakiś tam sens.

(2) Pomijając nagromadzenie potwornych zbrodni w Richmond, Wirginia, pomijając wszystkoizm głównej bohaterki oraz przymykanie przez służby mundurowe oczu na nieustanną niesubordynację jej głównych pomagierów, irytujący jest też czarno-biały obraz świata, w którym na dodatek chyba dość bezwiednie mamy przekonanie, że dobro jest piękne, a zło brzydkie. I że światem oraz zachowaniem ludzi rządzą proste związki przyczynowo-skutkowe. Otyły chłopak, który kiedyś zbłaźnił się przed ulubioną pisarką, zostaje bezwzględnym prawnikiem, który pod płaszczykiem reprezentowania pisarzy i innych artystów, tak naprawdę ich niszczy. Do tego mnożenie elementów, które mają przedstawiać złych w świetle tak złym, że bardziej się nie da. Jakby było mało, że psychopata cierpi na najrzadszą odmianę bardzo rzadkiej choroby genetycznej, to jeszcze musi on być odrzuconym i trzymanym w piwnicy dzieckiem niezwykle bogatej rodziny, która nie dość, że trzęsie niezwykle potężnym międzynarodowym kartelem, to na dodatek od średniowiecza mieszka w ponurej rezydencji na Wyspie św. Ludwika w Paryżu. Poza tym po złej stronie są wyłącznie źli: nie ma skruszonych, nie ma takich, którzy chcą pomóc. Scarpetta jest jak szeryf w klasycznym westernie: może co najwyżej liczyć na wiernych druhów, których źli będą usiłowali usunąć.

Deklaratywność

Wyróżniłam to, nie dzieląc już na punkty. O deklaratywności w (1) wspomniałam przy okazji czarnych charakterów: mamy wyłącznie słowo autora na to, że Główny Zły jest militarnym geniuszem, a na dodatek wszystko, co robi, zdaje się bardzo wyraźnie przeczyć temu przekonaniu, do tego stopnia, że mam wrażenie, iż autorowi udało się to wmówić głównie temuż bohaterowi, który w związku z tym jest nieco zaskoczony, że na koniec autor kazał mu wojnę przegrać, w dodatku wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu. Deklaratywność w (2) polega głównie na tym, że bohaterka, snująca swoją pierwszoosobową narrację, mówi nam na przykład o swoich wyrafinowanych gustach zarówno kulturalnych jak i gastronomicznych. Niestety chodzi po prostu "do opery", a gotuje głównie pizzę i spaghetti i to takie, z którym nawet ja bym sobie poradziła (a N świadkiem, że miewam problemy z odgrzaniem pierogów). Deklaratywność dotyczy również często charakterów postaci (w obu przypadkach zresztą): czytamy dużo o tym, jacy różni bohaterowie są ciepli i dobrzy, ale z dialogów i działań nijak to nie wynika... Specyficznym rodzajem deklaratywności jest też coś, co bym nazwała "brakiem konsekwencji" i nie chodzi mi tu o absurdy fabularne. Chodzi mi o to, że obie bohaterki nie odczuwają konsekwencji tego, co przeżywają. Czternastoletnia królowa (1) widziała wojnę w jej wyjątkowo okrutnym wydaniu (tak nam się w każdym razie mówi), straciła sporo bliskich, odbyła podróż na biegun w poszukiwaniu sojuszników, a jej ukochany omal nie umarł - ale nie  niedługo po odniesionym zwycięstwie jest znów wesołą i beztroską dziewczyną, która nie może się doczekać przybycia na święta króla śnieżnych panter, który będzie przy kominku opowiadał o wojnach z trollami. Kay Scarpetta (2) nie dość, że zawodowo styka się z najstraszliwszymi zbrodniami i na co dzień przeprowadza najtrudniejsze autopsje, nie dość, że jej ukochana siostrzenica (ta genialna) non stop pakuje się w kłopoty, to jeszcze na dodatek zazwyczaj znajduje się na celowniku psychopaty, nie mówiąc już o prześladowaniach ze strony wszelkich nieuczciwych lokalnych polityków, ale w zasadzie nie potrzebuje pomocy psychologa, radośnie oddaje się kolejnym romansom, gotowaniu spaghetti i utrzymywaniu w nieskazitelnym stanie swojego eleganckiego domu na przedmieściu.

Wszystkie złe książki świata?

Może aż tak źle nie jest. A może jest źle, ale to nijak nie wpływa na poczytność, ba, nawet na przyjemność czerpaną z lektury? Numer (2) to bardzo popularna seria, co więcej - te powieści naprawdę wciągają i ma się ochotę je doczytać do końca. Numerowi (1) wróżę wielki sukces u docelowego czytelnika (młodsi nastolatkowie), którym ja chyba nigdy nie byłam, nawet w odpowiednim wieku metrykalnym. Pal diabli, że w wieku tych około 11 lat przeczytałam "Egipcjanina Sinuhe" Waltariego, "Diunę" Herberta i "Józefa i jego braci" Manna - wszystko to były książki podebrane Rodzicom, jak już wyczytałam do końca własne zapasy na wakacjach. Ważniejsze jest chyba to, że nigdy nie zachwyciłam się Narnią, której fabuła wydała mi się prostacka, a bohaterowie nudni. A (1) ma wiele narniowatych cech, z zacięciem new-age'owym zamiast chrześcijańskiego. To, że nadal czytam (2) wynika zapewne z tego, że mam specyficzny rodzaj choroby dennej: bardzo rzadko zdarza mi się zostawić nieobejrzany do końca film czy serial albo niedoczytaną książkę. Dzieje się tak zazwyczaj wtedy, kiedy coś poważnego przerwie mi oglądanie lub lekturę, a następnie dojdę do wniosku, że nie ciągnie mnie do powrotu. Ale i tak czasem wracam...

Poza tym w obu przypadkach znam gorsze książki. Kiedyś razem z N znęcałyśmy się nad nimi (oraz nad złymi tłumaczeniami) na specjalnej stronie, która wówczas dość szybko zdechła, potem przeniosła się na równie zdechły blog, bo trochę wyprzedziłyśmy epokę: moda na podobne krytyczne podejście podobno nadeszła niedawno. Znam również gorsze książki z własnej praktyki przekładowej - tłumaczyłam na przykład marne klony "Zmierzchu", gdzie do wszystkiego, co opisałam powyżej dochodzi jeszcze absolutnie nieznośny poziom sentymentalizmu i wzniosłości.

Niemniej uznałam liczbę analogii pomiędzy książkami znajdującymi się teoretycznie na dwóch czytelniczych biegunach za na tyle zabawną, żeby sobie to opisać. Zwerbalizować, co mnie w nich irytuje. I ten ostatni punkt, deklaratywność, jest chyba najważniejszy. Nie chodzi mi nawet o to, co wielu recenzentom na Goodreads: że pewne rzeczy są opisywane, a nie pokazywane w działaniu. Chodzi mi raczej o tę ewidentną nieświadomość pisarzy, że ich wychuchane i ukochane postacie są zupełnie inne, niż im się wydaje. I o to, że dbałość o szczegół nie oznacza (2) bardzo dokładnych opisów. Szczegół ma mieć jeszcze jakieś znaczenie. A wydarzenia muszą kształtować bohaterów - nie wystarczy, żeby były wspomnieniami w kolejnym tomie ((1) to też seria).

Pozwolę sobie na przywołanie jednej z moich ulubionych scen z książki, którą kocham, mimo że jest de facto pastiszem fantasy, z niemalże otwarcie deklarowanymi cechami gatunku: typowymi postaciami o przypisanych rolach w fabule, z akcją, która dosłownie prowadzi bohaterów po mapie całego znanego świata. Jest to "Belgariada" Davida Eddingsa. W czwartym tomie jest taki epizod, kiedy żyjąca na bagnach wiedźma prosi potężnego czarodzieja o obdarowanie darem mowy inteligentnych zwierzątek, które są jej jedynymi towarzyszami. Jest to jej cena za "odczarowanie" bagien, żeby bohaterowie zdołali się z nich wydostać. Epizod ten skupia się na dyskusji o konsekwencjach tak poważnej ingerencji w inteligencję, postrzeganie świata i w sumie istotę owych stworzeń. Odebrania im niewinności. Kiedy bohaterowie odchodzą, czytelnik widzi, że coś tam się już zaczęło zmieniać, kiedy fenlingi nieporadnie wymawiają pierwsze słowa, które znają ze słyszenia (żyły w towarzystwie wiedźmy). I to jest taki właśnie dodbany drobiazg. Nie przywołuję go na darmo ani przypadkiem: w (1) mamy mówiące koty. Tysiące lat minęły, odkąd jakieś niezbyt jasno określone najwyższe bóstwo obdarzyło je mową (ewidentnie od razu artykułowaną i to w języku małego królestwa głównej bohaterki), ponieważ uznało je za podobną koronę stworzenia jak człowieka. Po tych tysiącach lat koty są nadal kotami, a ich jedyną zdobyczą cywilizacyjną jest dość specyficzny parlamentaryzm, w którym zgromadzenie głosuje przez aklamację (a raczej ryczenie), a król i tak właściwie narzuca mu swoją wolę. Na właśnie takie rozwiązania literackie wyrażam zdecydowaną niezgodę.

Fontainebleau

czwartek, 03 kwietnia 2014
Drakaina ogląda obrazki

Już jakiś czas temu zauważyłam, że bardzo często w rozmowach o sztuce z rodziną i znajomymi powtarza się podobny schemat: mówimy o jakimś dziele, a konkretnie czymś, co powszechnie uważane jest za arcydzieło, a ja czuję (i czasem mówię), że to wszystko prawda, ale do mnie to dzieło nie trafia. Nawet nie "nie zachwyca", bo pod wieloma względami nawet i zachwyca: kompozycją, mistrzostwem techniki, pomysłowością, kolorami, czy po prostu trudnym do ujęcia w słowa pięknem. Ale to rozgrywa się na poziomie, powiedzmy, racjonalnym. Moje doświadczenie ze sztuką i jakaś tam jej znajomość podpowiadają mi, że to jest dobre, nawet wybitne. Najmniej ważne jest tu powszechne uznanie za arcydzieło, ważniejsza rzeczywiście obiektywna ocena. Świetnie namalowane, pełne ekspresji, nowatorskie, znakomite. I tyle. Mogę to wszystko stwierdzić i z doskonałą obojętnością pójść dalej.

Tak miałam na przykład z dwoma arcydziełami zdobionej architektury, że się tak wyrażę. Z Kaplicą Sykstyńską i Sainte Chapelle w Paryżu (zdjęcie w poprzedniej notce). Tę drugą podsumowałam na fejsbuku "weszłam, ładne, wyszłam". Trochę to było prowokacyjne, oczywiście, bo to rzecz jasna jest dużo powyżej ładnego, to jest bardzo piękne. Ale nie wywołało we mnie potrzeby spędzenia tam więcej czasu, kontemplacji, zastanawiania się nad symboliką i znaczeniami (uprzedzając argument strony przeciwnej: to nie jest tylko tak, że symbolika religijna mnie nie rusza i mało interesuje, to jest również tak, że tego jest tam za dużo, pod tym względem po prostu mnie przytłacza), a nawet nad grą kolorów. Podziwiam kunszt witrażystów, którzy w epoce, kiedy większość katedr na jakimś etapie budowy waliło się lub groziło zawaleniem z powodu niewłaściwych rozwiązań konstrukcyjnych, byli w stanie stworzyć wysokie na kilka metrów okna z witrażami. Jakoś z gotyckich witraży zawsze estetycznie najbardziej podobają mi się abstrakcyjne rozety, ale to też nieistotne. Cieszę się, że to zobaczyłam, jeśli znów trafię tak, że nie będzie kolejki a ja będę miała zbiorowy bilet na wiele zabytków, no i kiedy skończy się całkowicie remont, może nawet pójdę tam jeszcze raz. Ale jeśli nie zrobię tego przez najbliższe dziesięć lat, nie będę płakać.

Do Sykstyny szybko natomiast na pewno nie pójdę, ale temu winna jest po części koszmarna organizacja Muzeów Watykańskich (pisałam już o tym), sprawiająca, że aby tam dotrzeć, trzeba stracić ponad pół godziny na przejście absolutnie nieciekawych sal m.in. z prezentami dla papieży, a po części przesadna sława samej kaplicy (tłum i ścisk) oraz katarynka powtarzająca, że należy być cicho, nie wolno fotografować i coś tam jeszcze. To nie jest atmosfera do oglądania sztuki, a Michał Anioł do tego stopnia nie jest moim ulubionym artystą, że obejrzenie jego arcydzieła dwa razy (w dzieciństwie i niedawno) powinno mi wystarczyć. Wiem, jakie to jest duże, wiem mniej więcej jaką ma perspektywę (choć zapoznanie się z tym akurat tłum utrudnia), wiem, że lubię tam raczej szczegóły niż całość, a te mogę równie dobrze oglądać na dobrych reprodukcjach.

W szerszej perspektywie podobnie mam po pierwsze ze sztuką bizantyjską i pochodnymi. Bardzo mi się podobają chociażby mozaiki w Rawennie (tu akurat najbardziej lubię stylistycznie rzymskie Mauzoleum Galii Placydii, ale zaraz po nich te portrety Teodory i Justyniana z dużych tesser), podoba mi się czysto estetycznie mnóstwo ikon, w tym Rublow, ale znowu - nie mam potrzeby się w to wszystko zagłębiać poza sferę estetyki. Po drugie mam tak z impresjonizmem, gdzie z kolei najbardziej lubię te obrazy, które są całkowicie dekoracyjne, jak kolejne odsłony nenufarów Moneta. Lubię je mniej więcej tak samo jak secesyjne cuda Muchy czy Klimta, choć niektóre rzeczy tego ostatniego i tak intrygują mnie najbardziej z wszystkiego tego, co lubię głównie estetycznie, bo jednak czasem jego interpretacje postaci mitologicznych są niebanalne.

Bywa też de facto na odwrót: dzieła, które teoretycznie nigdy mnie nie porywały samym "wyglądem", zaczęły mnie niezwykle fascynować, bo mają mi coś do powiedzenia, ba, czasami wręcz jest tak, że odkrywam w nich coraz to nowe pokłady znaczeń. Tak się dość niespodziewanie (powody naukowe, konieczność zapoznania się z kontekstem) stało np. z francuskim neoklasycyzmem, który jeszcze jakoś tak dwa lata temu wydawał mi się aż śmieszny w swojej malarskiej dosłowności, a potem nie dość, że nagle zauważyłam, jakie to są genialne kompozycje, to na dodatek okazało się, że intrygują mnie historie z nimi związane i zaczynam w nich dostrzegać coraz to nowe ciekawe aspekty.

Zupełnie odrębny rozdział w moich lubieniach i nielubieniach sztuki zajmuje abstrakcja. Wprawdzie wiem, że krytykom zdarza się próbować przypisywać jej najróżniejsze znaczenia i podteksty, ale dla mnie pozostaje bardziej lub mniej mi się podobającą kompozycją barw i kształtów, które z założenia (mojego, bo może artysty i krytyka nie) nie mają nic do mnie mówić, ale po prostu się podobać. Teoretycznie podobne jest z tym, co mi się najbardziej podoba u impresjonistów oraz artystów z kręgu art nouveau czy secesji, ale zwłaszcza impresjonizm jest tak opatrzony i do znudzenia ograny na wszelkich możliwych popularnych gadżetach, że chwilami sama już nie wiem, czy mi się jeszcze podoba, czy męczy. Podobnie zresztą jest np. z Salvadorem Dalim, a także z Rafaelem, nie mówiąc już o Murillu - kiedy sztuka trafia do takiego nijakiego obiegu, bardzo trudno jest mi ją postrzegać w jej pierwotnym kontekście i w oderwaniu od znużenia jej wszechobecnością.

Surrealiści zresztą to jeszcze osobny problem, a Dalí nigdy nie należał do moich ulubieńców, może po części dlatego, że został spospolitowany w sposób jeszcze bardziej okrutny niż ozdabianie zeszytów, piórników i innych gadżetów życia codziennego: jego styl posłużył za wzór tłumowi potwornych ilustratorów książek fantasy. Nawiasem mówiąc, w surrealizmie najbardziej lubię nastrój tajemniczości, a Dalí wydaje mi się pod tym względem przedumany i czasami zbyt oczywisty. 

Po prawdzie jakkolwiek jest to wpis z cyklu Confiteor, dość celowo nie wymieniam tu zbyt wielu nazwisk, nie ilustruję też tekstu kolejnymi obrazkami, choć kusiło mnie (i może to kiedyś wyedytuję). Powód jest trywialny: ta notka jest zapowiedzią czy też reklamą kolejnego (tak, kolejnego, jakoś to będę się starała ogarniać) blogowego projektu czyli spin-offu, gdzie te obrazki i nazwiska się pojawią. Albowiem podobnie jak w przypadku opery chciałam tu zrobić sobie cykl o obrazkach, tych lubianych i tych niekoniecznie. I nagle przypomniałam sobie, że cykli tu zapowiedzianych w zasadzie nigdy nie realizuję: zawsze pojawi się na przykład coś aktualnego. Miałam pisać o tłumaczeniach poezji i co? Nic. Jakoś nie mogę się do tego zabrać, choć wiem, co chciałabym o tym napisać (no dobra, jedno napisałam do druku w Poważnym Czasopiśmie, więc się poniekąd spaliło jako temat).

Natomiast osobny blog, jeśli się na nim nic nie pisze, staje się wyrzutem sumienia i prowokuje do tego, żeby go choćby raz na miesiąc uzupełnić. A zatem tak jak opera zrodziła Wariacje operowe, tak postanowiłam dać sztuce wypączkować własny blog. Długo się zastanawiałam nad jego nazwą i w końcu po odrzuceniu różnych Sztuka i ja oraz Evviva l'arte stanęło na prostym Drakaina ogląda obrazki, ponieważ podobnie jak o operze chcę tam pisać w dużej mierze subiektywnie. Mogę jeszcze dodać jedno: kiedy robiłam (równolegle ze sporym towarzystwem) galerię ulubionych obrazów na fejsbuku, ranking w sensie liczbowym wygrali Jacques-Louis David oraz wspólnie surrealiści ze szczególną przewagą Paula Delvaux i René Magritte'a. Postaram się nie zdominować ich twórczością nowego projektu ;)

Drakaina ogląda obrazki

PS. Wpis programowy na obrazkach już opublikowany.

środa, 02 kwietnia 2014
Odszedł Mistrz

Dość okrężną drogą dowiedziałam się, że dziś (kalendarzowo wczoraj, ale dla mnie "dziś" jest do pójścia spać) zmarł Jacques Le Goff. Nie doniosły o tym w sposób wyraźnie widoczny polskie portale, choć ostatnio kilkakrotnie zdarzało się, że śmierć pomniejszego amerykańskiego aktora, którego nazwisko widziałam przy tej okazji po raz pierwszy, trafiała na ich czołówki jako wiadomość dnia. Oczywiście, koło fortuny i w śmierci wszyscy są równi, ale jakoś tak przykro mi się zrobiło, że na to, żeby się przekonać, że jednak jakaś tam noteczka (z rozdzielnika PAP) była, musiałam wpisywać nazwisko w wyszukiwarki portali informacyjnych. Żaden dziennikarz "opiniotwórczych" mediów nie uznał odejścia jednego z najwybitniejszych historyków wszech czasów za informację zasługującą na coś więcej niż przedrukowanie depeszy agencji prasowej.

Dla mnie osobiście Le Goff był bardzo ważny, bo poprzez swoje książki (a zwłaszcza "Kulturę średniowiecznej Europy") należał do tych, którzy przekonali mnie na powrót, że historia nie tylko jest ciekawa, ale może też być interesująco i wciągająco opowiadana. I stało się to w czasach, kiedy z młodzieńczej i związanej głównie z zamiłowaniem do fantasy oraz legend arturiańskich fascynacji średniowieczem wyrosłam. Po tę książkę sięgnęłam jako po lekturę na studiach, zakładając, że jakoś muszę również przez to przebrnąć. I nagle zrozumiałam, że między umownym rokiem 476 - "końcem starożytności" a "odrodzeniem karolińskim" zachodziły jakieś procesy społeczne, gospodarcze i polityczne, że ślady cywilizacji klasycznej po prostu powoli obumierały i popadały w ruinę, bo nie miał z nich kto korzystać - a te, które dało się zaadaptować do nowych warunków, zostały wchłonięte przez powoli podnoszące się z cywilizacyjnego upadku i wzrastające znów liczebnie społeczeństwa.

A przede wszystkim miałam w ręku książkę, która nie popadła w żadną z dwóch skrajności: ani nie widziała w średniowieczu wyłącznie wieków ciemnoty i zacofania, ale śledziła wszelkie przejawy ludzkiej pomysłowości i błyskotliwości oraz przemiany kulturowe w ich szerokim kontekście, ani też nie gloryfikowała religijnego wymiaru tej epoki. W nauce, która jak mało która jest podatna na podszepty subiektywizmu i osobistych sympatii/antypatii, Le Goff potrafił być tak obiektywny (czyli podchodzić z szacunkiem do źródeł), jak to tylko możliwe. Zawdzięczam mu nie tylko poznanie konkretnych aspektów jednej epoki, ale także kawał warsztatu.

A w przyszłym roku jadę na stypendium na uczelnię, w której przez lata wykładał.

Sainte Chapelle, Paryż

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright