czwartek, 20 kwietnia 2017
Książę Pepi a sprawa pomnikowa

- Jesteśmy realistami. Wiemy, że tam [przed Pałacem Prezydenckim - red.] nie ma na nie miejsca - mówi w "Rzeczpospolitej" poseł PiS i były kandydat na prezydenta stolicy Jacek Sasin. - Choć można sobie wyobrazić przeniesienie pomnika Księcia Poniatowskiego - dodał polityk. 

Taką informacje przeczytałam dziś w gazecie. Równo rok i dwa miesiące temu napisałam pewien wpis w związku z wypowiedzią jakiegoś innego polityka. Z wpisu tamtego niniejszym przytaczam istotne dla nowego kontekstu fragmenty. Pod rozwagę tym, którzy chcą Księcia Pepiego przenosić. Bo to ma specyficzne konotacje historyczne.

DZIEJE JEDNEGO POMNIKA (20 lutego 2016)

(...)

Thorvaldsenowski pomnik Księcia Józefa nie miał szczęścia do tego miejsca, dla którego został oryginalnie zaprojektowany. Najpierw w ogóle nie spodobał się Polakom, bo nie był dość patriotyczny, a za bardzo symboliczny, no bo co to za pomysł przedstawiać bohatera narodowego w stroju rzymskim? Niemniej prace nad jego powstaniem podjęto w roku 1832 i pod Pałacem postawić zamierzano. Tyle że w 1834 roku, na fali represji po powstaniu listopadowym, car Mikołaj I cofnął pozwolenie wydane przez swojego brata, Aleksandra I (którego Poniatowski był bezpośrednim wojennym przeciwnikiem!), na budowę pomnika. Na miejscu przeznaczonym pierwotnie dla księcia Józefa stanął wkrótce pomnik Iwana Paskiewicza, znienawidzonego namiestnika Królestwa Polskiego, w latach 1830/31 głównego odpowiedzialnego za stłumienie powstania, a następnie zasłużonego również w krwawej rozprawie z węgierską Wiosną Ludów.

Sam odlany już według projektu Thorvaldsena pomnik został zresztą Paskiewiczowi podarowany przez cara i to akurat jest zabawne, bo zapewne dzięki rzymskiemu kostiumowi zinterpretowano go w pewnym momencie jako posąg Stanisława Augusta Poniatowskiego, a nie jego bratanka, dzięki czemu ocalał przed przetopieniem. Po I wojnie wrócił wprawdzie do Polski, ale na swoim oryginalnym miejscu przeznaczenia przed Pałacem Namiestnikowskim nie stanął, a na dodatek w 1944 został wysadzony przez Niemców na mocy specjalnego rozkazu. (Warto dodać, że w okresie międzywojennym po kilku przymiarkach do innych miejsc stanął ostatecznie na Placu Saskim, przy pomniku Nieznanego Żołnierza, co skądinąd było - symbolicznie - całkiem ładne, bo idea - symbolicznych - grobów/pomników wszystkich uczestników wojen była francuska, a pomnik polskiego marszałka Francji odsłonił w 1923 francuski marszałek  Polski, Ferdynand Foch.) Stojący obecnie przed Pałacem Prezydenckim posąg to nowoczesna kopia oryginału, który zachował się w Muzeum Thorvaldsena w Kopenhadze i według którego wykonany został pomnik postawiony w Warszawie w roku 1832.

Nie jestem zatem przekonana, czy symboliczny wymiar przenoszenia czy też innej formy postponowania pomnika Księcia Józefa, nie mówiąc już o stawianiu na jego miejscu pomników innych osób, jest tym, w który chciałby się wpisać minister. Habent sua fata monumenta, miewa swoje dzieje również wymiar symboliczny.

(...)

Warszawa 10.12.2014

Save

Save

Scenarzysta kule nosi (Belle epoque 10)

Zastrzelili. Nie arcyksięcia, nie. Jeszcze nie. Również niestety nie Weronikę (już nawet nie westchnę cichutko, że była taka wspaniała szansa na odstrzelenie tej postaci). W sumie to nawet trzy osoby chyba odstrzelili, bo jak na złość, kiedy nagrywarka nie działa, to mamy z N rozbieżność zdań co do tego, kogo operator pokazał nam w ostatnim kadrze: głównego bohatera czy też Iwanowa przez Pfg zwanego Człowiekiem bez Kapelusza, a który jako żywo wyskoczył z testamentu Misi jako ten nie przymierzając królik z kapelusza.

Tak. To by mogło być w sumie na tyle w kwestii tego odcinka, bo na ten poziom fabularnego bełkotu nie wspiął się jeszcze żaden z poprzednich. Ale zaciśnijmy zęby i jednak spróbujmy jakoś się z nim rozprawić w kontekście całości. Nie będzie łatwo, o nie.

Konstancja. Miałam nadzieję, że ją odstrzelą. Podczas ślubu. Wtedy mielibyśmy głównego bohatera ślubującego vendetta, tremenda vendetta w drugim sezonie. Postać policjanta, który zrywa sie z uwięzi, bo ma własną sprawę do wyśledzenia i własnych złoli do ukarania, jest może niespecjalnie oryginalna, ale posiada potencjał. Ale Konstancja właściwie okazała się po prostu patologiczną kłamczuchą, a scenarzyści chyba pogubili się w jej kłamstwach, że o aktorce, która kompletnie pogubiła się w tej roli nie wspomnę (o co jestem skłonna obwiniać reżysera, bo to jednak zasadniczo dobra aktorka). Ewentualnie Konstancja cierpi na osobowość wielokrotną i mamy jakąś marną podróbkę Memento. Wątek jej ślubu z Iwanowem sporo obiecywał, ale Iwanowa chyba zastrzeliła na dobre (bo w śmierć głównego bohatera niestety nie uwierzę, że nie czytałam bowiem, jakoby Małaszyńskiego zamierzał zatrudnić Hollywood, HBO czy choćby BBC, co skłoniłoby go do rezygnacji z roli, a scenarzystów zmusiło do zabicia postaci).

Mila. Pragnę przypomnieć scenarzystom (i charakteryzatorom), że Mila jest prostytutką. Przeczystą, ale jednak prostytutką. W hotelu z tych może nie najpodlejszych, ale jednak o cechach burdelu z wyszynkiem i z pokojami na godziny. W związku z czym nawet solidnie podbite jedno oko nie powinno być dla niej taką traumą, że najpierw straciła przytomność, a potem nie chciała, żeby ukochany ją w takim stanie oglądał. Prostytutka jej klasy do takich zachowań klientów raczej była przyzwyczajona i naprawdę musiałaby być znacznie bardziej pokiereszowana, żeby robić aż takie mecyje. Prawdę mówiąc, jak kilka lat temu oberwałam podczas upadku z konia strzemieniem w plus minus oko, to wyglądałam znacznie gorzej niż ona tak straszliwie pobita. A wszystko po to, żeby Henryk mógł się jej prawie że oświadczyć, co ona zresztą przyjmuje z taką łatwością, że ma się wrażenie, że w tym burdelu to ona tak od godziny i przez przypadek.

Komisarz Jellinek. Olaf Lubaszenko po raz kolejny i to w wielkim stylu udowodnił, że jest jedynym aktorem z prawdziwego zdarzenia w stałej obsadzie (tyrada w pierwszej tercji odcinka - średnio napisana, ale za to powiedziana!). Poza tym scenarzyści zapomnieli, że kilka odcinków temu postanowili dodać tej postaci nieco życia i biografii - nieszczęsny komisarz wrócił do roli miejscowego biurokratycznego idioty. Nagrodę dnia otrzymuje jego przenikliwość w kwestii Iwanowa, który miał szybko do Krakowa nie wrócić, a tymczasem pojawił się już dwa miesiące później na ślubie swojej żony.

Pozostałe postacie oraz związane z nimi aktorstwo pozostały tam, gdzie były, więc nie będę się nad nimi rozczulać.

Wątek polityczny. Nie dość, że wprowadzony znienacka, to jeszcze na dodatek stojący na głowie. Pomijam już fakt, że w gąszczu powiązań między postaciami można się nie tyle zgubić, ile zaplątać. Ten wątek przede wszystkim nie ma sensu, bo z dzisiejszych rewelacji wynika, że Konstancja od początku wiedziała, kto zabił Lucjana. Można by też mniemać, że to dzielny główny bohater jest jakimś super hiper szpiegiem albo co najmniej przywódcą rewolucji, ponieważ całe polityczne knowanie zdaje się mieć jego właśnie w samym centrum, co nijak nie wynika z żadnej innej przesłanki w scenariuszu.

Ach, jeszcze w kwestii jednej z postaci poległych. Zaczynam mieć podejrzenie, że podmieniona czaszka została po wygotowaniu podrzucona Tardis czy inną maszyną czasu do grobu Lucjana, a w rzeczywistości jest czaszką demonicznego antykwariusza, ponieważ mam wrażenie, że zgadzają się obrażenia. A może to on sam podmienił czaszki? Na miejscu Weroniki zbadałabym, czy czaszka antykwariusza na pewno należy do niego. Weronika (...) na pewno ma jakiś sposób na to, żeby taki banalny fakt ustalić, wierzę pod tym względem w scenarzystów.

A do tych ostatnich mam jedną podstawową uwagę. Otóż widz na koniec sezonu potrzebuje oczywiście cliffhangera, który sprawi, że zacznie oglądać sezon drugi. (Ja osobiście wolałabym, żeby zginął główny bohater, a Iwanow przeżył, bo miał większy potencjał stania się interesującą postacią, ale wiem, że tak nie będzie.) Niemniej widz potrzebuje również nagrody w postaci sensownego rozwiązania choćby jednego wątku. Tu nie dostaliśmy nic takiego. Bo że Lucjana zabił ktoś inny, wiedzieliśmy od początku. Wątek Ochrany i narodników rozłazi się w szwach tak, że o jakimkolwiek osiągniętym przezeń punkcie dojścia nie można mówić. Czaszka i cała sprawa podmiany zwłok oraz pistoletów została zapomniana i zapewne już nie wróci, bo wszyscy, którzy mogliby tu coś powiedzieć, nie żyją.

No chyba że demoniczny antykwariusz okaże się Time Lordem albo innym demonem (ktoś pamięta naprawdę demonicznego chyba właśnie antykwariusza z Torchwood?) i wróci triumfalnie, żeby nam wszystko opowiedzieć.

Nawiasem mówiąc, N zauważyła dziś słusznie, że Krakowa to w tym serialu nie było. Nie wystąpiła w nim, choćby wspomniana, żadna ważna czy znana postać epoki, a, powiedzmy sobie, było ich sporo. Ten serial mógłby się dziać gdziekolwiek, zwłaszcza w "generic fantasylandzie", tak bardzo nie jest osadzony w konkretnym miejscu i czasie. A ja w następnym recenzenckim odcinku napiszę o czymś, co dzieje się w belle epoque i jest bardzo piękne. Oraz w przeciwieństwie do naszego ulubionego serialu naprawdę drobiazgowo odtwarza Kraków fin de siècle'u i jego atmosferę. Udowadniając, że się da.



czwartek, 13 kwietnia 2017
Rośnij, lulku, wysoko (Belle epoque 9)

Pani zabiła pana. Bo go miała dość. A prostytutki to uciśniona szlachetność (nie wiem, czy jest dużo motywów, na które mam podobną alergię). W zasadzie tyle można powiedzieć o fabule przedostatniego odcinka Naszego Ulubionego Serialu. Pani pana zabiła lulkiem czarnym hodowanym wśród zielistek i paprotek, prostytutkę usiłując w to podle wrobić. Nie wiem, jakim cudem Weronika (czy ktoś może odstrzelić tę postać?) nie zorientowała się natychmiast w kwestii lulka, bo my się zorientowałyśmy. W sumie przez cały odcinek powtarzałyśmy na zmianę "lulek" i "ochrana", albowiem ta druga wyrosła przed naszymi oczami równie niespodzianie jak lulek w cieplarni pani sędziowej.

Twisty są dobre. Twisty są nawet bardzo dobre. Ale od twistów szczęka widzowi powinna opadać z podziwu, a nie zażenowania. Twisty albowiem powinny być takie, żeby ex post czytelnik lub widz dostrzegał ślady do tych twistów prowadzące, aczkolwiek w pierwszym momencie nieoczywiste. Tymczasem nieistniejąca tak naprawdę na ekranie i w historii Misia, która nagle okazuje się agentką rosyjską, jest niekupowalna. Podobnie jak nagła przemiana demonicznego antykwariusza w pomocnika rosyjskich rewolucjonistów.

Naprawdę czuję się bezradna wobec bezmiaru nieudolności w tworzeniu wiarygodnych historii przez scenarzystów tego serialu. Nie wiem, na czym to polega, oprócz fatalnego aktorstwa, że nie jestem w stanie ani się przejąć losem którejkolwiek z postaci, ani się z nią choćby śladowo identyfikować, albo choćby być zainteresowana motywami czy perspektywami. Może częściowo polega to na tym, że postacie są niekonsekwentne albo też po prostu niekonsekwentnie prowadzone i pokazywane. Twisty, jak już mówiłam, są dobre. Ale twisty muszą mieć zahaczenie w historii postaci albo przynajmniej jej charakterystyce. To nie jest serial eksperymentalny, gdzie każdy trop ma być odwrócony, ale serial gatunkowy, gdzie tropy mają grać wedle pewnych reguł.

Tak, antykwariusz miał być postacią tajemniczą. Ale nic, nic, nic i jeszcze raz nic w nim, w tym jak został wykreowany, nie pasuje do tego, czym się okazał. Cała historia wielokąta Konstancja-Misia-Lucjan-Jan-antykwariusz-Iwanow i kto tam jeszcze nie ma sensu z tym dodanym naprędce (a w każdym razie takie wrażenie sprawiającym) wątkiem politycznym. Nie wytrzymuje brzytwy Ockhama. O coś jest tam za dużo. A może za mało. A może jedno i drugie na raz. Za dużo nawymyślane, za mało działa? Za dużo wątków, za mało motywacji? Za dużo rozwiązań w rodzaju "bo scenarzysta tak chciał i napisał", za mało działania bohaterów?

A z fabularnych konkretów: Po co (i jak?) ta podmieniana czaszka na przykład? Po co podstawione czy też zniszczone pistolety? Wątpię, czy ostatni odcinek przyniesie odpowiedzi na te pytania.

Na dodatek mam ponure wrażenie, że ktoś (ochrana) zabije Konstancję przed ślubem, żeby Weronika (czy ktoś może...?) mogła w drugim sezonie nadal żenująco podrywać głównego bohatera. Nawiasem mówiąc, na marginesie głównego wątku w odsłonie z najnowszego odcinka: nie bardzo chce mi się wierzyć, że w przypadku samobójstwa (Misi) ot tak zaniechano sekcji zwłok - mam wrażenie, że to tylko po to, żeby w tym odcinku Weronika (czy ktoś...?) z narażeniem życia, a na pewno zdrowia, mogła pokosztować preparatu z krwi Misi, którą przezornie denatce, co to jej nie krajali, utoczyła. Pozostaje mieć nadzieję, że Misia nie była wampirem, bo nieśmiertelna Weronika (czy...?) to już tylko najeść się lulka i iść do hotelu Ypsilon.

A najgorsze jest to, że wciąż bardzo niewiele brakuje, żeby ta historia miała sens i nawet była całkiem niezła. Ale brakuje. Ten odcinek pokazał, jak dramatycznie brakuje.

Aha, byłabym zapomniała. Scenarzyści wrócili do idei sponsorowania odcinków nazwiskami dziewiętnastowiecznych celebrytów. Dziś zaszczyt ten przypadł Leopoldowi von Sacher-Masochowi, co z kolei zaowocowało sporej skali infodumpem na tematy chyba jednak dość oczywiste, zjadając przy okazji czas odcinka, który, przypomnijmy, ma raptem nieco ponad czterdzieści minut.

Save

Save

Save

poniedziałek, 10 kwietnia 2017
Mój wujek Niemiec

Wszystkie media dziś o rocznicy katastrofy Tupolewa pod Smoleńskiem. W różnym tonie, oczywiście. Najbardziej trafiła mi jednak do serca i rozumu uwaga (Tomasza Lisa), że nawet ofiary Katynia zredukowano do roli "rekwizytu smoleńskiej inscenizacji". Jak jeszcze za PRL chodziłam do szkoły, to fatalny - jak się okazało - nauczyciel historii był uważany za wielkiego człowieka, za guru i za wspaniałego pedagoga, bo "mówił o Katyniu". Ponieważ jednak swoimi metodami uczenia zniechęcił mnie na wiele lat do historii, dziś mogę spokojnie powiedzieć, że wolałabym nauczyciela, który może o pewnych sprawach otwarcie nie mówił (ten po prawdzie też nie otwarcie, tylko aluzjami, a sądząc po jego poglądach po 1989, gdyby żył do dziś, to na należałby do tych, dla których Katyń jest tylko rekwizytem), ale za to uczył czegoś więcej niż dat i miejsc na mapie. Ale o tym już kiedyś pisałam, więc nie będę się powtarzać.

Tak jak uwaga Lisa wydaje mi się szczególnie trafna, tak tym, co najbardziej mnie boli, jest zawłaszczanie przez obecny obóz władzy. Wszystkiego: katastrofy, cierpienia, patriotyzmu, bohaterstwa. Hektolitry atramentu przelano już na temat różnic semantycznych między "zginął" czy nawet "zginął tragicznie" a "poległ". Wypowiadały się największe tuzy polskiego językoznawstwa, specjaliści od poprawności językowej, ale nie na wiele się to zdało. Wprawdzie na tablicy w kancelarii premiera napisane jest, że prezydent "zginął", podobnie jak dwie pozostałe osoby (o pozostałych 93 tablica milczy), ale na koniec jest maksyma "Wszystko dla ciebie Polsko". Czyli niby zginął, ale jakby poległ, bo przecież dla ojczyzny.

Żaden ze mnie patriota w rozumieniu, jakie narzuca nam obecny obóz władzy i jego przybudówki, bardziej leży mi na sercu Europa jako idea niż jakikolwiek jej kawałek jako idea, moją małą ojczyzną jest Kraków, a mnóstwo miejsc w Europie lubię znacznie bardziej niż mnóstwo miejsc w Polsce. O panujących tam obyczajach, mentalności, sposobie życia czy jedzeniu nie wspominając. Niemniej wkurza mnie zawłaszczanie idei patriotyzmu w kraju, gdzie mnóstwo ludzi naprawdę decydowało się walczyć i ginąć dla jakoś tam rozumianej ojczyzny. Myślę, że każdy w swojej rodzinie może znaleźć kogoś, kto zasługuje na patriotyczną (w rozumieniu szerszym i bardziej oświeconym niż dyktowane przez obecny obóz władzy i jego ideologiczne przybudówki).

W mojej rodzinie kimś takim jest por. Eugeniusz Weber, żywiecki Niemiec, oficer polskiego lotnictwa (63. Eskadra Towarzysząca), rozstrzelany na tzw. żwirowisku w 1941 roku. Wujek mojego Taty, którego zapamiętał w pięknym przedwojennym mundurze, z krótkim mieczykiem lotnika zamiast szabli. Aresztowany jako cywil, świeżo upieczony partyzant - ponieważ tragiczny splot rodzinnych komplikacji, zasługujący na scenariusz hollywoodzkiego wojennego dramatu, sprawił, że nie zdążył uciec do Anglii. Mogłam mieć wujka w Bitwie o Anglię, bohatera co się zowie, dziś zapewne kuzynów gdzieś na wyspach. Zostały tylko listy do żony i grypsy z Montelupich i Auschwitz, pisane piękną polszczyzną, pełne cytatów z Sienkiewicza.

Wujek Eugeniusz zginął za Polskę i polskość, ale pewnie też za europejskość, choćby z racji swego pochodzenia. Jego rodzice byli Niemcami, podobno po polsku mówili słabo. Babcia opowiadała mi, że umarli w czasie wojny, praktycznie z głodu, ponieważ nie zgodzili się na wpis na Reichslistę, a za pomaganie takim odszczepieńcom groziły podobne represje jak za pomaganie Żydom. Oni też umarli za Polskę, za to, że czuli się związani z krajem, w którym żyli, dla którego zginął ich syn. Nie sądzę jednak, żeby był on patriotą w rozumieniu dyktowanym dziś ... itd., rodzina Taty była przed wojną pepeesowska i pozytywistyczna.

Może kiedyś napiszę opowiadanie, powieść, reportaż o tamtych losach. Jestem jedyną osobą, której Babcia to wszystko kiedykolwiek opowiedziała. Ale mimo że znam tę historię od będzie już dwudziestu lat, wciąż czuję się do niej niedojrzała. Napisałam tu tyle, ile napisałam, bo ilekroć słyszę, co się dziś przez patriotyzm rozumie, czuję się, jakby ktoś tych wszystkich ludzi takich jak mój wujek, odzierał z ich heroizmu. Tacy ludzie są w rodzinnych wspomnieniach wielu z nas - może warto im dać głos w obliczu tego ponownego zakłamywania historii, jakie się na naszych oczach dokonuje?

Fot. Agnieszka Fulińska (Touches of the past)

Save

czwartek, 06 kwietnia 2017
W sklepie jubilera (Belle epoque 8)

Pierwszy sezon Belle epoque szczęśliwie dobiega końca, jako że po prawdzie lekko zaczyna mi się nudzić recenzowanie podobnych wpadek realizatorskich. Ale jak już tak daleko dociągnęłam, to przynajmniej ten pierwszy sezon zrecenzuję odcinek po odcinku. Drugi - nie wiem, może po kilka odcinków na raz? Chyba że przygotuje jakieś niezwykłe i całkiem nowe atrakcje.

Wczorajszy łzawy melodramat o zakochanym jubilerze był wyjątkowo nieprzekonujący fabularnie i to nawet na tle dotychczasowych osiągnięć scenarzystów. Nigdy łatwo nie kupowałam tych wszystkich zbrodni w afekcie - trzeba mieć cholernie dużo talentu literackiego, żeby coś takiego dobrze napisać. Na dodatek chwilowo wysilam pamięć, żeby przypomnieć sobie naprawdę dobre historię spod tego konkretnego znaku, jaki pojawił się w scenariuszu (odrzucony mężczyzna zabija kobietę), ale przychodzą mi do głowy głównie 1) popełniane w afekcie lub też z jego powodu samobójstwa, 2) zabójstwa popełniane przez zdradzanych małżonków. W sumie nawet na podstawie szybkiego researchu jestem w stanie wymienić niewiele inspirujących i mających oddźwięk kulturowy historii, w których to odrzucony kochanek zabija: operę (Carmen), a zatem i opowiadanie (Merimée), na którym jest oparta; piosenki-ballady (Where the Wild Roses Grow Nicka Cave'a [tu uwaga post-komentarzowa: oczywiście, tu nie ma zawiedzionego kochanka, wrzuciłam tę ponurą historię do jednego worka pt. "nie zazdrosny mąż" nieco na wyrost], no i z odwróconymi rolami genderowymi tegoż Henry Lee), oraz całkowicie historyczne dzieje Krystyny Skarbek.

Jasne, to nie powód, żeby taki scenariusz uznać za nieprawdopodobny, ale - podobnie jak w przypadku kilku już pomysłów fabularnych w tym serialu - jest on chyba materiałem na dłuższy i przede wszystkim głębszy film, a nie czterdziestominutowy odcinek, w którym jeszcze trzeba pomieścić Konstancję, Misię zza grobu, Milę i zakochanego w niej doktorka, demonicznego antykwariusza oraz nie wiedzieć czemu rozstrzęsionego notariusza. Nie mówiąc już o wszelkich mądrości niezawodnej Weroniki (czy ktoś może odstrzelić tę postać?), która nosi przy sobie całą apteczkę i wykonuje poza planem wszelkie badania, dzięki czemu nasi dzielni śledczy nie muszą właściwie zajmować się niczym konkretnym. Skądinąd jak zrzucali tego manekina ze skałek na Zakrzówku (?? nie wyglądało mi to na Zakrzówek), to tak sobie zamarzyłam, że w ramach eksperymentu można przecież było użyć Weroniki...

Ale w sumie pal sześć zabójczą miłość jubilera, który w sklepie swoim położył kres młodemu życiu panny Janiny (jej prowadzenie się i sekrety zasadniczo powinny były skazać ją na towarzyską anatemę w ówczesnym Krakowie - mówię to ja, której prababcię, ponoć seksowną i w jakimś tam stopniu wyemancypowaną na swoje czasy, ponoć inne krakowskie mieszczki z parasolkami goniły z okolic swoich mężów). Pal sześć również plameczkę wielkości może orzecha laskowego na sukni, która ponoć została "oblana" kwasem siarkowym przez rzeczonego jubilera (imiesłów ten konkretny powtórzony został kilka razy, więc to nie lapsus).

Tym, co we wczorajszym odcinku przyprawiło mnie o epicki facepalm wszystkimi kończynami, był sposób nakręcenia kluczowej sceny - czy raczej scen - wątku głównego. Otóż po pierwsze główny bohater oświadczył się Konstancji. Ziew, wiedzieliśmy, że tak będzie, od prologu. Po drugie zakradł się do biura roztrzęsionego (nie wiedzieć czemu) notariusza i przeczytał testament Misi. (Z którego jasno wynikło, że to jeszcze może być Rusek, że za sugestią N nawiążę do dwóch wcześniejszych recenzji.) Ziew. Wiedziałyśmy, że to zrobi, kiedy kamera nachalnie pokazywała nam wszelkie wykonywane przez rzeczonego notariusza czynności związane z zamykaniem sejfu i chowaniem klucza do szuflady biurka.

Pal sześć nawet, że główny bohater wmaszerował jakby nigdy nic do biura notariusza i ignorując wskazówki dane mu przez scenarzystów i kamerzystę po prostu otwarł sejf. Sęk w tym, że montaż tej konkretnej sekwencji wskazywał jasno na to, że główny bohater albo 1) ma identycznego brata bliźniaka; 2) posiada zdolność bilokacji. Jest oczywiście jeszcze opcja trzecia: realizatorzy nie zauważyli, że co najmniej od czasów finału pierwszego Ojca chrzestnego pokazywanie dwóch (albo więcej) scen naprzemiennie w krótkich ujęciach/przebitkach wskazuje na to, że pokazywane wydarzenia dzieją się równolegle w czasie. A tu proszę: w obu scenach dzielny główny bohater. Ha.

Fot. Agnieszka Fulińska (Touches of the past)

Save

Save

wtorek, 04 kwietnia 2017
Manowce rankingu

Media zabiły na alarm: ogłoszono kolejny ranking uczelni, w którym te najlepsze w Polsce zajęły raptem miejsca 200+ w Europie i odpowiednio niższe na świecie. Nikogo przy tym nie dziwi, że 40% udziałów w rankingu europejskim zdobyły uczelnie brytyjskie, a ranking jest autorstwa Times Higher Education, dawniej Times Higher Education Supplement, który wikipedia opisuje jako "tygodnik londyński skupiający się na zagadnieniach szkolnictwa wyższego".

Nie chcę tu snuć teorii spiskowych, ale mam wrażenie, że Zjednoczone (jak długo jeszcze?) Królestwo w związku z Brexitem będzie musiało się pokazać jako atrakcyjne i te 40% doskonale do tego wizerunku pasuje. Nie chcę też podważać renomy Oksfordu czy Cambridge, aczkolwiek widziałam w książkach wydawanych przez University Press obu tych uczelni bzdury, o których napisanie nikt by szacownych absolwentów dwóch najlepszych uczelni Europy nie posądził. A już na pewno nie zamierzam unosić się patriotycznym oburzeniem i udowadniać, że nasze uczelnie są co najmniej równie dobre.

W całym tym zgiełku interesuje mnie zupełnie coś innego, mianowicie sposób przedstawienia problemu w polskich mediach. Jest to albo bardziej wyważony (Forbes), albo nieco bardziej sensacyjny w tonie (gazeta.pl, niebezpiecznie upodabniająca się stylem do tabloidów), ale jedynie raport. Bez jakiegokolwiek komentarza, który wypunktowałby powody, dla których jesteśmy, gdzie jesteśmy, niezależnie od oceny sensowności i wiarygodności samych rankingów.

Wg Forbesa ranking bierze pod uwagę "edukację, naukę i transfer wiedzy"i stosuje następujące kryteria: "nauczanie, umiędzynarodowienie, badania naukowe, cytacyjność i współpraca z biznesem". I niestety opiera się na bazie SCOPUS, która - jeśli chodzi o humanistykę, o której mogę cokolwiek powiedzieć - jest dziurawa jak rzeszoto i nie uwzględnia cytowań, o których wiem, że istnieją. Zapewne nie jest możliwe (nie jest?) stworzenie systemu, który uwzględniałby wszystkie książki i czasopisma naukowe i realnie liczył cytowania, ale opieranie rankingu na bazie bardzo mocno nastawionej na konkretne dziedziny nauki nie ma sensu, bo wyklucza sporą liczbę naukowców. I o ile jestem w stanie zrozumieć, że taki ważny Scopus nie uwzględnia zeszytów naukowych prowincjonalnej polskiej czy litewskiej szkoły wyższej, o tyle niezrozumiałe jest dla mnie, że nie ma w nim danych z ważnych - czasem kluczowych dla danej dziedziny czy tematu monografii, wydawanych w dużych ośrodkach lub poważnych wydawnictwach zachodnioeuropejskich, a takich właśnie cytowań moich własnych artykułów nie znalazłam w Scopusie. I zapewne większość humanistów ma podobne doświadczenie.

Ale zostawiając nieszczęsną kwestię cytowań, która na wieki zapewne pozostanie zmorą nauki, tym, czego mi brakuje w doniesieniach o rankingu, jest odniesienie się do przyczyn takiego, a nie innego stanu rzeczy. Tymczasem w komentarzach na obu portalach, które przywołałam powyżej, w komentarzach pełno hejtu do profesorków, uczelnianego średniowiecza, wykształciuchów, opinie o tym, że polscy naukowcy to tylko nieroby albo plagiatorzy. Suweren daje jasno do zrozumienia rządzącym, że nauki w Polsce nie należy finansować, bo z natury swojej jest ona do niczego i taka pozostanie, co pokazuje ranking.

Trudno sobie wyobrazić lepszą antynaukową propagandę, niż zaserwowały nam te doniesienia o rankingu - w podobnym tonie pojawiające się zresztą przy każdorazowym ogłaszaniu takich list. Podczas gdy suwerenowi należałoby uzmysłowić, że tak jak nagle w sporcie zaczęliśmy odnosić jakieś tam wymierne sukcesy, kiedy zabrano się systemowo za jego promocję, zreorganizowano struktury i wpakowano w niego spore pieniądze, tak i może być z nauką.

Tyle tylko, że nie da się po prostu przenieść metod z korpo ani sportu do nauki, a mam wrażenie, że takie są wyobrażenia o reformie i finansowaniu różnych ministrów i innych gremiów. Podejście biznesowe widać w pomysłach ministerialnych, które z pracowników naukowo-dydaktycznych robią korposzczury, mające się okresowo rozliczać z wykonania jakichś konkretnych zadań oraz odpowiedniej ilości biurokracji. Podejście sportowe (z elementami korporacyjnego) prezentuje natomiast Narodowe Centrum Nauki, które po pierwsze z uporem godnym lepszej sprawy mnoży programy przeznaczone wyłącznie dla "młodych" (jakieś sześć różnych programów) oraz wyobraża sobie, że za pomocą sprowadzania do Polski zagranicznych szkoleniowców (program dla obcokrajowców, którzy zechcą u nas przez chwilę popracować za pieniądze, jakie nie marzą się polskim pracownikom wyższych uczelni) cokolwiek zmienią.

Tego, że sezonowi pracownicy z zachodu czy prężnie się rozwijającego Dalekiego Wschodu niczego nie zmienią (poza oceną "umiędzynarodowienia" czyli de facto dobrym samopoczuciem urzędników), nie muszę chyba wyjaśniać. Natomiast programy dla młodych muszą oczywiście istnieć, żeby ich zatrzymywać w nauce, tyle że u nas stoją one na głowie. Na tym fetyszyzowanym zachodzie post-doc dostaje zazwyczaj zatrudnienie w zespole, przy mniej lub bardziej ściśle zdefiniowanym projekcie (są takie, które bardzo dokładnie określają wymagania, i takie, które zachęcają do proponowania własnych podtematów). W Polsce wszystkie programy skierowane do osób tuż po doktoracie zakładają, że to one same będą budować zespoły i prowadzić samodzielne badania, kierując grupą ludzi. Kilku może jest na tyle dojrzałych, że to się uda, większość polegnie mniej lub bardziej spektakularnie, tzn. albo wyjdzie im z tych ambitnie zamierzonych projektów coś przeciętnego, albo nic. A przede wszystkim, kiedy skończą się łatwo uzyskiwalne pieniądze, wielu wycofa się z nauki.

Na dodatek, jak już NCN się zdecydowało uruchomić program, który od dawna wydawał mi się jednym z najpotrzebniejszych - małych grantów przyznawanych w trybie ciągłym na wyjazdy konferencyjne, kwerendy czy inne drobne naukowe potrzeby, to również ograniczył go do "młodych" (karencja po doktoracie)... Czyli tych, którzy mają największy i najłatwiejszy dostęp do ogólengo finansowania swoich badań i z tych środków mają opłacać konferencje i kwerendy. Tymczasem taki program powinien być w pierwszej mierze skierowany do wszystkich niezależnie od stanowiska i wieku, którzy grantów nie mają - żeby umożliwić im uczestnictwo w międzynarodowym życiu naukowym i w perspektywie np. właśnie uzyskiwanie grantów. Uczelnie często nie mają środków, żeby opłacać wyjazdy pracowników, więc ci, którzy własnych grantów nie posiadają - a przy wskaźniku sukcesu na poziomie oscylującym wokół 10% imię ich legion i niekoniecznie wszyscy są beznadziejni naukowo - skazani są na niebyt i w perspektywie dalszy brak finansowania badań.

Takie małe granty powinny być też np. na napisanie konkretnego artykułu, do którego potrzebuje się krótkich badań. Publikacja w dobrym czasopismie czy książce jest podstawą dalszych starań o finansowanie, więc powinno się ją umożliwiać jak największej liczbie naukowców, a nie tylko zakładać, że najkrótszy czas wykonywania projektu to bodaj pół roku, jeśli nie rok. Czasem właśnie bardziej przydałoby się dofinansowanie miesięcznej kwerendy czy pobytu w laboratorium, które byłoby relatywnie łatwo uzyskiwalne, niż programy na duże projekty. Zwłaszcza że w tych ostatnich trzeba poświęcić bardzo dużo czasu na przygotowanie dokumentacji i biurokrację, a szanse są niewielkie, co dla wielu ludzi, których znam, jest czynnikiem zniechęcającym. Potem oczywiście słyszymy, że Polacy nie chca się starać o granty, w związku z czym rząd nie zwiększa nakładów na naukę. I tak w koło Macieju.

Pominę tu niedobrze zorganizowany system oceniania wniosków, bo to temat na osobny elaborat, a tym razem chciałam się skupić na braku właściwej oceny sytuacji w mediach.

Od dziennikarzy oczekiwałabym mianowicie roztrąbienia potrzeby finansowania nauki po to, żebyśmy zaczęli uzyskiwać realne sukcesy, tak jak nagłośniono potrzebę inwestycji w sport. Oczywiście, sport oglądają miliony w telewizji, więc ta inwestycja przekłada się bezpośrednio na popularność i pieniądze. Nauka potrzebuje nieco więcej czasu, żeby nakłady się zwróciły i zaczęły procentować, ale ten zysk jest niepomierny, bo to nie tylko kwestia prestiżu w świecie, ale poprawy bytu w kraju*. Oczekiwałabym więc serii artykułów pokazujących autentyczne bolączki polskiej nauki i uczelni, od braku pieniędzy (i co to oznacza), przez nieszczęsne pieniądze za studentem, po iluzję kontraktowości i trzymanie w nieskończoność ludzi, którzy niczym się nie wykazują, bo się ich kiedyś zatrudniło. Wyjaśnienie, na czym polega pułapka cytowalności bez wzięcia pod uwagę oprócz mierzalnego prestiżu publikacji także jej wagi w obrębie dyscypliny. I tak dalej i tak dalej. Żeby grupa inteligentnych dziennikarzy zrobiła polskiej nauce dobrą robotę - zamiast tylko załamywać ręce, przyjrzała się źródłom i objawom choroby.

* Tak, wiem, mnóstwo malkontentów powiedziałoby mi, że po co w takim razie humanistyka. Ano na przykład po to, żeby mieć intelektualne i społeczne narzędzia do walki z ksenofobią, nacjonalizmem, nietolerancją i fanatyzmem. To nie jest oczywiście tak, że wykształcony humanista nie ma szans zostać antysemitą czy nacjonalistą, ale zwiększenie poziomu wiedzy zawsze trochę pomaga. A poza tym nauka to poznawanie świata, a nie tylko zastosowania.

Save

Save

Save

Save

Tagi: nauka
12:15, drakaina , Humanitas
Link Komentarze (12) »
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright