sobota, 26 maja 2007
Napisy a sprawa polska

Z wywiadu z szefem Grupy Hatak dowiedziałam się, skąd być może biorą się fatalne tłumaczenia na drogich, oficjalnie wydawanych płytach dvd - ponoć tłumacze pracujący dla dystrybutorów "zasysają" napisy z serwisów dla piratów i po kosmetycznych poprawkach (wg wywiadu głównie wyrzuceniu wulgaryzmów) wstawiają na płytę...

Wbrew temu, czym przechwala się szef Hataka, ich tłumaczenia w 90% są fatalne, polszczyzna woła o pomstę do nieba, a i poziom zrozumienia angielszczyzny jest czasem rozpaczliwy.

Dość to frustrujące: w poważnym wydawnictwie, dla którego coś tam robię, redaktorka przyznała mi się ostatnio, że część książek dają do tłumaczenia grupom studentów anglistyki, bo tak wychodzi dużo taniej (ok. 200 zł brutto na arkuszu wydawniczym), a dziś taka potencjalna rewelacja.

Jak sporo już lat temu zaczynałam przygodę z tłumaczeniem w wydawnictwie Pascal - poćwiczenie na początek na tekstach nieliterackich dobrze mi zresztą zrobiło - w przedmiowie do jednego z ich pierwszych przewodników umieścili podziękowania dla wszystkich, którzy brali udział w projekcie. Dla mnie były tam podziękowania "za trzymanie poziomu" - osobie bardzo młodej i stawiającej na tym polu pierwsze kroki trudno byłoby sobie wyobrazić piękniejszy komplement. A jeszcze piękniejsze było to, że dla młodych redaktorów raczkującego wydawnictwa tez było to ważne.

Dziś czasem sobie myślę, że może nie powinnam pokazywać w wydawnictwach pełnego "portfolio", czyli listy wykonanych przekładów - zapłaciliby może mniej za arkusz, ale przynajmniej miałabym pewnie większe szanse na dostanie zlecenia.

A może by tak obrońcy polskości i narodowej dumy (zamiast tropić pedałów, układy i lewicę, nie mówiąc już o agentach) zajęli się stanem, w jakim znalazła się polszczyzna - w mediach, w książkach, w filmach - między innymi z braku profesjonalnych redaktorów, korektorów i tłumaczy?

środa, 23 maja 2007
O pożytkach z bycia heterą

Jeżeli nie wie, jak wyglądam, to niech zrobi mi zdjęcie, a nie jakąś maszkarę pokazuje! Nie jestem jakaś hetera, czy cholera wie kto! - powiedziała posłanka Hojarska oburzona programem Szymona Majewskiego. Do informacji o konflikcie posłanki z satyrykiem dołączono dwa zdjęcia, z których jasno wynika, że pani Hojarska nie nadaje się na heterę - ani w realu, ani w wersji Majewskiego.

Problem zapewne w tym, że p. Hojarska w ogóle nie ma kwalifikacji na heterę, i jej wygląd jest tu sprawą drugorzędną. Posłanka H. nie zna bowiem nawet znaczenia słowa hetera (co niestety nie wyróżnia jej jakoś szczególnie ze społeczeństwa; ostatnio w jakimś reportażu przeczytałam skargę ponoć wykształconej kobiety, którą mąż wyzywał od heter - i wcale nie miał na myśli prowadzenia się).

Osobiście gdybym żyła w starożytnej Grecji, a szczególnie w Atenach, zdecydowanie chciałabym być heterą. Hetery były piękne, wykształcone i bogate - no i wiodły ciekawe i przyjemne życie, w przeciwieństwie do ateńskich żon, trzymanych w odosobnieniu i wychodzących na ulicę w zasłonach na twarzach - bardzo szanowanych, ale pozbawionych wszelkich praw. Hetera (εταιρα - początkowe h bierze się z przydechu, którego nie potrafię zaznaczyć w tym edytorze) znaczy po grecku przede wszystkim "towarzyszka"; męski odpowiednik tego słowa - εταιρος, w książkach historycznych częściej spotykany w liczbie mnogiej εταιροι - oznaczał na dworze i w armii macedońskiej najbliższych towarzyszy, przyjaciół, a zarazem gwardzistów króla, tzw. hetajrów.

Aby zostać heterą, należało długo się kształcić w sztuce konwersacji, grze na instrumentach, śpiewie, poezji - i oczywiście sztuce miłosnej. Jeśli porównywać hetery do jakiegokolwiek zjawiska kulturowego, to bardziej przypominały japońskie gejsze niż prostytutki. Zwłaszcza że te ostatnie też istniały (zwane πορνη - stąd pornografia), ale w przeciwieństwie do heter znajdowały się bardzo nisko na drabinie społecznej. Hetery mogły być kapryśne i same wybierać sobie sponsorów; były też jedynymi kobietami, które uczestniczyły w sympozjonach - ucztach połączonych z dyskusjami na tematy polityczne, filozoficzne czy też artystyczne. Co więcej, sądząc ze źródeł, nie ustępowały mężczyznom ogładą, inteligencją i wiedzą.

Niewiele znamy historycznych postaci Greczynek i tak się składa, że kilka z tych sławnych kobiet, które znamy nie tylko z imienia, ale i z działań czy też zasług, było heterami.

Po pierwsze Aspazja, ukochana wielkiego Peryklesa, ponoć niezwykłej piękności. Pochodziła z Miletu w Azji Mniejszej, co już wystarczyłoby zapewne, aby w Atenach uznano ją za kobietę rozwiązłych obyczajów, ponieważ w miastach jońskich, pozostających na zmianę pod panowaniem greckim i perskim, kobiety miały znacznie większą wolność niż w helleńskich poleis. Większość historyków zgadza się jednak, że zapewne była heterą; źródła nieprzyjazne Peryklesowi czynią z niej wręcz burdelmamę, co jest jednak mało prawdopodobne. Nie jest też pewne, czy Perykles się z nią ożenił - prawo było niechętne ożenkom z cudzoziemkami; wiadomo jednak, że urodziła mu syna. Co więcej, historycy przypuszczają, że Aspazja musiała pochodzić z zamożnej rodziny, zważywszy wykształcenie, jakie otrzymała. Wspominają o niej najznakomitsi pisarze epoki: Platon, Ksenofont, Arystofanes.

Po drugie Fryne, jedna z najbardziej fascynujących postaci starożytności. Znana jako największa piękność epoki, używała złośliwego imienia nadanego jej przez zazdrosne koleżanki po fachu - φρυνη znaczy ropucha. Portretował ją najwybitniejszy rzeźbiarz późnoklasyczny, Praksyteles. Jej posąg ustawiono w rodzinnym Thespiai obok posągu Afrodyty. A oprócz urody miała jeszcze charakter i musiała być zabójczo wręcz inteligentna. Znane jest wiele anegdot z jej życia, ale najsłynniejsza jest chyba ta, która świadczy o zgromadzonym przez nią bogactwie. Kiedy w 336 Aleksander III (Wielki) zburzył Teby po stłumieniu buntu, mieszkająca w również niechętnych Macedończykom Atenach Fryne zaproponowała sfinansowanie odbudowy murów miasta, stawiając jeden warunek - na nowym murze miał znaleźć się taki napis: "król Aleksander zburzył, hetera Fryne odbudowała" (Tebańczycy nie zgodzili się na ten warunek i miasto zostało bez murów...). Wedle innych anegdot miała przy tym nie być kobietą zachłanną, ale wyceniać swoje usługi w zależności od tego, jak szanowała potencjalnych klientów. I tak pewnemu królowi lidyjskiemu, na którego bardzo nie miała ochoty, podyktowała cenę niebotyczną (król ów zaś tak pożądał pięknej hetery, że zgodził się zapłacić - ona zresztą umowy dotrzymała - po czym obłożył poddanych dodatkowym podatkiem, żeby sobie to zrekompensować), podczas gdy ponoć zaproponowała swoje usługi za darmo filozofowi Diogenesowi, albowiem tak bardzo ceniła jego intelekt.

Po trzecie Thais. Ateńska hetera, wieloletnia przyjaciółka i kochanka Ptolemeusza (I Sotera), generała - i jednego z wspomnianych wcześniej hetajrów - w armii Aleksandra, późniejszego króla Egiptu, założyciela dynastii ptolemejskiej, przodka słynnej Kleopatry; towarzyszyła mu w całej kampanii perskiej, a następnie zamieszkała z nim w Egipcie. Wedle historyka Diodora Sycylijskiego to ona była instygatorką spalenia pałacu w Persepolis podczas procesji dionizyjskiej, co miało być odwetem za spalenie sto lat wcześniej przez Kserksesa świątyni Ateny na ateńskim Akropolu. Niektórzy historycy utrzymują, że Ptolemeusz ożenił się z Thais, która niewątpliwie była matką jego kilku synów, by później się z nią rozwieść, gdy ze względów dynastycznych ożenił się z siostrą Kasandra, Eurydyką. Co ciekawe, starożytni historycy są zgodni, że niezależnie od małżeńsko-dynastycznych zawirowań (Ptolemeusz miał zresztą wcześniej również perską żonę, którą prawdopodobnie szybko oddalił) Thais do końca życia pozostała z nim w przyjaźni; Ptolemeusz zresztą najwyraźniej preferował kochanki nad żony: syn Eurydyki został wydziedziczony na rzecz syna jej dwórki, Bereniki. Ale to zupełnie inna historia.

Dlatego właśnie, przez przykład tych trzech niezwykłych kobiet, nie miałabym nic przeciwko byciu heterą w klasycznych Atenach. Zagadką wszechświata natomiast pozostaje dla mnie, dlaczego hetera w potocznym języku polskim stała się synonimem strasznej baby.

Hellenistyczna figurka tancerki, British Museum

PS. (trzy lata później) W ramach literackich wyzwań uprawianych wraz z N. popełniłyśmy opowiadanka o Fryne ;)

wtorek, 22 maja 2007
Nie wszystko złoto, co się błyszczy

Była jakoś rok albo półtora temu kampania reklamowa jakiejś karmy dla psów - a może to były reklamy konkurencyjnych firm? - z cytatem i parafrazą Cezara (billboard z "przybyłem... zaszczekałem", nie pamiętam niestety, co było pośrodku, nie zdążyłam sfotografować tej reklamy, bo była w miejscach, przez które tylko przemykałam, no i znikła; i drugi z "kości zostały rzucone"). Był to rzadki przykład inteligentnego i pomysłowego wykorzystania antyku w życiu codziennym.

A ostatnio na krakowskich słupach ogłoszeniowych widziałam dwa plakaty imprez muzycznych, na widok których nóż mi się w kieszeni - czy raczej scyzoryk w torebce* - otwierał.

Po pierwsze jakiś chyba festiwal pt. "Cantate Domine" - jak dla mnie brzmi to jak "Śpiewajcie, Towarzyszu" (tryb rozkazujący 2 osoby liczby mnogiej plus wołacz liczby pojedynczej rzeczownika).

Po drugie dziwaczny koszmarek jakiejś orkiestry bodajże szwajcarskiej (znów to wszystko oglądane z okien samochodu, więc nie zawsze zdążę doczytać szczegóły): "Musica artis omnia". No tu to już ręce opadają. Owszem, da się to od biedy podciągnąć pod takie znaczenie, że "wszystko, co muzyczne, należy do sfery sztuki", ale 1) jest to wysoce sztuczna konstrukcja, zakładająca, że "musica" to nie rzeczownik w mianowniku liczby pojedynczej, ale na grecką modłę (ta musika) utworzone universale (na to wskazywałaby też forma zaimka omnis - omnia to właśnie liczba mnoga rodzaju nijakiego - niestety obawiam się, że jest to typowy błąd: uznawanie, że końcówki rzeczowników i przymiotników/zaimków w łacinie powinny być takie same; z czymś takim spotkałam się np. ostatnio czytając pewną pracę licencjacką: autorka stworzyła sobie liczbę mnogą od homo futurus brzmiącą homini futuri zamiast homines futuri) 2) obawiam się, że ktokolwiek układał ten tytuł nie miał o tym pojęcia. A ja nie mam pojęcia, jak ten tytuł powinien brzmieć, bo nijak z niego nie wynika, co poeta chciał przez to powiedzieć. Zapewne coś w rodzaju "Omnis musica ars [est]" czyli każda muzyka jest sztuką.

Z miesiąc temu przytaczałam powiedzenie quidquid latine dictum sit, altum sonatur i powinnam przypomnieć je znowu - i znów z ostrzeżeniem, że zła łacina nie brzmi wzniośle, ale jest zaledwie pozłacaną plastikową podróbką, z której kolor bardzo łatwo odpada.

 

Fragment wazy greckiej, British Museum

* A propos tego scyzoryka, stał się on kiedyś przyczyną mojej zmiany płci - przynajmniej w ujęciu stereotypowym - a także do poddania w wątpliwość męskości znanego krakowskiego dziennikarza. Pracowałam wówczas w krakowskiej GW i byłam świadkiem jak któraś z dziennikarek zwróciła się do Ważnego Dziś Redaktora Stanisława M. z prośbą o pożyczenie scyzoryka. Stanisław M. bezradnie rozłożył ręce i przyznał się do nieposiadania przy sobie takiego narzędzia. Usłyszał w odpowiedzi, że "prawdziwy mężczyzna zawsze nosi przy sobie scyzoryk". Ponieważ stałam tuż obok z inną wprawdzie torebką, ale tym samym scyzorykiem w niej, zaoferowałam go natychmiast koleżance.
niedziela, 20 maja 2007
Quousque tandem...

... abutere, leoparde, patientia mea?

Jak długo jeszcze straszyć nas będą opisane milion razy potworki przekładowe? Jak długo jeszcze w redakcjach gazet nie zasiądzie ktoś, kto będzie miał naprawdę pojęcie o językach obcych (a czasem przydałby się i ktoś znający się na polszczyźnie), żeby poprawiać cuda, które wyprawiają dziennikarze? Zadałam sobie te pytania po raz n+1, kiedy w artykule o Sue Townsend (ostatnie Wysokie Obcasy) zobaczyłam tytuł książki Ghost Children przełożony przez autora artykułu jako "dzieci duchy" - ot tak, nawet bez myślnika. Bo myślnik ratowałby sprawę, choć osobiście uważam, że lepiej byłoby powiedzieć "Duchy dzieci" (skoro rzecz jest o nienarodzonych dzieciach pisarki) lub wręcz "Widmowe dzieci", ostatecznie "Dzieci - widma".

Ta w końcu dość niegroźna wpadka (nad tytułem naprawdę będzie musiał się zastanowić potencjalny tłumacz tej książki) przypomniała mi zbierającą od pewnego czasu frustrację. W długi weekend wyczytałam w reportażu o Florence Foster-Jenkins takie zdanie, będące przekładem fragmentu amerykańskiej recenzji: Ledwo zdołała przejść przez scenę, jednak gdy wreszcie się tam znalazła, a akompaniator stłumił swój śmiech i zaczął grać, ona rozpoczęła najbardziej patetyczny pokaz próżności, jaki kiedykolwiek dane mi było oglądać... Stawiam dolary przeciwko orzechom, a nawet łupinom orzechów, że w tekście oryginalnym było "pathetic" czyli "żałosny" - błąd opisywany milion razy w książkach do angielskiego, na rozmaitych forach i witrynach.

No i (prawie) tytułowy "leopard". Ostatnio natknęłam się na artykuł o sportowym samochodzie tej nazwy produkowanym w Polsce. Dobra, jestem w stanie przełknąć ten samochód, bo jest on głównie na eksport. Ale będzie tylko umacniał ludzi w przekonaniu, że to polskie słówko - a ja mam dość artykułów, w których zamiast lamparta straszy ten jego angielski i innojęzyczny odpowiednik. Mam nadzieję, że jakiś ignorant nie wyda wznowienia di Lampedusy pod tytułem "Leopard". Albo co gorsza filmu Viscontiego według powieści. W tym pięknym kraju wszystko jest możliwe.

Na przykład również przekład książki autorstwa australijskiego seryjnego mordercy (usiłuję od tygodnia napisać zamówioną recenzję tejże) z użyciem słownictwa godnego gejowskiego harlequina. Zgoda, każdemu tłumaczowi zdarzają się wpadki (aczkolwiek w przypadku Choppera winiłabym też redakcję za całkowity brak wyczucia), też takową zaliczyłam jakiś czas temu - nie upilnuje się każdego idiomu czy wyrażenia żargonowego, ale naprawdę - robić proste błędy słownikowe? I publikować je w prasie? Chyba nie wypada.

A swoją drogą zastanawiam się, czy nie wytoczyć sprawy sądowej wydawnictwu (dużemu i znanemu, ale oszczędzającemu najwyraźniej na czym się da, ponieważ nie uznaje np. korekty autorskiej) za okaleczenie mojego przekładu i to w taki sposób, że wygląda to na moje niezrozumienie intencji stylistycznej autorki. A może zacznę od napisania do autorki, że powinna wycofać prawa autorskie - czytając przekład innej jej powieści najwyraźniej niesłusznie zwalałam winę na tłumaczkę, tymczasem we własnym przekładzie zobaczyłam takie same interwencje redakcji.

Minerwa na kamienicy w Yorku

sobota, 19 maja 2007
De bloge meo

Odkąd zatytułowałam ten blog "nulla dies sine linea", przestałam regularnie pisać - więc w końcu ktoś by się przyczepił... No więc chwilowo stanęło na parafrazie słynnego "navigare necesse est".

Przy okazji musiałam się zastanowić, jak odmieniać słówko "blog" po łacinie. Uznałam, że nie będę go tłumaczyć (np. sms w tzw. łacinie żywej to nuntium breve - krótka wiadomość), więc w pierwszej chwili wydawało mi się, że powinno być "de blogo" - ale przecież nie ma siły, żeby było to słówko II deklinacji, czyli wychodzi na to, że będziemy mieć III: blog, blogis, blogi, blogem, bloge; bloges, blogum, blogibus, bloges, blogibus, bloges. No chyba że taką II: blogus, blogi. A po prawdzie najlepiej by brzmiało BLOX, BLOGIS (i dalej cała odmiana jak dla III deklinacji).

To tak na marginesie zmiany tytułu.

Pod wpływem

Przez tę książkę wszystko kojarzy mi się jeszcze bardziej niż dawniej... choć przyznaję, że zawsze miałam talent zwłaszcza do tzw. Freudian slips. Ale niejaka A.L. doprowadziła mnie do tego, że jak parę dni temu na serwisie IMDB przeczytałam w quizie dnia cytat (skądinąd z Hamleta) następującej treści:

"I have heard, the cock that is the herald to the morn, | Doth with his lofty and shrill-sounding throat | Awake the god of day."

to zanim skojarzyłam styl i źródło, zdążyłam pomyśleć: "o, coś w klimacie mojej Abby"... Nieszczęsny kogut nie przyszedł mi do głowy. Ale na szczęście książkę już kończę - choć z drugiej strony niewiele się chyba zmieni, bo następna, za którą się zabieram, jest wprawdzie tym razem o antyku, ale też m.in. o erotyce.

Nawiasem mówiąc, przejrzałam odpowiedzi na moje posty z prośbą o pomoc na forum "Kobieta" GW. Niestety, mizeria objawiła się w pełni. Dostałam propozycje wszelkiego rodzaju "wilgotnych bobrów", które niestety kojarzą mi się z czytanymi w liceum książkami Johna Irvinga, skądinąd autora będącego jednym z moich największych literackich rozczarowań. Po zainteresowaniu, jakie wywołał słynny Świat według Garpa, po umiarkowanym zachwycie Modlitwą za Owena i po sporej fascynacji Hotelem New Hampshire (najbardziej zaintrygowała mnie postać dziewczyny przebierającej się w skórę niedźwiedzia, granej w filmie bodajże przez Nastassję Kinski) sięgnęłam po inne powieści - i kompletnie się zawiodłam. W kółko to samo, brak już interesujących bohaterów i ni stąd, ni zowąd jakieś dziwaczne moralizatorstwo. Skończyło się tak, że niedawno sprzedałam wszystkie Irvingi na Allegro. Poszły jak ciepłe bułeczki.

Mam swoją drogą nadziej, że mój "światowy bestseller" też się będzie rozchodził i że dostanę dzięki niemu trochę więcej propozycji tłumaczeń niż ostatnio. Nie samym chlebem żyje człowiek: potrzebuję też pieniędzy na 1. wakacje (w tym inwestycja w GPS, ok. 1000 zł), 2. meble w salonie, 3. kilka płyt, o których posiadaniu marzę (m. in. Want One Rufusa Wainwrighta, Jarvis Jarvisa Cockera, Welcome to the Black Parade My Chemical Romance, a z dvd o boksie z pięcioma sezonami 24, Kupcu weneckim, drugiej części Underworldu i paru jeszcze filmach - wszystko to razem podchodzi pod tysiąc złotych). Ale może Pani Fortuna da powodzenie pamiętnikom seksoholiczki :)

 

Moneta hellenistyczna (Smyrna) z przedstawieniem bogini Tyche, , Muz. Numizmatyczne w Atenach

 

czwartek, 17 maja 2007
Foto: pluskwiak

A propos pluskwiaków wspomnianych w poprzednim wpisie. Takiego sfotografowałam w długi weekend na pewnej beskidzkiej dróżce:

 

Pluskwiak

 

środa, 16 maja 2007
Antyafrodyzjak po polsku

"Słownik seksualizmów polskich" okazał się 1) niedostępny, nie tylko w Taniej Książce, ale i na Allegro; 2) autorstwa nie Zbigniewa Lwa-Starowicza, ale Jacka Lewinsona, który zapewne jest polonistą, a nie seksuologiem; 3) sądząc z recenzji w jakiejś księgarni internetowej (gdzie również jest niedostępny) całkowicie nieprzydatny z mojego punktu widzenia. Wygląda na to bowiem, że słownik ten - zgodnie z nieszczęsną zasadą pisania takich publikacji - przytacza wyłącznie słowa i wyrażenia już "poświadczone" w źródłach pisanych, czyli książkach i prasie, a tam właśnie roi się głównie od wulgaryzmów.

Jestem więc w kwestii słownictwa tam, gdzie byłam. Pożyczyłam od mojej Mamy "Dziennik Bridget Jones" po polsku, ale niestety jego erotyczność kończy się mniej więcej tam, gdzie zaczyna się moja książka. Przejrzałam książkę Kobieta i Eros Lwa-Starowicza, ale jest ona sprzed piętnastu lat i zaznacza jedynie, że do naszego słownika wchodzą określenia angielskie (petting i tym podobne)... Przerzuciłam ponadto w Taniej Książce coś co nazywało się mniej więcej "kulturowa historia waginy", ale tam też nie było nic, co nadawałoby się do użycia. Książkę odłożyłam, gdy znalazłam w niej rozważania na temat dróg rodnych pluskwiaków (całkiem miłe i ładne owady, skądinąd), podczas gdy o synonimach tytułowej waginy nic nie było. Pozostaje mi lektura Historii O i próba zdobycia przekładu Seksu w wielkim mieście.

Napisałam wreszcie prośby o pomoc na kilka kobiecych forów, licząc na to, że może ich uczestniczki zdradzą mi sekrety alkowianego języka, ale po godzinie od wysłania postów otrzymałam jedynie poradę... żebym zajrzała do angielsko-polskiego "Słownika przekleństw i wulgaryzmów". Sęk w tym, że ja wiem, co znaczą słówka, które mam w oryginale - nie mam natomiast pomysłu, jak oddać je po polsku, żeby pasowały do bohaterki.

A poza tym, drogie panie, czy wy naprawdę w sytuacjach intymnych używacie słówek z takiego właśnie repertuaru? Mnie by się chyba całkiem odechciało czegokolwiek, gdybym miała mówić tak, jak jest w tych słownikach... Na dodatek mam wrażenie, że większość przytaczanych fraz pochodzi wyłącznie z języka mężczyzn - i to w męskich rozmowach. Feministki krzyczą o obecność kobiet, więc może by się zajęły językiem? I to nie prawem do mówienia wulgarnie, ale właśnie stworzeniem języka erotycznego, który byłby zarazem śmiały i powabny, że tak powiem. Który zachęcałby, a nie zniechęcał. W którym byłyby wszelkie odcienie, a nie tylko medyczna biel i brudne myśli

Swoją drogą, tłumacząc tę książkę przestałam się dziwić, że z moim eks o erotyce rozmawialiśmy głównie po angielsku lub też uciekaliśmy się do terminologii z indyjskiej Kamasutry. Niestety oznacza to, że nie mogę wykorzystać nawet własnych doświadczeń językowych.

Swoją drogą zastanawia mnie, czy to ubóstwo językowe świadczy również o tym, że statystyczny Polak nie uważa erotycznej rozmowy za afrodyzjak. Posługiwanie się zarówno wulgaryzmami, jak i eufemizmami świadczy o niepewności i wstydzie. Wulgaryzmy są niczym agresja będąca częstym wzorem zachowania osób chorobliwie nieśmiałych, eufemizmy to chichotliwe mruganie okiem do czytelnika lub rozmówcy. Brakuje natomiast słownictwa, które nazywałoby rzeczy po imieniu, a zarazem nadawało im erotyczno-intymny wymiar. Co gorsza, nie znajduję nawet pięknych metafor czy porównań, jak chociażby w Kamasutrze. Ale tłumacze tej księgi mają znacznie lepiej - mogą zachowywać hinduskie terminy i przekładać dosłownie metafory. W dodatku właśnie sprawdziłam: pełny tekst Kamasutry mam również wyłącznie po angielsku.

A co do statystycznego Polaka - sądząc z własnych doświadczeń i opowieści znajomych o reakcjiach studentów i uczniów na jakiekolwiek wzmianki o erotyce - chyba rzeczywiście jesteśmy pod tym względem gdzieś w głębokim średniowieczu, gdzie dyktat różnych Orygenesów kazał uważać seks i erotyzm za dzieło Szatana. Na szczęście również wtedy znajdowali się tacy, którzy myśleli inaczej, albo tacy, którzy uznawali, że należy obejść cenzurę i przepisywali np. Owidiusza z obszernym komentarzem moralnym - ale co przemycili, to przemycili. Co ciekawe, tak samo nierzadko postępowali historycy literatury w czasach stalinowskich - żeby wydać nieprawomyślne dzieła, wystarczyło zaopatrzyć je w ideologiczny, nierzadko całkiem absurdalny komentarz. Co skądinąc polecam uwadze panów lustratorów.

 

Lingam. Tiger Cave, Mahabalipuram, Indie południowe

 

wtorek, 15 maja 2007
Graal jako puchar przechodni?

Nie sądziłam, że polscy politycy okażą się takim doskonałym źródłem ciekawostek do komentowania. Wczoraj przeczytałam na przykład, że Marek Jurek i jemu podobni posiadają monarchistyczne bractwo, które samo w sobie nijak by uwagi mojej nie przyciągnęło, gdyby nie jedna informacja, mianowicie iż: "Organizowali już na przykład zawody szermiercze, strzeleckie, w których nagrodą jest imitacja kielicha św. Graala."

Zaciekawiło mnie bowiem, skąd członkowie tego bractwa wiedzą, jak wyglądał mityczny Graal?

Graal to w ogóle kłopotliwy temat - mało jest legend chrześcijańskich, które tak mocno związane byłyby z jednej strony ze starszą tradycją pogańską, z drugiej - z ruchami i poglądami heretyckimi lub o herezję zatrącającymi. Na przykład jedno z najważniejszych źródeł historii o Graalu, Parzival Wolframa von Eschenbach (XII/XIII w.) jest tekstem tak pokrętnym, tajemniczym i pełnym niezrozumiałego dziś mistycyzmu, że aż dziw, że nie obłożono go anatemą. Nawiasem mówiąc, oglądałam niedawno wydane w jakiejś niedrogiej serii bardzo nowoczesne wykonanie Parsifala Wagnera - dzieła opartego bezpośrednio na tekście Wolframa - i dzięki napisom zapoznałam się wreszcie ze szczegółami. I co mnie uderzyło? Jak cudownie pogańskie jest to "misterium wielkopiątkowe", jak określił je sam kompozytor. Na dodatek reżyser tego konkretnego przedstawienia postanowił odejść minimalnie od didaskaliów, w związku z czym w finale Parsifal i Kundry odchodzą razem ku oślepiająco jasnemu światłu (w oryginale nawrócona czarodziejka Kundry umiera, osiągając w ten sposób zbawienie).

Wróćmy jednak do kwestii wyglądu Graala. Jego legenda wywodzi się ze średniowiecza, najstarsze teksty wspominające o Graalu pochodzą z XII w. (Robert de Boron, Chrétien de Troyes, wspomniany Wolfram). Legenda ta łączy dwa wątki: naczynia, którego miał używać Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy, i naczynia, do którego Józef z Arymatei miał zebrać krew Jezusa składając jego ciało do grobu. O ile pierwszy wątek - w jego realistycznym wydaniu - można uznać za bezsprzecznie ortodoksyjny (podczas posiłków zazwyczaj używa się jakichś naczyń), o tyle ten drugi jest czysto apokryficzny i, co więcej, znany staje się dopiero właśnie w średniowieczu. I na dodatek bardzo szybko zostaje powiązany z obecnymi we wszystkich kulturach wierzeniami i obrzędami płodnościowymi (wątek Króla Rybaka i ziemi jałowej). Ale nie tylko - Graal posiada bowiem również wiele cech typowego dla wielu legend i mitologii naczynia obdarzonego szczególną mocą, jak chociażby magiczne kociołki z wierzeń brytyjskich i celtyckich - a więc tradycji ludów zamieszkujących ziemie, na których legenda o Graalu powstała.

Jednym z głównych motywów legend o Graalu we wszystkich możliwych wersjach jest niedostępność tego naczynia. Jak wiadomo, ujrzeć je mogą jedynie wybrani, a cechą tego rodzaju ekskluzywnych kultów misteryjnych jest ich tajemniczość - wysoce wątpliwe więc, żeby opowiadali wszystkim dookoła, jak Graal wygląda. Opisy literackie też na niewiele się zdają: nie do końca precyzują nawet, jaki kształt miałoby mieć to naczynie. Można założyć, że średniowieczni autorzy mówią o kielichu, ponieważ było to naczynie a) służące do picia wina na ucztach dworskich; b) liturgiczne. Ale jeśli byłby to średniowieczny kielich, to nie ma żadnych szans, żeby był tożsamy z naczyniem z Ostatniej Wieczerzy czy też tym, które było w posiadaniu Józefa z Arymatei. Możemy oczywiście pójść za wersją Roberta de Boron, który twierdzi, że Józef otrzymał Graala nieco później, z rąk objawiającego mu się Jezusa - wtedy można by przyjąć, że naczynie zdążyło mistycznie zmienić swój kształt.

Ale nawet przyjmując, że poseł Jurek i jego towarzysze z bractwa nie odwołują się do żadnych pogańskich legend i średniowiecznych apokryfów, i interesuje ich jedynie realne naczynie z mniej więcej 33 roku ery chrześcijańskiej (pomińmy tu miłosiernie zawirowania kalendarzowo-historyczne związane z początkiem tej rachuby czasu), to nadal będziemy mieć problem. Po pierwsze nie mamy armat - czyli w tym przypadku archeologicznego artefaktu, który byłby tym naczyniem, a przynajmniej jednym z wielu używanych podczas tego konkretnego posiłku. Ba, nie mamy żadnego naczynia, co do którego można by z pewnością stwierdzić, że kiedykolwiek spożywał z niego cokolwiek Jezus albo przynajmniej któryś z apostołów. Albo choćby Maria Magdalena, o której za chwilę.

Możemy pobawić się co najwyżej w przybliżenia, jak takie naczynie mogłoby wyglądać. Jezus i jego towarzysze nie należeli do warstw zamożnych, zapewne więc używali naczyń glinianych lub co najwyżej cynowych. Zapewne z minimalnymi zdobieniami, jeśli w ogóle. Jeśli chodzi zaś o sam kształt, to też nie możemy mieć tu pewności. Klasyczni Grecy najchętniej pili wino z płytkich dwuuchych kyliksów, ale mogły to też być nieco głębsze, posiadające dwa wielkie ucha kantary, nieduże i poręczne skyphosy, a nawet przypominające nieco dziwaczną chochlę kyathosy, bezuchwytowe miseczki zwane phiale, czy też wymyślne, rzeźbione najczęściej w kształty zwierzęce rhytony. Co tu wybrać? Zważywszy pozycję społeczną ludzi, o których mówimy, możemy odrzucić kształty bardziej wymyślne, ale i tak pozostajemy wówczas z co najmniej skyphosem i phiale do wyboru. Co gorsza, jedno i drugie niezbyt efektownie wygląda, zwłaszcza jak na trofeum sportowe.

Chwała zresztą twórcom filmu Indiana Jones i ostatnia krucjata za to, że Graalem okazuje się tam właśnie najbardziej niepozorne z naczyń wypełniających grotę Strażnika. Jakoś jednak nie sądzę, żeby monarchiści wręczali sobie nawzajem kopie kubka z tego właśnie filmu.

A skoro jesteśmy już przy popkulturze, to mam jedną nadzieję - że pucharem przechodnim panów monarchistów nie jest Graal w ujęciu Dana Browna, czyli Magdalena. Jakże by to bowiem wyglądało, gdyby szacowni panowie przekazywali sobie kopię kobiety, która wedle powszechnie panującej w chrześcijaństwie mitologii utożsamiana jest z nierządnicą - czyli mówiąc językiem współczesnym prostytutką?

Rhyton w kształcie baraniej głowy, Muzeum Narodowe w Atenach

sobota, 12 maja 2007
Bo piękno na to jest...

Na początek cytat z pana premiera:

"To, czego byśmy oczekiwali, to nowe spojrzenie grup wysoko wykształconych na swoją rolę społeczną i powrotu do inteligenckiego etosu. To by pewnie nie zniosło obecnego sporu, ale sprowadziłoby do kwestii estetycznej. Bo rzeczywiście estetyka IV RP nie wygląda najlepiej, to sam wiem. Ale tak po prostu jest."

A ja na brzydką rzeczywistość nie mam zamiaru się zgadzać. Zaiste rację mieli starożytni Grecy, którzy dobro utożsamiali z pięknem - w całej historii kultury europejskiej najbardziej przerażającym wydaje mi się zwrot mentalny, który piękno fizyczne uczynił znakiem grzechu, upadku, zła i szatana. Dla starożytnych ideałem jest człowiek "piękny i dobry" (καλος και αγαθος, gdzie kalos odnosi się zarówno do piękna fizycznego jak i duchowego, agathos zaś głównie do moralności i dzielności), w filozofii Platona prawda, piękno i dobro są z sobą nierozerwalnie związane.

Co ciekawe, antonimem obu tych słów jest jedno - κακος - znaczące zarówno brzydki, jak i nikczemny oraz np. tchórzliwy.

Dla Rzymian z kolei jedną z najistotniejszych cech dobrego człowieka i obywatela była umiejętność pięknego (i przede wszystkim poprawnego) wysławiania się, na czym obecnym "elitom" politycznym zbywa w stopniu wręcz przerażającym.

W związku z powyższym pan premier nie może liczyć na mój akces do swojego programu i pomysłów. Powodów jest znacznie więcej, ale powiedzmy, że ten estetyczny w zupełności wystarczy.

A teraz dedykacja odnosząca się do podkreślonego fragmentu wypowiedzi - i pytanie do pana premiera, które zwykł był zadawać w swoich felietonach śp. Kisiel - "z czego to cytat, koteczku?" (A ponieważ trwają matury, to polecam również panu premierowi wraz z bratem rozszyfrowanie cytatu w tytule tego wpisu.)

To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
nasza odmowa niezgoda i upór
mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku
w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia

(...)

Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana
(Marek Tulliusz obracał się w grobie)
łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy
dialektyka oprawców żadnej dyskryminacji w rozumowaniu
składnia pozbawiona urody koniunktiwu

Tak więc estetyka może być pomocna w życiu
nie należy zaniedbywać nauki o pięknie

Zanim zgłosimy akces trzeba pilnie badać
kształt architektury rytm bębnów i piszczałek
kolory oficjalne nikczemny rytuał pogrzebów

Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu
książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie

To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
mieliśmy odrobinę niezbędnej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku
który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo
choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała
głowa

Rzeźba w londyńskim City

czwartek, 10 maja 2007
Polska mizeria słownikowa

Okej. Od marca zajmuję się tłumaczeniem światowego bestsellera. Miłe.

Sęk w tym, że światowy bestseller jest w zasadzie wyłącznie o seksie. Nie, nie, nie mam problemu z tłumaczeniem książki o seksie - ani mnie to nie zawstydza, ani nie obrzydza. Problemem, owszem, jest polskie słownictwo w tej materii: istnieją terminy medyczne, istnieją wulgaryzmy, istnieją eufemizmy, ale porządnej terminologii erotycznej rozpaczliwie brakuje. Bo sorry, ale nie przetłumacze w autotematycznym tekście trzydziestoletniej kobiety (nie będącej Sarą Kane czy inną brutalistką) słowa "pussy" jako "cipka", albowiem nie wyobrażam sobie żadnej mojej koleżanki tak się o sobie samej wyrażającej. I mało mnie obchodzi, że być może (nie wiem) tak mówią bohaterki jakichś polskich romansideł - polska literatura popularna, nie mówiąc już o komediach romantycznych,tak dalece odbiega od polskiej rzeczywistości również pod względem językowym, że nie wierzyłabym ani przez moment w jej funkcję mimetyczną.

A na dodatek od znajomej tłumaczki z niemieckiego dowiedziałam się, że nawet język naszych zachodnich sąsiadów jest bardziej wyrafinowany pod tym względem.

I nie pomagają tu słowniki w rodzaju "polskich eufemizmów" czy "polszczyzny potocznej" - w obu rozsiadły się wyrażenia i słówka w rodzaju "kuciapki", które są brzydkie i nie do zastosowania w tłumaczonej przeze mnie książce. Pozostaje nadzieja, że zauważony przez moją przyjaciółkę w Taniej Książce słownik bodajże seksualizmów polskich Lwa-Starowicza przyniesie jakieś ciekawsze rozwiązania. Choć momentami mam wrażenie, że jest to spes contra spem. Ale nic to, zobaczę. A o erotycznym słowniku Greków i Rzymian jeszcze pewnie napiszę, na razie musiałam gdzieś dać upust frustracji.

 

Afrodyta, Muzeum Narodowe w Atenach

 

wtorek, 08 maja 2007
Orzeł Biały a dzieje Arystydesa, syna Lizymacha, Ateńczyka

"Jarosław Kaczyński wyraził żal, że w dzisiejszej Polsce stosuje się powszechnie goebbelsowską metodę 'Kłam, kłam, a coś z tego zostanie'" - przeczytałam dziś na portalu Gazety Wyborczej.

I mam pytanie do pana premiera w związku z tą wypowiedzią: dlaczego Pan i pańscy ministrowie, nie mówiąc już o sługusach w Sejmie i partii, nie zaprzestaną tego haniebnego procederu, który i Panu się sądząc z tej wypowiedzi nie podoba?

W tym samym artykule czytam, że zdaniem pana premiera prawa obywatelskie w Polsce nie są łamane, ponieważ np. wolno "wyjeżdżać za granicę i stamtąd atakować rząd". A problem w tym, że ja chciałabym sobie bezkarnie poatakować rząd z kraju. Nie musieć w tym celu wyjeżdżać - jak za komuny. Ostatnio groźbą utraty pracy zostałam zmuszona do podpisania oświadczenia lustracyjnego, mimo że jak dogorywała komuna, miałam raptem kilkanaście lat i chodziłam do szkoły. Dzięki ustawie lustracyjnej poczułam się tak jak ludzie, którzy za komuny bojąc się o pracę czy rodzinę podpisywali różne idiotyczne świstki, z czego nic potem nie wynikało. Tak się składa, że mam pracę, z której chcę zrezygnować, ale chciałabym to zrobić na własnych warunkach, a nie na mocy ustawy zmuszającej do udowadniania, że nie jestem wielbłądem.

Ale może moje przekonanie o niewinności jest fałszywe? Może sama o tym nie wiedząc byłam np. "dysponentem zakrytego punktu obserwacyjnego (ZPO) dla organów cywilnych bądź też "dysponentem punktu zakrytej obserwacji (PZO)", gdyby chodziło o organy wojskowe? Jaką bowiem mam pewność, że ktoś ze szkolnych kolegów nie wykorzystywał mnie niecnie i z okien mieszkania moich rodziców nie obserwował skrycie, co dzieje się u sąsiadów? Muszę jednakowoż przyjrzeć, że niejaką osłodą za złożenie papierów lustracyjnych jest otrzymany w komplecie "wykaz kategorii współpracy z organami bezpieczeństwa państwa", z którego pochodzą powyższe ZPO i PZO.

Demokracja w wykonaniu PiSu w Polsce zaczyna coraz bardziej przypominać ateńską - szkoda jednakowoż, że nie pod względem mecanatu kulturalnego. Najbardziej ateńskim z ostatnich zachowań rządu jest wykluczenie Tadeusza Mazowieckiego i Bronisława Geremka z kapituły orderu Orła Białego. Ze wszystkich wygnanych przez ostracyzm wybitnych Ateńczyków najbardziej przypomina to anegdotę o Arystydesie.

Ten polityk ateński, jeden ze strategów w wojnach grecko-perskich, zasłużony w bitwie pod Maratonem, zyskał sobie przydomek "sprawiedliwego"; raptem kilkadziesiąt lat po jego śmierci jako "najlepszego i najsprawiedliwszego" z Ateńczyków opisuje go Herodot. A najwyraźniej przydomek taki nosił już za życia, albowiem z obradami nad jego wygnaniem (skonfliktował się z innym strategiem, Temistoklesem, architektem zwycięstwa pod Salaminą) wiąże się następująca historyjka, opowiedziana przez Plutarcha: podczas głosowania nad wygnaniem jednego z obywateli (kandydatów było kilku) do Arystydesa podszedł jakiś niepiśmienny obywatel, prosząc go o pomoc w wypełnieniu karty - no, skorupy - do głosowania. Niepiśmienny obywatel ów najwyraźniej nie poznał Arystydesa, poprosił bowiem o napisanie na ostrakonie imienia Arystydesa właśnie. Właściciel tego imienia, zdziwiony nieco, zapytał niepiśmiennego obywatela, czym zaszkodził mu Arystydes, że chce się go pozbyć z miasta. Tamten wzruszył ramionami i powiedział: "Niczym, nawet go nie znam. Ale mam dość tego, że nazywają go sprawiedliwym." Arystydes miał na to w milczeniu wpisać na skorupę swoje imię; po ogłoszeniu wyników został skazany na pięcioletnie wygnanie.

Arystydesa wygnano ok. 483 roku, siedem lat po Maratonie, pięć lat po tym, jak za zasługi w tej bitwie został wybrany archontem - czyli najwyższym urzędnikiem w państwie. Miał nieco szczęścia - trzy lata później Persowie ponownie najechali Grecję, a Ateńczycy wykazali się wyjątkowym jak na nich rozsądkiem i wezwali Arystydesa z wygnania. Został ponownie strategiem i przyczynił się do zwycięstw pod Salaminą i Platejami. Kiedy kilka lat później głosowano (skutecznie) nad wygnaniem z kolei Temistoklesa - ponoć nie oddał na niego głosu.

Ostrakon z imieniem Arystydesa, syna Lizymacha

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright