sobota, 31 maja 2008
Kwitną kasztany

Dość przez przypadek, szukając sobie różnych informacji w necie, trafiłam na kilka serwisów tworzonych ewidentnie pod gimnazjalistów, licealistów i maturzystów - część z nich nawet nie kryje sie ze swoim charakterem, nazywając się bezpretensjonalnie sciaga, bryk i podobnie. I z jednej strony dość przerażające mi się wydało, że prawdopodobnie z takich źródeł współczesny uczeń szkoły średniej czerpie swoją wiedzę (przecież to znacznie łatwiej niż nawet przedzierać się przez gąszcz wcale nie bezbłędnej Wikipedii), z drugiej - uświadomiło mi, skąd się bierze niewyobrażalna wręcz ignorancja wielu znanych mi osób, wiekowo znajdujących się w okolicach matury, przejawiająca się na każdym poziomie: od językowego (miałam ostatnio do czynienia z grupką młodzieży, której nie przyszło do głowy zastanowić się, skąd wzięło się określenie "język ezopowy") po kulturowy i historyczny (taż sama grupa miała kolosalny problem z wymienieniem choćby jednego ważnego wydarzenia historycznego z okolic roku 1968, co zważywszy niedawny szum w mediach jest dość skandaliczne). Wszyscy natomiast elegancko recytują formułki wymagane obecnie na maturach przez klucze, które ponoć są takie wspaniałe, tylko ja jakoś tej wspaniałości nie dostrzegam. Załamałam się mniej więcej dwa lata temu, kiedy uległam i dawałam korepetycje niegłupiej ale bardzo nieśmiałej licealistce, i okazało się, że do zaliczenia wypracowania z Jądra ciemności Conrada bezwzględnie trzeba zacytować "czarne kości", które widzi Marlow na wybrzeżu. Ups, pomyślałam, oblałabym. Mimo że akurat Jądro ciemności czytałam kilka razy i wiele scen mogłabym przytaczać z pamięci, a z kontekstem kulturowym też chyba nie miałabym problemów, z nawiązaniami do tej powieści takoż. Ale niestety, nie utkwiło mi w pamięci sformułowanie "czarne kości".

A wracając do serwisów brykowych, znalazłam w nich np. takie kwiatki jak stwierdzenie, że rok 1956 to "cenzura wyznaczona przez wydarzenia polityczne w Polsce". No problem w tym, że jak na odwilż przystało, cenzura akurat wówczas nieco złagodniała. (Skądinąd wiedza o tym, skąd wzięło się określenie "odwilż" zanikła w narodzie kompletnie, jedyna propozycja, jaką usłyszałam, gdy o to zapytałam, brzmiała: "z prognozy pogody?") Następnie, usiłując dość bezskutecznie zlokalizować w necie wiersz Jana Lechonia pt. Herostrates, dowiedziałam się, że "autor wyraża tu zafascynowanie historią i kulturą polską, nawiązującą do tradycji romantycznej"... Pomijając drobny fakt, że mówi się raczej "fascynacja", podobnej bzdury dawno nie widziałam: mało jest w polskiej literaturze tak ostrych polemik z tradycją romantyczną. Wyspiański, Gombrowicz - i mało kto poza tym aż tak mocno i aż tak głośno. W kolejnym zbiorze mądrości na temat tego wiersza wyczytałam, co gorsza, iż (składnia i styl oryginalne!) "Wiersz nawiązuje do imienia pewnego szewca, który żył w IV wieku przed naszą. Pragnął on zdobyć nieprzemijającą sławę, dlatego zdecydował się na mieszczącą się w Efezie świątynię Artemidy. Dlatego jego imię stało się synonimem człowieka mającego odwagę targnąć się na świętości." Żył przed naszą czym? Naszą klasą? I w jakim sensie zdecydował sie na tę nieszczęsną świątynię?? Że już nie wspomnę, iż mówienie o Herostratesie jako tym, który odważa się szargać świętości, przeczy zdrowemu rozsądkowi. Toż w tym nie było żadnej idei, a jedynie pragnienie sławy... I co więcej, wydaje mi się, że Lechoń też w tym wierszu widzi siebie bardziej jako szaleńca, który rzuca się na narodowe pomniki - bo tylko za takiego może w tym kraju zostać uznany - niż za człowieka walczącego o ideę "wiosną zobaczenia wiosny, a nie Polski". Ten wiersz przekreśla przecież ideowe podejście.

Dalej przeglądałam te serwisy (ewidentnie zresztą podające gotowce wypracowań, sądząc po tym, że autorzy silą się na uwielbianą przez polskich nauczycieli "formę rozprawki") już z niezdrowej ciekawości. Zacytuję jeszcze jeden kwiatek, poziom bełkotliwości którego mnie całkowicie przytłoczył. "Żywot gladiatora oparty był na pozornej sprzeczności. Z jednej strony członkowie tego cechu byli wyrzutkami społecznymi. Rekrutowali się najczęściej spośród jeńców wojennych, niewolników i skazańców. Ale także spośród niewypłacalnych dłużników. Tym samym byli odarci z ludzkiej godności, wręcz uprzedmiotowieni. Ich życie nie miało żadnej wartości, a wszelkie zyski, np. z bardzo popularnych zakładów, zawieranych na arenach przez publiczność, przypadały ich właścicielom. Dla nich nagrodą była wyłącznie możliwość dalszego życia." Nie dość, że pretensjonalnie napisane (te krótkie zdania i ich równoważniki, których dalej jest coraz więcej), to jeszcze na dodatek dogłębnie nieprawdziwe. Po pierwsze gladiatorami zostawali również ludzie wolni z własnej woli, po drugie wyszkolenie gladiatora kosztowało właściciela szkoły tyle, że wcale nie zależało mu na śmierci podopiecznych, po trzecie gladiatorzy byli dobrze żywieni (musieli mieć siły do walki) i dostawali wypłaty za udział w igrzyskach, po czwarte nie było tak, że walczyli wyłacznie na śmierć i życie (aha, jeśli ktoś zechce mnie posądzić o propagowanie krwawych antycznych sportów, czego wcale nie czynię, niech obejrzy sobie mecz boksu zawodowego albo poczyta o wypadkach żużlowych czy też kontuzjach w futbolu amerykańskim - trwałe uszkodzenia są porównywalne, jeśli wziąć pod uwagę przeciętne igrzyska rzymskie, a nie przypadki patologiczne, które można by z kolei porównać np. ze sportami - czy walkami - dziś nielegalnymi, jak chociażby ustawki). Co więcej - ale o tym chyba nikt się w polskiej szkole nie zająknie, jako że sądząc z dalszej części tego wypracowania panuje tam nadal socrealistyczny mit Spartakusa - gladiatorzy byli nierzadko odpowiednikami współczesnych gwiazd sportu i popkultury - otoczeni uwielbieniem Rzymianek, hołubieni i sponsorowani przez możnych. Którym czasem zdarzało się mieć zachciankę wziąć udział w walce - tak, pod tym jednym względem Gladiator Ridleya Scotta jest zgodny z prawdą: Kommodusowi istotnie zdarzało się walczyć na arenie.

Jeszcze drobiazg, który zapewne lepiej ode mnie skomentowaliby językoznawcy (ukłon): "Do dziś przecież cały przekaz informacji opiera się na mowie zapisanej." Dla jasności, to z wypracowania pt. Kultura państw starożytnych - próba bilansu, wypracowania, w którym skądinąd istnieje starożytne "państwo" zwane Grecją... Otóż nie, żywcem nie cały przekaz informacji opiera się na zapisie mowy, bo gdyby tak było, to nie rozumielibyśmy chociażby znaków drogowych, nie mówiąc o reklamach (w Polsce niemal nieobecnych), gdzie jedyną formą przekazu jest wysublimowany obraz i logo reklamowanej firmy. Co więcej, o ile wiem, nigdy nie było tak (nawet licząc od wynalazku pisma alfabetycznego czy fonetycznego), żeby cały przekaz opierał się itd.

Mogłabym tak jeszcze długo, zwłaszcza że na tej samej stronie natknęłam się na informację, iż pod Akcjum miało miejsce "morskie starcie wojsk Marka Aureliusz i Oktawian Augusta" (zapis imion oryginalny). I zapewne mógłby tak bez końca każdy, komu na sercu leży jakaś dziedzina wiedzy, bo zapewne bzdury w tych serwisach dotyczą wszystkich przedmiotów.

Dziwi natomiast to, że zapewne spory procent uczniów powtarza te bzdury przed nauczycielami, a maturzystów - przed komisjami maturalnymi. I co? I nic. Bo nauczyciel bardzo często też nie wie. Ale to już zupełnie inna historia.

Dłoń pięściarza, Muzeum Archeologiczne, Ateny

poniedziałek, 26 maja 2008
Scarlett O'Hara was not beautiful...

Beauty is in the eye of the beholder - paradoksalnie tym angielskim powiedzeniem, które można w przybliżeniu oddać polskim "nie to ładne, co ładne, ale co się podoba", powinnam chyba skomentować fragment przeczytanego przed chwilą artykuliku na portalu gazeta.pl, poświęconego odkryciu, które może okazać się kolejnym - po Carterze i grobowcu Tutanchamona oraz Andronikosie i nekropoli królewskiej w Aigai - "odkryciem stulecia", ale może równie dobrze okazać się kolejnym prof. Niwińskim i grobowcem Herhora, toteż nie chcę tu komentować rewelacji podawanych przez to doniesienie, tylko zająć się jego drobniutkim szczegółem, pochodzącym zresztą od dziennikarza, a nie Zahi Hawassa.

Chodzi oczywiście o sformułowanie "piękna królowa" w odniesieniu do Kleopatry VII, której wizerunki z epoki sprawiają, że choćbym była największym sceptykiem w kwestii istnienia czegoś takiego jak niezależny od urody sekapil, musiałabym w istnienie tegoż uwierzyć. Kleopatra bowiem olśniewająco piękna nie była. Ani wedle kanonów greckich, ani współczesnych. Miała niczym szczególnym nie wyróżniające się rysy, duży nos oraz - wedle archeologii medycznej, że się tak wyrażę - wole spowodowane chorobą tarczycy. Uroda zresztą nie była cechą charakterystyczną członków dynastii Ptolemeuszy, której ostatnią przedstawicielką była Kleopatra. Już założyciel dynastii, Ptolemeusz Lagida, przyjaciel i oficer Aleksandra Wielkiego, nie był szczególnie przystojnym mężczyzną - miał wyłupiaste oczy i raczej grube rysy; znacznie atrakcyjniejszy od niego wydaje się chociażby Seleukos, któremu w podziale imperium przypadł jego wschód.

Królowymi w dynastii Ptolemeuszy zostawały nierzadko siostry następców tronu, jako że w Egipcie przyjętym i uświęconym zwyczajem wśród władców były małżeństwa kazirodcze; sankcję religijną takim związkom nadawały wierzenia, wedle których najważniejsi bogowie, zawierający między sobą związki małżeńskie, byli zazwyczaj również rodzeństwem. Królowe zatem urodą przypominały nierzadko panów z tej dynastii. I mimo że poeci - między innymi Kallimach z Cyreny i Teokryt - sławili urodę królowych (taki już los dworskich artystów), wizerunki zarówno rzeźbiarskie jak i monetarne mówią nam co innego: nawet opiewana Berenika (ta od gwiazdozbioru Warkocza Bereniki) nie była klasyczną pięknością.

Trudno natomiast w obliczu pisanych źródeł, w których te panie występują, oprzeć się wrażeniu, że wszystkie po kolei musiały mieć niezwykły charakter, a wiele z nich również wzmiankowany seksapil. To samo ewidentnie tyczy się Kleopatry, która musiała mieć "coś", skoro bez trudu owinęła sobie wokół palca najpierw Cezara, a następnie Marka Antoniusza. Inna sprawa, że obaj panowie do wstrzemięźliwych jeśli chodzi o podboje miłosne nie należeli.

Sęk w tym, że w przypadku Kleopatry na to "coś" zapewne składało się wiele czynników, z których uroda (bądź jej brak) była zapewne najpośledniejszym. Kleopatra posiadała wiele cech, które są ponoć znacznie silniejszymi afrodyzjakami: władzę (choć formalnie, kiedy poznała Cezara, była tylko księżniczką i żoną prawowitego króla, którym był jej młodszy o siedem lat - a w chwili obejmowania tronu nieletni - brat Ptolemeusz XIII) i powab egzotyki (mimo że z urodzenia czystej krwi Macedonka - czyli dla Rzymian de facto Greczynka - wychowana była w synkretycznej kulturze zhellenizowanego Egiptu, a jej dwór pełen był chociażby kojarzących się ze wschodnim przepychem i zepsuciem eunuchów, budzących wprawdzie u Rzymian odrazę, ale zapewne nie pozbawioną fascynacji). Miała też coś jeszcze, co wprawdzie w dzisiejszych czasach nie jest kojarzone z seksapilem, ale dla ludzi pokroju Cezara czy Antoniusza musiało być niezwykle atrakcyjne u kobiety - była doskonale wykształcona, władała kilkoma językami, znała się na literaturze i sztuce. Słowem: można było z nią ciekawie porozmawiać.

A teraz, na zakończenie, coś, czego się po sobie nie spodziewałam - apel do feministek. Może bowiem nadszedł czas, żeby zastąpić stereotypowe wyobrażenie Kleopatry jako wyuzdanej, knującej pałacowe intrygi i zdobywającej wszystko przez łóżko piękności (którą w końcu to wszystko gubi, czyniąc z niej z kolei nieszczęśliwą królową, pozbawioną tronu przez podłego, zimnego, wyrachowanego polityka - Oktawiana) wyobrażeniem na miarę zarówno jej czasów, jak i naszych: kobiety doskonale wiedzącej, czego chce, posiadającej znakomite wykształcenie, używającej swojego intelektu w celach politycznych, świadomie wykorzystującej mężczyzn do swoich celów - kobiety, której klęską stały się raczej nieudolność i rozleniwienie drugiego mężczyzny, na którego postawiła swój los. Kleopatra powinna stać się sztandarową postacią rozsądnego feminizmu, tymczasem kino i kultura popularna uczyniło z niej ikonę cech wzorcowi takiemu przeciwnych: kobietki, którą interesuje wyłącznie zmienianie sukienek (pamiętacie rewię mody w wykonaniu Elizabeth Taylor?) i kochanków. Pisałam już jakiś czas temu o tym, że nieodżałowanej pamięci serial Rzym usiłował ten wizerunek zmienić, ale nie na wiele się chyba te próby zdały, sądząc po dzisiejszym artykule.

A tak na marginesie Ptolemeuszy - moją ulubioną anegdotą o tej dynastii jest ta o koszerności i niekoszerności. Otóż wedle Biblii hebrajskiej zając jest zwierzęciem niekoszernym (nie ma rozdwojonych kopyt i nie przeżuwa). Tymczasem pracujący w Bibliotece Aleksandryjskiej uczeni tłumacze żydowskich ksiąg stanęli przed nie lada problemem natury nie tyle językowej czy rytualnej, ale... politycznej. Ojciec założyciela dynastii bowiem miał na imię Lagos, a niezależnie od prób stworzenia dla tego imienia innych (bardziej skądinąd sensownych) etymologii, słowo to po grecku oznacza zająca. Nie wypada zaś, żeby dynastyczne, "herbowe" niemalże zwierzę królów, którzy płacą za przekład, okazało się nieczyste rytualnie. W związku z tym w greckiej Septuagincie zając okazał się koszerny.

Kleopatra II lub III

PS 1. To nie jest portret Kleopatry VII, ale jednej z jej przodkiń: Kleopatry II lub III, starszych od niej o 100-120 lat. Portret Kleopatry VII można obejrzeć tutaj, a na moich Antiquitates prezentuję dla porównania Ptolemeusza i Seleukosa.

PS 2. Tytuł pochodzi oczywiście z pierwszego - zaskakującego, prawda? - zdania Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell. Zrobiłam kiedyś wśród znajomych "badanie opinii publicznej" w tej sprawie i okazało się, że wszyscy są przekonani, wbrew tekstowi książki, że Scarlett była pięknością. Tymczasem zarówno sam początek, jak i zakończenie tej powieści, są świadectwem niezwykłego wyczucia pisarskiego Margaret Mitchell i ta klamra wystarczy, żeby uczynić z Przeminęło... powieść wybitną. W całości w polskim przekładzie zdanie to brzmi: "Scarlett O'Hara nie była piękna, ale mężczyźni, zadurzeni w niej tak jak dwaj młodzi Tarletonowie, rzadko zdawali sobie z tego sprawę." Parafrazując: "Kleopatra nie była piękna, ale mężczyźni, zadurzeni w niej tak jak dwaj wielcy wodzowie rzymscy, rzadko zdawali sobie z tego sprawę."

czwartek, 15 maja 2008
Zorganizowany samizdat a sprawa polska

Po weekendzie spędzonym na uporczywej reinstalacji systemu w odmawiającym działania komputerze dorwałam się wreszcie znów do buszowania po necie i od razu trafiłam na coś, co sprawiło, że "z początku porwał mię śmiech pusty, a potem litość i trwoga". I to niemal dosłownie, choć nieco inaczej niż u wieszcza, albowiem zdecydowanie litości było w tym najmniej. A już na pewno wszystko to razem nie wytworzyło przeżycia katharsis.

Przeglądając bowiem ogłoszenia o pracy w branży wydawniczej, znalazłam ofertę brzmiącą "korekta zdalnie". Korektą zasadniczo się nie zajmuję (dużo czasu, mało pieniędzy), ale ta zdalność mnie zaintrygowała - poważne wydawnictwa rzadko zlecają takie prace zdalnie, bo przesyłanie wydruków (a solidnej korekty nie da się zrobić wyłącznie na ekranie komputera) jest czasochłonne i kosztuje, a poza tym naprawdę dobrze dogaduje się szczegóły osobiście.

W taki właśnie sposób zapoznałam się z "wydawnictwem" My Book, którego nazwa mówi sama za siebie. Jest to raczej twór wydawnictwopodobny (jak wyroby czekoladopodobne w stanie wojennym oraz obecnie w niektórych wielkich hipermarketach - tym razem pod postacią tzw. marki własnej), który umożliwia każdemu, kto cokolwiek napisał, wydrukowanie tego niby nie własnym nakładem, choć za własne pieniądze. No bo wydawanie własnej twórczości własnym nakładem obciążone jest podejrzeniem o to, że po prostu nikt inny twórczości tejże wydać nie chciał... Czemu zresztą w przypadku takich samizdatów zazwyczaj trudno się dziwić, jest to najczęściej grafomania pierwszej wody i żadne szanujące się wydawnictwo nie będzie chciało mieć jej na sumieniu.

Jakiś czas temu na moje wówczas redaktorskie biurko trafiła najbardziej chyba kuriozalna książka, jaką w życiu swoim widziałam. Nazywało się to "Szerglvar" (tak, nie pomyliłam ani jednej literki, co mnie samą dziwi) i okazało się być wydane przez "wydawnictwo Szerg", utworzone przez autorkę celem wydawania kolejnych tomów wątpliwego arcydzieła jej pióra. Książka była tak zła, że aż trudno to sobie wyobrazić, w związku z czym zainteresowanych odsyłam: po pierwsze do nieocenionej strony GoodOmens (niestety nieaktualizowanej, choć niedawne przenosiny na blox wróżą jakąś przyszłość), gdzie można się zapoznać z obszernymi kawałkami dzieła, oraz w drugiej kolejności do witryny autorki, którą zdecydowanie należy oglądać dopiero po zapoznaniu się z cytatami wybranymi (niestety ta strony też chyba nie jest aktualizowana, a szkoda: dostarczała sporo zabawy, zwłaszcza kiedy autorka porównywała się z Jackiem Dukajem).

Piszę o tym przypadku dlatego, że inicjatywa My Book - również sądząc po opisach większości książek, których tu miłosiernie nie zacytuję, zwłaszcza że podałam wyżej link, więc kto ciekaw, może sam sprawdzić - skierowana jest głównie dla osób pokroju autorki "Szerglvaru", pragnących udawać, że istniała jakaś zewnętrzna instancja, która ich książki przyjęła do druku, jakaś wewnętrzna recenzja wydawnicza (której jednak My Book, jak informuje lojalnie na swojej stronie, nie udostępnia, co podaje w wątpliwość jej istnienie; wątpliwe zresztą, żeby odrzucane było cokolwiek, co nie podpada pod paragrafy mogące narobić MB kłopotów), jednym słowem jakieś instytucjonalne przyzwolenie na zaistnienie książki.

Po prawdzie wydawać by się mogło, że My Book autorom nie oferuje właściwie nic, czego nie byliby w stanie uzyskać własnym wysiłkiem - a opłacenie samemu drukarni byłoby zapewne wręcz tańsze, choć trzeba przyznać, że stawki MB nie są wygórowane. A jednak. Diabeł tkwi w szczegółach. Poza wzmiankowanym już faktem, że można się chwalić, iż książkę pod ogólnym tytułem "moja grafomania" wydało coś, co z nami poza tym nie ma nic wspólnego, My Book oferuje dwa drobiazgi: numer ISBN oraz wysłanie tzw. egzemplarzy obowiązkowych do Biblioteki Narodowej i Biblioteki Jagiellońskiej. Czyli nasz grafoman będzie figurował w bazie bibliotek copyrightowych. To bardzo dużo dla kogoś, kogo ambicją jest "zaistnienie". Co z tego, że My Book nie oferuje ani dystrybucji, ani promocji - choć oczywiście udaje, że to robi, albowiem umieszcza informacje o książkach na swojej stronie (tam również oferuje ich sprzedaż, do księgarni nie trafiają) oraz w dwóch mało ważnych serwisach książkowych, z czego jeden ma charakter forum. Co z tego, że tak naprawdę książkę trudno uznać za "wydaną" - MB drukuje wyłącznie egzemplarze autorskie oraz obowiązkowe, a potem dodrukowuje egzemplarze na zamówienie w "nieograniczonej liczbie" - na zamówienie klientów (a to pozwala, co więcej, umieścić na stronie informację o honorarium autorskim, albowiem autor dostaje 20% od każdego sprzedanego egzemplarza). Domyślić się można, że nakłady nie przekraczają w związku z tym kilku, może w porywach kilkunastu egzemplarzy (nie licząc autorskich). Ale w dobie, kiedy w stopce nie podaje się nakładów, nie ma to przecież znaczenia.

I właściwie wszystko to nie miałoby żadnego znaczenia i zapewne nawet bym się tym nie przejęła - w końcu rozmaite domy kultury i lokalne kółka zainteresowań zawsze wydawały plus minus samizdatowo twórczość swoich członków, a zasięg takich publikacji był podobny jak książek z My Book. Grafomania jest przypadłością stosunkowo nieszkodliwą, a jeśli wydanie tomiku wtórnych do bólu wierszy ma zwiększyć ilość szczęścia we wszechświecie, to ja nie mam nic przeciwko.

Jest jednak jedno "ale". My Book reklamuje się bowiem również jako wydawca prac magisterskich i doktorskich. Co więcej, w swojej ofercie ma dział "nauki humanistyczne", a w nim kilka pozycji. Problem w tym, że akurat to oznacza, iż każdy może zapłacić te półtora czy dwa tysiące złotych (tak wychodzi z kalkulatora kosztów dla niezbyt grubej książki w szablonowej okładce) i zapewnić sobie publikację książkową, co zwłaszcza w naukach humanistycznych przekłada się - dla autora i zatrudniającej go instytucji - na sporo punktów. I znów diabeł tkwi tu w szczegółach. Tym razem haczyk jest taki, że polska norma bibliograficzna nie wymaga uwzględniania w opisie książki wydawcy - wystarczy miejsce i data wydania. I jeśli My Book jest zarejestrowane w którymś z dużych ośrodków akademickich, to podanie, iż książka została wydana w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu czy Lublinie może sprawiać wrażenie, że opublikowała ją jakaś poważna oficyna.

W krajach anglosaskich, a z zasadzie wszędzie na zachodzie, normą jest podawanie przede wszystkim wydawcy - jest to oczywiste zwłaszcza w odniesieniu do Stanów Zjednoczonych, gdzie rozmaite University Press najznakomitszych uczelni ulokowane są w maleńkich miejscowościach kampusowych, których nazwy niekoniecznie są powszechnie znane. W systemie polskim nie sposób rozróżnić, czy książka została wydana przez, powiedzmy, PWN czy Ossolineum, czy też własnym sumptem autora przez pseudo-wydawnictwo w rodzaju My Book. Wyjściem byłoby wprowadzenie systemu anglosaskiego i obowiązkowe podawanie w adresie bibliograficznym i przypisach wydawcy, o co pozwalam sobie tu cichutko zaapelować przy okazji przetaczających się przez kraj dysput o szkolnictwie różnorakim.

Swoją drogą przeczytałam sobie co nieco z regulaminu ISBN i dręczy mnie problem, czy taki kilkunastoegzemplarzowy zorganizowany samizdat naprawdę zasługuje na uzyskiwanie tego numeru? Jak dla mnie podpadałby raczej pod kategorię "Ephemeral printed materials such as advertising matter and the like", którym ISBN nie przysługuje...

Tabliczki

wtorek, 06 maja 2008
Discordia discors

Wydawać by się mogło, że rower i bicykl to to samo. I tak zapewne wydawało się autorowi reportażu, który jakiś czas temu czytałam albo w portalu gazeta.pl, albo w "Dużym Formacie" - znalazło się tam bowiem sformułowanie, które mogłoby otrzymać tytuł oksymoronu roku, gdyby nie fakt, że absurd nie był zamierzony - jednokołowy bicykl.

Takie nieświadome błędy bywają zabawne: z rodzinnego doświadczenia pamiętam jak do rodzinnego języka weszło powiedzenie mojej kuzynki  "suteryna na poddaszu" (w której chciała mieszkać jako młodsza nastolatka, czy też, by wyrazić to bardziej staroświecko, pensjonarka). Mimo że kuzynka była od zawsze wielbicielką wszystkiego, co francuskie, nie skojarzyła zadomowionej w języku polskim "suteryny"  z francuskim określeniem sous-terrain - podziemny - od którego słówko to pochodzi. Na pocieszenie mogę dodać, że jak miałam mniej więcej dziesięć lat, to uważałam, że słowo demokracja pochodzi od demona.

Wróćmy jednak do bicykla. Nietrudno chyba skojarzyć występującą w tym wyrazie cząstkę „bi” z podwójnością, dwoistością; mamy przecież chociażby:

  • biceps - mięsień dwugłowy
  • bifurkacje - rozdwojenia, np. na wykresie
  • bigamię (i uprawiających ją bigamistów) - zazwyczaj nielegalne dwukrotne wchodzenie w związek małżeński
  • bilingwiczne wydania książek - czyli dwujęzyczne
  • system binarny - dwójkowy (zero-jedynkowy)
  • binokular - to dawna nazwa okularów z dwoma szkłami, w przeciwieństwie do monokla, zakładanego na jedno oko
  • biseksualizm - czyli homo i hetero w jednym
  • i oczywiście bisy (bisowanie, bisować) - czyli powtórne wykonanie utworu na koncercie

„Bi” w tych słowach pochodzi z łacińskiego bis - dwa razy, i bini - dwaj, dwie, para, a zatem wskazuje na podwójność właśnie. Niektóre z tych słówek oznaczały dawniej coś nieco innego, np. w łacinie słówka biceps używano m. in. na określenie bliźniaczych szczytów, a zatem Miasteczko Twin Peaks po łacinie nazywałoby się Biceps Oppidulum (albo też - niczym Rybka zwana Wandą - Oppidulum, quod Biceps Nominatur).

W niektórych z przytoczonych słówek łacińskie bi łączy się ze słowem również łaciński: np. bi-linguis od lingua - język; bifurkacja od bifurcus - rozdwojony, widłowaty. Niekiedy jednak mamy mariaż łaciny z greką, jak w przypadku bigamii od gamos - małżeństwo; stąd również monogamia i poligamia („jednożeństwo” vs „wielożeństwo”, tym razem całkowicie greckie: monos - pojedynczy, polys - liczny).

Podobnie rzecz się ma z bicyklem. Wbrew temu, co zapewne wydawało się dziennikarzowi, nie jest to słówko pochodzenia angielskiego (być może dziecięciem lub nastolatkiem nasłuchał się Freddiego Mercury'ego wyśpiewującego "I wanna ride my bicycle"), ale na nowożytnym - także brytyjskim - gruncie zostało utworzone z łacino-greki, κυκλος bowiem to po prostu koło. Swojski cykl też od tego pochodzi, podobnie jak np. encyklopedia - czyli enkyklopaideia, od enkykloo - obracać w koło, otaczać, i paideia - wychowanie, uczenie.

Co ciekawe, sporo dziewiętnasto- i dwudziestowiecznych wynalazków służących poruszaniu się miała przynajmniej oryginalnie nazwy tworzone ze słówek greckich i łacińskich:

  • motocykl to złożenie znanego nam już kyklos i łacińskiego motus - ruch
  • automobil to greckie autos - sam (on sam, ale też samodzielny, własny) i łacińskie mobilis - ruchomy, szybki. Polski samochód to zatem niemalże językowa kalka!
  • helikopter to z kolei twór czysto grecki, złożenie helikos - kręty, wirujący i pteron - pióro, skrzydło. Stąd również na ateńskim Akropolu świątynia Ateny Nike zwana była niegdyś świątynią Nike Apteros - czyli Bezskrzydłej; natomiast od pokrewnego słówka heliktos - wijący się, pochodzi helisa - np. ta skądinąd podwójna DNA.
  • a bicykl - to oczywiście również w polszczyźnie używana dawniej nazwa roweru, dosłownie zaś dwukółka... Istnieje zresztą również trycykl - rower trójkołowy i monocykl czyli jednokołowy. Ten ostatni to zapewne pojazd, o którym mowa była w reportażu. Rower bowiem może być jedno-, dwu-, trzy- i ilekolwiek razy kołowy, bicykl natomiast nie.

Przypomina mi się przy okazji zabawa słowna, której nauczyłam się w dzieciństwie i było to zapewne pierwsze świadome zetknięcie z oksymoronem:

Na drewnianym kamieniu stojąc siedziała młoda staruszka i nic nie mówiąc rzekła: Jaki piękny jest ten brzydki świat.

A następnie zapewne odjechała jednokołowym bicyklem w pobliską dal.

Muzeum Akropolis Ateńskiej

PS. Tytuł nawiązuje do jednego z określeń barokowego konceptu poetyckiego: concordia discors lub też wymiennie discordia concors czyli odpowiednio niezgodna zgoda lub zgodna niezgoda - w sensie takim, że niezgodne na pozór elementy tworzą harmonijną całość. Jednokołowy bicykl nie tworzy, stąd tytuł notki.

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright