niedziela, 31 maja 2009
Siedemnaście mgnień antymaterii

Fenomen Dana Browna nie przestaje mnie zadziwiać. Jeśli cokolwiek świadczy o skundleniu współczesnej kultury, to nie popularność tych fabuł, nie bezsensowność pomysłów, ale kompletna dezynwoltura, z jaką autor traktuje realia świata. Tak, realia.

Zasadniczo nie mam problemów z zaakceptowaniem najbardziej nieprawdopodobnego gadżetu w książce czy filmie; bez wielkiego mrużenia oka przyjmuję delikatne łupinki stateczków kosmicznych w "Gwiezdnych wojnach" czy startrekowe translatory i transportery (beam-me-up), nie mam nic przeciwko Jamesowi Bondowi ścigającemu przestępcę nie tylko skacząc za nim na lecący helikopter, ale nawet udając się bez przygotowania na stację orbitalną. Nie powinnam mieć zatem większych problemów z akceptacją w fikcyjnej rzeczywistości bomby z antymaterii, jako że nie odbiega ona poziomem idiotyczności od mnóstwa innych pomysłów literackich i filmowych.

I rzeczywiście, bomba z antymaterii w Aniołach i demonach nie jest tym elementem, który podważa moją zdolność do zawieszania niewiary. Jest nim  postać głównego bohatera, geniusza łączącego w sobie cechy Agenta 007 Jej Królewskiej Mości z bratem Williamem z Baskerville z Imienia róży, a zapewne należałoby dodać jeszcze co najmniej kilku pierwowzorów z Herculesem Poirot na czele. Nie jestem bowiem w stanie przejść do porządku dziennego nad faktem, że światowej sławy profesor Uniwersytetu Harvarda, specjalista w dziedzinie kościelnej i heretyckiej symboliki ("symbologist" znany w szerokich kręgach nie tylko akademickich), który pisze kolejny naukowy (!) bestseller o tajemnych stowarzyszeniach działających mniej więcej na przestrzeni średniowiecza i przedoświeceniowej nowożytności, nie ma pojęcia o łacinie i nie potrafi zrozumieć paru zdań po włosku.

(Dygresja: chyba że prawdą jest to, co opowiada jeden z moich ulubionych dowcipów, brzmiący w tłumaczeniu mniej więcej następująco: Oksfordzki don wyjechał na gościnne wykłady do Stanów, po powrocie rozmawia ze swoim kolegą w college'u. - I wiesz, mówi, na wykładzie o Arystotelesie jakaś para uprawiała seks. - Na to jego kolega: - Doprawdy? Nie wiedziałem, że wykładają tam Arystotelesa. Robert Langdon zachowuje się tak, jakby na Harvardzie istotnie nie wykładano Arystotelesa.)

Teraz może jednak parę słów o samym filmie, Teoretycznie zgadzam się z krytyką, że jako filmowe dzieło rozrywkowe jest lepszy od Kodu da Vinci - ma większy, choć w lwiej części komputerowy rozmach i mniej przestojów, o co w końcu chodzi w tego rodzaju produkcjach. Ma też kilka niezłych ról (zwłaszcza Ewan McGregor jako anielsko-demoniczny irlandzki camerlengo, ale też różne mniejsze i większe sławy w rolach kardynałów i innych oficjeli). Ma zdecydowanie lepiej pomyślaną główną bohaterkę, mimo iż pani ta, będąc fizykiem w CERN ewidentnie bardziej niż na fizyce zna się na łacinie (ktoś w końcu musi pomóc w odcyfrowaniu tekstu Galileusza nieszczęsnemu Langdonowi) oraz medycynie (ktoś musi wpaść na pomysł, jak stwierdzić, że papieża otruto). Być może jest to kwestia lepszego aktorstwa, ale mimo iż Vittoria (izraelska aktorka Ayelet Zurer) nie robi słodkich oczu do Langdona, mimo że nie mają nawet czasu, żeby pomyśleć o pocałunku, to między tymi postaciami przynajmniej iskrzy - w przeciwieństwie do teoretycznie mających cechy romansu interakcji między Tomem Hanksem a Audrey Tautou w Kodzie.

(Dygresja: A propos braku czasu, to może z powodu niedawnych doświadczeń serialowych, a może nie tylko, miałam nieodparte wrażenie, że sposób prowadzenia akcji oraz koncepcja Langdona w tym filmie zawdzięczają bardzo wiele 24 godzinom - Tom Hanks nawet krzyczy w pewnym momencie "Damn it!" zupełnie jak Jack Bauer Sutherlanda. Różnica jest jednak taka, że w 24 widz nie ma kiedy oddechu złapać, no i ma wrażenie, że oglądał wydarzenia, które musiały zająć co najmniej miesiąc, a mimo to da się uwierzyć, że trwały zaledwie dobę; tu zaś akcja ściśnięta jest do kilku godzin, ale co rusz - zwłaszcza znając nieco Rzym - ma się pewność, że nie było żadnej szansy zmieścić się w przewidzianym czasie.)

Skoro już wspomniałam o znajomości Rzymu, muszę wyznać, że rozbrajająca wręcz niewiedza na temat Miasta, jaką prezentuje Robert Langdon, jest kolejnym elementem świata przedstawionego, który w moich oczach podważa wiarygodność tegoż świata. Danowi Brownowi zdarza się ponoć w książkach postrzegać Europejczyków jako nieokrzesanych barbarzyńców, co  możemy odczuć jako lekko obraźliwe i z godnością przejść nad tym do porządku dziennego ("czego się spodziewać po Jankesach?"), ale trochę strach człowieka bierze na myśl o tym, jak widzi on inteligencję i wiedzę swoich własnych ziomków. Bogowie nieśmiertelni: specjalista od między innymi spraw okołokościelnych, historyk sztuki, kultury czy czego tam, ma problem z topografią Rzymu na poziomie książek w stylu "Rome for Dummies"? Musi prosić policjanta o plan, na którym będą zaznaczone kościoły? Informacji o najsłynniejszych dziełach, które powinien wizualizować w myślach bez zamykania oczu, a wiadomości recytować z pamięci wraz z kontekstem kulturowym, szuka w archiwach  watykańskich? A dodajmy, że żaden z niezwykle trudnych do odnalezienia znaków prowadzących do arcytajnej kryjówki Iluminatów nie jest ukryty w którymś z mniej znanych zabytków, jakich pełno w centrum Miasta; nie, obracamy się między Bazyliką św. Piotra, Santa Maria del Popolo, Piazza Navona i Ekstazą św. Teresy Berniniego. Och, i oczywiście , tzw. Zamkiem Anioła.

(Nawiasem mówiąc, Robert Langdon wykazuje również totalną ignorancję w kwestii przedchrześcijańskiej historii Rzymu, co mogłoby świadczyć na korzyść tezy o niewykładaniu Arystotelesa i kwestii pokrewnych na Harvardzie. Panteon i Mauzoleum Hadriana to jedyne zabytki grające istotną rolę w akcji, których historia nie zostaje widzom podana w formie krótkiej pogadanki wygłoszonej przez któreś z bohaterów; parę informacji o Panteonie słyszymy z ust przewodniczki.   Ten element filmu również był dla mnie irytujący - i przyczynił się do dania tej notce takiego a nie innego tytułu - zwłaszcza że wiedza podawana była dość łopatologicznie i na poziomie przewodnika typu "Top Ten Rome".)

Pomysł na sensacyjną intrygę wcale nie jest zły. Nie jestem pewna, czy do jego realizacji konieczna jest akurat bomba z antymaterii, moim skromnym zdaniem wystarczyłaby jakaś bardziej konwencjonalna, aczkolwiek kwestia badań naukowych i konfliktu na linii kościół-nauka jest akurat jednym z sensowniej wprowadzonych i poprowadzonych motywów, więc niech już będzie. "Boska cząstka", stworzenie świata vs wielki wybuch - to wszystko ma jakiś tam sens w kontekście intrygi wewnątrzwatykańskiej, a poza tym nie znam się na tyle na fizyce, żeby siedzieć z zaciśniętymi pięściami podczas sekwencji cernowskiej. Ot, technobełkot jak w co drugiej science-fiction. Mogę to nawet uznać za element formuły, poza tym sporo znanych mi fizyków lubi fantastykę, więc najwyraźniej im też wiele kretyńskich pomysłów na element science w fiction nie przeszkadza.

Tak jak mnie zresztą wcale nie przeszkadza dopisywanie ukrytych znaczeń twórczości takiego, powiedzmy, Berniniego, ani mało konwencjonalne interpretacje konkretnych dzieł sztuki. Przeszkadza mi natomiast, kiedy specjalista w dziedzinie mówi wciąż o Rafaelu jako o rzeźbiarzu - jako renesansowy artysta pełną parą Rafael zapewne coś tam wyrzeźbił, problem jednak w tym, że cokolwiek to było, w pamięci potomnych pozostał jako malarz i ewentualnie architekt. Gdyby takie bzdury opowiadała pani fizyk, to uznałabym ją za ten rzadki przykład fizyka pozbawionego choćby odrobiny erudycji. Statystycznie mało prawdopodobny, bo fizycy to ludzie ciekawi świata, ale możliwy. Natomiast w ustach prof. Langdona takiego, na jakiego kreuje go Dan Brown, to nie uchodzi. I to są właśnie te realia, wobec których autor wykazuje wspomnianą wyżej dezynwolturę.

Z tych właśnie powodów mam problem z tym filmem, który poza tym spełnia właściwie wszystkie warunki potrzebne do tego, żeby mi się podobać. Gdyby nie te elementy, może nie dostrzegłabym ewidentnych wpadek w sekwencjach finałowych: tego, że baldachim konfesji św. Piotra w Bazylice, który w chwili wybuchu wali się w gruz (zasadniczo wraz z całą kopułą), w następnej scenie w iście cudowny sposób jest cały i nietknięty; tego, że nijak nie składa mi się w chronologiczną całość (bez Scotty'ego i jego transportera, znaczy się, albo też opanowania przez kilku przynajmniej kardynałów sztuki bilokacji) końcowa sekwencja odkrywania prawdy o spisku, skądinąd niezły fabularny twist. Może nawet byłabym w stanie przymknąć oko na ewidentny absurd, jakim jest tajna informacja w niderlandzkim bodaj wydaniu z epoki nieznanego dzieła Galileusza, zapisana w niemalże współczesnej angielszczyźnie.  Ale na to  żebym nie dostrzegała tych irytujących szczegółów, film musiałby mieć ze trzy razy szybszą akcję, co byłoby trudne i wcale nie pożądane, ponieważ akurat tempo jest w nim całkiem dobre. Nie mam też wiele do zarzucenia zwrotom akcji (gdyby tylko tropy były choć troszkę mniej oczywiste...) i pomysłom na bohaterów. Poza tym głównym. Po prawdzie najlepsi jako postacie są ci drugoplanowi: komisarz policji watykańskiej, stary kardynał, szef gwardii szwajcarskiej.

I nawet temu Langdonowi byłabym w stanie wybaczyć, że jak wszystkie wyjścia są obstawione, to on wychodzi przez wejście.  Byłabym mu w stanie wybaczyć bycie Mary Sue do kwadratu, ale niechby on albo był matematykiem, albo nauczycielem w szkole średniej. W obu przypadkach miałby prawo nie wiedzieć tego wszystkiego, czego nie wie, przy jednoczesnym posiadaniu wiedzy, którą ma. To, że można przedstawić profesora jednej z najznakomitszych uczelni świata w taki sposób, świadczy o współczesnej kulturze. I nie chodzi mi bynajmniej o to, żeby Harvard oprotestował Langdona jako psującego wizerunek, nie jestem zwolenniczką tego rodzaju histerycznych gestów. Chodzi mi raczej o to, że zakłada się, iż przeciętny odbiorca uzna Langdona za erudytę. Co więcej, że przeciętny odbiorca właśnie tak zrobi. Zwłaszcza że jednocześnie Langdon mimochodem tu rzuca uwagę o oculusie jako elemencie architektonicznym, tam błyska datą roczną pozbawienia posągów męskości na rozkaz konkretnego papieża. Ale to wszystko jest wiedza na poziomie zapalonego amatora.

I pal diabli w sumie, że Langdon jest ignorantem. Ale z fabuły wynika, iż byli nimi również Iluminaci w tym XVI i XVII w. I w sumie nie wiem, jakim cudem nie urośli w potężną siłę, skoro na to, żeby zostać jednym z nich (wedle A&D), wystarczyło po niezbyt skomplikowanych tropach dojść do Mauzoleum Hadriana przezwanego Zamkiem Anioła.

A najzabawniejsze jest to, że ja się na tym filmie nawet nieźle bawiłam.  I to również dosłownie. Momentami wręcz pokładałam się ze śmiechu. Sęk w tym, że autorom niezupełnie o taki efekt chodziło.

Widok z Pincio nocą

PS. Tytuł notki jest, jaki jest, również dlatego, że "wielki zderzacz andronów" już wcześniej ktoś wymyślił.

wtorek, 26 maja 2009
Polacy, my lubim kompleksy

Nie zamierzam zajmować się artykułem o "pomocnikach Hitlera", bo ani nie znam się na II wojnie światowej, ani też nie chcę zabierać głosu w dyskusji, którą uważam za bezsensowną, zważywszy, że w niemieckiej publikacji nie widzą nic zdrożnego polscy specjaliści od epoki. Natomiast zbiegło się to w czasie z dyskusją, którą prowadziłam na forum portalu Gazeta.pl z pewnym człowiekiem o ksywie "Zdziwiony"/"Nadal zdziwiony", który to podważył możliwość, jakoby pani archeolog kierująca pracami przy fundamentach spichlerza na Placu Sikorskiego mogła użyć określenia "wczesnośredniowieczna chata z XIII w." Zdziwiony uważał, że "nadużycie" to popełniła dziennikarka, albowiem przecież XIII w. to żadne wczesne średniowiecze. W naiwności swojej (mimo że obiecuję sobie nieustannie nie dawać się prowokować na forach) wyjaśniłam mu, że archeologia ziem polskich periodyzuje właśnie tak: do połowy XIII w. wczesne średniowiecze, od połowy - bezprzymiotnikowe średniowiecze z wyróżnianym późnym. Wydawało mi się, że jest to informacja wyjaśniająca sprawę, bo przecież chodziło o to, co kto powiedział i dlaczego.

Myliłam się. Wtedy się dopiero zaczęło. Zdziwiony wytknął mi kolejno: 1) że robię z archeologów ignorantów, 2) że na pewno archeologowie wcale tak nie myślą, 3) a jeśli nawet myślą, to się mylą, 4) że nie czytałam "Jesieni średniowiecza" Huizingi, 5) że ogólnie jestem ignorantką. I jeszcze parę rzeczy w tym guście. Pomijam fakt, że sam sobie zaprzeczał, albowiem jego argument o "różnorodności średniowiecza", gdzie obok siebie występuje rozwinięty feudalizm i państwa plemienne, jest najlepszym dowodem na to, że jednolita periodyzacja nie ma sensu.

Najlepszy był jednak szyderczy argument, że powinnam zapytać Dantego, co sądzi o wpływach na jego poezję uchodźców z Bizancjum (w dalszej naiwności usiłowałam temu człowiekowi, Zdziwionemu znaczy, nie Dantemu, wytłumaczyć bezsensowność stosowania takich samych periodyzacji dla różnych terenów i powołałam się na przykład, wydawałoby się, oczywisty, mianowicie renesansu). Nie odpisałam mu, a żałuję, że jeśli jest w stanie umożliwić mi rozmowę z Dantem, to ja bardzo chętnie porozmawiam, aczkolwiek na inne tematy, ponieważ uczeni uciekający z Bizancjum w obliczu tureckiego zagrożenia to nieco później. Napisałam mu tylko, że nie wiem, skąd mu się ten Dante ulągł, ja tam bym go do prerenesansu żadną miarą nie liczyła, po czym obiecałam sobie więcej na ten wątek nie zaglądać, bo szkoda czasu i nerwów. Przekonanego się nie przekona.

W pewnym momencie jednak uderzyło mnie w tonie wypowiedzi Zdziwionego coś innego niż tylko próby udowodnienia ignorancji konkretnemu dyskutantowi na forum. Dostrzegłam w jego histerycznej obronie XIII w. jako - nie wiem: dojrzałego, rozwiniętego, pełnego? średniowiecza w Polsce rys paniki. Bo jak to: XIII w., a my wciąż na poziomie czegoś "wczesnego"? Niemożliwe, przecież pawiem narodów jesteśmy i papugą, więc - skoro zwłaszcza to drugie - to w XIII w. u nas jak gdzie indziej być powinno, a więc co tam, że rozbicie dzielnicowe (jak w cesarstwie niemieckim kilkaset lat wcześniej), co tam, że organizacja państwowa dopiero się kształtuje, co tam, że w dziedzinie literatury stworzyliśmy jak na razie głównie "Bogurodzicę", która na dodatek jest przekładem, co tam cały materiał dowodowy, że dopiero gonimy cywilizacyjnie południe i zachód Europy...

Co wreszcie z tego, że nie ma w tym nic nagannego, ot, tak się złożyło w okresie wędrówek ludów, że bardziej zaawansowana cywilizacyjnie ludność opuściła nasze tereny, a na jej miejsce przyszła taka, która miała sporo do nadrobienia. Trudno powiedzieć, czy gdyby ludność kultury przeworskiej nie ruszyła na zachód, tworząc tu pustkę osadniczą i przerywając ciągłość kulturową, wczesne średniowiecze skończyłoby się na ziemiach polskich wcześniej. Musiałoby do tego zostać spełnione zapewne jeszcze kilka innych warunków, na przykład utrzymanie kontaktów handlowych. Ale wędrówki ludów zmieniły oblicze Europy i nic się już na to nie da poradzić.

Podejrzewam, że dla niektórych frakcji polityczno-historycznych (a może histrionicznych?) świadomość, iż mieszkańcy naszych ziem poszli sobie na zachód i współtworzyli tam w jakimś stopniu późniejszą kulturę niemiecką, może być bolesne. Stąd zapewne histeryczne próby (ostatnio na szczęście zarzucane) udowadniania, że Biskupin to gród prasłowiański. Jakkolwiek to przykre dla narodowej dumy, pochodzący z epoki brązu i VIII w. BC Biskupin pokazuje naocznie, jak wielki regres dokonał się na naszych ziemiach w VI/VII w. - architektura wczesnosłowiańska na ziemiach polskich to głównie półziemianki. W takich warunkach wykształcenie się scentralizowanej władzy w ciągu 400 lat to i tak spore osiągnięcie, którego nie ma się co wstydzić. Rozwiniętego organizmu państwowego też nie da się stworzyć w ciągu jednego pokolenia, więc zapewne te wszystkie zawirowania XI-XIII w. były dość nieuniknione. Pamiętajmy, że na naszych ziemiach nie mieszkała wówczas ludność mająca za sobą stulecia mniej lub bardziej rozwiniętych kontaktów (jakichkolwiek, wojenne też sprzyjają rozwojowi cywilizacyjnemu) z rozwiniętymi kulturami.

Jeszcze dziwniejszym było dla mnie, iż Zdziwiony nie zastanowił się nad takim faktem, że kiedy w XV w. w Italii rozwija się i w zasadzie kończy renesans, by w XVI w. przerodzić się w zmierzający ku barokowi manieryzm, w Krakowie pod koniec XV stulecia powstaje arcydzieło sztuki gotyckiej, dłuta zresztą mistrza pochodzącego z Norymbergi, a więc kręgu, do którego jeszcze niedawno zaledwie równaliśmy - Ołtarz Mariacki Wita Stwosza. Dzieło, które mutatis mutandis można porównać do Komedii Dantego - są wyrazem tej samej epoki, tego samego sposobu myślenia i patrzenia na świat, mimo że dzieli je prawie 200 lat. I tak jak w czasie, gdy powstawała Komedia, w Toskanii przychodzili na świat Petrarka i Boccaccio, którzy mieli dać średniowieczny jeszcze impuls do kształtowania się nowej epoki w Italii, tak po skończeniu ołtarza Wit Stwosz wyrzeźbił dla katedry wawelskiej nagrobek króla Kazimierza Jagiellończyka, zmarłego w roku 1492, przez wiele szkolnych podręczników uważanym (bezsensownie) za cezurę renesansu; króla, którego syn, wychowany przez średniowiecznego kronikarza, miał stać się kilkanaście lat później głównym promotorem nowego stylu - sztuki i myślenia - w Polsce. Zdziwiony nie zauważył jeszcze jednego: pod koniec XV w. różnica kulturowa wynosi już zaledwie kilkadziesiąt, a nie kilkaset lat, i dotyczy niemal wyłącznie Italii i w pewnym stopniu Francji, ale już nie Niemiec, znów więc nie ma powodów do kompleksów.

A żeby nie było tylko o Polsce: to, że różne rejony świata rozwijają się w różnym tempie, a wspólna periodyzacja jest bez sensu, doskonale ilustruje taki przykład: kiedy Rzym w V w. BC powoli stawał się liczącą siłą na terenie środkowej Italii, otoczony zewsząd Etruskami, Wolskami, Latynami, Samnitami, Ekwami i innymi ludami, które w bliższej lub dalszej przyszłości miał pobić, Grecy byli właśnie po wojnach perskich, Ateńczycy budowali Partenon, powstawała wspaniała literatura, sztuka, filozofia. Co więcej, sporo tego działo się tuż pod bokiem Rzymu, bo na południu Italii i na Sycylii. Czterysta lat później Rzym ostatecznie pokonał i podporządkował sobie ostatnie państwa greckie, tworząc z nich prowincje imperium. Tak toczy się świat.

A w kwestii kompleksów. Nie wiem, na czym to polega, że Polakowi nawet jak dobrze, to źle i narzeka. I jakimś cudem łączy to ze wzmożonym samopoczuciem i narodową megalomanią. Bo jak dla mnie w całej tej aferze wokół artykułu Spiegla chodzi o to, że ktoś to dobre samopoczucie narusza. Oczywiście odczuwają to boleśnie ci najbardziej zakompleksiali, tak to już bywa, zapominając przy tym, że "prawdziwa cnota krytyk się nie boi". A poza tym to mam wrażenie, że dobrze, żeby ktoś raz za czas psuł Polakom ten dobry humor historyczny, bo ostatnie lata pokazują dobitnie, że że słusznie prorokował Żeromski: zbyt wiele ran "zarasta błoną podłości".

"Miecz Tyberiusza"

sobota, 23 maja 2009
Pomożecie?

W książce, którą obecnie tłumaczę (napiszę o niej osobno w innym kontekście), jest rozdział "Five Poems Every Boy Should Know". Książka jest angielska, ba, jest wręcz klasycznie brytyjska, nie dziwota więc, że w rozdziale tym znalazły się wiersze poetów angielskich; w tym dwa autorów powszechnie znanych: "If" Kiplinga (który chyba w ogóle jest duchowym patronem tej książki), "Ozymandias" Shelleya (skądinąd rzeczywiście świetny wiersz), oraz trzy poetów poza Anglią w zasadzie całkowicie nieznanych: "Invictus" Henleya, "Vitae Lampada" Newbolta, "Sea-Fever" Masefielda. Dwaj ostatni w polskiej Wikipedii figurują jedynie na listach pisarzy anglojęzycznych, pierwszego w ogóle nie ma. Przyznam, że przeczytanie ich wierszy sprawiło mi pewną przyjemność, są to przyzwoicie napisane wiersze, które zapewne jakoś tam funkcjonują w brytyjskiej tradycji, notki o autorach są ciekawe, ale nie aż tak, żebym miała potrzebę sięgnięcia po tomiki.

No i mam problem. Z autorami już na początku pracy nad tą książką ustaliliśmy, że polskie wydanie będzie nieco zmienione - pomijam takie drobiazgi jak zamiana jednostek metrycznych czy funtów na złotówki - dostosowane zostaną po części rozdziały historyczne. Przyznam - mam wobec tego zabiegu mieszane uczucia, ale z drugiej strony część opowieści tu zamieszczonych nijak nie ma się do wiedzy, którą ma szanse posiadać polski czytelnik. A np. rozdział o wyrażeniach łacińskich stosowanych w życiu codziennym uświadomił mi, jak duże są również pod takim względem różnice kulturowe.

Problem z wierszami jest jednak największy. Bo jakoś nijak sobie nie wyobrażam wrzucenia w to miejsce np. "Ody do młodości". A może to jest właśnie ten wiersz, który powinien się w takim mikrowyborze znaleźć, bo cytuje się z niego mnóstwo kawałków, często nawet nie wiedząc, skąd pochodzą?

Dlatego mam prośbę do czytelników tego bloga: podrzućcie mi swoje pomysły na to, jakie pięć wierszy powinien znać polski czytelnik książki skierowanej głównie do chłopców (o tej właśnie kwestii napiszę osobno, bo wcale nie jest tak, jakby się uczulonym na polityczną poprawność mogło wydawać)?

Byłabym również wdzięczna za sugestie, jakie "extraordinary stories" powinny się tu znaleźć. W oryginale są to: Scott na Antarktydzie, admirał Nelson, Joe Simpson i Simon Yates, bohaterowie tragicznej wyprawy na Siula Grande w 1985 (znani dzięki książce i filmowi "Touching the Void"), Douglas Bader (brytyjski lotnik z II wojny światowej) i Robert the Bruce, bohater szkocki.

I kwestia trzecia: wielkie bitwy. W książce są to: Termopile, Kanny, inwazja Cezara na Brytanię (żadna poważna i ważna bitwa, tak po prawdzie), Hastings, Crécy, Waterloo, Balaclava, Rorke's Drift, Somma. Nie twierdzę, że to muszą być - w przypadku średniowiecza i nowożytności - koniecznie bitwy z udziałem Polaków (choć autorzy w korespondencji sami zasugerowali odsiecz wiedeńską), chyba lepiej, żeby były to po prostu ważne bitwy?

Że zacytuję klasyka: pomożecie?

Termopile

wtorek, 19 maja 2009
Uroki voyeryzmu

Nie mam natury etnologa, socjologa czy psychologa społecznego: nie należę do osób namiętnie siedzących przy oknie i obserwujących ulicę, podwórko czy też cokolwiek za tym oknem jest, ale czasem się zdarzy i bywa nawet interesująco. Ostatnio byłam świadkiem następującej sceny:

Osoby dramatu: On #1, On #2, Ona #1, Ona #2. (Proszę nie wyciągać z tej kolejności seksistowskich wniosków.)

Odsłona I: On 1 i On 2  podrywają Oną 1; Ona 1 traktuje to dość obojętnie, ale i nie stroni od lekkiego prowokowania panów, w końcu w nich obu wstępuje nadmiar testosteronu i umizgi do panny zmieniają się w pogróżki i przepychanki (między Onym 1 i Onym 2), w związku z czym Ona 1 odsunęła się nieco, ale nie oddala się. Ona 2 przez cały czas stoi obok, wyglądając jak szara myszka i przyglądając się całej scenie z pewną dozą zainteresowania.

Odsłona II: Panowie przenieśli swoje kłótnie nieco dalej, w końcu On 2 oddalił się, a On 1 powrócił do dam i rozpoczął podryw Onej 1 ze zdwojoną siłą, dochodziło już do niedwuznacznych gestów. Ona 1 pozostawała jak uprzednio dość obojętna (tym razem już nie prowokowała), Ona 2 nadal obserwowała.

Odsłona III: Ona 1 doszła najwyraźniej do wniosku, że jednak nie w smak jej zaloty Onego 1 i oddaliła się. Na to Ona 2 podeszła do Onego 1 i zaczęła zachowywać się bardzo zalotnie, mimo że nic wcześniej nie zdradzało, że jest do tego zdolna. Niestety On 1 całkowicie ją zlekceważył, spoglądając nadal tęsknie za Oną 1. W końcu oddalił się, a na placu boju została jedynie lekko zdezorientowana Ona 2.

Teraz powinna pojawić się kurtyna z nieśmiertelnym cytatem z Boya: W tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało na raz.

Luwr

I jeszcze jeden drobny szczegół: wszyscy bohaterowie byli gołębiami, a scena rozegrała się na gzymsie obok mojej sypialni, na balustradzie balkonu sąsiada oraz na okolicznych parapetach.

czwartek, 14 maja 2009
Ojczyzna dulszczyzna

Mój stosunek do sztuki nowoczesnej jest bardzo specyficzny i wybiórczy. Nie lubię epatowania dziwacznością, skandalizowania i gadżetów artystycznych, jeśli nie stoi za nimi cokolwiek więcej poza chęcią epatowania itd. Wystawianie sedesów i domalowywanie wąsów Giocondzie uważam za akty jednorazowe, wszelkie ich powielanie przy pomocy wystawiania w galeriach innych szokujących przedmiotów (z rekinem w formalinie na czele) za dowód bezpłodności artystycznej. Skądinąd za zabawny uznałabym pomysł wystawienia sedesu z domalowanymi wąsami - że też nikt na to jeszcze nie wpadł!

Największy chyba problem mam z fotografią jako sztuką - uważam ją za domenę przede wszystkim dokumentu, dość dowolnego zresztą, zdjęcia krajobrazów też do tego zaliczam. Ostatnio, nawiasem mówiąc, zachwyciły mnie opublikowane w jakimś czytanym u fryzjera magazynie kobiecym zdjęcia Ryszarda Kapuścińskiego. A jednocześnie nie jestem sobie w stanie odmówić fascynacji wieloma znacznie bardziej "artystowskimi" fotografikami od Leni Riefenstahl poczynając, a na Richardzie Mapplethorpe kończąc. Z dzieciństwa pamiętam zachwyt nad albumem "Ziemia" Edwarda Hartwiga oraz zdjęciami Włodzimierza Puchalskiego. W związku z tym nie mam pojęcia, czego nie lubię w wielu prezentowanych współcześnie w galeriach i mediach projektach fotograficznych, włącznie z tym, który właśnie wywołuje kolejną kontrowersję (jak się to ładnie eufemistycznie określa) w naszym kraju - wystawą Jacqueline Livingston w Gdańsku.

Może nie lubię zbytniego ekshibicjonizmu w prezentowaniu prywatności - i nie chodzi mi tu o tematykę zdjęć czyli sceny, które są na nich pokazane, raczej o zamknięcie tego w ramach własnej rodziny. Tak jak nie lubię ludzi rozmawiających głośno przez komórki w miejscach publicznych i ujawniających wszystkim dookoła - czy tego chcą, czy nie - intymne szczegóły ze swojego życia, jak nie lubię psychologiczno-autobiograficznej bebechologii w literaturze i filmie, tak wolałabym obejrzeć wystawę np. pod tytułem "rodzina" czy "intymność", która byłaby bardziej uniwersalna. Obojętne nawet, czy jeden fotografik robiłby zdjęcia różnym ludziom, czy też kilku swoim własnym bliskim - taka wystawa mówiłaby mi coś o świecie, a nie tylko o jednej pani, której życie średnio mnie interesuje, a na dodatek nie dostrzegam w jej zdjęciach niczego porywającego - ot, dobrze skomponowane, przemyślane zdjęcia z albumu rodzinnego, co w dobie cyfrówek, przyznam, jest już pewną cnotą (ale tylko cnotą, nie wyżyną sztuki). W albumach mojej fotograficznej w czterech pokoleniach rodziny znalazłabym zapewne sporo co najmniej równie dobrych. Oczywiście to tylko osobista idiosynkrazja, wynikająca zapewne z tego, co - na marginesie 33 scen z życia - powiedziała mi N: że wierzę w sztukę jako sublimację, a jednostkowość przekazywanych doznań zazwyczaj pozostaje z tym w sprzeczności. A może irytuje mnie programowość pani L. i świadome wpisywanie własnej twórczości w kontekst ideologiczny, nawet jeśli zgadzam się ogólnie z jej intencjami. (I proszę mnie źle nie zrozumieć: uważam, że sztuka może mieć coś do powiedzenia, ale niech to robi bez pomocy artysty, bo jeśli artysta musi tłumaczyć, o co mu chodzi, to może znaczyć, że dzieło się nie udało.) Ale w sumie wcale nie o tym chciałam pisać, więc po tej przydługiej dygresji wstępnej przechodzę do meritum czyli awantury o wystawę.

Zabawnie zbiegło mi się czytanie o niej z lekturą o tym, że brytyjscy archeologowie uznali paleolityczną figurkę za spełniającą standardy dzisiejszej pornografii. Jest coś znamiennego w zderzenie informacji, że zdaniem różnych sił zatroskanych o moralność nagość na fotografii nosi znamiona przestępstwa, oraz obserwacji, że sakralna pradziejowa statuetka współczesnemu człowiekowi skojarzy się z zakazaną sferą pornografii.

Powiem wprost, bez owijania w bawełnę: uważam, że jedną z największych szkód, jakie wyrządzono kulturze europejskiej na przełomie antyku i średniowiecza, jest obsesja na punkcie cielesności, uznanie nagości i erotyzmu za złe i niemoralne, ba - szatańskie. Było to sztuczne wykreowanie tabu, które ze sferą sakralną chyba nigdy nie miało nic wspólnego i było jedynie narzuconym standardem obyczajowym. Dodatkowo naszym czasom przysłużył się skrajnie pruderyjny - oczywiście w sferze kultury oficjalnej - wiek XIX. Przez stulecia kultury, które kształtowały naszą cywilizację, traktowały nagość i seksualność człowieka jako fakt naturalny, nadając mu nierzadko wymiar sakralny. Sztuka grecka wyniosła akt, przedstawienie nagiego ciała ludzkiego, na wyżyny estetyki. Ani Egipt, ani Mezopotamia, ani kultury klasyczne nie miały również problemów z przedstawieniami o charakterze erotycznym - zarówno sakralnych jak i prywatnych. W tych ostatnich, nierzadko bardzo dosłownych, widać radość życia, przyjemność, czasem nawet humor, ale również wielki ładunek czułości i intymności.

Pornografia w dzisiejszym rozumieniu ("przedstawienie ludzkich zachowań seksualnych i nagości w sposób rozpustny lub perwersyjny, którego celem jest wywołanie u odbiorcy pobudzenia seksualnego"; do tej encyklopedycznej definicji trzeba dorzucić status prawny i przede wszystkim obyczajowy) nie jest wynalazkiem starożytności, ponieważ nie było wówczas na coś takiego miejsca. Owszem, istniały normy społeczne regulujące zachowania seksualne, istniały również satyryczne opisy czy obrazy pokazujące ich przekraczanie, co więcej, sam termin jest niewątpliwie grecki i w greckich źródłach się pojawia - ale po prostu na określenie utworów literackich lub obrazów "z życia prostytutek", co zresztą w późnych tekstach może odnosić się również do stojących znacznie wyżej w hierarchii społecznej heter. Nie jest to twórczość pokątna, zakazana, szeroko potępiana moralnie (pomińmy takich Giertychów starożytności jak Katon Starszy, dla którego zresztą pewnie samo życie erotyczne nie było tabu, potępiał natomiast wszelkie odejścia od "prostego" stylu życia). Owszem, konkretne obrazy czy opisy mogły być uznane za "prostackie", ale to nie treść o tym decydowała tylko styl przedstawienia. Obrazy umieszczane w domach publicznych - znane np. z Pompejów - miały z kolei oczywiście na celu stymulację erotyczną, ale to też nie czyni z nich pornografii w dzisiejszym rozumieniu. To dopiero epoki późniejsze uznały, że nagość/wszelka treść erotyczna/dosłowność erotyczna (w zależności od nasilenia tendencji purytańskich) jest sama w sobie niemoralna.

Efektem takiego myślenia jest oczywiście zejście tej sfery życia do kulturalnego podziemia i generowanie postaw patologicznych. Weźmy chociażby przykład tańca o charakterze erotycznym, elementu pojawiającego się zarówno w kulturach dawnego wschodu (skądinąd zadziwiające, że przetrwał w kulturach arabskich), jak i w Grecji i Rzymie - niegdyś zwyczajny element uczty czy uroczystości religijnych, dziś w świecie zachodnim domena szemranych lokali, w których panowie w tajemnicy przed rodzinami i szefami niezdrowo ślinią się na widok niekoniecznie lubiących swą profesję i nierzadko wykorzystywanych dziewczyn. Ja już pominę artystyczną czy estetyczną różnicę między nawet robionym pod turystów tańcem brzucha a ocieraniem się o rurki. Problem bowiem również w tym, że pornografia w dzisiejszym rozumieniu nie potrzebuje wartości artystycznej, podczas gdy sztuka erotyczna bywa niezwykle piękna i wyrafinowana.

Oczywiście współcześnie bardzo trudno jest odwrócić szkody wyrządzone naszej psychice i obyczajowości przez ponad półtora tysiąca lat historii. I muszę tu przyznać, że wcale nie jestem pewna, czy fotograficy w rodzaju pani JL robią tu najlepszą robotę w kwestii ponownego oswajania nas z nami samymi. Fotografia w sposób znacznie bardziej radykalny niż jakakolwiek inna sztuka wchodzi w prywatność przedstawianego człowieka i w związku z tym w znacznie większym stopniu wymaga jego zgody na udział i tu, jeśli gdziekolwiek, widziałabym społeczne i artystyczne niebezpieczeństwo. Nie widziałam tych najbardziej kontrowersyjnych dzieł, o których jest mowa w artykule, więc nie będę sie wypowiadać na ich temat. Powiem tylko tyle, że nie będę przeszukiwać internetu, żeby je znaleźć, ponieważ to, co obejrzałam, nie jest dla mnie na tyle atrakcyjne jako sztuka, żebym chciała oglądać więcej.

A w sumie w całym artykule o wystawie najbardziej zdumiała mnie nie postawa FBI, nie głosy krytyki wobec zdjęć, a już na pewno nie to, że wiele polskich galerii bało się pokazywać zdjęcia, które mogą być uznane za kontrowersyjne. (Nie zdziwiłabym się, gdyby właściciele galerii sztuki byli jedną z najbardziej zastraszonych grup społecznych w Polsce, zważywszy, co jest w stanie u nas wywoływać skandale opierające się o prokuraturę. Aż dziw, że w ogóle ktokolwiek wystawia coś poza Matejką.) Najbardziej zdumiał mnie fragment wypowiedzi pani historyk sztuki, umieszczona na samym końcu jako komentarz: "Akt w sztuce nie jest niczym niezwykłym. Nagość zawsze fascynowała, bo wiązała się z przekraczaniem granic. Z drugiej strony - na tym polegała wolność artysty, który mógł pokazywać kształt ludzkiego ciała bez ograniczeń." Okej, prawda w odniesieniu do dzieł, które są następnie zacytowane ("Maja naga" Goyi i "Olimpia" Maneta), ale ta wypowiedź przekreśla całą tradycję sztuki, w której pokazywanie nagości nie było żadnym przekraczaniem granic, ponieważ zostały one stworzone dopiero te mniej więcej 1600 lat temu... Co więcej, nawet w tym okresie artyści renesansu usiłowali przywrócić właściwą ocenę aktu - niestety dość bezskutecznie. Taka wypowiedź - historyka sztuki, przypominam, a więc w tym miejscu "autorytetu" - jest szkodliwa. Dla sztuki, wystawy i czytelników.

Na koniec pozwolę sobie na małą osobistą dygresję w kwestii sztuki, nagości i dzieci. Miałam osiem lat, jak zwiedzałam po raz pierwszy ateńskie Muzeum Archeologiczne i doskonale pamiętam z tamtej wizyty bardzo realistyczny posąg Posejdona z Artemizjonu, a w wieku lat dziewięciu oglądałam Dawida Michała Anioła we Florencji, i jakoś nie stało się to dla mnie traumą ani też, jak sądzę, nie skrzywiło mi psychiki - chyba że uznać uwiedzenie na zawsze przez sztukę antyczną za odchylenie od normy społecznej. Wszystko zależy od dorosłych - niedobrze jest, jeśli rodzic będzie dziecku zasłaniał oczy albo chichotał pokątnie na widok nagiego posągu. A to właśnie, metaforycznie, robi współczesne społeczeństwo i strażnicy moralności.

A Aniela Dulska siedzi i zaciera rączki.

Warren Cup, I w. CE, British Museum
wtorek, 12 maja 2009
To boldly go...

Znów obejrzałam film. I to w kinie tym razem. Ostatnio nie zdarza mi się to porażająco często, po prawdzie na dużym ekranie oglądam głównie to, co wielkiego ekranu bezwzględnie wymaga, albo to, na czego wydania na dvd nie będę mogła się doczekać - tak było w przypadku filmu Twilight, który poszłam obejrzeć na pokazie przedpremierowym z wyprzedzeniem o dwa miesiące, mimo że od pewnego czasu nie mam już dwunastu lat, a - jak dowiedziałam się niedawno od kolegi - jest to film, który ma prawo podobać się jedynie dwunastolatkom. Hmm, kolega najwyraźniej się mylił. Albo też moje zamiłowanie do filmów o wampirach znosi bariery wiekowe. Ale do rzeczy. Teraz z kolei poszłam dlatego, że oglądanie najnowszego Star Treka od razu na ekranie telewizora, nawet sporego i z kinem domowym, byłoby zbrodnią.

Nie jestem trekkie, moja znajomość zarówno serialu jak i wcześniejszych filmów pełnometrażowych jest wybiórcza, poza tym nie lubię tych późniejszych wcieleń z kapitanem Picardem, więc wybiórczość postępuje wraz z rozwojem (czy może raczej zwojem) serii. A ponieważ nie jestem trekkie, mogłam ten prequel oglądać bez miotającej mną żądzy mordu za to wszystko, co producenci i scenarzyści tam wysmażyli. Bo wysmażyli historię alternatywną i to taką, w której jedna wersja Spocka spotyka drugą, plany czasowe mieszają się jak w Lost (cóż, ta sama ekipa producencko-reżyserska...), a - tu powołuję się po części na znajomość wszystkich możliwych szczegółów przez osobę towarzyszącą - co szczegół to jakby wskazujący na alternatywność opowiadanej historii.

I bardzo mi się w związku z tym ten film podobał. Jest zabawny (cóż za ulga po Pickardowkiej wzniosłości, która sprawia wrażenie, jakby Patrick Stewart przychodził na plan prosto z prób jakiejś co bardziej ponurej tragedii Szekspira), czasem wręcz na pograniczu komedii, jest brawurowo zagrany, a główni bohaterowie wyglądają jak przebrane w (nieco) mniej obciachowe kostiumy pierwowzory. Poza tym naprawdę brawurowo zagrane są role Kirka (Chris Pine, wcześniej mi nieznany) i Spocka (Zachary Quinto, który grał bardzo przeze mnie lubianą postać w 24). Kirk ma niewiarygodny wręcz łajdacki urok, a Spock wygląda i zachowuje się tak, jakby aktor urodził się i wychował na Vulcanie. Pozostałe główne role też bez zarzutu, a między bohaterami naprawdę iskrzy. No i dobrze, że gwiazdy jedynie w epizodach lub wielu warstwach charakteryzacji.

No i jest jeszcze jedno. Ostatnio mało się kręci takiej solidnej, klasycznej hard science-fiction, a to jest najprawdziwsza pod słońcem space opera z olśniewającymi efektami specjalnymi i archetypowymi postaciami. Niby bowiem filmowa fantastyka ma się nieźle - nie mogę narzekać, że nie mam co oglądać. Ale większość z tego, co mi się ostatnio mniej lub bardziej podobało, to albo pogranicze horroru, albo filmu katastroficznego, albo po prostu jest fantasy. Nawet Gwiezdne wojny to taka oszukiwana science-fiction, bo zbyt często nawet nie usiłuje udawać science, a fabułę ma bardziej rodem z fantasy. Zresztą z tych w miarę niedawno zrealizowanych prequeli głównej sagi moim skromnym zdaniem w pełni broni się tylko część trzecia, Zemsta Sithów, ale po prawdzie głównie dlatego, że ma fabułę rozegraną na najwyższej nucie mitycznej i działa wprost na chyba bardzo u mnie rozwinięty ośrodek zbiorowej nieświadomości.

Twórcom tego filmu, mierzącego się bądź co bądź z legendą, udało się uniknąć najniebezpieczniejszej bodaj w takim przypadku pułapki - zrobienia filmu zrozumiałego wyłącznie dla fanów. Oczywiście jest tu mnóstwo elementów, które odwołują się do wcześniejszych produkcji, ale bez ich znajomości fabuła jest całkowicie jasna i zrozumiała, co więcej - atrakcyjna. Na takim błędzie poległ, nawiasem mówiąc, jeden z filmów, po których sobie w ostatnich latach bardzo wiele obiecywałam, mianowicie Silent Hill - jego twórcy ulegli presji fanów, którzy domagali się zachowania jak najwięcej z gry, która leżała u podstaw scenariusza, w efekcie gubiąc najlepsze sceny fabuły, odpuszczając sobie całkowicie relacje między postaciami (a szkoda, bo potencjał był duży) i zaprzepaszczając ewidentnie szanse na kontynuację. A w sumie szkoda, bo mogła być ona bardzo interesująca, oczywiście jeśli scenariusz kontynuowałby wątki z pierwszego filmu, a nie adaptował drugą odsłonę gry.

Najnowszy Star Trek ma pełny potencjał dla całej serii sequeli - i nie zdziwiłabym się, gdyby to właśnie było zamiarem autorów i leżało u podstaw karkołomnego rozwiązania fabularnego, tworzącego alternatywną rzeczywistość z udziałem oryginalnych bohaterów. A jako że nie jestem, jak już wspomniałam, ortodoksyjnym fanem, to bardzo proszę o więcej. Nie ma to jak porządna space opera.

Go on boldly, producers...

Tyberiusz

PS. Na pytanie, w jaki sposób powyższy obrazek łączy się z treścią notki, odpowie chyba każdy fan, ale odpowiedź jest również w filmie ;)

piątek, 08 maja 2009
Marginalia

Państwo wybaczą, że będzie nieco autoreklamy. Ale naprawdę lubię książkę, którą przetłumaczyłam w styczniu (wspominałam o tym zresztą kilka razy), a która właśnie wczoraj miała premierę. Nie będę pisać recenzji, bo czułabym się dziwacznie, ale pozwolę sobie na nieco luźnych uwag poniekąd związanych z książką. Żeby nie było niedopowiedzeń, rzecz nazywa się Złodziej pioruna, została napisana przez niejakiego Ricka Riordana, znanego dotychczas głównie jako autor kryminałów, i jest pierwszym tomem pięciotomowego cyklu (ostatnia część ma się ukazać na świecie jakoś na dniach) pt. Percy Jackson and the Olympians, co po polsku w końcu zdecydowaliśmy się oddać jako Percy Jackson i bogowie olimpijscy, bo nieprofesjonalna ale jednak sonda pokazała, że "olimpijczycy" kojarzą się przeciętnemu odbiorcy raczej ze sportem.

W książce się zakochałam od pierwszego wejrzenia, o czym już kiedyś pisałam, więc nie będę się powtarzać, a potem oczywiście naszły mnie wątpliwości: bo jak to, moją świętą ukochaną mitologię grecką ktoś sobie bierze na warsztat i wpisuje w XXI wiek? A potem tak sobie czytałam słowo po słowie, przepisując poniekąd, całą powieść i jakkolwiek pewne drobiazgi wciąż budziły jakieś tam iskierki sprzeciwu (Atena ma dzieci?), całość podobała mi się coraz bardziej. I jako koncepcja, i jako przygodowa powieść dla młodzieży. Bogowie nieśmiertelni, toż ja się w dzieciństwie pasjonowałam między innymi na przygodach Białowłosego z trojańsko-kreteńsko cyklu Joe Alexa, w których zapewne znalazłabym teraz znacznie więcej absurdów niż w osadzonych we współczesności przygodach nowych herosów (swoją drogą muszę sobie w wakacje ten cykl przypomnieć i sprawdzić, jak się ma do realiów świata egejskiego).

A potem było już tylko lepiej. Pomysły na wpisanie motywów mitologicznych, a zwłaszcza potworów (bo przecież herosi głównie, niczym wiedźmini, zajmują się oczyszczaniem świata z różnego rozpanoszonego w nim paskudztwa) w nowoczesność są u Riordana naprawdę zabawne: doskonały pomysł z Meduzą, znakomity z Prokrustesem itd., nie będę tu zdradzać szczegółów, bo a nuż ktoś z czytelników ma nastoletnie dziecko, które nie lubi spojlerów.

Poza wszystkim praca nad tą książką stanowiła największe w mojej dotychczasowej karierze tłumacza wyzwanie pod względem językowym: w większości powieści, zwłaszcza fantasy, wszelkie gry słowne da się zastąpić całkowicie innymi grami słownymi - jednym z grzechów, których nie wybaczam tłumaczom i redakcjom jest następujące zjawisko, pojawiające się drobnym drukiem na dole strony: *Nieprzetłumaczalna gra słów (przyp. tłum.). Zasadniczo NIE MA niedających się nijak oddać lub zastąpić gier słownych, są tylko marni albo leniwi tłumacze. No i przyznam się: podczas pracy nad Percym zdarzało mi się myśleć, że to nieprawda, że sama siebie w tym względzie okłamywałam. Dlaczego? Dlatego, że w tej książce nie da się zastępować czymś zupełnie innym gier słownych, które są oparte na skojarzeniach z nazwami własnymi: imionami postaci mitologicznych czy gatunkami potworów. Jeśli przedmiotem żartu w oryginale jest Chimera, to nie mogę jej zastąpić Minotaurem, choćby nie wiem jak pasował do słownej zabawy po polsku. Ale się nie poddałam, w czym pod koniec pracy dzielnie sekundowała mi znakomita redaktorka, i mam nadzieję, że wyszło nienajgorzej.

Pozwolę sobie jednak od opisu cierpień tłumacza wrócić do samej książki, a nawet przejść do jej kontekstu. Nie ma co ukrywać, że powstała ona zapewne na fali zapotrzebowania na magiczne cykle młodzieżowe do zapełnienia luki po zakończeniu Harry'ego Pottera, ale pozwolę sobie stwierdzić, że na tej fali jest to jedno z bardziej oryginalnych zjawisk, bo sięga po repertuar stosunkowo mało wykorzystany. Co zresztą jest dziwne, bo popkultura kocha antyk. Inna sprawa, że raczej bez wzajemności...

No bo sięgając po najłatwiejszy przykład, kino i antyk to w zasadzie jedna wielka porażka. Nie wiem, czy jestem w stanie wymyślić jeden film kinowy o historii starożytnej lub oparty na mitologii, o którym mogłabym z czystym sumieniem powiedzieć, że jest udany (dwa seriale, Ja Klaudiusz, pomimo całej staroświeckości i teatralności, oraz wielokrotnie przeze mnie wspominany Rzym w zasadzie ratują twarz kinematografii). Owszem, lubię niedawnego Króla Artura (tego z Clivem Owenem), w którym - zgodnie z epoką, kiedy ta historia musiała się rozgrywać - są jeszcze w Brytanii Rzymianie, ale nie jest to taki "ortodoksyjny" kinowy antyk. Na większość pozostałych filmów należałoby spuścić zasłonę miłosierdzia, mimo iż nierzadko występują w nich świetni aktorzy. Ale jak juz nawet aktorzy nie są beznadziejni, to szwankuje np. wizja historyczna i kostiumy wyglądają jak dwudziestowieczne wariacje na temat (Kleopatra Mankiewicza) albo też scenarzysta uznaje, że bogowie i świat nadprzyrodzony są w heroicznym eposie zbędni (Troja Petersena), co skutkuje tym, że z niewiadomych powodów matka jednego z bohaterów wbrew wszelkiej logice nie tylko pojawia się nie wiadomo jak tuż pod oblężonym miastem, ale również z uporem godnym lepszej sprawy moczy suknię w morskiej wodzie. Bywa też tak, że reżyser nie tylko wie lepiej niż historycy, jak wyglądało życie intymne jego bohaterów, ale na dodatek uznaje, iż problemy współczesności oraz nowoczesna wizja świata są tożsame ze starożytnymi, w związku z czym głównym zajęciem bohaterów staje się cierpienie z powodu skrywanych z konieczności skłonności homoseksualnych (Aleksander Stone'a), a wielkie plany polityczne rozbijają się o brak poczucia patriotyzmu - postrzeganego w dziewiętnastowieczno-dwudziestowiecznych kategoriach - wśród aliantów (Troja).

Jeszcze większym chyba grzechem kultury współczesnej (nie tylko popularnej) w jej wizji antyku jest poczucie, że w dawnych czasach 1) mówiono wyłącznie podniosłym językiem; 2) nie istniała prawdziwa miłość; 3) prawdziwa miłość istniała w znacznie większym stopniu niż obecnie, ale w związku z tym była koniecznie wzniosła i tragiczna; 4) motywacje ludzkie były takie same jak współcześnie; 5) religia była etnograficzną ciekawostką i nikt tak naprawdę w to wszystko nie wierzył. A teraz krótka rozprawa z tymi mitami:

1. Może to dziwne, ale najwyraźniej, sądząc chociażby po zachowanych tekstach np. komedii, zarówno klasyczną greką jak i łaciną dało się mówić normalnie. Problem tak naprawdę polega chyba na tym, że w naszej kulturze od jakiegoś czasu nie uczy się retoryki (co widać po wypowiedziach polityków i nie tylko), w związku z czym odbiorca tekstów, jakie czyta się i tłumaczy na lekcjach łaciny, może nabrać mylnego przeświadczenia, że taka proza Cycerona, czy nawet Cezara, odbija codzienną mowę - tak jak współczesne książki czy filmy (pomińmy miłosiernie przypadek drewnianych dialogów w polskich filmach, bo to nie ma nic wspólnego ze sztuką retoryki). Grecy i Rzymianie tak samo jak my mówili potocznie, śmiali się, żartowali - niekoniecznie w wyrafinowany sposób - przeklinali i plotkowali, a przede wszystkim rozmawiali o sprawach codziennych zupełnie tak jak my. I używali najzwyklejszych pod słońcem przedmiotów, ale o tym chcę kiedyś osobno napisać.

2. Instytucja aranżowanych małżeństw przetrwała w naszym kręgu kulturowym co najmniej do XIX w., ale nawet z najbardziej restrykcyjnych pod tym względem czasów znamy tyle przykładów przekraczania tego rodzaju obyczajów społecznych, że należy sądzić, iż małżeństwa z miłości zdarzały się zawsze i wszędzie. A poza tym bądźmy realistami - to, że znikły swatki i umowy między rodzinami wcale nie oznacza, że większość współcześnie zawieranych małżeństw to efekt płomiennej miłości czy związki między platońskimi połówkami, nie do zastąpienia przez jakiekolwiek inne w odmiennych okolicznościach. A zatem odsetek prawdziwie romantycznych historii (z happy endem lub bez) był zapewne w starożytności taki sam jak w innych epokach i nie widzę powodu, żeby odmawiać prawdziwości opowieściom o wielkich zakochaniach słynnych ludzi (np. Perykles i Aspazja, Aleksander i Roksana, Hadrian i Antinoos, Antoniusz i Kleopatra - tu bardziej chyba niż Cezar i Kleopatra, zwłaszcza że w przypadku Cezara bardziej prawdopodobne wydaje się, iż naprawdę kochał swoją pierwszą żonę, Kornelię, dla której naraził swoją karierę polityczną i życie podczas dyktatury Sulli; ba, jestem nawet w stanie uwierzyć, że August naprawdę kochał Liwię...)

3. W sumie vide supra: w kwestii częstości występowania punkt 2, w kwestii wzniosłości - punkt 1.

4. Nieoceniona N opowiedziała mi niedawno o oglądanym na jakimś popularnonaukowym kanale telewizyjnym dokumencie o śmierci Kleopatry VII (wiem, ta Kleopatra też na tym blogu powraca jak bumerang...). Otóż wedle występującej w tym filmie pani psycholog, specjalistki od profili przestępców, Kleopatra nie mogła popełnić samobójstwa - jeśli dobrze pamiętam (N, popraw w razie czego w komentarzu), autorzy postanowili udowodnić, że za śmiercią Kleopatry musiał stać Oktawian - ponieważ nie była typem samobójczym i do jej osobowości nie pasują tendencje autodestrukcyjne. Wszystko pięknie, tylko w tym rozumowaniu został popełniony podstawowy błąd - pani profilerka (tak chyba się ta profesja nazywa, znam ją głównie z ulubionych seriali o FBI, które oglądam raczej w wersji angielskiej) nie wzięła bowiem pod uwagę kilku drobiazgów. Kleopatra mianowicie nie tylko dla ozdoby nosiła tytuł "Nowej Izydy" - ona naprawdę wierzyła w to, że jest żywym wcieleniem bogini, w związku z czym ma zapewnioną nieśmiertelność. Poza tym samobójstwo było w jej przypadku pokazaniem mocy i wielkości, aktem tryumfu nad Oktawianem, odebraniem mu możliwości upokorzenia. Tradycja i literatura rzymska nie kochała Kleopatry (uważano np., że przywiodła do zguby Cezara i Antoniusza, no i dla cnotliwego Rzymianina nie do przyjęcia była wschodnia "dekadencja" dworu Ptolemeuszy), a mimo to u Plutarcha, kiedy pisze o jej śmierci, czuć fascynację i szacunek.

5. Punkt najtrudniejszy do skomentowania, bo trzeba by całą księgę napisać. Ograniczę się zatem do - zapewne powtórzenia, że społeczności, w których mit jest żywą rzeczywistością, postrzegają sakralne elementy w ich życiu codziennym zupełnie inaczej niż te, które oddzieliły sacrum od mitu (jeśli przeżyłam w Indiach jakiekolwiek "oświecenie", to polegało ono na uświadomieniu sobie naocznie tego faktu). Zetknięcie z mitem zazwyczaj powoduje we współczesnym człowieku zachodu poczucie, że "to nie ma sensu": za dużo sprzecznych wersji, a w ogóle to wszystko się nijak nie składa w całość. Zapominamy przy tym, że "mity" czy mitologie takie, jakie znamy z zapisów literackich, kształtowały się przez stulecia, a pewnie i tysiąclecia, łącząc się i rozdzielając po drodze, dostosowując się do zmieniających warunków, a zarazem pozostając niezmienione. Co ciekawe, antyczny "człowiek zachodu", który wymyślił logikę dwuwartościową i kategorie rzeczy, nie miał problemu z pogodzeniem naukowego racjonalizmu z irracjonalnością mitu. Tertulian, którego skądinąd wyjątkowo nie lubię, zapewne zechciałby mnie spalić na stosie za to, co teraz powiem, ale jego credo quia absurdum jest być może ostatnim świadectwem myślenia mitycznego w Europie - a raczej ostatnim jego oficjalnym wyrazem, bo ono gdzieś tam czasem sobie drzemie i nie daje nam spokoju. Pozwolę sobie zacytować - we własnym tłumaczeniu - ostrzeżenie z artykułu, który niedawno czytałam (skądinąd z okazji Kleopatry VII i jej dynastycznych przodkiń): "Nasze postrzeganie natury doświadczenia religijnego jest do tego stopnia ukształtowane przez doświadczenie judeochrześcijańskie, że mamy spore problemy z uznawaniem za przejaw religijności jakichkolwiek wierzeń czy praktyk, które odbiegają w znacznym stopniu od norm judeochrześcijańskich". To jedno, a z drugiej strony spojrzenie zwłaszcza popkultury zostało dodatkowo ukształtowane przez dziewiętnasto- i wczesnodwudziestowieczną popkulturową skądinąd, apologetykę w rodzaju Quo vadis, Ben Hura czy Szaty, które przedstawiają klasyczne oblicze starożytności w krzywym zwierciadle wynaturzeń, dekadencji i bałwochwalstwa.

Po tej długiej dygresji wracam do Percy'ego Jacksona. Autorowi tej książki udało się uniknąć w zasadzie wszystkich tych pułapek. Co więcej, mam wrażenie, że uczynił to bardzo w zgodzie z duchem klasycznej starożytności, z całą jej rubasznością, poczuciem humoru, a zarazem wyczuciem wzniosłości, kiedy jest potrzebna. Riordan umie uderzyć w ton podniosły, kiedy jest to potrzebne, ale poza tym bohaterowie, nawet jeśli są półbogami, zachowują się normalnie jak współczesne dzieciaki z kłopotami w szkole. I może tak powinniśmy sobie wyobrażać dzieciństwo Achillesa, Tezeusza czy, powiedzmy, Juliusza Cezara - oni nie tylko dzieckiem w kolebce łeb urywali hydrze, ale również zapewne biegali po pałacowych czy willowych korytarzach, goniąc się z rodzeństwem a i dziećmi niewolników. Nawet Katon czy Cyceron byli zapewne kiedyś zwykłymi dziećmi, a kiedy dorośli, to też nie przez cały czas wygłaszali mowy w Senacie.

Dziecko


PS. A tu wrzuciłam parę zdjęć luźno związanych z akcją książki ;)

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright