wtorek, 27 maja 2014
Citior altior fortior. Mane tekel fares?

Czytając o tym, że europejskie miasta nie chcą olimpiady zimowej (ja też jej nie chciałam w Krakowie i okolicach) i że zapewne w związku z tym zostanie ona zorganizowana w Chinach, Rosji albo Kazachstanie, zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest tak, że igrzyska olimpijskie zjadły właśnie na naszych oczach własny ogon i stały się dla krajów, w których społeczeństwo ma coś do powiedzenia, imprezą od strony organizacji nieatrakcyjną? No bo co? Na parę dni zabawy, która jest interesująca dla jakiegoś tam, może i sporego, odsetka ludzkości, mamy wydać mnóstwo pieniędzy z naszej kasy; część się oczywiście zwróci, ale my pozostaniemy potem z obiektami, których nie da się do niczego sensownego wykorzystywać i które są wspaniałymi pomnikami marnotrawstwa pieniędzy.

Ewidentnie coraz więcej ludzi tak właśnie myśli, Oslo jest właśnie podzielone na zwolenników, którzy liczą na to, że rezygnacja Krakowa da im szansę, i przeciwników, którzy liczą na to, że komitet olimpijski, rozochocony putinowskim pokazem bogactwa i rozmachu (Soczi), wybierze kraj, który będzie podobnie szastał pieniędzmi. Czyli, nie oszukujmy się, kraj, w którym przeciętnemu obywatelowi żyje się gorzej niż w Polsce (o Norwegii już nie wspomnę), ale za to władza ma pełną kontrolę nad budżetem i choćby metodą zastaw się, a postaw się, wystawne igrzyska zorganizuje. Co z tego, że chleba zabraknie? Zawsze można jeść ciastka, których trochę zapewne zostanie w kioskach po zakończeniu olimpiady. Na dodatek mała szansa, że w którymś z kandydujących krajów lud ruszy ścinać głowy marnotrawcom państwowych pieniędzy,

Wróćmy jednak do zjedzonego przez olimpiadę własnego ogona. Otóż kiedyś do jej zorganizowania wystarczał - w przypadku zimowej - dobry stok narciarski (a i to niekoniecznie, bo narciarstwo alpejskie weszło do programu dopiero w 1936 roku), trasa biegowa i skocznia oraz jedna hala dla wszystkich dyscyplin łyżwiarskich. Tyle. I na tyle to może sobie pozwolić każde miasto, w którym pada śnieg. Jeśli dołożyć narciarstwo alpejskie, to każde, w którego pobliżu są góry. Po wojnie liczba dyscyplin powoli rosła, w latach '90 przekroczyła pięćdziesiąt, a w tym roku w Soczi było ich 98. Oczywiście większość z nich nadal wymaga stoku narciarskiego, trasy biegowej, skoczni albo hali, ale trzeba liczbę tych miejsc dodatkowo przemnożyć, bo w każdej dyscyplinie jest teraz kilka konkurencji (w porywach nawet 12), a wszystko to trzeba upchnąć w stosunkowo krótkim czasie (około dwóch tygodni), żeby widz się nie znudził. Na w sumie dwadzieścia konkurencji alpejskich i snowboardowych trzeba sporo więcej niż jednego dobrego stoku (co dla każdego trzeźwo myślącego z góry dyskwalifikuje Tatry), a do tego jeszcze dochodzą dziwactwa w rodzaju "narciarstwa dowolnego".

W ramach tego ostatniego, jak informuje wikipedia, z której garściami tu korzystam, bo przecież sama z siebie tego wszystkiego nie wiem, istniało nawet coś, co się nazywało "balet na nartach", ale na szczęście jest to "dyscyplina obecnie już nie uprawiana", a "głównym powodem było niewłączenie jej do oficjalnego programu igrzysk olimpijskich". Ktoś się może oburzy, ale dla mnie to obrazuje pewne dziwaczne zjawisko: nie uprawia się już sportu dla uprawiania sportu, ale po to, żeby zabłysnąć (i, nie oszukujmy się, zarobić). Podejrzewam ponuro, że balet na nartach (że oksymoron prawie że? no trudno) uprawiali ludzie, którzy nie mieliby szans wybić się w tradycyjnych dyscyplinach, a mieli na tyle samozaparcia, żeby nauczyć się tańczyć na nartach, cokolwiek to oznacza. Fajnie, super, jestem za propagowaniem tańca na nartach, bo i taniec i narty są fajne. Tylko, na litość wszystkich bogów oraz górskich koboldów, co to ma wspólnego z olimpiadą? W sumie w tym przypadku komitet ewidentnie myślał podobnie jak ja, więc nie powinnam się czepiać, ale i tak "narciarstwo dowolne" ma dziesięć konkurencji, w tym podobno osobno jazdę po muldach i jazdę po muldach podwójnych.

To wszystko na pewno jest bardzo sympatyczne - z lat, kiedy na nartach jeździłam, pamiętam, że jazda po muldach może być niezłą zabawą - ale czy to znaczy, że musi od razu być dyscypliną olimpijską? Zastrzegam się przy tym, że nie miałabym nic przeciwko organizowaniu corocznych mistrzostw świata w jeździe po dowolnej liczbie muld w stu kategoriach, a nawet w balecie na nartach, ale najlepiej zawsze w tym samym miejscu, gdzie będą mieli możliwości i umiejętności szybkiego, sprawnego i niedrogiego zorganizowania odpowiednich warunków. Uczciwie przyznam również, że dokładnie te same uczucia żywię do sporej części dyscyplin letnich (wzrost od 43 w 1896, co już było kilkanaście razy większą liczbą od igrzysk starożytnych, do 302 w 2012, a w 2016 znów coś dochodzi). Na czele stawki jest tu dla mnie siatkówka plażowa oraz pływanie synchroniczne, a jakkolwiek pojmuję komercyjny argument "bo faceci lubią to oglądać", tak oczywiście nie zmienia to mojej opinii w kwestii sensowności tych miłych zapewne zabaw jako dyscyplin olimpijskich.

Tak, przyznaję, jestem pod tym względem tradycjonalistką. Uważam, że akurat igrzyska olimpijskie powinny mieć jakiś związek ze swoją najdawniejszą tradycją. Ideę już dawno szlag trafił, tradycyjne dyscypliny tracą popularność, bo są niemedialne, fair play musi być sprawdzane za pomocą coraz bardziej wyrafinowanych testów medycznych (a w Olimpii za straszak robiły specjalne pomniki nieuczciwych zawodników, rodzaj alei hańby) i w sumie mleko jest już tak dawno rozlane, że wsiąkło w glebę i nic go nie uratuje, ale jakoś tak mi - nawet nie żal, bo w sumie sport obchodzi mnie dość marginalnie. W dzieciństwie lubiłam np. pooglądać turniej czterech skoczni, był podobnym zimowym rytuałem jak koncert noworoczny z Wiednia, zdarzało mi się też oglądać narciarstwo alpejskie. Ale to ostatnie, odkąd zjazd stał się dyscypliną mającą więcej wspólnego z kurczowym trzymaniem się sztucznie oblodzonego stoku niż doświadczeniem narciarza-amatora, przestało mnie bawić, przestało interesować. Podobnie mierzenie czasu w ułamkach ułamków sekund i walka o te ułamki - czyli takie "kawałki" czasu, których upływ dla człowieka jest w ogóle niepostrzegalny, a w każdych normalnych sytuacjach biegacze mieliby pierwsze miejsce ex aequo - odbiera mi przyjemność oglądania zawodów lekkoatletycznych.

Moim skromnym zdaniem upadła także ta idea, że ma być szybciej i wyżej: w sytuacji, kiedy zmiana rekordu o minutę, a nawet sekundę, o metr czy nawet centymetr jest ewidentnie fizjologiczne niemożliwa - uważam liczenie tych ułamków sekund i ułamków milimetrów za jakiś absurd (dla przykładu: odkąd w 1968 roku po raz pierwszy zastosowano elektroniczny pomiar czasu, do roku 2009, rekord świata w biegu na 100 m mężczyzn zmienił się o 0,37 sekundy). Wiem, wiem, sportowcom na tym zależy, ale jesteśmy tylko o krok od tego, żeby obudować ich całych elektroniką i jak w kostkowych grach fabularnych liczyć modyfikatory w zależności od np. tego, jak na kogo wiał wiatr, bo lada moment na zwykłe rekordy będzie trudno liczyć, a publiczność chce atrakcji.

I to wszystko, cała ta oprawa kilkuset dyscyplin, które potrzebują obiektów, ale i sprzętu do mierzenia czasów i odległości, które obstawione są dodatkowo setkami zupełnie do niczego niepotrzebnych ludzi, wykonujących jakieś magiczno-korporacyjne działania wokół zawodników i drużyn, wszystko to sprawia, że coraz mniej państw starego świata ma ochotę inwestować w dwa tygodnie zabawy dla publiczności niekoniecznie miejscowej, a coraz bardziej również dla tych ludzi, których stać na bilety. Tak naprawdę na zabawę dla znacznie większej liczby ludzi przed telewizorami, którzy wcale nie zainteresują się promocją miasta czy regionu wtykaną im w przerwach między zawodami z jednej strony, a reklamami z drugiej. Oni w tym czasie idą sobie zrobić kanapki albo wyjąć kolejne piwo z lodówki.

Zapewne rozdmuchane olimpiady z rozmnożonymi jak króliki Lejzorka dyscyplinami (wiem, królików nie było, ale z mojego skromnego punktu widzenia co najmniej połowy tych dyscyplin jako odrębnych też mogłoby nie być) utrzymają się jeszcze przez parę sezonów, dopóki znajdą się państwa (od pewnego momentu zapewne wyłącznie w miarę zamożne dyktatury) skłonne wydać na nie ciężkie miliony. Nie wiem, czy jest szansa, że organizację wszystkich igrzysk przejmie w końcu Arabia Saudyjska na zmianę ze Zjednoczonymi Emiratami - bo chyba tylko tam bogactwo utrzyma się na odpowiednim poziomie, żeby finansować olimpijskie szaleństwo (byłoby ich stać, jak sądzę, nawet na klimatyzowaną halę z czterema skoczniami włącznie z mamucią i sztucznym śniegiem). Problem w tym, że szejkowie wykazują nikłe (a może nawet żadne, nie śledzę kandydatur) zainteresowanie akurat tym sposobem promowania swojego regionu i przepuszczania bajkowego bogactwa. Co skądinąd powinno dać do myślenia tym strategicznym geniuszom, którzy uważają, że ogromne wydatki dadzą jakieś wymierne korzyści.

Niestety jeszcze bardziej niż w olimpiady w bogatych krajach arabskich nie wierzę w to, co byłoby dla mnie naprawdę satysfakcjonujące: powrót do sportu, który byłby naprawdę dla każdego. Pewne progi zostały przekroczone, pewne standardy ustalone, prawdziwi (de facto a nie de iure, tacy, którzy naprawdę żyją z czego innego) amatorzy liczą się już wyłącznie w kilku dyscyplinach (w tym nieolimpijskich jak brydż i szachy, skądinąd jedyne dwa sporty, gdzie zdarzyło mi się mierzyć z ludźmi mającymi tytuły mistrzowskie i czerpać z tego jakąś satysfakcję i to wcale nie dlatego, że byłam blisko ich poziomu, o, bynajmniej). Na dodatek w grę wchodzą tak niebotyczne pieniądze - i to wcale nie tylko dla zawodników, ale przede wszystkim dla tych setek korpomagików z ich obstawy oraz dla "działaczy" - że powrót do normalności nie nastąpi.

Tylko że w świecie, gdzie coraz więcej ludzi aspiruje do wyższego niż posiadają poziomu życia i chce na ten cel przeznaczać zarówno prywatne jak i publiczne pieniądze, w świecie, gdzie coraz więcej ludzi zaczyna zwracać uwagę na różnego rodzaju marnotrawstwo, w świecie, gdzie ludzi zaczyna irytować fundowanie wspaniałego życia efemerycznym celebrytom - taka rozdmuchana impreza zacznie tracić prestiż, jeśli nie będzie chętnych do jej organizowania, a ci, którzy pozostaną na placu boju, będą dla wielu co najmniej kontrowersyjni. Bojkoty z powodów politycznych już się przecież zdarzały.

PS. Najzabawniejsza reakcja, jaką przeczytałam po ogłoszeniu rezygnacji Krakowa z kandydowania, była taka, że (jacyś) Słowacy mieli się wyrazić, że pozbawiono ich "wielkiego historycznego wydarzenia". Otóż pozwolę sobie zauważyć, że odbywająca się regularnie co cztery lata popularna impreza moim skromnym zdaniem nie mieści się w definicji wydarzenia historycznego, że o wielkim już nie wspomnę, ale może jakaś dziwna jestem.

wtorek, 13 maja 2014
A to Polska właśnie...

Zawsze lubiłam podróżować (skądinąd o tym, dlaczego irytują mnie obecne mody podróżnicze lansowane przez media usiłuję napisać notkę od dłuższego czasu, ale co rusz coś innego mnie od niej odrywa), a ostatnio pasja ta tylko się wzmogła (coraz więcej rzeczy mnie interesuje), na dodatek od prawie roku przestawiłam się praktycznie wyłącznie na tryb samochodowy (lekarskie zalecenie unikania samolotów), więc oglądam mnóstwo rzeczy również po drodze. Oglądam w sensie zwiedzam, ale i w sensie rejestruję. A także nabieram coraz większej wprawy w minimalizowaniu wydatków podróżnych, bo dojazd dokądkolwiek mi się wydłużył (co wbrew pozorom nie oznacza, że już dla dwóch osób bardzo podrożał), więc i w porównaniach cen w Europie jestem coraz lepsza.

I w tych podróżach rośnie mi lista dowodów na to, że wbrew temu, co do wierzenia dają nam media (świetne wyniki gospodarcze, ćwierć wieku od transformacji i różne takie tam), mieszkanie w Polsce jest frustrujące. Frustrujące, bo pomimo wszelkich zmian, popraw i czego tam jeszcze, pozostajemy pawiem o wyliniałych piórach i papugą o marnych talentach imitatorskich. Odrywając się jednak od metafor wieszczów powiedzmy sobie wprost: na tle większości innych krajów Europy Polska jest królestwem bylejakości, prowizorki i nieudolności. Niby wszystko jest, ale jakoś tuż za granicą jest (statystycznie) porządniejsze i sensowniej pomyślane. Dodałam, że statystycznie, bo znam w Polsce świetne restauracje (dobre jedzenie bywa niedrogie) czy miłe proste hoteliki w akceptowalnych cenach (ale już na Węgrzech i to w miasteczkach z wodami termalnymi za ten sam standard płaci się połowę, a w Niemczech kilka kilometrów w bok od autostrady w tej samej cenie jest wyższy standard).

Mam wrażenie, że już kiedyś pisałam (albo tylko zamierzałam) o tym, że do Polski nie sprowadza się pierwszego asortymentu sieciowych sklepów funkcjonujących w Europie. Przekonałam się o tym oglądając w Kopenhadze buty jednej z moich ulubionych firm, od dobrych kilku, jeśli nie kilkunastu lat działających na polskim rynku: w Krakowie (Warszawie też) jej buty są zawsze estetyczne i wygodne, w Kopenhadze oprócz tego są również piękne. W Rzymie znalazłam kiedyś cudne tenisówki, również popularnej firmy, której salonów w Polsce nie zliczysz. Niestety nie było mojego numeru, a ja tego dnia wyjeżdżałam, więc odpisałam numer serii i poszłam do dużego firmowego sklepu w Krakowie, gdzie okazało się, że "tego modelu nie sprowadza się do Polski" i co więcej - nawet na indywidualne zamówienie sprowadzić się nie da. O ubraniach w sieciówkach ze środkowej półki to już w ogóle nie wspomnę - to, co w Londynie kupuje się w takich sklepach, u nas wylądowałoby w drogich butikach. Nawet sklepy z używanymi ciuchami w Paryżu i Londynie, gdzie za parę euro czy funtów można kupić absolutne cuda vintage, zawierają zazwyczaj pojedynczo całą naprawdę atrakcyjną ofertę wszystkich krakowskich sklepów z drugiej ręki.

Ostatnie obserwacje jednak były czysto drogowe. Odkryłam bowiem na przykład, dlaczego w takiej Francji czy w Niemczech trawa naprawdę jest bardziej zielona. Co więcej, odkryłam, że powód tego jest niezwykle prosty: po prostu jadąc nawet autostradą, nie mówiąc już o bocznych drogach, widzi się tę trawę. Nie jest ona zasłonięta milionami billboardów, reklam, reklameczek, banerów, napisów, ogłoszeń, szyldów, strzałek i drogowskazów do setek okolicznych firm, warsztatów, sklepów i salonów łazienek, oraz wszelkiego innego badziewia, którym upstrzona jest każda droga w Polsce.

Ponadto jadąc po nocy z Wiednia wiedziałam natychmiast, nawet nie patrząc na tablicę przy drodze, kiedy wjechałam z Czech do Polski: z jezdni autostrady znikły jakiekolwiek oznaczenia pasów i poboczy za wyjątkiem poblakłych i słabo odblaskowych pasków namalowanych na asfalcie. Ja już nawet nie marzę o autostradach nocą oświetlonych, jak w Belgii, ale o prostym i dobrze widocznym systemie wbitych w nawierzchnię odblaskowych światełek, które ułatwiają jazdę po ciemku. W Anglii są różnokolorowe, kodujące odpowiednio wszystko: wewnętrzną i zewnętrzną krawędź drogi, podział pasów, zjazdy z autostrady, zjazdy na parkingi przy poboczu. W Austrii, Francji, Niemczech i Włoszech są po prostu białe, czerwone, czasem dodatkowo żółte i niebieskie, ale pokazują zakręty i łuki idealnie. W Polsce, w której na dodatek pasy zazwyczaj nie są rozdzielone krzakami czy barierkami zasłaniającymi długie światła (co uniemożliwia ich użycie), rozsądek nakazywałby jazdę maksymalnie pięćdziesiątką, ponieważ trzeba ślepić w poszukiwaniu kierunku jazdy. A przecież nie od tego są autostrady.

Trzecia sprawa: objazdy. Kiedy w Niemczech za Berlinem był remont kawałka autostrady, to (długi) objazd był oznakowany tak, że dało się po sznureczku przejechać przez kilka miasteczek po drodze. W Polsce tuż za granicą okazało się, że dojazd z czeskiej autostrady do katowickiej jest w remoncie i nagle stanęłam przed możliwością jazdy do mnóstwa pobliskich miejscowości, których nazwy nic mi nie mówiły, ale nigdzie nie było napisane, którą z tych opcji wybrać, żeby dojechać do Katowic czy Krakowa. GPS wariował, usiłując wrócić na nieistniejący kawałek autostrady, wybrałam więc opcję Pszczyna, ponieważ przynajmniej w przybliżeniu wiem, gdzie to jest, i jakoś tak po kilometrze nad wielkimi tablicami z różnymi rzeczami pojawiły się maleńkie tabliczki informujące, że jest to również objazd do autostrady Wrocław-Katowice. No dobra, ja przynajmniej wiedziałam, co to Pszczyna, ale co ma z tym zrobić obcokrajowiec? Pomijam już fakt, że te objazdowe tabliczki może miał szanse zobaczyć od razu kierowca tira, ale z perspektywy samochodu osobowego były one na granicy wzroku.

O dziurach na wszystkich nieautostradowych drogach to już nawet nie wspomnę, bo to wiedza powszechna. Oraz o tym, że jakość autostrad jest zasadniczo w całej Europie odwrotnie proporcjonalna do ceny, jaką się płaci za ich użytkowanie, co oczywiście sprawdza się również w Polsce, gdzie wspomniany kawałek Katowice-Kraków jest koszmarnie drogi, a jakość infrastruktury woła o pomstę do nieba.

Jedno, co się poprawia z roku na rok (choć nie wszędzie) i nawet na tle zachodu Europy przestaje wyglądać obciachowo, to jedzenie przy autostradach. Coraz więcej jest ewidentnie lokalnych inicjatyw w rodzaju "domowa kuchnia", gdzie zapewne zatrudniono utalentowane okoliczne gospodynie, które gotują dobre pierogi i umieją przyrządzić kurczaka (pozdrawiam niniejszym osobę, która dla MOP Morawica piecze sernik), ale oczywiście oznacza to również loterię. Na innym MOPie (co za skądinąd cudna nazwa) miałam problem ze znalezieniem w menu czegokolwiek, co nie byłoby unurzane w tłuszczu i nie było rybą; jarskiej opcji nie było w ogóle, bo pierogi ruskie się skończyły (sernik w Morawicy był o północy, a pierogów w tamtym drugim miejscu, którego nazwy szczęśliwie nie pamiętam, zabrakło w porze obiadowej, co zresztą właścicielowi powinno dać do myślenia).

O tym, jak frustrujące są krótkie wizyty w miastach, gdzie non stop są ciekawe wystawy (przyjeżdżam na jedną i czytam, że zaraz po moim wyjeździe zaczyna się następna, która skończy się, zanim zdołam znów przyjechać), konieczność wyboru, na które książki można sobie pozwolić, jest powodem do głębokiej rozpaczy, a targ staroci można by wykupić w połowie, napiszę osobno, bo to osobny temat. Refleksje drogowe jednakowoż również są okołokulturalne: jeśli narzekamy, że turyści nie dość doceniają piękne polskie krajobrazy i nie przyjeżdżają tu dla piękna naszej ukochanej ojczyzny tylko dla taniego piwa, to może by coś zrobić, żeby przejeżdżając przez Polskę nie byli bombardowani wszechobecną szpetotą (dotyczy to również większości przydrożnej architektury), bałaganem, i mnóstwem innych śmieci przysłaniających te krajobrazy. Nawet we Włoszech i Grecji, gdzie billboardy są, nie ma ich aż tak dużo i jednak toskańskie miasteczko czy widok na Olimp da się sfotografować bez akrobacji i fotoszopa. Wiosenne złote pola rzepaku w Turyngii czy Szampanii wyglądają milion razy lepiej od takich samych pól na Dolnym Śląsku głównie dlatego, że je widać. Przepraszam za banał.

Valmy

PS. Na zdjęciu to właśnie bardzo nie Polska. Okolice Valmy, przypadkowy postój w miejscu, gdzie dało się zatrzymać na autostradzie.

Zakładki:
...
Blogi, po części zdechłe
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright