poniedziałek, 30 czerwca 2008
Na marginesie finałów Euro

Lubię Niemcy i Niemców, ale wczoraj kibicowałam Hiszpanii. I to wcale nie z powodów patriotycznych, nie przez to, że odpadliśmy z grupy między innymi z powodu przegranej z Niemcami, nie przez wojnę reklamową (opisaną bardzo ładnie przez Anuszkę), no i na pewno nie z powodu Grunwaldu czy innych zaszłości, których rozdrapywania nijak nie rozumiem i to nie tylko dlatego, że w mojej rodzinie jest nieco niemieckich wątków. A zatem to nie było tak, że kibicowałam negatywnie - w sumie bardzo często kibicuję właśnie Niemcom, chociażby dlatego, że od lat niezmiennie grają dobrą, a w każdym razie skuteczną piłkę. Jeśli cokolwiek mam im do zarzucenia to właśnie tę przewidywalność (wiadomo, powtarzają to do tego stopnia wszyscy, że już nie jestem pewna, kto powiedział to pierwszy: po boisku gania dwudziestu dwóch facetów, a na koniec wygrywają Niemcy), to trochę nudne nie móc się spodziewać jakichś spektakularnych kiksów i niespodzianek, nie móc liczyć na to, że drużyna podźwignie się po klęskach.

Postanowiłam pokibicować tym razem Hiszpanii, bo po pierwsze lubię ten kraj, choć byłam tam jedynie małoletnią osóbką jeszcze będąc, po drugie wczoraj grali naprawdę popisowo, a po trzecie z Hiszpanii pochodził jeden z moich bezwzględnie ulubionych cesarzy rzymskich, a i bohaterów historycznych w ogóle, mianowicie Hadrian. Człowiek wedle niektórych historyków genialny, wedle innych trudny i okrutny - z całą pewnością zaś hellenofil i znawca greckiej kultury, który sam zaprojektował swoją wspaniałą willę w Tivoli, gdzie odkryto jedną z najwspanialszych kolekcji sztuki i nieporównane mozaiki. Cesarz, który gdyby pożył dłużej, może zdołałby zhellenizować nieco bardziej Rzym, co z pewnością by mu nie zaszkodziło.

Hadrian to oczywiście również jedna z najpiękniejszych - i najbardziej tajemniczych - opowieści miłosnych wszechczasów, historia tak nasycona ładunkiem mitycznym, że wydaje się niemożliwa. Jeszcze bardziej nieprawdopodobne wydaje się, że istniał człowiek o urodzie Antinousa, a przecież możemy wierzyć rzymskiemu portretowi, który daleki był od idealizacji. I ta niezwykła tajemnica: dlaczego zginął? Czy rzucił się do Nilu, aby wybłagać u bogów łaskę dla ukochanego, czy bał się, że przemija młodość i uroda i chciał pozostać w pamięci cesarza na zawsze tym pięknym młodzieńcem, którego ubóstwione portrety zapełniły następnie imperium, czy też prozaicznie został zamordowany przez nieprzychylnych temu związkowi obrońców tradycyjnej rzymskiej moralności? Nigdy się tego zapewne nie dowiemy, pozostaje nam spoglądać w melancholijne oczy portretów, zaprawdę tchnących iście boskim spokojem.

Trochę psuje mi humor myśl o zbliżającym się filmie na podstawie Pamiętników Hadriana Marguerite Yourcenar, w którym Hadriana ma zagrać Antonio Banderas z tego powodu, że pochodzi z tego samego rejonu Hiszpanii co cesarz. No i pięknie, sęk jednak w tym, że Banderas ma fizys przystojnego hiszpańskiego paisano, a nie rzymskiego arystokraty. No i całkowicie nie jestem sobie w stanie wyobrazić nikogo, ale to nikogo w roli Antinousa, choć jeśli potwierdzi się plotka, że miałby to być niejaki Zac Efron, to jeszcze i tak nie najgorzej. Druga plotka jest taka, że miałby to być jakiś turecki aktor - Bitynia, z której pochodził Antinous, leży na terenie dzisiejszej Turcji, działa tu zatem zapewne ten sam mechanizm, co w przypadku wyboru Banderasa - co zważywszy przeważający typ fizyczny byłoby kompletną porażką (wyguglanie "Turkish actor" tylko potwierdziło moje ponure przypuszczenia).

Swoją drogą coś musiało być w tych Bityńczykach, a w każdym razie w tamtejszej rodzinie królewskiej: prawie dwieście lat wcześniej urokowi króla Bitynii nie oparł się młodziutki Juliusz Cezar, który zresztą później bardzo nie lubił się do tego przyznawać.

Antinous, British Museum

PS. Zamieszczam jeden z moich ulubionych portretów Antinoosa - jako Dionizosa, albowiem wspólne zdjęcie z Hadrianem już było przy zupełnie innej okazji.

piątek, 27 czerwca 2008
Ostraka

Zawsze obiecuję sobie, że będę stronić od pisania o aktualiach politycznych, bo nie mam ochoty się stresować. Ale czasem się nie da. I tak jest właśnie teraz, kiedy panowie "sfałszowana teczka" Kaczyńscy usiłują ile wlezie dokopać byłemu prezydentowi, którego, jak sami utrzymują (ustami tego z braci, który może sobie pozwalać na dowolne wypowiedzi, albowiem jest tylko pomniejszej wagi personą publiczną), trzymali się niegdyś dla zdobycia władzy.

Nie jestem wielbicielką Lecha Wałęsy, nie potrafię na przykład zapomnieć oglądanej z przerażeniem w telewizji sceny, kiedy ówczesny prezydent na oczach wszystkich upokarzał m. in. Jerzego Turowicza - zresztą z poduszczenia braci Kaczyńskich, którzy właśnie zaczynali wyścig po władzę. Ale nie mogę Wałęsie odmówić paru rzeczy, z których najważniejszą jest to, że stanowi całkiem zasłużenie jedną z ikon upadku komunizmu w Europie. I nic mnie nie obchodzi, czy przed 1980 rokiem podpisał jakiś papierek, czy nie. A tym, którzy ciskają mu w oczy idiotyczny skądinąd argument, że gdyby nie nawoływanie do spokoju społecznego, to mielibyśmy ogólnonarodowe powstanie (dodajmy: stłumione krwawo przez ZSRR, kolejne setki kamieni niepotrzebnie rzuconych na szaniec), przypominam, że tak przez nich kochany i hołubiony "prymas Tysiąclecia" był przez długi czas w ogóle przeciwny strajkom i jakimkolwiek wystąpieniom przeciw władzy.

Hienom, rzucającym się teraz na Wałęsę, chciałabym zadedykować - a właściwie przypomnieć - dwie opowieści, które podaję tu w wersji uogólnionej, nie wdając się w ich ocenę historyczną, nie mówiąc już o moim osobistym do nich stosunku - w tym momencie interesuje mnie ich potencjał mityczny.

Opowieść pierwsza - o podpisaniu lojalki
Dawno dawno temu aresztowano pewnego człowieka, który miał grono oddanych współpracowników, a wśród nich takiego, którego ewidentnie upatrzył sobie na następcę i szczególnie go w związku z tym poważał. Niestety, ten właśnie człowiek najbardziej zawiódł swojego mentora, albowiem kiedy wypytywano go o związki z aresztowanym dysydentem, wyparł się wszelkiej z nim znajomości, chcąc w ten sposób ratować swój tyłek. Mentor jednak okazał się wspaniałomyślny i człowiek ten nie tylko nie utracił swojej pozycji, ale w końcu stanął na czele korporacji.
Opowieść druga - o nawróconym ubeku
Dawno dawno temu żył sobie pewien człowiek, który bardzo gorliwie służył państwu okupującemu jego kraj, między innymi prześladując dysydentów. Pewnego dnia jednak uznał, że bardziej odpowiadają mu dysydenci niż przedstawiciele władzy, zmienił więc front i wkrótce stanął na czele rewolucji, ba, poświęcił jej resztę życia, głosząc ją na lewo i prawo i stając się de facto twórcą nowego systemu.
Myślę, że nietrudno zgadnąć, o jakie dwie postacie chodzi. Gdybym podpisała je imionami, cała tak zwana polska prawica zapewne rzuciłaby mi się do oczu, że szargam świętości. Polska prawica bowiem, która na siłę wciska do prawodawstwa konstytucyjnie neutralnego światopoglądowo państwa wartości religijne, zapomina uparcie o jednym z podstawowych przykazań głoszonej przez siebie wrzaskliwie religii: miłosierdziu i wybaczaniu win.

A mnie się marzy wprowadzenie w Polsce instytucji ateńskiej demokracji okresu klasycznego: ostracyzmu. Niesłusznie jest on zwany sądem skorupkowym, albowiem procedura ta nie była rodzaju sądowego: nie chodziło o oskarżanie czy udowadnianie komukolwiek winy. Po prostu Ateńczycy mogli w głosowaniu postanowić, kogo przez najbliższe dziesięć lat (z możliwością odwołania w razie potrzeby) nie chcą oglądać w swojej polis. Człowiek taki nie tracił zasadniczo ani obywatelstwa, ani majątku, natomiast w sposób oczywisty - skoro przebywał na wygnaniu - nie mógł się ubiegać o urzędy w ramach demokracji. Celem tej instytucji prawnej było zapobieganie sięganiu po władzę przez jednostki o zapędach tyrańskich bądź oligarchicznych (w sensie przedstawionym w notce parę miesięcy temu). Oczywiście, nie raz wyganiano w ten sposób jednostki wybitne, o przypadku niejakiego Arystydesa też już pisałam. Ale marzy mi się, że siedzę z rylcem nad kawałkiem skorupy (medium zresztą nieważne, liczy się message) i wypisuję na nim... właśnie, miałabym chyba problem, na kogo najpierw się zdecydować. Myślę jednak, że brat prezydenta i ojciec dyrektor to pewni kandydaci na pierwsze dwa lata funkcjonowania ostracyzmu.


Ateny, ostraka
sobota, 21 czerwca 2008
Indiana Jones w Archiwum X

Nie mogłam sobie tego filmu darować - i nie żałuję, że zdążyłam go zobaczyć na naprawdę wielkim ekranie, czyli w kinie Kijów, któremu nie dorównuje żaden multiplex. Film mnie setnie ubawił - co więcej, mam wrażenie, że również Spielberg przy żadnym swoim filmie tak świetnie się nie bawił. Problem w tym, że nie wiem, jak tu napisać recenzjowaty tekst, żeby uniknąć straszliwych spojlerów...

Więc może tak: fabuła miałka, ale pełna smaczków i z wcale wbrew pozorom nienajgorszym pomysłem wyjściowym, zwłaszcza dla tych, których sercu miłe są klimaty nawiązujące do Area 51 i Roswell. Absolutnie genialna Cate Blanchett w pastiszu Ninoczki Grety Garbo, jak słusznie zauważyła moja przyjaciółka, (aluzji filmowych jest tu zresztą więcej, poczynając od iście hitchcockowskiego pod wieloma względami początku). Poza wszystkim muszę wyznać wstydliwie, że bewzględnie kocham głos tej aktorki - uwiodła mnie całkowicie w prologu do Drużyny Pierścienia (uwielbiam oglądać sam początek, zwłaszcza jeśli chcę się wprowadzić w nastrój refleksyjno-melancholijny - nie mylić ze smutnym), a tu jest równie do zakochania, choć zupełnie inaczej. No i jak ona wygląda... Nawet jeśli ktoś nie lubi filmów awanturniczych z pościgami w dżungli, nie porywają go teorie spiskowe w oprawie zimnej wojny i prób atomowych w Nevadzie, to Cate ma szanse uratować dla niego ten film. Fatalny niestety młodzian w roli - hmmm, pomocnika i niemalże namaszczonego następcy Indy'ego, aczkolwiek postać pomyślana rozkosznie. Fantastyczny pomysł z przywołaniem Marion Ravenwood z Poszukiwaczy zaginionej arki (co za szczęście, że zdecydowali się na nią, a nie tę idiotkę z drugiej części, którą grała całkiem pozbawiona talentu ówczesna Mrs. Spielberg), no i bardzo dobrze rozegrany podstarzały pan Jones. Za dwa odcinki (następny ponoć już się kręci) mamy szanse na to, że Harrison Ford zagra Seana Connery'ego.

Pominę oczywiście absurdy typu architektura Majów w sercu Amazonii - w tego rodzaju filmach nie drażni mnie żaden idiotyzm tego rodzaju, w przeciwieństwie do dzieł, które udają historyczne. Zresztą założenie ogólne fabuły jest takie, że wszystko inne jest usprawiedliwione.

Ogólnie: kawał niezłej rozrywki, mistrzowsko nakręcony, z miłym przymrużeniem oka i jeszcze milszymi ukłonami w stronę poprzednich odcinków serii. Może warto by zmienić nieco proporcje między pogonią i bójkami w dżungli a fabułą jako taką, ale nie czepiajmy się drobiazgów. Bawiłam się świetnie, a przecież o to chodzi.

 British Museum

PS. Aha, donoszę przy okazji, że niewykluczone jest, iż kategoria contra postmodernitatem zakończy żywot, a w każdym razie nieco obumrze, albowiem właśnie otrzymałam (i przyjęłam) propozycję nie do odrzucenia - rozstania się z pracą pełną postmodernistów. Zabraknie mi zatem zapewne regularnej inspiracji, ale dla nerwów może się to okazać kojące. Obiecuję jednakowoż nadal śledzić po-mo absurdy w otaczającym świecie i w miarę skromniejszych możliwości się z nimi rozprawiać.

sobota, 14 czerwca 2008
Quod erat providendum

Tytuł niniejszej notki odnosi się do faktu, że wyniki polskiej reprezentacji w Euro 2008 wcale mnie nie zaskakują. Co więcej, nie widzę w porażce powodu do narodowej tragedii, a tym bardziej do zwalniania trenera (bo zapewne już tak się w polskich środowiskach sportowych myśli - nadzieja tylko w tym, że może PZPN każe denominację trenera reprezentacji napisać prezydentowi, bo wtedy człowiek nazwiskiej Beenhakker może spać spokojnie). Sukcesem jest awans, o dalszych sukcesach można marzyć po kolejnych latach pracy i podnoszenia umiejętności. Ale w końcu nie moje małpy, nie mój cyrk - piłkę nożną na wysokim poziomie oglądam wprawdzie z przyjemnością, ale bez trudu mogę bez niej żyć.

Nie wytrzymuję natomiast polskiej atmosfery wokół narodowego sportu, który jaki jest, każdy widzi, toteż wahania nastrojów od euforii po żałobę są żałosne, śmieszne i dziecinne. Pokazują natomiast, że w powszechnej narodowej mentalności wciąż przeważają postawy romantyczne, a nie pozytywistyczne - a niestety tylko tymi ostatnimi, czyli pracą i konsekwencją, można dziś osiągnąć sportowy sukces. Pierwsze dekady stulecia XX, bardzo jeszcze pod wieloma względami dziewiętnastowieczne - były chyba ostatnią epoką spontaniczności w wielu dziedzinach. Howard Carter z lordem Carnarvonem mógł jeszcze w 1922 roku w radośnie amatorsko-dyletancki (przypominam, że zarówno "amator" jak i "dyletant" oznaczają pierwotnie "miłośnika" i to właśnie mam na myśli) sposób odkrywać grobowiec Tutanchamona, dziś natomiast całe przedsięwzięcie musiałoby od strony formalnej wyglądać zupełnie inaczej. Trochę podobnie podziało się ze sportem - skończył się czas, kiedy był on w ogromnej mierze rozrywką "klas próżniaczych".

Plusem takiej sytuacji było to, że w zwycięstwie liczył się przede wszystkim sam sukces i prestiż, a nie wszelkiego rodzaju kontrakty reklamowe i kolosalne sumy za transfery. Dla mnie osobiście czynnikiem psującym radosne oglądanie sportu - tym razem już nie piłki czy też innych sportów zespołowych, ale np.  narciarstwa czy lekkiej atletyki - jest też elektroniczna dokładność sprzętu pomiarowego, sprawiająca, że rekordy bije się o setne sekundy - czyli czas dla człowieka nieuchwytny zmysłowo. To troszkę tak jak z audiofilami, którzy wmawiają sobie, że słyszą różnice brzmienia niewykrywalne fizjologicznie dla ludzkiego ucha. Na dodatek z tymi dziesiętnymi czy setnymi sekundy to jest - mutatis mutandis - troszkę tak jak z antycznym paradoksem łysego: nie wiadomo, czy istnieje granica możliwości ludzkich przekraczania tych ustalonych póki co rekordów, bo różnice między nimi są tak maleńkie, że właściwie przypadkowe. Nawet sekunda jest przecież ledwie uchwytna, a przy podnoszeniu poprzeczki (metaforycznej, czasowej) o te ułamki sekund na przekroczenie rekordu o powiedzmy dziesięć sekund trzeba by czekać lata.

Sport zapewne nigdy nie był całkiem wolny od wpływów najróżniejszych pozasportowych czynników: starożytność klasyczna znała sponsoring, a zwycięstwa w ważnych igrzyskach miały znaczenie polityczne. W igrzyskach startowali zarówno arystokratyczni młodzieńcy, jak i niemal zawodowi atleci przygotowywani i opłacani przez zamożnych obywateli, na których następnie spływała część splendoru. Nagrodą w Olimpii był wieniec oliwny, w Atenach (na igrzyskach panatenajskich) - wielka i specjalnie zdobiona amfora z oliwą, na pytyjskich w Delfach - wieniec laurowy, na nemejskich - wieniec z dzikiego selera, na istmijskich - z sosny. Ale za sławą zwycięzcy szły oczywiście inne profity: oprócz poezji pisanej na jego cześć i wystawianych mu pomników triumfatorzy igrzysk mogli np. dostawać nagrody od swoich rodzinnych miast, no i oczywiście zyskiwali wyższą pozycję społeczną. Wiemy, że w czasach rzymskich nagrodami bywały złote medaliony, które zawsze w razie czego można było wymienić na bardziej praktyczną monetę lub przetopić. Zdarzały się też dość egzotyczne reakcje na sukcesy sportowe - Filip II, król Macedonii, zmienił imię swojej żony na Olympias po tym, jak wystawiony przez niego rydwan odniósł zwycięstwo w Olimpii. Co może nie powinno aż tak dziwić w epoce, kiedy dzieci noszą najdziwaczniejsze imiona na cześć bohaterów telenowel czy gwiazdek popkultury.

A wracając do przewidywalnych wyników Polaków w sportach wszelakich (odetnijmy przy tym ekstrema, czyli przypadki samorodnych talentów, których nie była w stanie popsuć polska szkoła trenerska), może zamiast załamywać ręce nad niesprawiedliwością sędziów, a jeszcze bardziej losu, należałoby pomyśleć nad powszechniejszą edukacją sportową na jakimś sensownym poziomie. Lekcje wf ze szkoły wspominam jako koszmar, na którym nie robiło się nic sensownego (poza krótkim epizodem z podstawówki, kiedy grałam w nieco bardziej zaawansowanym trybie w koszykówkę, ponieważ akurat chwilowo trafiła się sensowna nauczycielka), co więcej - na szkolnym boisku, które mam pod oknami, panuje podobna jak w mojej szkole wolna amerykanka sportowa: dzieci ganiają bezładnie z piłką, a panie nauczycielki w spódnicach i żakietach stoją i się przyglądają. W krajach alpejskich prawie każdy jeździ na nartach, a w nordyckich - biega, toteż nic dziwnego, że są w stanie wystawić duże zespoły utalentowanych zawodników, którzy w dodatku zazwyczaj nie traktują sportu jako jedynego "zawodu". W Stanach wszelaki sport jest niezwykle hołubiony w szkole i na studiach - efekty w wielu dziedzinach widać gołym okiem, nawet jak się porządnie wzięli za europejski futbol (czyli soccer) to zaczynają odnosić sukcesy.

Może więc warto by odobrazić się na świat i los, nie uważać, że naśladowanie innych nacji jest niegodne Polaka i zabrać się za porządną edukację sportową? (To samo można by zresztą powiedzieć np. o muzycznej, która w porównaniu z resztą cywilizowanego świata stoi u nas na fatalnym poziomie - i sytuacja jest podobna: trochę wielkich talentów, ale poza tym straszliwa przeciętność.) Może by przypomnieć instytucje gimnazjonu i palestry, bez których nie mogło się obejść żadne miasto starożytne, jako że sprawność fizyczna i wykształcenie umysłowe były dla Greków podstawą bycia porządnym człowiekiem?

Palestra, Muzeum Archeologiczne w Atenach

PS. Będąc w zeszłym roku w Delfach podsłuchałam rozmowę dwóch pań z polskiej wycieczki, które niezwykle dziwiły się, że w okręgu świątynnym znajdował się i teatr, i stadion. Po prawdzie dziwiły się, że w starożytności znano już takie rzeczy... 

środa, 04 czerwca 2008
Non scholae, sed vitae discimus

Tak się złożyło, to nie moja wina, że znów będzie trochę o kobietach, a trochę o szkole. Wszystko z powodu kolejnego artykułu, tym razem o równouprawnieniu z perspektywy podręczników szkolnych. Do wielu obecnych podręczników mam zresztą stosunek negatywny, ponieważ nie umożliwiają nauki samodzielnej (chyba że w zestawie z mnóstwem dodatków, po części dostępnych właściwie tylko dla nauczycieli), w związku z czym uczeń, który np. z powodu choroby nie chodzi do szkoły, może mieć problem z nadgonieniem materiału. Ciekawe, jak szkoły sobie z tym radzą. Po prawdzie pod tym względem najbardziej irytują mnie podręczniki do nauki języków obcych, które kompletnie do samodzielnego nadrabiania zaległości się nie nadają. A ja z rozrzewnieniem wspominam książkę "I [a może We] Learn English", z której pobierałam pierwsze nauki tego języka w wieku wczesnodziecięcym - wspomniałam ją zresztą czule na Omnia mea z okazji dnia dziecka - a w której były porządne czytanki z porządnymi ćwiczeniami.

Ale do rzeczy, dygresje mnie kiedyś zgubią. Po pierwsze zdumiałam się, widząc listę kobiet, które powinien znać gimnazjalista, są to bowiem (cytuję): "Safona, Kleopatra, Jadwiga Andegaweńska, caryca Katarzyna II i Wisława Szymborska". Tak, pięć. Na ponoć 167 postaci historycznych, jakie tenże gimnazjalista powinien zmemoryzować (swoją drogą chętnie zobaczyłabym całą listę, no i dowiedziałabym się, kto jest jej autorem - tzn. przede wszystkim czy to jakaś ogólna ministerialna dyrektywa). Nie odmawiam żadnej z tych pań historycznego znaczenia, ale dość dziwacznym wydaje mi się zestawienie dwóch poetek i trzech monarchiń. Jakkolwiek jestem bowiem zwolenniczką holistycznego, że się tak wyrażę, patrzenia na dzieje cywilizacji, czyli uwzględniania w mówieniu o kulturze wszelkich jej kontekstów i postrzegania historii jako procesu obejmującego wiele czynników (wśród których muszą znaleźć się wszelkie gałęzie kultury, nauki, techniki itd.), to gdybym już musiała tworzyć listę postaci historycznych do zapamiętania przez nastolatka kończącego gimnazjum, utworzyłabym osobną listę dla osób niezwiązanych bezpośrednio z polityką czy tzw. "tworzeniem historii". A gdybym miała wymieszać informacje ze wszystkich przedmiotów, to co z chociażby Marią Skłodowską-Curie (pomijając wątek polski, to fascynująca biografia, moim skromnym zdaniem warta rozpropagowania, no i rzadki przypadek dwukrotnego Nobla) czy też Elżbietą I? Zwłaszcza że ta ostatnia ma zarówno dla dziejów Europy, jak i dla kultury światowej znacznie większe znaczenie niż - przykro mi to wyznać - Jadwiga czy Katarzyna.

Te dwie monarchinie znalazły się na liście z oczywistych przyczyn - znaczenia dla polskiej historii. Ale w takim razie co na tej liście robi Kleopatra? Jakkolwiek jestem gotowa bronić wielkości Kleopatry VII (bo zakładam, że o nią chodzi), to niekoniecznie widzę jej miejsce na gimnazjalnej liście, która ma obejmować tylko pięć postaci. Owszem, Rzym, Akcjum i tak dalej, ale ja już oczami wyobraźni widzę ten obrazek jakby żywcem wyjęty z ody Nunc est bibendum Horacego: zdeprawowanej wschodniej władczyni wiodącej Rzym do upadku (moralnego, politycznie i militarnie wciąż trzymał się świetnie, zresztą Horacy, jako piewca Oktawiana, nie odważyłby się twierdzić inaczej). Ciekawe, czy którykolwiek z tych podręczników raczy się zająknąć, że Kleopatra nie była Egipcjanką.

Nie wiem, czy jestem zwolenniczką upychania w programie szkolnym politycznej poprawności w takim sensie i stopniu, jak czynią to - sądząc z artykułu - podręczniki zachodnie. Jak się bardzo chce, to można każdy proces historyczny ukazać jako dzieje ciemiężenia dość dowolnej klasy czy grupy społecznej (chłopa, robotnika, kobiety, Murzyna czy geja), a jeszcze łatwiej jako takie ukazać wcześniejsze lub współczesne sposoby przedstawiania historii, co więcej, teorie takie powstają, ale gdybym chciała o nich pisać, to powinnam ten wpis wrzucić do kategorii Contra postmodernitatem. A efektem tworzenia takich obrazów historii jest zawsze jej fałszowanie, albowiem naciąga się fakty do tezy, a czasem na siłę usiłuje udowodnić, że ta uciskana warstwa tworzyła dzieła cenniejsze i lepsze od uciskającej, co niekoniecznie jest prawdą. Byłabym natomiast zwolenniczką uczenia np. o tym, jak wyglądała sytuacja społeczna - co obejmuje również sytuację kobiet - w różnych epokach, z wskazywaniem na jednostki wybijające się ponad założoną przez tę sytuację normę, przekraczające zakreślone im granice itd. Tylko że wtedy należałoby może odczernić i wrzucić do podręczników Ksantypę, która naprawdę w Atenach V w. musiała mieć bardzo silny charakter i siłę przebicia, żeby utrzymywać męża i bodaj dwóch synów.

Sęk w tym, że ja nie widzę wielkiej różnicy między biografią Marii Skłodowskiej i Józefa Korzeniowskiego - oboje wbrew środowisku, obyczajom i okolicznościom ruszyli na podbój swoich marzeń. Dla chłopaka ze szlacheckiej, sybirackiej polskiej rodziny zostanie kapitanem żeglugi na Dalekim Wschodzie wcale nie było łatwiej osiągalną karierą niż studia dla średnio zamożnej kobiety. A na pewno nie bardziej akceptowalną dla rodziny, toteż przyszły Joseph Conrad musiał na dodatek przeciwstawić się krewnym, którzy widzieli dla niego zupełnie odmienną przyszłość. Ale był mężczyzną, więc nie zwraca się na to szczególnej uwagi. Co skądinąd jest dla mnie przejawem seksizmu: zakłada się, że skoro był mężczyzną, to uchodziło każde wariactwo, zwłaszcza powodowane żądzą przygód. Niestety, wcale tak nie było i wyrzeczenia były ogromne - ale pomijane.

A tak naprawdę tym, co mnie najbardziej zirytowało ze wszystkich podanych w tym artykule informacji, jest ta, że ktoś gdzieś zapewne wysoko uważa, że wiedzę można zawrzeć w ułożeniu list i tabelek postaci czy faktów (niezależnie, czy będzie to bitwa, czy powieść). Że jeśli piętnastolatek zapamięta imiona i może osiągnięcia tych 162 facetów i 5 kobiet, to będzie człowiekiem wykształconym w stopniu wymaganym dla swojego przedziału wiekowego. Nie będzie. Bo zapewne nie będzie w stanie wskazać, w jaki sposób te osoby kształtowały nasz świat, nie zdoła wskazać zależności między tym, co działo się w czasach Jadwigi, a zmianami, jakie wprowadziła w Polsce Bona Sforza. Och, przepraszam, tego to w ogóle nie będzie wiedział, ponieważ królowa Bona nie dostąpiła zaszczytu uwzględnienia na liście, ergo jeśli nawet znalazł się na niej Zygmunt Stary, to architektura i kuchnia włoska spadły zapewne do Polski z nieba.

Wiedza nie jest sumą posiadanych informacji. Wiedza jest przede wszystkim rozumieniem, a mam ponure wrażenie, że szkoła coraz mniej uczy tego ostatniego. Każdy, kto kiedykolwiek na swojej drodze życiowej spotkał mądrego historyka, wie, że wykucie dat i nazw nie jest najważniejsze, podobnie jak dogłębna znajomość gramatyki historycznej w małym stopniu wpływa na to, jak dobrze władamy danym językiem. Oczywiście, są takie pojęcia, fakty, postacie, których po prostu nie wypada nie znać. Ale nie jestem pewna, czy da się z nich zrobić zamkniętą listę. Bo co? Mona Lisę trzeba znać, a Damy z łasiczką (czy też fretką, o czym już pisałam jakiś czas temu; nawiasem mówiąc słyszałam ostatnio przepiękną anegdotę o studencie krakowskiej (!) ASP, który z oburzeniem powiedział wykładowcy, że nie stać go na jeżdżenie do Paryża, żeby oglądać Damę. Dla nieznających Krakowa: główny gmach ASP mieści się mniej więcej po drugiej stronie ulicy i jeszcze paru krokach przez średniowieczną bramę od Muzeum Czartoryskich) już nie? A może wystarczy wiedzieć, kto to był Leonardo? Dobrze, że nikt nie wpadł na pomysł, że najlepszym źródłem wiedzy w tym względzie jest Dan Brown.

Skoro wspomniałam już o Ksantypie, to może zakończę maksymą przypisywaną jej mężowi, który zamiast zarabiać na rodzinę (a miał niezły i całkiem szacowny zawód) łaził po rynku i deprawował młodzież. Może maksymą szkoły powinno stać się sokratejskie wiem, że nic nie wiem. Czyli zawsze mogę poszerzać swoją wiedzę, poszukiwać. Pomysły z 167 postaciami, które powinno się znać, prowadzą do przeświadczenia, że jeśli je poznam, to już będę ktoś, czyli dalej rozwijać się nie muszę. A nie ma nic bardziej błędnego. Zawsze jest ocean tego, czego nie wiem, a w nim mnóstwo rzeczy wartych poznania.

Płaskorzeźba rzymska, Luwr

PS. Nie wiem, jak to jest, ale ja z dzieciństwa pamiętam, że np. z zawodem lekarza kojarzy mi się zdecydowanie kobieta. I nie jest to chyba tylko kwestia, że byłam leczona przez ciotkę mojej mamy, będącą wybitnym pediatrą. Tak było w książkach, z którymi miałam do czynienia, tak mi się w każdym razie zdaje. Natomiast nauczycielki w mojej podstawówce miały zdecydowane zdanie na temat tego, co przystoi dziewczynce: powinna grzecznie rozmawiać z koleżankami w klasie (nuuuuuda), a nie uganiać się za piłką po korytarzu czy boisku. Tak, w szkole podstawowej niewątpliwie byłam ofiarą tradycyjnie pojmowanych ról kobiecych i męskich.

PS 2. Aha, dla jasności dodam, że nie mam nic przeciwko umieszczeniu Safony, Kleopatry (VII) i Wisławy Szymborskiej na liście osób, o których średnio wykształcony człowiek słyszeć był powinien, dwóch pozostałych pań zaś na liście "wypada wiedzieć" wykształconego Polaka. Coś mi jednak nie gra w takim odgórnym wyznaczaniu podstaw erudycji.

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright