sobota, 27 czerwca 2009
Ignorancja matką dziennikarstwa?

Raz za czas pod różnymi tytułami pastwię się tu nad idiotycznymi nazwami sklepów czy firm i innymi bezsensownymi zastosowaniami kulturowych haseł jako chwytliwych sloganów - zazwyczaj bez refleksji nad ich pochodzeniem. Przez jakiś czas prym w moim osobistym rankingu wiodły suknie ślubne spod znaku Dejaniry, ale ostatnio znalazłam nową kategorię tego typu absurdów. Są to mianowicie wymysły dziennikarzy, którzy chcą ubarwić swoje teksty erudycyjnymi tytułami lub porównaniami w leadach, ale robią to tak bezmyślnie, że zamiast tortu wychodzi zakalec. A zatem dziś trzy miejsca medalowe z ostatniego pół roku.

Miejsce trzecie: Królowa Śniegu - o Justynie Kowalczyk. Trzecie, bo tu można było dość łatwo ominąć pułapkę, pisząc wszystko z małych liter. Idealnie by nie było, ale przynajmniej troszkę maskowałoby wysoce niefortunne nawiązanie do złej królowej z baśni Andersena, która serca przemienia w lód - najwyraźniej panowie dziennikarze tej lektury w dzieciństwie nie przerobili, a wstyd. Na szczęście pani Kowalczyk uśmiecha się tak ciepło i sprawia wrażenie tak sympatycznej, że zlodowacenie serca w jej towarzystwie chyba nie grozi. Medal brązowy dla artykułu o złotej medalistce.

Miejsce drugie: Powrót paleolitu - o modzie na architekturę z surowego kamienia. Tu nie mogę dać linka do właściwej wpadki, bo była ona autorstwa portalu Gazeta.pl cytującego artykuł z Bryły, a zatem była efemeryczna. Ale daję słowo, że była. Tu właściwie też wiele dałoby się załatać, ale troszkę bardziej skomplikowaną kosmetyką. Bo zasadniczo rozumiem ideę, która przyświecała autorowi tego hasła: chodziło mu o nadejście "ery architektury kamiennej" (ilekolwiek by w tym prawdy było, bo przecież nawet małe stadko jaskółek wiosny nie czyni) czyli "epoki kamienia" w architekturze. I super, w takim ujęciu hasło byłoby zabawne i sensowne. Niestety paleolit nie znaczy wcale tyle co "epoka kamienia", ale tłumacząc bardzo dosłownie "stary kamień" czyli stanowi odpowiednik starszej epoki kamienia, zwanej dawniej niezbyt precyzyjnie epoką kamienia łupanego, w przeciwieństwie do gładzonego w neolicie (czyli "nowym kamieniu"). I w sumie teoretycznie kamień, o którym mowa w architektonicznym artykule, rzeczywiście jest surowy, jakby łupany, ale dla przeciętnego czytelnika droga skojarzeń między jednym a drugim jest chyba jednak za daleka. Na dodatek domy z kamienia, choć w sumie raczej z gliny, to raczej domena neolitu, bo ludność paleolityczna, przedrolnicza, nie budowała jeszcze trwałych siedzib. Medal srebrny.

Miejsce bezdyskusyjnie pierwsze i złoty medal: Nowe szaty królowej - w artykule o strojach Michelle Obama, a konkretnie - stylu nowej Pierwszej Damy USA. No tutaj to już nie tylko ręce mi opadły, ale wszystko, co ma zdolność opadania. Takie określenie sugeruje bowiem w oczywisty sposób jedno: że First Lady chodzi nago. Zasadniczo nie jestem wrogiem nagości, w przeciwieństwie do części polskich i nie tylko polityków, ale uznaję również potrzebę szanowania pewnych norm społecznych i zasadniczo uważam, że żony polityków z pierwszych stron gazet powinny chodzić ubrane, nawet jeśli mają figurę Carli Bruni. Ale żarty na bok: tu znowu spotykamy się ze skandaliczną wręcz ignorancją wobec dziedzictwa kultury, że się tak górnolotnie wyrażę. Nie jestem przecież dinozaurem, sporo dziennikarzy Gazety Wyborczej i jej Wysokich Obcasów to moje pokolenie, ba, czasem nawet koledzy z pierwszych studiów, ale wydaje mi się, że istnieje jakieś minimum wiedzy, które człowiek wypowiadający się publicznie powinien posiadać. Do niego należy też znajomość przynajmniej kilku najsłynniejszych baśni Andersena, a sądząc również po trzecim miejscu na tej liście ich tytuły funkcjonują w świadomości niektórych wyłącznie jako nic nie znaczące, sprawnie skonstruowane hasła.

Oczywiście w dziejach kultury zdarzało się już niejednokrotnie, że pewne sformułowania wyrwane ze swego pierwotnego kontekstu zaczynały znaczyć co innego (zamierzam o tym osobną notkę kiedyś strzelić), ale zazwyczaj działo się tak z powodu niezrozumienia tego pierwotnego kontekstu, a nie jego całkowitej nieznajomości, która zdaje się cechować zwłaszcza autora złotomedalowej wpadki.

Napisałam w tytule notki o dziennikarstwie, ale wydaje mi się, że opisane tu przypadki - jako żywo z pierwszej strony wielkiego portalu internetowego - stanowią tylko jaskrawe przykłady trendu o szerszym społecznym zasięgu. A do dziennikarstwa niestety coraz częściej trafiają ludzie, których jedynym atutem (?) jest siła przebicia i bezczelność. Po czym ich ignorancja idzie w lud.

Figurka z terakoty

niedziela, 21 czerwca 2009
Sic transit gloria

Podróż do Iranu, obejrzenie zabytków z czasów Achemenidów to jedno z moich największych marzeń. Wspaniałe ruiny Persepolis, zachowane tak dobrze po części dzięki spaleniu miasta przez Aleksandra (gest propagandowy: miał to być odwet za spalenie Aten sto pięćdziesiąt lat wcześniej, Ateńczycy i tak Macedończyków nie pokochali, ale Persepolis nieźle się trzyma do dzisiaj), grobowiec Cyrusa Wielkiego, lew w Ekbatanie, panorama gór Zagros, których sama nazwa budzi we mnie jakąś tęsknotę. To stamtąd do Mezopotamii i Azji Mniejszej przywędrowała jedna z najbardziej fascynujących kultur, która - aż się wierzyć nie chce - w swoim oryginalnym kształcie przetrwała tu zaledwie niewiele ponad dwa stulecia, ale odcisnęła na naszej kulturze znacznie trwalsze piętno niż się powszechnie pamięta. Z Persami kojarzą nam się zwykle Maraton i Termopile, "Ha! Sardes gore!" Ujejskiego i inne tyrady o Termopilach i Cheronei z "Grobu Agamemona", kojarzą się też w dużej mierze fałszywe obrazy wschodniego rozpasania, haremów i eunuchów, a tytuł "satrapa" stał się synonimem samowładcy i tyrana*.

Tymczasem Persja, a szczególnie religia i mitologia irańska leży u podstaw ogromnej ilości wyobrażeń, które są dla nas tak oczywiste, że nawet nie myślimy o ich pochodzeniu: raj, aniołowie i demony, sąd nad duszą po śmierci, religijna sankcja "naturalnej" moralności (nie kłam, nie zabijaj, nie kradnij) - to wszystko przeszło do wyobrażeń semickich od irańskich Indoeuropejczyków. Ich imperium upadło w połowie IV w. BC, ale kultura przetrwała bez szwanku panowanie greckie, rzymskie i partyjskie, ukształtowała też najbardziej wyrafinowane i cywilizowane oblicze islamu w średniowieczu. Nie znam na tyle dobrze późniejszej historii Persji, żeby wiedzieć, kiedy dokładnie coś tam zaczęło się załamywać, czy winne są temu najazdy mongolskie i tureckie, na ile zaś zaszkodziło odcięcie północno-wschodnich prowincji, bogatej w złoto, żyznej Sogdiany i Baktrii, których nie sposób dziś rozpoznać w spustynniałym, niegościnnym krajobrazie Afganistanu.

Ironią historii jest też to, że ikoną światowej nietolerancji stało się państwo będące spadkobiercą imperium Cyrusa Wielkiego - pierwszego władcy w dziejach ludzkości, który świadomie prowadził na podbitych terenach politykę tolerancji religijnej i obyczajowej. Co, nawiasem mówiąc, kontynuował dwieście pięćdziesiąt lat później pogromca Achemenidów czyli Aleksander, dla którego Cyrus był wielkim wzorem do naśladowania - podobnie jak wedle legendy Juliusz Cezar miał kolejne dwa i pół wieku później zapłakać nad grobem Macedończyka, tak Aleksander złożył hołd Cyrusowi.

Ironią losu jest też to, że w Persji, jak w mało którym ówczesnym państwie, kobiety miały wysoką pozycję społeczną i to nie nominalnie, ale praktycznie: miały własne, niezależne od mężów, ojców czy braci majątki, były wykształcone, uczestniczyły w życiu publicznym. Co więcej, dotyczy to kobiet wszystkich grup społecznych: swój majątek i osobnego zarządcę mogła mieć żona wielkiego króla czy arystokratka, ale kobieta mogła też prowadzić handel czy też mieć warsztat rzemieślniczy. Dla Ateńczyków V w., którzy w powszechnej świadomości funkcjonują jako szczyt cywilizacji owego czasu, było to nie do pojęcia: stąd powszechna niechęć do Aspazji, milezyjskiej żony Peryklesa, której obyczaje przywiezione z miasta, które wciąż pozostawało pod przemożnym wpływem perskim, były w Atenach uważane za nieprzystojne dla porządnej obywatelki. Być może zresztą cała legenda o tym, jakoby Aspazja przed ślubem z Peryklesem była heterą, jest projekcją tej własnie niechęci do większej swobody kobiety na forum publicznym. Pomijam już fakt, że "obywatelstwo" imperium perskiego było na podbitych terenach rzeczą oczywistą, nie było też żadnych przeszkód, żeby ludność lokalna zajmowała wysokie stanowiska, również na dworze królewskim, o czym świadczą kariery różnych Greków, podczas gdy w Atenach Perykles musiał się starać o specjalne rozporządzenie, aby ominąć ustawę, która odmawiała obywatelstwa jego dzieciom, ponieważ matka nie była obywatelką Aten.

Za nasze postrzeganie Persji niewątpliwie w wielkim stopniu odpowiedzialni są Grecy. Ciekawe, że Herodot, który pisanie swojej Historii podjął celem wyjaśnienia przyczyn wojen persko-greckich, i który przyczynił się walnie do negatywnego obrazu zwłaszcza ustroju perskiego, dostrzegał również dobre strony tej cywilizacji, np. w dziedzinie higieny i kultury życia codziennego, która przecież nie była słabym punktem Grecji, chwalił ich również za uczciwość, prawdomówność i szacunek wobec rodziców, wspominał także, iż chętniej niż inne nacje przyjmują te cudzoziemskie wynalazki, które uznają za lepsze od własnych. Co jeszcze ciekawsze, do dziś diaspora perska (zoroastriańska) w Indiach uchodzi tam za elitę biznesu nie tyle ze względu na zamożność, ile - uczciwość.

Grecko-perska historia pełna jest zresztą zadziwiających mitów. Po pierwsze rzadko się wspomina, że to Grecy zaczęli - miastom jońskim nie spodobała się ekonomiczna reforma Dariusza Wielkiego, który postanowił uporządkować administrację i finanse swojego imperium, więc wznieciły powstanie i spalili owo Sardes, o którym już wspominałam, a zatem po prawdzie spalenie Aten było odwetem za Sardes. A metropolie na kontynencie nieszczególnie przejęły się wcześniej tym, że ich miasta-córki znalazły się pod nowym panowaniem. Następnie Grecy wcale nie stanęli murem przeciwko inwazji perskiej, wręcz przeciwnie, poszczególne miasta (poleis) usiłowały przy okazji załatwiać znacznie przecież ważniejsze spory i animozje z sąsiadami. Wreszcie - Dariuszowi w 490 r. chyba nieszczególnie zależało na podbiciu Hellady, chciał raczej postraszyć sąsiada, ponieważ Maraton dosyć sobie odpuścił - miał w odwodzie znacznie większe siły, których nie rzucił do walki, nie kwapił się też do poważnej konfrontacji w innych miejscach. No i jeszcze jedno: sławetne greckie umiłowanie wolności było swego rodzaju umiłowaniem anarchii: chodziło nie tyle o nowocześnie rozumianą wolność, ile o partykularne ambicje miast, nienaruszalność ustrojowego status quo i organiczną niezdolność do tworzenia szerszych struktur politycznych - wszelkie bardziej lokalne hegemonie też bardzo szybko zaczynały uwierać sąsiadów.

Charakterystycznie zresztą, kiedy trzysta lat po wojnach perskich i niecałe dwa stulecia po upadku imperium Achemenidów Grekom zabrakło charyzmatycznych i zdolnych dowódców, przegrali z kretesem z Rzymianami w sporej mierze właśnie dlatego, że znów lokalne ambicje kazały poszczególnym organizmom politycznym nieustannie zmieniać strony i usiłować wygrywać najeźdźców przeciwko sobie nawzajem. No i znów aż tak bardzo nie po drodze im było z hegemonią macedońską, że nie zauważyli poważniejszego niebezpieczeństwa w chwilowych sojusznikach zza morza. Rzymianie natomiast byli praktyczni i w końcu rozwiązali ten problem podbijając całą Helladę. Tym razem nawet obrona w Termopilach nie pomogła.

Historia pokazuje, że nie ma ustroju, który oparłby się upadkowi. Przeminęło wspaniale administrowane imperium Achemenidów, upadły rozmaicie rządzone poleis greckie, pod własnym ciężarem rozpadł się Rzym i tak dalej. Jest zatem nadzieja, że tak samo przeminie państwo ajatollahów, czego z całego serca życzę zarówno Irańczykom jak i sobie samej. Mam nadzieję, że kiedyś stanę wśród kolumn Apadany, wspaniałego pałacu Dariusza Wielkiego w Persepolis, że zobaczę grobowiec Cyrusa i śnieg na szczytach Zagrosu, nie czując na karku oddechu policji obyczajowej.

Cylinder Cyrusa Wielkiego, British Museum

* Perskie kšathrapavas znaczy tyle co "opiekun prowincji" i oznaczało zarządcę tejże.

piątek, 12 czerwca 2009
Ad vanam captandam gloriam

Mniej więcej dwadzieścia lat temu znakomita aktorka Joanna Szczepkowska oznajmiła w telewizji, że komunizm w Polsce się skończył. Nieco wcześniej wybitni aktorzy: Holoubek, Olbrychski i cała rzesza innych, którzy kilka lat wcześniej bojkotowali występy w tv, użyczyło swoich twarzy "Solidarności". W polityczną kampanię - mimo że reklama Komitetu Obywatelskiego chyba wcale nie była potrzebna - zaangażowały się sławy. Jeszcze kilka lat później w kilku następnych kampaniach wyborczych, kiedy w państwie polskim zaczęło się już źle dziać na górze, wybitni i sławni usilowali siłą swojego wizerunku wspierać polityków. I jakoś tak ciekawie się składało, że z drobnymi wyjątkami te wybitne sławy opowiadały się za ludźmi wielkiego formatu, jakich dziś na próżno szukać w polskiej polityce.

Obecnie jesteśmy świadkami żenującego medialnego spektaklu z udziałem podrzędnej aktoreczki, o której nikt by zapewne nie usłyszał, gdyby nie sprzedała swojej twarzy najpierw jednemu obozowi, a następnie drugiemu. Świadomie piszę "sprzedała", ponieważ w tym przypadku nawet zaistnienie w spotach telewizyjnych czy na billboardach jest szansą na jakiś krok w karierze - a w dobie branych z ulicy celebrytów z seriali i reality shows absolwent szkoły teatralnej wcale nie jest na uprzywilejowanej pozycji.

(Dygresja à propos niedawnej dyskusji o "zawodzie aktora": nie twierdzę, że na to, by świetnie zagrać w filmie, trzeba mieć odpowiedni dyplom, natomiast bezwzględnie uważam, że konieczny jest talent, podczas gdy buzia, która podoba się statystycznemu widzowi nie wystarcza.)

Oczywiście w sytuacji, kiedy kampania polityczna jest taką samą reklamą jak kampania proszku do prania czy butów sportowych, nie ma nic nagannego w zatrudnianiu aktorów, a nawet płaceniu im. Normalnym działaniem jest też podkupywanie twarzy konkurencji. Tyle tylko, że firmy produkujące ubiory sportowe czy perfumy przynajmniej ścigają się o prawdziwe gwiazdy, które fani chcą oglądać w dowolnej roli. Poza tym jeśli jakaś Nicole Kidman albo Magic Johnson zmieniają reklamowe barwy, to sprawa jest uczciwa: firma B zapłaciła więcej niż A albo też zaoferowała lepsze warunki sponsoringu i tyle. Sprzedawanie twarzy politykom ma w jakiś nieuchwytny sposób inny wymiar moralny.

Potrzeba zaistnienia jest ewidentnie stara jak ludzkość. Starożytni ryli na ścianach graffitti w stylu "tu byłem", a kto wie, czy nawet jakiś paleolityczny łowca nie znaczył rogów renifera nacięciami, żeby uwiecznić swoje osiągnięcia myśliwskie. Najzabawniejsze jest to, że taka strategia czasem nawet działa. W 356 r. (BC) pewien szewc z greckiego miasta Efez w Azji Mniejszej zapałał żądzą nieśmiertelności, w związku z czym podpalił słynną świątynię Artemidy w tymże mieście. Datę roczną tego pożaru znamy między innymi dzięki legendzie, jakoby pożar wydarzył się dokładnie w tym samym dniu, kiedy w nie tak znów odległej Macedonii urodził się syn króla Filipa II i epirockiej księżniczki, Aleksander (który zresztą później Artemizjon odbudował). Poza tym przegląd wydarzeń roku 356 nie przynosi jakichś wielkich wydarzeń, jeśli nie liczyć wyboru pierwszego plebejusza na dyktatora rzymskiego. Ale to była funkcja krótkotrwała, a poza tym plebejusze toczyli walki o prawa polityczne z patrycjuszami od półtora już wieku i do połowy IV stulecia zdołali uzyskać większość przywilejów, więc poza Rzymem nikt zapewne się tym faktem specjalnie nie przejął.

Natomiast wszyscy wiemy, że efeski szewc miał na imię Herostrates.

Artemizjon efeski

poniedziałek, 08 czerwca 2009
A każdy chciał tu przecież normalnie żyć...

Ciekawe, komu się tym razem narażę, ale wojna o Błonia nabrała ostatnio zupełnie nowego wymiaru. Tym razem nie chodzi o czystość Błoń od psich kup ani budynków, ale o czystość ideologiczną. Bo oto wredny prezydent-komuch (Krakowa) zgodził się, żeby w okrągłą rocznicę bodajże lądowania papieskiego helikoptera na tychże Błoniach odbywał się festiwal muzyki rockowej. Ojoj. Zniewaga. Hańba. Świętokradztwo. Profanacja. (Może spisek komuszy?) I tak dalej. Pomijam fakt, że data Selectora znana była od wielu miesięcy, w związku z czym ta nagła reakcja prawicy narodowej w przeddzień wyborów, kiedy obowiązuje - fakt, w dobie internetu idiotyczna - cisza wyborcza, nabiera nowych znaczeń. Jak również fakt, że ta impreza zbiegła się w czasie  z rocznicą, takoż okrągłą, pierwszych wolnych wyborów, których rezultatem jest także to, że taki festiwal może się w Polsce odbyć.

Ale ja tu z ogólnym protestem. Bo mam dość, całkowicie dość tego, że jednego dnia jakiś radny mówi, że "Kraków jest miastem kościelnym i kardynalskim", a niedługo później działacz związany z komitetem wyborczym obecnego prezydenta (tym razem Polski) pisze apel i robi zadymę z powodu bezczeszczenia - diabli w sumie wiedzą, czego. Autor apelu pisze o kamieniu na Błoniach jako o "świętym miejscu". Jeśli ktoś w magistracie odgrzebie trasy przejazdu papieskich samochodów podczas każdej pielgrzymki, to żarty o tym, że w Krakowie powinno się poruszać na kolanach, mogą stać się realną groźbą.

Jakiś czas temu raz już pisałam o kiczowatej, skierowanej na samą siebie, zadufanej "papieżomanii" polskiej, a szczególnie krakowskiej. Doczekaliśmy czasów, kiedy staje się ona argumentem w przetargach politycznych: wypowiedź radnego dotyczyła odmowy poparcia prezydenta (komucha) w jego rozpaczliwej próbie powstrzymania choć trochę rozboju w biały dzień, jakim jest działalność tzw. Komisji Majątkowej i uratowania czegoś dla miasta. Nie głosowałam na Jacka Majchrowskiego, ale popieram każde rozsądne działanie. Niestety dla radnych Krakowa ważniejsze jest doraźne poparcie kurii niż dobro miasta.

(Nawiasem mówiąc, w klasycznych Atenach istniał zwyczaj comiesięcznego rozliczania wybieranych urzędników z ich działalności na rzecz polis. Jeśli działali na jej szkodę, mogli zostać odwołani przed upływem kadencji. Bardzo by nam się w Polsce przydało takie narzędzie polityczne. Nie mówiąc już o tym, że w tychże Atenach sprawowanie urzędów było związane albo z ponoszeniem wydatków na rzecz społeczeństwa, albo też urzędników (wybieranych w drodze losowania) wynagradzano tylko w takim stopniu, żeby zrównoważyć straty poniesione przez konieczność poświęcania czasu na sprawy publiczne. Też przykład godny naśladowania, cokolwiek o ateńskiej demokracji nie sądzić.)

Wracając do Błoń - są one dobrem wspólnym, a nie własnością grupki prawicowych katolików, a poza tym są tak duże (i niech takie zostaną!), że pomieszczą się na nich ludzie o różnych poglądach. Nie jestem pewna, czy są one najlepszym miejscem na organizowanie masowych koncertów: od londyńskiego Hyde Parku, gdzie takie imprezy też się odbywają, a który również znajduje się w centrum miasta, różni je bliskość zabudowy mieszkalnej i brak tłumiących hałas drzew, ale te argumenty nie mają nic wspólnego ze "świętością" miejsca. Po prostu nie każdy w okolicy musi lubić typ muzyki, który się tam prezentuje, niezależnie od tego, czy będzie to monumentalne oratorium barokowe, gwiazda pop czy najnowszy rock. Poza tym zadeptywanie tego ogromnego trawnika, o który nikt poza tym szczególnie nie dba, może nie jest najlepszym pomysłem. Ludzie na koncert pojadą również pod miasto (takie Glastonbury odbywa się na łące za miastem), a może zresztą stadiony budowane na Euro, którego może w Krakowie nie być, przejmą funkcję gospodarzy imprez masowych, jak to jest od dawna w Chorzowie. Ale niezależnie od oceny przydatności Błoń do akurat takich imprez, protestuję przeciwko zawłaszczaniu ich przez religijno-prawicowych fanatyków, którzy na osobie Jana Pawła II usiłują zbijać polityczny kapitał.

Zwłaszcza że dramatycznie wręcz nie rozumieją złożonej osobowości polskiego papieża, który - cóż to za obraza dla nich, lepiej to zamieść pod dywan i nawet o tym nie rozmawiać, brr - przyjaźnił się nie tylko z pobożnymi katolikami, ale również zdeklarowanymi agnostykami i ateistami. Pomimo konserwatywnych poglądów był otwarty na ludzi nauki. Jakkolwiek kochał "Barkę" (której grupowe odśpiewanie autorzy podali jako przykład niehańbiącej Błoń alternatywy dla koncertów Selector Festivalu; dobrze, że nie zaproponowali kolejnego Rubika, bo niestety masowe imprezy "papieskie" odbywają się zazwyczaj w tej estetyce), oglądał w Watykanie występ młodych break-dancerów. I można by takie przykłady mnożyć.

Nie mam nadmiaru ciepłych uczuć do kościoła katolickiego. Doceniam doraźną działalność i zasługi wielu osób z nim związanych: skoro już istnieje, to lepiej, żeby produkował świętych Franciszków niż Torquemadów i Rydzyków. Problem w tym, że święci Franciszkowie prawdopodobnie w dowolnym środowisku polityczno-światopoglądowym robiliby swoją dobrą robotę - działalność charytatywna nie jest wymysłem chrześcijaństwa - natomiast kościelna instytucja coraz powszechniej sieje zgorszenie chciwością, pazernością i pogardą dla zwykłego człowieka, do opieki nad którym teoretycznie została powołana i zobowiązana przez własne nauki.

W związku z tym, gdybym miała układać chronologiczną listę ludzi, którzy najgorzej przyczynili się ludzkości, na jej pierwszym miejscu znalazłby się Paweł z Tarsu.

A w Krakowie, który jest też moim miastem, chciałabym po prostu móc normalnie żyć, nie potykając się co krok o relikwie, pamiątki i samozwańcze święte miejsca. Chciałabym, żeby to miasto żyło nie tylko przeszłością. Żeby można się było w nim normalnie bawić i śmiać, a nie tylko dumać nad dziejami przy dźwiękach smętnej muzyki. Chciałabym, żeby było w nim więcej radosnych, bezpretensjonalnych zabaw jak Parada Smoków, na którą zupełnie przypadkiem trafiłam w sobotę, a która przecież też się odwołuje do tradycji miasta. Byle nie było tak, jak wiek temu wyśmiewał Boy:

Tu nikt nie zgadnie,
Co na łeb spadnie,
Od czego krzykną mu: "wara!"
Tu każdy kątek
Pełen "pamiątek".
Ot, nawet plac piwowara!
(...)
"Tu, pod tą gruszką,
Drzemał Kościuszko!"
Dopieroż robi się skweres
"A pod tą drugą
Kołłątaj Hugo
Załatwiał mały interes!"

Parada smoków 5 czerwca 2009

Tytuł notki z piosenki zespołu IRA, którego jakąś wielką estymą może nie darzę, podobnie jak większości polskiej popkultury, ale ten kawałek udał się znakomicie, zwłaszcza pod względem tekstu.


PS. Ponieważ życie dopisuje ciągi dalsze, podaję link do kolejnej tego rodzaju afery, o której napisałam też w komentarzu.

sobota, 06 czerwca 2009
In memoriam

To była książka, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Leciałam dokądś samolotem, chyba do Brukseli, i zaczęłam czytać, żeby zapomnieć o tym, że znajduję się te kilka kilometrów nad ziemią w puszce na sardynki (wszystkich potencjalnych, również przypadkowych, współpasażerów lojalnie ostrzegam, że bywam upiorna w samolotach - denerwuję się najdrobniejszym dźwiękiem, który nie należy do normy, a słuch mam bardzo wrażliwy, turbulencje zaś wprawiają mnie w stan bliski histerii). I, o ile pamiętam, przeczytałam na pokładzie chyba ze trzy rozdziały, co było sporym sukcesem, bo zazwyczaj jestem w stanie przetrawić co najwyżej gazetkę linii lotniczych, będąc zbyt skoncentrowana na wyłapywaniu potencjalnych niepokojących zachowań maszyny.

Czytałam wcześniej i później wiele bardziej oryginalnych powieści czy cykli fantasy, a mimo to obok megaklasyki, czyli Władcy pierścieni i Ziemiomorza na pierwszym miejscu swoich ulubionych książek tego gatunku stawiam Belgariadę i Malloreon Davida Eddingsa, który - jak się własnie dowiedziałam - zmarł trzy dni temu w wieku 77 lat.

Ta miłość przeczy mojemu własnemu zdaniu o moich własnych preferencjach literackich: zawsze mi się wydawało (i nie wiem nawet, czy nie dałam temu wyrazu przy jakiejś okazji na tym blogu), że w ksiązkach - a czytam w większości literaturę przez głównonurtową krytykę spychaną do roli rozrywki - szukam przede wszystkim ciekawych fabuł, a wszelkie kwestie formalne są drugoplanowe. Tymczasem fabuła mojej ulubionej serii fantasy nie jest ani odkrywcza, ani szaleńczo oryginalna: jest dorastający w ukryciu główny bohater, który ma zmienić losy świata, jest rozkapryszona księżniczka, która jednakowoż dzięki porządnemu imperialnemu wychowaniu na polityka potrafi w obliczu zagrożenia zadziwić wytrawnych dyplomatów i dowódców odwagą i sprytem, jest nostalgiczny superszpieg, są zadufani w sobie władcy i rycerze, są religijni zeloci, jest wreszcie szykująca się wielka wojna archetypowych dobrych z archetypowymi złymi, jest mapa świata, którą po sznureczku przemierza dzielna drużyna, jest wreszcie magiczny przedmiot, o którego posiadanie chodzi zarówno dobrym jak i złym. Znacie? To poczytajcie.

Bo naprawdę warto poczytać. Po pierwsze fantasy wcale nie aż tak często pisana jest elegancką angielszczyzną z dbałością o styl (niestety nie polecam polskiego tłumaczenia drugiego pięcioksięgu cyklu czyli Malloreonu, ponieważ jest to jedna z najbardziej zmasakrowanych w przekładzie książek, jakie znam) - autor miał doktorat ze średniowiecznej literatury angielskiej, więc podobnie jak Tolkien wiedział jak pisze, po drugie dla mnie osobiście czytelniczą rozkoszą było obcowanie z bohaterami tych powieści. To oni sprawiają, że fabuła nabiera niespodzianych rumieńców, albowiem jakkolwiek napisani są tak, że każdy z nich uosabia pewien typ literacki, to są znacznie bardziej pełni życia niż wiele przekombinowanych psychologicznie postaci literackich. Każdy z nich bowiem jest potraktowany jak postać pierwszoplanowa z jakąś historią sprzed czasu akcji, z jakimiś problemami, które go prześladują i ścigają przez cały czas trwania akcji, z wcale niekoniecznie prostymi rozwiązaniami tych uwikłań czy zobowiązań. Nawet postacie epizodyczne mają swoją historię i rys psychologiczny (polecam wiedźmę z bagien w IV tomie i jej prośbę o dar mowy dla inteligentnych stworzeń, z którymi się zaprzyjaźniła na odludziu, i tę scenę, kiedy jeden z fenlingów zaczynając mówić, nazywa ją matką; polecam również dwa rozrzucone o kilka tomów epizody z chłopcem grającym na flecie, który mimo że pojawia się wyłącznie jako tło wydarzeń, zapada w pamięć ze względu na cichy tragizm swego losu), co więcej - wbrew temu, co się może wydawać - również kiedy wśród "złych" pojawiają się zindywidualizowane postacie, głównie w drugim piecioksięgu, okazuje się, że są one w takim samym stopniu z krwi i kości jak bohaterowie strony "dobrej". Pozwalam sobie sądzić, że sposób, w jaki Andrzej Sapkowski rozegrał w finale sagi o Wiedźminie kwestię Nilfgaardu i zwłaszcza jego cesarza, ma coś wspólnego z faktem, że AS podobnie jak ja bardzo lubi cykl Eddingsa.

Są w tej serii również niezwykle subtelnie przedstawione historie romansowe (i to ile!), są postacie humorystyczne i tragiczne zarazem, są bohaterowie, którzy na samych siebie potrafią patrzeć z ironicznym dystansem. Postacie Eddingsa są mądre. Myślą. Są literacko i psychologicznie konsekwentne. Nawet pomimo tego, że jak na drugą połowę XX w. są cudownie staroświeckie (pod względem literackim), mieszczą się bowiem idealnie w postulatach Arystotelesa i Horacego dotyczących etosu postaci i wynikającej z tej koncepcji konsekwencji w kreacji bohaterów. A autor potrafił też z ironicznym dystansem patrzeć na gatunek, który tworzył - te wszystkie klekso-przepowiednie i "thees, thous and inforasmuches" to uśmiech w stronę stereotypów fantasy, podobnie jak wygłoszona gdzieś w drugim tomie Malloreonu przez głównego bohatera uwaga, że przecież już raz (= w poprzednim pięcioksięgu) przebywali tę samą drogę.

Dzięki tym postaciom, humorowi i dystansowi (przy jednoczesnej ewidentnej wielkiej  sympatii autora do wielu bohaterów) dość stereotypowa fabuła nie jest sztampowa, a dzięki konsekwentnie prowadzonej z punktu widzenia coraz to innego bohatera narracji dowiadujemy się bardzo dużo o ich wzajemnych interakcjach. Wielką zaletą tego cyklu jest też umiejętna gra na nastrojach: zarówno sentymentalizm jak i patos, autentyczny tragizm i niemal farsowa komedia są doskonale wykorzystane, tworząc mozaikę barwną jak samo życie.

W 1995 roku nastąpił swoisty coming-out: prequele serii zostały podpisane imionami Davida i Leigh Eddingsów; od kilku lat tajemnicą Poliszynela było to, że żona pisarza jest współautorką książek, pomagając zarówno na etapie wymyślania świata jak i kreacji postaci. W skierowanej zdecydowanie do fanów książce The Rivan Codex, zawierającej - obok nieumieszczonych w powieściach np. świętych tekstów poszczególnych ludów zamieszkujących karty cyklu - także osobiste notatki i wspomnienia związane z pisaniem Belgariady, David napisał m. in. tak (tłumaczenie własne, tego to nikt w Polsce nie wydał): "Następnie pracowałem dla Boeinga, budując rakiety (zajmowałem się sprzedażą, nie inżynierią). W maleńkim stopniu przyczyniłem się do lądowania człowieka na Księżycu. Ożeniłem się z młodą damą, której dzieje były jeszcze bardziej interesujące niż moje własne. Byłem nieco zmieszany, kiedy okazało się, że ma dostęp do bardziej tajnych danych niż ja. Wydawało mi się, że 'Top Secret' to stopień najwyższy, ale się myliłem. Ona bywała w miejscach, o których mi się nawet nie śniło, ponieważ [w czasie II wojny] służyła w Siłach Powietrznych, podczas gdy ja włóczyłem się po ziemi." Leigh zmarła dwa lata temu i David nigdy się po tej stracie nie pozbierał. Swoją drogą fakt, że Leigh pozostawała tak długo w pisarskim cieniu wynikał z przedziwnych zupełnie idiosynkrazji w literacko-fantastyczno-wydawniczym światku, który pomimo naporu ze wszystkich stron politycznej poprawności jeszcze na ostatnim przełomie stuleci wydawca doradził pani Rowling, żeby nie ujawniała na okładkach książek, że jest kobietą... A wydawałoby się, że czasy, kiedy Alice Norton przybierała jako pseudonim męskie imię Andre dawno minęły.

Belgariada/Malloreon to moje ulubione książki tandemu Eddingsów, bo tak chyba powinno się mówić o ich autorstwie. Muszę jednak przyznać, że jakkolwiek inny cykl, Elenium/Tamuli zwłaszcza w pierwszej trylogii fabularnie jest jeszcze prostszy, to znów postaci tam są takie, że po prostu nie sposób ich nie lubić - ba, to są takie postacie, "którymi się mówi". No bo jak oprzeć się urokowi takich dialogów jak ten mój ulubiony z Elenium: "- Kto dziś robi kolację? - Ty. - Dlaczego? - Ponieważ zapytałeś." Bardzo przydatne, prawda?

To jest jeszcze jeden powód, dla którego kocham główne cykle fantasy Eddingsa. Mam tam całe mnóstwo ulubionych cytatów. A o stopniu mojego fanostwa może świadczyć witryna, która była jedyną, jaką kiedykolwiek w miarę dopracowałam, zarówno pod względem wyglądu (na owe czasy, proszę zważyć, że html i projektowanie internetowe ewoluuje w zastraszającym tempie, a ja tego projektu nigdy nie zmieniłam), jak i zawartości (nie żebym doprowadziła swoje plany pod tym względem do końca, ale przynajmniej nie utknęły na etapie wstępnym, jak w wielu innych przypadkach). No i w tych zamierzchłych czasach, kiedy głównym forum komunikacyjnym dla wtajemniczonych w internet był IRC, miałam nicka "Zith" - od małej, zielonej wężycy (czyli drakainy), bardzo ważnej bohaterki Malloreonu. A oto mój ulubiony cytat na jej temat:

"She's long and skinny, she wriggles, she doesn't have any arms or legs, and she's poisonous. By definition, she's a snake."
"You're prejudiced."*

Wąż z Myken

*- Jest długa i chuda, wije się i nie ma rąk ani nóg, a do tego jest jadowita. Według powszechnej opinii to żmija.
- Jesteś uprzedzony.

czwartek, 04 czerwca 2009
Gazecie W. na dwudziestolecie

Droga Gazeto,

przeczytałam sobie parę dni temu o proteście - bardzo moim zdaniem słusznym - SARP-u w kwestii zakusów na zabudowę kawałków Błoń. Jako krakowianka z dziada-pradziada dostaję gęsiej skórki na myśl o tym, że Błonia mogłyby choćby w maleńkiej części zmienić kształt i wygląd. Ale mój list nie dotyczy Błoń, choć oczywiście obiema łapkami podpisuję się z góry pod wszelkimi "ręce precz od Błoń krakowskich".

Do napisania tego tekstu skłoniło mnie coś innego. Otóż w samym tekście, a potem w dyskusji na forum pojawiły się wątki współgrające w pewien sposób z refleksjami, które nie dają mi spokoju już od dłuższego czasu. Ktoś bowiem zwrócił uwagę na to, że Błonia są zasłane psimi odchodami do tego stopnia, że ciężko po nich chodzić, nie mówiąc już o urządzaniu pikniku, ktoś inny ponarzekał - jak to ostatnio w modzie - na zamknięte osiedla.

Wbrew pozorom te dwa zagadnienia mają ze sobą bardzo dużo wspólnego - są efektem pogłębiającej się degradacji i dewastacji przestrzeni publicznej. W Polsce nie ma poczucia, że publiczne jest wspólne i każdy powinien o nie dbać. Lata PRL wykształciły w Polakach postawę braku odpowiedzialności za dobro publiczne, ponieważ znalazło się ono w szponach decydującego o wszystkim państwa, które - przynajmniej w teorii - powinno wysłać odpowiednią brygadę do walki z psimi kupami, zdejmując obowiązek dbania o czystość i porządek z obywatela. A ponieważ państwo za PRL nie działało jak powinno, wszystkie te dotyczące codzienności obowiązki były po prostu zaniedbywane. Efektem była niszczejąca przestrzeń publiczna, np. parki i skwery, przejmowane w mniejszym lub większym stopniu przez meneli. Na dodatek upadek PRL pozostawił specyficzną schedę: mnóstwo paskudnych poprzemysłowych budynków na obrzeżach miast, całkowicie zdewastowane tereny, na których już dawno nic się nie działo, bo zajmujący je przemysł czy firmy istniały wyłącznie na papierze. Takie miejsca wciąż znajdują się między dzisiejszymi nowymi osiedlami mieszkalnymi, szpecąc miasta. Na dodatek mamy jeszcze jedno dziedzictwo tamtego prawie półwiecza: osiedla mrówkowców, za które ich mieszkańcy nijak nie czują się odpowiedzialni; osiedla - wylęgarnie przestępczości wśród młodzieży, co pogłębia ich dewastację, a na dodatek tworzy w obrębie miast miejsca o złej sławie, miejsca, gdzie wieczorem lepiej się nie zapuszczać, zwłaszcza jeśli się tam na stałe nie mieszka.

W tej sytuacji bardzo mnie dziwi, że Gazeta prowadzi objawową walkę z grodzonymi osiedlami. Ich powstawanie świadczy między innymi o tym, że części ludzi przeszkadza stan, w jakim znalazła się przestrzeń publiczna, więc zaczynają tworzyć enklawy, w obrębie których ławki nie są zniszczone, ścian nie pokrywają kibolskie wyzwiska, samochodom nie grozi wybicie w nocy szyb albo zniszczenie zamków, dziecko nie będzie zaczepiane przez nieprzyjemnie wyglądających wyrostków. Droga Gazeto, piętnując tych ludzi, niczego nie wskórasz. Wysokie mury i zamykane porządnie bramy mają szanse zniknąć, jeśli świat na zewnątrz upodobni się choć trochę do tego, który ludzie sobie tworzą w tego rodzaju enklawach. Zauważcie, że mimo iż w Warszawie na takich osiedlach mieszkają zapewne ludzie bardzo zamożni, nie zamykają się za murem własnej willi, ale wybierają osiedle. Czyli tworzą sobie jakiś kawałek przestrzeni publicznej, za którą zobowiązują się być odpowiedzialni i tego samego oczekują od innych mieszkańców. Wydzielają ten kawałek, ponieważ wiedzą, że nie zdołają utrzymać takiego stanu na większej przestrzeni - bo nie mają w tym wsparcia struktur dzielnicowych, miejskich, państwowych. I nie chodzi mi tu wyłącznie o struktury instytucjonalne, ale także o świadomość społeczną na tym troszkę wyższym niż, powiedzmy, neoplemienny poziomie.

Jeśli zaś chodzi o wymiar bardziej instytucjonalny, to państwo polskie popełniło tu i popełnia tu całą serię grzechów zaniechania. Po 1989 roku w kraju panował optymizm i to był czas, żeby pewne rzeczy uporządkować. Dobra, nikt się wtedy nie spodziewał, że ten entuzjazm potrwa tak krótko (ze względu na to, że nie chcę być ciągana po sądach przez wysokich urzędników państwowych nie wskażę palcem, kto był architektem rozpadu jedności i pojawienia się postaw roszczeniowych), ale to, co wówczas zaniedbano w kwestii budowy społeczeństwa obywatelskiego, prześladuje nas do dziś.

Na przykład nikt nie zatroszczył się o to, by zacząć kształtować szacunek dla prawa i zaufanie do struktur i instytucji państwowych. Ekipa Mazowieckiego mogła tu wiele zrobić, a gdyby to się udało, to może później nie byłoby miejsca i przede wszystkim przyzwolenia społecznego dla coraz bardziej egzotycznych, eufemistycznie mówiąć, zachowań polityków i urzędników. Efekt jest taki, że tworzy się u nas setki uregulowań prawnych, przepisów i zakazów, które następnie nie są egzekwowane, a społeczeństwo nawet nie zwraca uwagi na to, że istnieją. Jako drastyczny - bo zapewne poza wszystkim wielu osobom się narażę - przykład podam niedawne "zaostrzenie" przepisów drogowych. Głośno było m. in. o tym, że będzie się przestrzegać zakazu jazdy rowerem po chodnikach i przejściach dla pieszych oraz wjeżdżania przez samochody na skrzyżowanie na czerwonym świetle. I co? I jak zwykle nic. Niedawno w ciągu dwóch minut na jednej ulicy naliczyłam sześcioro rowerzystów na chodnikach, z czego dwoje pędziło na złamanie karku, a jeden jechał slalomem między pieszymi w miejscu zwężonym z powodu rusztowania zajmującego połowę chodnika. A jak wyglądają większe krakowskie skrzyżowania, nie trzeba nikomu mówić - polski kierowca na widok żółtego światła myli pedały i naciska ten z prawej zamiast tego w środku, nawet jeżeli widzi, że nie ma szans przejechać skrzyżowania, bo już jest zablokowane.

A kto wie, czy nie największą bolączką, którą odziedziczyliśmy po części też po czasach PRL - czasach "organizowania sobie" wszystkiego - jest cwaniactwo, które panoszy się na każdym kroku. Pozwolę sobie raz jeszcze na przykład motoryzacyjny: włączanie się w ruch "na zamek błyskawiczny" nie przyjmuje się w Polsce, bo mało kto jest w stanie zrozumieć, że taki ruch jest płynny, w związku z czym jak już jeden samochód zostanie wpuszczony, to za nim natychmiast pcha się kilku następnych, tamując płynność przepływu. Podobnie zresztą opornie idzie przekonywanie Polaków do tego, że jedna kolejka do kilku kas czy okienek, jest najsprawiedliwsza: każdy jest obsługiwany w kolejności, w jakiej przyszedł. Ale mam wrażenie, że statystyczny Polak woli ryzykować stanie w wolniejszej kolejce na rzecz szansy, że stanął w szybszej... A jeśli chodzi o motoryzacyjnych cwaniaków, którzy wyprzedzają korki i wpychają się na ich początek, czy też jadą po torowiskach w tym samym celu - zawsze mam ochotę ich zapytać, co za pycha każe im mniemać, iż ich czas i ich pośpiech jest ważniejszy od czasu i spraw tych wszystkich ludzi, którzy uczciwie stoją w korku.

Szanowna Gazeto, takie zachowania, w tym Twoich pupilków czyli rowerzystów, których powinnaś nie tylko wspierać, ale również wychowywać, są również czynnikiem degradującym przestrzeń publiczną. Pogarda dla umowy społecznej - przepisów tworzonych dla ludzi, ich bezpieczeństwa i jakiegoś ładu społecznego - jest działaniem na szkodę publiczną, jest jednym z powodów, dla których ludzie zamykają się we własnych enklawach na tyle, na ile mogą. Zachowania pogardliwe wobec prawa i innych obywateli są bardziej szkodliwe niż psie kupy na Błoniach. Bo do posprzatania Błoń dałoby się skrzyknąć wolontariuszy. Uczyć rozsądnej praworządności jest znacznie trudniej, bo poza wszystkim ryzykuje się wiązankę brzydkich słów skierowanych w swoim kierunku, a niekiedy nawet pobicie (głośna sprawa kierowcy, który trąbił na pieszych przechodzących w niedozwolonym - i niebezpiecznym - miejscu). A jeśli jakiejkolwiek grupie daje się przyzwolenie na łamanie prawa, to jak można następnie wymagać ich przestrzegania od innych, włącznie z politykami?

I nie zwalajmy wszystkiego na państwo i policję - społeczeństwo obywatelskie potrafiłoby sobie poradzić z niemocą zarówno urzędników jak i funkcjonariuszy. A że odstraszanie jednak czasem działa, przekonałam się na własnej skórze, kiedy jadąc w nocy przez Kraków, nieopatrznie wyprzedziłam czarne sportowe audi, które dotychczas wlekło się prawym pasem. Dwa skrzyżowania dalej siedzący w nim wygoleni kolesie najwyraźniej uświadomili sobie, jaką to krzywdę poniosła ich męska testosteronowa duma, albowiem dogonili mnie z piskiem opon, a następnie jechali za mną aż pod dom. Gdybym mieszkała na otwartym osiedlu, a nawet w centrum Krakowa, nie stanęłabym pod domem, nie wysiadłabym z samochodu - bałabym się. Może zadzwoniłabym po policję, ale nie wiem, czy to by coś dało - w Polsce tego rodzaju poczucie zagrożenia jest, o ile wiem, lekceważone. Kolesi jednak czekała niespodzianka - wolnostojąca kamienica, w której mieszkam, ma własną ochronę. Na widok agenta w budce czarne sportowe audi wycofało się, odjechało w siną dal i nigdy już go w okolicy nie widziałam.

Droga okołowyborcza Gazeto Wyborcza, która niegdyś byłaś w awangardzie walki o społeczeństwo obywatelskie, a ostatnio coraz bardziej ulegasz różnym pseudointelektualnym modom i lobby, zrób może akcję "Żyjmy po ludzku", bo ludzkie życie to nie tylko narodziny i śmierć, o które już zadbałaś. Życie ludzkie w 99,9% składa się z tego, co pośrodku: po prostu z życia. Zróbcie akcje w stylu "prawo jest także dla nas", "koniec z cwaniactwem", "publiczne jest nasze". Tylko w ten sposób cokolwiek zmienicie na lepsze - w ludziach jest potencjał, tylko trzeba go uruchomić.

Poza wszystkim Twój tytuł zobowiązuje. A raczej zachowanie tego tytułu po wyborach, które odbyły się 20 lat temu. Wybory trwają cały czas, a Ty powinnaś pomóc nam wszystkim wybrać społeczeństwo obywatelskie i kraj, w którym po prostu dobrze się żyje, niezależnie od wahań na giełdzie.

Z poważaniem,

Czytelniczka Wyborcza

Marek Aureliusz

To zdjęcie zaś dedykuję wszystkim wyborcom na 7 czerwca. Życzyłabym bowiem Polsce i Europie, żeby w parlamentach zasiadało jak najwięcej polityków, dla których wzorem byłby ten rzymski cesarz. A swoją drogą być może idea przestrzeni publicznej jako wspólnej własności i wspólnego dobra jest mi dodatkowo tak droga, że stanowi dziedzictwo klasycznego antyku: to greckie stoai i agory, rzymskie portyki, termy i fora stanowią jej niedościgły wzór - w sensie zagospodarowania i korzystania z niej. A postawy polityków fundujących różne budowle i instytucje dobra publicznego też są do pozazdroszczenia. Ale o tym wszystkim może innym razem.

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright