wtorek, 31 lipca 2007
Harry Potter i potęga mitu

Skończyłam ten siódmy tom - i muszę przyznać recenzentom, którzy podobnie jak ja starali się coś napisać nie psując przy tym przyjemności lektury innym, że istotnie zakończenie jest "jedyne możliwe". I tym razem - po dwóch tomach przeciętnej powieści dla dzieci i młodszej młodzieży, po jednym tomie dobrej powieści dla młodzieży nieco starszej i trzech solidnej epiki, siódmy wzniósł się na poziom mitu. Więcej szczegółów nie ujawnię, ale dla zaspokojenia koszmarnie świerzbiącej klawiatury powiem tylko, że to, co dzieje się z moim ulubionym bohaterem, jest w ogromnej mierze satysfakcjonujące, chociaż pewne rzeczy wolałabym rozwiązane nieco inaczej. Niemniej po przeczytaniu tego tomu cieszyłam się tylko, że właśnie ta osoba była moją ulubioną od samego początku. Nie zdradzę oczywiście, kto jest moim ulubionym bohaterem, oczywiście, w każdym razie nie do mniej więcej miesiąca po premierze polskiego przekładu. I proszę podziwiać, jak sprytnie manewruję określeniami postać, osoba i bohater, żeby nie dało się odgadnąć nawet płci :)

Co do ostatniego zdania, byłam blisko , ale nie trafiłam w stu procentach.

Mam natomiast pomysł na tytuł, ale zaczekam - może pan Polkowski ogłosi konkurs, podobnie jak to zrobił w przypadku jakiegoś gadżetu w bodajże szóstym tomie.

Chłopiec w stroju Heraklesa, rzeźba rzymska, Luwr

niedziela, 29 lipca 2007
O filmach złych i niedobrych

Kocham złe filmy. Mam ich sporą kolekcję - i to legalnych kopii. Nieco Hammera i wszystkie nowsze rzeczy o wampirach, wilkołakach, upiorach, duchach i potworach oraz zahaczające o fantastykę, jakie uda mi się znaleźć po sklepach, allegrach i innych źródłach tego typu skarbów. Mam na przykład cuda pt. Satanic Rites of Dracula i Die Hard, Dracula, a także absolutny rarytas - film Incubus, który wyróżnia się dwiema rzeczami: 1) główną rolę gra w nim jeden z najgorszych a zarazem najbardziej kultowych aktorów wszechczasów, William Shattner (kapitan Kirk z pierwszych Star Treków), 2) film nakręcony jest w języku esperanto.

W takiej kolekcji nie mogło zabraknąć oczywiście Mistrza Złego Kina, mianowicie Eda Wooda juniora (wraz z jego genialną biografią nakręconą przez Tima Burtona). Bride of the Monster zresztą jest jednym z nielicznych filmów z tej kolekcji, których nie byłam w stanie obejrzeć w całości za jednym razem, mimo że trwa poniżej półtorej godziny. Plan 9 z kosmosu to autentyczne arcydzieło z trzymającą się kupy fabułą w porównaniu z Narzeczoną...

Gwoli uczciwości przyznam również, że dwa filmy mnie wykończyły do tego stopnia, że oglądałam je po części na przyspieszonym podglądzie: Transylvania 6-5000, która nawet mnie poraziła bezsensownością i rozwlekłością fabuły oraz całkowicie kretyńskimi postaciami (zwłaszcza wampirzyca Geeny Davies), oraz Dracula's Widow - arcydzieło bezsensu, snujstwa i nudy z całkiem sensownym pomysłem wyjściowym oraz podstarzałą i ufarbowaną na czarno Sylvią Kristel w tytułowej roli. Spieszę dodać, że Emmanuelle nosi tutaj wybitnie nieseksowne wdzianka à la pracownik średniego szczebla w wielkiej korporacji.

Jednymi z moich ulubionych złych filmów są natomiast dwie części Łowców wampirów Johna Carpentera (którego fatalnej twórczości jakoś ciągle nie mogę porządnie skompletować, a wypadałoby) - pomysł z wyciągarką do wampirów jest po prostu oszałamiający. Osobom, które nie zamierzają oglądać tych rozkosznych idiotyzmów wyjaśniam, że chodzi o urządzenie składające się z rodzaju harpuna, linki stalowej i ciężarówki - wampira nadziewa się na harpun, a następnie przy pomocy ciężarówki wywleka na słońce, gdzie doznaje on samozapłonu.

A teraz słówko ogólnego wyjaśnienia: złe filmy kocham za to, że gra w nich plejada nikomu nie znanych i fatalnych aktorów (choć niekiedy wyrastają z nich następnie gwiazdy, co do poziomu aktorstwa których może nie będę się wypowiadać), a czasem na okrasę wrzuci się przebrzmiałą gwiazdkę filmu lub innej dziedziny show-biznesu - jak np. John Bon Jovi w John Carpenter's Vampires: Los Muertos, który jest równie okropnym aktorem jak piosenkarzem. Kocham je również za bezsensowne scenariusze i rozkosznie naiwną powage i patos, jaki je zazwyczaj wypełnia. Za to, że bez nich nie byłoby Sergia Leone z jego długimi ujęciami, nie mówiąc już o Quentinie Tarantino i Robercie Rodriguezie, a zatem nie byłoby Od zmierzchu do świtu. Kocham je za widoczne na każdym kroku dziury budżetowe. Kocham je za to, że czasem zdarzy się w nich przebłysk geniuszu, jak np. pomysł na genezę wampiryzmu w Draculi 2000.

Dodatkowym atutem złych filmów jest również szczera przyjemność płynąca z ich kolekcjonowania. Na przykład taka rozmowa w wypożyczalni dvd, która również sprzedaje przecenione płyty:

Ja (podaję panu w kasie płytę z filmem Dog Soldiers - dość niedawny kolejny nieudany film o wilkołakach; nie wiem czemu o wilkołakach właściwie nie ma dobrych filmów?)
On (z miną znawcy i uprzejmego doradcy): Pani wie, że to jest bardzo zły film?
Ja (ze zblazowaną powagą): Wiem.
On: Naprawdę szkoda to oglądać.
Ja: Wie pan, ja to już widziałam w kinie i właśnie kupuję do kolekcji.
On (zaskoczony i zmieszany): Ehem...
Ja (z najbardziej czarującym uśmiechem, na jaki mnie stać): To naprawdę nie będzie najgorszy film, jaki mam w domu.
On (czerwony jak burak): Ehem...

Na dodatek cała frajda w tym, że te filmy bardzo często można znaleźć za naprawdę psie pieniądze. Na przykład niedawno za dosłownie 4,99 zł kupiłam Człowieka, który spadł na ziemię, arcydzieło złej science fiction.

I właśnie w wyżej wzmiankowanej wypożyczalni kupiłam również (i obejrzałam siedząc na kawałku wakacji w górach z notebookiem) film, który jest zły w taki sposób, jaki mnie wkurza. Nie lubię bowiem filmów niedobrych, nieudanych, z autentycznym zadęciem pozbawionym jednakowoż uroku. Chodzi o Belfegora z Sophie Marceau. Od rodziców słyszałam o starym serialu pod tym samym tytułem i na ten sam temat, że zapowiadał się świetnie, a potem się rozlazł. Niestety film fabularny rozłazi się od pierwszych scen. I proszę bardzo, niechby się rozłaził od początku do końca, gdyby był produkcją klasy B, która ma do tego święte prawo. Ale nie - to jest jedna z najdroższych europejskich produkcji ostatnich lat, do której zaangażowano plejadę francuskich gwiazd oraz jedną gwiazdę z importu, mianowicie Julie Christie, która biedaczka grywa ostatnio same niewypały, by wspomnieć Troję.

Belfegor irytuje w podobny sposób jak Wiedźmin - posiada wszystkie elementy, z których powinien powstać film przynajmniej przyzwoity: duży budżet, znanych aktorów, niezłą historyjkę (miło widzieć mumię, która tym razem się nie mści, tylko ma inne problemy), a i tak wychodzi to co zwykle, czyli knot. Dość przerażająca jest myśl, że tak właśnie wyglądają wielkie produkcje europejskie - sięgające ledwie do pięt produkcjom klasy B, z gwiazdami grającymi tak jak właśnie w filmach klasy B, a od hollywoodzkich superprodukcji oddzielone przepaścią nie do przebycia.

Na dodatek w złych filmach humor jest zazwyczaj niezamierzony - chyba że są to komedie, które skądinąd rzadko są naprawdę śmieszne - twórcy Belfegora zaś usiłują naszpikować swoje dzieło osławioną francuską lekkością, co irytuje jeszcze bardziej, ponieważ jest rozpaczliwie niezabawne. Ja tam wolę jednak wszystkie kolejne Mumie...

 Mumie kotów, British Museum

sobota, 28 lipca 2007
Harry Potter i brzytwa Ockhama

A raczej jej brak. Spieszę wyjaśnić, że nie w siódmym tomie - bohatersko powstrzymam się nadal od opisania wrażeń z lektury. Nie, o brzytwie Ockhama - entia non sunt multiplicanda praeter necessitatem - zapomnieli twórcy piątego filmu, który ma kilka olśniewających - głównie wizualnie - fragmentów, a poza tym niestety nosi wszelkie ślady usiłowania zmieszczenia (upchnięcia?) w nim jak najwięcej szczegółów z niemal ośmiusetstronicowej książki. Usiłowania, dodajmy, daremnego, albowiem efektem jest ogromna rzesza postaci, które nic nie mają do zagrania, powiedzenia, a zwłaszcza zrobienia.

Na dodatek ten film należy do dwóch pań: Dolores Umbridge (Imelda Stauton) i Luny Lovegood (Evanna Lynch). Fakt, że w książce Dolores również nieco przytłacza inne postacie, ale nie aż do tego stopnia co w filmie. Moherowe wdzianeczka, fryzurka od żelazka, bardzo słusznie chichot zamiast chrząkania i nieodłączna świątobliwa mina - cóż to za uczta dla polskiego wykształciucha, pomijając już wszystko inne. Choć muszę przyznać, jakkolwiek zachwyca mnie ta kreacja, że nie do końca udało się Dolores przedstawić jako przerażającą i upiorną sadystkę, a taka była dla mnie w książce: idealna ilustracja tezy Hanny Arendt o banalności zła.

Luna natomiast snuje się po ekranie - i wbrew pozorom jest to komplement - snuje się bowiem niczym mutatis mutandis Rachela z Wesela Wyspiańskiego. Na marginesie: dlaczego w anglosaskich filmach dzieci i nastolatki grają jak wybitni dorośli aktorzy, a w polskich (z nielicznymi chlubnymi wyjątkami, które na dodatek są już dorosłe) są drętwe jak deski i mówią drewnianymi głosami? Może dlatego, że w większości polskich filmów, sądząc z zajawek, aktorzy też zachowują się i mówią jak deski, więc trzeba równać do ogólnego poziomu?

Niewypałem jest za to próba wtłoczenia w ten film jak największej liczby członków Bractwa* Feniksa - w sumie żadna z nowych postaci naprawdę do niczego się nie przydaje, a w rezultacie nawet osoby znane z poprzednich filmów (bo usiłuje na to spojrzeć okiem kogoś, kto książki nie czytał) jedynie przemykają przez ekran. I to właśnie są te namnożone ponad konieczność (fabularną) byty, które powinna była bezlitośnie wyciąć brzytwa pana Ockhama, skoro nie można im było zapewnić należytego miejsca i działania na ekranie.

Oczywiście w przypadku każdej adaptacji powieści można by wyliczać i opłakiwać pominięte sceny. Mnie osobiście bardzo brakuje epizodu z rodziną Neville'a, choć zdaję sobie sprawę, że z punktu widzenia scenariusza był jak najbardziej do pominięcia. Nienajgorzej udało się w telegraficznym skrócie przedstawić rządy Umbridge w Hogwarcie, naukę obrony przed czarną magią oraz wspomnienia Snape'a - choć tych znów chętnie zobaczyłabym więcej, podobnie zresztą jak Kreachera. No i nie mogę darować twórcom choćby epizodziku z portretem matki Syriusza!

No i zupełnie inaczej wyobrażałam sobie Thestrale - choć takie, jakie były, całkiem mi się podobały. Bardzo ładna była scena z Luną i źrebakiem.

Żeby dać czas nowym postaciom, wycięłabym natomiast scenę z Arthurem Weasleyem na stacji metra - jak dla mnie największym zgrzytem w całej, tym razem książkowej serii jest nieznajomość zwykłego świata wśród czarodziejów - motyw pokutujący w późniejszych tomach za sprawą komicznych elementów z pierwszego, kiedy pani autorka nie liczyła się jeszcze, sądząc również z jej wypowiedzi, z perspektywą napisania epickiego ciągu dalszego.

Ponoć wersja na dvd ma być o półtorej godziny dłuższa - coś ty filmowi zrobił, Peterze Jacksonie? - więc może tam Tonks zrobi coś więcej niż kilka śmiesznych min, a Kingsley zasłuży się czymś więcej niż fenomenalnym wyglądem. Szkoda jednak, że przynajmniej godzina tego nakręconego materiału nie znalazła się w wersji kinowej - dzisiejszy widz bez większego problemu przełyka trzygodzinne filmy, to już nie czasy, kiedy Przeminęło z wiatrem trzeba było podzielić na dwie części i robić przerwę podczas seansu. Ciekawe skądinąd, czy Tonks wprowadzono dlatego, że scenarzyści zamierzają uwzględnić w następnym filmie jej romans z Lupinem, czy też ot tak dla kolorytu.

Podsumowując: czwarta część moim skromnym zdaniem jak na razie filmowo bije na głowę wszystkie pozostałe, mimo że akurat Mike'a Newella (Cztery wesela i pogrzeb) nie posądzałabym o to, że tak dobrze poradzi sobie z przygodową fantastyką. Scena na cmentarzu, odrodzenie Voldemorta i pojedynek, jest wciąż moim numerem jeden we wszystkich częściach (filmowych). Szósty film ponoć za rok, siódmy w 2009, więc zobaczymy, czy zostanie zdetronizowana.

Uchwyt naczynia z brązu, Luwr

* Wiem, że w polskim przekładzie jest "Zakon Feniksa", ale będę się upierać, że Bractwo byłoby lepsze. Ponoć zresztą tu akurat tłumacz, który skądinąd sadzi absurdy jakich mało, uległ wydawnictwu, które chciało mieć "zakon", nie wiedzieć czemu. Angielskie "order", w przeciwieństwie do polskiego "zakon" nie kojarzy się niemal wyłącznie z instytucją religijną.

 

środa, 25 lipca 2007
Jedenaste: nie spojluj

Po tygodniu spędzonym w górach wróciłam do Krakowa i natychmiast pobiegłam do Empiku po siódmy tom Harry'ego Pottera. Moja przyjaciółka zrobiła to dzień wcześniej, dokładnie w dniu premiery, więc już zdążyła przeczytac i teraz cierpi katusze, ponieważ nie może ze mną porozmawiać o szczegółach. W związku z czym serwuje mi nie-spojlery, np. informację, że całkiem poboczna postać ma na imię Rosie.

Ale zaserwowała mi również taką wiadomość, że jedno z trzech ostatnich słów powieści to "was". Niby nic, słówko może wystąpić w nieskończonej liczbie angielskich zdań. Ale oczywiście zaczęłam się zastanawiać, jak to ostatnie, liczące trzy słowa zdanie mogłoby brzmieć. Nie zajrzę oczywiście na ostatnią stronę, ale postanowiłam wypisać sobie wszelkie w miarę sensowne możliwości, jakie przyjdą mi do głowy, żeby potem móc się przekonać, jak daleko byłam od zgadnięcia.

  • He [Harry/Voldemort] was alive.
  • He [Harry/Voldemort] was dead.
  • He [Harry/Voldemort] was free.
  • He was happy.
  • Day was beautiful.
  • She [Ginny? Hermione?] was smiling.
  • She was sleeping/asleep.
  • She was beautiful.
  • It was over.
  • It was easy.
  • It was morning/dawning.
  • Sun was shining.
  • I was mistaken.
  • I was silly.

A to przyszło mi do głowy później i teraz dopisuję:

  • Was it real/true? 

Jak coś mi jeszcze przyjdzie do głowy, to będę dopisywać.

A tak poza tym, mam nadzieję, że Snape nie okaże się bardzo bardzo złym czarnym charakterem. O innych podejrzeniach pisać nie będę, bo mogłyby już być spojlerami, zważywszy, że przeczytałam dziesięć rozdziałów. A ponoć dla spojlujących istnieje dodatkowy, jedenasty krąg piekła.

Auguste Rodin, Brama piekieł wg Dantego

poniedziałek, 16 lipca 2007
Być poetą...

Gdybym była poetą, a zwłaszcza dawnym poetą, nieskażonym jeszcze pesymizmem współczesnego świata, zapewne zamiast ganiać w tej chwili z odkurzaczem i nowoczesnym wcieleniem DDT (zastanawiając się jak ocalić przed jego działaniem florę i faunę - np. pająki i chrząszcze - balkonu), napisałabym wiersz. Tak jak uczynił to niejaki John Donne, który napisał urokliwie konceptystyczny wiersz o pchle - i oczywiście o miłości oraz niewdzięcznej kochance. Nie wiem, czy Johna Donne'a pogryzły pchły - zapewne wiele razy, w owych czasach było to raczej nieuniknione; sądząc chociażby również po tym, że rok przed śmiercią Donne'a francuski malarz Georges de la Tour (ten od spopularyzowanej przez Kod da Vinci Magdaleny z lampą) namalował obraz przedstawiający kobietę łapiącą pchły.

Mój problem z pchłami jest iście krakowski - mieszkam obok Znanego Człowieka, którego często nie ma w domu, a nasze balkony upodobały sobie gołębie, szczególnie zaś balkon Znanego Człowieka, skąd dość rzadko ktoś je pędzi. Zasadniczo nie mam nic przeciwko gołębiom, byle trzymały się z dala od mojego balkonu, a tym bardziej od balkonu sąsiadów, zwłaszcza gdy ich nie ma. Może zresztą sąsiedzi wreszcie zainstalowali siatkę antygołębną tak, że nie przejdą (u mnie nie przechodzą).

Pocieszam się jedynie tym, że ptasie pchły ponoć nie gustują w ludzkiej krwi, a poza tym siedzą głównie na balkonie. I jak na razie mnie nie pogryzły, więc zapewne nie napiszę o nich wiersza ani nie namaluję obrazu, nawet gdybym umiała pisać wiersze i malować obrazy. Zwłaszcza że zważywszy ostatnią modę pisania wierszy o tym, z kim się siedziało w kawiarni, jadło śniadanie czy jechało na wakacje, mój wiersz musiałby zaczynać się mniej więcej tak:

Spójrz: pchła, rzekłam do [Znanego Człowieka]
przez dzielący nas plastik

A ja za taką poezją wyjątkowo nie przepadam.

Gołąb

PS. Znalazłam na jednej stronie oryginalny tekst Donne'a i obraz de la Toura:

http://www.luminarium.org/sevenlit/donne/flea.php

sobota, 14 lipca 2007
Noblesse n'oblige pas?

Jakiś czas temu poslkie snobistyczne środowiska żyły wydarzeniem jakby żywcem wyjętym z międzywojennej powieści nieco wyżej niż brukowej - krytyk spoliczkował pisarza, a poszło o żonę krytyka, którą pisarz jakoby znieważył (aczkolwiek w niektórych wersjach tej historii jako żywo trudno było się dopatrzeć elementów znieważających). Mam wątpliwą przyjemność znać krytyka i niewątpliwą - jego żonę (pisarza osobiście nie znam), ale pewnie nigdy się nie dowiem, o co naprawdę poszło i zresztą nieszczególnie mnie to interesuje. Żona krytyka uśmiecha się miło jak dawniej, sprawa ucichła, krytyk miał swoje pięć minut sławy w audiowizualnych mediach ogólnopolskich. To o tyle ciekawe, że krytyk w oficjalnych wystąpieniach o charakterze naukowym potępia zazwyczaj w czambuł popkulturę.

Ale ja w sumie nie o tym - sprawa krytyka, jego żony i pisarza przypomniała mi się jako tło do afery najnowszej, która została zaszumiana zanim naprawdę zdążyła swój żywot medialny przeżyć, a w sumie miała podobny charakter. Mianowicie pewien zakonnik i dyrektor w jednej osobie znieważył żonę urzędującego prezydenta. Pal licho, jaki ten prezydent - chwilowo niestety zajmuje stanowisko, piastuje urząd i różne taki, jakkolwiek by do tego nie pasował. Ojciec dyrektor jednakowoż znieważył nie tylko First Lady, ale również po prostu kobietę, po prostu drugiego człowieka. Że kobietę, podkreślam nie z pobudek feministycznych, ale dlatego, że ta kobieta ma męża, który powinien za jej honorem się ująć. A mąż nic, ani się o sprawie zająknął. Mimo że jako prezydenta powinien obowiązywać go kodeks honorowy i różne dyplomatyczne obyczaje, wedle których osoba publiczna nie może bezkarnie znieważać innej osoby publicznej. Prezydent w obronie czci żony powinien ojca dyrektora nawet nie spoliczkować, jak uczynił to z pisarzem krytyk, mimo że wypowiedzi pisarza nie zostały nagrane na upublicznioną taśmę - prezydent powinien ojca dyrektora na pojedynek wyzwać. Nawet symboliczny, bo czasy nam takie cywilizowane nastały, że nie wypada przeciwnika szabelką, szpadą czy pistoletem traktować.

Do obecnej prezydentowej nie mam żadnych specjalnych uczuć - w przeciwieństwie do męża i zwłaszcza szwagra jest mi raczej obojętna, ale w tej sytuacji naprawdę jej współczuję. Jest przecież układną żoną w tradycyjnej, wydawałoby się, polskiej rodzinie - ale jak widać panów w tej rodzinie tradycyjne wartości nie obowiązują.

Naczynia w kształcie kaczek, Luwr

O przekładaniu języka nieistniejącego (uwagi frustrata)

Od kilku tygodni, po szczęśliwym zakończeniu (prawie, jeszcze trwają różne korekty) przygody z pamiętnikiem seksoholiczki, mam na warsztacie bestseller fantasy - raczej zresztą dla młodzieży niż dla dorosłych.

Rzecz jest całkiem sympatyczna, aczkolwiek przez prawie dwieście stron druku niewiele się wydarzyło, bohaterowie dają się lubić, mimo że nie są zbyt skomplikowani, świat jest takoż całkiem całkiem, choć momentami chciałoby się o nim wiedzieć więcej. A z punktu widzenia tłumacza książka jest bezcenna, albowiem niemal sama się tłumaczy - prosty, przezroczysty styl, żadnych konwolutnych zdań i stylistycznych pułapek. Zdawałoby się: żyć, nie umierać.

Gdyby nie to, że autorzy fantastyki uwielbiają wymyślać. Okej, zgadzam się, taka ich profesja - mają wymyślić coś, co nie istnieje. Problem w tym, że jak nie istnieje, to powinno być inne niż jest świat wokół nas, a jeśli nie ma się znakomitych pomysłów na to, jak ten świat ma funkcjonować (a czasami nawet jeśli się ma całkiem niezłe, o czym za chwilę), to wrzuca się do tekstu nieistniejące słówka. I masz, babo, placek, gdyż angielszczyzna pod tym względem znacznie bardziej jest tolerancyjna niż polszczyzna.

W powieści, którą właśnie tłumaczę, autorka postanowiła sprezentować czytelnikowi przede wszystkim obcą faunę i florę oraz tychże pochodne, czyli kulinaria. Miłosiernie na końcu książki dodała słowniczek - ale z mojego punktu widzenia niewiele to pomaga, albowiem problem z przekładem takich rzeczy jest przede wszystkim eufoniczno-fonetyczny. Niektóre autorskie pomysły po prostu po polsku fatalnie brzmią. A niektóre, co gorsza, w ogóle nie wiadomo, jak powinny być zapisane. W słowniczku jest na przykład słówko "jerras" (rodzaj fasoli; szczęśliwie jeszcze nie było w tekście) - no i co z takim zrobić? W założeniu autorki zapewne czyta się to "dżerras", choć zważywszy rosnące wpływy hiszpańskie na potoczną angielszczyznę, zwłaszcza w Stanach, na upór mogłoby to być "herras". Niestety najmniejsze jest prawdopodobieństwo wymowy przez "j". A problem w tym, że "dżerras" wygląda idiotycznie. I nie wiem, co z tym zrobić. Takich fonetycznie kłopotliwych słówek jest więcej, ale to nie koniec problemów.

Nie jestem na przykład przekonana, że "suka" na określenie trunku będzie w przekładzie dobrym pomysłem. Podobnie zresztą jak narkotyk o nazwie "myk". A dokładniej: nie miałabym nic przeciwko tak brzmiącym nazwom, gdyby bohaterowie mówili zdecydowanie slangiem i te słówka ze slangu pochodziły. Sęk w tym, że one należą do, powiedzmy, oficjalnego języka świata powieści.

A tak naprawdę nie byłoby problemu, gdyby te słówka były jakoś związane z angielszczyzną - na dowolnym poziomie. Niestety nie są, w związku z czym nie mam żadnej wskazówki, jak je w razie czego przerabiać. Przez chwilę pocieszałam się, że tłumacze Lema, Dukaja czy Sapkowskiego też nie mieli łatwego zadania, ale potem uświadomiłam sobie, że większość neologizmów w ich książkach miała zakorzenienie w języku polskim - znaczy się można było odtworzyć znaczenia słów, które uległy przetworzeniu, i na tej podstawie tworzyć odpowiedniki (uświadomiłam to sobie wyguglawszy fragmenty przekładu Katedry Dukaja).

No cóż, to właśnie Jacek Dukaj w moich skądinąd ukochanych Innych pieśniach udowodnił, że język jest najlepszym narzędziem do pokazania obcości... niestety nie dodał wskazówek, jak tłumaczyć nieistniejący język na nieistniejący język w innym języku.

Tabliczka z pismem klinowym, Luwr

wtorek, 10 lipca 2007
Vivat grafomania!

A dziś będzie z nazwiskami. I o ewidentnej grafomanii - ale nie blogowej. W moje ręce wpadł bowiem najnowszy Tom kultury - pisemko reklamowe Empiku. A w nim krótkie notatki o nowościach.

Z całej gamy bezsensownych książek moją osobistą nagrodę otrzymuje Nigdy dość autorstwa Malwiny Kowszewicz, o której nigdy wcześniej nie słyszałam, ale sądząc z tytułu debiutanckiej (?) powieści, pani ta zapewne chciałaby złamać monopol Katarzyny Grocholi na czytadła.

  • Młoda dziennikarka, która przez przypadek wplątała się w pracę w jednym z czołowych magazynów, musi udawać, że się na wszystkim zna.

Hmm, czytaliśmy i widzieliśmy w Diabeł ubiera się u Prady? Pomijając, oczywiście, bzdurność stwierdzenia, że młoda dziennikarka "wplątuje się" w prestiżową pracę u samego progu kariery. Może się mylę, ale chyba jest to marzenie każdej młodej dziennikarki?

  • A najlepiej na orgazmach, oczywiście nie własnych.

Nie do końca wiem, co mam wnioskować z tego zdania: czyżby dziennikarka została zobowiązana przez kontrakt z redakcją do zachowania dziewictwa, a na dodatek ten "czołowy magazyn" to fikcyjny i przaśnie rodzimy odpowiednik Hustlera (może raczej Cats)? Jeśli mamy do czynienia z tym ostatnim, jestem skłonna odwołać uwagę pierwszą - ale co to za młoda dziennikarka, co nie zna się na rynku prasowym i nie wie, w co sie wplątuje?

  • Jednocześnie miła i bezczelna, szybko zjednuje sobie ludzi.

Jest takie popkulturowe zjawisko, które nazywa się Mary Sue (od pewnej bohaterki Star Treku). Bohater, który jest tak miły, że może być nawet bezczelny, a i tak wszyscy inni (bohaterowie) go kochają. Widzowie/czytelnicy niekoniecznie.

  • Zostaje wysłana do Paryża, by przeprowadzić wywiad z gburowatym reżyserem.

Widzieliśmy w Scoop i bardzo nam się podobało, mimo że w tle nie było Paryża. Ale rozumiemy, że komuś, kto nie nazywa się Woody Allen, sama fabuła nie utrzyma książki. Mamy tylko nadzieję, że po przybyciu do Paryża nie okazuje się, że bohaterka wywiadu nie zrobi, a zamiast tego wplącze się w romansowo-kryminalną przygodę ze zwariowanym i gadatliwym, powiedzmy, właścicielem karuzeli na Montmartrze w tle.

  • Na wykonanie zadania ma trzy dni.

Cieniaska. Jack Bauer już sześć razy uratował świat, a przynajmniej USA w 24 godziny i właśnie szykuje się do siódmego zadania.

Montmartre, Paryż, czerwiec 2007

PS. Kiedyś po obejrzeniu w kinie trailera Samotności w sieci zastanawiałyśmy się z przyjaciółką, ile czasu zajęłoby nam wymyślenie "bestsellera". Na stworzenie sporej liczby niezbędnych bohaterów pierwszo- i drugoplanowych oraz epizodycznych, a także ułożenie zarysu fabuły, potrzebowałyśmy dwóch godzin. Mam do tego notatki. Może powinnam napisać i opublikować? Ale chyba nie pod własnym nazwiskiem...

sobota, 07 lipca 2007
Boh trojcu lubit?

No chyba niezupełnie. Sądząc, znaczy się, po obejrzanych ostatnio trzecich częściach wielkich kinowych przebojów.

Trzecia część Piratów z Karaibów cierpi na przesyt - zwłaszcza dotychczasowego największego atutu serii, czyli Johnny'ego Deppa. W długiej i w zamierzeniu popisowej sekwencji "matrixowej" ze zwielokrotnionym Jackiem Sparrowem najbardziej podobały mi się powstające z kamyków kraby - też bym takiego chciała mieć. Film cierpi niestety również na niedosyt - zwłaszcza motywacji bohaterów i chemii między nimi. Gdzieś w środku filmu zorientowałam się, że mało interesuje mnie, czy Will jest zdrajcą, czy też podwójnym agentem, czy też może gra w jakąś jeszcze bardziej skomplikowaną grę - a to już nie w porządku. Momentami, owszem, bawiłam się świetnie, ale kiedy Johnny Depp zaczął się mnożyć również poza Lukiem Davy'ego Jonesa, miałam trochę dość. W tej części zdecydowanie najbardziej - oprócz krabów i Keiry Knightley w chińskich ciuszkach - podobało mi się zakończenie, a konkretnie to, co stało się z Willem.

A wczoraj wieczorem zapoznałam się ze Shrekiem Trzecim - i jakkolwiek bawiłam się przez sporą większość filmu doskonale, znów w porównaniu z wcześniejszymi nieco mnie rozczarował. I charakterystycznie: zarówno przesytem (w tym przypadku gagów), jak i niedosytem (paradoksalnie również gagów). Zabrakło mi mianowicie w scenie nalotu na zamek Lotu Walkirii, mimo że scena wyglądała jak dosłowny cytat z Czasu apokalipsy, zabrakło mi również rozwinięcia postaci Artura. Skoro już nazywamy kuzyna z bocznej linii (skądinąd najwyraźniej żabiej, skoro wie o tym głównie król) Arturem Pendragonem, na kolegów szkolnych dajemy mu Ginewrę i Lancelota, a na byłego nauczyciela Merlina, to przydałaby się również jakaś scena z mieczem w kamieniu lub Panią Jeziora. Za dużo w tej postaci było natomiast łopatologicznego moralizowania - czyli tego, czego kolejne Shreki dotychczas konsekwetnie unikały. Fakt wzięcia owych moralizatorskich mów w nawias ironii niewiele pomaga, być może to kwestia proporcji.

Mimo to w obu przypadkach czekam z niecierpliwością na kolejne części - w nadziei, że twórcy Piratów nie zmarnują pomysłu na Willa i Elizabeth, a twórcy Shreka wymyślą milutką fabułę, w której główne role mogłyby odegrać ogrze trojaczki.

A na pocieszenie myślę sobie, że istnieją aż dwie filmowe serie, w których część trzecią uważam za bezwzględnie najlepszą. Jedną z nich jest druga (czyli pierwsza) seria Gwiezdnych wojen - Zemsta Sithów to jak dla mnie fabularnie najlepsza część całego cyklu. Nowa nadzieja niewątpliwie jest najważniejsza, Imperium kontratakuje jest świetne, ale całkiem niesamodzielne, podczas gdy ładunek psychologiczny i pomysł na historię Dartha Vadera w Zemście... absolutnie mnie zachwycił.

Drugą jest seria przygód Indiany Jonesa - przy całym sentymencie do Poszukiwaczy zaginionej Arki, uważam, że Ostatnia krucjata bije pozostałe na głowę humorem i pomysłowością. No i ten Sean Connery w roli tatusia... Szkoda, że w Lidze niezwykłych dżentelmenów nie wykreował podobnego Allana Quatermaina - byłoby to na pewno z pożytkiem dla tego filmu, który tak świetnie się zapowiadał...

Ponieważ nagle okazało się, że jest remis między częściami wcześniejszymi i trzecimi, postanowiłam zrobić małą statystykę.

Oto filmowe części pierwsze, które dotychczas mnie najbardziej zachwyciły:

  • Drużyna Pierścienia (ach, ten Boromir...)
  • Matrix (wydawał się zamkniętą przypowieścią, dalszy ciąg doklejono nieco na siłę)
  • Shrek (aczkolwiek tu dość remisowo z drugim)
  • Gwiezdne wojny: Nowa nadzieja (klasyka i arcydzieło gatunku; nic dodać, nic ująć)
  • Piraci z Karaibów (dwie godziny niekończącej się zabawy na temat, który wydawał się martwy i pogrzebany)
  • Dracula 2000 (dalsze części, dość luźno zresztą powiązan, to Dracula II, Dracula III oraz ponoć Dracula 3000, ale tego ostatniego nie udało mi się na razie zdobyć - był to w każdym razie eksperyment spod znaku "Dracula meets StarTrek"; pierwszy film z tego cyklu ma zaskakująco nowe, świeże i ciekawe wytłumaczenie pochodzenia i istoty wampiryzmu, drugi jest beznadziejny, trzeci - całkiem niezły)

A oto trzecie:

  • Indiana Jones i ostatnia krucjata (patrz wyżej)
  • Gwiezdne wojny: Zemsta Sithów (takoż)

Drugich w ogóle nie znalazłam, co nie znaczy, że wiele drugich części mi się nie podobało. Często poza tym zdarza się tak, że seriale, których pierwszy sezon podobał mi się umiarkowanie (jak Without a Trace albo The 4400), w drugim mnie zachwyciły. Najwyraźniej niektórzy bohaterowie serialowi potrzebują aż roku, żeby dojrzeć i żeby między nimi samymi - a nie tylko w historyjkach, w których biorą udział - coś zaczęło iskrzyć.

Oczywiście jeśli sobie jeszcze coś przypomnę, dopiszę do listy.

Egipska trójca: Izyda, Ozyrys, Horus - Luwr

niedziela, 01 lipca 2007
Marność historycyzmu

Parę dni temu przyczyniłam się do szoku światopoglądowego pewnej młodej osoby, zasadniczo mojej studentki. Osoba owa przyszła mianowicie do mnie, żeby porozmawiać o swojej pracy licencjackiej, niestety o pisarce, której wyjątkowo wręcz nie cenię, mianowicie Manueli Gretkowskiej. Lektura tej pracy utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że Gretkowska jest nieszczęsną, niewyżytą pod każdym chyba względem grafomanką, ale nie o tym chciałam - tego akurat w naszej rozmowie nie wzmiankowałam. W końcu de gustibus...

Nie mogłam natomiast zgodzić się ze stwierdzeniem, które w pracy owej znalazłam, kiedy jej autorka postanowiła porzucić na chwilę Gretkowską dla Olgi Tokarczuk (którą cenię nieco więcej niż Gretkowską, albowiem przy całym pretensjonalizmie przynajmniej umie pisać). Inkryminowane zdanie brzmiało bowiem następująco: "Kummernis w przeciwieństwie do Marii Magdaleny nie jest postacią historyczną, a literacką." Nie będę się tu jednak zajmować na razie jeszcze Magdaleną, choć wciąż obiecuję sobie do tego wątku wrócić, sprowokowana komentarzem sprzed mniej więcej miesiąca.

Siarkę i ogień piekielny ujrzałam w oczach owej studentki, kiedy powiedziałam jej, że Maria Magdalena nijak nie jest postacią historyczną, albowiem nawet w obrębie chrześcijańskiej tradycji utożsamiana bywa z kilkoma kobietami występującymi w ewangeliach, mimo że nie ma żadnych podstaw do takiej identyfikacji. Gdy zwróciłam jej następnie uwagę, że ewangelie w ogóle nie są tekstami historycznymi (do czego zresztą wreszcie zaczęła się przyznawać nawet historiografia i teologia katolicka), przed moimi oczami stanął obraz jedenastego kręgu piekła, który chyba zdaniem tej pani grozi za głoszenie takich herezji. Co gorsza, byłam nieustępliwa również wtedy, gdy oznajmiła mi, że są przecież inne źródła historyczne. Problem bowiem w tym, że:

  • O Marii Magdalenie nie ma wzmianki w żadnym źródle historycznym.
  • O Jezusie w jednym i to takim, którego autentyczność już w XVI w. (czyli wtedy, gdy dziełko to wydano po raz pierwszy drukiem) była podważana - mianowicie w tzw. Testimonium Flavianum, rzekomo autorstwa żydowsko-rzymskiego historyka Józefa Flawiusza. Testimonium jest teoretycznie częścią Starożytności żydowskiej tegoż Flawiusza, niemniej wszystko wskazuje na to, że zostało tam dopisane w średniowieczu. Na dodatek z Józefem Flawiuszem kłopot jest taki, że własną biografię koloryzował i upiększał jak się dało, więc na jego opowieści trzeba patrzeć cum grano salis. Na dodatek urodził się w 37 roku, więc nie miał szans być naocznym świadkiem.
  • "Jakiś list do cesarza", który jako argument ostateczny wytoczyła oważ studentka, to list Pliniusza Młodszego do cesarza Trajana, w którym opisuje... sektę zwaną chrześcijanami, wykazując się na dodatek całkowitą nieznajomością doktryny i obyczajów tej sekty.

Zastanawia mnie zawsze, skąd akurat u chrześcijan taka obsesja historyczności. Pięknem religii jest jej związek z mitem - odwieczną opowieścią ludzkości, która z natury swej jest anaukowa i ahistoryczna. Joseph Campbell w Occidental Mythology oskarża chrześcijaństwo właśnie o zerwanie z mitem i mnie nie sposób się z nim nie zgodzić.

W doktrynie chrześcijańskiej od samego początku widać bardzo silny związek z mitem, podobnie jak w liturgii widać przetworzenia zwyczajów i rytuałów wcześniejszych. Niestety, już w późnej starożytności pojawia się obsesyjna wręcz potrzeba walki z "pogaństwem", poczucie jedynej słusznej drogi - co przyczynia się niestety również do, powiedzmy to szczerze, wandalizmu. Moim wielkim wrogiem jest niejaki Tacjan, ogłoszony świętym za to, że rozbijał posągi dawnych bóstw - czyli niszczył wielką klasyczną sztukę! Osobiście uważam, że skoro święci mają być przykładami postępowania, Tacjana powinno się z tej listy skreślić, ponieważ promuje wandalizm.

Konstantyn na pewno nie jest moim ulubionym bohaterem historycznym, aczkolwiek cenię go za konsekwentny pragmatyzm - do tego stopnia , że sam dał się ochrzcić dopiero na łożu śmierci. Zdaję sobie również sprawę, że ogłosił swój brzemienny w konsekwencje edykt dlatego, że potrzebował cementu, który scaliłby rozrastające się i różnicujące cesarstwo (sam był pierwszym cesarzem, który władzę objął w Eburacum, czyli dzisiejszym Yorku, w północnej Brytanii), a chrześcijaństwo w jego czasach było religią najbardziej "demokratyczną", tzn. dopuszczającą do kultu wszystkie grupy społeczne - mizogynia zaczęła się nieco później.

Między bajki natomiast można włożyć legendę o Julianie zwanym Apostatą mówiącym na łożu śmierci "Galilee, vicisti" - Julian zginął na polu bitwy i to w sposób bardzo intrygujący, mianowicie ugodzony włócznią w plecy w czasie ataku na siły nieprzyjaciela. Nie ma wątpliwości, że było to sprytnie zaplanowane zabójstwo, dokonane przez jego własnych żołnierzy - w ogromnej większości już wówczas chrześcijan; żadna inna grupa nie była chyba zresztą zainteresowana pozbywaniem się jednego z najwybitniejszych władców w dziejach Rzymu. Gdyby więc Julian istotnie wypowiedział takie słowa w chwili śmierci, miałby zapewne na myśli "pokonałeś mnie, podstępny Galilejczyku" niż cokolwiek innego.

Ale tego wszystkiego już nie opowiedziałam mojej studentce - i bez tego była strasznie nieszczęśliwa. Nie zapytałam jej też, co złego jest w mitologii, że chrześcijaństwo tak strasznie się przed nią broni - moim skromnym zdaniem zresztą nóż w plecy mitycznemu myśleniu wbił Tomasz z Akwinu ze swoim naukowym podejściem do teologii. A swoją drogą zwykli ludzie (mam tu na myśli np. przeciętnych polskich katolików) nadal myślą w kategoriach mitycznych, tylko o tym nie wiedzą.

Żałuję natomiast, że nie zadałam jej pytania, skąd ta fascynacja ocierającą się o pornografię (tak, pornografię) twórczością Gretkowskiej - czyżby etykietka uznanej przez krytykę pisarki zmazywała poczucie grzechu, które powinno towarzyszyć lekturze "takich rzeczy"?

 

Pomnik Konstantyna w Yorku
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright