piątek, 25 lipca 2008
Kassandra i Raskolnikow

Moim ulubionym filmem Woody Allena pozostaje wciąż chyba Everyone Says I Love You (za: plejadę gwiazd i rozkoszny pastisz musicalu, ale także za postać młodego wielbiciela nazizmu pochodzącego z porządnej żydowskiej rodziny, którego poglądy okazują się rezultatem guza mózgu). Choć właściwie wystarczyło mi spojrzeć na sterty płyt dvd stojące pod ścianą, żeby stwierdzić, że jestem niesprawiedliwa, bo kocham też Tajemnicę morderstwa na Manhattanie (za: wszystko oraz tłumaczenie się bohatera, granego przez Allena, z ucieczki z opery - mimo że ze swoją partnerką, Diane Keaton, umówił się wcześniej, że ona wytrzyma na całym meczu, a on na całej operze: "Nie mogę słuchać tyle Wagnera, mam ochotę napaść na Polskę"*), Deconstructing Harry, Hollywood Ending i ostatnio Scoop (za: czarny humor, nie do końca wyjaśnioną tajemnicę i Hugh Jackmana, pomimo: Scarlett Johannson). W wielu innych filmach mam z kolei bezwzględnie ulubione sceny, np. w Drobnych cwaniaczkach jest to dialog między żoną i mężem (granym przez samego Allena), który brzmi mniej więcej tak: "- Masz męża geniusza. - Nie wiedziałam, że jestem bigamistką."; w Annie Hall scena z Marshallem McLuhanem ukrytym za kinowym standem. I mogłabym tak długo wymieniać. Lubię też te lekko melancholijne komedie jak Purpurowa Róża z Kairu, jak również farsy jak Śpioch. Intrygują mnie i bawią wycieczki w stronę mitologii jak w Mighty Aphrodite czy literatury jak w Miłosci i śmierci.

Mniej natomiast lubię całkiem poważne próby Allena, idące momentami gdzieś w stronę Bergmana, choć niektórym z nich trudno odmówić kinowej wielkości. I trochę tak jest z ostatnim jego filmem, Snem Kassandry. Jest to pod wieloma względami dobry film  (pomimo: Colina Farrela, który zyskał moją dozgonną antypatię koszmarnym występem w arcykoszmarnym Aleksandrze Stone'a; tu jego maniera też mnie nieco irytuje, ale przynajmniej jest na miejscu, mniej więcej jak Leo di Caprio w Celebrity), tylko odnoszę wrażenie, że Allen nieco się pogubił w dawkowaniu różnych nastrojów.

Uwaga! od tego miejsca pojawiają się (niewielkie) spojlery, czytacie więc na własną odpowiedzialność. Koniec spojlerów też zaznaczyłam.

Historia jest niewątpliwie tragiczna, a zakończenie najbardziej pesymistyczne, jakie sobie można wyobrazić. A zarazem przez sporą część filmu myślałam - i po prawdzie miałam nadzieję - że rozwój akcji pójdzie bardziej w stronę wisielczego humoru, bardziej ironicznego niż rozpaczliwego splotu wypadków: słowem, że będzie tu więcej Allena, a mniej Dostojewskiego. Bo były takie chwile, kiedy wydawało mi się, że oglądam osadzoną w środowisku londyńskich Irlandczyków przeróbkę Długu Krauzego, podlaną pewną ilością czarnego humoru właśnie. Te epizody, kiedy okazuje się, że wspaniały wujek Howard wplątany jest w jakieś biznesowe przekręty, a następnie bracia Ian i Terry spotykają na artystowskiej imprezie człowieka, którego mają w związku z tym zamordować, i Terry pakuje się w "zawodową" rozmowę z tymże o pokerze, następnie wszystkie te sceny, w których już omal dochodzi do morderstwa, dawały nadzieję, że ta zbrodnia na zawsze pozostanie gdzieś w sferze zawieszenia, a Allen wyprodukuje swoim bohaterem inne problemy, bardziej w swoim stylu. Tymczasem nagle robi się niezwykle poważnie i tragicznie. Na dodatek chyba w zamierzeniu ma być tragicznie w antycznym wymiarze: wszyscy cierpią z powodu czyjegoś błędu czy pychy. Tylko problem jest taki, jak - mam wrażenie - w większości współczesnych mierzeń się z wymiarem tragedii antycznej (także chyba w teatrze, który miewa zwyczaj kastrowania antycznego dramatu z tego, czego reżyser nie rozumie): wina nie jest niezawiniona i nie ma wymiaru mitycznego. Sądzę, że gdyby Allen wziął opowiedzianą historię w nawias kostiumu (nie w sensie dosłownym, ale np. bardziej jednoznacznych nawiązań) czy sztafażu (wprowadzając np. jakiś umowny odpowiednik chóru), a chociażby ironii, miałby szanse nadać tej historii głębszy wymiar. Nie twierdzę, że ona go nie ma, ale czegoś tu brakuje. Może po prostu bohatera, z którym widz mógłby się lepiej identyfikować albo do którego miałby ten ironiczny dystans, który budzi sympatię. Do bohaterów Snu Kassandry trudno się przywiązać, trudno im naprawdę współczuć - a współodczuwanie jest przecież warunkiem katharsis...

Zresztą tak naprawdę nie jestem pewna, co dokładnie znaczą w tym filmie te rozsiane tu i ówdzie klasyczne nawiązania. Kassandra, jak wiadomo, była wieszczką nieszczęść, toteż nazwanie jej imieniem łódki powinno zapowiadać jakąś katastrofę (nawet jeśli pełna nazwa pochodzi tak naprawdę od imienia wygrywającego wyścigi psa) i rzeczywiście - katastrofa dopełnia się na pokładzie tytułowej żaglówki. Podczas jednej z imprez, w której uczestniczą bohaterowie, młoda aktorka, a zarazem główna bohaterka, opowiada bogatemu playboyowi, że marzą jej się role Medei Eurypidesa i Klitajmnestry (nie wiadomo tylko, w którym z dramatów). Problem w tym, że akurat te dwa tropy niewiele tu dają, ponieważ żadna z tych bohaterek nie pasuje do żadnego z wątków filmu... Nawet to, że u Ajschylosa pojawia się wątek zazdrości Klitajmnestry o przywiezioną przez Agamemnona spod Troi brankę Kassandrę, która poniekąd staje się nie tylko wieszczką, ale i jednym z powodów zguby, niespecjalnie do fabuły filmu pasuje.

Być może zatem jedynym tropem jest tu Dostojewski, a on ma to do siebie, że bardzo trudno jest do jego wątków i problemów podejść z przymrużeniem oka czy choćby ironią (Dostojewski i cała literatura rosyjska w Miłości i śmierci potraktowane zostały w zasadzie farsowo, choc melancholijna to momentami farsa, zgodnie zresztą ze stereotypem "rosyjskiej duszy"). I może problem w tym, że do Allena bardziej pasowałby Gogol z jego wisielczym niekiedy poczuciem humoru niż skrajnie dołujący Dostojewski? Sceny i wątki komiczne w tym filmie zresztą są i są zabarwione refleksją, ale niezupełnie pasują do całości. Można by w tym szukać swoistego realizmu: w życiu przecież farsa miesza się niekiedy z tragedią, ale - to powiedział już Arystoteles w tym ze swoich dzieł, które w największym chyba stopniu wytrzymało próbę czasu, czyli w Poetyce - w sztuce należy przedstawiać rzeczy prawdopodobne, a niekoniecznie prawdziwe.

To niezbyt udane przemieszanie komizmu i tragizmu skutkuje tym, że chyba najbardziej przejmująca jest scena ostatnia, kiedy nic nie wiedzące o tragedii "wdowy" czyli dziewczyny głównych bohaterów, jakby niby nic przebieraja wśród ciuchów z drugiej ręki. Co więcej - możemy być niemal pewni, że nigdy nie dowiedzą się, co naprawdę doprowadziło do bezsensownej i na pozór przypadkowej śmierci ich chłopaków. Jeśli gdzieś udało się Allenowi w tym filmie dotknąć wymiaru mitycznego, to właśnie w tej finałowej scenie, która jest właściwie jego codą, exodosem. Tam wszystko, mimo że wszystko się już dokonało, wciąż wisi w powietrzu, jest zatrzymane w czasie i przestrzeni.

Koniec spojlerów :)

Wiem, że część krytyki okrzyknęła ten film najwybitniejszym osiągnięciem Allena. Są to, jak sądzę, ci krytycy, którzy uważają, że o poważnych sprawach można mówić tylko tonem podniosłym, a przynajmniej poważnym i tragicznym (dla starożytnych zresztą świat i język tragedii musiał być podniosły, więc bohaterowie Allena nie mieliby w niej dla siebie miejsca). Mnie ten film wciągnął i w sumie oceniam go dobrze, ale nie w obrębie dorobku akurat tego reżysera. Zwłaszcza że ta sama fabuła prawdopodobnie zyskałaby tylko, gdyby zrobił ją kto inny. Kto, na razie nie mam pomysłu, ale zdecydowanie ktoś, kto specjalizuje się w zagłębianiu w mroki ludzkiej duszy (wcale niekoniecznie po bergmanowsku). Allenowi zaś moim skromnym zdaniem widza zabrakło dystansu do opowiadanej historii, czyli tego, co jest zawsze największym atutem jego filmów.

Teatr w okręgu świątynnym Apollona w Delfach

* Niezorientowanych informuję, że sama jestem maniakalną wielbicielką muzyki Wagnera, a pisaniu tej notki towarzyszył I akt Złota Renu w niezrównanym wykonaniu Daniela Barenboima z festiwalu w Bayreuth w 1992 r. :)

niedziela, 13 lipca 2008
Vale

Parlament Europejski jest jedynym ciałem, w którym zasiada człowiek, na którego głosowałam z pełnym przekonaniem. Bardzo bym chciała kiedyś znów zagłosować z przekonaniem do polskiego parlamentu, chciałabym też, żeby mój kandydat na prezydenta miał jakieś szanse. A tymczasem od paru godzin wciąż nie mogę się pogodzić z tym, że zabrakło kolejnego człowieka, który reprezentował najbliższą mi opcję polityczną. Odkąd w ogóle dorosłam i dojrzałam na tyle, żeby się polską polityką zacząć przejmować, profesor Geremek zawsze gdzieś tam był. Może nie zawsze w szczegółach zgadzałam się z jego poglądami (daleko mi na przykład od dość powszechnej w Polsce fascynacji Francją i wszystkim, co francuskie), ale niewątpliwie należał do grona polityków, w których widziałam autorytety. I im bardziej poniewierane, szargane i znieważane przez nie dorastające im do pięt miernoty, tym większe autorytety. Bo nigdy nie puściły im nerwy, nigdy nie zniżyli się do poziomu swoich oponentów, a czasem wręcz prześladowców. Bardzo to wielka szkoda, że ludzie wielkiego formatu ponieśli w Polsce polityczną klęskę. Dobrze, że niektórzy z nich zdołali dostać się do europarlamentu. Wielka strata, że o jednego z nich ten parlament będzie od dziś uboższy.

Kiedyś dostałam jako nagrodę w szkolnej olimpiadzie książkę "Kultura średniowiecznej Polski", której współautorem był profesor Geremek. Było to dla mnie wtedy zaskoczeniem: to nazwisko kojarzyło mi się z opozycją, polityką, a nie z historią średniowiecza! Na dodatek był to temat nieszczególnie dla mnie interesujący, więc książka sobie stała wysoko na półce. W tym roku się przydała, stanęła w związku z tym w nieco bardziej prominentnym miejscu regału. I myślę, że już tam zostanie.

Muzeum Archeologiczne w Atenach

poniedziałek, 07 lipca 2008
Je est un autre?

Zdziwniej i zdziwniej, jak mówi Alicja w nieocenionym przekładzie Macieja Słomczyńskiego.

Trafiłam bowiem na taką oto reklamę: "Piekło poczeka. Najnowsze przygody Jamesa Bonda. Sebastian Faulks jako Ian Fleming". Niestety na to, żeby się dowiedzieć, że pan Faulks jest "acclaimed English novelist" (uznanym pisarzem brytyjskim), musiałam pana Faulksa wyguglać, albowiem wcześniej o nim nie słyszałam. Lektura długaśnej notki w wikipedii nie oświeciła mnie jakoś szczególnie w kwestii literackiej wagi tego autora, albowiem sporą część tekże notki zajmuje wyliczenie zajęć, jakich imali się przodkowie pisarza ze strony ojca, a także sam pisarz, jak również informacja, że pracuje w swoim studio - niezależnie od tego, czy pisze książkę, czy nie - od godziny 10 do 18. Hmm, no cóż, zagadnienie czy w pisarstwie ważniejsze jest rzemiosło, czy też natchnienie, dręczyło już starożytnych, pan Faulks zaś najwyraźniej bardzo poważnie traktuje to, że w rubryce zawód wpisuje "pisarz". Ciekawe, czy urlop też bierze wedle odpowiednich przepisów. Aha, wcale nie uważam na podstawie tej notki, że pan Faulks jest złym czy miernym pisarzem; szczerze mówiąc nie mam pojęcia, jakim jest pisarzem, może istotnie całkiem niezłym, ale szansa, że się przekonam, jest niewielka, albowiem sądząc po streszczeniach jego powieści nie jest to mój typ literatury - a na dodatek wcale nie o tym zamierzałam pisać. Ale czułam się w obowiązku dowiedzieć się czegoś o Sebastianie Faulksie, nawet jeśli jego samego wpis ten dotyczy tylko pośrednio.

Właściwie w świetle wikipedyjnej notki o Faulksie nie powinnam w ogóle pisać o tym, o czym zamierzałam, albowiem w notce tej stoi jak byk, że do napisania kolejnych powieści o przygodach Jamesa Bonda namaścili pana SF "trustees of the estate of original 007 author" (nie mam pojęcia, jak takie ciało się oficjalnie nazywa po polsku, bo chyba nie po prostu "spadkobiercy"?), w związku z czym stał się on legalnym, oficjalnym autorem przygód Agenta Jej Królewskiej Mości.

Ale i tak napiszę. Bo mnie w tej reklamie tak naprawdę uderzyło to sformułowanie "Sebastian Faulks JAKO Ian Fleming". Jak to "jako" Ian Fleming? Ian Fleming napisał, co napisał, aż do Octopussy and The Living Daylights i kropka. Więcej nie napisał, chyba że przyjmiemy możliwość napisania książki przez ducha - nadałoby to nowego znaczenia angielskiemu pojęciu "ghost writer", po polsku politycznie niepoprawnie: murzyn. Czyli ktoś, kto pisze za tego, kto książkę swoim nazwiskiem podpisuje. Wyzyskiwany anonimowy autor. Jeśli przez sześć tygodni (tyle pisarzowi Faulksowi zajęło napisanie pierwszej ze swych powieści o 007) między 10 a 18 Sebastian F. kontaktował się mediumicznie z Ianem Flemingiem, to rzeczywiście Fleming był tu w podwójnym znaczeniu ghost writerem, no i rzeczywiście można by zastanowić się nad użyciem spójnika "jako", aczkolwiek dostaję lekkiego zawrotu głowy, kiedy usiłuję ustalić, kto jako kto tak naprawdę.

Schodząc jednak na przyziemny poziom racjonalizmu, empiryzmu i materializmu (hmm, zastanawiające, ile ten ostatni - rozumiany potocznie - ma z całą sprawą wspólnego: trustees chyba nieźle na tym biznesie zarabiają), jeśli Sebastian F. napisał w sześć tygodni tę książkę sam, a nie pod natchnieniem ducha, to podszywanie się pod Iana Fleminga jest sporym nadużyciem.

Ogólnie jestem przeciwna pisaniu kontynuacji przez innych autorów, nie wiem, czy choć jedna mi się podobała. W zamierzchłych czasach popełniłam nawet na ten temat felieton w pewnym niszowym piśmie literackim, bawiąc się w wymyślanie dalszych ciągów różnych powieści; największą zabawę miałam z różnymi wersjami Lalki Prusa. (Mogę tu nawet ogłosić konkurs wśród komentatorów na najbardziej absurdalny dalszy ciąg dowolnej - byle szeroko znanej - powieści, nie wiem tylko, jaką mogłabym w tym konkursie ustanowić nagrodę.) Niewątpliwymi potworkami w dziedzinie kontynuacji są Scarlett niejakiej pani Ripley (niestety nie tej od Obcych) oraz Powrót Szakala niejakiego Jacka Oakleya, co zresztą jest pseudonimem pewnego wysoce miernego polskiego pisarzyny. Nie czytałam natomiast napisanego jakiś czas temu dalszego ciągu Trylogii Sienkiewicza, więc nie mogę się wypowiedzieć. Żadne jednak z tych autorów żerujących na popularności dzieł wcześniejszych nie poważyło się udawać, że piszą "jako" ich autorzy. (W tym towarzystwie i na tym tle pozytywnie wypada o dziwo Kevin J. Anderson, pisarz skądinąd mierny okrutnie, słynący głównie z pisania "uznanej" fan fiction do sagi Gwiezdnych Wojen oraz Archiwum X, a także przerabiania na powieści niewykorzystanych notatek nieżyjących pisarzy (m. in. założyciela scjentologii Rona Hubbarda i kontrowersyjnego klasyka sf A. E. van Vogta), który wydał prequel słynnej Diuny Franka Herberta, ale przynajmniej zrobił to wedle notatek pisarza i we współpracy z jego synem. Podobnie zresztą, jak wydany był ni mniej, ni więcej, tylko Silmarilliion Tolkiena.)

Fakt, żaden z wymienionych wyżej  i poza nawiasem pisarzy nie było zdaje się namaszczone przez żadne spadkobiercze ciało, ale jak dla mnie to nic nie zmienia. Sebastian Faulks pisze jako Sebastian Faulks - co najwyżej kontynuuje (może i całkiem przyzwoicie, nie wiem) dzieło Fleminga, no i może nieskromnie twierdzić, że w ciągu sześciu tygodni pracy nad powieścią stara się jak najlepiej wczuwać w styl i świat wykreowany przez poprzednika (powyższe zdanie odnosi się oczywiście do sytuacji, w której odrzucamy opcję z duchem Hopkirka... przepraszam, Fleminga). I tyle. Kropka. Więcej nie będzie.

A duch Iana Fleminga być może w zaświatach powtarza sobie ze zdziwieniem za Rimbaudem, że "Ja to ktoś inny".

Lusterko brązowe, Muzeum Archeologiczne w Atenach

czwartek, 03 lipca 2008
Vintage

Będzie nieco offtopikowo, ale aż mi się wierzyć nie chce, że jeszcze o tym nie pisałam, a jednak. W każdym razie co jakiś czas bierze mnie na słuchanie różnych staroci, również polskich. I zawsze przy tej okazji doznaję olśnienia - kiedyś mieliśmy porządne piosenki i przede wszystkim wykonawców, którzy nie marnowali swoich zdolności wokalnych na niczym się nie wyróżniającą nijakość. Nie czuję nostalgii za czasami PRL, nie jestem też wielbicielką lat '60, '70 czy '80 ani też żadnego z wykonawców, których piosenki wrzucam sobie czasem do komputerowej playlisty, ale ilekroć mnie tak weźmie na retro, nachodzi mnie niezmiennie ta sama refleksja.

Ostatnio właśnie mnie wzięło i pozbierałam skąd się dało różne mniejsze i większe dziwactwa (szczęśliwie mam znajomych, którzy są w stanie znaleźć w necie wszystko, mnie brakuje cierpliwości): Popiół i diament Stana Borysa, W siną dal Igi Cembrzyńskiej i Bohdana Łazuki (nie mylić z tym samym tytułem Czerwonych Gitar), Korowód Marka Grechuty, Balladę o cudownych narodzinach Bolesława Ewy Demarczyk, Okularników Sławy Przybylskiej, W żółtych płomieniach liści Łucji Prus i Skaldów, Nim wstanie dzień Edmunda Fettinga, jakieś kawałki z Piwnicy pod Baranami... mogłabym tak jeszcze powyliczać dość długo. Celowo mieszam całkowicie style i wykonawców, bo siłą dawnej polskiej piosenki była różnorodność i jakość w tej różnorodności: w mojej krótkiej wyliczance znalazł sie i kabaret, i piosenka aktorska i poetycka, utwory komiczne i patetyczne, piosenka napisana do filmu. A wśród wykonawców zawodowi piosenkarze czy pieśniarze, ale i aktorzy zarówno komediowi jak i dramatyczni. Co więcej, jak słusznie zwróciła mi kiedyś uwagę przyjaciółka, mieliśmy także bardzo przyzwoity rock progresywny, reprezentowany na mojej liście przez dwa utwory (Popiół i diament i Korowód, których nie powstydziliby się panowie z Procol Harum czy King Crimson), a można by przecież dorzucić jeszcze chociażby Czesława Niemena, na którego akurat bierze mnie stosunkowo rzadko, bo jednak zbyt manieryczny - ale wielkości odmówić mu nie mogę. No i historia adaptacji Wesela Wyspiańskiego nie widziała chyba lepszego Chochoła.

Na tym tle dramatycznie wręcz miałko wypada wszystko, co w polskiej muzyce rozrywkowej dzieje się dzisiaj. A właściwie nie dzieje, albowiem ugrzęzło w jakimś bagnie bylejakości, nijakości i powierzchownego blichtru. Mnożą się gwiazdeczki kreowane przez telewizyjne show, ale żadna z nich nie ma nic muzycznie czy tekstowo do powiedzenia, a rekordowo niska liczba sprzedanych egzemplarzy wymagana w Polsce do uzyskania tytułu złotej płyty tylko pogłębia ten kryzys.

Nie jest oczywiście tak, żeby wokół nas była całkowita pustynia, jest bowiem całkiem sympatyczny Myslowitz, któremu niewiele brakuje, by robić muzykę na poziomie Coldplaya, a czasem zdarzą się perełki w rodzaju Londyn 8:15 IRA, zespołu, który poza tym nie budzi we mnie żadnych emocji, ale tekstem tej piosenki - bliższej protest songowi, który swego czasu był też naszą mocną stroną, niż czemukolwiek innemu - i bezpretensjonalnością aranżacji ujął mnie za serce, kiedy wysłuchałam utworu po raz kolejny w samochodowym radiu. Rzadko ostatnio zdarza się bowiem w Polsce piosenka, której słowa nie byłyby bełkotem, ale starały się być o czymś. Nieważne zresztą o czym - wcale nie jestem również fanatyczką piosenki zaangażowanej, aczkolwiek jeden czy drugi Kaczmarski znajduje się zazwyczaj na tej playliście spod znaku "polskie retro" - byle miał jakiś pomysł, to coś, co sprawia, że piosenki chce się słuchać raz i drugi. Są też u nas świetne głosy, jak chociażby Anna Maria Jopek, która jak nagra coś z Tomaszem Stańką, to wzbija się na wyżyny, ale kiedy kombinuje niezupełnie jazzowo i w innym towarzystwie, to wypada co najmniej blado. Braku głosu akurat nie można zarzucić wielu polskim piosenkarkom, od Edyty Górniak i Justyny Steczkowskiej poczynając - co z tego, skoro nijakość repertuaru obu pań woła o pomstę do nieba.

Najgorsze jest to, że nie mam pojęcia, dlaczego tak się dzieje. Dlaczego polscy wykonawcy obecnej doby nie dbają o to, żeby być indywidualistami (udział w reklamach, pseudoskandale i nagłaśnianie na siłę epizodów prywatnego życia w prasie brukowej nie wystarczą) i żeby pisali dla nich muzykę i teksty naprawdę utalentowani ludzie? Przecież Ewa Demarczyk mogłaby mieć ten swój niewiarygodny głos i niesamowitą osobowość estradową, ale gdyby nie trafiła na Zygmunta Koniecznego, zapewne nie odniosłaby tak kolosalnego sukcesu (kiedy rozstała się z wybitnymi kompozytorami, jej gwiazda przygasła, by nie rzec znikła). Marek Grechuta miał doskonały pomysł na połączenie klimatów jazzowych i progrockowych z piosenką poetycką. Dla Maryli Rodowicz (w czasach, kiedy śpiewała naprawdę z wykopem i oryginalnie) muzykę pisał Seweryn Krajewski, a teksty Agnieszka Osiecka. Ci ludzie byli współautorami sukcesów piosenkarzy i bardzo słusznie. Bo przede wszystkim byli utalentowanymi fachmanami.

Obecna sytuacja prowadzi do takiego otępienia, że gdy wybitny skądinąd aktor, ale najwyraźniej marny reżyser (sądzę głównie po rozpaczliwie nieudanej Antygonie w Teatrze TV jakiś czas temu) Andrzej Seweryn przyjeżdża do Polski, żeby zrobić film (Kto nigdy nie żył), to nie dość, że wychodzi mu gniot, co w tej chwili jest najmniej istotne, to jeszcze na dodatek artysta wyobraża sobie, że współcześni polscy yuppies będą przemierzali cały kraj, by dostać się na koncert Roberta "Jaka to melodia" Janowskiego. Cóż, żałość człowieka przejmuje, a serce swej pociechy darmo poszukuje - ale jeśli się zastanowić nad papką polskiej piosenki, jaką serwują telewizje i stacje radiowe, to Janowski nie odbiega poziomem od reszty, trudno więc się dziwić nieobeznanemu w krajowych realiach (odnośnie gustów młodzieży) artyście, że daje się nabić w butelkę i, co więcej, usiłuje w to samo naczynie nabić następnie publiczność.

Czemu nie ma u nas w tej chwili osobowości muzycznych na miarę chociażby Katie Melua, Rufusa Wainwrighta, Damiena Rice'a czy Nicka Cave'a? (Ja już nie mówię, że w cięższym brzmieniu nawet dawne NRD bije nas na głowę Rammsteinem, który niczym nie odbiega od standardów światowych.) Sytuację usiłuje niekiedy ratować Kazik Staszewski, ale i on rozdrabnia się nieco na lepsze i gorsze side-projecty i dawno nie wydał autorskiej płyty, która byłaby równa pod względem jakości prezentowanych utworów. Ale przecież Kazik to już dinozaur niemalże, pięćdziesiątki dobiega... trudno więc może się dziwić, że ucieka z jednej strony w parodię i humor, z drugiej - w covery Waitsa i songi Weilla. Może i Cave'a kiedyś spolszczy, co oby, bo mogłoby być ciekawie. (Wydaje mi się zresztą, że coś o przymiarkach do tego słyszałam, ale nie pamiętam szczegółów.)

A skoro już o coverach, to może tędy by była droga, skoro mało kto potrafi dziś napisać dobrą piosenkę? Niedawno renesans popularności na świecie odnosiły piosenki Leonarda Cohena za sprawą kilku płyt, na których bardziej i mniej znani wykonawcy światowi odkurzyli mniejsze i większe przeboje, pokazując, że za dość nieznośną dziś manierą i aranżacją oryginałów kryją się autentyczne perły. Problem w tym, że już wyobrażam sobie, jak jedna z drugą laureatka Idola czy innego konkursu audiotele usiłuje się na serio mierzyć z dawnymi polskimi przebojami - i przestaję o tym marzyć. Pozostaje mi włączać w codzienną playlistę stare nagrania, przeplatać to, co lubię z muzyki światowej ledwie pamiętanymi z dzieciństwa starociami i powtarzać sobie, że nie zawsze byliśmy takim straszliwym zaściankiem, więc może kiedyś jeszcze się z grajdoła wydostaniemy. Dum spiro, spero, ale też mam niekiedy wrażenie, że contra spem spero.

Terakota, British Museum

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright