czwartek, 30 lipca 2009
Ad fontes?

Nic dwa razy się nie zdarza? Akurat. No niby nie tak samo, a jednak jakoś tak dziwnie.

Niecały rok temu wracałam przez Rumunię z objazdu po Grecji i tuż przed Timisoarą, na kolejnej stacji benzynowej, na której bezskutecznie poszukiwałyśmy "roviniety" (za brak której grozi mandat, a której dostanie graniczy z cudem; Timisoara to już były 2/3 przejazdu przez Rumunię, a winiet jak nie było tak nie było), postanowiłam rozprostować nogi, podczas gdy N. poszła dowiedzieć się, że roviniety nie ma. Wysiadałam właśnie z samochodu, kiedy poczułam bardzo ostry ból w nodze i chwilę potem zataczając się dotarłam do stojącej na szczęście w pobliżu ławeczki, frenetycznie poszukując w plecaczku antyhistaminików. Noga puchła właśnie w efekcie użądlenia przez osę wielkości małego szerszenia - na pozostałych stu kilometrach dzielących nas od granicy węgierskiej zrezygnowałyśmy z poszukiwania roviniety, jako że moim jedynym marzeniem było dojechać do kraju, gdzie w razie czego poziom higieny w szpitalach jest już na pewno na poziomie europejskim. Noga była szczęśliwie lewa, a sprytny system opatrunków i podkładek umożliwiał nawet używanie sprzęgła w dość normalnym trybie.

Dwa dni temu wracałam przez Słowację z objazdu kawałka austrowęgierskiego, że tak powiem, limesu rzymskiego imperium, kiedy naciskając na sprzęgło poczułam ostry ból w pięcie. Uznałam, że ponieważ "nic dwa razy", jak mówi poet(k)a, musiał to być rozgrzany kamyczek, ale byłam w błędzie. Bliższe oględziny na nadarzającym się postoju ujawniły ani chybi użądlenie przez osę, która musiała zaplątać się do samochodu jeszcze na Węgrzech, kiedy w ślicznym miasteczku Sirok koło Egeru spożywałyśmy posiłek, opędzając się od zainteresowanych zapachami os. Na szczęście skóra na pięcie jest twarda, więc bąbel rozlazł się jedynie na chwilę po spodzie stopy, a następnie skapitulował w obliczu nieubłaganego zyrtecu i pod wieczór pięta już nawet jakoś szczególnie nie bolała.

Piszę o tym wszystkim nie po to, żeby litować się nad swoim losem (skądinąd jak policzę przygody z osami, to czuję się jak ten alergik z obrazka z Garfieldem, na którego kolana pchają się wszystkie okoliczne koty - które zresztą do mnie też z reguły przychodzą), ani nawet po to, żeby rozprawiać filozoficznie o prawdziwości tezy zawartej w wierszu Szymborskiej, ale wbrew pozorom w nawiązaniu do poprzedniego wpisu i zwłaszcza pewnego wątku dyskusji pod nim.

Z przejazdu w obie strony przez Rumunię pamiętam kilka epizodów: jakiś wyjątkowo piękny krajobraz (np. przełomu Dunaju), niekończące się drum in lucru czyli roboty drogowe, miłe zaskoczenie, jakim okazało się przypadkowe miasteczko Lugoj, w którym wypadł nam nocleg. Natomiast nie pamiętam dokładnie żadnej stacji benzynowej, na której szukałyśmy roviniety, za wyjątkiem tej jednej, z której pamiętam nawet kolory ścian w toalecie. Pamiętam dlatego, że przeżyłam tam coś, co wbiło mi się w pamięć, a co więcej, poprzez to "powtórzenie" z następnego roku, zapewne pozostanie w tej pamięci znacznie dłużej i silniej się w niej zapisze.

Tak samo, myślę, bywa z wydarzeniami "wielkimi" - z tego, co je w szerszej perspektywie tworzy, nasza pamięć wybiera jakiś moment, który czymś się wyróżnił, niekoniecznie zaś ten "obiektywnie" najważniejszy. Kiedy odpowiadałam na komentarze do poprzedniego wpisu, przypomniał mi się początek Akt Odessy Fredericka Forsytha - przeczytałam sobie to teraz dokładniej i nawet bardziej mi pasuje do ogólnej idei. Mianowicie jest tam scena, kiedy główny bohater jadąc zachodnioniemiecką autostradą słyszy wiadomość o zamachu na Kennedy'ego. Natychmiast zatrzymuje się na poboczu, a chwilę później widzi, że podobnie robi mnóstwo kierowców. Niektórzy obawiają się, że to wydarzenie może wywołać kolejną wojnę, inni natychmiast zaczynają roztrząsać, czy to sprawka komunistów itd. Z perspektywy niemal półwiecza wiemy już, że zabójstwo JFK miało znacznie mniejszy wpływ na dzieje świata niż wówczas mogło się wydawać. Z perspektywy trzydziestu lat wiemy też, że wybór Polaka na głowę pewnej skądinąd mało sympatycznej ogólnoświatowej organizacji religijnej miał dla świata znacznie donioślejsze znaczenie niż tylko to, co wtedy zapewne było największym zaskoczeniem - czyli przełamanie wieloletniego monopolu Włochów na tym stanowisku.

Wszyscy w ciągu życia jesteśmy świadkami takich czy innych ważnych wydarzeń, ale rzadko jesteśmy w stanie na bieżąco  oceniać ich faktyczne znaczenie. Emocje bardzo pomagają zapamiętywać konkretne sytuacje. Po latach może się okazywać, że nie pamiętamy,  gdzie dokładnie byliśmy, nie mówiąc o tym, w co byliśmy ubrani w chwili, która z późniejszej perspektywy okazała się dziejowa. Z wydarzeń o nieco dłuższym trwaniu, jak chociażby cała seria zdarzeń z roku 1989, możemy najlepiej pamiętać epizod, który oddziałał mocno na nasze emocje albo wyobraźnię symboliczną, a z punktu widzenia "obiektywizmu" historii był stosunkowo mało istotny. Dlatego zapewne tak wielu ludziom w bardzo różnym wieku zapadł w pamięć ten moment, kiedy Tadeusz Mazowiecki zasłabł podczas wygłaszania exposé w Sejmie - podejrzewam, że mocniej niż konkretne sformułowania tego wystąpienia (może za wyjątkiem "grubej kreski", która na dodatek została później tak zmanipulowana i przekłamana, że kompletnie wypadła z kontekstu).

Piszę sobie tak o tym wakacyjnie, bo przyszło mi do głowy, że - zwłaszcza w przypadku epok dawnych - często cały materiał, jakim dysponuje historyk czy archeolog, to właśnie takie fragmenty dotyczące zdarzeń, które dla przypadkowego piszącego były w danym momencie ważne, albo też przedmioty, które coś emocjonalnie dla kogoś znaczyły i dlatego znalazły się w wyposażeniu grobowym - i nie ma w tym żadnego głębszego ideowego zamysłu. Z jednej strony ten brak solidnych źródeł bywa frustrujący, z drugiej zaś czyni zajmowanie się starożytnością fascynującą łamigłówką. A z dyskusji takich jak pod poprzednim wpisem historyk może się nauczyć sporo pokory wobec źródeł, pokazuje ona bowiem na żywo, jak bardzo trudno jest czasami dostrzec prawdziwe intencje zapisującego historię.

A wracając do poplątanego początku tych chaotycznych rozmyślań, to gdybym kiedyś chciała napisać książkę wspomnieniową, być może jakiś kaprys sprawiłby, że opisałabym w niej szczegółowo stację benzynową pod Timisoarą. Nie zaznaczyłabym zapewne, że kolorystyka jej wnętrza odbiegała zasadniczo od innych, które odwiedziłam, toteż gdyby w wyniku jakiegoś zawirowania dziejowego moje memuary stały się ważnym źródłem do kultury materialnej Europy początku XXI wieku, ktoś mógłby wysnuć błędny wniosek o wyglądzie rumuńskich stacji benzynowych. Na koniec pozwolę sobie zacytować wypowiedź pewnego wykładowcy historii starożytnej, skierowaną do apatycznych studentów niedługo po aferze z książką Zyzaka o Wałęsie: Uważacie, że Plutarch to bajki? To może idźcie na seminarium z XX wieku, tam mają porządne źródła.

Szerszeń

środa, 22 lipca 2009
Lunatycznie

Jednym z pierwszych "obrazków", jakie powiesiłam sobie na ścianie we własnym mieszkaniu był plakat - przywieziony wiele lat temu z pierwszego pobytu w Anglii - z Neilem Armstrongiem odbijającym się w osłonie (przyłbicy? jak to nazwać?) hełmu "Buzza" Aldrina. Wymarzyłam sobie ten plakat, szukałam go w różnych miastach Europy i w końcu znalazłam w sklepiku przy muzeum w Greenwich. Za tamtym pierwszym pobytem oczywiście zrobiłam sobie zdjęcie na południku zero, a jakże, ale w późniejszych latach do Greenwich wracałam głównie z powodu antykwariatów, w których jest więcej ciekawych książek niż w sercu Londynu. A Armstrong z Aldrinem przeleżeli się w szafie aż w końcu znalazło się dla nich idealne miejsce między oknami, tak że spoglądają sobie na moje biurko i kolejne komputery psujące się z takim uporem, jakbym miała tam zdjęcie z misji Apollo 13 a nie 11.

Wyprawy na Księżyc, a zwłaszcza ta pierwsza, której okrągłą rocznicę właśnie obchodzimy (dokładnie czterdzieści lat temu astronauci kończyli właśnie spacer po Księżycu i szykowali się do powrotu na Ziemię), miały dla mnie zawsze posmak tego rodzaju romantyzmu, jaki kocham. Zapewne po części dlatego, że wychowana na literaturze science-fiction zawsze marzyłam, żeby polecieć w kosmos. Kiedy moje koleżanki z klasy na lekcjach pt. "kim chciałbym zostać" deklarowały się jako przyszłe aktorki i piosenkarki, ja chciałam najpierw być żeglarzem i podróżnikiem, a potem astronautą, podobnie jak połowa chłopaków z klasy. (Później przyszła kolej na archeologa i przynajmniej ten plan wreszcie po kilku potknięciach realizuję.) Na podwórku - a konkretnie w nieistniejącym już ogródku jordanowskim za blokiem, w którym wówczas mieszkałam - bawilśmy się w "Kosmos 1999" (serial skądinąd upiornie wręcz wtórny wobec Star Treka i do pięt mu nie dorastający, ale co tam, jak się ma te kilka lat) i "Gwiezdne wojny".

Potem przyszło oczarowanie trylogią księżycową Jerzego Żuławskiego - pierwsze rozdziały przeczytałam w jakimś czasopiśmie, ale co to było, nie mam pojęcia, w każdym razie szybko sięgnęłam - dosłownie, bo stała wysoko - po książkę Na srebrnym globie w takim starym wydaniu... Potem niestety poszłam na film Andrzeja Żuławskiego, który był jedynym w mojej kinomańskiej karierze, z którego autentycznie miałam ochotę wyjść, ale nie mogłam, ponieważ cała sala kina Mikro była szczelnie wypełniona widzami. W kategorii najgorszego filmu w moim życiu zajmuje on w każdym razie nadal zaszczytne miejsce w pierwszej trójce razem z Pasją Mela Gibsona i Aleksandrem Olivera Stone'a, zaraz potem plasuje się większość twórczości Kieślowskiego, ale o tym innym razem.

Do dziś zostało mi jedno, mimo iż już dość dawno porzuciłam ambicje zostania astronautą i zadowalam się podróżowaniem w miarę skromnych możliwości po starej Ziemi: gdyby ktoś mi zaproponował lot na Księżyc albo chociażby wycieczkę wahadłowcem, poleciałabym natychmiast, mimo że nie znoszę latać. A lecąc na Księżyc, zapewne miałabym na uszach słuchawki z "Nad pięknym modrym Dunajem" Straussa - tym razem na cześć sceny podróży na Księżyc z filmu, który sprawił, że przez ponad dwie godziny siedziałam z wzrokiem wlepionym w ekran i nie byłoby siły, która mogłaby mnie od niego oderwać.

I właściwie jedna z najsłynniejszych scen tego filmu - kość wyrzucona przez hominida, która zmienia się w prom kosmiczny lecący na orbitę - stanowi streszczenie moich zainteresowań światem, rozpiętych między daleką przeszłością a całkowitą nowoczesnością. Przy całej miłości do różnych wytworów epok pośrednich między starożytnością a nowoczesnością, byłabym w stanie zamknąć je w takim krótkim cięciu, gdybym musiała wybierać. Gdyby istniało powiedzenie "pokaż mi swoje ściany, a powiem ci, kim jesteś", to moje mieszkanie dobitnie by o tym świadczyło. Bardziej tradycyjnie książkami zresztą też, bo Ksenofont sąsiaduje tu z Lemem. Ewidentnie dzieciństwo w pokoju szczelnie wypełnionym książkami fantastycznymi było równie ważne jak wyprawa do Grecji w wieku sześciu lat.

Hale Trajana 2009

piątek, 10 lipca 2009
Potwór nijakości

Estetyka, sztuka i ludzki do nich stosunek to niewątpliwie jedna z najbardziej nieuchwytnych i nieprzekazywalnych rzeczy, z jakimi stykamy się w życiu. Wytłumaczenie, dlaczego coś się podoba albo też nie, to nie lada wyzwanie. Nie mam tu na myśli mniej lub bardziej fachowego opisu zalet i wad danego dzieła, ale właśnie opis własnych odczuć wobec niego.

Ale jeszcze gorsze od problemu z uzasadnieniem własnego gustu jest przekładanie go na ogólniki i ferowanie pozornie obiektywnych sądów na takiej podstawie. Zwłaszcza że jak słusznie zauważył Ernst Gombrich, jeden z najwybitniejszych historyków sztuki XX w., jeśli coś się nie podoba na pierwszy rzut oka bądź też z powodu uprzedzeń związanych z rzeczywistością poza dziełem sztuki, to warto ten fakt przemyśleć, albowiem możemy coś tracić.

Piszę to z powodu kolejnej okołoartystycznej afery w pięknym mieście Krakowie, mianowicie protestu radnych PiS w związku z planami rozbudowy Cricoteki i sfinansowania tego projektu z unijnych pieniędzy. Argument pana radnego brzmi następująco: "Moim zdaniem sztuka Tadeusza Kantora jest przeciętna. Za 20 lat pies z kulawą nogą nie zajrzy do Cricoteki. Sam budynek można wybudować, bo będzie go można zmienić na coś innego. Tylko to mnie przekonuje do poparcia tej inwestycji." Bardzo miło, że pan radny był na tyle rozgarnięty, żeby zaznaczyć na wstępie, iż jest to jego prywatne zdanie, to przynajmniej jest uczciwe. Ale dalej to już oczywiście same  bzdury, bo może wreszcie za dwadzieścia lat np. brytyjscy turyści będą przyjeżdżać do Krakowa po to, żeby oprócz Leonarda zobaczyć też muzeum Kantora, a nie tylko po to, żeby rozbijać się po kawiarnianych ogródkach.

Dygresja. Z Tadeuszem Kantorem mam skomplikowaną historię. Po pierwsze całą licealną młodość przemieszkałam w jednej kamienicy z prof. Mieczysławem Porębskim, specjalistą od polskiej sztuki XX w., który z Kantorem się przyjaźnił. W związku z tym, kiedy miałam czułe naście lat, zdarzyło mi się jechać z Kantorem windą i nigdy nie zapomnę jego świdrującego, nieco przerażającego, ponurego spojrzenia znad wykrzywionych w wiecznym anatomicznie uwarunkowanym grymasie. Po drugie Kantorowi zawdzięczam pierwsze miejsce w regionalnej olimpiadzie z historii sztuki, bo nieco wcześniej zachwyciła mnie jego wariacja na temat Hołdu pruskiego Matejki (dygresja w dygresji: sam Matejko nigdy nie był w stanie mnie niczym zachwycić) i nawijałam o jego emballage'ach jak nawiedzona. Po trzecie niestety jego spektakle widziałam jedynie w telewizji, ale Wielopole Wielopole było dla mnie niezapomnianym przeżyciem. Po czwarte już po śmierci Kantora poznałam aktorów z jego teatru i zobaczyłam, jak wiele ten człowiek dla swoich ludzi znaczył. Zrozumiałam, że w przeciwieństwie do wielu innych wybitnych przedstawień, które można wskrzesić po śmierci reżysera, a nawet z nieco odmienioną obsadą, teatr Kantora był teatrem Kantora. Po piąte opinie starszego ode mnie pokolenia, które miało szanse oglądać również Kantorowego Witkacego oraz późniejsze autorskie spektakle, utwierdzają mnie w przekonaniu, że był to artysta wybitny. Koniec dygresji.

To powiedziawszy, mogę wrócić do kwestii Cricoteki, a raczej do refleksji, która mnie naszła przy tej okazji. Bo strzępić sobie klawiatury przeciwko argumentom radnego nie mam ochoty. Nie każdy musi lubić sztukę Kantora, ale zamykanie oczu na głosy światowej krytyki to już osobna sprawa. Natomiast zastanowiło mnie coś takiego: jak wyglądałaby estetyka à la PiS. Co naprawdę serwowaliby nam decydenci z tego ugrupowania, gdyby dorwali się do prawdziwej władzy w kulturze? Czy byłaby to przaśna, acz ulukrowana, nibyludowa, pseudosłowiańska cepeliada, czy też sarmacko-siermiężny, podniosły, patetyczny, pseudopatriotyczny kicz? Najbardziej przerażające jest jednak to, że najbardziej prawdopodobne, iż estetyka promowana przez PiS byłaby całkiem bez wyrazu. Ja już nie mówię o awangardzie czy wybitnej sztuce, ale obawiam się, że nic z jakimkolwiek wyrazem i stylem mogłoby się tu nie zmieścić. Obawiam się, że pan radny w teatrze oglądałby najchętniej nawet nie Bałuckiego, ale dwudziestowieczne popłuczyny po takowym, najlepiej jakiś kabaret od siedmiu boleści. W sztuce - dziesiątą wodę po Kossaku i Matejce. W muzyce - cóż, tu kilka istniejących stacji radiowych mogłoby się ostać. W telewizji uchowałyby się polskie seriale i  podrygi meteorów na topniejącym lodowisku. A w ramach wybujałego indywidualizmu zawsze Rubik mógłby pomachać grzywką w takt klaszczącego chóru i publiki. Czy raczej "publisi", jak mawiano w świętej pamięci Kabareciku Olgi Lipińskiej.

Będę okrutna, ale przymusowe wprowadzenie estetyki socrealizmu nie było w stanie narobić tylu szkód w kulturze, co byłby w stanie wyczynić taki estetyczny dyktat. Bo wobec czegoś, co ma zdecydowany wyraz, łatwo wyrażać - choćby po cichu i do szuflady - sprzeciw. Przeciwko bylejakości znacznie trudniej.

Wystawa Praksytelesa, Luwr 2007

czwartek, 09 lipca 2009
O obiegu słowa

Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie. Tak mi ten Frycz Modrzewski chodzi po głowie,  ilekroć czytam o kolejnych planowanych rewolucjach edukacyjnych, ale właściwie to wcale nie chciałam o edukacji w Polsce, jako że jaka jest, każdy widzi. Fatalna. Nie ze względu na poziom, ale organizację. Ale może najpierw wyrzucę pod adresem Pani Minister moje ceterum censeo, a nawet dwa: po pierwsze... nie szkodzić, chciałoby się powiedzieć. Bo wszystkie ostatnie pomysły ministerstwa niestety są z gruntu szkodliwe. Pomysł odpłatności za studiowanie drugiego (i kolejnych) kierunku uderza wcale nie w tych cwaniaków, którzy idą na wiele kierunków, żeby czerpać z tego wymierne materialne korzyści, ale przede wszystkim w tych, którzy chcą się kształcić wszechstronnie na tyle, na ile pozwala organizacja studiów w naszym kraju. Kiedyś było tak, że na to, żeby studiować drugi kierunek, trzeba się było wykazać wysoką średnią z pierwszego - ot i po kłopocie. Żaden trójkowy cwaniak się nie przeciśnie.

Druga sprawa to odpłatność za przekroczenie konkretnej liczby semestrów przeznaczonych na studiowanie. Problem jak poprzednio: wycinanie najzdolniejszych. I teraz dochodzę do właściwego zastosowania cytatu z Katona Starszego: uważam otóż, iż studia powinny być płatne. Bo ich bezpłatność to obecnie i tak fikcja, więc lepiej usankcjonować i uporządkować sytuację realną. Dodaję od razu: płatne i obłożone jak największą liczbą stypendiów, zwłaszcza pozabudżetowych, które większości studentów pozwolą w praktyce unikać wysokich opłat. Co więcej, dla tych, którzy i tak idą potem pracować "do firmy", stypendia sponsorowane byłyby krokiem w karierze. Z kolei dla tych, którzy dorabiają w barach i roznosząc ulotki, odpracowanie jakiegoś czasu na rzecz sponsorującej instytucji mogłoby być lepszą szansą zarobku i nauczenia się czegoś niż te dorywcze, nisko płatne prace. Oczywiście dużą część stypendiów powinny przyznawać różnorakie fundacje, także związane z uczelniami. Budżetowe zaś powinny wspierać najzdolniejszych.

I tak dalej. Model do modyfikacji, ale moim skromnym zdaniem lepszy od obecnego. Bo obecnie jak ktoś wyląduje na studiach płatnych (które w przypadku wieczorowych prawie niczym nie różnią się od dziennych - jeśli pominąć czesne) to ma nikłe szanse się z nich wydostać, choćby miał średnią 5 i inne osiągnięcia, podczas gdy kto inny, komu np. lepiej powiodło się na maturze (co przy obecnym jej systemie wcale nie świadczy ani o inteligencji, ani o predyspozycjach do studiowania na danym kierunku), a potem jedzie na samych trójach, może sobie przez pięć lat studiować za darmo. Weryfikacja powinna być co najmniej co rok, jeśli nie co semestr, a płatności zróżnicowane - skądinąd może jakiś odsetek zachęciłoby to do nauki?

A teraz o tym, o czym chciałam od początku. Wymieniłam pod jakimś innym blogiem uwagi z pewnym człowiekiem na temat ortografii i interpunkcji. Chodziło o drobiazgi: mnie np. od jakiegoś czasu intryguje, czy nagminne pisanie "człowiek dla, którego" czy też "zrobiłem to mimo, że" jest wynikiem bezmyślnego nauczania w szkole podstawowej, że "przed 'który' i 'że' zawsze stawiamy przecinek" bez tłumaczenia, że istnieją przypadki, kiedy ta reguła stosuje się z pewnymi modyfikacjami. Tam z kolei poszło o pisanie "ci" (jako zaimka wskazującego, w sensie: "ci ludzie") z wielkiej litery, co ostatnimi czasy straszliwie mnie irytuje, podobnie zresztą jak nadużywanie wielkiej litery w zaimkach osobowych w tekstach prasowych - gdzie też węszę lenistwo lub głupotę szkolnej polonistyki, pakującej do głowy regułki zamiast wyjaśnić zwyczaje językowe.

Tyle tytułem dygresyjnego wstępu, przechodzę wreszcie do meritum. Otóż człowiek ten, który poczuł się nieco urażony tym, że wytknęłam mu błąd ortograficzny (mimo iż zastrzegłam, że pytam z ciekawości, czy to wina jego nauczycieli), odpowiedział mi między innymi, że czuje się usprawiedliwiony w robieniu błędów ortograficznych faktem, iż nie ma humanistycznego wykształcenia - jakkolwiek to irytujące, tak stanowi zapewne odruch obronny wobec "humanistów", którzy równie bezczelnie wymigują się od znajomości podstaw matematyki czy fizyki. Jedno i drugie zasadniczo naganne. Zaintrygował mnie jednak drugi wątek usprawiedliwienia: "Swoje sumienie w tym temacie usprawiedliwiam tym, że generalnie na tle mas i tak nieźle stoję z językiem polskim. Ponadto, na tle błędów, które pojawiają się w internecie (już nie tylko w komentarzach, a również w publikacjach prasowych), pozwalam sobie na małe rozgrzeszenie w tym zakresie."

Fakt, na tle tego, co się dzieje w mediach,m ten człowiek wypadał nieźle i chwała mu za to. Natomiast jego wypowiedź nasunęła mi na myśl sformułowanie prawa Kopernika-Greshama dla języka: najwyraźniej gorszy język (ortografia, interpunkcja) wypiera lepszy! Dzieje się tak dlatego, że w gorszym nie ma reguł: jakikolwiek błąd zrobisz i tak będzie to błąd, więc można sobie pozwalać na wszystko, nie musi się sztywno naśladować błędów popełnianych przez dziennikarzy i przepuszczanych następnie przez redaktorów i korektorów, można tworzyć własne. Ergo: jest łatwiej.

I podobnie jak w dawnych czasach moneta lepsza była tezauryzowana - odkładana do skrzyń, zakopywana w ziemi - i między innymi w ten sposób wychodziła z obiegu, wypierana przez gorszą, tak obecnie coraz bardziej do lamusa odchodzi czytanie książek napisanych dobrym językiem. Co gorsza, widzimy również postępującą dewaluację słowa drukowanego: nie tylko redaktorzy czy korektorzy gazet puszczają potworne wręcz językowe gnioty, ale zdarza się to również dużym wydawnictwom książkowym.

Na szczęście między monetą a słowem jest pewna różnica: pełnowartościowe słowo można wpuścić z powrotem w obieg nie ryzykując nic ekonomicznie. Napisałam to zdanie i pomyślałam sobie, że może w tym optymizmie wcale nie mam racji, że może oto kółko się zamknęło i doszłam z powrotem do początku tej notki. Że na to, żeby pełnowartościowe słowo zaistniało znów w powszechnym obiegu, trzeba by zainwestować sporo w kształcenie nauczycieli, którzy następnie kształciliby masy. To już kosztuje, a żaden z przytrafiających się nam ostatnio rządów nie potrafi patrzeć na tyle perspekywicznie, żeby dostrzec zysk, jaki ta inwestycja przyniosłaby za parę lat.

Złoty stater Aleksandra III, 2 poł. IV w.

sobota, 04 lipca 2009
Independence Day

Skoro już zabrałam się za pisanie w dniu jakiegoś święta, to może będzie na temat. Choćby troszkę. Bo napisałam już inną notkę, ba, omal jej nie opublikowałam, kiedy mój wzrok padł na datę i stwierdziłam, że szkoda odpuścić sobie taką okazję. Będzie zatem o tym, za co najbardziej kocham Amerykę*. I nie będzie podniośle o tym, że za zwyczajność patriotyzmu (choć tego im zazdroszczę, nie powiem), nie będzie też wyliczanki wszystkich muzeów, które chciałabym zobaczyć (ech...). Będzie o moich prostackich gustach, jako że Amerykę najbardziej kocham za popkulturę. Nie mogę jej natomiast kochać ani nienawidzić za to, jak się tam żyje, bo (jeszcze) mnie tam nie było.

Za literaturę fantastyczną oczywiście, która jednakowoż w dużej mierze jest anglosaska, bo i Anglicy, i Australijczycy mają tu dużo i ciekawie do powiedzenia. Ale moje osobiste największe zachwycenia w tej dziedzinie - jeśli nie liczyć Tolkiena, paru Rosjan i paru Polaków (o tym wszystkim przy innej okazji) - są amerykańskie: Frank Herbert i "Diuna" (olśnienie jak miałam mniej więcej 12 lat), Ursula LeGuin i kolejno "Ziemiomorze", "Lewa ręka ciemności" i "Świat Rocannona" (jakoś we wczesnym liceum), David Eddings, o którym dopiero co pisałam, więc nie będę się powtarzać, odkryci nieco później C. S. Friedman, P. K. Dick czy Connie Willis i gdzieś z pogranicza głównego nurtu Kurt Vonnegut. Amerykanin jest też odpowiedzialny za jedno z najważniejszych literackich doznań mojego wczesnego dzieciństwa - jest to niejaki Frank L. Baum i jego cykl o Krainie Oz (ulubiony tom to ten o Kubusiu Dyniogłowym). Nie wiem, czy zetknięcie się z wyobraźnią H. P. Lovecrafta zaliczyłabym do przeżyć o charakterze czysto literackich, ale z pewnością jemu wraz z innym Amerykaninem, Edgarem Allanem Poe, zawdzięczam odkrycie, że dreszczyk (ba, potężny dreszcz!) strachu przy czytaniu czy oglądaniu horroru może być doznaniem przyjemnym. No i wielka, wielka literacka miłość z dzieciństwa, czyli "Przygody Tomka Sawyera" - z pewnością pierwsza piątka najważniejszych spośród najwcześniejszych lektur.

Za przeżycia filmowe w rodzaju "Gwiezdnych wojen", "Obcego", "Blade Runnera" i "Poszukiwaczy zaginionej arki" czyli popkulturową klasykę, bez której moje życie byłoby uboższe. Za to również, że ta klasyka jest ciągle żywa, czego dowodzą udane kontynuacje jak trzecia część prequelu Star Warsów czyli "Zemsta Sithów" czy też wybitne wskrzeszenia jak ostatni "Star Trek". I w ogóle kino to najbardziej lubię amerykańskie i już, bardzo różne zresztą, bo na liście ulubionych filmów znalałoby się i "W samo południe" i "Bulwar Zachodzącego Słońca", i "Nietykalni" - skądinąd same kwintesencje amerykańskości. Za najlepszą diagnozę europejskiego uważam zakończenie "Hollywood Ending" Woody Allena. Oczywiście w filmowej wdzięczności wobec Ameryki nie może zabraknąć również dzieciństwa spod znaku Królika Bugsa, Toma i Jerry'ego i Psa Huckleberry czy też filmów Disneya, ale tu akurat w sukurs szły również inne produkcje, zwłaszcza dobranockowe.

Za dwudziestowieczną (i dalej) muzykę "popularną"** wszelkiej maści od Louisa Armstronga i Elli Fitzgerald po Nirvanę i My Chemical Romance. Tu jednakowoż też Anglicy zasługują na sporą część splendoru. Tu także bardziej niż w innych dziedzinach dostrzegam negatywne strony amerykańskiej masowej produkcji, jako że o ile beznadziejną masówkę filmową czy literacką mogę łatwo ominąć szerokim łukiem, o tyle w mnóstwie miejsc publicznych jestem przymusowo atakowana papką muzyczną. Szczęśliwie za część moich największych tortur muzycznych odpowiada Kanada (Blame Canada!).

Za wymyślenie idei RPG czyli role-playing games, zwanych u nas niekiedy grami fabularnymi. Zostały one nawet przez konserwatywnie brytyjską książkę dla młodzieży, którą właśnie tłumaczę, uznane za jeden z najsensowniejszych wynalazków kultury XX w., a ja mogę się pod tym stwierdzeniem jedynie podpisać wszystkimi łapkami.

Last but not least, a właściwie ostatnio to niemalże przede wszystkim - za nowy wymiar seriali telewizyjnych. Za to, że przywróciły mi wiarę w medium, bez którego istnienia w Polsce przeżyłabym bez większych kłopotów, ponieważ w zasadzie nie ma mi wiele do zaoferowania. Tymczasem w Ameryce powstają wciąż arcydzieła serialowe (moje ulubione wymienione są z boku bloga wraz z linkami - dość na dole, pod hasłem "oglądam: seriale"  - więc nie będę tu ich wypisywać, zwłaszcza że nie dostaję za to wierszówki) i to z roku na rok coraz lepsze, coraz mniej w sensie technicznym ustępujące produkcjom filmowym, fabularnie nierzadko ciekawsze od zwykłych filmów pełnometrażowych, świetnie grane (jak to się dzieje, że tam każdy epizod jest wiarygodny?), świetnie reżyserowane.

A skoro już powyżej zacytowałam "South Park", to może na zakończenie dodam, że kocham amerykańską popkulturę również za to, że potrafi być wolna od szaleństwa politycznej poprawności i nie bać się szargać świętości. Moimi dwoma faworytami pod tym względem są wzmiankowany "South Park" i "24", ale można by oczywiście ułożyć dłuższą listę.

Zapewne gdybym dłużej myślała nad tą notką, to wymyśliłabym jeszcze wiele popkulturowych przeżyć, za które kocham Amerykę. Wymieniłam te, które pchały się natychmiast, wręcz domagały uwzględnienia. A do kwestii tego, co lubię i dlaczego, będę jeszcze wracać, jak obiecywałam w komentarzach do innych notek.

Trochę oszustwo, bo to Londyn... nie mam nic bardziej

* W całym tym tekście Ameryka = Stany Zjednoczone. Dla ekonomii słowa, a poza tym tak się potocznie mówi.

** Mam opory, żeby tego określenia używać do rzeczy ambitniejszych, niezależnie od ich gatunku, ze względu na konotacje gatunkowe "popu".

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright