wtorek, 01 lipca 2014
Tryptyk

Będzie niefeministycznie. Trochę dlatego, że choć niewątpliwie żyję zgodnie z ideałami jakiegoś istniejącego zapewne odłamu feminizmu, to zasadniczo nie lubię żadnych ideologii i staram się być im wbrew. Czasem oczywiście muszę coś poprzeć, żeby zaznaczyć, że jestem przeciwko czemuś innemu (np. popieram masowe wystawianie gdzie się da "Golgota picnic" - mimo że to bardzo bardzo nie mój rodzaj teatru - bo jestem przeciwko kneblowaniu sztuki oraz fanatyzmowi religijnemu w każdej jego odsłonie). Ale czasem lubię sobie podywagować pod prąd wszelkiego rodzaju politycznym poprawnościom i nawet poglądom, które w ich umiarkowanej wersji wyznaję. Ale znów dygresjonuję.

Będzie niefeministycznie, bo będzie o kobietach. A konkretnie o kobietach, które postrzegam jako szkodniczki. A jeszcze konkretniej o kobietach, które nie dość, że ukształtowały obyczajowość XIX wieku, to na dodatek pozostawiły po sobie w spadku sporo memów, które do dziś zatruwają nam życie i sprawiają, że nie jest ono takie fajne, jakim być by mogło, gdybyśmy się choćby trochę mniej przejmowały (a czasem również przejmowali). Od razu zaznaczam - to jest felieton, a nie rozprawa historyczna. Felieton oparty na lekturach, na wizytach w muzeach, na własnych odczuciach.

Jest o trzech kobietach, które albo samodzielnie zasiadały na tronach, albo też tuż obok. Niezależnie od konkretnie zajmowanego ozdobnego krzesła oraz charakteru noszonej korony ich realny wpływ na politykę per se był podobny (czyli stosunkowo niewielki), na obyczaje zaś nieproporcjonalnie wręcz duży. Wiktoria, królowa Anglii (plus cesarzowa Indii i władczyni różnych innych krajów wokół całego globu), Elżbieta, znana lepiej jako Sissi, cesarzowa/królowa Austro-Węgier (oraz paru innych pomniejszych kraików, w tym tego, w którym mieszkam), Eugenia, cesarzowa Francuzów (oraz kilku kolonii).

Wiktoria - Eugenia - Sissi

Ciekawe, że żadna z nich nie pochodziła z jakiejś bardzo ważnej dynastii, która trzęsłaby sporym kawałkiem Europy od średniowiecza. Wiktoria była oczywiście potomkinią kilku brytyjskich monarchów, ale przed rokiem 1714 jej przodkowie z głównej linii władali zaledwie jednym z rozlicznych niedużych księstewek niemieckich. Pochodzenie Sissi było podobne: księżniczka bawarska, z bocznej linii rodu wprawdzie królewskiego, ale nieszczególnie ważnego. Eugenia de Montijo (i hiszpańskim zwyczajem posiadaczka mnóstwa innych nazwisk) była zaledwie hrabianką oraz markizą, choć z rodu bardzo starego.

Wszystkie w młodości szczyciły się wielką urodą - Wiktorii to przeszło dość szybko, Sissi zginęła na tyle jeszcze młodo (miała 61 lat), żeby nie zdążyć się poważnie zestarzeć (ale jej rodzina, jak na domy panujące od wieków, była statystycznie dość urodziwa, więc może i zestarzałaby się pięknie, choć pewnie by tego nie doceniła), Eugenia ślady urody zachowała do bardzo późnej starości, której dożyła (zmarła w 1920 roku, mając 94 lata), przeżywając o prawie dwie dekady nawet swoją przyjaciółkę, Wiktorię. Wszystkie trzy były dyktatorkami mody w drugiej połowie XIX wieku, ale o ile Eugenia i Sissi są odpowiedzialne za to, co w tej modzie było piękne (a więc głównie na fasony ubiorów dla zwykłych kobiet od święta), o tyle Wiktoria-wdowa głównie wpłynęła na to, że kobiety zaczęły nosić suknie wprawdzie eleganckie, ale coraz to bardziej zakrywające, co się da.

Wszystkie również miały całkiem - przynajmniej w młodości - przystojnych mężów, zwłaszcza jeśli przymknąć oko na standardy męskiego zarostu w owych czasach (choć trzeba uczciwie przyznać, że panowie zaczynali uprawiać w tym względzie dziwactwa w wieku, w którym z młodzieńczej urody już wychodzili, w związku z czym książę Albert nie dożył tego etapu, a poza tym i tak wszystkich bije na głowę pierwszy król zjednoczonych Włoch, Wiktor Emanuel).

Wszystkie ewidentnie miały charaktery z piekła rodem oraz niestety nie grzeszyły jakąś szczególną inteligencją. W przypadku Wiktorii świadczy o tym anegdota o lesbijkach (przytoczona poniżej), w przypadku Eugenii - bezsensowny i tragiczny w skutkach upór, żeby zmusić syna do wykazania się (takoż poniżej). Ale moja ulubiona anegdota związana jest z Sissi, która swoje ulubione i niezwykle cenne perły kąpała w morskiej wodzie, zgodnie zresztą z zaleceniami ich pielęgnacji. I na wyspie Korfu, gdzie miała willę, kąpała je w koszyczku zanurzanym wprost w morzu, po czym bardzo się zdziwiła, kiedy pewnego dnia koszyczek wyłowiono pusty. Wszystkie ponadto miały konserwatywne poglądy i tym najbardziej Europie zaszkodziły. Co gorsza, nawet kiedy bywały "nowoczesne" - jak chwilami Sissi, o czym też za chwilę - to też w szkodliwy sposób.

Wiktoria była skazana na tron: wprowadziła ją nań patologiczna wręcz niezdolność jej stryjów do płodzenia potomstwa z prawego łoża (a jak już jednemu, Jerzemu IV, się to udało, to całkiem skądinąd obiecującą córkę de facto uśmiercił przy wydatnej pomocy lekarzy). Obecność na tronach Sissi i Eugenii natomiast spowodowana została zadurzeniem ich mężów, z tym że o ile Franz Josef do pewnego stopnia został przez Elżbietę oczarowany (miał zamiar żenić się z jej starszą siostrą, ale podczas wieczorku zapoznawczego to ta młodsza zdobyła jego serce), o tyle Napoleon III ożenił się nieco na przekór całemu światu z panną, która innym sposobem nie chciała dać się zdobyć (winna tu była również konserwatywna część rodziny jego własnej kuzynki Matyldy - nieprzeciętnej kobiety, z którą zdecydowania powinien był się ożenić - ponieważ nie dopuściła do małżeństwa młodego Ludwika Napoleona z tąż właśnie). Wiktoria wyszła za mąż za człowieka, którego z wzajemnością kochała, ale którego zejście z tego świata przed dorobieniem się półmetrowych bokobrodów (ale po dorobieniu się dziewięciorga dzieci, co jest nie bez znaczenia) przyczyniło się zapewne do jej późniejszego szkodnictwa. Eugenia męża też straciła stosunkowo wcześnie, ale jednak w wieku dojrzałym, ponadto pod względem temperamentu seksualnego była przeciwieństwem Wiktorii. Jej osobistą tragedią była strata jedynego syna w wojnie zuluskiej - do czego walnie się przyczyniła, ubłagawszy swoją przyjaciółkę Wiktorię o wysłanie go na prawdziwą wojnę, na której mógłby się zasłużyć i pokazać, że jest godny swojego nazwiska. (To wieść o jego śmierci przyprawiła o atak serca pana Rzeckiego w "Lalce" Prusa, Eugenia natomiast kolejne czterdzieści lat przeżyła w żałobie.) Sissi jako jedyna zmarła (długo, bo 18 lat) przed mężem, za to los jej jedynego syna był w sumie gorszy niż syna Eugenii, który zginął głupio, niepotrzebnie i głównie przez niefrasobliwość swojego brytyjskiego dowódcy, ale przynajmniej wedle wszystkich świadków bohatersko. Natomiast nieszczęśliwy na austriackim dworze (był chyba jedynym w historii Habsburgiem z realnymi widokami na tron, który miał liberalne poglądy), nieszczęśliwy w aranżowanym małżeństwie i zadręczany przez oboje rodziców z powodu romansu, arcyksiążę Rudolf popełnił samobójstwo w zameczku Mayerling pod Wiedniem.

Reakcje trzech pań na osobiste tragedie były bardzo różne: Wiktoria po śmierci Alberta wpadła w rozpacz i uznawszy, że zakończyły się dla niej (przynajmniej oficjalnie, jak chcą niektórzy) uciechy życia, postanowiła uprzykrzyć życie swoim poddanym, a przy okazji zatruła "wiktoriańskim" purytanizmem i hipokryzją obyczajową pół Europy. Eugenia, mieszkając po upadku II Cesarstwa w Anglii, poświęciła się działalności charytatywnej, żyła z dala od wielkiego świata i jako pielęgniarka i pocieszycielka rannych wykazywała się jeszcze podczas I wojny światowej. Sissi wpadła w melancholię i wyrzuty sumienia i zrujnowała ostatecznie swoje od początku umiarkowanie udane małżeństwo.

A co z tym szkodnictwem? Kwestia Wiktorii jest chyba oczywista: odebrała ludziom radość z życia, produkując całą dulszczyznę tego świata. Oczywiście, miała tu niezłą bazę w postaci zaklepania wiodącej roli konserwatyzmu przez Kongres Wiedeński, ale może gdyby nie nieszczęście osobiste, nie czułaby aż takiej potrzeby układania wszystkim (a zwłaszcza kobietom) życia na wzór własnego wyrzeczenia, do którego sama siebie zmusiła w ramach żałoby. Zawsze jak tak myślę o tej Wiktorii, a zwłaszcza kiedy patrzę na jej późne portrety, to w jej zaciśniętych ustach widzę następujące przesłanie: jak ja nie mogę, to wy też nie będziecie mogły. A serio mówiąc, purytanizm i zakłamanie obyczajowe (plus utrzymanie bardzo ostrych przepisów przeciwko homoseksualistom - skądinąd tylko mężczyznom, jako że Wiktorii homoseksualizm kobiecy nie mieścił się w głowie, w związku z czym nie uznawała jego istnienia, dzięki czemu nie był formalnie penalizowany) epoki wiktoriańskiej to coś, co odbija nam się czkawką do dziś, wtórując dzielnie równie konserwatywnym i reakcyjnym poglądom Kościoła katolickiego. Stereotypy zachowań męskich i damskich, z którymi oświecenie i libertynizm jakoś tam zdołały się w XVIII i na początku XIX wieku rozprawić, nabrały siły w dekadach następnych pokutują do dziś. A wiktoriańska, wcale nie katolicka Anglia, wiodła prym w ustalaniu norm moralnych.

Główne szkodnictwo Eugenii polegało na tym, że jej mąż był w niej ewidentnie mocno zakochany (pomimo własnych romansów oraz jej oziębłości) i wygląda na to, że niestety zbyt często jej słuchał, również w sprawach politycznych. To Eugenia - zapewne zaniepokojona zakusami rosnących w potęgę Prus na tron jej rodzinnej Hiszpanii - skutecznie parła do tragicznej w skutkach wojny francusko-pruskiej. A jej niepokój wynikał zapewne głównie z głębokiego przywiązania do katolicyzmu (kompletnie niekompatybilnego z poglądami "cesarza-socjalisty", tak skądinąd), podczas gdy zastąpienie kompletnie nieudolnych i nieustannie skłóconych ze sobą Burbonów jakimś w miarę sensownym Hohenzollernem mogłoby się dla dramatycznie zacofanej Hiszpanii (np. ok. 25% alfabetyzmu w 1860 r., przy odpowiednio ok. 60% w Anglii i ok. 80% we Francji w tym samym okresie) okazać zbawienne. Muszę jednak Eugenii przyznać jedno: przy całej swojej religijności graniczącej z dewocją, potrafiła być zaskakująco otwarta. Będzie to na dodatek taki ładny przyczynek do tego, co się dzieje w kwestii tzw. "obrony wartości" w Polsce. Kiedy mianowicie Charles Baudelaire został skazany na karę grzywny za treści obraźliwe dla katolików, to arcykatolicka cesarzowa osobiście wystąpiła o złagodzenie kary dla poety i złagodzenie to uzyskała (choć zapewne na dodatek nie był to jej ulubiony poeta). Widać nie uważała, że sztuka obraża wiarę i religię.

I wreszcie Sissi. To najciekawszy przypadek. Od polityki trzymała się z daleka i ewidentnie nie miała ambicji na nią wpływać. Wobec dzieci wymagań nie miała, bo też na habsburskim dworze nie było to w zwyczaju: miała uświęcone tradycją prawo niewiele się nimi interesować. Miała zatem małe szanse zaszkodzić politycznie jak Eugenia (niektórzy twierdzą nawet, że jeśli jakikolwiek wpływ miała, to o tyle pozytywny, że popierała autonomię Węgier). Nie miała też chyba potrzeby wpływać na obyczaje poddanych, jak Wiktoria, albowiem w zupełności wystarczało jej, że ją podziwiali i uwielbiali. Problem z Sissi polega bowiem na tym, że tak naprawdę interesowała ją wyłącznie Sissi. A więc: uroda Sissi, stroje Sissi, biżuteria Sissi (pamiętacie perły?), uczucia Sissi, fryzury Sissi, uroda Sissi, sylwetka Sissi, uroda Sissi, kondycja Sissi, uroda Sissi.

Tak, cesarzowa Elżbieta była prawdopodobnie pierwszą kobietą o tak wysokiej pozycji, która była skupiona niemal wyłącznie na pielęgnowaniu swojego wyglądu. Dobra, dobra, powiecie, to samo robiły różne królowe, które poza tym niewiele miały do roboty. Jest jednak zasadnicza różnica: to Sissi w swojej obsesji wiecznej młodości i urody wynalazła rozmaite fetysze prześladujące rzesze kobiet do dziś. Diety, głodzenie się, fitness. I mogłaby nawet przejść do historii jako prekursorka zdrowego trybu życia - jako pierwsza "celebrytka" regularnie uprawiała sporty i interesowała się "zdrowym żywieniem" - gdyby nie to, że na wszystkie te z założenia szczytne ideały nakłada się mem bardzo szkodliwy: jedyną wartością kobiety jest jej wygląd.

I jak tak sobie to teraz podsumowuję, to wychodzi mi, że ta, której kiedyś najbardziej nie lubiłam, chłodna i konserwatywna w poglądach Eugenia, jawi mi się jako stosunkowo najmniejszy kobiecy szkodnik XIX w. - zwłaszcza z perspektywy obyczajowości, w której przyszło mi żyć w Europie XXI wieku. Triumf Bismarcka i jego państwa (hybrydy nowoczesności i konserwatyzmu) był w ówczesnej sytuacji raczej nieunikniony, a Francja była dla niego wrogiem wymarzonym, więc pewnie nawet bez udanej prowokacji do wojny by doszło i jej skutki byłyby porównywalne. Ambicje Eugenii co najwyżej ją przyspieszyły. Natomiast Wiktoria i Sissi, które na politykę miały znacznie mniejszy bezpośredni wpływ, oddziałują po dziś dzień na to, jak wygląda życie kobiet w naszym kręgu kulturowym. Jakie dręczą nas stereotypy, czego od nas oczekują bezmyślne media, co zdaniem tychże powinno nas, kobiety, interesować, a co jest rzekomo szkodliwe dla naszej "reputacji". Jeśli wciąż pokutuje (a pokutuje, mimo że kolejne roczniki są coraz bardziej "wyzwolone") poczucie, że porządnej dziewczynie nie wypada podrywać chłopaka, jeśli mamy, ciotki czy babcie wmawiają nam, że najgorsze, co się może dziewczynie przydarzyć to "uwiedzie i porzuci", jeśli różni mądrale gnają nas do garów i stosują podwójną moralność w zależności od płci - podziękujmy królowej Wiktorii. Jeśli zaś kolorowe tygodniki wmawiają nam, że nie będziemy szczęśliwe ani atrakcyjne bez zrzucenia kolejnych kilogramów, bez pozbycia się takiej czy innej niedoskonałości urody czy bez kolejnego gadżetu mającego ją poprawić - podziękujmy cesarzowej Elżbiecie.

I co? Wyszedł mi chyba jednak w końcu jakiś taki w sumie feminizm.

Wiktoria - Eugenia - Sissi

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright