wtorek, 28 sierpnia 2007
I po wakacjach :(

Na dodatek w wirze pakowania nawet nie zdążyłam napisać, że wyjeżdżam... Na dodatek zepsuł mi się komputer w domu, więc nie mogę zacząć porządnie opisywać podróży głównie po mniej znanych zakątkach Grecji - obawiam się, że będę mogła to zrobić dopiero w poniedziałek. A było pięknie. Na zachętę przecudna Leda z muzeum w Thessalonice, niesłusznie i z powodów mi nieznanych nazywanej w Polsce Salonikami. A tymczasem nazwa tego miasta pochodzi od imienia księżniczki macedońskiej Thessaloniki, córki Filipa II tesalskiej księżniczki Nikesipolis, przyrodniej siostry Aleksandra, nazwanej tak na cześć zwycięstwa jej ojca nad mieszkańcami Tesalii.

Thessalonike miała raczej smutny żywot, mimo że w dzieciństwie zyskała przychylność najbardziej wpływowej z żon Filipa, Olympias, która po śmierci Nikesipolis wychowała ją jak własną córkę. W 317 roku Thessalonike została żoną Kassandra, uzurpatora na tronie macedońskim, który poprzez małżeństwo z księżniczką z dynastii Argeadów chciał umocnić swoje polityczne wpływy zanim przystąpił do ostatecznej rozprawy z pozostałymi przy życiu członkami królewskiego rodu: Olympias, Roksaną i nieletnim Aleksandrem IV.

Antypater, ojciec Kassandra i współregent podczas wyprawy perskiej, wiedział chyba, co robi, nie wyznaczając swego syna na następcę: jego dzieci i wnuki wsławiły się dość ponuro. Na potrzeby tej opowieści wystarczy powiedzieć, że Thessalonike zginęła już po śmierci męża z ręki ich średniego syna, zazdrosnego o uczucia matki wobec najmłodszego.

Miasto nazwał jej imieniem Kassander, trudno jednak uważać to za wyraz afektów małżeńskich - prawdopodobnie było to manifestacją ciągłości dynastycznej. Jak na ironię we współczesnej Thessalonice Kassander i szczególnie przezeń znienawidzona Olympias mają sąsiadujące z sobą równoległe ulice.

Leda z łebędziem, Muzeum Archeologiczne w Thessalonice

PS. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby jako polska wersja przyjęła się forma Tessalonika - zgodna z polską normą językową (imiona kobiece kończące sie na a), dobrze odmienialna, no i nawiązująca do imienia księżniczki i nazwy miasta. A także uwzględniająca fakt, że Tesalia po polsku pisze sie bez przydechowego h z greckiej thety. Taką formę będę zatem propagowała w dalszych relacjach z podróży ;)

sobota, 04 sierpnia 2007
W starych salach młody duch

Wybrałam się wczoraj - w ramach przedwakacyjnej gonitwy - na wystawę młodej sztuki, urządzoną w czekających na remont salach Sukiennic. Pomysł znakomity a efekt ciekawy zabawny: na brudnych ścianach pozostały jaśniejsze plamy po wiszących tam wcześniej - a obecnie przebywających w Niepołomicach - obrazach, a także karteczki z podpisami, a między to wszystko wcisnęły się najróżniejsze nowoczesne mniej lub bardziej dziwactwa, od dość tradycyjnego malarstwa sztalugowego po instalacje wideo. Za tymi ostatnimi wyjątkowo nie przepadam, ale uczciwie muszę przyznać, że na tej wystawie znalazły się aż trzy, które zdołały mnie zainteresować, choć jeszcze uczciwiej przyznam, że jedna z nich głównie dlatego, że wystąpiły w niej dwie znane mi osoby. Druga była dość zabawną parodią Marylin Monroe śpiewającej Happy Birthday, Mr. President (sporo w tym też znać było Andy'ego Warhola), trzecia zaś nazywała się Fordanser i daję jej plusa za pomysł: był to sfilmowany w sposób przyprawiający o zawrót głowy fragment - głowy właśnie, tańczącego (a w każdym razie poruszającego się w takt walca z Nocy i dni chłopaka, tak jakby oglądanego oczami przypadkowej partnerki.

Było tam też kilka całkiem sympatycznych pomysłów na pograniczu malarstwa, rzeźby i instalacji, ale najbardziej w tej chwili zirytował mnie fakt, że nie pamiętam nazwisk autorów (nie przywykłam jeszcze do tego, że mogą mi się przydać w celach blogerskich), a na stronach wystawy pod witrynami Bunkra Sztuki i Muzeum Narodowego nie ma podpisów do zdjęć (co swoją drogą jest dość skandaliczne). Mogę więc jedynie powiedzieć, że z tego, co jest prezentowane w sieci przez Bunkier podobały mi się rzeczy na zdjęciach siódmym i ósmym od dołu, a z tego, co pokazuje Muzeum, jeden z obrazów na zdjęciu drugim od góry..

Zdecydowanie najbardziej podobała mi się rzeźba, którą ledwie widać po prawej stronie szesnastego zdjęcia na stronie Bunkra: zegar wyłanianiający się z bloku kamienia niczym skamieniały amonit.

Ze starej ekspozycji pozostały - oprócz miejsc na ścianach i podpisów - tylko dwa obrazy: kolosalne płótna Pochodni Nerona Siemiradzkiego i Kościuszki pod Racławicami Matejki. I muszę przyznać, że jakkolwiek nie wszystko na tej wystawie mnie zachwyciło, tak wszystko wolę od tych monachijskich sosów. Efekt zestawienia tych dwóch światów sztuki jest zresztą porażający: akademizm versus całkowita dezynwoltura zarówno jeśli chodzi o tematykę, jak i dobór środków. Zdjęcia sztucznych kwiatów na szkle, wyliczanki jako aplikacje na spódnicach, klepsydry z poprzekręcanymi imionami i nazwiskami znanych osób, troje obcokrajowców recytujących inwokację z Pana Tadeusza, dwójka artystów udająca MM, hiperrealistyczna rzeźba przedstawiająca chłopca walącego głową w ścianę (robi wrażenie), gniazdo z kurzymi jajkami na taborecie pod szkłem - a w tle pompatyczne i bezsensowne sceny pseudohistoryczne namalowane grubą warstwą farby olejnej na płótnie, byle śliczniej, byle kolorowiej, byle niby realistycznie i byle wystawniej.

Mam nadzieję, że ta wystawa to jaskółka godziwej prezentacji sztuki najnowszej w tym moim rodzinnym skostniałym i konserwatywnym mieście. Zwłaszcza że takie mieszanie starego z nowym jest niezwykle efektowne i daje sporo do myślenia. Będąc ponad miesiąc temu w Luwrze, widziałam wystawę nowoczesnej rzeźby rozstawioną pomiędzy stałymi eksponatami muzeum - bardzo zresztą zmyślnie i pomysłowo; np. "rzeźba" będąca specjalnie skonstruowanym lustrem stała na dziedzińcu z asyryjskimi kolosami, które dzięki temu dosłownie zyskiwały nowy wymiar, minimalistyczna instalacja z rzędami ludzi zasłaniających twarze zegarami zamiast masek zaś znalazła miejsce wśród siedemnasto- i osiemnastowiecznych rozbuchanych, ekspresyjnych grup. Nie mówiąc już o tym, że patrząc na nowoczesną sztukę w sąsiedztwie cykladzkich idoli łatwiej dostrzec, jak wiele XX wiek im zawdzięcza.

Stare i nowe w Luwrze, czerwiec 2007

czwartek, 02 sierpnia 2007
Glazurnik w szabaśniku

Przeczytałam na portalu Gazety dość zabawny tekścik o tym, jak poważny The Times uczy Anglików porozumiewać się z polskimi robotnikami remontującymi im mieszkania. Najzabawniejsza jest oczywiście porada, jak dać do zrozumienia, że jest się słomianą wdową i zaprosić przysłowiowego polskiego hydraulika na śniadanie...

Natknęłam się tam natomiast również na zdanie świadczące o tym, że szacowny Times nie wziął pod uwagę napływu siły roboczej z Małopolski i naraził nieszczęsnych Anglików na nieporozumienie. Pod hasłem 10. Can you recommend a good plumber / electrician / tiler / plasterer / kitchen installer? czytamy bowiem: Chi mojeh pun polechich dobrego hidrowlikuh / elektrikuh / glazoornikuh / tinkajuh / monterah kooknyee? No i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten glazurnik. Konia z rzędem góralowi czy krakowskiemu hydraulikowi, który to zrozumie. W Krakowie i przyległościach bowiem człowiek, który układa kafelki, to fliziarz, a kafelki to flizy; od niemieckiego Fliese - płytka podłogowa. Dla mnie, mimo że mam mnóstwo znajomych w Warszawie, glazurnik brzmi obco i dziwacznie, prędzej kojarzyłby mi się z jakimś cukiernikiem, który oblewa ciasta lukrem. Poza tym oczywiście uwielbiam glazurowaną kaczkę (po chińsku).

Przypomina mi to skądinąd zabawną historyjkę, która zdarzyła się moim znajomym. Żona znajomego krakusa pochodziła z Łodzi i kilka lat temu ci państwo remontowali stare mieszkanie na krakowskim Kazimierzu. Męża akurat nie było w domu, w związku z czym żona omawiała z wykonawcą ostatnie szczegóły wstępnego remontu. Pan ten zapytał w pewnym momencie, zapewne obmacując tynki i oceniając stan ścian:

- Czy państwo zamierzacie flizować w tej łazience?

Na takie dictum Anka zamarła i oblała się rumieńcem - w jej rodzinnej Łodzi są oczywiście położyłaby w łazience glazurę i nie miałaby przy tym żadnych skojarzeń.

A o tym, z jak bardzo zakorzenionej w galicyjskości rodziny pochodzę, przekonałam się będąc kilka lat temu na studenckim wyjeździe w Niemczech. Była to taka nagroda pocieszenia dla tych, którzy nie dostali się na stypendium językowe - troszkę kursu niemieckiego, ale więcej rozmaitych warsztatów i spotkań o charakterze poznawania kultur i szeroko pojętej ekumenii (οικουμενη znaczy po prostu świat, wspólnotę niekoniecznie w sensie religijnym). Byliśmy każdy z innego zakątka Polski, z Krakowa i ogólnie Małopolski tylko ja. Pewnego wieczora zabawialiśmy się w regionalizmy - usiłując wynaleźć takie słówko z lokalnego języka, którego nie będzie znał nikt inny. Muszę się pochwalić, że wygrałam w tej konkurencji pięknym galicyjskim słówkiem szabaśnik, którego u mnie w domu używało się na określenie piekarnika. Kiedy rzuciłam to słówko, w grupie zapanowało milczenie, po czym ktoś nieśmiało powiedział: "Jakiś Żyd?"

Kafle z pałacu Dariusza I w Suzie, Luwr

środa, 01 sierpnia 2007
Bayreuth z Krakowa

Kończę właśnie doroczne słuchanie edycji Pierścienia Nibelunga w transmisjach z festiwalu w Bayreuth. Tegoroczne wykonanie nie zaliczy się do moich ulubionych - z festiwalowych wciąż moją osobistą pierwszą nagrodę ma to z 1992, pod batutą Daniela Barenboima, które poznałam parę lat temu szczęśliwe dzięki egzystującej jeszcze wówczas w naszej kablówce telewizji 3Sat, niewątpliwie najciekawszym kanale niemieckojęzycznym - w związku z czym zdaniem decydentów zbędnym dla przeciętnego Polaka. Ciekawa jestem swoją drogą, co z 95% nieoglądanych przeze mnie programów wskoczyło dokładnie na jego miejsce: Romantica czy też kolejne telezakupy?

Ale mniejsza z tym, wróćmy do Wagnera. W tym roku zdecydowanie podobał mi się Wotan oraz - oczywiście dopiero w Zmierzchu bogów Gutruna, która zazwyczaj pozostaje w cieniu Brunnhildy, tymczasem teraz z ogromną przyjemnością słucham jej ostatniego dialogu z Hagenem już po śmierci Zygfryda (który skądinąd wydaje mi się tegorocznym najsłabszym ogniwem, choć z ostatnim, bardzo lirycznym fragmentem roli poradził sobie całkiem całkiem).

Przez lata uważałam, że Wagnera nie da się słuchać - sama pompa i patos - i mam wrażenie, że to przekonanie było efektem propagandy, albowiem tak naprawdę nie znałam wtedy prawie nic poza tzw. Walkürenritt z początku trzeciego aktu Walkirii, a i ten kawałek znałam głównie za pośrednictwem Czasu Apokalipsy. A dokładniej znałam go wcześniej w wersji instrumentalnej, ponieważ pamiętam moje zaskoczenie, kiedy w filmie usłyszałam również partie wokalne.

A potem zdarzyła mi się zabawna przygoda. Było to dość dawno, bo jeszcze w czasach kaset, ale chyba już w latach '90. Miałam właśnie na kasecie fragmenty z Trubadura, mojej ulubionej - pomimo całkowicie pokręconej fabuły - opery Verdiego. No i jak to z kasetami bywało, nacisnęłam kiedyś nieodpowiedni klawisz i zmazałam spore fragmenty. Nie mogłam już nigdzie tego wykonania dostać - to były również czasy dość dziwacznych przepisów w kwestii praw autorskich, przegrywania w sklepach kompaktów na kasety i kupowania tych ostatnich na stoiskach w bramach. Empiki i różne Music Cornery ledwie wtedy raczkowały, a Amazonu jeszcze nie odkryłam, a w dodatku na pewno nie miałam karty kredytowej czy nawet płatniczej.

No więc zmazałam sobie to nagranie, w związku z czym poprosiłam znajomego, który posiadał ogromną kolekcję czarnych płyt z operami, żeby mi Trubadura nagrał. Niestety prosiłam przez osobę trzecią, w związku z czym, kiedy dostałam drogą zwrotną nagraną kasetę - był na niej... Tannhäuser Wagnera. Skądinąd wykonanie fragmentów pochodzące z bardzo takiego sobie filmu Meeting Venus - tak znakomite, że aż szkoda, że nie powstała całość. Byłam bardzo rozczarowana, ale uznaliśmy z tatą, że skoro już jest, to można to przesłuchać - i zachwyciliśmy się już przy uwerturze! A potem była np. cudownie liryczna pieśń Wolframa. Mnie osobiście oczarował wtedy również długi narracyjny monolog tytułowego bohatera - po raz pierwszy przekonałam się, że w operze można coś opowiadać nie tylko ariami i recytatywowymi dialogami, które zazwyczaj są mało ciekawe muzycznie. A potem już poszło - powiem krótko, że obecnie uważam Pierścień za najdoskonalsze dzieło muzyczne wszechczasów: 15 godzin muzyki, gdzie wszystko ma idealnie swoje miejsce, łączy się z sobą i tworzy doskonale przemyślaną konstrukcję, a na dodatek stanowi fenomenalne przetworzenie mitu znanego w najwcześniejszej swojej wersji z wczesnośredniowiecznej islandzkiej Eddy! Z której skądinąd czerpał garściami również Tolkien. Nawiasem mówiąc, pani Rowling ewidentnie skorzystała z kolei z wagnerowskiej wersji Nibelungenlied, sądząc po kilku motywach, wyraźnych zwłaszcza w ostatnim tomie. Chyba nic potencjalnym czytelnikom nie zdradzę, jeśli napiszę, że chodzi o motyw Alberyka wyrzekającego się miłości, by posiąść władzę, jaką daje Złoto Renu, oraz o przeklęty przedmiot, który aby zdobyć, trzeba zabić poprzedniego właściciela. No i bardzo, ale to bardzo mnie intryguje, czy kompozytor ścieżki dźwiękowej do Goblet of Fire, cytując ewidentnie w temacie Voldemorta początek marszu żałobnego ze Zmierzchu bogów, skądinąd najbardziej rozdzierającej muzyki wszechczasów, wiedział, co robi, czy też miał przeczucie. Nawiasem mówiąc we wspomnianym spektaklu z 1992 widziałam najpiękniejszą inscenizację tego fragmentu: zamiast konduktu pogrzebowego czy opłakiwania Zygfryda jest tam niemal pusta scena, przedzielona przepaścią, po której dwóch stronach spotykają się po raz ostatni Brunnhilda i Wotan (który poza tym w czwartej części tetralogii nie występuje).

W wagnerowskiej wersji Nibelungów zachwyca mnie niezmiennie wydobycie wszystkich tych elementów, które stanowią o mitycznej wielkości. Oprócz wspomnianych powyżej będzie to zwłaszcza to poczucie, że za każdym razem tak niewiele brakuje, żeby wszystko się dobrze skończyło: gdyby Córy Renu nie droczyły się z brzydkim karłem, gdyby Wotan nie był taki chciwy, gdyby Fricka nie była tak przywiązana do matrymonialnych wartości, gdyby Brunnhildy nie zaślepiła rozpacz, gdyby Zygfryd uwierzył Córom Renu, że powinien zwrócić im pierścień, gdyby one nie zepsuły wszystkiego naigrawaniem się z niego... Ale w micie jest właśnie tak, że oni wszyscy muszą być tacy a nie inni, a ich czyny muszą mieć określone konsekwencje. Wagner najwyraźniej poszedł za Poetyką Arystotelesa nie tylko w kwestii jedności tekstu, widowiska i muzyki - czyli jak sam to nazwał "sztuki totalnej" - ale również w koncepcji ethosu bohaterów, czyli tego, że muszą oni być konsekwentni i spełniać przypisane danej postaci założenia.

Poza tym nie bał się eksperymentów: dla dziewiętnastowiecznej publiczności nie do pomyślenia była nieprzerwana muzyka przez cały operowy wieczór - a i zapewne dla wykonawców było to trudne: gdzie przerwy na kłanianie się bijącej brawo po popisowej arii publiczności? gdzie bisy? Skandaliczne było stworzenie ponadtrzygodzinnego dzieła, w którym głosy żeńskie pojawiają się na niewielkie fragmenty drugiego i trzeciego aktu, a tak właśnie jest w Zygfrydzie. No i co to za opera, w której nie ma porządnych chórów (jedynym quasi-chóralnym kawałkiem w całym Pierścieniu jest ten, w którym Hagen zwołuje drużynę na polowanie w drugim akcie Zmierzchu bogów).

Największą zaś krzywdę muzyce Wagnera wyrządzili oczywiście naziści. A problem w tym, że interpretacja zarówno postaci Nibelungów w Pierścieniu jak i fragmentów Śpiewaków norymberskich jako antysemickich jest wysoce naciągana. Wiadomo, że antysemitką była Cosima, córka Liszta, druga żona Ryszarda, rzadko jednak wspomina się o tym, że ze strony matki pochodziła ze znanej żydowskiej rodziny wżenionej w niemiecką arystokrację (była nieślubnym dzieckiem hrabiny będącej z kolei kochanką Liszta)... Nie chcę tu powtarzać znanych tłumaczeń, że dziewiętnastowieczny antysemityzm zasadniczo różnił się od dwudziestowiecznego a i wcześniejszego w Europie zachodniej, nie chcę też do znudzenia przytaczać faktów takich jak ten, że Wagner blisko przyjaźnił się np. z Feliksem Mendelsohnem. Chciałabym zwrócić uwagę na drobny fakt, że podnoszona tak często "gloryfikacja niemieckości" w Śpiewakach jest zjawiskiem powszechnym w dobie romantyzmu w całej Europie - i nic dziwnego, jako że wtedy właśnie wykluwało się (może i na nieszczęście ludzkości) nowoczesne pojęcie narodu i nowoczesne "nacjonalizmy" rozumiane jako poczucie historycznej i kulturowej tożsamości, bez współczesnego negatywnego zabarwienia. To właśnie faktowi, że rozbiory przypadły na epokę romantyzmu zawdzięczamy przetrwanie polskiej świadomości i tożsamości narodowej! Kto jak kto, ale my nie mamy prawa krytykować innych za to samo przywiązanie do narodowej tożsamości. Gdyby nie dziewiętnastowieczne ruchy nacjonalistyczne, nie byłoby dziś zapewne odrębnych państw takich jak Słowacja, Czechy, Węgry, Estonia, Litwa czy Łotwa, ba: nie stworzono by dla ich obywateli narodowych języków literackich. Romantyczni i neoromantyczni poeci w tych krajach uczynili to, co w Polsce osiągnął kilkaset lat wcześniej Jan Kochanowski. I finałowa scena jedynej komicznej opery Wagnera mieści się właśnie w tym nurcie, niezależnie od tego, jak zinterpretowano to później w III Rzeszy.

A ja od kilku lat wysyłam zamówienia na bilety na festiwal w Bayreuth - niestety chętnych jest tak wielu, że dostaje się je w drodze losowania. Może kiedyś będę miała szczęście. Kilka lat temu, gdy byłam w Niemczech akurat w czasie festiwalu, podjechałam pod teatr i może nawet udałoby mi się wystać jakiś zwrócony bilet, gdyby nie to, że z powodu upałów byłam w szortach i niezbyt eleganckim podkoszulku, a posiadacze biletów paradowali we frakach i sukniach, w związku z czym stchórzyłam - dziś chyba uznałabym, że co z tego.

Festspielhaus Bayreuth

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright