wtorek, 26 sierpnia 2008
Bałkańsko

W tym roku pojechałam do Grecji troszkę dookoła, ale za to w jedną stronę nie opuszczając granic Unii Europejskiej (vivat Schengen!). Początkowo w planach był taki przejazd w obie strony, ale wspomnienie mijanego w zeszłym roku w pośpiechu Stobi w Fyromie/Skopii/RepubliceMacedonii oraz perspektywa zmniejszenia liczby przejechanych kilometrów sprawiła, że w końcu przejechałyśmy cały rzeczony Fyrom, a nawet zahaczyłyśmy o kawałek Serbii. To ostatnie z powodu wszechobecnych w Rumunii robót drogowych - skądinąd mam wrażenie, że jest to wyrażenie, na które znam odpowiedniki w największej liczbie języków; z dzieciństwa pamiętam bowiem węgierskie "utepites", a teraz siłą rzeczy nauczyłam się rumuńskiego "drum in lucru", które na dodatek brzmi niezwykle powabnie.

Tegoroczną wędrówkę po Helladzie będę opisywać w najbliższych dniach w odcinkach, teraz tylko kilka bałkańskich notatek, czuję bowiem potrzebę wyznania, że jestem niezwykle pozytywnie zaskoczona przejazdem przez Rumunię i Bułgarię - przejazdem, którego troszkę się bałam, zważywszy opinie o fatalnym stanie dróg, kradzieżach samochodów i noclegach w dawnych hotelach robotniczych, stanowiących jakoby jedyną alternatywę dla bardzo drogich hoteli. Tymczasem okazało się, że w przejeździe przez Rumunię przeszkadzają głównie wspomniane drum in lucru - a robota na nich naprawdę wrze, więc jest szansa, że za rok będzie dużo lepiej. Poza tym szukając alternatywnej trasy wpadłam na pomysł przejechania boczną drogą wiodącą przez słynny przełom Dunaju zwany Żelazną Bramą (lub Żelaznymi Wrotami). Wprawdzie okazało się, że pośrodku znakomitej drogi znajduje się tam mniej więcej dziesięciokilometrowy odcinek, który jest bardzo bardzo in lucru i da się go przejechać najwyżej w tempie 30 km/h, ale widoki nagrodziły tę niedogodność, mniejszą zresztą niż ciągłe korki na wahadłowych przejazdach na głównej drodze. Szosy w Bułgarii natomiast zasługują na najwyższą ocenę: szerokie, wygodne, dobrze wyważone i z dobrym asfaltem (kiedy wreszcie u nas ktoś zrozumie, że jest to inwestycja bardziej opłacalna niż coroczne łatanie dziur?). Bułgaria dostaje również najwyższą ocenę za system płacenia podatku drogowego: punkty sprzedaży winiet znajdują się na każdej granicy, dzięki czemu nie traci się czasu na szukanie ich na stacjach benzynowych (w powrotnej drodze przejechałyśmy Rumunię bez roviniety, albowiem nigdzie jej nie było), ani też na zatrzymywanie się w punktach opłat na samych autostradach (mnogość tych ostatnich oraz wysokie ceny były jednym z powodów rezygnacji z jazdy najkrótszą i najszybszą skądinąd drogą przez Serbię).

Jeśli chodzi o inne wschodniobałkańskie straszaki, to samochodu - ani jego zawartości - nikt nie próbował kraść, mimo że stał sobie w mniej lub bardziej bocznych uliczkach Lugoj w Rumunii oraz Ruse i Vidina w Bułgarii. Lugoj, nawiasem mówiąc, było samo w sobie wielkim pozytywnym zaskoczeniem, albowiem pomysły Geniusza Karpat najwyraźniej dotarły tu w nikłym stopniu, jako że w miasteczku tym zachowała się maleńka, ale bardzo malownicza starówka w stanie prawie nienaruszonym i, co więcej, nie popsutym bezpośrednim sąsiedztwem kominów fabrycznych. Noclegi zaś w Rumunii i Bułgarii są bardzo sensowne cenowo - i to również w całkiem eleganckich hotelach.

Truizmem będzie stwierdzenie, że jedzenie było wspaniałe - to doświadczenie zresztą dotyczyło wszystkich mijanych krajów, trudno byłoby mi bowiem wybrać między bryndzowymi pierogami w Koszycach, owocową zupą w Egerze, mamałygą w Lugoj i cevapem w Ruse... że o greckich souvlakach, biftekach i dolmedakiach nie wspomnę...

To tyle w ramach zameldowania się po przyjeździe; jak tylko uporządkuję nieco zdjęcia z Grecji (jest tego ok. 8 tysięcy), zabiorę się za opis dalszej podróży. Na razie - widoczek z drogi powrotnej przez Żelazną Bramę.

Żelazna Brama

piątek, 01 sierpnia 2008
Neolit, homo sapiens i GMO

Z powodu idiotycznych przepisów, jakie chcą nam zafundować politycy, lada moment rozpęta się zapewne znów burza wokół "genetycznie modyfikowanej żywności". Ponieważ przez najbliższe mniej więcej trzy tygodnie szczęśliwie będę w dużej mierze odcięta od świata polityki i aktualności, pozwolę sobie niniejszym na małą przedwakacyjną uwagę w tej właśnie kwestii. Mianowicie we współczesnym świecie nie istnieje już de facto (a jeśli nawet, to w granicach błędu statystycznego) niezmodyfikowana genetycznie żywność, albowiem odkąd 10 tysięcy lat temu na terenie mniej więcej dzisiejszego Izraela ludzkość zaczęła hodować rośliny i zwierzęta, nieustannie modyfikowała je genetycznie (różnica zasadniczo jest taka, że wówczas modyfikowano na ślepo, metodą prób i błędów, na podstawie obserwacji, a teraz można robić modyfikacje celowe i celowane, no i oczywiście przynoszące niemal natychmiastowe rezultaty - zamiast po kilku pokoleniach roślin czy zwierząt, no i mogą być one nieco bardziej skomplikowane). Rewolucja neolityczna była pierwszym na taką skalę wydarzeniem cywilizacyjnym w dziejach ludzkości i gdyby nie ona, nadal polowalibyśmy na dzikie zwierzęta oraz zbierali - niewątpliwie naturalne, czyli modyfikujące się genetycznie wyłącznie na drodze ewolucji - korzonki, jagody i inne jadalne części roślin. Ciekawe, swoją drogą, co by na ten łowiecki aspekt "naturalnej" gospodarki powiedział Greenpeace. Ja w każdym razie, jakkolwiek miła jest mi rozsądna ochrona środowiska i grzecznie segreguję śmieci, usiłując przy tym nie myśleć, że być może w Krakowie lądują one następnie i tak na jednym wysypisku, nie chciałabym żyć w warunkach paleolitu. Oczywiście jestem za ochroną istniejących gatunków, ale i ten argument - o wypieraniu niezmodyfikowanych przez zmodyfikowane - nie daje się utrzymać w odniesieniu do "naturalnej" ewolucji i migracji gatunków - tak już jest, że lepiej przystosowany wypiera gorzej przystosowanego, zrobił to również nasz przodek kromaniończyk w stosunku do neandertalczyka. A wprowadzenie do ekosystemu Australii zwierząt przywiezionych przez Europejczyków (królików, owiec i psów) spowodowało z pewnościa większą katastrofę ekologiczną niż może wywołać potencjalny zasiew "zmodyfikowanej genetycznie" kukurydzy w Afryce czy pszenicy w Polsce.

Jutro jadę na południe, obżerać się modyfikowanymi genetycznie od czas starożytnych winogronami i brzoskwiniami, które nawet nie wiem, jak mogły wyglądać w czasach przedneolitycznych: zapewne były małe, kwaśne i twarde i ani w połowie tak dobre jak teraz.

A po powrocie obiecuję drugą edycję "wędrówki po Helladzie".

 Eleusis 2007

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright