niedziela, 30 sierpnia 2009
Londyńskie przechadzki

Kończę właśnie pierwszy etap tegorocznego niemalże Tour d'Europe... Etap wbrew zamierzeniom dość szalony: nie przypuszczałam, że jestem aż taką maszyną do fotografowania i kserowania książek. A poza tym oczywiście codzienne wizyty w British Museum - udało mi się również wreszcie dostać do sali (a raczej salki) z fryzem ze świątyni Apollina Epikuriosa w Bassai, który jest jednym z najważniejszych dzieł, jakie w tym muzeum mają, a pokazują go tylko przez godzinę dziennie - jak dobrze pójdzie, a na dodatek nie ma na ten temat żadnej informacji. Najwyraźniej istotnie nobody's perfect, nawet Anglicy. A tak poza tym to miałam pisać o różnych mądrzejszych i ważniejszych rzeczach, a zamiast tego wrzucam garść chaotycznych notatek. Ale w końcu od tego są blogi. Przy okazji będzie co nieco o tym, co lubię, a czego nie lubię - czyli początek zapowiedzianego cyklu.

A teraz w telegraficznym skrócie. Jak w National Gallery zgubiłam parasolkę (a był to dzień, że od czasu do czasu lało: krótko, ale ulewnie), to okazało się, że pilnujący odnieśli ją do swojego biura, gdzie grzecznie na mnie czekała. To zdarzenie mogłoby dla mnie stanowić symbol tego, co rozumiem przez user friendliness Anglii: tu jeszcze wciąż się myśli i działa racjonalnie, czyli w większości przypadków praktycznie. A pilnujący w muzeach nie są wyłącznie harpiami czyhającymi na to, że zwiedzający złamie jakiś przepis i popatrującymi krzywo na wszelkie zachowania odbiegające od stereotypowego przechodzenia od gabloty do gabloty, jak chociażby jakiekolwiek oznaki autentycznego zainteresowania jakimś obiektem. Nawiasem mówiąc, najgorzej pod tym względem czułam się ostatnimi czasy w Warszawie, gdzie przez większość spędzonej w Muzeum Narodowym półtorej godziny byłam jedyną zwiedzającą w dziale starożytności, w związku z czym ciągnęły za mną kolejne panie, najwyraźniej złe, że przeszkadzam im w ważnej czynności plotkowania. Skądinąd w końcu je przetrzymałam: najwyraźniej uznały, że łatwo się mnie nie pozbędą i zebrały się w przejściu między Grecją/Rzymem a Egiptem i oddały się najwyraźniej ulubionemu zajęciu. Dość stwierdzić, że dowiedziałam się sporo o ich życiu prywatnym. Żeby było zabawniej, panie i panowie w British Museum i National Gallery najczęściej występują w parach i rozmawiają ze sobą (pojedynczy posadzeni w jakiejś sali najczęściej czytają), ale na pierwszy sygnał, że zwiedzający czegoś od nich chce, natychmiast są do dyspozycji. I nie robią min, kiedy obfotografowuje się całą kolekcję...

Dziś w ramach pewnej odmiany postanowiłam wybrać się do Tate Modern, jako że jak już kiedyś pisałam, moje zamiłowania do sztuki są niczym tęczowy most spinający antyk z XX wiekiem, przerzucony nad otchłanią, w której najgłębszej czeluści znajduje się wiek XVIII. I po dzisiejszej wizycie muszę podkreślić, że most ten bardzo zdecydowanie opiera się drugą nogą (proszę wybaczyć te bezsensowną mieszankę metafor) w XX wieku. Jakkolwiek bowiem Tate Modern ma teoretycznie wszystko, co lubię: fantastycznie przerobiony na galerię industrialny budynek i sporo obrazów, które mnie zachwycają. Ale jakoś za tym razem nie przemówiła do mnie (nowa? nie mam pojęcia) koncepcja ekspozycji, która zakłada podział na dziwaczne kategorie, w związku z czym bardzo trudno jest znaleźć to, co by się naprawdę chciało zobaczyć - zwłaszcza jak się nie myśli tak samo jak kurator. Ja najwyraźniej myślę inaczej i może w tym problem. W każdym razie zmęczyło mnie to muzeum, które kiedyś mnie zachwyciło. Może też do zmęczenia dołożyło się to, że wyprawa tam oznacza zmierzenie się z Millenium Bridge* (w dwie strony), który jest jednym z koszmarów, które potrafią śnić mi się po nocach. Tym razem sądząc po spojrzeniach innych przechodniów miałam chyba taką panikę w oczach, że może raz powinnam sobie powiedzieć "nigdy więcej"? I na niewiele zdało się powtarzanie niczym Osioł w Shreku "nie patrz na boki".

Jeszcze co do tej koncepcji ekspozycji, to nie jest tak, że uznaję wyłącznie organizowanie eksponatów wedle klucza chronologicznego czy geograficznego: podobają mi się w British Museum gabloty tematyczne, gdzie niekiedy jakieś arcydzieło sąsiaduje z przedmiotem znacznie niższej rangi artystycznej. Ale chcę, żeby ten klucz był jasny i czytelny, a nie stanowił zawikłanej metafory (tych, którzy zechcą się online przekonać jak to jest w tym Tate, od razu informuję, że podział na stronie internetowej jest inny niż w muzeum, a niestety plan zostawiłam w muzealnej łazience, jako że i tak na nic mi się nie przydawał, a poniewczasie dopiero uświadomiłam sobie, że mógłby...). I tu dochodzę chyba do sedna - otóż mam wrażenie, że to muzeum urządzono obecnie - pardonnez le mot - postmodernistycznie. Na dodatek wpakowano tam mnóstwo modnej obecnie sztuki w rodzaju instalacji i, co gorsza, wideoinstalacji, a to akurat jest coś, co zazwyczaj dość rozpaczliwie do mnie nie przemawia.

Przede wszystkim dlatego, że mam wrażenie, iż ogromna większość instalacji i performance'ów jest wyrazem lenistwa arytsty (podpowiada mi tę diagnozę również doświadczenie kontaktów osobistych z artystami). Bo namalowanie obrazu sztalugowego - nawet jeśli będzie to abstrakcja - wymaga jakiegoś pomyślunku, jakiejś organizacji, jako że jest się ograniczonym chociażby przez płótno. A instalacja? Posłużę się kilkoma przykładami dziś oglądanymi. Można wstawić do muzeum np. pochlapany farbą kawałek pnia drzewa. Można rozrzucić po podłodze trochę sznurka. Ba, można nawet udawać, że się jednak maluje, wieszając na ścianie zwykłe prostokątne lustro (Marcelu Duchamp, którego całkiem niezłe rzeczy również dziś obejrzałam, coś ty narobił!) albo przemalowując na pociągnięte zieloną farbą płótno kawałek zapisu nutowego jakiegoś utworu. Na dodatek ponad połowa tych "obrazów" zatytułowana jest "bez tytułu". Wiem, była taka moda, zwłaszcza wśród abstrakcjonistów, ale co innego Pollock, a co innego Iksiński, który moim skromnym zdaniem po prostu tak naprawdę nie ma pomysłu na swoją twórczość. W całej tej zgrai autorów instalacji w Tate broni się wyłącznie Joseph Beuys, ale to chyba nie dziwne, bo on jeszcze mógł w nowej wówczas dziedzinie sztuki coś powiedzieć. Wszyscy inni tylko ustawiają przedmioty, podczas gdy polarne sanki wysypujące się ze zdezelowanego volkswagena "ogórka" robią jakieś wrażenie. Chyba jest jednak coś na rzeczy w tym zostawaniu klasykiem...

O ile instalacje w ogromej większości mnie irytują, o tyle czymś, czego bezwzględnie nie wytrzymuję, są wideoinstalacje. Na jednej z nich dwóch gołych facetów zamieniało się w kółko miejscami na kanapie - dla wyjaśnienia dodam, że ich nagość w strategicznych miejscach była cały czas zasłonięta przez wielką piłkę, w związku z czym nagły odwrót pewnego pana z około sześcioletnim dzieckiem był całkowicie niepotrzebny. Na innej jakaś pani bardzo nieostro sfilmowana tarzała się obok wielkiej pisanki (?), a całość miała stanowić reinterpretację motywu Ledy i łabędzia, połączoną nie wiedzieć czemu z motywem samookaleczenia. No ja wymiękam.

Ale całkowicie dobiła mnie zupełnie inna wideoinstalacja, której nawet nie zobaczyłam, jako że wymagałoby to przebicia się do niewielkiej salki wypełnionej szczelnie publiką. Dobiła mnie natomiast już warstwą audio, jako że z salki tej dochodziły wrzaski małego dziecka. I nie chodzi o to, że spodziewałam się tam jakiejś drastyczności, o nie. Chodzi o to, że po locie z Krakowa do Londynu wrzask małych dzieci jest ostatnim dźwiękiem, jaki mam ochotę słyszeć. Będzie o tym nawet w jakiejś kolejnej notce, kiedy wrócę do spraw poważniejszych.

Uwaga niskie drzewa

* Tak się składa, że Millenium Bridge jest na zdjęciu towarzyszącym poprzedniej notce, jako że na samym początku szóstego filmu o Harrym Potterze ulega iście millenijnej zagładzie...

piątek, 07 sierpnia 2009
Harry Potter na pół gwizdka

Po powrocie z panońskiego limesu poszłam wreszcie do kina. I to na niezwykle komfortowy seans: w ogromnej sali jednego z największych kin w Polsce było niecałe dwadzieścia osób... Ale do rzeczy.

Szósta część przygód Harry'ego Pottera jednocześnie zachwyca i rozczarowuje. Zachwyca stroną wizualną - moim skromnym zdaniem jest najlepszym pod tym względem z dotychczasowych filmów z tej serii: całe sekwencje filmowane w oszczędnych barwach - mroczne, niemal monochromatyczne, jedynie z przebłyskami kolorów - opresyjne wnętrza, zimowy krajobraz; ograny został nawet wykreowany lub tez przetworzony komputerowo Londyn, utrzymany w okolicy modnej ostatnio stylistyki, w jakiej filmuje się np. komiksy, czyli pewnej sztuczności realistycznej skądinąd scenerii. Fenomenalna jest grota, w której Harry i Dumbledore szukają horkruksa - ta scenografia stanowi przepiękne nawiązanie do estetyki modernizmu, np.  plakatów filmów grozy z lat '20 i '30 XX w., podobnie zresztą jak ewidentnym ukłonem w tym kierunku jest "mechaniczny" wygląd wieży, w której rozgrywa się kilka kluczowych scen, a także komnata potrzeb, stanowiąca istny gabinet osobliwości szalonego naukowca.

Piękną robotą filmową jest pokazanie knowań młodego Malfoya przy pomocy punktującej pierwszą część filmu klatki, z której znikają kolejne ptaki - przedmiot zakazanych eksperymentów. Wygląd tej klatki stanowi zresztą poniekąd kwintesencję stylistyki wnętrz tego film, Hogwart jest tu bowiem zaskakujący: nagle okazuje się, że są tu miejsca pełne dziwacznej maszynerii (?), opuszczone wieże z powybijanymi oknami, wszystko to dalekie od przytulnej, ciepłej wiktoriańskości poprzednich odcinków. I jest to niezwykle piękne i efektowne, tylko że nie do końca pasujące do tej opowieści - tu powinno się raczej wygrać efekt narastajacego mroku, opresji i przerażenia samym światłem i barwami, które pożerałyby i wykrzywiały te pluszowo-neogotyckie wnętrza, z jakimi mieliśmy dotychczas do czynienia. Voldemort jako upiór odhumanizowanej nowoczesności to zupełnie inna bajka.

Problem dodatkowo w tym, że w tej niezwykle efektownej scenerii kompletnie gubią się aktorzy, i to nawet ci najwybitniejsi, ba - momentami gubią się wręcz postacie. Dumbledore właściwie przez cały czas "gra Gandalfem" (po prawdzie w pierwszej chwili miałam wręcz wrażenie, że znów zmieniono obsadę i to jest Ian McKellen), bo nie bardzo jest czas, żeby zrobić cokolwiek innego z tą rolą. Maggie Smith (McGonagall) jest całkowicie niewidoczna, co gorsza, można odnieść wrażenie, że kilka scen z jej udziałem zostało wrzucone do filmu na siłę, byle aktorka pojawiła się na ekranie. Jeszcze bardziej żałośnie wygląda to w przypadku Remusa Lupina i Tonks, którzy występują w jednej, dopisanej do książki i słabo uzasadnionej fabularnie scenie napaści na dom Weasleyów, i zostali wprowadzeni chyba tylko po to, żeby widz nie zapomniał o ich istnieniu przed częścią siódmą. Została tu też - dość topornie - przemycona informacja o wilkołactwie Lupina, tyle że nie jestem pewna, do kogo jest ona skierowana: ci, co wiedzą, spodziewają się, że ta uwaga do czegoś poprowadzi, a ona okazuje się niewypalającą niestety strzelbą, natomiast komuś, kto nie wie, niewiele powie ta rzucona mimochodem uwaga, po której w dodatku niemal natychmiast następuje bardzo dynamiczna i groźna scena walki na mokradłach.

Nie wiem też, dlaczego Alan Rickman (Snape), który dotychczas pokazywany był w charakteryzacji podkreślającej ostre rysy (jak za czasów szeryfa z Nottingham w Księciu złodziei), tu wygląda jak dobroduszny, pękaty proboszcz z angielskiej prowincji, który tylko spojrzeniem usiłuje sugerować mroczniejsze zakamarki swojej duszy. Może i byłby to jakiś pomysł na rolę dwuznacznej, zagadkowej postaci, co więcej - z pewnością do udźwignięcia dla tego wybitnego aktora, ale po pierwsze nie w tej historii, po drugie to kolejny element, który sprawia, że gdzieś gubi się ciągłość tego filmu z poprzednimi. Co więcej, ten wygląd jest również niespójny z estetyką filmu - spodziewalibyśmy się tu raczej Snape'a jeszcze bardziej wychudzonego, z głębokimi cieniami pod oczami, skrywającego pod maską posępnego spokoju wielokrotne zawikłania swoich motywacji*.

W rezultacie w tym filmie w pamięć zapada naprawdę jedna rola: Draco Malfoya. Jeśli komuś z młodych aktorów, którzy rozpoczęli kariery w tym filmie, wróżę wielkie osiągnięcia aktorskie, a nie tylko gwiazdorskie, to po tym filmie właśnie Tomowi Feltonowi, którego rola ociera się chwilami o aktorski geniusz. Fenomenalnie udało się pokazanie walki tego chłopaka z samym sobą, jego wygórowanych ambicji i pychy, a zarazem skrajnej zwyczajności. To jedyna prawdziwie dramatyczna rola w tym odcinku, pozostali młodzi są dobrzy, profesjonalni, przekonujący (bardzo ładny jest sam początek, scena, pokazująca, że Harry zaczyna tęsknić do zwykłego życia), a Rupert Grint (Ron) pokazuję autentyczną vis comica, gwarantującą mu zapewne długie lata kariery aktora komicznego, co w Anglii ma szanse się nie zmarnować. Jakkolwiek znów część scen z jego udziałem jest fabularnie umiarkowanie potrzebna i sprawia wrażenie, że została w montażu, aby dać chłopakowi możliwość aktorskiego popisu, fantastyczne jest to, że nie ma tu szarży i rechotu, a komizm w jakimś stopniu jest potrzebny, aby rozładować mroczną, naładowaną emocjami atmosferę.

Głównym problemem tego filmu wydaje się być to, że w przeciwieństwie do części piątej, która została też okrojona o niemal połowę, wyrzucenie tu sporej liczby wątków bardzo nie służy jasności fabuły. Na dodatek scenarzyści usiłowali ścisnąć, ile się dało, w tych dwóch i pół godzinach, i chyba w rezultacie niezbyt fortunnie ułożyli scenariusz. Po co rozbudowane sceny treningu i meczu quidditcha, skoro na dobrą sprawę nie dowiadujemy się, o co chodzi z tytułem filmu? Owszem, książka należąca do "Half-Blood Prince" gra sporą rolę zwłaszcza w pierwszej części filmu (jest widzowi co jakiś czas wręcz podtykana pod nos), ale poza ujawnieniem tożsamości - skądinąd świetna filmowo scena - nie dowiadujemy się nic o tym, co znaczy ten pseudonim i skąd się wziął**.

Zdaję sobie sprawę, że scenarzyści i producenci mieli nie lada problem, robiąc tę serię filmów: po trzech pierwszych, krótkich tomach, przyszło do ekranizacji czterech potężnych epickich opowieści. Część siódma będzie podzielona na dwa odcinki - może tak samo należało postąpić już z szóstą? Albo jeszcze lepiej - choć to już teraz nie do odrobienia, bo aktorzy grający główne role zbyt się zmienili - co najmniej od czwórki kręcić znacznie więcej materiału, a następnie zrobić z niego telewizyjny serial, w którym zmieściłyby się i wszelkie niuanse obyczajowe (jakkolwiek ciekawe, nierzadko zaburzają spójność fabularną, no i kradną ekranowy czas) i epizody komiczne. A rzecz miałaby wielkie szanse się sprzedać, zwłaszcza że w obecnej chwili amerykańskie seriale od strony technicznej niczym nie ustępują filmom pełnometrażowym.

A mnie pozostaje czekać na ekranizację mojej ulubionej ostatnio z tłumaczonych książki, Złodzieja pioruna. Autorzy filmu pozmieniali bardzo dużo w stosunku do powieści, kierując się między innymi doświadczeniami z planu pierwszych Potterów i pracy z małoletnimi aktorami. Trzymam kciuki, żeby wyszło to ekranizacji na dobre, bo bardzo się do tej serii przywiązałam i życzę jej filmowemu wcieleniu jak najlepiej.

Millenium Bridge w Londynie

* Mam tylko nadzieję, że moje pierwsze skojarzenie na widok Snape'a - że Rickman jest ciężko chory, a jego wygląd to wynik np. kuracji sterydowej, kilogramy nie do zrzucenia dla roli i nie do zamaskowania kostiumem i charakteryzacją - nie jest trafne, bo jest to jeden z moich ulubionych aktorów.

** Zabawnie się składa, że akurat te cięcia fabularne ratują polski tytuł przed bezsensownością. Ale jakoś dziwnie nie podejrzewam, żeby celem tych cięć była próba ratowania reputacji Andrzeja Polkowskiego, autora jednego z największych polskich gniotów przekładowych. (Zaszczytne pierwsze miejsce dzierży nadal Jerzy Łoziński za "nowe przekłady" Diuny Franka Herberta i Władcy pierścieni Tolkiena; w konkurencji nie biorą udziału przekłady po prostu lipne, wykonywane przez ludzi o słabej znajomości języka oryginału. W zasadzie nagroda ta powinna być antynagrodą im. Ireny Tuwim, przyznawaną za nieudolne silenie się na kongenialność.)

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright