niedziela, 25 sierpnia 2013
Kto zabił marzenia?

Kiedy byłam mała, znaczy się w podstawówce, jednym z pytań, które powtarzały się we wszystkich młodszych klasach, było „kim chciałbyś zostać, jak będziesz dorosły”. I snuło się fantazje. Mniej lub bardziej fantastyczne, ja na przykład chciałam być astronautą i archeologiem i to drugie w sumie w końcu udało mi się nawet zrealizować, pomimo popełnionych po drodze pomyłek życiowych. Astronautą chciałam być oczywiście dlatego, że czytałam Lema oraz książki popularnonaukowe kupowane przez Tatę Fizyka i oglądałam seriale fantastyczne, archeologiem chciałam być dlatego, że w wieku lat sześciu zakochałam się w starożytnej Grecji. Piszę to dlatego, żeby dodatkowo podkreślić, że moje marzenia życiowe były osadzone głęboko w przekonaniach, że to właśnie chcę robić i czynniki zewnętrzne miały na nie nikły wpływ, a już na pewno nie miała na nie wpływu opinia publiczna wskazująca na to, co jest cool a co nie.

Nie pamiętam dokładnie, co chcieli robić wszyscy moi koledzy z wczesnej podstawówki, ale na pewno ten, który chciał być lekarzem, dzisiaj nim jest (i to dobrym), a ten, który chciał być razem ze mną astronautą jest już uznanym genetykiem na niezłej uczelni. W sumie bardziej trzymałam się (i biłam) wtedy z chłopakami, więc o dziewczynach pamiętam głównie, że chciały być piosenkarkami lub aktorkami, ale ta jedna, która miała na to drugie realne szanse (czytaj: autentyczny talent) nie nauczyła się wiersza na pamięć i oblała przez to egzamin na PWST, mimo że komisja stawała na głowie, żeby ją przepchnąć dalej.

W liceum niestety trochę zaniedbano kwestię "co byś chciał robić w życiu" na rzecz korowodu osób, które przychodziły reklamować nam swoje kierunki studiów, a że byłam wówczas urzeczona teatrem, dałam się zwieść, że teatrologia to kierunek dla mnie. A w sumie to roiłam wówczas również, że chciałabym być reżyserem, ale warsztaty teatralne na wzmiankowanym kierunku dość mnie do tego zniechęciły (w sumie to do dziś sobie myślę, że przynajmniej klasykę dramatu rozumiałabym znacznie lepiej od młodego pokolenia, które jej nie rozumie wcale). Nie będę się rozpisywać o moim dalszym skomplikowanym życiorysie studentki wszystkich możliwych stopni studiów, bo nie o to tu chodzi.

Chodzi o to, że nawet jak studiowałam niewłaściwy kierunek, to starałam się robić coś, co mi sprawiało przyjemność, na przykład kończąc polonistykę (to ten błąd) pracowałam w krakowskiej Gazecie Wyborczej, za wierszówkę. Z gadżetów dostałam może kiedyś długopis. O co chodzi z tymi gadżetami? Ano o to, że w jednym z najnowszych tekstów w dyskusji o biedactwach "millenialsach" przeczytałam, że w latach '90 to było lepiej, bo w korpo na wejściu dostawało się gadżety, a teraz nie ma. Czyli w pracy chodzi o to, żeby dostać telefon za darmo. Hmmm. Jak ja poszłam do Gazety, to dlatego, że chciałam spróbować dziennikarstwa. I do dziś mam satysfakcję, że dostałam nagrodę dnia ogólnopolskiego wydania za to, że udało mi się dostać po wywiad do Giulio Andreottiego, mimo że konkurencja teoretycznie zaklepała sobie wyłączność... Nie wiem jak dla millenalsów, ale dla mnie coś takiego jest więcej warte niż smartfon od firmy (niezależnie od oceny Andreottiego jako polityka - pokazałam sama sobie, że potrafię).

Zastanawiam się, czytając tak te teksty z prawa i lewa o biedactwach millenialsach, czy to pokolenie ktokolwiek kiedykolwiek pytał, co chcieliby w życiu robić. W sensie takim naprawdę osobistym: co lubisz, co cię interesuje, co cię pasjonuje. Wiadomo, że nasze marzenia z podstawówki (ci astronauci i piosenkarki) zazwyczaj pozostają w sferze marzeń. Ale ważne jest, żeby rozwijać poczucie, że marzyć warto i że warto mieć pasje. Bo jakoś nie jestem w stanie uwierzyć, że większość ludzkości fascynuje wyścig w sprzedawaniu produktów i korpo projekty. Oczywiście nie jest tak, że zawsze studiowanie tego, co się lubi robić, ma sens - mój osobisty przykład "lubię czytać książki, więc skończę polonistykę (w sensie literaturoznawstwo) i jakoś to będzie" jest najlepszym dowodem, jak złudna bywa taka perspektywa. Dobry psycholog powiedziałby mi, że mam lepszą pamięć do obrazów niż tekstów i z kilku fascynacji (literatura, sztuka, muzyka) sztuką będzie mi się najłatwiej zajmować. Dobry psycholog powiedziałby mi pewnie też, że tak naprawdę pasjonuję się historią i epizod fatalnej nauki w liceum nie powinien tego zniweczyć. Na szczęście w końcu sama doszłam do tych wniosków.

Mam natomiast wrażenie, czytając zwłaszcza te narzekania millenialistyczne, że autorów kolejnych łzawych listów nie interesuje nic poza zarabianiem pieniędzy, żeby móc wziąć kredyt, oraz pakietem socjalnym i gadżetami od firmy.

Proszę nie zrozumieć mnie źle: ja też lubię mieć pieniądze. Do tego stopnia, że robiąc dwa lata studiów magisterskich na archeologii w jednym roku i pisząc długą, ambitną pracę magisterską, przetłumaczyłam równolegle osiem (tak 8, w jednym roku, plus kilka trudnych egzaminów i magisterka) książek, bo 250 zł stypendium naukowego zdecydowanie nie wystarczało mi na maleńki nawet procent potrzeb, nie mówiąc o realizacji marzeń.

I byłabym nawet skłonna pochylić się z sympatią nad pokoleniowym lamentem, który u podstaw miałby właśnie niemożność realizacji marzeń. Gdyby autorzy tych płaczliwych manifestów pokoleniowych pisali, że chcą latać szybowcem, zwiedzić całą Syberię albo Amerykę Południową, zebrać kolekcję pamiątek związanych z wojną secesyjną... Ba, gdyby ktoś nawet wprost napisał, że marzy o małym domku z białym płotem, dwójką dzieci i psem na trawniku, to miałby szanse wzbudzić we mnie sympatię. Ale niestety z tych listów i narzekań wyziera widmo rozwalonego w łamiącym cały kodeks drogowy bmw byznesmena z najnowszym smarfonem w ręku, planującego wakacje w najdroższym hotelu w Hurghadzie. Z tych listów wyziera widmo korporacyjnej urawniłowki jako ostatecznego celu, do którego należy dążyć. Żeby mieć dokładnie tak, jak wszyscy zamożni dyrektorzy i prezesi. Bo nawet nie jak ci najbogatsi, których stać na prawdziwe fantazje, i którzy je realizują, nawet jeśli są podpowiedziane przez doradcę.

Tak sobie myślę, że gdyby ci millenialsi mieli jakieś autentyczne fascynacje czy hobby, gdyby interesowało ich cokolwiek poza wmówioną im koniecznością stanięcia w blokach do wyścigu szczurów, który ma im zapewnić jakieś niejasne szczęście w przyszłości, to jednak chcieliby podejmować pracę za nawet minimalną pensję bez socjalu, bo to jest jakiś punkt wyjścia do realizacji tego, co naprawdę daje smak życiu, czyli własnych marzeń. Zapewne do tej marnej pensji dorabialiby po nocach, bo jeśli czegoś się naprawdę chce, jeżeli to coś jest dla nas naprawdę ważne, to większość z nas jest w stanie dla tego czegoś wiele poświęcić i wiele włożyć wysiłku w osiągnięcie tego celu. Pomińmy już nawet takich wariatów jak ja, których marzenia obejmują specyficzny rodzaj podróży, tworzenie dziwacznych kolekcji i uczestnictwo w kulturze. Myślę, że ci, którzy naprawdę marzą o spokojnym życiu rodzinnym, tworzą je sobie za "te polskie dwa tysiące". Wiem, że na szczęście istnieją również wciąż bardzo młodzi ludzie, którzy chcą być lekarzami, żeby pomagać ludziom, prawnikami, bo interesuje ich prawo, inżynierami, bo fascynują ich nowe możliwości techniki, nauczycielami, bo wierzą w edukację i wykształcenie, naukowcami w dowolnej dziedzinie, bo ciekawi ich świat. Ale oni nie zabierają głosu w dyskusji o millenialsach, bo się nimi nie czują i zapewne szkoda im czasu na pisanie listów do gazet - świat i życie są na to zbyt ciekawe. A oni mają coś więcej niż sztucznie kreowaną i napędzaną więź pokoleniową, opartą na wspólnym narzekaniu. Choć oczywiście, oni też woleliby mieć pensje na poziomie zachodnich krajów Unii Europejskiej, na przykład po to, żeby podróżując po Europie nie musieć oszczędzać na wszystkim. Tylko że jak mają do wyboru: podróżować oszczędzając czy siedzieć w domu narzekając, że mogliby podróżować nie oszczędzając, wybierają to pierwsze.

Niestety mam wrażenie, że dzisiejsza szkoła z wydatną pomocą mediów oraz wszelkiego innego przekazu publicznego, zabija indywidualne marzenia. Pokazuje się raptem kilka pożądanych ścieżek kariery, w sklepach internetowych bombardują nas masowe produkty sprzedawane jako "oryginalne" i "podkreślające indywidualność", przedmioty są jednorazowego albo bardzo krótkiego użytku, więc się do nich nie przywiązujemy i nie tworzymy poprzez nie swojej indywidualności... I można by tak wyliczać dalej. Nic dziwnego, że aspiracją staje się bycie takim samym, posiadanie tego samego. No, w najlepszym razie: nieco nowszego modelu. Który zaraz zostanie przebity jeszcze nowszym. I tak ewig... usque ad finem. (A tymczasem pierwsza połowa tego mojego ulubionego cytatu z Lorda Jima brzmi "To follow the dream, and again to follow the dream...")

Dziś zamiast obrazka muzyczna dedykacja dla millenialsów (choć nie jestem pewna, czy zrozumieją, o co mi z tą dedykacją chodzi):

PS. Jeszcze jedno: wielka prośba do dziennikarzy i blogerów, żeby wreszcie przestali udawać/wmawiać, że społeczeństwo składa się z pracowników korporacji/narybku korporacji. To produkuje samonapędzający się mechanizm: czytelnik zaczyna wierzyć, że poza korporacją nie ma życia, nie ma szczęścia, nie ma świata. A na dodatek politycy mogą sobie dzięki temu spokojnie zapominać o tym, że istnieją również inne grupy, które od transformacji nie mogą się doprosić poprawy swojego bytu. Grupy naiwnych wykształciuchów, którzy - taki przekaz płynie z mediów - są biedni na własne życzenie, bo sami chcieli być tym, czym są.

piątek, 23 sierpnia 2013
Słoń a sprawa polska

Poszerzenie horyzontu zainteresowań historycznych sprawiło, że w wakacje dyskutowałyśmy z N dużo o tym jak się w Polsce uczy historii i dlaczego źle. Wiem, wiem, wakacje nie są od tego rodzaju dyskusji, ale te nasze wakacje są zawsze historyczne i zawsze prowokujące do niewakacyjnych dysput i tak już pewnie zostanie. A że tym razem leitmotivem była epoka napoleońska (Elba i Korsyka plus nieco północnych Włoch oraz powrót przez Austrię i Czechy), wyszłyśmy zasadniczo poza utyskiwanie na temat tego, że o antyku to przeciętny maturzysta wie tyle co nic, a jak już wie, to zazwyczaj z bezsensownej perspektywy. I tak skacząc od starożytności po przełom XVIII i XIX wieku (ten ostatni od jakiegoś czasu ostro sobie przewartościowujemy, w różnorakich fascynacjach nieco się czasem rozmijając, ale w sumie dochodząc do podobnych odkryć i wniosków) uznałyśmy, że chyba wszystkich epok uczy się w Polsce źle. I zrodził się z tego pomysł na notkę: grzechy główne nauki o kolejnych epokach. Są to przemyślenia subiektywne i oparte na niezbyt wielkiej próbie bezpośredniej (N, ja i parę osób, z którymi się o tym rozmawiało), ale również na tym, co obserwowałam niedawno kończąc drugie studia (na Wydziale Historycznym, jakby nie patrzeć) oraz następnie rozmawiając ze studentami. Poniżej zatem lista owych grzechów głównych, a chwilami to raczej może nawet bezsensownych ale wszędobylskich memów, które zatruły mi osobiście naukę historii na etapie zwłaszcza liceum - czyli tym, który dla wielu wyborów jest decydujący. Ponieważ na większości opisywanych epok znam się za mało, żeby pokusić się o pełniejszą argumentację, opiszę jedynie to, co rzuca mi się w oczy jako błąd w nauczaniu.

1. Starożytność.

Grzech główny: Atenocentryzm. Jest to grzech dość globalny, bo dziewiętnastowieczna historiografia w połączeniu z tradycyjną historią sztuki zrobiły z greckiego (czytaj: ateńskiego) V w. p.n.e. złoty wiek nie tylko w antyku, ale ogólnie w dziejach ludzkości i bardzo trudno z tym memem walczyć. Zapatrzeni w hasło "demokracja" nie widzimy, że z naszym współczesnym rozumieniem tego słowa nie miała ona wiele wspólnego. I że wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu mało kto w "Atenach Peryklesa" miał wszelkie obywatelskie prawa (sam Perykles miał przecież z tym cudownym systemem osobiste kłopoty).

Grzechy poboczne: zaniedbanie epoki hellenistycznej, która jest okresem największych osiągnięć kulturalnych i naukowych starożytności; w przypadku historii Rzymu skupienie się na podbojach (zarówno republikańskich jak i cesarskich), w związku z czym ze świeczką szukać nauczyciela, który potrafiłby wyjaśnić, na czym polegało znaczenie okresu augustowskiego, a to powinien być ten moment, na którym nauka szkolna się skupia, bo wtedy zmienia się oblicze świata.

2. Średniowiecze.

Grzech główny: jak ujęła to N "średniowiecze było w Polsce" (i po prawdzie stosuje się to do większości kolejnych epok, a do starożytności tylko dlatego nie, że Polski jeszcze nie było, ale za to na lekcjach literatury będzie o Sarmacji, więc to nadrobimy). Wiadomo, wszędzie uczy się w sporej mierze o "dziejach ojczystych", ale polska szkoła wpaja w człowieka przekonanie, że po "upadku cesarstwa rzymskiego" (spuśćmy zasłonę miłosierdzia na zasadność tego określenia) mamy zaraz rok 966, bo od "chrztu Polski" zaczyna się na serio nauczanie o średniowieczu. I ten polonocentryzm rzuca się następnie cieniem na wszystko inne, w związku z czym kończymy szkołę przekonani, że a ekspansja Krzyżaków stanowiła największy problem epoki, a bitwa pod Grunwaldem była najważniejsza na skalę europejską. Aha, a jedyną istotną zasługą Ottona III było to, że przyjechał na zjazd gnieźnieński i lubił Bolesława Chrobrego.

Grzechy poboczne: przemknięcie się nad całym wczesnym średniowieczem włącznie z epoką karolińską (kto pamięta jedynie wkuwanie kolejnych "renesansów", z czego absolutnie nic nie wynikało?), kompletny brak kontekstu (jeśli nie liczyć podkreślanego w kółko czeskiego pochodzenie Dąbrówki, choć nie wiedzieć czemu całkowicie pomija się prawdopodobne dynastyczne powiązania z Kanutem Wielkim, co byłoby znacznie ciekawsze i jest znacznie ważniejsze), kompletny brak pokazania, że pewne mechanizmy i procesy (np. "rozbicia dzielnicowe") były powszechne na pewnym etapie kształtowania się państwowości.

3. XVI w./"Renesans" (tak, polska szkoła uwielbia przypisywać epoki kultury do konkretnych wieków, co oczywiście nie ma sensu od samego początku)

Grzech główny: oderwanie od kontekstu europejskiego, który ogranicza się do Jagiellonów na tronach środkowoeuropejskich, Bony Sforzy oraz ewentualnie, jeśli nauczyciel jest ambitny, to jeszcze Elżbiety Habsburżanki. Konia z rzędem temu, kto po przeciętnej nauce szkolnej, nie zaglądając do wikipedii, powie, dlaczego Henryk Walezy "uciekł z Polski", zasługując sobie na miano nieudacznika w polskiej szkole. A konia ze srebrnym rzędem temu, kto po rzeczonej polskiej szkole ma pojęcie, czym następnie Henryk III zasłużył się we Francji...

Grzechy poboczne: brak pokazania linii rozwojowej renesansu w Europie, w tym podkreślenia, że w Italii XVI w. to już schyłek. Jestem przekonana, że dla rzesz absolwentów Michał Anioł jest współczesnym Jana Kochanowskiego.

4. XVII w./"Barok"

Grzech główny: litania królów elekcyjnych (do nauczenia się na pamięć z datami panowania). O połowie z nich można ograniczyć się do stwierdzenia, że byli i dać im (a zwłaszcza uczniom) spokój.

Grzechy poboczne: niestety do stwierdzenia, że "był" ogranicza się wiedza np. o Ludwiku XIV i potem człowiek nijak nie rozumie, dlaczego w tej Francji tak go wszędzie pełno. Ja już pominę fakt, który może być moim osobistym problemem, że ze szkoły wyniosłam przekonanie, że Richelieu był ministrem Ludwika XIV właśnie i długo nie mogłam w związku z tym uporządkować sobie fabuły Trzech muszkieterów. O braku jakiejkolwiek wiedzy o sukcesji brytyjskiej, Stuartach i Cromwellu (skąd, dlaczego, o co chodziło, poza tym, że "był") to już przez litość nie wspomnę. Dodam tylko, że w tej ostatniej kwestii znacznie więcej nauczyłam się w swoim czasie ze słynnej piosenki Monty Pythona.

5. XVIII w./"Oświecenie"

Grzech główny: praktyczne nieistnienie pierwszej połowy XVIII wieku, bo chyba polska szkoła nie wie, co z tym zrobić, jako że okres panowania Wettynów w Polsce nie niesie ze sobą żadnych spektakularnych wydarzeń, w których słoń a sprawa polska mogłyby znaleźć się na pierwszym miejscu w programie edukacji. Oczywiście sytuacja zmienia się w momencie, kiedy w drugiej połowie stulecia osiągamy rok 1772 i można już przez pięć lekcji lżyć oświecony absolutyzm za rozbiory Polski. Gdzieś po drodze miga nam amerykańska wojna o niepodległość (Kościuszko i Pułaski, no może jeszcze Waszyngton) oraz Rewolucja Francuska, ale o tym za chwilę.

Grzechy poboczne: jak zwykle brak kontekstu europejskiego. I wyliczanka wielkich umysłów oświeceniowych, która właściwie służy głównie temu, żeby podkreślić, że Krasicki et consortes i my też mieliśmy dobre chęci i wszystko byłoby super, gdyby Katarzyna nie uwiodła króla Stasia. A potem jedzie człowiek w Europę i widzi Katarzynę i Marię Teresę na piedestałach, ale w uszach brzmi mu jedynie, że to straszne kobiety były, bo cały czas zaprzątało im robienie Polakom wbrew. I - wiem to ze słyszenia - że wielu osobom bardzo trudno zmienić perspektywę nawet stojąc w Wiedniu czy Kazaniu.

6. XVIII/XIX w./"rewolucja i epoka napoleońska" oraz pierwsza połowa XIX w.

Grzech główny: po wzmiance o upadku Bastylii oraz ścięciu króla (w wykonaniu polskiej szkoły tych dwóch wydarzeń nie rozdziela bynajmniej trzy i pół roku, nad terrorem przemykamy wzmiankując Robespierre'a) przechodzimy do litanii bitew i obowiązkowego zapamiętywania dat oraz wskazywania na mapie. Fajnie, jeśli nauczyciel się zająknie o Kodeksie Napoleona. Potem następuje "o roku ów", Somosierra, Berezyna i Kongres Wiedeński, studnie i Waterloo. A następnie Powstanie Listopadowe. Ot tak, ni stąd, ni zowąd. Za to przez kilka lekcji.

Grzechy poboczne: powtórzmy to jak mantrę - brak kontekstu. Mamy wielką armię włóczącą się nieco bez ładu i składu po Europie od bitwy do bitwy, i mamy również Księstwo Warszawskie, oczywiście, ale nie mamy ani słowa o północnej Italii, Związku Reńskim czy królestwie Holandii. Zero o reformach społecznych, dziedzictwie rewolucji i powodach oporu kolejnych koalicji. Nie mamy nic o tym, że Kongres Wiedeński przypieczętował zwycięstwo konserwatyzmu i reakcji w Europie, nie mamy w zasadzie nic o niepokojach społecznych przed Wiosną Ludów. Nie mamy nic z tego, co w dziejach pierwszej połowy XIX w. jest fascynujące, tylko jakąś taką niestrawną papkę.

7. XIX w. (druga połowa do I wojny światowej)

Grzech główny: litania niepowiązanych ze sobą wydarzeń powybieranych na chybił trafił z historii Europy i Ameryki - obowiązkowo co nieco o wojnie secesyjnej (za to nie żebym po szkole wiedziała cokolwiek o wojnie krymskiej, wojnie francusko-pruskiej czy skąd u diabła wzięło się II cesarstwo), wśród których czołowe miejsce zajmuje Powstanie Styczniowe. Pozbawione skądinąd kontekstu społecznego, co nieco utrudnia następnie zrozumienie choćby Lalki Prusa.

Grzechy poboczne: całkowite zepchnięcie na margines kwestii "epoki wiktoriańskiej" - wszelkie sprawy społeczne załatwia się (a w każdym razie załatwiało, kiedy chodziłam do szkoły, bo w sumie w ramach kontestacji PRL to akurat mogło się zmienić) historią ruchu robotniczego, który trochę nie wiadomo przeciwko czemu występował (poza wyzyskiem w fabrykach, oczywiście). Obok powstania na plan pierwszy wybija się Otto von Bismarck jako kolejne wcielenie Katarzyny i Marii Teresy, Kulturkampf definiowany jest jako działania antypolskie, a jedna lekcja musi być o Drzymale i dzieciach z Wrześni. (I jak fajnie by było, gdyby nauczyciel potrafił tu przeprowadzić analogię do antypolskich nastrojów na dawnych kresach...)

8. XX w.

Grzech główny: skupienie się na dwudziestoleciu międzywojennym (w Polsce) z litanią prezydentów i premierów, nie mówiąc już o niekończących się mutacjach głównych partii politycznych (do wyuczenia się na pamięć z datami kolejnych metamorfoz). Nuda taka, że chce się wyjść z klasy. Grzech główny jeśli w klasie maturalnej starczy czasu na II wojnę i historię najnowszą: litania dowódców polskiego podziemia zbrojnego oraz mutacji różnych oddziałów tegoż.

Grzechy poboczne: brak kontekstu, to już chyba oczywiste. Dobrze, jeśli wspomni się o Republice Weimarskiej, Wielkim Kryzysie i Anschlussie. Ciekawam wielce, jak obecnie uczy się o Rewolucji Październikowej. Brak jakiejkolwiek wyniesionej ze szkoły wiedzy o organizacji państwa podziemnego, jeśli nie liczyć partyzantki; w kontekście II wojny brak właściwie jakichkolwiek informacji o tym,  w czym choćby trochę nie brali udziału Polacy. Ponieważ zaś w klasie maturalnej nie wyszliśmy prawie poza II wojnę, o reszcie nie napiszę, ale nie sądzę, żeby było lepiej. Zapewne jest gorzej.

Taak, jak już wspomniałam, jest oczywiste, że trzeba uczyć o "ojczystych dziejach", ale z tego pobieżnego przeglądu wiedzy, jaką wyniosła absolwentka klasy humanistycznej renomowanego krakowskiego liceum, wyłania się portret niewyobrażalnej wręcz zaściankowości. Polskiej edukacji nie obchodzą nie tylko naprawdę wielkie wydarzenia ani procesy historyczne, ale co gorsza - nie obchodzi jej, jak polska historia sytuuje się choćby w kontekście europejskim. Co gorsza, słyszałam, że w innych dziedzinach edukacji humanistycznej bywa podobnie - znajoma mówiła np. o szkole muzycznej, że uczyła się o mnóstwie czwartorzędnych kompozytorów, ponieważ mieli jakieś śladowe choćby powiązania z Polską. I fajnie, ale nadawałoby się to na monograficzny wykład na muzykologii, a nie na pierwszy czy nawet drugi poziom edukacji.

Chciałabym to jakoś podsumować, ale nie wiem jak. Oryginalnie notka miała mieć inny tytuł, ale doszłam do wniosku, że jeśli nie oderwiemy się od tej sprawy polskiej wszędzie, gdzie tylko się da, to będziemy uczyć źle i głupio. Na dodatek każdy słoń a sprawa polska nadaje się na wzmiankowany wykład monograficzny na odpowiednim kierunku studiów, ale żeby go zrozumieć, trzeba mieć najpierw ogólną wiedzę o tym, do czego się ta sprawa polska może w szerszej perspektywie odnosić.

PS. Zwierz Popkulturalny, która poza byciem Zwierzem jest również/głównie historykiem, podpowiedziała mi na fejsbuku, że "grzechem głównym najgłówniejszym uczenia historii w szkołach jest uczenie historii politycznej z jakimiś strzępkami historii gospodarczej (tu dopiero jest nie powiązany nie wyjaśniony misz masz który w żaden sposób nie składa się w całość) i kompletnie olanie historii społecznej która winna być dla uczniów, historią najważniejszą bo najlepiej tłumaczy świat" i ja się z tym jako podsumowaniem bardzo bardzo zgadzam. Dodam tylko, że ujęłabym to wręcz tak: w szkole mamy co gorsza sieczkę z historii politycznej i niewiele więcej...

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright