czwartek, 07 sierpnia 2014
Luźne notatki okołoliterackie

(Disclaimer: z góry przepraszam za brak sensownej tezy i chaos tej notki. Nie uporządkowało się, a chciałam o tym wszystkim coś napisać, bo mnie dręczy.)

Magazyn Świąteczny Gazety Wyborczej od jakiegoś czas wypytuje różne osobistości o ich lektury - jest to, jak mniemam, jakiś kamyczek w ogólnej promocji czytelnictwa. Jak się nietrudno domyślić, większość wypowiedzi to po prostu wspomnienia i opowiastki o ulubionych czy też znaczących książkach każdego odpytanego, więc nie jest to lektura powalająca poziomem intelektualnym. Aktorzy, reżyserzy i inni celebryci (raczej z wyższej półki) wymieniają kolejne tytuły i opatrują tę listę mniej lub bardziej ciekawym komentarzem.

Wśród tych wypowiedzi wybija się refleksja Tadeusza Gadacza, który, jak przystało na filozofa, daje refleksję szerszą, nie tylko wspomnieniową, ale - nazwijmy ją tak umownie, filozof wybaczy - egzystencjalną. Dotyczącą bowiem istnienia oraz wartości literatury jako takiej. Gadacz tezę stawia mocną i odważną (i daje ją w tytule swojej wypowiedzi dla podkreślenia wagi): "Literatura skończyła się w połowie XX wieku". Argumentuje to następująco: "Jestem dość konserwatywny i uważam, że literatura skończyła się w połowie XX wieku, mam problem z percepcją wszystkiego, co było potem. Literatura musi nieść istotne filozoficzne przesłanie, dawać jakąś fundamentalną prawdę o człowieku - jeśli tego nie ma, nie jestem w stanie wytrzymać, odrzucam. (...) W literaturze szukam odpowiedzi na pytania o kondycję człowieka, o sens ludzkiej egzystencji, nie szukam nigdy pocieszeń. Zresztą ta prawdziwa ich nie daje. Daje zrozumienie, uspokojenie. Pokazuje niedomknięcia, konieczność balansowania na niestabilnym gruncie, jakim zawsze jest życie."

W kwestii funkcji i celu literatury (sztuki, muzyki i ogólnie kultury) nie zgadzam się z autorem tej wypowiedzi dość fundamentalnie, nie odrzucam bowiem kultury "pocieszenia" ani nawet tej stricte eskapistycznej. Wręcz przeciwnie - uważam, że jest niezwykle potrzebna, a poza tym najzwyczajniej pod słońcem daje mi radość i estetyczną bądź fabularną przyjemność. Nie widzę nic zdrożnego w sztuce dla sztuki. Owszem, na dłuższą metę wolę obraz, który mnie prowokuje intelektualnie od ślicznego obrazka, w którym jest jedynie estetyka (i jest to powód, dla którego dość nisko na mojej skali ogólnego lubienia stoi większość impresjonizmu), podobnie mam z wierszami (dlatego Kawafis jest o Empire State Building nad Pawlikowską-Jasnorzewską), ale za to wcale nie lubię czytać np. tekstów filozoficznych. (Skądinąd to zabawne, bo sam Gadacz deklarujący nielubienie literatury pocieszającej powołuje się na Boecjusza i jego "pocieszenie, jakie daje filozofia" - może więc chodzi tylko i wyłącznie o to, jakiego pocieszenia kto szuka? Nie można od każdego wymagać, żeby szukał go w wysublimowanym wysiłku intelektualnym.)

Pośrednio zgadzam się natomiast z główną tezą postawioną przez autora: dla mnie również literatura - ta głównonurtowa - w dużej mierze skończyła się jakieś zapewne będzie już pół wieku temu. Niemal wszystkie próby przeczytania czegoś z tych okrzyczanych nowych powieści głównonurtowych właśnie - kończyły się porażką. Jeśli ktoś miał mi ostatnio coś ciekawego do powiedzenia - w duchu tego, jak o conditio humana w literaturze upomina się Gadacz - to byli to pisarze zajmujący się zasadniczo ambitną fantastyką, z Jackiem Dukajem na czele.

Ale zaczęłam właściwie od końca. Ten artykuł sprzed kilku miesięcy wyskoczył mi w formie linka od innej wypowiedzi, która po prawdzie jest ważniejsza. W tymże samym Magazynie, ale zupełnie ostatnio, pojawił się felieton Kazimierza Orłosia (pisarza raczej drugoligowego, ale, co istotne, starszego pokolenia) poświęcony najnowszej literaturze. I mam wrażenie, że to, co w swojej wypowiedzi o własnych lekturach Gadacz pozostawia domysłowi czytelnika, nie rozwijając wątku pustki od drugiej połowy XX w., Orłoś dopowiada.

Znów nie zgadzam się do końca z jego wszystkimi tezami - przede wszystkim jakoby nie dało się dobrze pisać z wyobraźni i absolutnie koniecznie było doświadczenie. Zgoda, nie sposób pisać o czymś, czego się kompletnie nie zna, na podstawie wikipedii i innych mądrości internetowych - a ten błąd namiętnie popełniają przede wszystkim autorzy marnej fantastyki i powieści historycznych (albo, co gorsza, melanżu obu tych gatunków), produkując w efekcie idiotyzmy naukowe bądź obyczajowe. Wydaje mi się jednak, że niekoniecznie trzeba być obserwacji, wzorów i doświadczenia świadomym, żeby pisać dobrą literaturę, a tak zdaje się sugerować tekst Orłosia.

Najważniejsze w tym tekście wydaje mi się jednak co innego: ktoś wreszcie odważył się powiedzieć (odnośnie młodej polskiej literatury), że król jest nagi. Przytoczę in extenso: "Czytając książki autorów z młodego i średniego pokolenia, mam także wrażenie, że coraz mniej chodzi tu o opisanie życia, egzystencji i losów ludzkich, ale przede wszystkim o szokowanie czytelnika, epatowanie obrzydliwościami i skandalizowanie. Jak również o szczegółowe opisywanie aktów seksualnych, jak z poradnika erotomana, w czym przodują niektóre młode autorki."

Lektura tych dwóch tekstów o literaturze przypomniała mi wakacyjne rozmowy z N. o jednym z ostatnich "głośnych debiutów", powieści nominowanej do co najmniej dwóch uważanych za prestiżowe polskich nagród literackich. Powieści, od której odstraszają mnie już opisy w wypowiedziach reklamowych i krytycznych, frazy w rodzaju "ponowoczesna depresja", ale przede wszystkim streszczenia zaczynające się od tego, że znudzona pracą w korporacji kobieta ucieka w alkohol, narkotyki i ogólną autodestrukcję. I że na dodatek nie ma w książce potępienia dla takiej postawy, ale rodzaj akceptacji. No więc wtedy po pierwsze coś we mnie zaczyna krzyczeć: To już było! To już było do znudzenia milion razy! Potem myślę sobie: O, kobieta napisała Pod wulkanem o kobiecie. Ale zaraz zaraz: właśnie to już było. A ponieważ nie znoszę Lowry'ego, to autorka P. ma u mnie słabe szanse. Następnie czytam kolejne recenzje i myślę sobie, że to są kolejne flaki, bebechy, potem dochodzi do mnie, że autorka jest osobą bardzo ale to bardzo młodą, ergo nawet o wypaleniu i depresji spowodowanej nudą życia może mieć pojęcie bardzo marne. Ale tak czytam i czytam, wszyscy się zachwycają: mocny debiut, odwaga, poczucie humoru, głęboka psychologia, książka o granicach kobiecego upokorzenia. (Na szczęście już pisząc tę notkę wpadam wreszcie na głosy negatywne i oddycham z ulgą: są jeszcze blogerzy, którzy myślą.)

Efekt jest taki, że chcę do książki zajrzeć (ale nie mam najmniejszej ochoty wydać na nią kilkudziesięciu złotych, nie mówiąc już o zajmowaniu sobie miejsca na półce - miejsca, którego dawno już nie ma): udaje mi się znaleźć kawałek e-booka z kilkoma rozdziałami. I co? I jak na moje ucho jest to proza marna. Pretensjonalna do bólu. Momentami prostacka językowo. Poczucie humoru (wysilam się, żeby je znaleźć) nie jest moim poczuciem humoru - ale to kwestia subiektywna. Równie subiektywne jest oczywiście to, że po tych kilku rozdziałach kompletnie mnie nie interesuje, co wydarzyło się pomiędzy zapowiedzianym na wstępie finałem fabuły a jej początkiem. Bohaterka jest mi w najlepszym razie doskonale obojętna, z potencjałem na sporą irytację. Drażni mnie też sposób prowadzenia narracji, taki nieporadnie gawędziarski (może tu część krytyki upatruje humor i ironię?). Na pewno technicznie jest to powieść lepsza od moich ulubionych złych lektur czyli książek "wydawanych" w internetowym samizdacie przez różnej maści grafomanów, na pewno od większości z nich literacko oryginalniejsza - ale to nie jest różnica między poziomem morza a nawet Tatrami, że o Himalajach nawet nie wspomnę. To jest różnica między poziomem morza a w najlepszym wypadku Beskidem Niskim.

Natomiast uderza mnie w tej książce od pierwszych stron to, o czym pisał Orłoś: mam wrażenie, że jest to powieść obliczona, skalkulowana na sukces. Ma być prowokująca, skandalizująca, ma używać mocnych sformułowań, ma szokować. Ale tak naprawdę ma postawić krytyka w trudnej sytuacji: krytyk ma być zdezorientowany, bo szokująca materia i język stały się wyróżnikami literackiej wybitności, a ta powieść tym wszystkim wręcz bezczelnie epatuje. Krytyk ma więc dostrzec tę powierzchnię, ale już nie zauważyć topornej narracji, niezgrabnych zdań jak z opowiadania pisanego przez nastolatkę do szuflady (sama też pisałam, więc wiem).

Nie będę się szczegółowo wypowiadać o fabule, bo nie mam całości tekstu, a ta notka nie jest recenzją tej powieści - dlatego nie wymieniam jej z tytułu, a autorki z nazwiska. Byłoby nieuczciwością pisać o książce, której się w całości nie przeczytało: problem jednak w tym, że fragment, z którym się zapoznałam, wraz z bardzo szczegółowymi recenzjami od zachwyconych po wytykające autorce, że nie ma pojęcia o piciu, nie zachęca mnie do dalszej lektury.

Powieść ta jest dla mnie raczej egzemplifikacją tego, o czym pisze przede wszystkim Orłoś, ale pośrednio również Gadacz: pewnego rodzaju pychy pisarskiej (że o tym epatowaniu, szokowaniu i skandalizowaniu nie wspomnę). Jest ona cechą zarówno internetowych grafomanów (poleciłabym stronę jednego takiego, która przysporzyła mi sporo radości, ale postanowiłam sobie w tej notce nie rzucać nazwiskami autorów), jak i autorów na tyle przebojowych, że swoje dzieła są w stanie sprzedać wydawnictwom i, co więcej, uwieść krytykę. Pychy, która każe im myśleć: napisałem, a więc jest wielkie. Sęk w tym, że to jest myślenie bardzo niedojrzałe, na miejscu, kiedy piszemy wiersze i powieści w liceum, trochę nieprzystające komuś, kto literaturą chce się parać na serio.

(Na marginesie: Znam parę osób, które coś tam sobie piszą - zazwyczaj z ambicją wydania tego w jakiejś nieokreślonej przyszłości. Niektórzy nawet wydają, dzieła zazwyczaj przeciętne. Niektórzy z tych, którzy piszą najlepiej, jak dotychczas nic nie wydali, bo mnóstwo czasu zajmuje im research, tworzenie świata i postaci, konstruowanie fabuły, dopracowywanie stylu. Czasem dręczy ich ciągła niepewność, czy to, co stworzyli, ma jakąś wartość. To oczywiście drugi biegun od tego przekonania, że stworzyło się arcydzieło: zmierzamy ku Josephowi Grandowi z Dżumy i jego wiecznie cyzelowanemu zdaniu o amazonce.)

Pretekstowa konkretna powieść, do której się tu odniosłam, jest dla mnie również jakimś dziwnym tworem z jeszcze jednego powodu. Otóż mam wrażenie, że mogłaby to być "literatura dla kucharek" à rebours, gdyby tylko autorka naprawdę miała dystans do tego, co tworzy. Bo przecież sytuacja, kiedy znudzona pracą w korporacji kobieta rzuca tę pracę i znajduje ucieczkę w czymś innym, to dokładnie sytuacja z różnych romansideł i popularnych obyczajówek autorek, których nazwisk konsekwentnie też nie wymienię. Tylko zamiast sielskiego życia na wsi mamy tu destrukcyjne zachowania i degrengoladę. Gdyby autorka P. wymyśliła sobie tę powieść w ten sposób, może i byłaby to ciekawa powieść. Ironiczna. Mówiąca coś o kondycji współczesnej cywilizacji, jeśli już nie człowieka.

I tu chyba w końcu jednak wypływa ten Orłoś z jego pochwałą doświadczenia. Pal diabli, że autorka P. z racji wieku zapewne nie ma doświadczenia ani z długą pracą w korporacji, ani z wypaleniem, ani z piciem, ani z narkotykami - co zarzuca jej część recenzentów. Ona by mogła tego wszystkiego nie mieć, gdyby miała doświadczenie z literaturą, a zwłaszcza kulturą popularną. Gdyby była świadoma tego, co pisze, na choćby trochę wyższym poziomie. Gdyby jej powieść była autentyczną grą ze współczesnością - autoironiczną, przekorną. A ju.ż najlepiej gdyby okazało się, że cała ta powieść jest prowokacją - niemal na miarę słynnego humbugu Alana Sokala.

Na koniec tego chaosu myślowego jeszcze jedno. W komentarzach pod tekstem Orłosia prym wiodły uwagi na temat tego, ile to lat mieli Kafka, Gogol czy Puszkin, kiedy pisali swoje wielkie dzieła albo debiutowali. To w odniesieniu do uwag o doświadczeniu, oczywiście. Autorzy tych komentarzy zapomnieli jednak o fundamentalnej różnicy między światem 200 czy 150 lat temu a naszymi czasami: w XIX wieku już szesnastolatkowie byli ludźmi dorosłymi. A zatem trzydziestolatkowie mieli za sobą dziesięć-piętnaście lat dorosłego życia. Pracy, dowodzenia wojskiem, udziału w jakimś rodzaju władzy czy choćby tylko życia towarzyskiego, jeśli pochodzili z dostatecznie wysokich sfer. Dobrym przykładem jest Rewolucja Francuska - dzieło trzydziestolatków: z naszego punktu widzenia młodych chłopaków, wówczas jednak ludzi z poważnym doświadczeniem.

Dlatego nie można zrównywać nawet trzydziestoletniego debiutującego Kafki z dzisiejszym trzydziestolatkiem: bagaż doświadczeń nawet te raptem nieco ponad sto lat temu był znacznie większy. I może dlatego "młoda" literatura jest dziś tak dramatycznie niedojrzała, że przedłużamy coraz to bardziej dzieciństwo, dwudziestoparolatków wciąż traktujemy jak dzieci (trochę z innej beczki: proszę sobie przypomnieć "mamę Madzi" - dwudziestoparoletnią, dorosłą kobietę, wykreowaną na niedojrzałą dziewczynkę, która przedwcześnie została matką...), ale jednocześnie boimy się im wytknąć niedojrzałość, brak doświadczenia i młodzieńcze zadufanie, kiedy mamy do czynienia ze skandalizującą literaturą...

Carries

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright