sobota, 29 września 2007
Jana Zamoyskiego renesansowa idee fixe

Dla porządku kilka słów o zwiedzaniu Polski przy okazji powrotu z Lublina. Okazja bowiem była rzadka, żeby zobaczyć coś jeszcze - zwłaszcza Zamość, jedyne polskie miasto zbudowane od podstaw na założeniach renesansowej architektury i urbanistyki. Oczywiście przez wieki te założenia diabli wzięli i teraz prześliczne stare miasto obrośnięte jest równie nijakimi dzielnicami jak wszystkie miasta w Polsce (a to i tak jest lepiej niż np. na Słowacji, gdzie władze chyba celowo niszczyły krajobraz, polecam w tym względzie położony niemal u stóp Tatr Poprad), ale jedna rzecz udała się w Zamościu na przełomie XIX i XX wieku: modernistyczny park założony w obrębie dawnej fosy i umocnień miejskich, w owym czasie już nie renesansowych, ale carskich. Jest to w rezultacie coś na kształt krakowskich Plant, tyle że bardziej parkowe.

Zamość, Rynek

Piętnastowieczni i szesnastowieczni humaniści postawili sobie za cel odrodzenie wzorców antycznych w sztuce i literaturze, a także języku. Ponieważ jednak nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki, stworzyli jakość nową, aczkolwiek na wzorcach antycznych opartą. O tym, jak czasy się zmieniły, najboleśniej przekonywali się zwolennicy posługiwania się wyłącznie klasyczną łaciną (radykałowie postulowali używanie jedynie słów występujących w tekstach Cycerona, Wergiliusza i im współczesnych) - która nie była w stanie opisać w pełni otaczającego ich świata, ponieważ nie istniały w niej słowa oznaczające wiele rzeczy, które pojawiły się już po złotym okresie literatury łacińskiej - by wspomnieć chociażby całe słownictwo związane z chrześcijaństwem.

Problemem nurtu, którego naczelnym hasłem było ad fontes czyli powrót do źródeł, był paradoksalnie... brak źródeł. Wiele znanych nam dziś zabytków starożytności skrywała od stuleci ziemia, teksty antycznych pisarzy znane były jedynie fragmentarycznie. Niektóre przetrwały wyłącznie dzięki cenzurze, a raczej chytrym cenzorom, którzy udając pobożne praktyki przemycali wcale nie takie pobożne dzieła do średniowiecznej szkoły i biblioteki. Postępowali przy tym podobnie jak później wielu autorów ideologicznych wstępów do książek z lat '50 - za komuny aby wydać dzieło literackie pochodzące ze zgniłego zachodu należało udowodnić (choćby stając na głowie) jego polityczną poprawność, w średniowieczu wystarczało dopisanie komentarza, tłumaczącego, że pogańskie bóstwa to alegorie cnót i grzechów, a cała opowieść - jak np. Przemiany Owidiusza - jest moralizatorską przypowieścią.

W ten sposób na zachodzie Europy uchowały się niektóre dzieła łacińskie, nie miała natomiast takiego szczęścia greka, której znajomość na terenach dawnego cesarstwa zachodniego dramatycznie spadła w czasach chrześcijańskich. Sytuacja zmieniła się dopiero wtedy, gdy Bizancjum zaczęli zagrażać Turcy - w obliczu ich ekspansji już w XIV wieku z Konstantynopola zaczęli uchodzić uczeni, którzy przywieźli z sobą na zachód na przykład teksty eposów Homera, zapoczątkowując modę na humanistyczne wykształcenie, obejmujące oprócz potocznej łaciny również grekę. Jednym z pierwszych hellenistów-amatorów zachodniej Europy był Francesco Petrarca (1304-1374), skądinąc piewca Rzymu i rzymskości, który celem swojego życia uczynił stworzenie łacińskiego eposu dorównującego Wergiliuszowej Eneidzie - albo i ją przewyższającego. Petrarka nawet ten epos napisał: jest to Africa opowiadająca historię znaną z Bellum Iugurthinum Salustiusza, tę o nubijskim królu Masynissie i Scypionie Afrykańskim. Najzabawniejsze jest jednak to, że tego skądinąd nudnego dzieła prawie nikt dziś nie czyta, podczas gdy każdy słyszał o sonetach do Laury ze zbioru Canzoniere, określanego przez samego autora lekceważącym mianem nugellae meae vulgares czyli w przybliżeniu drobiazgi pisane rodzimym dialektem (po toskańsku, jak wielbiony i pogardzany zarazem - za wybór języka epiki - Dante).

Petrarka, wbrew temu co uparcie twierdzą polskie podręczniki szkolne, nie jest przedstawicielem renesansu - przez całe życie pozostał człowiekiem średniowiecza, chociaż jego entuzjazm dla antyku niewątpliwie przyczynił się do rozwoju humanistycznego fermentu intelektualnego, którego efektem stał się po wiekach między innymi Zamość. Hetman wielki koronny Jan Zamoyski postanowił zbudować na terenie swych włości miasto zaprojektowane wedle włoskich renesansowych wzorów i uczynić z niego polską stolicę humanizmu. Dzieło pod każdym względem się powiodło: w 1580 r. król Stefan Batory potwierdził akt lokacji miasta, do którego Zamoyski zdołał ściągnąć wielonarodową społeczność (istniały tu spore kolonie żydowska i niemiecka, jak w większości miast polskich, ale również ormiańska i grecka), a do organizacji w 1594 r. Akademii Zamoyskiej wraz z drukarnią i biblioteką zaprosił najwybitniejszego żyjącego poetę-humanistę, Szymona Szymonowica, autora m. in. wzorowanych na Teokrycie Sielanek.

Zamoyski stworzył również pierwszy w Polsce rezerwat dzikiej zwierzyny - będący również terenem łowieckim, co w epoce, w której myślistwo wciąż stanowiło jeden z głównych sposobów pozyskiwania pożywienia nie powinno dziwić i nie jest z sobą sprzeczne. Dziś w Zwierzyńcu z zabytkowych budowli pozostał jedynie położony malowniczo na wysepce wczesnobarokowy kościółek.

 Zwierzyniec

czwartek, 27 września 2007
Latarnia w Lublinie
Latarnia, Lublin
Ponieważ nie zdążę dziś nic więcej napisać o podróży do Lublina i okolic, więc przynajmniej mały wpis fotograficzny zaraz po przyjeździe do Krakowa. Ta latarnia celowo świeci się w dzień. Przed II wojną w Lublinie znajdowała się jedna z najliczniejszych w Polsce gmin żydowskich; jak jest teraz - nietrudno się domyślić. Podobno jakiś czas temu na placu między zamkiem a kościołem św. Wojciecha odbył się spektakl poświęcony historii lubelskich Żydów, a ta latarnia grała w nim ważną rolę - i od tego czasu pozostala zapalona również w dzień, na pamiątkę żydowskiej historii miasta. Nie mam niestety bliższych danych na ten temat. W każdym razie mam nadzieję, że nie skończy się to, gdy wypali się obecna żarówka...
środa, 26 września 2007
O królach, aniołach i demonach (z Lublina)

Kaplica Trójcy św. rzeczywiście piękna. Nie jestem wielbicielką Bizancjum i np. w Grecji zdecydowanie wolę zwiedzać starsze zabytki, ale muszę przyznać, że te najwspanialsze bizantyjskie freski i mozaiki - w Ravennie, Meteorach, Osios Lukas - robią wrażenie. Jest jeszcze jeden aspekt kultury bizantyjskiej, który jakkolwiek sam w sobie jest mi dość obojętny, to jednak daje efekt wywołujący moją zdecydowaną aprobatę - przywiązanie do tradycji estetycznej. Sprawia ono (a dołącza się zapewne większa dbałość urzędników państwowych), że budowane obecnie w Grecji nowe cerkwie nie kłócą się z otaczającą je architekturą i nie szpecą krajobrazu - w przeciwieństwie do wielu nowych kościołów w Polsce, które wręcz straszą monumentalizmem i gigantomanią. Nie wiem, jak pod tym względem jest w Rosji, ale niezależnie od wielkości cerkiew ma wyglądać jak cerkiew, a nie jak blok z wielkiej płyty czy inne niewiadomoco, w czym celuje polska architektura sakralna ostatnich lat, nijak nie licząca się z lokalną tradycją architektoniczną.

Lubelską kaplicę, a raczej jej wystrój, ufundował Władysław Jagiełło, dzięki czemu na freskach został on dwukrotnie pokazany: raz w typowym przedstawieniu fundacyjnym, gdzie towarzyszy mu m. in. cesarz Konstantyn, dość rzadko spotykany w malarstwie zachodnim, oraz na arcyciekawym niewielkim fresku z filaru wspierającego tęczę - w ikonografii przypominającej litewski herb Pogoń. Jest tylko zwrócony w przeciwną stronę i zamiast miecza ma włócznię, ale nawet tarczę ma dokładnie taką jak na herbie, z podwójnym krzyżem litewskim. Ponieważ Pogoń jest udokumentowana jako herb książąt litewskich od czasów niewiele wcześniejszych, możliwe, że to przedstawienie nawiązuje do heraldycznego, które wówczas mogło nie mieć jeszcze ustalonej ikonografii. A po prawdzie to malowidło trochę przypomina przy okazji wizerunki św. Jerzego. Oczywiście z żadnego z tych fresków nie jesteśmy w stanie uznać za wiarygodny portret Jagiełły - sztuka średniowieczna, a tym bardziej bizantyjska, nie znała pojęcia realizmu w przedstawianiu rysów postaci.

Większość fresków w kaplicy przedstawia oczywiście sceny biblijne oraz świętych. Znajdziemy tu wiele scen popularnych wśród malarzy bizantyjskich, ale też takie, których nie widziałam wcześniej na innych freskach - jak np. scena sądu Salomona w kwestii dwóch kobiet spierających się o dziecko. Są tu też piękne przedstawienia różnych chórów anielskich, z których największe wrażenie zrobił na mnie cherub z prawdziwymi oczami na swoich trzech parach skrzydeł - w malarstwie zachodnim są to bardzo często pawie oczka.

Lubię oglądać obrazy z hierarchiami anielskimi z jednego powodu - bawi mnie zawsze powszechne przekonanie, że jest to element typowo judaistyczno-chrześcijański, podczas gdy tak naprawdę żydowska, biblijna - a następnie chrześcijańska - angelologia i demonologia zostały przejęte z tradycji mezopotamskiej i przede wszystkim irańskiej. Żydzi, jak wiadomo, przebywali przez pewien czas w tzw. niewoli babilońskiej, która była wynikiem przesiedleńczej polityki władców chaldejskich, a wcześniej również asyryjskich. W roku 538 król Cyrus II Wielki dokonał dzieła podboju Mezopotamii przez Medów i Persów, zdobywając Babilon, i zezwolił Żydom na powrót do Judei - dzięki temu w tradycji żydowskiej Persowie postrzegani są pozytywnie, jako wyzwoliciele. Religia żydowska została zaś mniej więcej sto lat po wyjściu z Babilonu skodyfikowana przez niejakiego Ezdrasza, który wcześniej przebywał na dworze perskim i tam między innymi się kształcił. W taki to sposób, poprzez asyryjski i perski Babilon przyszły do naszej kultury anioły i demony, będące wcześniej potomstwem i emanacją bóstw - odpowiednio światła i ciemności, ładu i chaosu.

Cherub, Kaplica Trójcy św., Lublin

poniedziałek, 24 września 2007
Ezop z Lublina

Jestem chwilowo w Lublinie. Nigdy tu wcześniej nie byłam i muszę przyznać, że całkiem mi się tu podoba: malutka starówka położona między zachowanymi bramami i trakt wiodący wysoko nad ziemią na zamek - jedną z najdziwaczniejszych budowli tego typu, jakie dane mi było oglądać. Ale co się dziwić: jego obecny kształt zawdzięczamy temu, że do trzynastowiecznego donżonu, czternastowiecznego kasztelu oraz kaplicy z XV wieku władze carskie dobudowały w wieku XIX więzienie w stylu neogotyckim z dodatkami neorenesansowego (co skądinąd jest rzadkością). Ale na zamku jeszcze nie byłam, dopiero jutro wybieram się oglądać ruskie freski we wspomnianej kaplicy pod wezwaniem Trójcy św., ufundowanej przez Władysława Jagiełłę, jeden z trzech takich bizantyjskich zabytków w Polsce.

Na razie chodziłam sobie po starym mieście pełnym odrestaurowanych kamieniczek o bardzo pięknych fasadach i zdobieniach nawiązujących do historii literatury polskiej, jako że w tych okolicach - zwłaszcza w pobliskim Zamościu - bywała cała śmietanka renesansowego humanizmu. Pochodził stąd natomiast pisarz wczesnorenesansowy, którego rymy są jeszcze urokliwie naiwne i nieporadne, ale za to jako pierwszy przybliżył Polakom w Żywocie Ezopa Fryga postać owianego legendą greckiego bajkopisarza.

Biernat z Lublina, bo o nim mowa, nie znał jeszcze problemów dręczących późniejszych filologów i autorytatywnie nazwał Ezopa "Frygiem" czyli pochodzącym z Frygii w Azji Mniejszej (znanej również dzięki "czapkom frygijskim" - nakryciu głowy wyróżniającemu w rzeźbie hellenistycznej i rzymskiej Persów, a następnie spopularyzowanym podczas Rewolucji Francuskiej), podczas gdy naprawdę nie ma żadnych przesłanek co do jego pochodzenia; co więcej - pierwszy zapis jego bajek wyszedł spod pióra niejakiego Demetriusza z Faleronu ok. roku 300 p.n.e. - czyli jest o ponad dwieście lat młodszy od autora, który z kolei być może po części nadał utrwaloną formę opowieściom dawniejszym. Osobiście podoba mi się teza, że Ezop - wedle legendy mieszkający na wyspie Samos niewolnik, podobnie jak jego o prawie sześć wieków młodszy tłumacz na łacinę, Fedrus - pochodził z Afryki, albowiem jego imię: w oryginale Aisopos (Αισωπος) może być zniekształconą formą rzeczownika Aithiops, oznaczającego "Etiopa", czarnego mieszkańca Afryki, a może i słówka tego dopełniacza, który brzmi Aithiopos (αιθιοψ, αιθιοπος). Czyli że jego imię mogłoby też być patronimem: syn Etiopa.

Czy Ezop rzeczywiście oprócz Samos przebywał również na dworze słynnego z bogactw lidyjskiego króla Krezusa i w Atenach Pizystrata, czy w Koryncie spotkał się z Solonem - nie wiadomo. Jedno jest pewne: jego opowiastki musiały na współczesnych wywrzeć wielkie wrażenie, skoro Ezopa wspominają w swoich tekstach tak różni pisarze jak Platon, Arystoteles, Ksenofont, Herodot i Arystofanes. A jego bajki zwierzęce powtarzane były z upodobaniem przez pisarzy aż po czasy romantyzmu, dziś zaś funkcjonują w języku potocznym - by wspomnieć chociażby "zielone winogrona".

 

Kamienica z cytatem z Biernata z Lublina
niedziela, 23 września 2007
Duch (opowieści) poza maszyną

Kocham erpegi. Znaczy się RPG - role-playing games, gry fabularne. Nie te komputerowe, ale takie klasyczne: z żywymi ludźmi, mistrzem gry, w pokoju i z kostkami. Kocham je między innymi za to, że w jakiś sposób przenoszą mnie w świat kultury przedliterackiej, kultury opowiadania i wspólnoty opowiadania, a także słuchania wciąż powtarzanych opowieści, w których obecny był mit. Jest to zresztą również powód, dla którego kocham fantastykę - bo to w tym popularnym gatunku mityczny sposób opowiadania i klasyczna fabuła przetrwały najsilniej.

W erpegach znajduję namiastkę kultury, w której aojd, bard czy skald siadał na agorze czy placu i śpiewał opowieści, w których słuchacze - zazwyczaj je w takim czy innym stopniu znający - uczestniczyli poprzez tę znajomość leżącego u ich podstaw mitu. W erpegu Mistrz Gry rozpoczyna opowieść, a gracze stają się jej uczestnikami, bohaterami - i wprawdzie nie znają zakończenia i jest ono po części przynajmniej zależne od ich poczynań, historię tę współtworzą. Wiem, że to porównanie może brzmieć troszkę niejasno i "metafizycznie" (głównie w rozumieniu, jakie w XVIII wieku nadał temu słowu Samuel Johnson, nazywając tym mianem konceptystycznych poetów z poprzedniego stulecia, którzy wydali mu się niezrozumiali i bełkotliwi), ale nie potrafię tego jaśniej wyłożyć. Jest to jak takie nescio quid, które sprawia, że coś się podoba albo się to lubi, mimo że nijak nie da się powiedzieć dlaczego.

Ze względu na to przywiązanie do opowieści jako najważniejszego elementu erpega moją ulubioną odmianą tej rozrywki jest tzw. storytelling, czyli właśnie snucie fabuły, w którym rzucanie kostkami na sytuacje losowe jest ograniczone do koniecznego minimum. Nie jestem fanką potyczek, w których dramatyzm tego, że naprawdę rzecz trwa sekundy, gubi się w obliczu konieczności rzucania kostką i odczytywania wyników ze skomplikowanych tabelek. Ale jak już mam rzucać kostką, to chcę to robić z namaszczeniem. W końcu czasem decyduje to o ważnych zwrotach fabularnych. No i właśnie kostki sprowokowały ten wpis.

Brałam parę dni temu udział w przygodzie prowadzonej przez mojego bardzo dobrego kumpla, który jest fenomenalnym graczem, nieco mniej fenomenalnym Mistrzem Gry, a na dodatek ma też fioła komputerowego, a konkretnie jest gorliwym wyznawcą sekty linuksowców. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że podstawowe pytanie o wiarę brzmi w tym przypadku: "czy masz [na komputerze] System czy windowsy"? I ja się zgadzam, że System - czyli Linux właśnie - jest od Windowsów o niebo lepszy, podobnie jak Unia Wolności jest o niebo lepsza od PiS-u - ale co ja poradzę na to, że większość społeczeństwa wybiera produkt gorszy, a deklarowana zgodność wszystkich linuksowych programów z windowsowymi jest niestety równie krucha jak ostatnie koalicje rządowe? A ja nie mogę sobie pozwolić na to, żeby redaktor w wydawnictwie miał kłopoty z otwieraniem plików z tłumaczeniem itd.

Ale co ma Linux do klasycznego erpega? Spieszę wyjaśnić: ów kumpel stworzył program, który "ułatwia" rozgrywanie elementów losowych, czyli tych, które normalnie wymagałyby rzutów wielościennymi kostkami. Zamiast żeby gracze rzucali, komputer losuje ich wyniki - wraz z wynikami wszystkich postaci Mistrza Gry. No i pięknie w przypadku tych ostatnich, ponieważ rzeczywiście: ogarnięcie przez jedną osobę wyników np. dziesięcioosobowej grupy napastników może nastręczać pewne trudności. Ale dlaczego odbierać przyjemność turlania graczom? Ja chcę mieć złudne poczucie, że to moja własna ręka sprawiła, że udało mi się trafić z kuszy albo że chybiłam. A jeśli jestem początkująca w magii, to chcę, żeby niespodziewanie udany czar był moim własnym dziełem.

Dlatego nie ustanę w wysiłkach, aby kumpel robił wyjątek chociażby dla mnie - jak innym graczom komputerowe generowanie szczęścia albo pecha ich postaci nie przeszkadza, to ich sprawa. Dixi.

Rzymskie kościane tabliczki do gry, British Museum

sobota, 22 września 2007
... qual pium' al vento (')

Kiedy wyjeżdżam do górskiego domku moich rodziców, nadrabiam zawsze zaległości w czytaniu gazet - w szczególności Wysokich Obcasów, Dużego Formatu i Tygodnika Powszechnego. Tym razem siłą rzeczy przeczytałam co nieco materiałów o zmarłym niedawno Luciano Pavarottim, a ponieważ opis wędrówki po Helladzie zajął mi większość blogowego września - poszatkowanego zresztą kilkudniowymi ucieczkami z Krakowa - teraz nadrobię zaległości i dorzucę swoje trzy grosze.

O niektórych moich przygodach z operą już pisałam, więc nie będę powtarzać, że najbardziej lubię Wagnera - między innymi za to, że nie będąc muzykiem po kilku przypadkowych dźwiękach lub w najgorszym wypadku taktach jestem w stanie rozpoznać, którego z jego dzieł słucham, każde bowiem jest inne, a nie jak w przypadku włoskiej opery podobne do siebie jak dwie krople wody (ostatnio dwa razy Donizetti oszukał mnie, że jest Verdim). Ale miałam nie o tym.

Zasadniczo chciałam o tym, że we wzmiankowanym powyżej Tygodniku Powszechnym przeczytałam dwa teksty o Pavarottim: egzaltowany wspomnieniowy felieton Tomasza Cyza i wyważoną rozmowę z Wiktorem Aleksandrem Brégym z radiowej dwójki. W zasadzie oba teksty mają rację i nie zamierzam z żadnym z nich polemizować, choć bardziej odpowiada mi ton i tezy rozmowy z Brégym, może i dlatego, że jako wielbicielka muzyki Wagnera z "trzech tenorów" najbardziej imponuje mi i zachwyca Plácido Domingo, który w podeszłym, zwłaszcza jak na śpiewaka wieku stworzył fenomenalne kreacje m.in. w Parsifalu i Lohengrinie czyli dziełach niepomiernie muzycznie trudniejszych od całej opery włoskiej razem wziętej. Co więcej - stworzył je nie tylko w studiu, gdzie można zrobić przerwę dla nabrania oddechu, ale i na scenie.

Zgadzam się, że Pavarotti miał bezbłędny, krystalicznie czysty głos - jak dla mnie może nawet chwilami za czysty, za doskonały, choć zapewne do Rigoletta pasujący lepiej niż jakikolwiek inny, albowiem arię Księcia La donna é mobile trzeba zaśpiewać lekko, czysto i bez wysiłku - jest to w końcu wyraz beztroskiego i hedonistycznego stosunku do życia. Nie wyobrażam sobie też, żeby ktoś lepiej zaśpiewał neapolitańskie piosenki i liryczne włoskie arie. Z całym szacunkiem nie wyobrażam sobie jednak Pavarottiego w repertuarze poważniejszym - w sensie muzycznym, nie trupa się w nim ścielącego. (Dla wyjaśnienia: nie znoszę Pucciniego, ponieważ oprócz przebojowych arii i duetów, które jak dla mnie są raczej rozmowami z elementami arii, nie znajduję w nim muzyki, natomiast pod względem operowej tragiczności losów bohaterów nie ustępuje on np. Verdiemu czy innym.) Co więcej - nie przekonują mnie również romanse Mistrza Luciana z muzyką rozrywkową - histeryczna maniera Bono całkowicie rozmija się z liryzmem Pavarottiego, Stinga zdecydowanie wolę solo (na dodatek najnowsze nagranie Every Breath You Take pokazuje, że również piosenki The Police wychodzą mu lepiej bez The Police), jeśli zaś chodzi o Queen to ciekawe mogłoby być spotkanie Pavarottiego z Freddiem Mercurym, ale nie z osieroconą resztą składu. A wszelkiej maści Zuccherów w ogóle nie trawię, z Pavarottim czy bez.

A w ogóle to muzyczne gusta mam, jak zauważyłam przeglądając moje płyty, a zwłaszcza ostatnie nabytki, wysoce eklektyczne. O czym może kiedy indziej. A tak nawiasem mówiąc, w zwiedzonym przeze mnie w sierpniu muzeum w Dionie znajduje się istny rarytas muzykologiczny: jedyne zachowane starożytne organy hydrauliczne.

Organy hydrauliczne, Muzeum w Dion

PS 1. Długo nie mogłam wymyślić tytułu tego wpisu, aż nagle przypomniałam sobie, że wedle cytowanej arii z Rigoletta kobieta zmienna jest niczym piórko na wietrze - a to skojarzyło mi się z hebrajskim haval havalim z biblijnej księgi Koheleta czyli Eklezjasty. Słowa te przekładane są na polski za łacińską Wulgatą jako marność nad marnościami, ale w oryginale mają związek semantyczny z powiewem wiatru. W księdze Koheleta widać bardzo silne wpływy filozofii epikurejskiej, a sądząc ze wszystkich wspomnieniowych artykułów bohater niniejszego wpisu hołdował w życiu zasadzie carpe diem i potrafił się życiem po epikurejsku cieszyć.

PS 2. Link do La donna é mobile ze spektaklu z udziałem Luciano Pavarottiego.

piątek, 21 września 2007
Wędrówka po Helladzie (7)

Epir - cd

Do zachodniego odcinka Via Egnatia (autostrada nazwana tak na cześć biegnącej ongiś przez Ilirię, Epir, Macedonię i kawałek Tracji rzymskiej drogi łączącej zachodnie wybrzeże z Byzantionem czyli późniejszym Konstantynopolem a dzisiejszym Istanbułem) dojeżdża się zapierającymi dech zygzakami po prawie pionowej ścianie - i niestety po drodze nie ma ani jednego miejsca widokowego, gdzie można by zatrzymać bezpiecznie samochód i ponapawać się niesamowitym widokiem, nie mówiąc o zrobieniu zdjęcia. Ta trasa ma jedną przewagę nad serpentynami wiodącymi od północy na alpejski Grossglockner w Austrii: serpentyny są zazwyczaj nieco dłuższe, choć nie mniej ostre.

A potem coś, czego w Europie właściwie już się nie spotyka - niemal pusta autostrada - i skok do Dodony, najstarszego miejsca kultu na terenie dzisiejszej Grecji (i jednego z najważniejszych), co więcej, miejsca, gdzie od początku czczono dwa bóstwa: Dzeusa i Dionę, jego żeńską odpowiedniczkę, spadkobierczynię najdawniejszych, matriarchalnych wierzeń. Przez wieki, bo aż po epokę hellenistyczną, w Dodonie przetrwały też najdawniejsze formy kultu: wróżenie z szumu liści dębów w świętym gaju, bosonodzy kapłani, którzy spali na ziemi, by mieć z nią jak najbliższy kontakt. Pierwotnie w Dodonie nie było nawet zabudowań świątynnych, choć z czasem zaczęto tu wznosić świątynie różnych bóstw olimpijskich i herosów, m. in. Afrodyty, Temidy, Heraklesa. Święte dęby - a z upływem czasu jeden wielki dąb - pozostawały jednak najważniejsze. Niestety ten ostatni, o którym pisze Pauzaniasz w Periegezie, podzielił los innych świątyń, kiedy Teodozjusz, cesarz zjednoczonego na szesnaście lat imperium rzymskiego, w 391 ogłosił chrześcijaństwo religią państwową i nakazał zburzenie wszystkich miejsc kultów pogańskich - zasługując w ten sposób obok niejakiego Tacjana (który za swój punkt honoru uznał niszczenie rzeźb pogańskich i został za to świętym) na miano patrona wandali. Można jedynie mieć nadzieję, że rosnące obecnie na miejscu świątyni Dzeusa imponujące drzewo jest bezpośrednim, choć zaledwie kilkusetletnim potomkiem tamtego dębu.

Dąb w Dodonie

Na przestrzeni wieków położona strategicznie Dodona miała zmienne losy: pierwszą świątynię Dzeusa, a właściwie mury wokół pozostałego z gaju świętego dębu zbudował na przełomie IV i III wieku epirocki król Pyrrus z ważnego w historii tej krainy plemienia Molossów - ten sam, który dzielnie i skutecznie opierał się ekspansji Rzymu, ale jego zwycięstwa były tak kosztowne, że w dalszej perspektywie nie zdołały powstrzymać rosnącej potęgi sąsiada zza zachodniego morza. Kilkadziesiąt lat później zespół świątynny został praktycznie zrównany z ziemią w czasie najazdu południowych Etolów na Epir, a Dodonę odbudował dopiero dwa stulecia później Oktawian po bitwie pod Akcjum - i w tym rzymskim kształcie przetrwała do końca, cały czas służąc jako wyrocznia, choć jej znaczenie zmniejszyło się już pod panowaniem ostatnich królów Macedonii i Epiru, którzy ustanowili tu igrzyska, sprawiając, że nad aspektem sakralnym zaczął przeważać kulturalny i rozrywkowy.

Co ciekawe, niszczycielskim zapędom Teodozjusza w największym stopniu oparł się rzymski teatr - może cesarz nie przejął się zanadto naukami Hipolita Rzymskiego (jednego z najwcześniejszych odszczepieńców od oficjalnej doktryny chrześcijańskiej i pierwszego antypapieża, który jednakowoż pokajawszy się przed śmiercią doczekał się wyniesienia na ołtarze) i Tertuliana (który pomimo posądzeń o herezję został jednym z najważniejszych i najbardziej wpływowych myślicieli wczesnochrześcijańskich) - obaj bowiem ci panowie gorliwie zwalczali widowiska teatralne jako niezgodne z moralnością chrześcijańską. Co nie wyszło na dobre kulturze europejskiej.

Teatr w Dodonie

W tym jednym z najstarszych świętych miejsc Europy kończę sprawozdanie z tegorocznej wędrówki po Helladzie, ale do antycznej Grecji będę tu i w podróżach na pewno często wracać, albowiem jest to moja najdawniejsza w pełni uświadomiona wielka miłość - zakochałam się mając lat 6 i nie wygląda na to, żeby miało mi przejść.

Parafrazując minimalnie Modlitwę Pana Cogito - podróżnika Zbigniewa Herberta, przez Grecję "jestem uwiedziona na zawsze i bez wybaczenia".

Fragment rzeżby hellenistycznej, Muzeum w Pelli

środa, 19 września 2007
Wędrówka po Helladzie (6)

Epir - cd

Po nieoczekiwanym doświadczeniu z Nikopolis postanowiłyśmy nadłożyć jeszcze nieco drogi i wrócić się do pobliskiego Kassope (drogowskazy widziałyśmy poprzedniego dnia, ale byłyśmy zajęte szukaniem noclegu), które przewodnik archeologiczny przedstawiał jako jedno z najlepiej zachowanych założeń hellenistycznego miasta. I rzeczywiście: znów spory teren, mury i drogi ciągnące się po wzgórzach - w przeciwieństwie do Nikopolis Kassope było położone wysoko, z pięknym widokiem na zatokę Akcjum. I coś dla szydełkowych beretów z Delf: na jednym końcu miasta odeon, na drugim teatr. A pomiędzy nimi doskonale zachowane drogi i ruiny domów i sklepików na agorze - tu wreszcie świetnie widać, jak niewielkie były te pomieszczenia, ponieważ można się między nimi przejść, wchodzić pozostałościami drzwi, a także spojrzeć nieco z góry na całość.

Kassope, agora i odeon

Oczywiście Kassope było miastem prowincjonalnym, żadnym ważnym ośrodkiem religijnym czy politycznym, stąd zapewne niewielka skala budynków; teatr i odeon pełniły tu zapewne funkcje zarówno kulturalne jak i publicznych zgromadzeń, niemniej sam fakt istnienia tu dwóch instytucji kulturalnych świadczy dobitnie o poziomie cywilizacji w dobie hellenizmu. Ciekawe czy i wówczas po uliczkach agory błąkały się kozy okolicznych pasterzy - po prawdzie pasterstwem kóz zajmowali się nierzadko w młodości mitologiczni herosi, a także zupełnie już historycznie - przodkowie różnych wybitnych królów i polityków.

Kassope

W przeciwieństwie do dwóch poprzednich, Nekyomanteion był obecny na trasie naszej wędrówki od samego początku - nie mogłybyśmy przecież ominąć świątyni bóstw podziemnych, w której Odyseusz przyzywał ducha Achillesa. Samo miejsce nie jest jakoś specjalnie imponujące; niektórzy archeologowie uważają, że to ruiny ufortyfikowanej farmy, a nie żadnej świątyni, a na dodatek na samej górze w czasach bizantyjskich wystawiono kościół - najwyraźniej przedstawiciele nowej religii byli zwolennikami tezy o świątyni.

Natomiast podziemna grota wróżb, właściwa świątynia, robi wrażenie. Jest tam ciemno (mimo założonego oświetlenia), wilgotno i dość niesamowicie - na dodatek w najdalszej głębi groty znajduje się tajemnicza szczelina i nietrudno uwierzyć, że było to miejsce, w którym spodziewano się kontaktu z podziemnym królestwem cieni. Tego rodzaju świątynia znajdowała się raczej w naturalnej grocie, na powierzchni posiadając co najwyżej skromne zabudowania - greccy bogowie podziemia nie byli źli (religia i mitologia grecka nie zna w ogóle takiego pojęcia), ale byli przerażający, toteż nie wznoszono im okazałych świątyń, rzadko tworzono wizerunki, a architektoniczne piękno nie pasowało do najbardziej pierwotnych z kultów. Oryginalne zabudowania Nekyomanteionu są rzeczywiście bardzo stare - z okresu mykeńskiego - i najwyraźniej w takiej formie przetrwały starożytność do nadejścia chrześcijaństwa.

Nekyomanteion

Świątynia Hadesa i Persefony wraz z wyrocznią umarłych mieściła się, jak wiadomo z Odysei w pobliżu miejsca, gdzie rzeka Acheront, odnoga podziemnego Styksu, wypływa na powierzchnię. Niestety, ze wzgórza Nekyomanteionu żadnej rzeki nie widać, ale nie ma to jak złe oznakowania na szosach. Pomimo wszelkich starań nie udało nam się trafić na najkrótszą drogę ku Joanninie, błąkałyśmy się po bocznych górskich dróżkach z nadzieją, że przynajmniej zerkniemy na wijący się pięknie po mapie Acheront, kiedy oczom naszym ukazał się drogowskaz w języku angielskim "River Acheron Springs" czyli ni mniej ni więcej tylko źródła Acherontu! Drogowskazy pojawiały się i znikały na najgłówniejszej z okolicznych dróg - ale w końcu doprowadziły nas w niezwykle piękny zakątek, na dodatek całkiem, jak się okazało popularny turystycznie, choć znów głównie wśród miejscowych.

Z tymi źródłami to lekka przesada - dojść się tam nie da, w każdym razie nie suchą stopą, a woda w Acheroncie jest zimna tak, jakby to Dante miał rację, że w najniższym kręgu piekła panuje przeraźliwy mróz. Co więcej - same źródła ewidentnie są podziemne, a na powierzchnię woda wypływa licznymi wywierzyskami, tworząc dość szybko całkiem pokażną rzeczkę. Jej brzegi porośnięte są gęstą roślinnością, wśród której prym wiedzie bluszcz - jedna z magicznych roślin kojarzonych z przejściami do innych światów oraz światem umarłych. W ramach atrakcji turystycznych można się tu przepłynąć kajakiem lub przejechać konno w stronę najdalej położonych wywierzysk - i to jest to, co w przyszłości, mając nieco więcej czasu muszę zrobić.

Acheron

Z Acherontem związana jest jedna z moich ulubionych fraz łacińskich: Flectere si nequeo superos Acheronta movebo z VII księgi Eneidy Wergiliusza (w przekładzie Zygmunta Kubiaka: Jeżeli nie ugnę niebios, Acheron poruszę). Nie żebym jakąś szczególną sympatią pałała do Junony, która wypowiada te słowa, gniewna, iż dopełnia się los Eneasza i nie ma jak go zawrócić od italskich brzegów i zapobiec jego małżeństwu z Lawinią, i że oto rywalka Wenus odniesie kolejne zwycięstwo, ale po prostu uważam, że jest to jeden z najpiękniejszych kawałków heksametru i wspaniała poetycka fraza.

PS. W cytacie podkreśliłam samogłoski akcentowane metrycznie, żeby można było docenić brzmienie.

sobota, 15 września 2007
Wędrówka po Helladzie (5)

Etolia i Epir

Z Delf ruszamy na zachód, po drodze oglądając przepiękny most przerzucony niedawno nad Zatoką Koryncką z okazji olimpiady w Atenach - most, który oznacza koniec koszmarnej przeprawy promem do Patras - przeprawy, która kilka lat temu kosztowała mnie udar słoneczny i pół dnia pod kroplówką w samym sercu Arkadii. Ale tym razem nie jedziemy na Peloponez, omijamy więc zjazd na most i nową autostradę do Aten, kierując się - jak się okaże wieczorem - ku przylądkowi Akcjum, gdzie w 31 roku p.n.e. rozegrała się wielka morska bitwa, w której Gajusz Oktawian zwany później Augustem pokonał Marka Antoniusza i ostatnią królową Egiptu z dynastii ptolemejskiej (i po prawdzie w ogóle ostatnią królową Egiptu) Kleopatrę VII.

Uczciwie przyznam, że trafiłyśmy tu przez przypadek. Jechałyśmy w ogólnym kierunku północno-zachodnim, ale że poprzedniego dnia zajęło nam sporo czasu odnalezienie ruin Kalidonu (tego od polowania na dzika, Meleagra i Atalanty), nie zajechałyśmy aż tak daleko, jak to było w planie. W Kalidonie, nawiasem mówiąc, chodził mi po głowie dwuwers z dedykacji Psałterza Dawidowego Kochanowskiego, ten z frazą "gdzie dotychczas nie było śladu polskiej stopy" - albowiem zastanawiałyśmy się przez cały czas, ilu w ogóle turystów odwiedza ten zakątek. Droga dojazdowa jest polna i kamienista, teren wykopalisk niby zabezpieczony, ale brama otwarta - a z miasta pozostało niewiele. No i straszliwe dziki nie wyskakują zza drzew. Za to na samym środku ruin rośnie gruszka z wspaniałymi owocami.

Ruiny Kalidonu

A zatem późnym popołudniem po odnalezieniu w szczerym polu pozostałości po polowaniu na dzika kalidońskiego dotarłyśmy na zachodnie wybrzeże Grecji, a znalazłszy hotel, ruszyłyśmy na poszukiwanie tawerny. Los jednak najwyraźniej chciał inaczej: w pobliskich miasteczkach były wyłącznie hotele i kluby, które jakoś nie wyglądały zachęcająco - w przeciwieństwie do brązowej tabliczki kierującej do Nikopolis. Wiedziałyśmy, że w okolicy są jakieś zabytki, ale nie zdążyłyśmy doczytać szczegółów, rozważałyśmy nawet odwiedzenie ich następnego dnia, ale skoro ten się tak narzucił, grzechem byłoby nie sprawdzić, co to. Spodziewałyśmy się czegoś na miarę Kalidonu, tymczasem to, co ukazało się naszym oczom, było ogromne: ciągnące się kilometrami ruiny wielkiego miasta otoczonego doskonale zachowanymi murami!

Po murach na pierwszy rzut oka było widać, że są dość późne, ale mimo to weszłyśmy do środka - i nie pożałowałyśmy.

Nikopolis

Muzeum i teren są najwyraźniej dopiero w przygotowaniu do zwiedzania: wchodzi się za darmo, opisy są bardzo niekompletne, ale całość jest imponująca. Miasto zostało założone przez Oktawiana na miejscu obozu jego wojsk, by uczcić zwycięstwo pod Akcjum, ale z tamtego czasu zachowało się stosunkowo niewiele - wiele budynków pochodzi z czasów znacznie późniejszych, kiedy po podziale cesarstwa Grecja znalazła się w obszarze wpływów bizantyjskich. Widocznymi na zdjęciu murami otoczył Nikopolis Justynian, jak dla mnie najsympatyczniejszy z cesarzy bizantyjskich, ale zachowane w domach mieszkalnych mozaiki są prawdopodobnie wcześniejsze.

Nikopolis, mozaika

Był zachód słońca i nie dało się niestety bardzo dużo czasu spędzić w tym starożytnym mieście - ale jest to z pewnością miejsce, w które chętnie bym wróciła. A najzabawniejsze w tym wszystkim było to, że aż do powrotu do hotelu i do zajrzenia do przewodnika archeologicznego nie miałyśmy pojęcia, co to za cudo nam się trafiło, mimo że miałyśmy wszystkie elementy łamigłówki w ręce: nazwę, oznaczającą "miasto zwycięstwa", informacje, że jest to miasto z czasów rzymskich, oraz nieustannie pojawiające się na drogowskazach "Aktio"... Co gorsza, ja nawet pomyślałam w pewnym momencie, że ta nazwa przypomina Akcjum, ale nawet nie podzieliłam się tym skojarzeniem z pilotką i współtowarzyszką podróży - zakładając mylnie, że Antoniusz i Kleopatra nie zapuścili się tak daleko od Egiptu i to historyczne Akcjum musi być gdzieś bardziej na południowym wschodzie. Na dodatek tak mocno zakorzeniło się w języku łacińskie brzmienie tej nazwy, że nawet oczywista tożsamość (starogreckie neutrum na -on zmienia się w nowej grece na -o, a w łacinie odpowiada mu końcówka -um, mamy więc: Aktion - Aktio - Actium) nie zwróciła mojej uwagi.

Nawiasem mówiąc tawernę znalazłyśmy już grubo po zmierzchu i to jakieś dwieście metrów od hotelu.

Nikopolis

czwartek, 13 września 2007
Wędrówka po Helladzie (4)

Beocja

Początkowo zamierzałyśmy pojechać z Wolos prostą drogą do Delf, które na trasie znalazły się ze względów emocjonalnych (obie wcześniej tu byłyśmy i to stosunkowo niedawno) - to w końcu jedno z najważniejszych miejsc w historii i mitologii greckiej, no i jedno z takich miejsc na świecie, gdzie czuje się, powiedzmy, obecność mitu. Ale przypomniało nam się, że na ziemi beockiej rozegrały się co najmniej dwie ważne bitwy starożytności: w 479 pod Platejami (grecko-perska) i w 338 pod Cheroneą (helleńsko-macedońska, pisałam o niej co nieco 11 kwietnia ). Plateje są już blisko Attyki, więc całkiem nie po drodze (planowałyśmy wędrówkę głównie północnymi i zachodnimi krainami), ale przejazd przez Cheroneę oznaczał nadłożenie zaledwie 30-40 km, więc nie sposób było się oprzeć pokusie.

Jeśli w obrazkowym guglu wpisze się Cheroneę odpowiednio - czyli najlepiej w transkrypcji angielskiej: Chaeronea - to najczęściej wyskakują zdjęcia monotonnej równiny. Tymczasem dolina jest wprawdzie szeroka i z pewnością dogodna jako pole bitwy, to krajobraz ją otaczający zapiera dech w piersi, zwłaszcza jeśli zjechać w odpowiednią boczną dróżkę, na końcu której przed spośród oliwek nagle wyłaniają się ruiny położonego na wzgórzu, u stóp skał teatru.

Teatr w Cheronei

Poza tym główną atrakcją sennego miasteczka jest marmurowy lew upamiętniający zdaniem jednych Ateńczyków poległych w bitwie, zdaniem innych zaś - tebański Święty Legion, najbardziej elitarną i w największym stopniu owianą legendą jednostkę bojową Hellady. Sam pomysł - tworzenia części armii ze specjalnie wybieranych żołnierzy, których łączyły uczuciowe i intymne stosunki - nie był prawdopodobnie wyjątkowy i podobne oddziały istniały również w innych greckich poleis. O wyjątkowości Hieros Lochos ton Thebon zadecydowała reforma przeprowadzona przez Pelopidasa i Epaminondasa po roku 379. Ci dwaj strategowie, wcześniej towarzysze broni i nie tylko, wyodrębnili Legion z armii, tworząc z niego elitarną jednostkę. Jak na ironię, mowa tu o tym samym Epimanondasie, u którego pobierał nauki (i nie tylko) Filip Macedoński - ten sam, który pół wieku później pod Cheroneą miał zmieść Legion z powierzchni ziemi. Zdaniem starożytnych historyków bitwy nie przeżył żaden z członków Świętego Legionu - zapewne zresztą nie z powodu żądzy krwi Filipa, który podobnie jak później jego syn znacznie chętniej włączyłby żołnierzy pokonanego nieprzyjaciela do swojej armii, ale dlatego, że etos tej jednostki zakładał walkę do końca. Klęska tego oddziału była ostatecznym dowodem na to, że przestarzała armia grecka nie ma szans w starciu z falangą i kawalerią macedońską - w reformie których Filip wykorzystał doświadczenie zdobyte w Tebach... Oznaczało to również, że jeśli Grecy chcieli stawić czoła potędze perskiej, musieli to uczynić z wojskiem zorganizowanym na nowoczesny sposób macedoński. Nic zatem dziwnego, że król Macedonii został obwołany naczelnym strategiem w wyprawie perskiej.

Co ciekawe, niezwykle podobny lew upamiętnia prawdopodobnie w Amfipolis pochodzącego z tego miasta Laomedona, jednego z hetajrów Aleksandra, który miał zatem szanse znajdować się w lewoskrzydłowym oddziale konnicy, dowodzonym w bitwie pod Cheroneą przez następcę macedońskiego tronu.

Lew w Cheronei

No a w Delfach spędziłyśmy ponad pół dnia, obchodząc dokładnie cały teren świątyni z przyległościami. Było to pierwsze prawdziwie popularne turystycznie miejsce na trasie naszej wędrówki i dość dziwacznie było znaleźć się nagle w wielojęzycznym tłumie. Oczywiście w gwarze tym nie zabrakło również głosów wycieczkowych Polaków i niestety - jak często - czułam wstyd słysząc bzdury wygadywane przez rodaków. Nic wprawdzie nie przebije ubranego w dres dwudziestolatka, którego miałam wątpliwą przyjemność wymijać w lutym w drodze na ateński Akropol - młodzian ten tłumaczył bowiem swoim nieco starszym żeńskim towarzyszkom, że na Akropolu mieszkali zdaniem starożytnych bogowie. Niemniej dwie panie w Delfach, które wyglądały tak, jakby berety z anilany zdjęły tylko z powodu upału, dziwiące się niepomiernie, że "tak dawno, a i teatr i stadion mieli", też były niezłe. Z trudem powstrzymałam się od zagadania do nich i uświadomienia im, że to kościół w późnym antyku i średniowieczu skutecznie i na wiele stuleci rozprawił się z 1. teatrem, 2. igrzyskami sportowymi.

Delfy: teatr, świątynia Apollina, gimnazjon

W muzeum w Delfach sporo jest zresztą rzeźb przypominających, że tu właśnie odbywały się panhelleńskie igrzyska sławą i wagą nieustępujące wiele olimpijskim. Oprócz wspaniałego późnoarchaicznego brązowego posągu woźnicy rydwanu - niewątpliwie jednej z najdoskonalszych rzeźb wszechczasów - są tu piękne wizerunki zwycięzców igrzysk, nierzadko królewskich synów z okolicznych poleis. A jeśli już mowa o pięknie, to znalazłam tu kolejny posąg bodaj najpiękniejszego mężczyzny w historii, Antinoosa, umiłowanego kochanka cesarza Hadriana (skądinąd jednego z najciekawszych i najmądrzejszych ludzi na rzymskim tronie), postaci otoczonej legendą za życia, a zwłaszcza po zagadkowej śmierci w nurcie Nilu - śmierci opłakanej przez Hadriana w iście nierzymski, a właśnie grecki sposób: tak jak Achilles rozpaczał po śmierci Patroklosa, a Aleksander po stracie Hefajstiona. Co ciekawe, jedynie w przypadku Rzymianina Hadriana mamy pewność, że relacje między nim a Antinoosem przekraczała granice przyjaźni.

Muszę przyznać, że patrząc na kolejne portrety Antinoosa nie dziwię się Hadrianowi, mimo że piękni, efebowaci młodzieńcy nie są zasadniczo moim ideałem urody męskiej.

Antinoos, Muzeum w Delfach
poniedziałek, 10 września 2007
Wędrówka po Helladzie (3)

Tesalia: Tempe i Wolos

Czyli dwa miejsca związane z bardzo ważnymi mitami. Przede wszystkim Dolina (czy też Wąwóz) Tempe, w której nimfę Eurydykę, ukochaną żonę Orfeusza, do której zalecał się pasterz Aridajos, ukąsiła śmiertelnie żmija, przez co zrozpaczony poeta musiał schodzić do Hadesu, aby bóstwom podziemnym odebrać żonę, ale następnie nie oparł się pokusie spojrzenia na nią zanim wyszli - mimo zakazu bogów - i stracił ją na wieki. Może lepiej by dla niego było niczym żona Lota zostać za ciekawość i zakazane oglądanie się zostać przemienionym w słup soli, albowiem spotkał go później los straszliwszy: rozszarpały go menady czyli bachantki.

Tempe jest jednym z tych miejsc, które najlepiej pamiętam z dziecięcych pobytów w Grecji, i nie bez powodu: jest to jeden z najpiękniejszych przyrodniczo zakątków tego globu, i nawet nie przeszkadza tu strasznie szosa i tory kolejowe, obie te linie komunikacyjne są bowiem poprowadzone w sposób dość dyskretny. Dziecięciem przejeżdżając przez Tempe słuchałam po raz pierwszy opowieści o Orfeuszu i Eurydyce i zawsze kiedy tam wracam, przypomina mi się tamto popołudnie sprzed lat jakby to było wczoraj.

Później dowiedziałam się, że istnieją inne, mniej romantyczne wersje mitu o Orfeuszu, w których śmierć Eurydyki jest karą za zdradę męża z urodziwym pasterzem; niekiedy nawet to sam zazdrosny Orfeusz w afekcie zabija żonę - ale wolę ten wariant najbardziej znany i najpiękniejszy, który znam z dzieciństwa i zaczytanej na śmierć Mitologii Parandowskiego, którą dostałam zaraz po powrocie z pierwszej wizyty w Grecji.

Dolina Tempe

Półwysep Wolos i masyw Pelionu to z kolei przede wszystkim kraina centaurów, miejsce zaślubin Peleusa i Tetydy oraz dzieciństwa Achillesa, wychowywanego przez mądrego centaura Chejrona. Jego grota wedle przewodników ma się znajdować w pobliżu miejscowości Milies, dość pośrodku półwyspu. Co więcej, również panie z miejscowego muzeum potwierdziły tę informację, kierując nas ku maleńkiej stacyjce zabytkowej kolejki. Tabliczek informujących o grocie jednak nie było, toteż uznałyśmy, że jaskiniopodobny twór geologiczny mógł być siedzibą Chejrona - zresztą okolica była niezwykle piękna.

Samo miasto Wolos, leżące na samym początku półwyspu, utożsamiane jest ze starożytnym Jolkos, z którego wyruszyła po Złote Runo do Kolchidy nad Morzem Czarnym wyprawa Argonautów pod wodzą Jazona. Z antycznego Jolkos nie zachowało się prawie nic - do tego stopnia, że nie sposób z pewnością stwierdzić, gdzie dokładnie się znajdowało.

Wolos jest jedną z najbardziej spektakularnych przyrodniczo części Grecji, ale turystycznie na szczęście w małym stopniu nastawioną na obcokrajowców, w związku z czym przeważają tu niedrogie małe hoteliki, a kręte górskie drogi zapierają dech w piersi. Na północno-wschodnim krańcu półwyspu ciągnie się niezwykle piękne wybrzeże; spoglądając z góry na plażę w Mylopotamos można sobie wyobrazić, że to gdzieś na tych skałach tesalski książę Peleus mógł dostrzec morską boginkę Tetydę i zakochać się w niej tak bardzo, że w końcu zdołał przekonać niechętną nimfę do swych uczuć - efektem czego w dalekiej perspektywie miała być wojna trojańska.

Mylopotamos

niedziela, 09 września 2007
Wędrówka po Helladzie (2)

Macedonia - cd

Nie sposób zwiedzić antycznej Macedonii bez wizyty w historycznych stolicach: Aigai i Pelli, miastach związanych z najwybitniejszymi władcami tego kraju, przez Hellenów uważanego za barbaricum (Macedończycy pili np. nierozcieńczane wino, co było uważane za przejaw barbarzyństwa; pili je, co więcej, w wielkich ilościach, no i mówili dialektem nieco różniącym się, zwłaszcza wymową, od zwłaszcza attyckiej greki). Aigai, położone w dzisiejszej Verginie, było stolicą dopóki król Archelaos nie przeniósł jej do Pelli na początku IV wieku; w Aigai jednak nadal odbywały się najważniejsze ceremonie królewskie, tu zatem pozostała wielka nekropolia, tu również odbywał się ślub Kleopatry, córki Filipa II i Olympias, z bratem tej ostatniej zresztą, który fatalnie skończył się dla twórcy macedońskiej potęgi. Podczas weselnego pochodu króla zamordował niejaki Pauzaniasz, wzgardzony były kochanek, z poduszczenia jego wrogów politycznych (być może Ateńczyków - zdumiewające jest bowiem, że przebywający w odległych o jakieś 500 kilometrów Atenach Demostenes wiedział o śmierci Filipa w kilka godzin po tym wypadku - a nawet dziś samochodem i autostradami trzeba by te kilka godzin z Verginy do Aten jechać). A zatem również w Aigai tron objął - tradycyjnie przez aklamację - wyznaczony przez króla następca, urodzony w Pelli Aleksander, nazwany później przez Rzymian Trzecim i Wielkim (Grecy używali tylko imion i patronimów: Φιλιππος Αμυντου, Αλεξανδρος Φιλιππου).

Dzisiejsza Pella to jedno z najładniejszych malutkich miasteczek, jakie widziałam w Grecji: większość domów to piękne, zadbane i otoczone ogrodami wille, a w samym środku uroczy, choć bardzo senny - nie tylko w porze sjesty - ryneczek. Oczywiście nie jest to tak spektakularnie śliczna wioska jak te w górach Zagory czy Epiru, ale z tych nieco bardziej równinnych (czyli położonych na wzgórzach a nie w wysokich górach) jedna z najładniejszych. Co ciekawe - dziś morze oddalone jest od Pelli o dobre kilkadziesiąt kilometrów, mniej więcej tyle, ile Tessalonika, a przecież powodem przeniesienia tu stolicy było niegdyś... położenie nad zatoką, dogodne do budowy portu. Oprócz Pelli chyba tylko Termopile w podobnie wymowny sposób świadczą o zmianach terenu, w Termopilach nie ma już bowiem żadnego nadmorskiego wąwozu, tylko dość szeroka równina. Ale tam tym razem nie dojechałam.

Agora w Pelli

Pella jest też bardzo pusta. Mimo że maleńkie muzeum przy wykopaliskach ma jedne z najpiękniejszych mozaik w całej historii sztuki greckiej, turystów tu jak na lekarstwo, a przemysł turystyczny właściwie nie istnieje: w Pelli - w przeciwieństwie do Verginy - nie ma ani jednego sklepu z pamiątkami. I może dobrze; dzięki temu człowiek czuje się tu bardziej jak w historycznym miejscu, a nie w kramie z historią. Niestety dla zwiedzających otwarta jest tylko agora, której zabudowania pochodzą z czasów Kassandra oraz późniejszych, natomiast nie dało się wejść na teren akropolu i pałacu, a szkoda. Podobny zawód spotkał nas zresztą w Verginie, gdzie zamknięty był pałac i teatr - miejsce śmierci Filipa. Na szczęście byłam tam za poprzednią wizytą w tych rejonach kilka lat temu.

W Pelli natomiast byłam dość dawno, jak miałam jakieś siedem lat, ale i tak zapamiętałam z tamtego czasu te wspaniałe mozaiki - choć dopiero teraz doceniłam naprawdę ich kunszt. Specyfiką macedońskich mozaik było to, że układano je z naturalnych, a nie przycinanych i obrabianych kamyków, podkreślając niektóre kształty obramowaniami z ołowiu.

Fragment mozaiki przedstawiającej polowanie na lwa, Pella

W Verginie w latach '70 ubiegłego stulecia odkryto wspaniałe groby, wśród których jeden został bezsprzecznie zidentyfikowany z wystawnym pochówkiem Filipa syna Amyntasa, kilka innych zaś z grobami członków jego rodziny, których tożsamość nie jest aż tak pewna, ale być może jest wśród nich nieszczęsny upośledzony król Filip Arrhidajos, być może ostatnia żona Filipa Kleopatra Eurydyka, być może młody Aleksander IV... Wszyscy oni - a także wielu innych - zasługiwało na pochówki w Aigai, ale jak już wspominałam dwa wpisy temu niejaki Kassander skutecznie rozprawił się w ostatnich dekadach IV wieku z pozostałościami rodu Argeadów i zapewne niekoniecznie w związku z tym zadbał o ich godne i królewskie pochówki.

Niestety w muzeum Grobów Królewskich nie wolno robić zdjęć (choć oczywiście w ramach walki z głupimi przepisami kilka ukradkowo zrobilam - nie są niestety zbyt dobre), natomiast nikt nie czepia się żucia gumy, które doprowadziło mnie do szału, gdy kontemplowałam wejście do grobowca Filipa, człowieka, który jest jednym z moich starożytnych idoli, jako że sam hołdując jeszcze odziedziczonym po przodkach mało eleganckim obyczajom, potrafił zadbać o wspaniałe wychowanie swoich dzieci i przemienił prowincjonalne królestwo w polityczną i militarną potęgę, wykorzystując do tego fakt, że jako polityczny zakładnik i najmłodszy syn króla wychował się w Tebach, gdzie jego nauczycielem był między innymi jeden z największych greckich strategów, Epaminondas. No więc stoję sobie tak samotnie na schodach prowadzących do grobowca i nagle słyszę po lewej: mlask, mlask, mlask - pańcia około pięćdziesiątki, a chwilę później po prawej: mlask, mlask, mlask - jej nastoletnia córka. Nie wytrzymałam i w księdze pamiątkowej napisałam, że to nie licuje z miejscem, podczas gdy zakaz fotografowania jest absurdalny.

Grób macedoński, Vergina

A skoro już mowa o osiągnięciach Filipa, zupełnie przez przypadek udało nam się trafić do starożytnej Miezy, czyli miejsca, gdzie Arystoteles nauczał Aleksandra i jego towarzyszy - za co zażądał od Filipa ni mniej ni więcej, tylko odbudowania rodzinnej Stagiry. Iście królewska cena za edukację królewskiego następcy, ale chyba się opłaciło: Aleksander był niewątpliwie najlepiej wykształconym władcą starożytności. Inna sprawa, że Arystoteles nie bardzo miał inne propozycje: mimo że był najwybitniejszym uczniem Platona, mistrz nie uczynił go swoim następcą w Akademii, wybierając na to miejsce niejakiego Speusippusa - filozofa znacznie mniej utalentowanego, ale za to będącego bliskim krewnym. Rodzina Arystotelesa była natomiast związana z dworem macedońskim: jego ojciec był lekarzem Amyntasa, ojca Filipa.

Nadzieję na odnalezienie Nympheionu, świątyni nimf, w której mieściła się szkoła, straciłyśmy dość szybko - Macedonia nie należy do najlepiej oznakowanych części Grecji i nawet znajomość alfabetu tu nie pomaga: części potrzebnych znaków przy głównych drogach po prostu nie ma. Natomiast usiłując znaleźć muzeum w Lefkadii trafiłyśmy na bardzo boczną górską drogę, na której nagle objawił się drogowskaz "Σχολη Αριστοτελους - School of Aristoteles"... Miejsce okazało się prześliczne, istotnie idealne na świątynię Nimf: strumyk, obfita zieleń, naturalne groty. A w niektórych z nich widoczne ślady działalności człowieka: uformowane stopnie i ławy.

Nympheion w Miezie (Lefkadii)

Ostatnim etapem podróży po Macedonii było Amfipolis - ta kolonia grecka, która "wpadła w ręce Brazydasa ponieważ Tukidydes spóźnił się z odsieczą" i to miasto, w którym zakończyły się dzieje dynastii Argeadów. Niewiele się tutaj zachowało: bardzo piękne rzeźby w muzeum i kawałek agory, a poza tym późniejsze: rzymskie i nawet chrześcijańskie dodatki do miasta. Widać, że było ono niezwykle pięknie położone: ze wzgórza musiał w starożytności rozciągać się piękny widok na morze, za którym zaczynała się droga na wschód, do Persji, ku której zapewne spoglądała z tęsknotą uwięziona tu baktryjska księżniczka-wdowa, królowa-matka, formalnie królowa całego znanego świata...

 

Orestes i Elektra, Muzeum Archeologiczne w Amfipolis

 

sobota, 08 września 2007
Wędrówka po Helladzie (1)

Dziwnie tak pisać z perspektywy, ale dopiero teraz mam czas na bloga... Więc chyba zrezygnuję z opisywania chronologicznego, dzień po dniu i niczym Pauzaniasz, któremu ukradłam tytuł (Περιηγησις της Ελλαδος; periegeza to taki starożytny przewodnik turystyczny) postaram się zebrać wrażenia w jakiś w miarę logiczny układ. Będę pisać po kawałku, jako że poza wszystkim edytor blogowy nie akceptuje bardzo długich tekstów...

Macedonia

Pierwszym niezwykle pozytywnym zaskoczeniem była Tessalonika - miasto, po którym nic szczególnego sobie nie obiecywałam - jeśli nie liczyć, oczywiście, Muzeum Archeologicznego, w którym jest największa kolekcja macedońskiego złota oraz słynny srebrny krater z Derveni. Tymczasem miasto okazało się 1) ładne i pełne zieleni, 2) bardzo do życia. Bo na przykład przede wszystkim bez koszmarnych korków, za to z w miarę logicznym układem ulic - co zawdzięczamy ponoć pożarowi, po którym miasto odbudowano na planie miast zachodnioeuropejskich czyli z główną siatką ulic przecinających się pod kątem mniej więcej prostym. Zajechałyśmy do Tessaloniki dość niespodziwanie, ponieważ okazało się, że w sierpniowy weekend nie sposób znaleźć noclegu na Chalkidikach, gdzie chciałyśmy odpocząć po maratonie przez byłą Jugosławię. A potem wcale nie chciałyśmy stąd wyjeżdżać. Ale trzeba było, albowiem Macedonia obfituje w absolutnie fantastyczne miejsca do zwiedzania.

Pomnik Filipa II w Tessalonice

Przede wszystkim udało mi się wreszcie zobaczyć Dion, koło którego mieszkałam kilka lat temu z moim Eks, ale jakoś się nie złożyło, żeby tam pojechać (dla usprawiedliwienia powiem, że poświęciliśmy prawie pół wycieczki pobytowej na objazd Peloponezu, więc nie żebyśmy sie prażyli na plaży przez cały czas), zresztą po prawdzie wtedy jeszcze chyba niewiele tu było do oglądania, gdyż wykopaliska dopiero udostępniano zwiedzającym. Teraz jest to jedno z najbardziej efektownych miejsc w Grecji - choć nie zachowała się tu żadna większa budowla. Tym, co robi największe wrażenie, jest ogrom miasta, które było przede wszystkim ośrodkiem kultu - głównie Dzeusa Olimpijskiego i Demeter, ale w okresie późnohellenistycznym i rzymskim również bóstw napływowych, między innymi Izydy. Z tego właśnie okresu pochodzi większość zachowanych w Dionie domów oraz łaźnie, wszystko z pięknymi mozaikami.

Po terenie wykopalisk w Dionie można by chodzić cały dzień (myśmy spędziły tam chyba z pięć godzin) - nawet w upale, ponieważ zadbano o to, żeby przy każdym ważniejszym miejscu była studzienka z pitną wodą, no a na drzewach rosną świeże figi. A na dodatek gdzie się nie zwrócić, ma się wspaniały widok na masyw Olimpu, albowiem Dion było świętym miastem położonym u samych stóp siedziby bogów.

Brama miejska w Dion, w tle Olimp

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright