poniedziałek, 29 września 2008
Groza istnienia

Niemal dosłownie siedzę już na walizkach (a właściwie jednej, bo żeby ją zamknąć, trzeba na niej usiąść), ale staram się jeszcze wykorzystać ostatnie dni jak najlepiej... Niestety już za nieco więcej niż dwadzieścia cztery godziny (ech, i pomyśleć, że dla Jacka Bauera byłoby to aż nadto, żeby uratować świat - a przynajmniej Los Angeles - przed jakąś katastrofą) lecę z powrotem do Krakowa, a mogłabym zwłaszcza w tutejszych muzeach spędzić jeszcze następny miesiąc.

Dziś (zegarowo zapewne będzie wczoraj, jak opublikuję tę notkę) wybrałam się wreszcie na wystawę Francisa Bacona (1909-1992), uważanego za najwybitniejszego malarza brytyjskiego XX w., w Tate Britain. Nareszcie, bo mam tam wyjątkowo niedobry dojazd i co się wybierałam, to autobusy nie jeździły z powodu demonstracji - albo po prostu nie jeździły.

Zasadniczo nie przepadam za wystawami monograficznymi malarzy, bo rzadko interesują mnie np. wczesne próby albo dziesiątki szkiców do obrazów. W malarstwie lubię dzieła dokończone i udane. Ale Bacona chciałam zobaczyć w większej ilości, albowiem pamiętam szokujące wrażenie, jakie zrobił na mnie jego słynny tryptyk, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam go - a konkretnie jego tzw. drugą wersję (z 1988 r., pierwsza powstała w 1944) - na stałej ekspozycji w Tate Gallery. Ze wstydem przyznam, że dopiero teraz dowiedziałam się, że tryptyk ten nazywa się "Three Studies for Figures at the Base of a Crucifixion" (Trzy studia postaci u stóp krzyża), natomiast na tabliczkach zamieszczonych na wystawie - wymyślonej, przygotowanej i urządzonej znakomicie, muszę to przyznać - wyczytałam bardzo interesujące informacje, iż ateista Bacon widział w tych postaciach antyczne Eumenidy (choć ja z opisu i przede wszystkim wyglądu, charakteru tych postaci uznałabym je jednak za straszliwe Erynie w ich pierwotnej wersji), uczestniczki rytualnej ofiary.

Temat ten pojawił się zresztą pośrednio również w innym tryptyku (sam autor ponoć miał kiedyś powiedzieć, że forma tryptyku najbardziej mu odpowiada, bo przypomina klatki wyrwane z filmu), który zrobił na mnie największe wrażenie na tej wystawie - "Triptych inspired by the Oresteia by Aeschylos". Zastanawiam się, jakie znaczenie dla faktu, że to dzieło w największym stopniu zwróciło moją uwagę, mają jego konotacje antyczne. Może takie, że kiedy przeczytałam, co w zamiarze artysty jest przedstawione na poszczególnych płótnach, to w jakiś sposób to mnie przekonało. Bo ogólnie miałam z tą wystawą - a może raczej po prostu z Baconem - taki problem, że nie jest to malarstwo, które by mi się "podobało", a w większości przypadków (np. zdeformowanych portretów) nawet jakoś specjalnie do mnie przemawiało; nie jest to na pewno typ sztuki nowoczesnej, który kocham najbardziej (najbardziej kocham ekspresyjny abstrakcjonizm i niektórych przedstawicieli surrealizmu z Joanem Miró na pierwszym miejscu). Co więcej, to nie jest sztuka "do podobania się". Jest okrutna i przerażająca i koszmarnie wręcz pesymistyczna.

Ale do rzeczy, czyli wracając do wariacji na temat Orestei: tutaj całe to Baconowskie okrucieństwo i turpizm jakoś się dla mnie tłumaczyły. Czymś więcej, znaczy, niż tylko przekonaniem, że - cytując malarza z mikroprzewodnika po wystawie, który dostawało się z biletem - "jesteśmy mięsem, jesteśmy potencjalnymi truchłami". Jak nie jestem zwolenniczką daleko idących interpretacji dzieł sztuki, tak tu akurat widzę jakiś głębszy sens: zarówno tragedia grecka jak te przerażające obrazy w jakiś sposób obnażają różne aspekty człowieczeństwa. I bez trudu byłam w stanie zaakceptować wyjaśnienie, że na pierwszej części tryptyku przedstawiona jest właśnie jedna z Erynii/Eumenid, na drugiej - symbolicznie śmierć Agamemnona, na trzeciej zaś - zawieszony między życiem i śmiercią Orestes, oczekujący wyroku.

O dziwo ciekawa okazała się też część wystawy poświęcona warsztatowi twórczemu Bacona, a zwłaszcza odkryte w jego pracowni swoiste szkice: po części zamalowane zdjęcia (nierzadko zresztą dość makabryczne; obsesję w tym, co pozostało po malarzu, widać jak na dłoni), na których widać, w jaki sposób artysta pracował nad deformacją postaci ludzkiej. Dowiedziałam się też przy okazji, że inspiracją dla jednego z najsłynniejszych obrazów  - studium na temat portretu Innocentego X pędzla Velasqueza był nie tylko obraz hiszpańskiego malarza, ale również zdjęcie Piusa XII w lektyce - stąd złota klatka.

Na koniec coś, które nie daje mi spokoju do teraz. Jednym z ostatnich obrazów przedstawionych na wystawie był tryptyk z 1991 r., na którym malarz przedstawił m. in. siebie. W opisie dzieła przeczytałam, że "trzecie płótno przedstawia twarz Bacona nad wyraźnie kobiecym torsem". Otóż jedno spojrzenie na rzeczony obraz pozwalało stwierdzić, że z pewnością nie jest to tors kobiecy, posiada bowiem pewien element, który do kobiecego aktu nijak nie pasuje. Sęk w tym, że posiada ten element w wersji, nazwijmy to, okrojonej - czyli wynikałoby z tego, że jest to raczej przedstawienie eunucha - szczerze mówiąc, moim skromnym zdaniem znacznie dramatyczniejsze wyznanie niż gdybyśmy rzeczywiście mieli do czynienia z kobiecym ciałem. Niestety w zasobach sieciowych nie ma obrazków na tyle dużych, żeby było widać szczegóły, ale zapewniam wszystkich, że to nie jest kobiecy tors, jakkolwiek w podlinkowanej przeze mnie reprodukcji może się takowym wydawać.

Aha, przy okazji przeszłam się po galerii i po raz kolejny z przykrością skonstatowałam, że sztuka najnowsza wciąż błądzi po manowcach. Bacona można lubić albo nie lubić, ale był to artysta wybitny. Tymczasem w sali poświęconej najnowszym osiągnięciom młodych Brytyjczyków wieje nieznośną wręcz nudą. Nie ma nawet rekina Damiena Hirsta, bo po pierwsze Hirst to już nie artystyczny młodzik, po drugie jeśli rekin gdzieś jest, to pewnie w Tate Modern, bo stał się celebrity ponadbrytyjską, po trzecie rekin się psuł i trzeba go było wymienić, co nie wiem, czy w końcu nastąpiło (niektórzy krytycy uważali, że po wymianie rekina nie będzie to już to samo dzieło sztuki). A najlepszą opinię o Hirście przeczytałam w darmowej gazetce, którą dostaje się przy każdej stacji metra i większości przystanków autobusowych w centrum. Była tam ankieta zatytułowana "Czy Damien Hirst jest przereklamowany?", skierowana do mieszkańców różnych dzielnic Londynu. I niejaki Squiz z pobliskiego (względem mojego obecnego miejsca zamieszkania) Islington wypowiedział się następująco: "Anyone gullible enough to spend millions of pounds on a pickled shark deserves to be eaten by one." (Każdy, kto jest na tyle naiwny, żeby wydać miliony funtów na rekina w formalinie, zasługuje na to, żeby zostać przez rekina zjedzonym.) Właśnie.

Mozaika rzymska

 PS. I jeszcze jedno spostrzeżenie z nieco innej beczki. Przyzwyczaiłam się już do tego, że teraz jest taka moda, że Brytyjczycy ciągają ze sobą potomstwo w wieku dowolnym absolutnie wszędzie. Ale naprawdę zastanowiłabym się kilka razy, zanim przyprowadziłabym na tę wystawę dziecko, które już cokolwiek rozumie, a jeszcze nie wyrobiło w sobie dystansu do sztuki.

piątek, 19 września 2008
Damnatio memoriae

Kiedy jeszcze obracałam się w środowisku postmodernistów, a także wcześnie, kiedy jako dziecku zdarzało mi się przysłuchiwać rozmowom filozofów, nieustannie spotykałam się z osobami pełnymi uwielbienia dla niejakiego Martina Heideggera, takoż filozofa. Dla mnie osobiście literacko i filozoficznie niestrawnego, nigdy nie byłam w stanie zrozumieć, o co mu naprawdę chodziło, ale z filozofią to w sumie w ogóle jestem na bakier, pomimo doświadczeń z wspomnianego dzieciństwa.

Otóż z tych rozmaitych dyskusji najbardziej wryło mi się w pamięć nie to, co Heidegger miał do powiedzenia o bycie, egzystencji czy czym-tam-kolwiek jeszcze, ale podnoszony raz za czas problem jego niesławnej przeszłości. Martin Heidegger, idol postmodernistów i filozofów człowieka, był bowiem członkiem NSDAP przez cały czas jej istnienia, był też za rządów Hitlera rektorem uniwersytetu we Freiburgu, jego wykład inauguracyjny poświęcony był samookreśleniu niemieckich uniwersytetów... Co więcej, wygląda na to, że nigdy się nie wstydził tego etapu swojego życia, skoro w wywiadzie udzielonym w 1966 r. tygodnikowi Der Spiegel (pod warunkiem, że ukaże się pośmiertnie) wyjaśniał swoje zaangażowanie w nazizm między innymi tak (cytuję za artykułem w Wikipedii): "twierdził, że nie było innego wyjścia, tłumacząc, że usiłował ratować uniwersytet (i ogólnie naukę) przed upolitycznieniem, i dlatego musiał pójść na kompromis z rządem nazistowskim." O tym, że nie był to jedynie kompromis, ale prawdziwe zaangażowanie, świadczą jego wypowiedzi z owego czasu (odpowiednie cytaty można znaleźć w angielskiej Wikipedii). Niezbyt pięknie wygląda też odcięcie się od bezpośrednich kontaktów z własnym mistrzem, Edmundem Husserlem, ponieważ ten ostatni był Żydem (a wszystko rozegrało się jeszcze przed wojną, bo Husserl zmarł w 1938); Heidegger nie poszedł nawet na jego pogrzeb.  Jeszcze za życia Husserla nie zrobił zaś nic, żeby przywrócić mu prawo do wykładania, odebrane ze względu na etniczne pochodzenie. Ponoć był również denuncjatorem i donosicielem i przyczynił się do aresztowania kilku naukowców, w tym jednego późniejszego laureata nagrody Nobla.

Heidegger po wojnie, w wyniku denazyfikacji, otrzymał na kilka lat zakaz nauczania w Niemczech, w związku z czym zaczął uprawiać filozofię we Francji i szybko stał się duchowym mistrzem wielu filozofów-humanistów. Ci, z którymi się zetknęłam - a były to nierzadko albo autorytety w swojej dziedzinie, albo wręcz tzw. autorytety moralne, albo też postmodernistyczni guru - ostro protestowali, kiedy ktokolwiek podnosił przeszłość Heideggera w kontekście jego prawa do wypowiadania się w kwestiach etycznych i egzystencjalnych. (Co więcej, niektórzy wręcz robili co mogli, żeby umniejszyć winy swojego idola, co akurat uważam za śmieszne i żenujące; powinni umieć po prostu powiedzieć: nie obchodzi nas życiorys, obchodzi nas tylko filozofia.) Bo najważniejsza była dla nich filozofia - dla mnie, jak wspomniałam, mętna, ale de gustibus non est disputandum

Dlaczego nagle ni stąd, ni zowąd napisałam to wszystko o Heideggerze? Chyba nietrudno się domyślić. Sapientibus sat.

Grobowiec w Xanthos

PS. A tak na marginesie - amerykański program kosmiczny powstał przy wielkim udziale naukowców niemieckich, których przeszłość też pozostawiałaby moralistom sporo do życzenia.

wtorek, 16 września 2008
Weekend à la anglaise

Weekend upłynął mi pod znakiem lokalnych atrakcji. A konkretnie rozmaitych atrakcji bardzo po brytyjsku. Sobota była edukacyjna, niedziela bardziej wypoczynkowa.

Większość soboty zgodnie z zamierzeniami spędziłam w British Museum na Dniu Rzymskim, zorganizowanym - co było do przewidzenia, niemal bezbłędnie. Niemal - bo atrakcje się na siebie nakładały i człowiek musiałby się chyba rozdwoić, a może i roztroić, żeby wszystko zobaczyć. Zwłaszcza że, jak się okazało poniewczasie, nawet to, co teoretycznie się powtarzało, było za każdym razem nieco inne. Niestety straciłam przez to jeden pokaz absolutnie fascynujących tańców północnoafrykańskich w wykonaniu grupy Ya Raqs - nie mających na szczęście wiele wspólnego z serwowanym turystom w krajach arabskich "tańcem brzucha", który z kolei ponoć niewiele ma wspólnego z prawdziwym belly dance. To, co pokazała grupa kilku pań w wieku zresztą raczej średnim - i nie jest to żadna przygana wobec zespołu, wręcz przeciwnie: jestem pełna podziwu, no i bardzo chciałabym, żeby tego rodzaju hobby i u nas się upowszechniły wśród ludzi w różnym wieku - wedle podanych nam informacji ma mieć korzenie w tradycji z mniej więcej I w., związanej ze wschodnimi tancerkami w rzymskim Egipcie. Ile w tym prawdy, a raczej, ile tak starych elementów przechowało się w tradycyjnym tańcu w kraju, którego losy były tak burzliwe jak Egiptu - nie wiem. Ile się na to nałożyło tradycji arabskiej, też nie wiem. Ale na pewno nie przypominało to tandety serwowanej turystom, nie epatowało nagim ciałem (nie żebym zasadniczo miała cokolwiek przeciwko nagim ciałom, natomiast nie lubię otaczania ich aurą skandalu czy też skandalizowania) i zachwycało barwą, ruchem - i w sumie prostotą. Na dodatek pokazowi towarzyszyły mini-warsztaty, dzięki czemu mogłam się przekonać, że na dodatek jest to fantastyczna gimnastyka.

Ya Raqs

Zaczęłam od najmniej stricte rzymskiego elementu całej imprezy, fakt, że tego, który przez moje zamiłowanie do starożytnego orientu zapadł mi najbardziej w pamięć. Ale były też atrakcje bardziej mainstreamowe, że tak powiem. Zaliczyłam kilka pogadanek - prowadzonych zresztą ze swadą i pomysłowo. Ponieważ całość związana była z wystawą o Hadrianie, nie mogło zabraknąć cesarza - przebrano więc historyka w togę i zorganizowano rodzaj konferencji prasowej w roku 122 (wizyta Hadriana w Brytanii). Z kolei filolog klasyczny przedstawiający literackie opinie na temat imperium rzymskiego miał do pomocy aktora, który czytał odpowiednie fragmenty, dzięki czemu uniknięto nudy prelekcji. Zwłaszcza że obaj panowie swój dwugłos prowadzili na luzie i z humorem. Znów coś, czego powinni się nauczyć organizatorzy podobnych imprez w Polsce. Żeby było mądrze, nie musi koniecznie być śmiertelnie poważnie.

Znakomicie też wypadł ten element imprezy, do którego miałam największe podejrzenia, że będzie nieciekawy: osoba określona w programie jako "performance storyteller" miała opowiadać pikantne historyjki z Owidiusza. Spodziewałam się albo cyrkowego kiczu, albo natchnionego aktorstwa, albo też po prostu teatralnego recytowania kawałków Metamorfoz. Tymczasem okazało się to monodramem-perełką, w którym oważ storyteller wyczarowywała za pomocą zwyczajnych przedmiotów dźwięki towarzyszące opowieściom, no i absolutnie pięknie opowiadała właśnie - nie czytała, nie recytowała, opowiadała.

Oczywiście były również najrozmaitsze pokazy rzemiosł i tzw. życia codziennego, z czego najciekawsza była ekspozycja replik prostych urządzeń inżynieryjnych. Była tam poziomica, prosta wersja niwelatora, urządzenie do wyznaczania kątów i przekątnych. I uświadomiłam sobie, że wiedziałam o różnych - najczęściej niewykorzystanych w praktyce - bardzo zaawansowanych wynalazkach uczonych aleksandryjskich (włącznie z maszyną parową), oglądałam organy wodne, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że oni projektowali i budowali przy pomocy tych samych narzędzi, których używa się do dziś. Co więcej, czasami bez większych innowacji, co zauważyłam na przykładzie poziomicy (bo i po prawdzie niewiele da się w niej zmienić...). Na dodatek pan, który objaśniał działanie tych urządzeń, był niewiarygodnie wręcz kompetentny i tu wielkie wyrazy uznania dla pasjonatów z Colchester Roman Society. Nawiasem mówiąc, jeśli już o rzymskich wynalazkach mowa, to zawsze największym zdziwieniem napełnia mnie to, że jeden z najprostszych i najgenialniejszych spośród nich, mianowicie beton, został po upadku cywilizacji antycznej zapomniany na kilkaset stuleci i wynaleziony na nowo dopiero na początku XX w.

Nie mogłam sobie darować również pokazu legionowej musztry w wykonaniu Legio Secunda Augusta, kolejnego towarzystwa "żywej historii", które na Wyspach cieszą się niezwykłą popularnością i też są fantastycznym pomysłem na spędzanie wolnego czasu (Anglicy są pod tym względem chyba w ogóle mistrzami świata). I znów - pełen profesjonalizm nie tylko jeśli chodzi o odtwarzanie elementów realiów epoki, ale także przygotowanie pokazu. Była i prezentacja różnych formacji, w tym barbarzyńskich, opis używania uzbrojenia, pokaz szyku i prostych manewrów. I doskonały, fachowy komentarz do wszystkiego.

Legio Secunda Augusta

Właściwie udało mi się zaliczyć prawie wszystkie atrakcje - świadomie darowałam sobie oglądanie i branie do ręki rzymskich monet, jako że w czerwcu i lipcu miałam z nimi dość sporo do czynienia, z bólem serca odpuściłam też rzymską kuchnię (i tak wiem, że Rzymianie najbardziej kochali sos z gnijacych ryb, a wątpię, żeby temu właśnie poświęcona była prezentacja...), ponieważ jakkolwiek bardzo lubię dobrze zjeść, tak gotować żywcem nie umiem, a pokaz miał być głównie instruktażowy.

W niedzielę natomiast udałam się na pobliskie (po prawdzie nie spodziewałam się, jak bliskie - pięć minut pieszo!) Hampstead Heath - mutatis mutandis odpowiednik krakowskiego Lasku Wolskiego - gdzie oddałam się między innymi ulubionej rozrywce Anglików, mianowicie fotografowaniu ptaków (część efektów można zobaczyć na Effigies). Było tam mnóstwo naprawdę bardzo sympatycznych kaczek...

Hampstead Heath 

piątek, 12 września 2008
Chaotyczne refleksje muzealne

Przedłużone w czwartki i piątki na wczesny wieczór godziny otwarcia Muzeum Brytyjskiego są oczywiście błogosławieństwem, ale zastanawia mnie, dlaczego udostępnia się w tym czasie tylko część galerii - na dodatek zazwyczaj te same (tu muszę przyznać punkt Francuzom - w dni, w które Luwr jest otwarty do 22 (!), czynna jest cała ekspozycja). A ich dobór sprawa, że nieodmiennie zastanawiam się nad źrodłem fascynacji turystów Egiptem, a zwłaszcza mumiami. Owszem, przyznaję, też przeżyłam we wczesnej młodości bądź późnym dzieciństwie okres takiej fascynacji, tyle że skupiła się ona głównie na Echnatonie czyli okresie amarneńskim, czyli czasach dla Egiptu mało typowych. Potem przeżyłam przelotny romans ze schyłkiem Nowego Państwa za sprawą Faraona Prusa, ale jakoś nigdy Egipt naprawdę mnie nie wciągnął. Może dlatego, że pomimo wszelkich związków ze sztuką zachodu, pozostaje on dla mnie obcy.

I może właśnie ta obcość, niezrozumiałość jest dla wielu ludzi źródłem fascynacji? Obcość połączona z dość sporą ilością łatwo dostępnej popularnej wiedzy. Bo przecież mnóstwo turystów gna również do Meksyku, oglądać piramidy Azteków, ale ponieważ wiadomo o nich dużo mniej niż o Egipcjanach (większości systemów pisma mezoamerykańskiego nie udało się do dziś odczytać, jako że brakuje odpowiednich inskrypcji - zarówno hieroglify jak i kliny odczytano dzięki zabytkom kilkujęzycznym) - są nieco mniej pociągający. Bo wydaje mi się, że czynnikiem przyciągającym rzesze, jest w pewnym sensie oswojona obcość i tajemniczość, której można zajrzeć pod podszewkę. Taki malutki paradoks.

A wszystko przez to, że jedyną ekspozycją, która jest niezmiennie zawsze czynna wieczorami, jest właśnie egipska. Dziś pocałowałam klamkę na drzwiach prowadzących do Rzymu, Cypru i Greków w Italii, zazwyczaj zamknięty jest też mój ukochany hellenizm, na który lubię sobie przed wyjściem z Muzeum choćby na chwilkę zajrzeć. I tu jest też jedno z moich zdziwień, jako że w salach poświęconych tej epoce znajdują się nieliczne zachowane fragmenty dwóch cudów świata starożytnego: bęben kolumny Artemizjonu w Efezie (po prawdzie tego młodszego, nie tego, który spalił Herostrates) i dekoracja rzeźbiarska Mauzoleum w Halikarnasie... jedne z największych skarbów British. Ale może ktoś robi jakieś statystyki i sondaże; jeśli zaś zasłyszaną po polsku wypowiedź ("tam jest dużo Grecji, możesz sobie darować" - o galerii m. in. z fryzem partenońskim, otwartej) uznać za miarodajną, to nie mam co liczyć na oglądanie ulubionych sal wieczorami.

Obeszłam sobie więc dziś część galerii egipskiej, udało mi się nawet obejrzeć kamień z Rosetty bez zasłaniającej go kolejnej japońskiej wycieczki, obfotografowałam też ulubione palety i figurki z okresu predynastycznego* (tak jakoś wyszło, że obecnie ze sztuki egipskiej najbardziej lubię właśnie Nagadę oraz okres późny, nie mówiąc rzecz jasna o ptolemejskim). I jak zwykle miałam strasznie mieszane uczucia na widok tych nieszczęsnych mumii, z którymi co rusz ktoś się fotografuje. Muszę przyznać, że w ogóle mam mieszane uczucia co do eksponowania pochówków w muzeach. A w British są eksponaty naprawdę dość makabryczne - np. zmiażdżona na płasko czaszka wojownika sumeryjskiego razem z hełmem. No dobrze, sama byłam świadkiem, jak kolega rozwalił sztychówką neolityczną czaszkę, która znalazła się niespodziewanie blisko gruntów ornych... i samej zdarzyło mi się czyścić kilkutysięczne kości dawnej mieszkanki dzisiejszej Nowej Huty, więc może nie powinnam krytykować muzeów.

Ale z drugiej strony, kiedy widzę te porozwijane - żeby było bardziej dydaktycznie - mumie, to myślę sobie, że akurat takim działaniem robimy tym nieszczęsnym Egipcjanom krzywdę. Bo oni przecież wierzyli, że to wszystko, co zabierali ze sobą do grobów, zapewni im życie wieczne. Ja wiem, że wiedza itd., ale czym innym jest wiedza, a czym innym epatowanie publiki. Bardzo zresztą znamienne, że im dalej w czasie, tym mniejszą wagę przykładamy do tego, co mógł czuć czy myśleć taki człowiek. Kiedyś zastanowiło mnie, że np, kościół mszami za zmarłych sięga tak może do stu lat wstecz, a wcześniejszymi pokoleniami już się nie zajmuje. Czyli myśli się jako o "byłych żywych" niewiele dalej niż sięga pamięć najstarszych żyjących.

Jak nie lubię politycznej poprawności i jestem zwolenniczką tezy, że tzw. rdzenni Amerykanie (w klasycznych westernach zwani Indianami) nie są rdzenną ludnością kontynentu amerykańskiego, tak nie jestem w stanie do końca skrytykować ustawy o szczątkach tychże Indian (Native American Graves Protection and Repatriation Act z 1990), jakkolwiek wiem z drugiej strony, że prowadzi ona czasem do absurdów. W każdym razie patrząc na te mumie, a także umieszczone w gablotach zwykłe szkieletowe pochówki z neolitycznego Jerycha i predynastycznego Egiptu, myślałam sobie, że taki prehistoryczny człowiek też ma prawo do godnego spoczynku, zwłaszcza że jego współcześni o to zadbali.

Dziwnie na czasie zresztą zrobił mi się ten temat, dziś (formalnie wczoraj, bo już po północy) bowiem oprócz rocznicy akurat portal gazeta.pl huczał o skandalicznym, zgoda, zdjęciu z pieca krematoryjnego na blogu jakiejś nastolatki - ja mam tylko pytanie, co robili pilnujący w muzeum, kiedy zwiedzająca wchodziła do środka eksponatu?; w jednym z artykułów była mowa o tym, że dla dzisiejszych dzieci II wojna to już tak odległe czasy, że nie mają do tego stosunku emocjonalnego, więc co dopiero mówić o ludziach sprzed setek czy tysięcy lat. Ale myślę, że kuratorzy większości muzeów i wystaw nie zdecydowaliby sie na pokazanie otwartej trumny z powiedzmy XVII w., mimo że to już też kilkaset lat, a tymczasem nieszczęsne sarkofagi egipskie stoją otworem. Może jednak nie powinna istnieć granica? A już zupełnie nie do przyjęcia by było, gdyby decydowało to, że ci dawniejsi to poganie - choć obawiam się, że pośrednio tak właśnie jest. Wspomniana ustawa amerykańska powstała bowiem dlatego, że istnieją ludzie, którzy poczuwają się do więzi z dalekimi przodkami, między innymi przez to, że przechowali tradycje i wierzenia. O Egipcjan, a także pogańskich Greków czy Rzymian nie ma się kto upominać, gdyż ta więź została zerwana, mimo że niby żyjemy w kulturowej ciągłości. Ale średniowiecze zrobiło swoje. I w sumie szczęście mają ci, którzy swoich zmarłych palili na stosach, bo wtedy do muzeów wstawiane są zazwyczaj urny ze stosunkowo nienaruszoną zawartością. A poza tym dla ludów praktykujących pochówki ciałopalne zachowanie ciała nie było warunkiem życia pośmiertnego. I w sumie jakkolwiek ja tam bym np. larnaks Filipa II zostawiła w grobie - co najwyżej pokazała ludziom wnętrze - zamiast wstawiać do gabloty, ale i tak mniej to godzi w przekonania religijne starożytnych Macedończyków niż odwijanie mumii z bandaży.

Bo mam wrażenie, że turyści czasem zapominają, że to też byli ludzie - pośrednim dowodem na to jest zasłyszana dziś w galerii dawnej Mezopotamii wypowiedź rosłego Amerykanina w kowbojskim kapeluszu: "It's impossible that it's 6000 BC!" (I pomyśleć, że to Amerykanie zrobili niedawno film, w którym jeszcze cztery tysiące lat wcześniej - czyli w górnym paleolicie - istnieje zaawansowana cywilizacja.) Nie widziałam niestety, o którym konkretnie obiekcie była mowa, mimo że bardzom była ciekawa, co to było zbyt zaawansowane na tak dawne czasy.

Rosetta Stone

* Figurki do obejrzenia na Antiquitates.

niedziela, 07 września 2008
Londyńskie Mitreum

Świątynia została odkryta przypadkowo podczas robót budowlanych w City w 1954 r. Mimo że była świetnie zachowana, względy ekonomiczne zwyciężyły i świątynię rozebrano, a następnie zrekonstruowano w nieco innym miejscu - niestety tylko jeden poziom i niestety z błędami. Dziś zapewne albo znaleziono by sposób, by ruiny stały się atrakcją podziemi powstającego budynku, albo też wykonano dokładniejszą dokumentację rozbiórki i przeniesiono całość bez większych pomyłek.

Zresztą po prawdzie Brytyjczycy nie przyłożyli się chyba do tej roboty, zważywszy, że dokładne rekonstrukcje - i to na znacznie większą skalę - były możliwe zarówno przed II wojną (tzw. kiosk Sesostrisa I w Karnaku złożony na powrót z materiału znalezionego w wypełnieniu jednego z pylonów późniejszej świątyni), jak i w latach '60 (przeniesienie przez m. in. Kazimierza Michałowskiego skalnych świątyń w Abu Simbel z okazji budowy tamy asuańskiej; udało się wówczas zachować z przesunięciem o zaledwie jeden dzień zjawisko oświetlania posągów przez słońce dwa razy w roku). Oczywiście świątynka Sesostrisa ma tę przewagę, że jest w ogromnej większości pokryta pismem hieroglificznym, co ułatwiało i tak żmudną rekonstrukcję, świątynie asuańskie zaś były doskonale zachowane i wykonanie dokumentacji nie stanowiło problemów, a ponadto zastosowano tam technikę cięcia całości na w miarę równomierne bloki i następne składania jak z klocków według wzoru. Kiosk Sesostrisa byłby w tej analogii dość trudnym puzzlem bez obrazka, londyńskie Mitreum zaś czymś pośrodku, bo przecież też dało się przenosić dużymi partiami, był obrazek, a tylko kawałki układanki bardzo do siebie podobne.

To, co można oglądać dziś, to bardzo mizerne fragmenty, ilustrujące niewiele więcej niż zarys świątyni, znaleziska natomiast umieszczono w pobliskim Museum of London, bardzo sprytnie architektonicznie wbudowanym w pozostałości murów miejskich. Wedle przewodnika, który wreszcie udało mi się znaleźć, kiedy wyguglałam ten wielki sklep podróżniczy - po prawdzie był jeden egzemplarz jednego wydania, które nie do końca było tym, co sobie wymarzyłam, ale zawsze coś - są tam nawet do wypatrzenia fragmenty rzymskich murów, ale nie wiem niestety, w którym dokładnie miejscu.

Mitra zyskał popularność w Rzymie głównie jako bóg legionów - jego misteria były dostępne jedynie dla mężczyzn - a w niektórych ujęciach był łączony, zgodnie z antycznym duchem synkretyzmu religijnego, z innymi bóstwami solarnymi: greckim Heliosem i rzymskim Solem, przez co utożsamia się go niekiedy z wprowadzonym przez Heliogabala kultem syryjskiego Elagabala jako Niezwyciężonego Słońca (Deus Sol Invictus, co było również tytułem Mitry). W kulcie samego Mitry większą rolę grały jednak pierwiastki grecko-perskie, a nie syryjskie. Świątynie Mitry można znaleźć na całym limesie imperium, jako że powstawały przy obozach legionowych; mieściły się one albo w naturalnych grotach, albo budowlach ukrytych przynajmniej częściowo pod ziemią. W Yorku na przykład, czyli starożytnym Eburacum, Mitreum usytuowane było prawdopodobnie w podziemiach w pobliżu term (bliskość wody była pożądana ze względu na związek Mitry z Anahitą, boginią m. in. wód).

Z londyńską świątynią łączy się zagadka. Nie wiadomo bowiem, jakie były jej losy pod koniec istnienia. Istnieje hipoteza, iż została przemianowana na świątynię Dionizosa/Bachusa, albowiem na jej terenie znaleziono późne rzeźby i przedmioty kultowe związane z tym bogiem. Z drugiej jednak strony również na tym terenie odkryto elementy świątyni Dioskurów, co jakoś nikogo nie skłania do wysuwania tez o zmianach przynależności kultowej; być może po prostu na terenie dzisiejszego City of London istniał okręg kultowy różnych bóstw? Ale to nie sedno zagadki. Najbardziej tajemniczym znaleziskiem była bowiem głowa posągu samego Mitry odnaleziona w ruinach: najwyraźniej celowo rozbita na dwie części, a zarazem również bardzo wyraźnie ukryta z pietyzmem, jakby rytualnie pogrzebana. Być może tajemny kult przetrwał edykt Teodozjusza i wyznawcy w sekrecie schowali to, co zostało z posągu, który zgodnie z architekturą świątyni mitraistycznej musiał stanowić jej centralny punkt. Nawiasem mówiąc, kiedy odkryto ruiny, przypuszczano (ba, niektórzy mieli nadzieję), że będzie to wczesnochrześcijańska bazylika, jako że świątynia miała formę trójnawowej bazyliki z apsydą...

London Mithraeum

PS 1. Przeczytałam właśnie, że na 2007 planowano ponowne przeniesienie świątyni w miejsce bliższe oryginalnemu, ale oprócz obudowania jej kolejnymi zabezpieczeniami z okazji prac budowlanych nic się nie zmieniło od 2006. Tylko bluszcz, który wtedy stąd przywiozłam - i który wspaniale się przyjął - jest w tej chwili niedostępny, ale drzewko, po którym się wspinał, rośnie nadal, więc może zostanie tam, gdzie było (po stronie niewidocznej na zdjęciu, bo obecnie nawet najszerszy obiektyw nie pozwala na pełną panoramę).

PS 2. Mikrogaleria znalezisk z terenu Mitreum - na Antiquitates.

PS 3. Ciekawym nawiązaniem do legionowego kultu Mitry w literaturze nowożytnej jest wiersz Rudyarda Kiplinga z bardzo sympatycznej książeczki dla młodzieży Puk z Pukowej Górki (Puck of Pook Hill). Tłumaczenie w polskim wydaniu tychże opowiadań jest dość fatalne, ale w ramach autoreklamy pochwalę się, że w jednym z najbliższych numerów pisma "Nowy Filomata" ukaże się nowy przekład, mój własny, nieskromnie uważam, że znacznie lepszy. Oryginał można przeczytać tutaj.

PS 4. (Znacznie późniejszy) Wiersz się już ukazał w numerze 1/2008, więc w ramach autoreklamy umieściłam go w odpowiednim wpisie na Antiquitates.

sobota, 06 września 2008
Marmury Elgina

Ostatnimi czasy, bywając w Londynie po zaledwie kilka dni, pomijałam w British Museum galerię z marmurami partenońskimi, ponieważ wydawało mi się, że znam je tak dobrze, że nie potrzebuję znów oglądać, a w Muzeum jest jeszcze tyle do odkrycia (to ostatnie pozostaje zresztą prawdą). Wczoraj jednak zawitałam w tym gmachu po godzinie 18, jako że czwartki i piątki mają to do siebie, że część galerii jest otwarta do 20.30 a nie 17.30.

Sęk w tym, że nie da się przewidzieć, która część, w związku z czym wczoraj zostałam odcięta od ukochanego hellenizmu oraz Mezopotamii, a także od wciąż nieobejrzanych dokładnie waz czarno- i czerwonofigurowych (przedwczoraj odciągnęła mnie od nich galeria irańska - i nie żałuję, aczkolwiek oglądając kopie reliefów z pałacu w Persepolis, zrozumiałam dokładnie znaczenie powiedzenia "lizać lody przez szybkę"). Nie pozostawało mi nic innego - zwłaszcza że wykosztowałam się na zostawienie mokrego parasola oraz torby z książkami w szatni - jak przyłożyć się wreszcie do parterowej galerii egipskiej (rzeźba) i skądinąd bardzo lubianej Asyrii (reliefy z Niniwy i Nimrud są wręcz niewiarygodne) wraz z czarnym i białym obeliskiem, które może wreszcie przestaną mi się mylić, jako że spędziłam z nimi ponad kwadrans.

A potem przyszło mi do głowy, że właściwie czemu by nie przyjrzeć się dokładniej Procesji Panatenajskiej, sfotografować te wszystkie płaskorzeźby oraz to, co zostało z przyczółków... Zajęło mi to ze trzy kwadranse, jako żywo, i przyniosło kilka zaskoczeń oraz refleksji. Przede wszystkim gdybym to ja projektowała tę ekspozycję, starałabym się odtworzyć rozmiary celli Partenonu i rozmieścić to, co tu mają z dekoracji zgodnie z rekonstrukcją, a rzeźby z przyczółków na przykład za tym, co w oryginale znajdowało się pod nimi. Rozmieszczenie fryzu w dwóch długich pasach daje złudne wyobrażenie, że znajdował się on wyłącznie na dłuższych ścianach świątyni, a nie obiegał ją dookoła. W dodatku bogowie i scena z peplosem nagle znajdują się gdzieś na szarym końcu - a ponieważ brakuje części reliefów, scena olimpijska styka się z kawalkadą jeźdźców. Jak nie jestem miłośniczką kopii, tak w tym przypadku wstawiłabym między przechowywane w British fragmenty np. rysunkowe rekonstrukcje (podobnie zrobiłabym w Atenach, gdzie znajduje się spora część zachowanej reszty).

A poza tym pomyślałam sobie - może mało oryginalnie i chyba już kiedyś o tym tu wspominałam - że możemy sobie pomstować na wczesnonowożytnych wielbicieli starożytności, którzy bezceremonialnie i nierzadko bezmyślnie wyciągali z kontekstu to, co im się podobało, i wstawiali do własnych kolekcji bądź teź - co najmniej od 1753 czyli założenia British Museum - do publicznych muzeów. Ale gdyby nie oni, nasza wiedza akurat w przypadku Partenonu byłaby nieco mniejsza. Szczęśliwym trafem bowiem w 1674 r. niejaki Jacques Carrey, malarz, który poza tym kariery nie zrobił, wykonał na polecenie posłującego do Wielkiej Porty francuskiego arystokraty markiza de Nointel szkice świątyni. Trzynaście lat później niemiecki porucznik w służbie weneckiej zbombardował znajdujący się w Partenonie turecki skład amunicji, co sprawiło, że zapadł się dach, a część zachowanej do wówczas dekoracji - w tym metopy za wyjątkiem tych ze ściany południowej - uległa zniszczeniu (wcześniej spustoszenia na Akropolis poczynili najpierw chrześcijanie z powodów ideologicznych, potem Turcy z praktycznych). Niestety za czasów Carreya nie istniała już główna scena z przyczółka wschodniego, czyli narodziny Ateny - pozostały z niej zaledwie fragmenty korpusów, dziś również w British.

Najbardziej kontrowersyjną postacią w dziejach dekoracji Partenonu jest oczywiście lord Elgin, tym razem brytyjski arystokrata na placówce dyplomatycznej w Konstantynopolu. W 1801 r. otrzymał on zgodę sułtana na wyburzenie nowszej zabudowy Akropolis, odsłonięcie budynków starożytnych, wykonanie odlewów dekoracji oraz wywiezienie do Londynu wszystkich rzeźb, które leżały na ziemi. (W sumie więc za obecność fryzu panatenajskiego w Londynie należałoby winić sułtana.) Elgin sumiennie pozbierał fragmenty dekoracji, które odpadły ze ścian, a ponieważ bardzo chciał również, aby w zbiorach brytyjskich znalazła się jedna z kor* z ganku Erechtejonu - wszystkie jak na złość stały sobie grzecznie, gdzie ich miejsce - pewnej nocy zdjął jedną z postumentu i następnie rankiem podniósł ją z ziemi i wysłał do Londynu, na jej miejsce wstawiając słup. Dziś w Erechtejonie oglądamy wszystkie kory, ponieważ oryginały znajdują się pod dachem w muzeum, a na ganku ustawiono kopie; słup Elgina zaś, o ile wiem, nie trafił do żadnego muzeum, a może szkoda. Powinien stać na środku długaśnej sali BM prezentującej fryz partenoński.

Fryz partenoński

* Powszechnie nazywane są one "kariatydami", różnica jest taka, że prawdziwe kariatydy powinny mieć na głowach kosze, których dziewczyny z Erechtejonu nie mają.

czwartek, 04 września 2008
Deszczowo

W oczekiwaniu na to, że deszcz wreszcie się wypada na dobre (dziś miał być najsuchszy dzień w tygodniu, ale najwyraźniej przesunął się na wczoraj) i dróżka prowadząca do ulicy, a następnie przystanku autobusowego zacznie nadawać się do przejścia, pozwalam sobie poinformować, że na antiquitates uruchomiłam specjalną serię poświęconą moim wizytom w British Museum, które zamierzam wreszcie zwiedzić sumiennie i systematycznie - i takoż obfotografować. A tak jak niektórzy cieszą się z możlwości teatralnych Dublina, ja cieszę się z tego, że wreszcie udało mi się trafić na bardzo dla mnie interesującą wystawę czasową - "Hadrian: Empire and Conflict". Bilety drogie, zniżki niewielkie (zastanawiam się w związku z tym, na czym polega sponsorowanie wystawy przez British Petrol?), więc usiłuję wymyślić, kiedy najlepiej ją zobaczyć. Na razie oprócz ogólnego spaceru po ulubionych galeriach BM zaliczyłam sztukę helladzką oraz okres archaiczny i geometryczny, dziś zapewne będę kontynuować chronologiczną przygodę z ceramiką i obfotografuję wazy czarnofigurowe.

A może w sklepie muzealnym (obok Luwru największym chyba w Europie, może w Stanach mają porównywalne) będzie wymarzony przewodnik po rzymskiej Brytanii? Po Wale Hadriana oczywiście jest, z okazji wystawy, widziałam starszych państwa wychodzących z takowym w ręku, ale było to tuż przed zamknięciem sklepu, więc nawet nie próbowałam się zagłębiać w jego labirynt.

Z okazji Hadriana trafiłam też na całkiem ciekawy wykład perypatetyczny - chodziło się za wykładowcą od eksponatu do eksponatu, a nawet dowiedziałam się, u kogo można się starać o zobaczenie tych rzymskich zabytków brytyjskich, które normalnie nie są otwarte dla zwiedzających. Na pewno kiedys skorzystam. A piszę o tym wykładzie dlatego, że jak zwykle zachwyca mnie brytyjska umiejętność organizowania imprez kulturalnych i całej ich otoczki. Jak już jest ta wystawa, to obudowano ją mnóstwem innych wydarzeń, z których zresztą przynajmniej po części zamierzam skorzystać. Wybiorę się bowiem na pewno na "dzień rzymski" w Muzeum, podczas którego będą różne warsztaty, wykłady, pokazy oraz degustacja antycznych potraw, może wpadnę też na darmowy pokaz jakiegoś filmu o antyku, jako że będą m. in. starocie takie jak nadający się głównie do śmiechu Upadek cesarstwa rzymskiego z plejadą gwiazd (Sophia Loren i Omar Shariff chyba wystarczą, by zrozumieć, co to za typ widowiska) oraz wciąż młody w niektórych scenach Juliusz Cezar wg Szekspira - też skądinąd z plejadą gwiazd, zwłaszcza z genialnym Marlonem Brando w roli Antoniusza.

No więc zazdroszczę Brytyjczykom, że na takie wystawy są tu kolejki i bilet najlepiej kupić poprzedniego dnia, że muzea dają im coś więcej niż lepiej lub gorzej urządzone ekspozycje, że zarówno w British jak i w Victoria & Albert wolno fotografować do upadłego i to nawet z lampą błyskową (co na szczęście dzięki zakupionym na fali niskiego kursu dolara na eBayu obiektywom przestało być dla mnie konieczne). A korzystając z lekkiego przejaśnienia biegnę po raz trzeci do Muzeum.

Antinous jako Ozyrys

PS. Powyższe zdjęcie nie jest efektem nagłej zmiany kursu i zainteresowań, ale jest jak najbardziej związane z tematem wpisu - to posąg Antinousa, kochanka Hadriana, przedstawionego pośmiertnie jako Ozyrys.

wtorek, 02 września 2008
Poszukuję...

Jakoś Londyn nie daje mi napisać o Grecji - ale i tak jeszcze nie uporządkowałam zdjeć, a w sumie i tak będę pisać z perspektywy... Więc póki co notatki bardziej na bieżąco.

Zwłaszcza że natknęłam się w Londynie na niespodziewany problem. Przed wyjazdem założyłam sobie mianowicie (naiwnie?), że z pewnością dostanę tu przewodnik po rzymskiej Brytanii, jako że w jakiś weekend chciałabym zrobić sobie objazd podlondyńskich miejsc z Rzymianami związanych. Zwiedzając dwa lata temu kawałki Wału Hadriana, widziałam mnóstwo przewodników po tymże, spodziewałam się więc, że w księgarniach będą też przewodniki bardziej ogólne. I srodze się na razie zawiodłam - zwiedziłam odpowiednie piętra Waterhouse'a, Blackwella, Foylesa i jeszcze czegoś - i nic. Owszem, w Foylesie był cały regał zatytułowany "Roman Britain", a na nim bardzo piękny i bardzo rzetelny zarazem atlas, sęk w tym, że nie dość, iż cenę miał raczej zaporową (45 funtów, czyli sporo nawet przy dzisiejszym kursie), to na dodatek był czysto archeologiczny (wspaniałe mapki stanowisk), tzn. nie wyjaśniał, jak w dane miejsce po prostu dojechać.

Znalazłam za to mnóstwo zadziwiających przewodników tematycznych. Można na przykład dostać pięknie ilustrowany przewodnik po najlepszych na Wyspach miejscach na popołudniową herbatkę, po lokalizacjach pochówków różnych mniej lub bardziej znanych osób, które znalazły wieczny spoczynek na brytyjskich cmentarzach, przewodnik po miejscach "pet friendly" czyli takich, do których można zabrać czworonoga, po "eccentric Britain", no i oczywiście mnóstwo książek prowadzących nas w miejsca, które są "fully organic" - chodzi mniej więcej o niemodyfikowaną genetycznie (ha ha ha, vide notka sprzed mniej więcej miesiąca) agroturystykę, która najwyraźniej jest tu bardzo modna. O specjalnych przewodnikach dla gejów i lesbijek (osobno) nie wspomnę, bo to żadna nowość. Tylko "Roman Britain" nie ma. Pozostają mi wizyty w antykwariatach, może tam się coś znajdzie. W jednym z nich dwa lata temu niemal na zamówienie pojawił się przed moimi oczami przewodnik po "Arthurian Britain", którego wówczas pożądałam. Może i tym razem mi się poszczęści.

Mitra, Muzeum Miasta Londyn

A przy księgarnianej okazji wspomnę o swoistym signum temporis: w pierwszej z wielkich księgarni, jaką odwiedziłam, zaatakowała mnie półka z książkami po polsku (wybór dość egzotyczny). A na wystawie innej - mnóstwo słowników i podręczników do szybkiej nauki polskiego. Wakacyjny epizod z uczeniem obcokrajowców na Szkole Letniej pozwala mi jednakowoż powątpiewać w skuteczność tych książek, wszak polski uważany jest za jeden z najtrudniejszych języków świata...

poniedziałek, 01 września 2008
Notatki z pokładu samolotu

No, niezupełnie, bo tak naprawdę piszę już po dotarciu na miejsce, którym tym razem jest Londyn, ale - zanim zacznę wspomnienia greckie - o tym, co wyczytałam w pisemku linii British Airways, stanowiącym wyposażenie mojego miejsca w latającej puszce na sardynki.

Otóż w pisemku tym dwa razy wystąpiło moje rodzinne miasto. I jakoś tak oba razy niekoniecznie tak, jak ja o nim myślę. Jak bowiem nie jestem specjalną polską patriotką, czuję się przywiązana do krakowskiej - i nieco szerzej: galicyjskiej - małej ojczyzny, a potem od razu do Europy. I nic nie poradzę na to, że wiele miejsc w Europie jest mi bliższe niż Wrocław, Lublin czy Gdańsk. Ale do rzeczy, bo znów wpadam w dygresje

Otóż pierwszy raz natknęłam się na Kraków w artykule, który niby moje miasto gloryfikował, zatytułowany był bowiem "Top Ten European Stars" (czy jakoś tak, byłam pewna, że zapamiętam i nie zapisałam, a teraz już nie jestem pewna; sprawdzę za miesiąc w drodze powrotnej) i przedstawiał dziesięć miejsc w Europie, w które warto sie jesienią wybrać. No i wszystko byłoby super, gdyby nie to, że Kraków został przedstawiony jako drinking destination (w przybliżeniu stolica picia), alternatywna Oktoberfest, a poza pubami i klubami wspomniany został jedynie największy średniowieczny rynek. Okej, będę sprawiedliwa: większość proponowanych miast została wybrana ze względu na zalety rozrywkowo-zakupowe i taki był ogólny trynd tego artykułu, ale jakoś tak...

Drugi raz Kraków pojawił się w artykule przedstawiającym ranking skradzionych/zaginionych dzieł sztuki, stworzony przez anglosaskich krytyków sztuki i artystów. W tym kontekście była mowa o "Portrecie młodzieńca" skradzionym przez nazistów z Muzeum Czartoryskich i nigdy nie odnalezionym. I znowu: miło, że ktoś przypomniał, że mieliśmy w Krakowie jeszcze jedno arcydzieło malarstwa europejskiego, ale szkoda, że można jedynie powiedzieć, że obraz się nie odnalazł - i zapewne sie nie odnajdzie, ergo: w Muzeum go nie ma. Pocieszające, że Leonardo i tak jest niezłym magnesem.

A od jutra zanurzam się w świat muzeów i sztuki, której tu jest aż w nadmiarze - i będę się starała jakoś przeplatać greckie wspomnienia z londyńskim hic et nunc. Na razie kontynuuję rozpoczęte w Polsce słuchanie promsów - z dziwaczną świadomością, że odbywają się o raptem parę kilometrów, kilka stacji metra ode mnie...

 Samolot z mojego okna (Kraków)

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright