piątek, 25 września 2009
Et linguis loquor

Po trzech tygodniach uważnego nasłuchiwania, dopytywania się i wertowania słowniczka zaczęłam powolutku porozumiewać się po grecku na tematy podstawowe (a jadąc tutaj umiałam zasadniczo powiedzieć dzień dobry, proszę i dziękuję – bo zawsze byłam leniwa i dogadywałam się po angielsku z dodatkiem języka gestów). Okej i tu właśnie jest problem. Po raz drugi w życiu bowiem zdarza mi się, że znając bardzo słabo język, posiadam dość szerokie słownictwo, które z punktu widzenia jakiejkolkwiek nauki języka obcego znajdowałoby się na bardzo dalekiej pozycji.

Pierwszy raz coś takiego przydarzyło mi się kilka lat temu z niemieckim. Postanowiłam zapisać się na kurs w Instytucie Goethego, ponieważ z uporem godnym lepszej sprawy od czasu do czasu usiłuję nauczyć się mówić w języku przodków, który zresztą lubię i nie mam do niego żadnych estetycznych ani ideologicznych uprzedzeń. Sęk w tym, że na kursach uczą grzecznie gramatyki i podstawowego słownictwa i w ogóle wszystko odbywa się zgodnie z regułami metodyki nauczania, a ja tak nie bardzo potrafię, w związku z czym na kursy językowe uczęszczam co jakiś czas i bardzo niewiele z tego zazwyczaj wychodzi – a mimo to porozumiewam się mniej lub bardziej swobodnie w kilku językach europejskich, zwłaszcza tych, które używane są w krajach, gdzie spędziłam troszkę więcej czasu.

Ale do rzeczy czyli przygody ze słownictwem. Ponieważ języków najlepiej uczę się po prostu ze słuchu, jednym z moich najlepszych nauczycieli angielskiego były rozmaite piosenki słuchane w czasach licealnych, niemieckiego zaś… libretta Wagnera. I tu właśnie pojawił się problem, albowiem na egzaminie do Instytutu Goethego, kwalifikującym do grup zaawansowania, jednym z zadań było napisanie wypracowania pt. „Twoja ulubiona książka”. Napisałam o Tolkienie, bo wydało mi się to łatwe, zwłaszcza że znałam słowa typu olbrzym, krasnolud czy elf. Wszystko przez Pierścień Nibelunga oczywiście. Sęk w tym, że państwo lektorzy najwyraźniej uznali, że ktoś, kto posiada takie słownictwo, zna doskonale język, nawet jeśli na teście gramatycznym wypadł tak sobie – w rezultacie więc wylądowałam w grupie o jakieś dwa poziomy bardziej zaawansowanej niż powinnam. Skądinąd wyszło mi to tyle na dobre, że zapisałam się na konwersacje z native speakerem, w związku z czym był to jeden z najmniej zmarnowanych semestrów kursów językowych, jakie zaliczyłam.

W każdym razie mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że przez pierwszy tydzień w Verginie nauczyłam się więcej nowogreckiego niż jakiegokolwiek języka w normalnym kursowym trybie w dwa albo i trzy miesiące. I nie jest to tylko kwestia intensywności – bo wcale jakoś bardzo intensywnie się nie uczyłam – po prostu na to, żeby zaspokajać moją niespożytą ciekawość świata muszę starać się rozumieć jak najwięcej z tego, co wokół mnie mówią (aczkolwiek najważniejsze wypowiedzi w trakcie seminariów tłumaczy mi najlepiej znająca angielski osoba z ekipy). Ostatni raz takie doświadczenie miałam, kiedy mając lat dwanaście wylądowałam w klasie, w której nikt – włącznie z nauczycielami – nie mówił w żadnym języku oprócz hiszpańskiego. Po miesiącu swobodnie się porozumiewałam, w razie potrzeby poszukując brakujących wyrazów w podręcznym słowniczku, z którym starałam się nie rozstawać. Jak raz zapomniałam go wziąć na przerwę, to wyszło mi na to (z próby zapamiętania nieznanego słówka), że koleżanka hoduje w domu patelnię: pomyliłam tortuga z tortilla.

Nie wiem natomiast, na ile przyda mi się sporo z tego, czego się nauczyłam, w zwykłym podróżowaniu po Grecji. Obawiam się bowiem, że raczej nie będą mi w pierwszym rzędzie potrzebne słówka typu ciężarek tkacki, miednica, gwóźdź czy wręcz część gwoździa, której nie potrafiłabym fachowo nazwać w żadnym innym języku z polskim włącznie (pytanie konkursowe – co gwóźdź ma poniżej główki), a parę dni temu zaskoczyłam wszystkich i zdobyłam uznanie w oczach nieznających języków robotników, ponieważ grecka koleżanka chciała już biec po pomoc, bo zapomniała jak się to nazywa, a ja podrzuciłam jej odpowiedni termin. Wiem również jak jest warstwa (w tym warstwa orna), mur, bo nie liczę do nowopoznanych słówek takich oczywistości jak ostraka. Umiem też powiedzieć, że coś znajduje się poniżej poziomu kamieni oraz poprosić o przyniesienie mi czegoś, ale mam problem z dogadaniem się w restauracji...

A najgorsze jest to, że te dziwaczne słówka zapamiętuję bez większego problemu, podczas gdy czasem wciąż zapominam coś, co teortycznie należy do użytku codziennego. Ale może temu akurat zaradzi kilka miesięcy, jakie na wiosnę mam spędzić w Atenach – może tam będę musiała od czasu do czasu porozmawiać o rzeczach zwyczajnych? W każdym razie obiecałam koleżankom z wykopów, że jak znów spotkamy się w Tessalonice za pół roku, to pogadam z nimi ellinika. Zobaczymy, mam nadzieję, że zdołam dotrzymać słowa.

Vergina 2009

PS. Wpis dedykuję Galari, a zdjęcie - Ninedin, ona już dobrze wie, dlaczego :)

sobota, 19 września 2009
Głos w sprawie małych narodów

Jestem sobie niewątpliwie w Macedonii (konkretnie chwilowo w jej obecnej stolicy, Tessalonice, a ogólnie w dawnej stolicy - Aigai/Verginie), więc kiedy siedzę na Facebooku (tak, dałam się złapać w sieć, ale nie zamierzam poświęcać temu zbyt wiele czasu), to wyświetlają mi się z boku różne lokalne linki i reklamy. Wśród nich pojawiła się zachęta do wyrażenia sprzeciwu wobec używania przez tzw. tutaj FYROM (Former Yugoslavian Republic of Macedonia) vel Skopię nazwy Macedonia.

Kwestia tego niewielkiego i całkiem miłego kraiku na północ od Grecji to tutaj, zwłaszcza na północy, temat delikatny, kontrowersyjny i wywołujący skrajne emocje. Nie będę się wdawać w szczegóły sytuacji, można sobie o tym poczytać w internecie z każdego punktu widzenia. Pozwolę sobie jedynie na bardzo krótki komentarz historyczny.

Otóż pod jednym względem to Grecja a nie ten niewielki i całkiem miły kraik ma rację - historycznie tamten region to nie jest żadna Macedonia, ale ziemie podbite dopiero mniej więcej na przełomie III i II w. przez królestwo Macedonii za czasów Filipa V, a więc u swojego schyłku. I najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że przed tym podbojem i uzależnieniem wielu krain położonych nieco na północ stąd od Macedonii, akurat na terenie tego niewielkiego i całkiem miłego kraiku istniało niezależne, może niezbyt potężne ale całkiem zamożne i nieźle funkcjonujące królestwo Pajonii, rządzone przez własną dynastię, bijące piękne, stylistycznie greckie monety, wojujące z Macedończykami i wchodzące z nimi w dyplomatyczne układy, podobnie zresztą jak np. z sąsiednimi Epirotami - np. król Pyrrus (ten sam od wykańczających zwycięstw) miał za żonę pajońską księżniczkę. Pajonię zamieszkiwały plemiona trako-iliryjskie i była ona jednym z najważniejszych, najbardziej rozwiniętych i najbardziej skutecznych organizmów państwowych, jakie wykształciły się w tym regionie.

W związku z powyższym nijak nie rozumiem, dlaczego ktoś w tym niewielkim i całkiem miłym kraiku, który rozpaczliwie potrzebuje członkostwa w Unii Europejskiej (a i mnie osobiście by się ono przydało, bo ułatwiłoby podróżowanie samochodem do Grecji), ktoś nie pójdzie po rozum do głowy - a jeszcze lepiej do jakiegoś historyka starożytności - i nie zaproponuje salomonowego rozwiązania czyli odwołania się owszem, do historii, ale znacznie sensowniejszej od dość śmiesznego nazywania się Macedonią. Zakończyłoby to spory z Grecją, dało temu niewielkiemu i całkiem miłemu kraikowi własną tożsamość i fundament, na którym można dużo budować. Nie wiem, może powinnam napisać do jakiegoś ich ministerstwa?

Oczywiście wiem, że w tej chwili argumenty rozumowe niewiele zdziałają - na tym froncie zbyt dużo wydarzyło się emocjonalnie. Ale pomarzyć sobie o sensownym rozwiązaniu wolno. Swoją drogą bawią mnie troszkę te greckie pretensje, ale nie wyrażę ich głośno, bo chciałabym tu zawodowo wracać. Bawią mnie dlatego, że ogromna liczba ludzi w tych okolicach wygląda bardziej słowiańsko niż wielu obywateli Fyromu/Skopii czy jakkolwiek nazywać ten niewielki i całkiem miły kraik. I nic dziwnego: to tu zatrzymała się na dobre parę stuleci najdalej na południe wysunięta inwazja plemion słowiańskich - to na tej mniej więcej szerokości geograficznej miejscowości nazywają się Igumenitsa, Metsovo i podobnie, zdradzając bardzo wyraźnie wpływy słowiańskie (bardziej na południu też takie nazwy się pojawiają, ale rzadziej).

Mieszkańcy obecnej Grecji w ogromnej więkzości w ogóle typem antropologicznym odbiegają od tego, co pokazuje nam antyczna sztuka - co jest skutkiem kolejno wpływów słowiańskich i tureckich. Owszem, spotkałam tu dziewczynę wyglądającą rzeczywiście jak archaiczne kory - no i okazało się, że urodę ma po matce, która pochodzi z Pontu czyli tureckiego wybrzeża Morza Czarnego, gdzie być może ta mieszanka etniczna nie była tak duża. Co ciekawe, taż dziewczyna opowiedziała mi, że jak jej mama przyjechała do Grecji po ponad dwudziestu latach spędzonych w radzieckim Kazachstanie, dokąd pod koniec lat czterdziestych jej rodzinę wygnali Turcy, miejscowi Grecy przyjmowali takich jak ona delikatnie mówiąc bez entuzjazmu. Teraz tzw. Pontyjczycy wraz ze swoim folklorem są hołubieni, ale wtedy, w latach sześćdziesiątych, być może kłuli słowiańsko-tureckich Greków w oczy faktem, że przechowali więcej cech etnicznych i kultury dawnej Grecji niż tu, w tzw. Grecji Właściwej? Nie wiem, to tylko taka luźna uwaga.

A jeśli ktoś jest nadal nieprzekonany do pomysłu z Pajonią, to powinien sobie przeczytać wiersz Głosy (Małe narody) Szymborskiej - Pajończycy naprawdę niezasłużonie znikli z areny dziejowej i funkcjonują niemal wyłącznie w pamięci specjalistów, w związku z czym pewien niewielki i całkiem miły kraik mógłby to odwrócić.  A już całkiem na marginiesie dodam, że wedle najnowszych teorii my naszą legendę o Wandzie zawdzięczamy wpływom trackim, a konkretnie tracko-iliryjskiej bogini Bendis (utożsamianej z grecką Artemidą i czasem Afrodytą), której kult był jednym z najważniejszych w Pajonii.

Bendis

PS. Galari, wiem, że miało być o czymś innym. Będzie, już nawet jest napisane.

wtorek, 15 września 2009
Confiteor

Przyznam się do czegoś, do czego nie przyznałam się, wymieniając kiedyś swoje wstydliwe namiętności. Jednym z moich ulubionych sportów jest robienie zdjęć w miejscach, gdzie jest to zabronione, ze szczególnym naciskiem na muzea. Oczywiście, nie opublikowałabym czytelnych zdjęć z wykopalisk, na których jestem, ponieważ to kwestia zawodowej uczciwości i lojalności wobec ludzi, z którymi pracuję. Natomiast jak mało co wkurza mnie sytuacja, kiedy niemal wszystkie obiekty w jakimś muzeum są dawno opublikowane i dostępne w tysiącach kopii w książkach, internecie, na pocztówkach i tak dalej, a mimo to fotografia jest zabroniona. Znów oczywiście: nie robiłabym zdjęć z fleszem tam, gdzie mogłoby to zaszkodzić dziełom sztuki, ale od tego mam porządny sprzęt, żeby warunki oświetleniowe nie stanowiły problemu.

Ta pasja zaczęła się dość dawno temu od zabawnego epizodu. Szczenięciem jeszcze byłam z licealną koleżanką w Jastarni i pojechałyśmy zwiedzić Gdańsk. Udałyśmy się między innymi pod Stocznię, bo były to czasy, kiedy była jeszcze symbolem walki o wolność a nie o kasę. Na bramie widniała wielka tabliczka z przekreślonym aparatem, ale mimo to zaczęłyśmy sobie robić zdjęcia (muzealną już Zorką, bo takie cudo wówczas posiadałam – naprawdę świetne cudo z wymiennymi obiektywami, celownikiem i światłomierzem... ech, to były czasy). Niemal natychmiast z budki wyskoczył strażnik, więc pospiesznie pstrykałyśmy, póki się dało, gotowe zwiewać. Tymczasem okazało się, że strażnik chciał sobie zrobić z nami zdjęcia, a nie przegonić nas czy też jak to drzewiej bywało, prześwietlić nam film. Mam w związku z tym w albumie z tamtych lat czarno-białe zdjęcie z wąsatym strażnikiem Stoczni Gdańskiej pod tabliczką „zakaz fotografowania”.

A potem zaczęłam jeździć po świecie, fotografując ile się da (miesiąc w Indiach: ponad tysiąc zdjęć analogowych; dziś wydaje mi się to niedużo, bo na niemal identycznym sprzęcie cyfrowym zdarza mi się tyle robić w jeden dzień, ale proszę sobie wyobrazić, ile kosztowały odbitki, no i ta niepewność, jak te zdjęcia wyszły) i natykać się na zakazy. Nie pamiętam, dlaczego nie udało mi się w muzeum w Bombaju – może po prostu dlatego, że nie miałam filmu odpowiedniej czułości, co teraz nie jest problemem, wystarczy zmienić odpowiedni parametr. A może w każdej sali było kilku pilnujących i zupełnie się nie dało? Nie pamiętam, w każdym razie jest to jedyne muzeum, z którego nie mam ani jednego zdjęcia. A właściwie chyba nie mam, bo może jednak coś pokątnie strzeliłam, ale wyszło tak fatalnie, że nawet nie pamiętam. Będę musiała przejrzeć pudło z odrzutami z Indii.

Odkąd posiadam całą baterię aparatów cyfrowych, cała sztuka polega na wykiwaniu pilnujących, które nazywam harpiami. Jest to autentyczny sport czy też jak kto woli gra strategiczna.

Podstawową zasadą, bez której dalej ani rusz, jest ukrycie aparatu przy wejściu, żeby nie narazić się na ostrzeżenie, że nie wolno. Warto też mieć oprócz lustrzanki, która choćby nie wiem co będzie robić hałas, coś malutkiego i cichego, ale lepszego niż komórka. Ja mam od tego tzw. aparat biblioteczny, który na co dzień służy mi do fotografowania potrzebnych materiałów oraz robienia zdjęć, kiedy zobaczę coś ciekawego na ulicy. Mam również średniej wielkości kompakt, który jest cichy a dobry, ale bardziej rzuca się w oczy niż płaski „biblioteczny”.

Następnie – i to jest faza najważniejsza – trzeba uśpić czujność harpii. Dobrą metodą jest zatrzymywanie się na bardzo długo przed obiektami lub gablotami (najlepiej wcale nie tymi, które chce się sfotografować); kilka takich przystanków i bardzo dokładne studiowanie opisów – dlatego lepsze są gabloty niż pojedyncze obiekty – zazwyczaj przekonuje harpie, że jestem nieszkodliwą wariatką, za którą nie warto się snuć, bo będzie przy każdej gablocie stała kwadrans. Większość harpii upiornie się nudzi - wiem to od znajomych muzealników, którym zdarza się czasem harpiować - więc czeka tylko na okazję, żeby poplotkować z koleżankami (vide jeden z ostatnich wpisów, kawałek o Warszawie).

Można też stosować metodę zwiedzania chaotycznego: nieustannego wracania się, podchodzenia w kółko do czegoś; jeśli muzeum ma kilka sal, mało pilnujących i dużo zwiedzających, zazwyczaj harpie będą włóczyć się za bardziej zdyscyplinowanymi gośćmi. Czasem niestety trzeba dość długo czekać na to, że coś innego odwróci uwagę jakiejś bardziej rzetelnej harpii – jeśli ma się towarzystwo, to można je do tego wykorzystać (w końcu zwiedzając, ma się prawo do informacji), a jeśli nie, to niestety trzeba swoje odczekać. Prędzej czy później jakieś dziecko krzyknie, ktoś się potknie, ktoś inny zacznie bynajmniej nie ukradkiem robić zdjęcia, w każdym razie rzadko się zdarza, żeby się nie doczekać. Czasem też harpia po prostu na moment wyjdzie, odwróci się lub zagada się z drugą.

Bywa też tak, że ma się ogromne szczęście naprawdę nie zauważyć tabliczki informującej o zakazie fotografowania przy wejściu do muzeum czy galerii. Oczywiście nie należy popełniać błędu dopytywania się o coś takiego. Mnie się to zdarzyło dwa razy: w Fitzwilliam Museum w Cambridge oraz na wystawie poświęconej Cezarowi w Rzymie. Żeby było zabawniej, w obu przypadkach zdążyłam obfotografować niemal wszystko, co mnie interesowało, zanim ktokolwiek zwrócił mi uwagę. Potem zresztą w obu miejscach zrobiłam jeszcze kilka zdjęć, bo naprawdę mi na paru obiektach zależało, tylko musiałam zachowywać większą ostrożność.

A teraz dla sportu staram się zrobić jak najwięcej zdjęć w Wielkim Tumulusie czyli grobach królewskich w Werginie. Byłam tam już dwa razy za tym pobytem, planuję jeszcze ze trzy (niech żyją darmowe wejścia) – i może uda mi się mieć na własnych zdjęciach wszystko, co tam najbardziej lubię.

Bo to jest właśnie powód, dla którego to robię. Nie chcę sprzedawać takich fotografii i odbierać kasy z pocztówek muzeom – zresztą żeby miały naprawdę komercyjny walor, musiałabym je robić w innych warunkach – a opublikowanie ich na blogu niczego nie zmieni, bo zdjęcia większości tych obiektów i tak krążą za darmo po internecie. Robię te zdjęcia po trochu dla adrenaliny, ale przede wszystkim dlatego, że chcę mieć swoje własne obrazki ulubionych zabytków, swoje własne ich widzenie. Pomijam już tak praktyczny w wielu przypadkach powód jak to, że wielu z moich ulubionych obiektów wcale nie ma na muzealnych kartkach. Niemniej podstawowy powód jest taki, że robiąc własnoręcznie zdjęcia nawiązuję z tymi przedmiotami jakiś osobisty kontakt – oglądanie później takich zdjęć ma dla mnie znacznie większy walor niż oglądanie pocztówek czy książek, nawet jeśli jakość jest czasem taka sobie, bo trzeba się było bardzo kryć. To jest mój punkt widzenia, to jest moje oglądanie przedmiotów. Własne fotografie przypominają mi, jak stałam przed jakąś rzeźbą, obrazem czy gablotą, jak czułam zachwyt lub zdumienie na ich widok, jak bardzo starałam się ich nie zapomnieć. Nawet najdoskonalsze cudze zdjęcie nie przypomni mi tak namacalnie tych chwil i tych przeżyć.

Dlatego będę nadal fotografować to, co zrobi na mnie wielkie wrażenie, nawet jeśli przy drzwiach będzie wielka tablica, że nie wolno. I chwała niech będzie tym muzeom, w których wolno fotografować ile się chce, nawet jeśli trzeba za to dodatkowo zapłacić.

Harpia

piątek, 11 września 2009
Aigai 2009

Oczywiście zgodnie z przewidywaniem nie mogę tak naprawdę wiele napisać o tym, co tu oglądam, zanim wyniki nie zostaną opublikowane, powiem więc tyle, że jestem na terenie miasta, a konkretnie jego kawałku, który na razie nie jest bardzo czytelny, jeśli chodzi o to, co konkretnie tu było, a położony jest w trójkącie między pałacem/teatrem, świątynią Euklei (słynną z odnalezienia tam inskrypcji związanej prawdopodobnie z Eurydyką, matką Filipa II, kobietą, skądinąd też dość niecodzienną kobietą) i świątynią Kybele. Na razie jesteśmy w warstwie hellenistycznej, aczkolwiek prawdopodobnie poniżej jest coś starszego – bo czemu miałoby nie być, skoro wszystko dookoła jest co najmniej z IV w.

I tyle właściwie mogę powiedzieć o samych wykopaliskach w sensie merytorycznym, więc skupię się na kwestiach technicznych. Przede wszystkim są to praktyki dla leniwych studentów: żadnej łopaty, żadnego kilofa, ogólnie żadnego kopania i żadnego rysowania – od wszystkiego jest na wykopie ktoś inny. Kopią – ba, nawet eksplorują! - robotnicy. Mury rysuje architekt, ceramiki nie rysuje się w ogóle (zastanawiam się, czy nie z przyczyn praktyczych: są jej po każdym dniu pełne worki, tak po dwa trzy z każdego kwadratu… więc trzeba by kilkunastu sprawnych rysowników albo armii studentów, żeby temu podołać), za to niewątpliwie się ją myje – i tu przyjemne zaskoczenie: miejscowa glinka, która stanowi większą część tego wszystkiego, od czego należy ceramikę uwolnić, ma ewidentnie jakieś dobre dla skóry właściwości i mogłaby z powodzeniem być wykorzystywana do kosmetycznych maseczek, w każdym razie ręce są po takiej sesji mycia nawodnione, gładkie i jakby pokryte warstewką dobrego kremu. Zresztą właściwości tej glinki widać również na części lokalnej późnohellenistycznej ceramiki, która de facto rozciera się w rękach i nie nadaje się do mycia, tylko od razu do konserwacji.

Praktykant zajmuje się najczęściej mierzeniem, gdzie został znaleziony jakiś bardziej ważny artefakt, poza tym pilnuje, czy robotnicy nie wrzucą na taczki jakiegoś kawałka ceramiki na przykład, co się zdarza, ale dość rzadko, ci faceci naprawdę są wyszkoleni lepiej niż niejeden posiadacz dyplomu archeologii, więc jest to raczej kwestia przeoczenia niż niewiedzy. Czasem coś człowiek wyczyści lub wyeksploruje – ale po prawdzie tylko w co bardziej delikatnych miejscach, bo gdzie indziej też robią to robotnicy. A z kolei w tych miejscach bardziej czułych najczęściej robi to ekipa, włącznie z profesurą.

Plusem takiej sytuacji (poza oczywistością czyli tym, że można sobie odpocząć) jest to, że ekipa ma sporo czasu na to, żeby różne sprawy objaśniać i tłumaczyć, w związku z czym można się sporo nauczyć, aczkolwiek w najmniejszym stopniu spraw technicznych, co dla osób zdecydowanych na zajmowanie się głównie archeologią autostradowo-deweloperską oczywiście byłoby minusem.

Ekipa ma ogromną wiedzę, ale mam cichą satysfakcję, że o pewnych rzeczach wiem już więcej niż oni. W pierwszym dniu mojego tu pobytu bowiem wyszła bardzo ładna moneta, którą na pierwszy rzut oka oceniłam jako typ Filipa II (emitowany przez kolejnych władców do przełomu IV/III w.), ale zanim zdążyłam to powiedzieć, jedna z pań z ekipy uznała, że jest to moneta „późnohellenistyczna”. Niestety byłam tam za krótko, za mało znałam tych ludzi, no i nie miałam całkowitej pewności, czy któryś z ostatnich królów Macedonii nie powtarzał tego typu – co zresztą też nie bardzo by tę monetę kwalifikowało do późnego hellenizmu, jako że maksymalnie byłaby to połowa II w., a w czasach rzymskich na pewno takich nie było. Dziś sprawdziłam w wypożyczonej z biblioteczki w biurze wykopalisk „Historia Numorum” czyli biblii numizmatyki greckiej – miałam rację. I mam tylko problem, czy im to powiedzieć, czy nie. Pewnie nie powiem, zachowam satysfakcję dla samej siebie, a oni i tak się dowiedzą, że nie mieli racji, bo będą konsultować znaleziska monet z numizmatykiem. Ja w każdym razie mam dzięki temu poczucie, że mój wyjazd na kongres w Glasgow nie był niezasłużony.

Słońce Werginy

Jeśli te dwa i pół tysiąca lat temu z okien pałacu w Aigai oglądano takie widoki nad wschodnim horyzontem, to nie dziwię się, że promieniste słońce stało się królewskim symbolem.

niedziela, 06 września 2009
Great Western Road

Jak debiutować, to na wielką skalę, nie? Jestem właśnie w drodze między dwoma debiutami - na wielkiej międzynarodowej konferencji i na zagranicznych wykopaliskach. Konferencja to Międzynarodowy Kongres Numizmatyczny, odbywający się co sześć lat, impreza na dobre kilkuset uczestników, najważniejsza w tej branży. Stres jak nie wiem co, oczywiście. Sławy, o których się dotychczas jedynie czytało w książkach, nagle okazują się ludźmi z krwi i kości, niekiedy nawet bardzo sympatycznymi. W każdym razie przeżyłam i zaliczyłam kolejny etap mojego tegorocznego Grand Tour. Przeżyłam również większą ilość whisky niż chyba wypiłam w dotychczasowym życiu, albowiem rzecz miała miejsce w Glasgow, no i wieczory upływały pod znakiem Show me the way to the next whisky bar...* Ale w Szkocji chyba każdy znajdzie coś, co mu zasmakuje, ja osobiście znalazłam, ale niestety chwilowo amnezja wymazała mi nazwę tego cudu z głowy - w jednej z posłanych do domu paczek jest ulotka, więc najpóźniej za miesiąc wpiszę tu w odpowiednim PS, co to było. (PS. Już znalazłam dzięki wikipedii. Jest to Laphrohaig. Szczególny urok posiada, kiedy stawia ktoś ważny...)

Samo Glasgow nie spodobało mi się jakoś szczególnie; jest miłe, ale raczej nieładne, aczkolwiek być może są tam ładne miejsca, do których nie dotarłam z powodu pogody (przez prawie tydzień niewiele się zmieniło w kwestii, o której pisałam w komentarzu do poprzedniego wpisu: padania, lania, mżenia i siąpienia na zmianę). Bardzo dziwaczne są tam muzea: zarówno Hunterian jak i Kelvingrove (oba odwiedziłam z okazji receptions, na których bogactwo jedzenia i picia było iście szkockie) to po prostu rozwijane przez dwa stulecia osiemnastowieczne gabinety osobliwości, w których szkielet słonia i wypchany wilk workowaty sąsiadują z odlewem czaszki Roberta the Bruce, erotycznymi żetonami rzymskimi, rozmaitymi kawałkami w formalinie i ekspozycją monet greckich zorganizowaną na kształt dysku z Fajstos i bez podpisów... Aha i jeszcze rzeczywiście fantastyczne zbiory geologiczne. A gdzieniegdzie popiersie królowej Wiktorii. I tak dalej. W Hunterian bardzo ciekawa kolekcja rzymskich "kamieni milowych", a konkretnie reliefów upamiętniających zaliczenie przez poszczególne legiony kolejnych mil marszu.

W Hunterian Art Gallery trafiła mi się natomiast gratka - spora wystawa grafik Muncha, co oznacza zebranie w jednym miejscu sporej liczby jego najsłynniejszych prac, z których osobiście chyba najbardziej lubię Madonnę, ale zachwyciło mnie jeszcze kilka innych. Był tam również portret Przybyszewskiego, tak nawiasem mówiąc.

W sumie pobyt tam był fantastyczny (no, pogoda mogłaby być lepsza...), towarzystwo takoż, na dodatek mieszkałam na bocznej uliczce od ulicy, która jest w tytule jednej z moich ulubionych piosenek i dlatego też trafiła również do tytułu notki. A teraz jestem w drodze, dosłownie, na kolejny wielki debiut (mam nadzieję, że również okaże się udany): jadę na wykopaliska w Werginie (starożytne Aigai w Macedonii) czyli w miejsce, o którym marzyłam. I oczywiście nieźle się z tego powodu stresuję, proszę więc trzymać za mnie kciuki...

Great Western Road

* Oto linki do wersji bardzo tradycyjnej, Ute Lemper, oraz takiej, która mnie pozytywnie zaskoczyła, Davida Bowie. Jak ktoś chce Doorsów, to niech sam sobie youtubuje ;)

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright