piątek, 03 września 2010
Lans zabytkowy

Przeczytałam sobie artykuł o tym, jak to dyrekcja Muzeów Watykańskich ubolewa nad tym, że tłumy turystów zagrażają Kaplicy Sykstyńskiej. Co sądzę o dyrekcji Muzeów Watykańskich napisałam już ponad rok temu, więc nie będę się powtarzać. Ale po przeczytaniu tego artykułu przypomniały mi się snute z N. refleksje na temat tłumów w zabytkowych "hitach".

Zaczęło się od wspomnianej w poprzedniej notki niemożności kupienia normalnie biletów do Alhambry, a konkretnie do Palacios Nazaries, pałacu Nasrydów (ostatniej mauretańskiej dynastii rządzącej Granadą), czyli tego najwspanialszego architektonicznie i zdobniczo kawałka całego kompleksu architektonicznego. No bo niewątpliwie najwspanialszy to on jest, ale jeśli chodzi o zdobnictwo, to np. sewilski alkazar niewiele mu ustępuje... A Patio de los Leones w tym roku i tak było w remoncie. Ale to nieistotne.

O tym, że bilety warto kupić wcześniej (w bankomatach jednego z banków lub przez internet można to zrobić), wiedziałyśmy z przewodnika. Trudno jednak jest kupować z dużym wyprzedzeniem bilet na konkretną godzinę - z dokładnością do pół godziny na dodatek, a jak się człowiek spóźni, to nie wejdzie - zwłaszcza kiedy podróżuje się samochodem i na samym niemalże wstępie zaliczyło się awarię, która zmieniła diametralnie plan podróży. A na dodatek ma się tendencję do zjeżdżania w bok, jeśli okaże się, że pięć kilometrów od zaplanowanej trasy jest np. niewymieniony w przewodniku rzymski akwedukt...

Postanowiłyśmy więc bilety kupić dnia poprzedniego. Szybko okazało się jednakowoż, że godziny podane w przewodnikach i w internecie nijak się mają do rzeczywistości i w niedzielę kasy zamykają się dużo wcześniej niż się spodziewałyśmy. Trudno, pomyślałyśmy, kupimy w banku - tu czas, wedle zapewnień, miał być do północy. Niestety, wszystkie bankomaty odmówiły współpracy. No dobrze, w takim razie można jeszcze zrobić jedno: zostać o dzień dłużej i w poniedziałek w południe kupić bilety na wieczór... Nic podobnego. W południe okazało się, że bilety na ten dzień są wyprzedane, a na następny sprzedaży nie ma. Pani w kasie (nawiasem mówiąc, znająca jedynie hiszpański, błogosławiony niech więc będzie mój roczny pobyt w Wenezueli w dzieciństwie...) poradziła bankomaty oraz rezerwację telefoniczną. Ponieważ bankomaty przez noc nie zmieniły zdania w kwestii współpracy, zadzwoniłam. Odebrał pan, który poinformował mnie, że on bilety ma wyprzedane na tydzień do przodu i radzi jedynie udanie się pod kasy o godzinie siódmej rano, bo co rano jest pula biletów na dany dzień.

I tu robi się zdziwniej i zdziwniej, bo jako osoby urodzone w PRL powinnyśmy niby wiedzieć, co to są kolejki... A jednak to, co N. zastała, kiedy przed siódmą udała się pod kasy, opisała następnie w krótkich żołnierskich słowach, które można w bardziej cywilizowany sposób streścić jako dantejskie sceny. Ludzie albowiem koczowali już od mniej więcej czwartej rano, w związku z czym o doradzonej nam siódmej kolejka była już taka, że nie miało się pewności, czy biletów starczy. Dalsza historia mniej jest pasjonująca, jako że po rozlicznych bojach i pomocy Włoszki z kolejki N. zdołała kupić bilety (żadnego wyboru godziny, trzeba brać, co dają) i pałac zwiedziłyśmy.

Ale wszystko to sprawiło, że przez kilka następnych dni wracałyśmy do socjologiczno-psychologicznych rozważań na temat zwiedzactwa. No bo w sumie zwiedzanie takiego hitu jak Alhambra wygląda tak: z jednego kąta wygląda opisana również w poprzedniej notce scenka ze zblazowaną polską młodzieżą z wycieczki, z innego - tłumy ludzi czekających wyłącznie na to, żeby zrobić sobie w szczególnie atrakcyjnym zdjęciu fotkę, na której będzie widać ich, ale nie to miejsce, a wszędzie snują się grupy wycieczkowe - do tego stopnia, że zwykły człowiek jest osaczony jazgotem dziesięciu przewodników na raz, a większość z nich na dodatek duby smalone bredzi.

Niestety nie należymy do tego odmiennego gatunku snobów, który Palacios Nazaries by sobie odpuścił, znalazł nikomu nieznany zabyteczek w nieznanej wiosce i następnie po powrocie opowiadał wszem i wobec, że jest to miejsce znacznie bardziej godne uwagi niż Alhambra. Nie, zobaczenie pałacu było na topie naszej listy, podobnie jak paru innych zabytków. A to, że z równym zapałem nadłożymy drogi, żeby zobaczyć "zdechłe kolumny" w Numancji (z powodu Scypiona), nijak się z chęcią zwiedzenia hitów nie kłóci.

Z socjologiczno-psychologicznego punktu widzenia ciekawsze jest co innego. Obserwacja tłumów przemierzających Alhambrę czy pędzących do Kaplicy Sykstyńskiej daje obraz dziwacznego przemieszania bezrefleksyjności (proszę wybaczyć, ale ogromna większość osób oznakowanych tak czy inaczej przez biuro podróży i słuchających katarynkowej przewodniczki ma miny świadczące o bardzo nikłym zainteresowaniu czymkolwiek poza zrobieniem sobie pamiątkowej fotki) i poczucia ważności. Bo przecież teraz będzie można odhaczyć sobie kolejny punkt w życiorysie - byłem i widziałem.

Niby żaden powód, żeby coś zobaczyć i poznać, nie jest zły. Problem leży, jak sądzę, gdzie indziej: w dziwacznej machinie napędzającej niezdrowy snobizm, że zobaczyć tak naprawdę trzeba bardzo wybrane miejsca, a potem już się będzie cool. Bo na przykład we wzmiankowanym alkazarze w Sewilli bilety kupuje się z marszu. Podobnie w absolutnie zachwycającym wielkim meczecie (z ohydną katedrą wstawioną do środka) w Kordobie. Kłopoty z nabyciem biletów zdarzają się do Koloseum (ale już na Forum Romanum, nie mówiąc o Palatynie, które zazwyczaj nabywa się w zestawie, idzie raptem nikły procent tłumu walącego do Amfiteatru Flawiuszy, który zdaniem zapewne 99% odwiedzających stał już za Nerona). Jeśli zaś o mauretańską Andaluzję chodzi, to w przepięknej Medina Alzahra pod Kordobą - spore fragmenty zachowanego miasta, cudnie na dodatek położonego - ludzi jest raptem tyle, że nie trzeba nawet naczekać się na zdjęcia bez obcych twarzy, nóg i innych części ciała.

Oczywiście, powtórzę, iż zgadzam się, że Palacios Nazaries są niepowtarzalnym cudem świata i nie dziwi mnie, że są numerem jeden na liście mauretańskich zabytków Hiszpanii. Nie przekonuje mnie jednak dystans - ba, otchłań dzieląca ich popularność od popularności innych wspaniałych miejsc, jak chociażby położonego na przeciwległym wzgórzu Generalife, do którego bilety kupuje się kiedy się zechce i bez ograniczeń. Podobnie jest w Muzeach Watykańskich z Sykstyną i np. Grupą Laokoona, a nawet stanzami Rafaela, gdzie spora część zwiedzających trafia ewidentnie wyłącznie dlatego, że są po drodze... Tak samo w Luwrze jest z Giocondą i całą resztą kolekcji, a po prawdzie chyba i z Giocondą i całą resztą malarstwa na świecie, włącznie z innymi dziełami Leonarda. Tylko przed Moną Lizą stoi tłum zaliczających i usiłujących jakoś ją przez tę szybę sfotografować. Ta otchłań nijak nie ma się do tego, jak co jest ciekawe czy piękne, nijak też nie oddaje rzeczywistego zainteresowania zwiedzających zabytkami. Śmiem zaryzykować twierdzenie, że otchłań ta ma korzenie wyłącznie marketingowe, a raczej lanserskie.

I o ile pewne odmiany snobizmu uważam za pozytywne - znam wystarczająco dużo ludzi, dla których snobizm był pierwszym krokiem do autentycznego zainteresowania się danym zjawiskiem, o tyle irytuje mnie ten płytki lans, który sprowadza się do tego, że zaliczyć należy miejsce, do którego najtrudniej dostać bilety, a całą resztę można olać. To jest sztuczne tworzenie mody, którego rezultatem są te upiorne kolejki, dantejskie sceny i potem całkowity brak komfortu w zwiedzaniu. A im większe kolejki, tym większa moda - i mamy perpetuum mobile.

Wracając do Sykstyny: z ostatniej tam wizyty pamiętam głównie katarynkę powtarzającą z głośników, że nie wolno tam hałasować. Sęk w tym, że przy tej hałasującej katarynce i przy konieczności przeciskania się między jedną wycieczką a drugą, to ja tracę ochotę na kontemplowanie fresków. Obejrzałam sobie Sybille na sklepieniu, po czym szybko poszłam dalej. By zagłębić się w koszmarnie niedogrzane, wilgotne i ponure zakątki, w których przez mało kogo oglądane stoją rzymskie kopie arcydzieł Fidiasza, Polikleta, Myrona, Skopasa, Lizypa i Praksytelesa. To wszystko ma wartość artystyczną i kulturową co najmniej równą dziełu Michała Anioła, ale zarówno dyrekcja jak i zwiedzający mają to w głębokim poważaniu, bo nie należy do lansu.

I szczerze? Mam nadzieję, że tak pozostanie. Chcę móc to sobie oglądać do woli, w spokoju, choćby i w tym piekielnym, dantejsko wręcz piekielnym zimnie.

Generalife

środa, 01 września 2010
Polonica

Kiedy wyjeżdżam za granicę, nie ogarnia mnie nostalgia za ojczyzną. Nie rozczulam się, słysząc polską mowę na dalekim krańcu Europy - szczerze mówiąc, poziom wypowiedzi w tym języku najczęściej jest taki, że mam ochotę uciec byle daleko i na wszelki wypadek nawet z N. porozumiewam się po angielsku. Choć muszę przyznać, że była jakaś dziwaczna poezja w wypowiedzi pewnego potężnie zbudowanego młodziana o wygodnej rekruckiej fryzurze, którego rozmowy przez komórkę byłam świadkiem w londyńskim autobusie: młodzian ten mianowicie refrenicznie po każdym wypowiedzianym słowie dodawał powszechnie znany pięcioliterowy przerywnik na k. Naprawdę. Wyjątek zrobił jedynie dla zbitki nie+czasownik, które wymówił jednym tchem. Byłam pod wrażeniem.

Jednym z wielkich plusów wyjazdów za granicę jest oderwanie się od problemów w rodzaju liczby krzyży i kopców stojących na Krakowskim Przedmieściu, a także bezcenny czas, w którym nie słyszy się bełkotu polskich polityków. Bełkot zagranicznych polityków, nawet w językach, które znam, jakoś mniej mnie irytuje. Pewnie dlatego, że w mniejszym stopniu wpływa na to, jak mi się będzie na co dzień żyło.

W odbytym niedawno prawie-że-Grand-Tour z przymusowym przystankiem w regionie Poitou miałam jednakowoż okazje zadumać się na niemiecko-angielsko-francusko-hiszpańskim bruku nad zagadnieniem polskości. W różnych aspektach.

Były zaskoczenia miłe: pan przy sąsiednim stoliku w restauracji o literackiej nazwie "Bâteau ivre" w La Rochelle (wizyta będąca hołdem dla zupełnie innej literatury, mianowicie bohaterów Aleksandra Dumasa ojca, związana z wyżwym przymusowym przystankiem itd.), rozmawiający ze swoim towarzyszem nienaganną brytyjską angielszczyzną, zwrócił się nagle do nas z pytaniem, czy mówimy po polsku. I, o dziwo, nie powiedział następnie, że zgadł dzięki temu, że Polka sprząta mu mieszkanie/Polak przetyka zlew/Polacy remontowali dom/Polacy go okradli (to pierwsze było przedmiotem mojej niegdysiejszej rozmowy z ateńskim taksówkarzem imieniem Kostas, który zdziwił się - i bardzo mnie potem przepraszał - że przyjechałam do Aten zobaczyć zabytki, a nie szukać pracy). Nie, okazało się, że pan ten ma polskie korzenie i jakkolwiek już jego ojciec nie bardzo po polsku mówił, on jako nauczyciel historii pod Manchesterem zaczął się niedawno interesować rodzinnymi korzeniami.

Były też wątki muzyczne, aczkolwiek wcale nie chopinowskie i "nie-oficjalne". W andaluzyjskiej Rondzie - skądinąd jednym z największych zachwytów tej podróży - kupiłam gitarową płytę naprawdę świetnego gitarzysty. Człowiek ten, występujący jako po prostu Eugen - i pod takim imieniem również komponujący własne hiszpańskie kawałki - okazał się Białorusinem od ćwierć wieku zamieszkałym w Rondzie i będącym tam profesorem gitary w konserwatorium. Jak usłyszał, że jesteśmy z Polski, to natychmiast pochwalił lokalną profesorkę fortepianu - Polkę. Polskiego nauczyciela gry na skrzypcach miał też leczący skołatane nerwy młodzian, napotkany w miasteczku Alange pod Meridą - kurorcie, jak się okazało, w którym bywają niemal wyłącznie Hiszpanie, w związku z czym nasza nie tak w końcu egzotyczna, bo francuska rejestracja (efekt wyżwym przymusowego...) budziła tam spore zdumienie. A właścicielka hoteliku, w którym się zatrzymałyśmy i poznały znerwicowanego skrzypka, była niegdyś w Krakowie, jako że jej siostrzeniec ożenił się z Polką, i nawet całkiem dużo o tym Krakowie wiedziała.

Samych rodaków na szczęście nie spotkałyśmy w nadmiarze, za to rozrzut ich zainteresowania światem był dość skrajny. W ogrodach Generalife w Granadzie podsłuchałam monolog, który wygłaszał zblazowany młodzian do podrywanej wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi panny, poznanej na wycieczce. Para jednak ewidentnie zaszyła się w ciemnym kącie ogrodów wcale nie w celu, o który można by ją podejrzewać - nie, oni najwyraźniej po prostu nie mieli najmniejszej ochoty zwiedzać tego, co im zwiedzać kazano (nawiasem mówiąc, przez takich typków z biur podróży, którym wciska się bilety w ramach "wycieczek fakultatywnych", na które "wypada" pojechać, N. stała od godziny 7 rano po bilety do Alhambry, a i tak mogło to być za późno). Z monologu młodziana wynikało mianowicie, że prawdziwe wakacje to są w Lloret del Mar, bo tam jest "rano plaża, potem miasto wymarłe, potem znów plaża", a poza tym sklepy i dyskoteki... Dziewczę towarzyszące młodzianowi, z retoryki sądząc, dopiero co poznane, wydawało jedynie westchnienia, które - gdybym nie rozumiała języka monologu - zapewne wzięłabym za objawy gry wstępnej.

Na szczęście dzień później, kiedy udało nam się zwiedzić Alhambrę, w autobusie spotkałyśmy zupełnie inne Polki. Trzy panie, trzy pokolenia, przyjechały do Hiszpanii do pustego w wakacje mieszkania rodziny i zamiast smażyć się na plaży w mieście, w którym mieszkały, wynajęły samochód i jeździły zwiedzać. Ba, jako że nie miały szans dostać się do Alhambry w dniu, w którym przyjechały do Granady, kupiły bilety na za tydzień i postanowiły raz jeszcze pokonać sto pięćdziesiąt kilometrów w jedną stronę od miejsca swojego pobytu, byle zobaczyć pałac Nasrydów. I jakkolwiek w autobusie słowa "och, nareszcie ktoś mówi po polsku" raczej mnie przeraziły niż ucieszyły, chwilę później jadłyśmy razem obiad rozmawiając o tym, co jeszcze warto zobaczyć w Andaluzji. Mam nadzieję, że zachęciłyśmy do odwiedzenia Rondy. Na dodatek okazało się, że panie mieszkają kilkadziesiąt metrów ode mnie w Krakowie...

A teraz czas na wątek drugi czyli Unii Europejskiej drugiej kategorii.

Zaczęło się od zjazdu z promu w bretońskiej miejscowości Roscoff. Tam jeszcze miałyśmy polską rejestrację i kiedy wyjeżdżałyśmy w sznurze Anglików i Francuzów, czuwający nad wszystkim policjanto-wopista nagle ożywił się i zatrzymał nas (nikogo poza tym nie zatrzymywał), po czym - jak za komuny - odpytał, jak długo zamierzamy zostać we Francji, dokąd jedziemy i co zamierzamy w tejże Francji robić. Była 7 rano i właśnie spędziłyśmy noc na promie, który upiornie kołysał, a na dodatek miejsca do spania miał nieodgrodzone od części kawiarnianej, toteż dopiero kilka kilometrów dalej uświadomiłam sobie, że powinnam była temu panu odparować, że nie mam żadnego obowiązku odpowiadać mu na te pytania, albowiem podobnie jak on jestem obywatelką strefy Schengen Unii Europejskiej i mam prawo siedzieć we Francji ile mi się podoba, a nawet starać się podjąć tam pracę, gdyby mi się zachciało. Niestety jedynym, na co we wzmiankowanych warunkach było mnie stać, była odpowiedź, że we Francji zostawać nie zamierzam (o ironio), albowiem jadę do Hiszpanii...

Tak się złożyło, że jadąc wcześniej przez Niemcy i Belgię, i zatrzymując się po drodze w Kassel (muzeum) i Brugii (miasto), rozmawiałyśmy o tym, że nasza część unijnej Europy jest traktowana jako obszar drugiej kategorii, ponieważ na przykład nawet sieciówki produkujące ubrania ze średniej półki, a także firmy od butów czy kosmetyków, nie sprowadzają do Polski całego asortymentu, a jedynie jego mniej atrakcyjną część - co gorsza, jak się kiedyś dowiedziałam, nie mogę sobie sprowadzić sportowych butów, które spodobały mi się w Rzymie, tylko nie było mojego numeru, ponieważ "do tej części Europy" firma ich nie wyśle... Podobnie w wielkim koncernie wysyłającym na cały świat książki, płyty i inne takie wciąż nie jesteśmy, jeśli chodzi o koszty wysyłki, w UE, tylko "reszcie Europy".

Było jeszcze ewidentne zetknięcie z mentalnością typu "Polak to złodziej, który w najlepszym razie przyjeżdża tu myć gary", ale to osobna historia i może kiedyś doczeka się notki.

Efekt jest taki, że jak na chwilę osiądę w kraju, kiedy już uda mi się wyjechać na Cypr i z niego wrócić, to mam ochotę napisać do odpowiedniego europosła, na którego kiedyś oddałam głos, żeby zajął się sprawą "drugiej kategorii" w Parlamencie Europejskim. Ktoś może powiedzieć, że to wszystko drobiazgi - bo sobie butów kupić nie mogłam. Ale to nie są drobiazgi. Jestem niezwykle daleka od ulegania modom i kupowania ciuchów dlatego, że są modne - może być supermodne, ale jeśli mi się nie podoba albo źle w tym wyglądam, to niech sobie wisi na wieszaku. Ale to, że u nas na wystawach sklepów ze średniej półki - czyli tych dla zwykłego obywatela z klasy średniej - nie ma ostatnich trendów, tylko kolekcje sprzed roku albo też jakieś nędzne ogony kolekcji europejskich, świadczy o tym, że pozwalamy traktować się ochłapami. A to, wbrew pozorom, przekłada się na ogólną mentalność. Nie można się godzić z traktowaniem, które jest niezgodne ze stanem de iure. A de iure jesteśmy równorzędnymi obywatelami Unii. I jeśli nie będziemy walczyć o drobiazgi, to nigdy nie wyrównamy pensji i poziomu życia. I nie zmienimy opinii o sobie na świecie.

A jeśli o to nie zadbamy, to w następnych latach możemy sobie co najwyżej powtarzać słowa wieszcza: "Chcieliście Polski, no to ją macie. Skumbrie w tomacie, pstrąg."

Calais-Dover

PS. Kilka zdjęć z Alhambry - tutaj.

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright