sobota, 29 września 2012
Nowy projekt blogowy...

Na wypadek, gdyby ktoś szykował się z kolejnym komentarzem z serii "kiedy następny wpis", informuję szanownych czytelników, że chwilowo para idzie głównie w ten blog: Wariacje operowe. Trochę dlatego, że czuję rosnącą niechęć do pisania o sprawach aktualnych, a z kolei w sprawach antycznych chwilami pochłaniają mnie jakieś dziwaczne szczegóły ;) Ale gdzieś tam powoli rodzi się kolejne marudzenie o mecenacie sztuki, a raczej jego dziś braku...

poniedziałek, 10 września 2012
Piano, Piano, Pianissimo?

Nie znam oczywiście wyliczeń speców od rynku ani teoretycznych modeli oczekiwanych zysków, które skądinąd nierzadko zaślepiają rozmaitych decydentów. Niemniej jako zwyczajnemu, ale i wymagającemu użytkownikowi internetu wydaje mi się, że "zmowa wydawców", jak już określono to na fejsbuku, znana pod nazwą systemu Piano, będzie cichym strzałem w stopę.

Uzasadnienie powstania Piano jest w takie: "Reklama to doskonały sposób na finansowanie treści popularnych, ale nie sprawdza się tak dobrze w przypadku treści ambitnych, niszowych, potrzebnych, choć nie masowych. Dlatego prosimy o wsparcie." Dalej czytamy, że przecież płaciliśmy za wydania papierowe. Ktoś, kto to pisał, zapomniał jednak o tym, że prasa drukowana ma znacznie wyższe koszty produkcji oraz dystrybucji, więc trudno wszystkie gazety i magazyny rozdawać za darmo albo wypełniać większość ich powierzchni reklamami... Elektroniczną dostawaliśmy niby "za darmo", ale przecież tak naprawdę płacimy za internet - czyli de facto za dystrybucję, za którą z kolei wydawca nie płaci nic. Jeśli na dodatek posiada własne serwery, a poważne portale raczej je posiadają, to ponosi wyłącznie koszty utrzymania tychże, nie płaci drukarni itd. Ba, najwyraźniej, sądząc po poziomie edycji, większość internetowych gazet nie zawraca sobie też głowy korektą, ergo: nie płaci za nią.

Na dodatek portal gazeta.pl, którego tzw. "ambitniejsze" treści są teraz dostępne odpłatnie, na pierwszych stronach wrzuca ostatnio coraz więcej treści "popularnych", wcale nawet tych ambitniejszych nie promując. Konkrety? Proszę bardzo: okienka na wiadomości skurczyły się, kultura została zepchnięta na sam dół, wyeksponowano plotkarską i "lajfstajlową" paplaninę. Wydawałoby się, że ta strategia ma na celu przyciągnięcie do portalu - do niedawna kojarzonego raczej z wykształciuchową częścią społeczeństwa - jak największej liczby czytelników, bo ten, kto świadomie szuka czegoś choćby troszkę ambitniejszego, ma więcej cierpliwości, żeby zajrzeć dalej czy głębiej.

I w porządku, mogę się z taką strategią pogodzić, bo mam tę właśnie cierpliwość, żeby znaleźć artykuł, który mnie interesuje, z pominięciem sensacyjnych wiadomości, co też się wydarzyło u kolejnej polskiej albo i zagranicznej gwiazdeczki, o której nigdy wcześniej nie słyszałam, i od której mężów, ubrań i samochodów zdecydowanie bardziej obchodzą mnie nawet zeszłoroczne śniegi. Zakładam bowiem, że te fascynujące sensacje z życia ludzi znanych z tego, że są znani i dodatkowo w ten sposób lansowanych, służą głównie temu, żeby sfinansować - na przykład poprzez ogólną odwiedzalność portalu - dobrze napisane reportaże oraz mniej lub bardziej ciekawe artykuły na choćby minimalnie ambitniejsze tematy.

Tymczasem ktoś wpadł na pomysł, że nie dość, że do tej ambitniejszej treści trzeba się dokopać przez istny labirynt treści o zerowej wartości poznawczej, to na dodatek należy za to płacić. I tu, obawiam się, ten ktoś mógł się przeliczyć. Od dawna już żadna gazeta (lub czasopismo) nie jest dla mnie na tyle atrakcyjne, żebym je codziennie kupowała, dlatego przeszłam na czytanie wiadomości w internecie. Przy okazji czytałam też reportaże, przeglądałam artykuły historyczne czy popularnonaukowe. Ale nie oszukujmy się: treść tego wszystkiego nie jest aż tak porywająco ciekawa czy dobrze napisana, żeby była warta płacenia w ciemno 20 złotych miesięcznie. Na dodatek za pakiet, z którego może - za darmo - zajrzałabym do dwóch, w porywach trzech czasopism/magazynów.

Nie sądzę, żebym była jedyną osobą, która wzruszy ramionami, kiedy okaże się, że nie doczyta do końca (ba, nie wyjdzie poza pierwsze 5-15%) reportażu o uzależnieniach od wróżek (może i zjawisko ciekawe, ale przeżyję bez czytania), artykułu o bitwie pod Waterloo (jest i wikipedia, jeśli szukam podstawowych danych, i porządne opracowania, jeśli potrzebuję szczegółów) i tak dalej. Poza tym na dodatek od czasu do czasu (średnio raz na miesiąc lub półtora) chodzę do fryzjera czy dentysty i tam mam okazję zapoznać się z archiwalnymi numerami Wysokich Obcasów, Dużego Formatu, a przy okazji jeszcze kilku innych czasopism, niekiedy zawierających nawet ciekawsze materiały. I nierzadko też płatne w internecie, w związku z czym ich na bieżąco nie czytam. Bo tak po prawdzie, jaka różnica, czy nawet najlepiej napisany reportaż przeczytam od razu czy po kilku tygodniach?

Mogłabym jeszcze zrozumieć, gdyby opłatą były obłożone tego rodzaju teksty z numerów najnowszych, znajdujących się w sprzedaży. Drukowanie nakładu papierowego i jednoczesne udostępnianie go za darmo w sieci jest oczywiście mało sensowne. Ale teksty archiwalne? Jeśli czegoś naprawdę potrzebuję, to istnieją wciąż jeszcze biblioteki i ogromna większość z nich funkcjonuje za darmo.

Jak już zasugerowałam, w mojej osobistej sytuacji dostępu do (naprawdę) ambitnych treści oraz kultury, nie stracę wiele na nieczytaniu artykułów dostępnych tylko w Piano. Dziwi mnie natomiast ogólna antykulturotwórcza postawa decydentów z jakiegokolwiek "podmiotu" odpowiedzialnego za pomysł Piano. W kraju, w którym inteligencja jest skandalicznie źle opłacana, a poziom ogólnego wykształcenia społeczeństwa oraz dążenia do udziału w kulturze przerażająco niski, nakładanie dodatkowych opłat na treści, które dla wielu ludzi, zwłaszcza na tzw. prowincji, mogłyby być jedyną szansą kontaktu z czymś nieco bardziej ambitnym niż plotki, desery i widelce, to już nie jest strzał we własną stopę (choć w sumie decydentom, dla których liczy się wyłącznie zwiększenie zysku kosztem pracy u podstaw, życzyłabym, żeby Piano okazało się martwą ciszą), ale - proszę mi wybaczyć patos - w głowę społeczeństwa.

Oczywiście, nie znam statystyk, ile osób zdecydowało się wykupić abonament, i nie mam pojęcia, czy z marketingowego punktu widzenia pomysł ten był zły czy dobry. I po prawdzie nie interesuje mnie to. Chodzi mi tylko o to, że nie tego bym się spodziewała po rzekomych spadkobiercach ludzi pokroju Adama Michnika czy Jacka Kuronia, zwłaszcza w sytuacji, kiedy tak dramatycznie potrzeba nam podniesienia poziomu intelektualnego i kulturalnego społeczeństwa.

Egineta

PS. Kiedy to piszę, gdzieś tam w tle gra sobie pewne krakowskie radio, nadające muzykę plus minus klasyczną. Powstało ono jako niszowy projekt twórcy i dyrektora jednej z największych ściśle komercyjnych rozgłośni w Polsce, projekt, do którego przez lata tenże człowiek sporo dopłacał z wypracowanych na reklamach w "komercji" zysków oraz własnej kieszeni, bo opera, od której się zaczęło, jest jego pasją. Radio rozwinęło skrzydła, ma teraz wpływy z reklam, ale nie jest nimi całkowicie zaśmiecone, i chyba nadal nie przynosi zysków. Ale gra. Obok państwowej Dwójki, która cudem ocalała z rzezi mediów publicznych, jest jedynym, które propaguje pewien określony typ muzyki, praktycznie nieobecnych w innych stacjach. I chwała mu za to. Dodatki do Gazety Wyborczej też mogły zasłużyć na taką pochwałę, niestety, po cichutku to zaprzepaszczono.

Tagi: media
15:50, drakaina , Cottidiana
Link Komentarze (15) »
sobota, 01 września 2012
Veni, vidi, victa sum

Marzenia warto spełniać. Warto stawać na głowie, żeby je spełnić. Przekonałam się o tym chwilę po tym, jak z autentycznym niedowierzaniem zasiadłam w sali salzburskiego Haus für Mozart, żeby wysłuchać (na żywo!!!) wymarzonego spektaklu Giulio Cesare in Egitto Haendla - spektaklu, o którym dowiedziałam się około pół roku temu, kiedy bilety były już wysprzedane, a ja od tego czasu niemal codziennie sprawdzałam, czy są jakieś zwroty... W przystępnej cenie trafiły się na jakieś dwa tygodnie przed spektaklem! Na szczęście Salzburg leży w zasięgu jednodniowej (całodniowej) wyprawy samochodem z Krakowa, a i hotel w okolicy dał się upolować.

Ale i tak nawet jadąc już na miejsce nie do końca wierzyłam, że to się zdarzy naprawdę - jak już głowa rozbita o hotelowe drzwi okazała się wyjątkowo odporna, to byłam pewna, że tuż przed spektaklem wyjdzie na scenę jakiś oficjel i zapowie, że ktoś z tej niewiarygodnej obsady się rozchorował (no dobra, ta obsada byłaby niewiarygodna nawet gdyby jej połowa się rozchorowała...). Nic takiego jednak się nie stało, na Salzburg nie spadła kometa, a śpiewacy byli w doskonałej formie. Mogę zatem przejść do sedna czyli próby recenzji - próby, bo nie wiem, czy nawet prawie tydzień po tym doświadczeniu, które mogę określić jedynie jako pięć godzin totalnego odlotu, jestem w stanie na tyle pozbierać myśli, żeby pisać składnie.

Szanowni czytelnicy, ta recenzja powinna właściwie zacząć się od stwierdzenia, że było to przedstawienie, w którym najbladziej wypadła jego najbardziej utytułowana, podziwiana i uwielbiana gwiazda...

Ale zanim przejdę do obsady, parę słów o samym spektaklu. Na innym blogu spotkałam się z jego totalną krytyką (na podstawie transmisji telewizyjnej), a mnie się on zdecydowanie podobał. Może wyrzuciłabym tylko jeden element scenograficzny: dosłowne unijne gwiazdki na dokumentach Cezara, ponieważ zasadniczo nie przepadam za doraźnymi, aktualnymi akcentami w teatrze - one po prostu starzeją się najszybciej. Zwłaszcza że w tym przedstawieniu akcja umieszczona była w bliżej nieokreślonym kraiku, targanym polityczno-wojennymi niepokojami, ze wskazaniem na Bliski Wschód (szyby naftowe), ale bez dosłowności. Każda postać była pod względem kostiumów dość z innej bajki i takie podejście do komentowania w teatrze rzeczywistości bardzo mi odpowiada. Tutejszy Tolomeo na przykład równie dobrze mógłby być bałkańskim watażką sprzed kilkunastu lat, jak i upojonym władzą bliskowschodnim przywódcą rebeliantów, ale też południowoamerykańskim młodym bossem kartelu (tam zresztą też bywa ropa). Gdyby Curio nie nosił teczki z unijnymi gwiazdkami, to poruszający się czarną limuzyną Cezar mógłby być politykiem dość dowolnego kraju, który jest na tyle potężny, żeby dyktować innym swoje warunki, albo i jakimś capo di tutti capi. I tak dalej. I przez 99,8% spektaklu tak to właśnie grało. Realia były na tyle umowne, że również mogłoby się to dziać w dość dowolnym okresie od drugiej połowy XX wieku poczynając.

Elementy absurdu też mnie nie raziły: te jakieś dziwaczne jaszczury i krokodyle podkreślały umowność tego, co się opowiada, bo przecież barokowe libretta nieszczególnie nadają się do poważnego ich traktowania. Problem z Giulio Cesare jest jednakowoż taki, że spora część materiału muzycznego jest zbyt rozdzierająca i autentycznie smutna, by z całości zrobić wyłącznie komedię. I tu uważam, że realizatorzy wywiązali się z zadania bardzo dobrze, zwłaszcza że w ostatnich latach powstało kilka spektakli tej opery, które wykorzystały już te najbardziej narzucające się konwencje scenograficzne (wojna na poważnie, wojna na groteskowo, magazyny muzealne...). Za znakomite uważam rozegranie poszczególnych postaci, ale o tym za chwilę przy okazji obsady; doskonałym wydaje mi się pomysł na zakończenie: jak już wszystkie vendetty się dokonały, wszyscy bohaterowie (tak, Tolomeo zostaje zaproszony i zmartwychwstaje) upijają się szampanem i tańczą, zachwyceni samymi sobą, podczas gdy kolejni rebelianci po cichutku rozmontowują nowy ład, który upajający się samozadowoleniem bohaterowie budowali przez całą akcję.

A teraz o bohaterach i wykonawcach. Od razu powiem, że pomysły w rodzaju "śpiewa z workiem na głowie" (Kleopatra) albo "śpiewa z wnętrza samochodu" (Cezar) mogą się części krytyków wydać niepotrzebnymi ozdobnikami - ale, na bogów! ta muzyka to jeden wielki popis, ozdobnik i poszukiwanie możliwości ludzkiego głosu i wykonawstwa! Mnie się podobało.

Kleopatra - Cecilia Bartoli

Jak już wzmiankowałam, najsłabsze ogniwo. Cecilia ma umiarkowane warunki na śpiewanie na scenie, w związku z czym w pierwszym akcie pomagała sobie niestety trochę vibratem, co sprawiło, że moja bodaj ulubiona aria Non disperar, chi sa? wypadła dość blado. W pierwszej przerwie ponarzekałam sobie na Cecilię ile wlezie... W drugim akcie partia Kleopatry jest znacznie bardziej wyciszona i liryczna i od razu było lepiej, a w trzecim - a konkretnie w Da tempeste diva dała taki popis techniki, że wybaczyłam ten niezbyt efektowny początek...

Muszę jednocześnie oddać pełną sprawiedliwość aktorstwu Bartoli, a zwłaszcza jej vis comica. Pomysł na Kleopatrę, która jest niezbyt młodą już pańcią, nie - jak w wielu spektaklach - rozkapryszoną siostrzyczką Tolomeo, tylko nieco nawet fajtłapowatą starą panną - świadczy doskonale o tym, że Cecilia potrafi na samą siebie spojrzeć z dystansem, bo pomijając fakt, że ma profil zupełnie jak autentyczna Kleopatra VII na monetach, nijak nie przypomina seksbomb, grywających zazwyczaj tę królową, która wcale szczególnie piękna nie była. Jej nieudolne próby udawania - zupełnie już nieseksownej - Lidii były autentycznie komiczne, ale zarazem wstrząsające arie, a zwłaszcza Piangerò la sorte mia, wypadły naprawdę dramatycznie. Aha, scena z Kleopatrą odlatującą (dosłownie) na bombie na początku drugiego aktu, kiedy taż uwodzi Cezara, jest moim zdaniem rozkoszna. Zawsze jest to rozgrywane w konwencji snu, teatru itp., a tu - kina 3D i filmowej ułudy - więc ta absurdalna scena, na dodatek z Cecilią ucharakeryzowaną na pin-up girl z czasów drugiej wojny światowej, pasowała idealnie.

Tolomeo - Christophe Dumaux

Nie wiem, czy nie najlepszy aktor tego spektaklu... A głosowo również znakomity (wg programu ma w repertuarze rolę tytułową i chętnie bym go w niej zobaczyła), godnie partnerujący gwiazdorskiej reszcie obsady. Przyznam, że uwielbiam arcykomicznego (i jakoś w tym komizmie tragicznego) Tolomeo ze spektaklu kopenhaskiego, którego kawałek linkowałam w poprzednim operowym wpisie, ale to jak Dumaux stworzył złożoną postać bardzo młodego człowieka, któremu dostała się spora władza i który tak naprawdę nie umie sobie z tym poradzić (bo naprawdę nie wyrósł jeszcze z wieku, kiedy najbardziej obchodzą go gołe baby), było naprawdę znakomite. Jego Tolomeo jest okrutny i bezwzględny, ale ma się wrażenie, że w taki sposób, w jaki okrutnym i bezwzględnym może stać się każdy w "sprzyjających" warunkach: kiedy los dał mu dużo pieniędzy i władzę nad innymi w zdecydowanie zbyt młodym wieku i tak naprawdę wbrew predyspozycjom. Ten Tolomeo tak naprawdę jest niepewny swojej pozycji i nadrabia puszeniem się, a pokątnie wyżywa się na rozkładówkach (bogowie nieśmiertelni, jak ten facet to zagrał i przede wszystkim zaśpiewał - scena była, delikatnie mówiąc, odważna, a ja po raz kolejny podziwiałam samokontrolę śpiewaka...)

Kornelia - Anne Sophie von Otter

No dobra, dla mnie to jest jedna wielka legenda muzyki i do dziś przecieram oczy na wspomnienie, że zobaczyłam ją na żywo. Sama kiedyś w latach niemalże dziecięcych śpiewałam kontraltem (w chórze muzycznej podstawówki miałam najniższy głos), więc mam do tego głosu szczególny stosunek (ambiwalentny oczywiście) i podziwiam każdego, kto dochodzi w nim do perfekcji. A duet Kornelii i Sekstusa z finału pierwszego aktu to była doskonałość w jej najczystszej formie. Na dodatek Kornelia była tu również pańcią, co pozornie mogłoby się kłócić z arystokratycznym wyglądem wykonawczyni, ale poradziła sobie znakomicie. Zresztą jej rola była pomyślana absolutnie rewelacyjnie - zwłaszcza relacje z synem, o czym przy okazji tegoż za chwilę. W każdym razie ta pozornie cicha męczennica, rozpaczająca po stracie ukochanego męża, była tu siłą napędową akcji bardziej niż w jakimkolwiek znanym mi przedstawieniu. Charyzma sceniczna von Otter na pewno tu pomogła - nie na darmo to jest jedna z nielicznych kobiet, które toleruję w roli Nerona w Koronacji Poppei Monteverdiego, zarówno głosowo jak i aktorsko.

Sesto - Philippe Jaroussky

No dobra, chyba największe pozytywne zaskoczenie. Nie żebym wcześniej Jaroussky'ego nie lubiła - ogólnie kocham kontratenorów i nawet widziałam go już na dvd w Agrypinie Haendla oraz zdążyłam podejrzeć parę scen z zakupionej tuż przed wyjazdem do Salzburga Poppei, więc niby wiedziałam, że na scenie występuje. Ale kojarzył mi się jednak głównie z recitalami, wykonaniami koncertowymi i emploi, powiedzmy, niekoniecznie dramatycznym. A ponieważ na dodatek ma on (jak mało kto) zarówno wśród melomanów jak i krytyków muzycznych równe liczne grona zagorzałych wielbicieli i zaciekłych wrogów, nie miałam na przykład pewności co do tego, czy nie będzie z nim jak z Cecilią - za mały głos na duży teatr. Zwłaszcza że, co tu dużo mówić, partia Sesta nie jest najłatwiejsza dla mężczyzny, nawet obdarzonego wyjątkowo wysokim głosem w rejestrze kontratenoru. Nawet oryginalnie śpiewała tę partię kobieta, jak się okazuje, przyznaję: nie wiedziałam, więc może powinnam się mniej krzywić na kobiece jej wykonania, ale naprawdę - po wysłuchaniu finału pierwszego aktu, tego jak głęboki kontralt von Otter idealnie zgrywał się z pobrzmiewającym jednak "męską" barwą sopranem Jaroussky'ego, żaden kobiecy duet mnie już nie zadowoli.

A w kwestii zaskoczenia: wydaje mi się, że jako całość (koncepcja postaci, wykonanie aktorskie i muzyczne) była to najciekawsza rola tego spektaklu. Tolomeo był znakomity, jak już wspomniałam, ale pomysł na Sesta naprawdę sięgnął dramatyzmu, którego w tej postaci dotychczas nie widziałam. Sesto był tu młodzieńcem (złotym, chciałoby się powiedzieć, i do końca spektaklu paradującym w - coraz brudniejszym - stroju, w którym mógłby pojawić się latach '20 w eleganckim nadmorskim hotelu), którego żądna zemsty mamuś wpędza w poczucie, że on tej zemsty musi dokonać, więc on pogrąża się w tym przekonaniu, nie radząc sobie z sytuacją w stopniu podobnym jak Tolomeo z władzą. Tyle że tam, gdzie Tolomeo stacza się w niepotrzebne okrucieństwo, Sesto popada w autodestrukcję. Jest całkowicie bierny, kiedy matka i jej niespodziewany sojusznik, sługa Kleopatry Nireno, zakładają mu ładunki wybuchowe; a potem jest porażająca scena, kiedy siedzi nad ciałem Tolomeo (oczywiście obyło się bez zamachu samobójczego, Cezar przyszedł na czas na pomoc), kompletnie nie rozumiejąc, co się stało. Wydaje mi się, że kluczowe dla koncepcji tej postaci są dwie paralelne sceny: na początku Sesto maluje sobie twarz popiołami z urny (no dobra, kubła), w którym wcześniej Cezar spalił nieszczęsną głowę Pompejusza, od której zaczęła się cała vendetta (i akcja) i robi to dość mechanicznie, jakby wmawiał sobie konieczność tej zemsty. W finale powtarza te mechaniczne ruchy, mażąc sobie tym razem twarz krwią pokonanego wroga. Kapelusze z głów dla gry aktorskiej, a przy tym zaśpiewane to zostało fantastycznie i całkowicie bez wysiłku...

Giulio Cesare - Andreas Scholl

Oczywiście, to przez niego trafiłam w ogóle na informację o tym spektaklu i gdyby to tylko on w nim występował, to zapewne tak samo rozbijałabym się o bilety. Szukałam informacji o występach, bo - jak również napisałam w poprzednim wpisie operowym - zakochałam się w jego głosie. Spektakl na żywo tylko to zakochanie wzmocnił - to po prostu jest kawał idealnie czystego głosu o niewiarygodnie pięknym brzmieniu. I na dodatek reżyser zrobił świetną robotę - Scholl był tu aktorsko o niebo lepszy niż w innych spektaklach, w których go widziałam (na dvd). Miewa on w recenzjach opinie "niescenicznego" z przyczyn innych niż Bartoli i rzeczywiście - i w kopenhaskich Giulio Cesare oraz Partenope, i w Rodelindzie z Glyndenbourne daje się miejscami widzieć pewna sceniczna niepewność (self-consciousness, jak doskonale określają to anglofoni), choć w tym ostatnim przypadku całość utrzymana w konwencji międzywojennego kina sprawia, że wszyscy grają celowo nieco sztucznie, więc trudno wyrokować.

Tu od pierwszej sceny - kiedy Cezar śpiewa swoją zwycięską arię i zachwyca się wychwalającymi go gazetowymi nagłówkami (fragmenty tekstu tejże arii), wiedziałam, że zaszła tu aktorska zmiana. A potem było tylko lepiej, na dodatek Scholl ujawnił również vis comica w niewątpliwie łóżkowej scenie z Kleopatrą w drugim akcie... A głosowo? No cóż, bezbłędne przejścia od piano do forte, długo wytrzymywane dźwięki, najlepsze chyba dotychczas wykonanie Va tacito pod względem techniki... Żałować można jedynie, że akurat pomysł na dialog głosu z instrumentem na początku drugiego aktu nie był najbardziej błyskotliwy, zwłaszcza w porównaniu z wersją kopenhaską, kiedy skrzypaczka wychodzi na scenę i dosłownie pogrywa sobie ze śpiewakiem.

Zasadniczo ja poproszę więcej tego pana w teatrze. W Europie jestem skłonna pojechać go oglądać w dość dowolne miejsce. Parę osób z tej obsady zresztą w sumie też...

Sprawiedliwość należy się też wykonawcom ról drugoplanowych, którzy zresztą akurat tutaj mają do zaśpiewania całkiem ładne kawałki. Zarówno oba bas-barytony (Achilla - Ruben Drole, Curio - Peter Kalman) brzmiały bardzo dobrze, jak i świetnie wypadł Jochen Kowalski jako Nireno czy raczej Nirena, bo zmieniono tu płeć Kleopatrowego popychadła. Dlaczego tak zrobiono, nie wiem, ale zważywszy, że tradycyjnie role piastunek grywali śpiewający niskim głosem mężczyźni poprzebierani w damskie ciuszki, mogła to być po prostu zabawa z konwencją: potężnej postury mężczyzna śpiewający kobiecym rejestrem, przebrany za kobietę. Zresztą zważywszy pańciowatą Kleopatrę, starszawa zausznica bardziej do niej pasowała niż kamerdyner.

No, napisałam to z pamięci, zanim zabiorę się za obejrzenie czy choćby wysłuchanie nagrania z telewizji* (i w oczekiwaniu na wydanie na porządnym dvd), bo chciałam oddać wrażenia, a nie pisać recenzję na chłodno. Albowiem, drodzy czytelnicy, obawiam się, że moje operowe życie nigdy już nie będzie takie samo...

Giulio Cesare, Salzburg 2012

PS 1. Takiej standing ovation to chyba w życiu swoim na żywo nie widziałam/słyszałam. A, jak zauważyła N, i tak spora część publiki zajęta była robieniem zdjęć.

PS 2. czyli * - zarejestrowany spektakl jest z maja, a więc jeden z pierwszych, podczas gdy ja widziałam jeden z ostatnich, co może być przyczyną pewnych rozbieżności recenzenckich (bo czytałam i niepochlebne opinie) - w teatrze często niektóre elementy docierają się w miarę grania spektaklu, no i śpiewacy mogli poczuć się pewniej na scenie i w interakcjach. Obejrzę nagranie i zobaczę, czy są zasadnicze różnice.

PS 3. Dla porządku najważniejsze dane spektaklu (oprócz obsady, bo ta już była): orkiestra Il Giardino Armonico, dyr. Giovanni Antonini; reżyseria Moshe Leiser, Patrice Caurier. Obejrzany 27 sierpnia 2012, w ramach Salzburger Festspiele.

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright