wtorek, 27 września 2016
Nie na czarno

"Bo my Polacy, my lubim pomniki" - pisał wieszcz Gałczyński w jednym ze swoich najbardziej błysktotliwych wierszy i miał rację.

Pomniki, manifestacje z mnóstwem pięknych słów, fejsbukowe akcje, teraz symboliczny "czarny protest" - to są wszystko uspokajacze sumienia. Prześlicznie pokazujące, że tylu nas. Tyle że do niczego nie prowadzące.

Nie założyłam przedwczoraj, wczoraj ani dziś czarnych ciuchów, choć mam ich sporo, a kierunek, w jakim mogą pójść zmiany prawne w Polsce mnie przeraża. Nie założyłam między innymi dlatego, że inicjatorem "protestu" jest partia, która nadal nie przeprosiła za swoją postawę podczas wyborów prezydenckich - za przekonywanie swoich sympatyków, że nie było różnicy między kandydatem Dudą i kandydatem Komorowskim. "Razem" dołożyła swoją cegiełkę do tego, jaką mamy sytuację polityczną w Polsce i odmawiam jej moralnego prawa do krytyki, dopóki nie powie jasno, że w maju 2015 się pomyliła.

W maju stałam ponad godzinę w kolejce do ambasady, żeby zagłosować. W obu turach. Z pełnym przekonaniem, że głosuję słusznie. Nie dlatego, że uważam Bronisława Komorowskiego za wybitnego polityka, nie dlatego, że mamy zbieżne poglądy na wszystko. Głosowałam m.in. dlatego, że podpisał ustawę antyprzemocową - to mi wystarczyło, żeby wiedzieć, że tak będzie dalej. Nie idealnie, ale też nie źle.

W jesieni nadal głosowałam - nie za wskazaniem serca (bo też nie było takiego ugrupowania, które by jego porywom odpowiadało), ale pragmatycznie - na jak najsilniejszą parlamentarną opozycję. To nie wystarczyło, ponieważ rozdrobnienie frakcyjne "naszej" strony było zbyt duże.

Ale przynajmniej mam czyste sumienie. Zrobiłam dokładnie wszystko, co mogłam zrobić. Czyli poszłam na wybory i spełniłam obywatelski obowiązek. Dlatego teraz nie ubieram się na czarno - nie muszę zagłuszać wyrzutów sumienia symbolicznymi gestami.

K. Malewicz, Czarny kwadrat na białym tle

PS. Żeby było całkiem jasno: treść protestu popieram. Nie uważam też, że pomysł porwał wyłącznie tych, którzy nie głosowali i mają podświadome wyrzuty sumienia - dużo ludzi zapewne robi to spontanicznie, wierząc w siłę sprawczą takich symbolicznych gestów. Niemniej uważam, że to po prostu nic nie da poza poczuciem zadowolenia i uspokojonego sumienia (coś zrobiłem) tych, którzy się bardzo małym kosztem przyłączą.

 

sobota, 24 września 2016
Mary Sue w szwedzkim piekle

[Uwaga: bardzo dużo spojlerów. Ale pewnie wszyscy już czytali.]

Z przyczyn różnych nadrabiam chwilowo hurtem autorów (płci obojga) kryminałów z lat ostatnich. Celowo napisałam autorów, a nie powieści - bo założenie jest, że na razie po jednej ksiażce każdego z modnych, głośnych itd. pisarzy tego gatunku. Jeśli dany autor porwie mnie tą jedną przeczytaną książką, to sięgnę po następne. Jeśli nie - daruję sobie resztę jego twórczości. (Jak na razie na liście do powrotu jest tylko jeden autor.) Otwieram zatem cykl: Drakaina czyta kryminały.

Teraz pewnie mnóstwu osób się narażę, ponieważ na odcinek pierwszy wybrałam książkę, która zirytowała mnie w stopniu maksymalnym i jak na razie jest rozczarowaniem nie miesiąca, nie roku nawet, ale chyba dekady, a zasadniczo jest kultowa. Zirytowała mnie zresztą w tym stopniu głównie z tej przyczyny, że ma właściwie jedynie entuzjastyczne recenzje, a jak się sięga po coś takiego, to oczekiwania są ogromne. Ja tymczasem nad pierwszym tomem Millenium Stiega Larssona na zmianę ziewałam i miałam ochotę z irytacji wyrzucić książkę za okno. Ostatnie ok. 100 stron czytałam już głównie marząc, żeby to się wreszcie skończyło, ale także zastanawiając się, ile razy przed końcem zrobię jeszcze epicki facepalm albo na stereotypowość rozwiązań, albo na nieprawdopodobieństwo postaci.

Postacie to mój główny problem z tą książką - nie tylko nie jestem w stanie z żadną z nich się identyfikować, ale też żadnej nie jestem w stanie polubić. Mikael Blomkvist jest dla mnie pretensjonalnym pseudointelektualistą z ego rozdętym do niemożności, a Lisbeth Salander antypatycznym dziewczyniskiem, które cynicznie wykorzystuje swoje oficjalnie stwierdzone społeczne nieprzystosowanie (z którego podejrzanie dobrze zdaje sobie sprawę i którym doskonale umie manipulować, a jak potrzeba, to zmienia się w osobę idealnie wpasowującą się w społeczeństwo, toteż czuję w tej kreacji jakiś niewiarygodny wręcz fałsz).

Jest zwłaszcza w Lisbeth, ale i wszystkich pozostałych bohaterach pozytywnych tej bajki, taki poziom marysueizmu, że mnie osobiście nie tylko niewiara spada z hukiem z kołka, na którym była zawieszona (bardziej niż w przypadku poszukiwań grobu Gombrowicza w wykonaniu Wojciecha T.), ale śmiech mnie porywa pusty, po którym nie następuje litość ani trwoga. W bohaterach negatywnych zresztą jest to samo, tylko à rebours.

Jaka jest Lisbeth? Przede wszystkim nieprawdopodobna. I nie miałabym z jej postacią ani odrobiny problemów, gdyby zaistniała na kartach cyberpunku albo komiksu Marvela. Bo tam to ona doskonale pasuje. Tam nawet poziom, do jakiego jest ona Mary Sue autora, mógłby okazać się znośny, bo te gatunki tolerują postacie przerysowane i nierealne, a zwłaszcza obdarzone de facto nadprzyrodzonymi cechami.

W cyberpunku i komiksie też bym zapewne za Lisbeth nie przepadała (nie lubię bohaterów, którym pakuje się wszelkie możliwe cechy, mogące okazać się atrakcyjne dla jakiejś grupy odbiorców - zaraz przejdę do szczegółów), bo jak dla mnie jest ona po prostu antypatyczna, nie ma ani jednej cechy, za którą mogłabym ją polubić, ale przynajmniej uważałabym ją za literacko na miejscu. Problem w tym, że Larsson bardzo wyraźnie deklaruje - tym, jak drobiazgowo opisuje miejsca oraz jak uporczywie serwuje nam product placement (pamiętacie ten moment, kiedy nawet podaje adres strony w necie, z której można ściągnąć program używany przez któregoś z bohaterów?) i jak wmawia nam, że Szwecja jest piekłem i nie da się w niej żyć, opisując równie szczegółowo warunki tego strasznego życia (tak, ta Szwecja z więzieniem, które jest jak spokojne wakacje na koszt podatnika) - że napisał powieść realistyczną. A w powieści realistycznej Lisbeth nie ma sensu.

Albo inaczej. Lisbeth ma prawo bytu w źle napisanej powieści realistycznej. Bo Lisbeth jest najzwyczajniej pod słońcem wcieleniem doskonałym Mary Sue. Nie trzeba szukać po internecie testów na Mary Sue, wystarczy otworzyć podany w poprzednim zdaniu link do polskiej wikipedii, żeby zobaczyć to gołym okiem: Lisbeth jest pozornie nieatrakcyjna, a zwłaszcza wydaje się taka samej sobie, niemniej mało który mężczyzna jest w stanie oprzeć się jej seksapilowi, nawet jeśli jest człowiekiem obyczajowo i kulturowo raczej konserwatywnym (Armansky) i wszystkie jej tatuaże i piercingi powinny go co najmniej zniechęcać, jeśli nie wręcz obrzydzać. Lisbeth jest zbuntowana, jest ofiarą przemocy w przeszłości (tick, tick, testy na Mary Sue), postępuje wbrew przyjętym normom społecznym (tick), jest arogancka i niemiła. Pomimo tych ostatnich cech wszyscy pozytywni bohaterowi ją lubią albo wręcz kochają (tick!), wybaczają jej (tick!!) wszelkie gafy, nieuprzejmości, a nawet przestępstwa (o tym dalej). Lisbeth jest poza tym geniuszem (tick!!!): mimo braku formalnego wykształcenia na poziomie choćby szkoły średniej i wychowywania się w dysfunckyjnej rodzinie oraz na ulicy nie tylko rozumie w mig wszystko, co dotyczy komputerów, elektroniki, budowy maszyn, ale do tego mówi po angielsku "z oksfordzkim akcentem", a po niemiecku celowo z akcentem norweskim, no i ma fotograficzną pamięć. Jest zbuntowanym dzieckiem ulicy, a co więcej, jak wmawia nam przez około 500 stron powieści autor, ma autentycznie upośledzone funcjonowanie społeczne. Niemniej kiedy potrzebuje działać tak, żeby nikt tego niedostosowania nie zauważył, potrafi bezbłędnie zagrać dowolną społeczną rolę (ostatni rozdział).

Panie świętej pamięci autorze - albo, albo. Albo Lisbeth jest społecznie niedostosowana, co się zdarza i co jest powieściowo męczące, jeśli przypomina się o tym czytelnikowi co drugą stronę, ale stanowi jakiś pomysł na postać, albo jest po prostu zręczną manipulatorką, a cała jej postawa zamknięcia na konakt ze strony społeczeństwa jest jednym wielkim udaniem od początku do końca. Grą - i to wyjątkowo perfidną, bo nastawioną na wykorzystywanie ludzkiej empatii, współczucia, a tam, gdzie go nie ma (wredny adwokat) usprawiedliwiającą postępowanie w myśl zasady oko za oko. Tylko że wtedy powinna być co najmniej bohaterką ambiwalentną, ale tak naprawdę stanowiłaby materiał na Czarny Charakter. Do ostatniego rozdziału byłam skłonna wierzyć, że Larsson konsekwentnie tworzy postać niedostosowaną, która powolutku wychodzi ze swojej skorupy, przełamuje swoje okołoautystyczne (czy raczej nabyte, a podobne do autystycznych) zahamowania. Niestety ostatni rozdział, gdzie Lisbeth w pełni świadomie i bezbłędnie (oczywiście!) gra role radykalnie odmienne od tego, czym była dotychczas, sprawił, że konstrukcja ta załamała się z hukiem i legła w żałosnych gruzach.

Mikael Blomkvist, a także Erica Berger i Harriet Venger też są Mary Sue, choć w nieco mniejszym stopniu. Z Blomkvistem mój problem jest taki, że okropnie nie lubię postaci, co do których autor tak bardzo bardzo bardzo, prawie że z miną Kota ze Shreka (uwierzcie mi na słowo, proooooszę), deklaruje, że są wspaniałe, uczciwe i nieskazitelne, podczas gdy bardzo wiele ich postępków i wypowiedzi przeczy tej deklaracji. Blomkvist zwłaszcza w tym, co pisze (jego książka demaskująca wszystkich innych dziennikarzy śledczych jako mniejsze lub większe szuje), wychodzi mi na antypatycznego dupka, przekonanego o własnej doskonałości i pogardzającego tłumem szaraczków, którym tak daleko do jego wielkości i wielkoduszności, że albo pozostają miernotami, albo chwytają się brudnych tricków, żeby zyskać swoje pięć minut sławy (które i tak prędzej czy później zostanie zniweczone przez rycerza w lśniącej zbroi Mikaela B.).

W ogóle ten świat, w którym deklaratywnie pozytywnym bohaterom wolno wszystko, a źli są na miarę Złych z filmów o Jamesie Bondzie. Taki Wenerström nie może po prostu być oszustem finansowym - on, jako główny przeciwnik, który na chwilę pogrążył, a nawet wpakował do - och, więzienia - zob. wyżej - naszego rycerza w lśniącej zbroi, musi mieć powiązania z wszystkimi światowymi kartelami, a do tego być po prostu obrzydliwym typkiem i dręczyć innych ludzi. Dobra, zapewne większość gangsterów ma rozmaite złe i nieprzyjemne cechy, bo inaczej nie byliby gangsterami, ale proszę, niech oni nie mają ich aż tyle, ile Mary Sue cech pozytywnych... No i niech ktoś mi powie, po co właściwie w tej powieści rozdmuchiwany początkowo wręcz niemożliwie wątek szwedzkich nazistów, z którego tak naprawdę nic nie wynika (nie jest nawet mylącym tropem), a który - mam wrażenie po przeczytaniu całości - służy wyłącznie podkreśleniu, jak bardzo niedobrzy byli niektórzy Vangerowie. Jakby po prostu maltretowanie w dzieciństwie nie wystarczyło, maltretujący musi być zdeklarowanym, ideowym nazistą (do tego stopnia, że zastanawiam się, czy jedynie przypadkiem nazywał się Richard Vanger, a jeśli nie, to jest to jeden z najbardziej żałosnych chwytów w tej książce).

W powieści najbardziej jeszcze broni się fabuła (dość prostacko napisana z nadmiarem szczegółów charakterystycznym dla debiutanta, dlatego przymykam oko) i tylko chęć dowiedzenia się, jak autor rozwiąże zagadkę zniknięcia Harriet była tym, co trzymało mnie przy lekturze przygód bohaterów, których nie znosiłam coraz bardziej z każdą przeczytaną stroną. Rozwiązanie zagadki lekko rozczarowuje, podobnie jak to, kto z rozlicznych Vangerów jest tym Złym, ale mogłoby być gorzej. Facepalm zrobiłam, kiedy autor nie darował mi sceny, w której rycerz w lśniącej zbroi ląduje w komorze tortur Złego Vangera (po to jedynie, aby ten miał okazję wygłosić stereotypową Mowę Czarnego Charaktera Tuż Przed Śmiercią, mającą na celu poinformowanie czytelnika o uczynkach i motywach Czarnego Charaktera), a następnie zostaje ocalony (w ostatniej chwili, oczywiście) przez Mary Sue, która bez trudu rozprawia się ze Złym Vangerem za pomocą kija golfowego i pokładów własnego angstu na facetów, którzy krzywdzą kobiety.

Powiedzmy zatem, skoro to już się pojawiło - ten wątek, który dla wielu czytelników jest podobno jednym z afrodyzjaków tej powieści, czyli światowego niemalże spisku potwornych mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet, jest dla mnie również mało przekonujący. Bynajmniej nie dlatego, że lekceważę problem. Wręcz przeciwnie, ponieważ zetknęłam się z nim osobiście, to mimo że moje doświadczenia są może promilem tego, przez co Larsson każe przechodzić swoim bohaterkom i tego, co spotyka ludzi (bo nie tylko kobiety i nie tylko z rąk mężczyzn!) na całym świecie, wiem, jak bardzo nawet pozornie drobny epizod może ważyć na psychice. Może dlatego buntuję się przeciwko temu, jak bardzo łatwo okrutnie skrzywdzone bohaterki radzą sobie z traumą. A raczej, jak łatwo radzi sobie z nią autor. Trauma Lisbeth jest wysublimowana w literacką kreację, trauma Harriet nie istnieje. Może tak jest dlatego, że tak naprawdę dla zamożnego dziennikarza z państwa dobrobytu (autor i bohater) problem ten jest z pewnością ważny, ale tak naprawdę obcy? Żaden z nich nigdy takiej traumy nie doświadczył choćby w promilowej części tego, co autor funduje bohaterkom, w związku z czym nie jest w stanie wyjść poza ideologiczne frazesy i pochylanie się z troską oraz sublimację w sensacyjną fabułę i bohaterkę, która zostaje karzącą ręką Boga w obliczu nieudolności instytucji państwowych?

Tu dochodzimy do jeszcze jednego wątku, który zniechęca mnie do tej powieści. Od bardzo dawna (obejrzenia lata temu niedobrego filmu pt. Dzika rzeka) jednym z chwytów fabularnych, których najbardziej nie lubię, jest tworzenie pozorów katharsis za pomocą pozbycia się Czarnego Charaktera poprzez jego eliminację za pomocą Bohaterów Dobrych. Konkretnie w takiej sytuacji, że ci drudzy są wcześniej są jego de facto zakładnikami i cała fabuła polega na tym, że z nim walczą, robią uniki, a następnie, kiedy już szczęśliwie dobijają do brzegu, cudem uniknąwszy zbiorowej śmierci z rąk szaleńca, kiedy już słychać syreny policyjne, Czarny Charakter podejmuje jeszcze jedną próbę wprowadzenia w czyn swoich szaleńczych planów i ginie z ręki jednego z Dobrych Bohaterów. Kiedy tamten film się skończył, po raz pierwszy w życiu uświadomiłam sobie, że tak jest zbyt często, a ja wolałabym, żeby ta sensacyjna fabuła, którą właśnie obejrzałam, była tylko wstępem do oddania Czarnego Charaktera w ręce policji i sądu, a następnie dowiedzenia się czegoś więcej o nim i jego desperackim czynie. Od tamtego czasu mam alergię na takie rozwiązania w powieściach i filmach rzekomo realistycznych. W komiksie, który jest o samotnym vigilante w mieście bezprawia - proszę bardzo. W mniej lub bardziej antyutopijnej fantastyce - proszę bardzo. Ale nie w czymś, co udaje realny świat. Dlatego sposób, w jaki autor rozprawia się zarówno ze Złym Vangerem (na dodatek Martin nie wydaje mi się typem, który nawet przyłapany na gorącym uczynku popełni samobójstwo), jak Jeszcze Bardziej Złym Wennerströmem, którego nasza Mary Sue wystawia polującemu na niego prawnikowi, ten zaś z kolei najwyraźniej nie ma problemów z wysłaniem płatnych zabójców, wywołuje u mnie wysypkę. Bo to jest pójście na łatwiznę. A przekonywanie czytelników powieści realistycznej, że policja i inne instytucje państwowe to wyłącznie samo zło i nie należy z nimi współpracować, uważam za wręcz społecznie szkodliwe, mimo że nie mam jakiejś nadmiernie wysokiej opinii o ich realnym funkcjonowaniu (nobody's perfect, to są instytucje zagrożone błędami czynnika ludzkiego) ani też nie jestem radykalną legalistką. Niemniej niekontrolowane społecznie branie spraw we własne ręce przez samozwańczych szafarzy sprawiedliwości uważam za wysoce niebezpieczne, dopóki nie mamy do czynienia z całkowitym rozkładem funkcjonowania państwa.

[Dygresja, trochę: wyobrażam sobie realistyczną powieść o np. Mexico City, w której w obliczu zabójstw nieskorumpowanych polityków i policjantów grupa takich vigilante usiłuje walczyć z kartelami i ich bossami. Tylko mam wrażenie, że gdyby jakiś meksykański pisarz napisał o takiej swojej wizji zła dziejącego się w jego kraju, to dostalibyśmy tych vigilante psychicznie poranionych i zbrukanych, ponieważ taka walka musi naznaczać i robić krzywdę również walczącemu. Po Blomkviście i Lisbeth zetknięcie z tym, co nam autor opisuje, spływa jak woda po kaczce - może dlatego, że to szwedzkie piekło jednak tak troszkę wymyślone i wyolbrzymione na potrzeby cierpienia Mary Sue?]

W każdym razie w sumie tylko fakt, że dzięki temu wybiegowi narracyjnemu z uśmierceniem złoli nie musiałam czytać kolejnych dwustu stron o cierpieniach Blomkvista i Salander podczas procesów Czarnych Charakterów, jest tu okolicznością łagodzącą.

Wrócę jeszcze do Lisbeth, skoro już poruszyłam jak dla mnie bardzo niesympatyczny wątek prawnika z Miami i zejścia Wennerströma z tego świata. Powiedzmy sobie jasno: Lisbeth Salander jest przestępcą. Nie tylko, kiedy włamuje się na cudze komputery i konta mailowe i czyta prywatną korespondencję czy też ściąga prywatne pliki na swój laptop, nie tylko, kiedy de facto zleca morderstwo. Lisbeth Salander jest przestępcą przede wszystkim w ostatnim przed epilogiem rozdziale, kiedy na własne szemrane konto przelewa za pomocą swoich hakerskich sztuczek wielkie zasoby finansowe złego do potęgi n+1 Wennerströma. Autor, a za nim bohaterka i całe grono oddanych wielbicieli jego prozy zapomnieli, że grabienie zagrabionego nadal jest grabieżą. Pieniądze nielegalnie zgromadzone na koncie na Kajmanach nie należą do Lisbeth, ona je ordynarnie kradnie, a proceder jest opisany tak, żeby czytelnik mu przyklaskiwał. We mnie cały ten rozdział wzbudził kolosalne zażenowanie (robotą literacką, postawą bohaterki i stosunkiem autora do niej), a wraz z beztroskim spowodowaniem przez bohaterów krachu na szwedzkiej giełdzie w epilogu sprawił, że kończyłam tę lekturę z poczuciem maksymalnego niesmaku.

Ten ostatni rozdział to też ostatnia cegiełka pomnika Mary Sue, jakim jest Lisbeth Salander - bohaterka, której autor wybacza wszystko, której wolno więcej, niż zwykłemu człowiekowi, która jest doskonała w każdym względzie. Uprzedzając potencjalne argumenty: ostatnia scena nie jest w stanie tego w moim odbiorze zniweczyć, ponieważ jakkolwiek zaplanowana zapewne jako pokazanie, że coś jednak naszej Mary Sue nie wychodzi, jest tak naprawdę jej triumfem - przecież ona to wiedziała od początku, że nie jest stworzona do normalnego życia, szczęścia i radości. Ona jest stworzona po to, żeby cierpieć ponad miarę nie tylko człowieka, ale i sensownie napisanej postaci literackiej, i szantażować w ten sposób emocjonalnie czytelnika. Otóż ja odmawiam lektury dalszych tomów, ponieważ na mnie ten szantaż nie działa i nie mam ochoty męczyć się z kolejnym tysiącem stron, na których Lisbeth cierpi jako genialny vigilante.

Facepalm

PS. Taki mały drobiażdżek z mojej działeczki. W pewnym momencie opowiada się nam historię rodziny Vangerów od jej przybycia do Szwecji. Jest tam powiedziane, że "they came with the king Jean Baptiste Bernadotte" (czytałam przekład angielski, po polsku pewnie jest podobnie, chyba że tłumacz angielski się rąbnął, ale nie sądzę). Nie wiem jak się w Szwecji mówi, nie jestem Szwedką, ale mam wrażenie, że jednak albo z J.-B. Bernadottem, albo z (przyszłym) królem Karolem XIV Janem, jako że kiedy Bernadotte przybył do Szwecji, to nie był jeszcze królem, ale jedynie kandydatem na następcę tronu.

 

 

 

 

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright