środa, 31 października 2007
Dotknięcie obcości

Dłuuuuga przerwa w blogu spowodowana była m. in. próbą ostatecznego uporania się z tłumaczeniem zbioru legend Indian Seneca (zbieżność z Lucjuszem Anneuszem Seneką całkiem przypadkowa), który mimo że napisany dość przystępną angielszczyzną sprawia mi niejakie kłopoty, ponieważ dość rozpaczliwie nie znam się na kulturze Indian północnoamerykańskich. Po prawdzie zakres mojego zetknięcia z tą kulturą wyznaczało dotychczas te kilka odcinków Z Archiwum X, w których była mowa o Anasazi. Była więc ta moja wiedza wysoce specyficznego rodzaju.

A teraz rzuciło mnie w sam środek opowieści o totemicznych zwierzętach, a także o stworzeniu świata i różnych innych nieco bardziej ogólno-mitycznych sprawach. I pierwsze wrażenie było takie: o, Campbell i wszyscy inni plus minus strukturaliści od mitów mieli rację! To istotnie jest gdzieś tam głęboko podobne do wszystkich innych mitów! A potem przeczytałam (i przepisałam) kilka innych opowiadań i doszłam do wniosku, że są też rzeczy całkowicie odmienne.

Na przykład seria opowieści, w których młody bohater napotyka na swojej drodze taki czy inny zakaz: nie zejdziesz ze ścieżki, choćby nie wiem co cię kusiło, nie zajrzysz do tego konkretnego szałasu w podniebnej wiosce itd. Mój instynkt kulturowy podpowiadał mi, że bohater (a zwłaszcza jeden z bohaterów, gdy było ich dwóch) powinien ten zakaz złamać. O tym przecież jest większość baśni indoeuropejskich (by wymienić z różnych poziomów Czerwonego Kapturka, mit o Pandorze, mit o Orfeuszu - albo i żonie Lota, by wyjść poza czystą indoeuropejskość w inne elementy naszego kręgu kulturowego - czy baśń o Sinobrodym). A tu nic takiego! Mają nie schodzić ze ścieżki, to nie schodzą, mimo że kuszą ich smakiem i zapachem wspaniałe gadające jagody. Mają nie wchodzić do szałasów, w których w odpowiedniku raju mieszkają zmarli, no to nie wchodzą - ba, ten problem w ogóle nie powstaje, żaden z bohaterów nawet nie odczuwa takiej potrzeby. W jednym opowiadaniu, w którym babcia zakazuje wnukowi iść na wschód, gdzie mieszka straszliwy czarownik, który zabił wcześniej jego rodziców, chłopiec nie słucha zakazu - i w przeciwieństwie do większości znanych mi baśni nie spotyka go za to żadna kara. Bez problemu radzi sobie ze złym czarownikiem i jego okrutnymi siostrami przy pomocy sprytu.

I musze przyznać, że nie wiem, co o tym myśleć. Te baśnie są bardzo wyraźnie oparte na pierwotnych mitach, nie są uładzone i odarte z okrucieństwa, mają wreszcie - podobnie jak spajająca je narracja - wyraźny charakter inicjacyjny. Tymczasem brakuje w nich tego, co najsilniej kojarzy mi się z takim typem opowieści - wewnętrznej sprzeczności bohatera, ambiwalencji uczuć, lęku przed obraną ścieżką. I zastanawiam się przede wszystkim, czy ta różnica nie jest ważniejsza niż podobieństwa w tych opowieściach, które mówią np. o stworzeniu świata - podobieństwa do elementów znanych z innych kręgów kulturowych od Egiptu (np. świat wyłaniający się jako wyspa na pierwotnym oceanie) po Skandynawię (np. drzewo świata). Nie rozstrzygnę tego, oczywiście, ale nie przestaje mnie to zdumiewać. I jakkolwiek jest to ciekawe, a opowieści, które tłumaczę, są piękne i mają naprawdę fascynujące elementy, tak utwierdza mnie to tylko w przekonaniu, że mogę sobie oglądać obce kultury, ale moja ojczyzna jest w Europie.

Mozaika z Pelli: gryf polujący na jelenia

PS. A propos Ameryki Północnej i żeby nie było, że jestem jakimś ksenofobem: dziś były u mnie dzieci sąsiadów z halloweenowym "cukierki albo psikus" i oczywiście dostały cukierki.

czwartek, 25 października 2007
Notatki pożegnalne

Dziś jeszcze będzie politycznie, poetycko i dygresyjnie, albowiem gdy tak irytowałam się i irytowałam, słuchając coraz to bardziej histerycznie kuriozalnych wystąpień różnych niemogących się pogodzić z porażką przedstawicieli PiS, przypomniała mi się rewelacyjna scena z dość starego polskiego filmu - Pożegnań W. J. Hasa wg Stanisława Dygata. Mam fatalną wręcz pamięć do imion, nazwisk itd. bohaterów literackich i filmowych, więc streszczę tę scenę w ogólnym zarysie.

Główny bohater trafia pod koniec wojny do knajpy, w której awanturuje się kompletnie pijana żona miejscowego arystokraty z mezaliansu popełnionego na złość rodzinie, była fordanserka Lidka - którą poznał w pierwszej, przedwojennej sekwencji filmu. Wiedziony odruchem humanitarnej litości chce oszczędzić dziewczynie upokorzenia i wstydu i wyciągnąć ją stamtąd, ale powstrzymuje go stary służący z dworu, mówiąc "niech pani hrabina do końca pokaże swoją klasę".

A teraz obiecana dygresja: ciekawe, że również Nikodem Dyzma, który jako żywo pasowałby do rządów ustępującej ekipy, był fordanserem przed przypadkowym rozpoczęciem kariery politycznej. W obecnej kulturze instytucja fordansera/fordanserki nie jest już potrzebna i na dodatek trudno sobie wyobrazić inną profesję, która owiana byłaby podobnym odium społecznym. Ale w sumie nie chodzi o to, co robili ci bohaterowie przed swoim niespodziewanym i katastrofalnym awansem - chodzi o to, że do swoich późniejszych ról rozpaczliwie nie pasowali, zupełnie jak większość ustępujących ministrów.

A wracając do sedna: niezwykle kojącym było uświadomienie sobie, że to właśnie robią w wypowiedziach z ostatnich dni Jarosław Kaczyński, porównujący przeciwników do ubeckich morderców, Anna Fotyga całą swoją postawą, działaczka PiS od warszawskiej hołoty czy architekci kampanii zwalający na siebie wzajemnie winę za porażkę, nie mówiąc już raz jeszcze o de iure byłym premierze zwalającym tę winę na kampanię "idź na wybory". I doszłam do wniosku, że byle tak dalej - niech brną w pozbawione godności, żałosne walenie na oślep, niech do końca pokażą swoją klasę - osobistą i polityczną. Może jeszcze trochę ludzi przejrzy na oczy i w kolejnych wyborach to LiD zajmie drugie miejsce. A oto drugi, obok filmu Hasa, możliwy komentarz do krajobrazu po klęsce kreowanego przez PiS:

generałowie ostatnich wojen
jeśli zdarzy się podobna afera
skomlą na kolanach przed potomnością
zachwalają swoje bohaterstwo
i niewinność

oskarżają podwładnych
zawistnych kolegów
nieprzyjazne wiatry

Tukidydes mówi tylko
że miał siedem okrętów
była zima
i płynął szybko

/Z. Herbert, Dlaczego klasycy/

A tak na marginesie pożegnań z IV Rzeczpospolitą (choć może dla podkreślenia niekonstytucjonalności tego tworu powinno być tak niepoprawnie, jak mówią jej twórcy: IV Rzeczypospolitą), to chciałabym zwrócić uwagę, że wbrew temu, co twierdzą przywódcy, nazwa Prawo i Sprawiedliwość wcale nie pochodzi z Nowego Testamentu, albowiem nigdzie tam nie ma akurat takiej zbitki. Nie znaczy to, że ta nazwa nie jest cytatem, albowiem jest. Tyle że ze źródła, które działaczy PiS powinno przyprawiać o drgawki i nudności, a może i apopleksję. Ale te słowa poety, skądinąd Żyda i sympatyka komunizmu, mogą być kolejnym cytatem opisującym obecną rzeczywistość, zwłaszcza że pochodzą z fragmentu poematu nazywanego zwyczajowo "modlitwą":

Lecz nade wszystko - słowom naszym,
Zmienionym chytrze przez krętaczy,
Jedyność przywróć i prawdziwość:
Niech prawo zawsze prawo znaczy,
A sprawiedliwość - sprawiedliwość.

/J. Tuwim, Kwiaty polskie/

I tego nam wszystkim życzę.

Nike z Samotraki, Luwr

poniedziałek, 22 października 2007
Victoria!

Zwyciężyliśmy. I właściwie mogłabym na tym pozostać - o drugiej w nocy, po godzinach napiętego oczekiwania, po najbardziej euforycznym wieczorze wyborczym od lat. Ale żeby choć minimalnie pozostać wierną tematowi przewodniemu tego bloga, dodam, że dawno w Polsce nie słyszałam równie pięknego przemówienia, jak to wyborcze Donalda Tuska - polityka, po którym dwóch rzeczy się nie spodziewałam: że umie ładnie mówić i że tak mu się śmieją oczy. Rzymski ideał obywatela (i polityka) to vir bonus, dicendi peritus - mąż dobry, pięknie się wysławiający. Słuchając emocjonalnej, ale doskonałej retorycznie mowy zwycięskiej lidera Platformy, przypomniałam sobie wzruszenie, kiedy w 1989 w Sejmie przemawiał Tadeusz Mazowiecki - dziś poczułam się podobnie. Skończyła się jakaś ponura era nienawiści, pogardy i paranoi, wyszliśmy znów na światło dzienne. I mniej ważne, ile obietnic wyborczych zostanie dotrzymanych - udało się przecież spełnić tę najważniejszą. A Tusk wreszcie pokazał ludzką twarz i to taką helleńską w wymiarze: nie wstydził się uczuć, słów, uśmiechu, radości. Byle tak dalej.

Bez komantarza, British Museum

sobota, 20 października 2007
Cives simus!

Przeczytałam sobie o zasadach ciszy wyborczej i wyszło mi, że jej nie złamię publikując około północy poniższy wpis, który zaczęłam pisać koło południa i nie zdążyłam dokończyć, opatrzyć zdjęciem i opublikować. Poza wszystkim dozwolone jest kontynuowanie obywatelskiej kampanii na rzecz udziału w wyborach. Miałam to szczęście, że do czynnego prawa wyborczego dorosłam już w wolnej Polsce, więc brałam udział we wszystkich wyborach, w których mogłam - ale po raz pierwszy od lat mam poczucie, że tym razem jest to jeszcze ważniejsze niż za kilkoma poprzednimi razami. Między innymi dlatego, że nie chcę, żeby na kolejne wypowiedzi ludzi, którzy dorwali się do władzy, o tym, że należy jeszcze mocniej przycisnąć inteligencję, nóż mi się w kieszeni otwierał. Nie jestem naiwna i nie liczę zanadto na to, że wreszcie jakiś rząd się opamięta i podwyższy płace w szkołach, szpitalach i na uczelniach tak, żeby choć trochę zbliżyły się do zachodnich - to zaniedbanie ciągnie się od lat, a rolnicy stanowią liczniejszy i groźniejszy elektorat - ale przynajmniej chciałabym, żeby przestano nas obrażać. I chcę końca państwa, w którym straszy widmo Orwella, a zachowania polityków godne są tych nikczemnych i głupich spośród bohaterów komedii Arystofanesa, tyle że nie są śmieszne.

Nie zachęcam jednak koniecznie do pójścia w ślady Ateńczyków, mimo że to oni wynaleźli demokrację - zbyt wielkie mieli tendencje do wyganiania z miasta lub skazywania na śmierć najznakomitszych i najbardziej zasłużonych ze swoich obywateli. A tak nawiasem mówiąc, elementy demokratyczne obecne były również w ustroju tej monarchii, przeciwko której tak ostro występował Ateńczyk Demostenes - w mojej ulubionej Macedonii. Tam bowiem działo się tak, że panujący król wyznaczał następcę - wcale niekoniecznie spośród swoich synów - który jednak nie obejmował władzy automatycznie po śmierci poprzednika, ale musiał w tym celu zostać jeszcze zatwierdzony przez zgromadzenie. Całkiem dobry system, pod warunkiem, że do władzy nie dorwie się zamachem ktoś niewłaściwy; królobójcy też bywali zatwierdzani - może czasem ze strachu i dla świętego spokoju. Choć wtedy zawsze była szansa, że przyjdzie następny zamachowiec i też go z urzędu usunie. Ja jednak trzymam kciuki za to, żeby obecną ekipę dało się usunąć z dużą przewagą procentową, bo inaczej zaczną się awanturować o sfałszowane wybory.

Agora w Atenach

piątek, 19 października 2007
Przyzwyczajenie drugą naturą!

Ponieważ Polacy bardzo lubią za coś umierać (do którego to tematu zamierzam w najbliższym czasie wrócić na nieco bardziej poważnie), to po Nicei przyszła kolej na... no właśnie. Wedle prasy Joaninę, ewentualnie Joanninę. Jest to niewątpliwie arcypoprawna (zwłaszcza to drugie) transkrypcja nazwy współczesnej stolicy Epiru (Ιωαννινα), problem tylko w tym, że niegdyś w polszczyźnie przyjęła się wersja Janina, będąca czymś w rodzaju tłumaczenia nazwy greckiej (Ιωαννης to oczywiście Jan). Ktokolwiek czytał Hrabiego Monte Christo w polskim przekładzie, wie, o co chodzi: Ali Pasza, Haydee, Janina...

W sumie nie dziwi mnie, że chcący umierać za Janinę politycy nie znają klasyki literackiej, bo przecież na sztandarach mają wypisaną walkę z wykształciuchami. Ale mediom, które są głosem tych wykształciuchów, trochę nie wypada.

Gorzej, że nie jest to jedyny przypadek lekceważenia utartych tłumaczeń czy wersji językowych. Jakiś czas temu, kiedy na ekrany wchodził film, który po angielsku miał tytuł The Cider House Rules wg książki bardzo w Polsce popularnego (choć dalibóg nie wiem, za co) Johna Irvinga pod tym samym tytułem, film został nazwany Wbrew regułom, mimo że powieść była wcześniej znana jako Regulamin tłoczni win.

Ale taki sobie film wedle takiej sobie książki to w sumie mało ważny, choć irytujący epizod, popełniony zapewne przez jakiegoś takiego sobie tłumacza. Jeszcze gorzej, gdy coś takiego - i to raczej nie nieświadomie - robi uznany autorytet. A coś takiego popełnił Stanisław Barańczak.

Przełożył on był bowiem słynną Odę do słowika Johna Keatsa, tę, z której pochodzi słynna fraza "tender is the night" - błyskotliwie przełożona kiedyś na polski jako "czuła jest noc" - tak właśnie, jak w tytule powieści Francisa Scotta Fitzgeralda. Ten tytuł powieści zadomowił się w polszczyźnie dzięki pięknemu rytmowi frazy i doborowi słów, tymczasem Barańczak z pełną dezynwolturą zrobił z tego w przekładzie wiersza "noc czuła i cicha" - i diabli wzięli rozszyfrowanie cytatu u Fitzgeralda przez czytelników nowego przekładu Keatsa. Na dodatek to "cicha" w żaden sposób nie tłumaczy się tekstem oryginału i moim skromnym zdaniem tłumacz-poeta powinien był stanąć na głowie, żeby wymyślić, jak tę zadomowioną frazę wpleść w swój przekład. A redaktor nie powinien był puścić takiej fuszerki. Ale redaktor zapewne nie śmiał polemizować z wizją Mistrza. Tak to bowiem w Polsce bywa.

A w anglojęzycznych książkach jest piękny zwyczaj składać podziękowania wszystkim, którzy pomogli nadać tekstowi i książce ostateczny kształt - w dużej mierze redaktorom. To im bowiem często zawdzięczamy lepsze niż wymyślił autor tytuły, podziały na tomy, a czasem nawet zakończenia powieści. I po prawdzie nie widzę w tym nic zdrożnego ani uwłaczającego godności pisarza. Wręcz przeciwnie - samemu nie da się ocenić własnego tekstu. A jak rzadko trafia się w Polsce na redaktora, który ma konstruktywne podejście do swojej pracy, wiem z doświadczenia tłumacza. Co gorsza trafiają się tacy, któych zaangażowanie przechodzi w radosną twórczość, po której autor (ani tłumacz) nie poznałby swojego dzieła. Ale to zupełnie inna historia.

Tłumaczom, pisarzom i redaktorom dedykuję zaś taki kawałek:

Mąż mądry i roztropny wytyka wiersz marny,
Gani szorstki, dopisze niezgrabnemu czarny
Znak odwróconą trzciną, mdłe ozdoby wytnie,
Na niejasny snop światła skieruje zaszczytnie,
Wykaże dwuznaczności, co zmienić, zaznaczy.
Stanie się Arystarchem. On nie powie: "A czy
Dla bzdur mam stracić druha?" Bo przez taką bzdurę
Płyną na wieszcza z drwiną następstwa ponure.

Quintus Horatius Flaccus, Ars poetica 445-452
przekład: Jan Sękowski

Sofokles, Biblioteka Narodowa w Paryżu

PS 1. Wspomniany w wierszu Arystarch był aleksandryjskim gramatykiem i krytykiem w II w. p.n.e., pierwszym "wydawcą" dzieł Homera.

PS 2. Dla zainteresowanych to samo w oryginale:

Vir bonus et prudens versus reprehendet inertis,
culpabit duros, incomptis adlinet atrum
transvorso calamo signum, ambitiosa recidet
ornamenta, parum claris lucem dare coget,
arguet ambigue dictum, mutanda notabit,
fiet Aristarchus, nec dicet: «Cur ego amicum
offendam in nugis?» Hae nugae seria ducent
in mala derisum semel exceptumque sinistre.

poniedziałek, 15 października 2007
Retoryka sensacji - przyczynek
Pierwsza strona portalu gazeta.pl przywitała mnie dziś po powrocie do domu alarmującym nagłówkiem: "Grecy demontują Akropol" i linkiem do pliku wideo. Kliknęłam i oczom moim ukazały się dalsze informacje, które na szczęście wyjaśniały, o co chodzi: "Grecy zabierają rzeźby z Akropolu (Reuters).Grecy postanowili zabrać najcenniejsze rzeźby stojące na terenie słynnych ruin. Posągi zostaną postawione w muzeum."

Uff, odetchnęłam z ulgą, zanim jeszcze włączyłam filmik. To tylko zapowiadana już od dość dawna przeprowadzka zbiorów muzeum Akropolu do nowej, imponującej siedziby, w której znajdą się również przedmioty wykopane podczas jej budowy - bardzo zresztą piękne, o czym miałam okazję się przekonać zwiedzając w zimie tymczasową ekspozycję.

Pracowałam przez jakiś czas w mediach, a także czytałam nieco o retoryce, więc wiem, że najważniejsze jest zainteresowanie odbiorcy i pierwsze wrażenie - ale zawsze irytuje mnie kompletna ignorancja osób układających newsy. Albowiem w opisywanym przypadku 1) nie chodzi o jakiekolwiek rzeźby stojące na terenie ruin, albowiem te - w tym te najsłynniejsze: kariatydy z Erechtejonu - już dawno wstawiono do muzealnych gablot, zgodnie zresztą ze światowym trendem zabezpieczania kamiennych rzeźb przed erozją; 2) przeniesiona zostanie, o ile wiem, cała ekspozycja, która dotychczas znajdowała się w maleńkim muzeum na tyłach Partenonu.

Poza tym takie przypadki zawsze wzbudzają we mnie paranoiczną nieufność: skoro przyłapałam jakiegoś dziennikarzynę na (mającej brzmieć sensacyjnie) nieścisłości z dziedziny, którą sie fascynuję i w związku z tym coś tam o niej wiem, to jak mam ufać innym newsom? Tak nawiasem mówiąc jakkolwiek lubiłam i lubię dziennikarstwo jako zajęcie, tak jednym z najlepiej zapamiętanych epizodów z pracy w radiu był ten, kiedy koleżanka wydała okrzyk tryumfu, gdy wreszcie udało jej się zmontować (a raczej zmanipulować) nagrany materiał tak, żeby rezultat zgadzał się z założoną przez nią dla tego dźwięku tezą. A że nagrania pochodziły z sondy ulicznej i na dodatek dotyczyły spraw mało istotnych, żadnej tam wielkiej polityki i sondaży przedwyborczych, mała była szansa, że ktoś tę manipulację zauważy, a co dopiero sprostuje...

Akropol - widok z Pnyksu
niedziela, 14 października 2007
Ferengis

Zostałam zapytana o nazwę mojego bloga, więc spieszę wyjaśnić. Przede wszystkim od razu zaznaczam, że nazwa nie została zaczerpnięta ze StarTreka - po prawdzie dalsze serie znam na tyle słabo, że dopiero guglanie uświadomiło mi tę zbieżność, więc tym bardziej uznałam, że muszę tu umieścić sprostowanie. Naprawdę było tak, że zaczęłam go pisać w staroperski nowy rok i na dodatek tuż po obejrzeniu filmu 300 Spartan, gdzie moi ulubieni Persowie zostali pokazani jak karykaturalnie wynaturzeni Egipcjanie z czasów Ptolemeuszy; kto widział serial Rzym, wie, o co chodzi. (Dla jasności: nie mam również nic przeciwko Egiptowi Ptolemeuszy, jest to jak dla mnie najciekawszy okres dziejów tego państwa.) Byłam w związku z tym w nastroju perskim, a na dodatek nie byłam w stanie wymyślić nic naprawdę sensownego, co kojarzyłoby się z jeszcze bardziej ulubioną Grecją i nie było przy tym pretensjonalne czy banalne.

I wtedy przypomniało mi się imię jednej z bohaterek perskiego eposu SzahName (Księgi królewskiej), dzieła w bajeczny i romansowy sposób opisującego mity i dzieje tego kraju od stworzenia świata po podbój islamski. Uznałam, że imię ładnie brzmi, bohaterka sympatyczna, taka nieco wojownicza księżniczka z dalekiego kraju, nieustraszona, nie załamująca się po najróżniejszych nieprzyjemnościach i kłopotach, jakie ją w życiu spotkały, dzielna ale i sentymentalna, potrafiąca walczyć o swoje i zaczynać od nowa. I pomyślałam, że taka kobieta w sam raz może być patronką mojego bloga. Problem w tym, że pisownię wzięłam z transkrypcji w polskich słownikach mitologicznych, podczas gdy w tekstach angielskich częściej występuje Ferangis albo Ferangiz. Którą w tym zapisie nieco trudniej pomylić ze startrekową nacją. No ale stało się - a może dzięki temu na bloga wejdzie przypadkiem jakiś fan ST i może go te starożytności zainteresują.

piątek, 12 października 2007
Postkolonialne bzdury

A dzisiaj będę politycznie niepoprawna. Ale tak dzieje się właściwie zawsze, kiedy natknę się na postmodernizm - nic nie poradzę, że na ogromną większość jego przejawów nóż mi się w kieszeni otwiera. Wczoraj zaś przeczytałam na portalu gazeta.pl artykuł pt. "Rzeczpospolita postkolonialna" , w którym pojawił się między innymi mój osobisty wróg, niejaki Homi K. Bhabha - w poświęconym mu artykule w Wikipedii polecam zwłaszcza passus o nagrodach za największy bełkot naukowy.

Ale do rzeczy. Oto moje non possum na uproszczenia i generalizacje przedstawione we wzmiankowanym artykule i ogólnie w postkolonialnej teorii.

1. Protestuję przeciwko przekonaniu i przede wszystkim przekonywaniu Zachodu, na którym obecnie bardzo modne jest poczucie winy, że "człowiek Zachodu" jednostronnie i płytko i ze swojej perspektywy postrzega Wschód i inne nieeuropejskie kultury. A jak niby "człowiek Zachodu" ma postrzegać? Jeśli zmieni perspektywę, to przestanie być człowiekiem Zachodu - czyli kimś, kogo ukształtowały takie a nie inne czynniki kulturowe, charakterystyczne dla cywilizacji europejskiej. Poza tym nie jest tak, że tylko "człowiek Zachodu" operuje stereotypami w myśleniu o innych kulturach, wręcz przeciwnie, sam jest przedmiotem stereotypizacji - przykładem jest przekonanie wielu mężczyzn w krajach arabskich, że Europejki przyjeżdżają tam głównie na tzw. sex holidays. Twierdzenie, że takie nastawienie nie istnieje jest równie prawdziwe jak twierdzenie, że w Polsce nie istnieje antysemityzm - to, że problem statystycznie nie dotyczy większości społeczeństwa, nie znaczy, że nie jest problemem. Podobnie jak podróżujących do Polski Żydów rażą antysemickie napisy, tak ja nie mam ochoty być podszczypywana po tyłku, kiedy zwiedzam muzułmańskie zabytki. Nawet jeśli winny tym incydentom jest w obu przypadkach niewielki procent społeczeństwa. W obu przypadkach bowiem mamy do czynienia ze stereotypowym, pełnym uprzedzeń obrazem przybysza z zewnątrz. A świadectwa tego typu zachowań są równie stare jak ludzkość. Wszyscy patrzymy na siebie przez pryzmat różnych stereotypów i oczywiście trzeba się wzajemnie poznawać i starać jak najlepiej rozumieć - ale nie za cenę wyrzekania się własnej tożsamości. Poznawanie obcych kultur jest fascynujące, ale nie dajmy się zwariować przekonaniu, że naprawdę dobrze byłoby się z nimi utożsamić.

Nawiasem mówiąc, w Europie nikt nie fotografuje się z napotkanym na ulicy Afrykańczykiem czy Azjatą, prawda? W Indiach - zwłaszcza tych oddalonych od głównych szlaków turystycznych - natomiast nagminne jest to, że pojedyncze osoby albo grupy ludzi proszą białych turystów o pozowanie z nimi do zdjęć. Dla mnie osobiście było to w sumie sympatyczne, ale wyobrażacie sobie wrzask, jaki podnieśliby przybysze z innych kontynentów, gdyby to ich w ten sposób traktowano w Europie albo Ameryce Północnej?

2. Nie jest prawdą (co autorka przytacza za prof. Ewą Thompson z Rice University w Houston), że polska kultura przedrozbiorowa była pozbawiona resentymentów. Owszem, wolna od nich jest twórczość renesansowych humanistów takich jak Jan Kochanowski, ale dominacja humanizmu w Polsce to zaledwie kilkadziesiąt lat w XVI wieku, a potem znajdujemy się w orbicie wpływów potrydenckiego katolicyzmu i sarmacka kultura XVII i XVIII staje się wielką paradą resentymentów i konserwatyzmu. Typowy sarmata gardził: chłopem, a jeszcze bardziej mieszczaninem; Żydem, a jeszcze bardziej Niemcem; Turkiem, ale jeszcze bardziej protestantem... Jest o tym świetny wiersz Wacława Potockiego, ziemianina walczącego z zacofanym sarmatyzmem, jeśli go znajdę w sieci, to dam link.

Mit sarmacki, wyrosły w XVI wieku z potrzeby stworzenia mitu założycielskiego, był u swoich początków mitem heroicznym (Sarmaci jako pogromcy Juliusza Cezara). Tylko że ten heroizm przekształcił się następnie z jednej strony w skrajny konserwatyzm społeczny (szlachcic polski niczym obywatel rzymski może z godnością jedynie nadzorować pracę na roli, gardząc wszelkim zajęciem), z drugiej w megalomańskie przekonanie o byciu narodem wybranym – i to wybranym do obrony Europy przed zalewem tureckim (kolonizacją) za cenę własnej krwi. Paradoksalnie zwycięstwo Sobieskiego pod Wiedniem przyczyniło się nie do heroizacji myślenia o samych sobie, ale do popularyzacji postaw cierpiętniczych – wydawać by się mogło, że taka wiktoria powinna zaowocować mnogością dzieł literackich sławiących męstwo i króla, a tymczasem na palcach można zliczyć staropolskie utwory na ten temat.

Nawiasem mówiąc najgłupszym politycznie aktem Sarmaty-Polaka-katolika była odmowa konwersji królewicza Władysława Wazy na prawosławie w celu zatrzymania tronu moskiewskiego, co dla każdego rozsądnie i perspektywicznie myślącego władcy byłoby polityczną oczywistością (Niemka Katarzyna Wielka nie miała takich oporów, podobnie jak wcześniej francuski protestant Henryk IV, który uznał, że „Paryż wart jest mszy” i przeszedł na katolicyzm) – ale nie dla Polaków i spolszczonych Szwedów. Tak, tak, powinniśmy byli skolonizować Moskwę, zanim ta zdążyła skolonizować nas.

Nie jest również prawdą, że w literaturze przedrozbiorowej nie ma cierpiętnictwa. Cały mit antemurale Christianitatis, przedmurza chrześcijaństwa, nie mówiąc już o sporej części twórczości sarmackiego poety Wespazjana Kochowskiego jest wielkim preludium do narodowego męczeństwa, stawia bowiem po raz pierwszy Polskę w roli mesjańskiej, a stąd już tylko krok do cierpienia za miliony.

3. Mam nieodparte wrażenie, że postkolonializm - który na samym początku swego istnienia przedstawił obserwacje prawdziwe, choć dość banalne, albowiem tak naprawdę sprowadzające się do znanej oczywistości, że w wyniku zetknięcia się i przenikania kultur powstają nowe zjawiska, a także że długotrwała niewola prowadzi do wykształcenia się tzw. mentalności niewolników - może stać się doskonałym wytłumaczeniem dla narodowego czy kulturalnego lenistwa i bylejakości. Nasza kinematografia jest do niczego i sami nie chcemy jej oglądać? Odpowiedź gotowa: przecież, biedne sierotki, wyszliśmy spod kolonialnego buta i niepewni swej tożsamości miotamy się między kolejnymi wzorcami narzucanymi nam przez dominujące cywilizacje. No pięknie, tylko dlaczego skolonizowani znacznie wcześniej i skuteczniej Czesi nie mają tego problemu? I przede wszystkim dlaczego nasza kinematografia w okresie szkoły polskiej i kina moralnego niepokoju święciła tryumfy na całym świecie?

4. Nie jestem w stanie się zgodzić, żeby te same miary przykładać do sytuacji potomków niewolników w USA, mieszkańców byłych kolonii afrykańskich, Indii (gdzie, w przeciwieństwie do Afryki , kolonizatorzy brytyjscy napotkali starą i potężną kulturę, tyle że technologicznie pozostającą w tyle w stosunku do Europy, no i na dodatek o całkowicie odmiennej mentalności: hinduizm w przeciwieństwie do chrześcijaństwa nie jest religią prozelityczną, a to jest jedną z podstaw zachodniego ekspansjonizmu) i państw pokomunistycznych. Już nie wspomnę o Ameryce Łacińskiej, gdzie zachowujące się "postkolonialnie" społeczeństwa składają się w wielkiej mierze z potomków kolonizatorów. To wszystko są całkowicie odmienne problemy i wrzucanie ich do wspólnej szuflady postkolonializmu jest umywaniem rąk.

5. Dzieje ludzkości są historią ścierania się idei cywilizacyjnych. Gdyby tak nie było, to my w Polsce zapewne do dziś łupalibyśmy krzemienie, a może powolutku własnymi siłami zaczynalibyśmy dochodzić do idei wytopu żelaza. Już bowiem w epoce kamienia plemiona (a nawet gatunki ludzkie) lepiej przystosowane wypierały bądź zmieniały te, które nie opanowały np. nowych technik wytwarzania narzędzi czy też – już później – nie wynalazły rolnictwa czy pasterstwa. Szansę przetrwania dawało tym słabiej rozwiniętym przyjęcie nowinek przyniesionych przez przybyszów z zewnątrz; w ten sposób wynalazki rozprzestrzeniały się, a wraz z nimi cywilizacja ogarniała coraz większe połacie świata. W wyniku procesów, które z punktu widzenia Teorii należałoby nazwać kolonizacyjnymi, upadały i powstawały cywilizacje i jeśli nasze czasy różnią się czymkolwiek od tych dawnych, to szybkością przepływu informacji oraz bardzo silną i powszechną świadomością, że każdy kontakt kulturowy niesie z sobą nieuchronne zmiany, w związku z czym tworzymy muzea i archiwa, żeby utrwalać to, co świadczy o mijających czasach.

Jeniec w perskim stroju, rzeźba hellenistyczna, Luwr
środa, 10 października 2007
Udawanie Greka

Wizyta w galerii "Ateny" na FotoForum (głównie jakieś plenerowe koncerty) przypomniała mi o najrozmaitszych problemach, jakich nastręcza obcokrajowcowi język nowogrecki. Jeden z podpisów brzmiał bowiem tak: "W głębi ulica Ermu (Ermou)". Skąd taka podwójna pisownia? Ano najwyraźniej z niezdecydowania, czy zapisać wymowę, czy też transkrybować oryginalną pisownię litera po literze. Muszę przyznać, że też czasem nie wiem, co zrobić z głoską "u" zapisywana w starej i nowej grece przez omikron i ypsilon. Ostatnio miałam z tym problem odpisując na forum o Grecji na pytanie o tłumaczenie cytatu κατα τον δαιμονα εαυτου (w związku z grobem Jima Morrisona na Père Lachaise); no bo końcowe "heautu" wygląda jakoś brzydziej niż "heautou", ale przynajmniej nie grozi odczytaniem przez "oł"...

Wracając jednak do nowej greki; prawdziwym horrorem jest transkrypcja zmian fonetycznych, jakie dokonały się na przestrzeni stuleci. Oto kilka przykładów:

  • oryginalne b stało się w wymowie w; stąd np. imiona czy nazwiska takie jak Vassilika, mające wspólny źródłosłów z wyrazem bazylika - od βασιλευς: król. Problem z pisownią w tym przypadku jest taki, że głoska b jest w nowej grece nadal potrzebna, chociażby ze względu na zapożyczenia z innych języków. Postanowiono ją zatem zapisywać przy pomocy zbitki spółgłosek m i p, w związku z czym np. butik to μπουτικ - czyli mpoutik - i tak nierzadko zobaczymy na szyldach (w transkrypcji).
  • oryginalne d wymawiane jest obecnie jako coś nieco pokrewnego polskiemu dz, i oraz angielskiemu th; analogicznie do b zastąpiono je zatem zbitką nt. Prościutkie zadanie dla chętnych: jakie to imię Νταιανα?
  • zarówno długie e czyli eta (Η, η), y czyli ypsilon (υ) jak i większość dawnych dyftongów (οι, ει, υι) wymawiane jest obecnie bez różnicy jako i - co sprawia, że często nie znając pisowni słyszanego słówka nie jest się w stanie wymyślić, jak jest ono zapisywane
  • dyftong αι wymawiany jest jako e (podobnie zresztą jak epsilon czyli krótkie e), a dyftong αυ i ευ (najlepiej chyba znany z mnóstwa zaczynających się na eu- zapożyczeń z greki) to dziś af i aw oraz ef i ew
  • τσ to zapis nieistniejącego oryginalnie w grece c (po polsku powinniśmy więc zapewne mieć cacyki a nie tzatziki); g przed spółgłoskami przypomina nieco h a przed samogłoskami j; przydechowe h w nagłosie wielu wyrazów zanikło... i jeszcze parę innych drobiazgów

Problem oczywiście zaczyna się w momencie, kiedy przychodzi do transkrypcji na alfabet łaciński, albowiem nawet dyrektywy europejskie nie są najwyraźniej w stanie przekonać Greków, zwłaszcza na prowincji, aby transkrypcję tę ujednolicili. W efekcie na drogowskazach w Etolii widziałam cztery różne zapisy alfabetem łacińskim nazwy miasta Αντιριο: Adirio, Antirio, Andirio i Addirio (zgodny z wymową jest pierwszy). Niby podobnie, ale jestem sobie w stanie wyobrazić, że zagubiony turysta nie skojarzy, że chodzi za każdym razem o tę samą miejscowość.

Kłopotliwa bywa również próba zrozumienia nazw własnych ze słuchu. Mniejsza o to, że niewykształcony Grek będzie mówił Olybos zamiast Olympos (poprawna wymowa zachowuje oryginalne brzmienie części nazw historycznych). Gorzej, że na transkrybowanych tablicach widzimy zapis Veroia, a słyszymy wyraźnie Weria. Wbrew pozorom znajomość alfabetu - skądinąd nieoceniona tam, gdzie transkrypcji w ogóle nie ma, a także na autostradach, gdzie tablice łacińskie są ze sto metrów za greckimi - i wymowy starożytnej czasem utrudnia życie. Bo widząc nazwę Βεργινα odruchowo widzę nazwę Bergina, a nie Werhina. A z kolei słysząc nazwę Milopotamos, nie wiem, czy mam do czynienia z Mυλοποταμος czy Mηλοποταμος. To pierwsze w Polsce nazywałoby się Młynówką (rzeką, potokiem; potamos to rzeka), drugie - jakimś Kozim, Owczym albo też Jabłkowym Brodem (μηλον to zarówno bydlątko jak i owoc, najczęściej jabłko).

Powoduje to też czasem zabawne nieporozumienia. Jechałam w lutym na ateńskie lotnisko z niezwykle rozmownym taksówkarzem, którego angielszczyzna była warta mniej więcej tyle co mój nowogrecki, czyli bardzo niewiele. Usiłowałam mu więc wytłumaczyć, że nie mam problemów z otaczającymi mnie napisami a czasem nawet rozumieniem nagłówków gazet, ale telewizja czy rozmowa to już wyższa szkoła jazdy. Jako przykład podałam mu dość powszechnie spotykany napis Γυναικων - umieszczany na toaletach dla pań. Wyjaśniłam mu, że ja bym to czytała gynaikon - i wszystko byłoby dobrze, gdybym nie pomyliła wymowy nowogreckiej i zamiast jinekon nie mówiła hinekon, które znaczy coś innego (ale zdążyłam zapomnieć, co). Efekt był taki, że biedny Kostas nijak nie mógł zrozumieć, o co mi właściwie chodzi - w wymowie starożytnej nie rozpoznał współczesnego słówka - a dla mnie sprawa się wyjaśniła dopiero w Krakowie.

Odos Afrodites, Ateny Największa jednak wpadka zdarzyła mi się również w Atenach w związku z nazwą jednej ze stacji metra. Usłyszałam bowiem kilkakrotnie nazwę Zissio (no, to z na początku to niezupełnie było z, miało coś z d i nieco z angielskiego th i nijak jej nie lokalizowałam na mapie. Po czym wysiadłam na stacji, na której wedle wyliczeń miałam wysiąść, żeby dostać się na Kerameikos. I zobaczyłam jej nazwę: Θησειο - dawne Θησειον: Theseion, Tezejon czyli świątynia Tezeusza, bądź co bądź najważniejszego herosa ateńskiego.

A wspomniana ulica Ermu (Ermou) to oczywiście ulica Hermesa (Hermu/Hermou, jeśli uwzględnić przydechowe h).

wtorek, 09 października 2007
Ad perfidos Iudaeos?

Przy lekturze reportażu o czekaniu na portalu Gazeta.pl zwróciło moją uwagę następujące zdanie w wypowiedzi jednej z bohaterek: "śpiewamy w zespole Shemma Israel, wykonujemy muzykę chrześcijanską".

No cóż, jak dla mnie nazwa tego zespołu wskazywałaby, że mamy do czynienia z formacją związaną z radykalnym odłamem integrystów, którzy żądają uwzględnienia w akceptowanej obecnie przez Watykan liturgii trydenckiej sformułowania o "niewiernych Żydach" (perfidi Iudaei). Słowa szema Israel (w angielskiej transkrypcji shema lub sh'ma Israel) znaczą bowiem "słuchaj, Izraelu" i są początkiem fragmentu najważniejszej żydowskiej modlitwy, zawartej w biblijnej Księdze Powtórzonego Prawa - tutaj można znaleźć tekst hebrajski z transkrypcją i tłumaczeniem angielskim.

Użycie samego "słuchaj, Izraelu" w kontekście muzyki chrześcijańskiej trąci jak dla mnie prozelityzmem i nawracaniem niewiernych, ale pocieszam się jednym - paradoksalnie i jak na ironię: powszechną w Polsce nieznajomością języków, zwłaszcza starożytnych, a także równie powszechną nieznajomością Biblii przez przeciętnego Polaka, nominalnie w ponad dziewięćdziesięciu procentach katolika. To znaczy pocieszam się w tym sensie, że powtarzam sobie, że nie wiedzą, co czynią nazywając w ten sposób swój zespół.

Synagoga w Cochin, Indie
poniedziałek, 08 października 2007
Homo? Fobia?

Przyjaciółka opowiedziała mi, że widziała niedawno na jakimś forum wpis, którego autor w najlepszej skądinąd wierze usiłował wmówić innym użytkownikom, że homofobia oznacza nienawiść do ludzi (niby od łacińskiego homo, hominis - człowiek). No bardzo piękne to i humanitarne, ale niestety nieprawdziwe. Słowo jest wprawdzie nowe, nie starożytne, ale i tak ma w całości źródłosłów grecki: homoios (ομοιος) znaczy taki sam, phobos (φοβος) zaś to strach, lęk.

Istnieje zresztą dobrze znane słówko, które dosłownie oznacza właśnie nienawiść, niechęć do ludzi - mizantropia (od μισεω - nienawidzić i ανθροπος - człowiek). Wprawdzie przez mizantropa rozumiemy dziś raczej odludka, dziwaka-samotnika niż np. pałającego nienawiścią do rodzaju ludzkiego terrorystę, niemniej słowo to znaczy dokładnie to, co ów forumowicz chciał dostrzec w homofobie.

To zresztą dość zabawne, że gdyby trzymać się znaczeń dokładnych, to homofobia oznaczałaby lęk przed tym samym czy takim samym: określenia homo i hetero (w domyśle -seksualny) na tyle się usamodzielniły, że zapominamy o ich znaczeniu w obrębie zbitki słownej, z której je wyjmujemy. Podobnie zachowują się słówka tworzone na wzór alkoholika - pracoholik, seksoholik, shopoholik i zapewne sporo innych. Słowo alkohol pochodzi z arabskiego (transkrypcja wg wikipedii al-kuhl) i nijak nie dzieli się na cząstki znaczeniowe, które pokrywałyby się z "alko" i "hol". Mnie cząstka "holik" mogłaby się kojarzyć z greckim holos (ολος; muszę znaleźć sposób na przydechy i akcenty greckie w blogoczcionce) czyli cały, ale oczywiście jest to wtórne poszukiwanie i dorabianie etymologii. Niestety bardzo podobne słówko ολοος - zgubny, zabójczy - nie ma przydechu mocnego, w związku z czym wymawia się oloos, a szkoda, bo akurat by pasowało: kolejni -holicy jako ci, których gubi nadmiar pracy czy mania zakupowa.

A poniższy obrazek dedykuję komentatorom wpisu o Homerze i homoerotyzmie greckim - jest to jeden z najpiękniejszych antycznych zabytków przedstawiających sceny homoerotyczne, tzw. srebrny kielich Warrena ze zbiorów British Museum. Jest on zresztą bardzo kosmopolityczny: przedstawienie jest w stylu greckim, ale naczynie pochodzi prawdopodobnie z terenów rzymskiej Palestyny, tam w każdym razie zostało znalezione.

Warren cup

niedziela, 07 października 2007
Szokująca statystyka

Przeglądałam kategorię "Grecja" na gazetowym FotoForum, gdzie zaczęłam od niedawna umieszczać również swoje zdjęcia. Na mniej więcej trzeciej stronie cofnęłam się do początku i zaczęłam liczyć. Liczyć zdjęcia ze starożytnymi zabytkami znaczy się. I przeżyłam szok, i nawiedziła mnie myśl, że może ja jestem jakaś dziwna, albowiem na 833 zdjęcia w tej kategorii było zaledwie 28 zdjęć (nie licząc moich) zabytków wcześniejszych niż bizantyjskie, czyli nie tylko greckich, ale i rzymskich! Niewiele ponad 3%. Na dodatek na tych zdjęciach pojawiały się przede wszystkim Ateny (głównie Akropol, jedno zdjęcie z Agory, poza tym łaźnie rzymskie), Delfy (nic poza kolumnami głównej świątyni, a i tego raptem dwa albo trzy zdjęcia), Olimpia (trzy, może cztery dość przypadkowe zdjęcia, w tym stadion), Korynt (świątynia Apollina i Akrokorynt, w sumie może cztery zdjęcia) i Fajstos na Krecie, oczywiście transkrybowane po nowogrecku jako Festos, a także dosłownie jedno zdjęcie z Sounion. Ani jednego zabytku z Thassos czy Eginy, ani jednego z Rodos - choć dużo widoczków z tych wysp, najwyraźniej znajdujących się w ofertach polskich biur podróży. Z Thessaloniki ani jednej fotki przepięknego Łuku Galeriusza. Z Aten - nic ze świątyni Zeusa Olimpijskiego, nic z Kerameikosu. A już najdziwniejsze, że absolutnie nic z Myken i Epidauros. Bo o Macedonii to nawet nie marzyłam.

Z tej galerii jasno wynikało, co więcej, że dla Polaków Grecja to przede wszystkim plaże, nadmorskie miejscowości, tawerny i bizantyjskie kapliczki i kościoły (choć po prawdzie nawet z Meteorów nie było wielu zdjęć), a także koty, psy i kozy; żółwia dostrzegłam tylko jednego. Zabytki antyczne fotografowane są najwyraźniej dość przypadkowo - jak już się na coś weszło albo przewodnik zaciągnął (podejrzewam, że sporo tych fotografii to plony tygodniowych wycieczek objazdowych, podczas których nie zwiedza się prawie nic, albowiem np. program na Thessalonikę obejmuje głównie zakupy).

No więc może rzeczywiście byłam pierwszą Polką, która postawiła stopę w Kalidonie.

Eleusis, Święta Droga

PS. Już po napisaniu tego postu przejrzałam jeszcze z ciekawości kategorie (w opisach nie uwzględniam tego, co sama dorzuciłam):

  • starożytność (ok. 70) - nie było nic z Grecji, większość to późnorzymskie zabytki z epoki chrześcijańskiej (zwłaszcza przepiękne skądinąd mozaiki), mniejszość - późnorzymskie zabytki przedchrześcijańskie, głównie w Niemczech i Francji
  • mitologia (13) - wyłącznie fontanny i elementy dekoracyjne z epok późniejszych
  • Rzym (ok. 90) - dziesięć zdjęć okołoantycznych, wliczając w to dość licznie reprezentowane Mauzoleum Hadriana, przezwane później Zamkiem Świętego Anioła i jako taki zapewne pokazywane i fotografowane
  • Egipt (ok. 220) - jakieś trzydzieści zdjęć, z czego ponad połowa to piramidy i Sfinks w Gizie; tu muszę jednak zrobić małę ustępstwo: bezwzględnie rozumiem, że spora część zdjęć w tej kategorii to podwodne obrazki z rafy, co zasadniczo zmienia statystykę
  • Turcja (265) - raptem jedenaście zdjęć, a są tu bodaj czy nie najlepiej zachowane świątynie greckie (Azja Mniejsza)
sobota, 06 października 2007
Przeprowadzka

Nie radziłam sobie z kategorią "fotoblog" na tym blogu, bo 1) większe obrazki nie pasują do szablonu, 2) nie miałam pomysłu, jak je wplatać między zapiski, toteż postanowiłam ją usamodzielnić i nadać jej nieco blasku. I tak "fotoblog" wypączkował i przeniósł się aż w dwa miejsca (na razie, bo już wiem, że będzie pączkował dalej, jak tylko kupię sobie nowy skaner, żeby uporządkować zdjęcia robione jeszcze aparatem analogowym):

http://antiquitates.blox.pl - zdjęcia sztuki i architektury antycznej (zabytki i muzea)

http://effigies.blox.pl - wszystkie pozostałe zdjęcia (przyroda, krajobrazy, miasta, zabytki od średniowiecza w górę)

Zapraszam i obiecuję często dodawać nowe zdjęcia!

Ornament wazy brązowej, British Museum

 
1 , 2
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright