niedziela, 11 października 2009
Filip z konopi

Kiedy z powodu weekendowej awarii w domu wykopaliskowym w Verginie, połączonej z chwilową awarią mojego organizmu, przez którą nie bardzo mogłam ruszyć się gdzieś dalej, zmuszona byłam na parę nocy przenieść się do położonego o sto metrów dalej hoteliku, pani właścicielka dała mi do wyboru dwa pokoje, z których jeden zamiast numeru nazywał się Ptolemaios, drugi zaś Eumenes. Jak lubię akurat Eumenesa z Kardii, tak wybrałam Ptolemeusza, jako że w końcu to o jego potomkiniach co rusz podczas tej podróży wygłaszałam referaty. Jak już się zdecydowałam i głupio byłoby robić nagły odwrót, pani właścicielka oznajmiła mi, że w tym właśnie pokoju zatrzymał się kiedyś niejaki Faklaris. A konkretnie profesor Panagiotis Faklaris z Uniwersytetu Arystotelesa w Thessalonice, człowiek, którego jeśli chcę w tych rejonach zrobić jakąkolwiek karierę, powinnam unikać jak ognia.

Profesor Faklaris był oryginalnie jednym z uczniów i asystentów Manolisa Andronikosa, odkrywcy Wielkiego Tumulusu w Verginie i człowieka, który przekonał świat (a w każdym razie jego pokaźną większość), iż miasteczko to znajduje się na miejscu Aigai czyli dawnej stolicy królestwa Macedonii, a pochówki w rzeczonym tumulusie należą do rodziny królewskiej, w tym jednego z moich osobistych idoli, Filipa II. Kto był w muzeum Wielkiego Tumulusu, nie będzie miał chyba wątpliwości, że argumenty Andronikosa są oparte na bardzo solidnych podstawach. Po pierwsze tak wystawne pochówki jak w dwóch niewyrabowanych grobach musiały należeć do osób z najściślejszej elity. W wyposażeniu grobowym Grobu II i III nie ma przedmiotów poniżej bezwzględnie luksusowych. Srebrne, bogato zdobione naczynia, luksusowa zbroja z paradną tarczą, złoty kołczan i pektoral, pozłacane drzewce włóczni, niezwykle misternej roboty inkrustacje z kości słoniowej, złote i srebrne urny na prochy. I tak dalej, to tylko początek wyliczanki. Poza tym naprawdę wysokiej klasy malowidło zdobiące fryz Groby II (Filipa), na dodatek przedstawiające polowanie czyli typową rozrywkę męskiej części dworu królewskiego. Na dodatek na tymże malowidle można z dużą dozą prawdopodobieństwa zidentyfikować członków rodziny królewskiej: samego Filipa i młodego Aleksandra (podobnie wiele osób z rodziny królewskiej daje się mniej lub bardziej pewnie zidentyfikować wśród figurek z kości słoniowej).

Za lokalizacją Aigai w Verginie świadczy jeszcze kilka faktów. Po pierwsze pierwotnie to miejsce zostało uznane za odpowiednie przez historyka Nicholasa Hammonda, który porównał starożytne informacje o pogodzie w stolicy Macedonii z warunkami geograficznymi i jedynym miejscem, które dawało zgodność, była właśnie Vergina (a pogoda, a konkretnie typ wiatrów musiał być charakterystyczny, skoro zasłużył na wzmianki historyków antycznych!). Po drugie jedna z okolicznych wiosek nazywa się od średniowiecza Palatsitsa, co wskazuje na zachowaną pamięć o istnieniu tu kiedyś ważnego pałacu. Po trzecie wreszcie archeolodzy odkopali ruiny tego pałacu, które zgadzają się z tym, co wiemy o architekturze siedziby królewskiej w Aigai, łącznie z tym, że lokalizacja teatru jest taka, iż rzeczywiście dwór królewski mógł oglądać przedstawienia z pałacowego tarasu, jak przekazali historycy. Po czwarte w okolicy znaleziono wiele miejsc kultu, w tym świątynię z posągiem wotywnym z inskrypcją niejakiej Eurydyki, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa (chronologia, typ posągu) dającej się utożsamić z matką Filipa. Po piąte pochówków o charakterze arystokratycznym jest tu więcej; również wyrabowany tzw. Grób Persefony z jednymi z najpiękniejszych malowideł antycznych musiał należeć do kogoś znacznego, sądząc po jakości tych fresków (przeciętnego obywatela nie byłoby po prostu stać na zatrudnienie tej klasy artysty), nie mówiąc już o Grobie Eurydyki z królewskim tronem wśród wyposażenia. Na dodatek tuż koło nekropoli znajdował się heroon czyli świątynia kultu bohaterów i przodków - a w tym przypadku dwóch w jednym, albowiem zapewne głównym czczonym tam herosem był Herakles, mityczny przodek dynastii Argeadów. No i jeszcze jedno: analiza zarówno części uzbrojenia jak i szczątków mężczyzny pochowanego w Grobie II wskazuje, iż miał on jedną nogę krótszą oraz posiadał zaleczoną ranę w czaszce, której rezultatem musiała być utrata jednego oka. Obie te cechy fizyczne znane są z biografii Filipa...

To tak w skrócie, zarówno sam Andronikos jak i jego następcy poświęcili tej argumentacji wiele książek i artykułów. Tymczasem kiedy Manolis Andronikos zmarł, nie wyznaczając jednego następcy, profesor Faklaris niemal natychmiast zmienił front, oświadczając, że jego nieżyjący już mistrz gadał bzdury celem zyskania sławy, a prawdziwego Aigai należy szukać gdzie indziej.

Tezy, o ile mi wiadomo, miał dwie, ale jedną z nich znam jedynie ze słyszenia. Czytałam argumenty na rzecz pierwszej, jakoby Aigai należało lokalizować w pobliżu zidentyfikowanej starożytnej Miezy, w jednej z wiosek w pobliżu miasteczka Lefkadia. Mieza to miejsce, gdzie Arystoteles nauczał w gaju poświęconym nimfom chłopaków z macedońskiego dworu, co mogłoby świadczyć na korzyść tej tezy, ale nigdzie w źródłach nie mamy informacji, jakoby to miejsce znajdowało się de facto na przedmieściach stolicy. W pobliżu odkryto ruiny teatru, ale brak w jego pobliżu śladów budowli, która mogłaby stanowić rywala do tytułu pałacu królewskiego dla budynków w Verginie. Ba, w sumie nawet brak dostatecznie blisko porządnego akropolu i wzgórza, na którym ten pałac miałby się znajdować. Na dodatek sam profesor Faklaris, który twierdzi, że taki budynek się tam znajduje, jakoś nie kwapi się, żeby tam kopać...

W Lefkadii znajduje się również kilka macedońskich grobów z pięknymi malowidłami, ale nie wiemy wiele o ich wyposażeniu, a zachowane freski, jakkolwiek wspaniałe, nie mają aż tej klasy co porwanie Persefony czy polowanie z grobów w Verginie.

Drugą proponowaną przez Faklarisa lokalizacją ma być ponoć Arridaja, położona na północ od Pelli, ale tu tylko relata refero: z tego, co słyszałam w obozie przeciwnym jego tezom, jedynym argumentem na rzecz tej miejscowości ma być bizantyjska mapa. Kto widział antyczne i średniowieczne mapy, wie, że nawet jeśli nie odbiegały bardzo od rzeczywistości, to stopień ich dokładności był bardzo nikły.

Tak naprawdę jedynym argumentem ze wszystkich przytaczanych przez Faklarisa na obronę jego tezy jest ten, gdzie powołuje się na wzmiankę u Herodota o położeniu pierwszej stolicy Macedończyków po tym, jak zeszli z gór i zasiedlili równinę, która miała nastęnie stać się trzonem królestwa. Istotnie, opis ten bardziej pasuje do Edessy lub Lefkadii. Problem w tym, że Herodotowi pomyłki i piękne zmyślenia zdarzają się nagminnie, a poza tym - to już moja osobista refleksja - nie wiem, czy mamy całkowitą pewność, iż ta pierwsza siedziba to już Aigai...

Warto jeszcze przyjrzeć się argumentom, jakie wytacza Faklaris przeciw Verginie. A raczej ich brakowi. Upiera się on bowiem, że pochówki królewskie musiały być bardzo bogate i twierdzi, że można by je bez trudu znaleźć tam, gdzie chciałby widzieć Aigai (choć, jak już wspomniałam, z niejasnych powodów nie kwapi się do rozpoczęcia tam wykopalisk), a to, co Andronikos znalazł w Verginie to groby "jakichś innych ważnych osób". Problem jednak w tym, że jednocześnie twierdzi, że wszystkie ważne osoby były grzebane właśnie w Aigai... W pałacu widzi jakiś bliżej niezidentyfikowany budynek użyteczności publicznej, a teatr i świątynię Euklei z inskrypcją i grobem Eurydyki jakoś dziwnie pomija milczeniem.

Nocleg noclegiem, ale udało mi się również zobaczyć prof. Faklarisa w Verginie na własne oczy. Trzymał się od nas wyniośle z dala, otoczony wianuszkiem wpatrzonych w niego jak w święty obraz studentek, które nie odstępowały go ani na krok. Ponoć jego akolici wierzą święcie we wszystko, co mówi, a jak nie wierzą, to przynajmniej fascynują się oryginalnością tez. Może o to chodzi - ludziom zdarza się najbardziej w życiu pragnąć adoracji, nie mówiąc już o tym, że jak powszechnie wiadomo, nieważne czy mówią dobrze czy źle, byle z nazwiskiem.

Niestety, jak dla mnie profesor Faklaris wyrwał się ze swoimi tezami jak przysłowiowy - nomen omen - Filip z konopi...

Fragment fresku polowania

piątek, 09 października 2009
Na gorąco

Nigdy nie zachwycałam się kandydatem ani prezydentem Obamą. Nigdy też nie miałam szczególnego nabożeństwa do akurat Pokojowej Nagrody Nobla, ponieważ wędruje ona często w jeszcze bardziej kontrowersyjne ręce niż literacka (o innych się nie wypowiadam, bo się nie znam). Uważam, że jakiś sens ta nagroda ma, kiedy przyznaje się ją dysydentom z rozmaitych reżimów na znak solidarności z nimi oraz z nadzieją, że jej - mimo wszystko - prestiż oraz szum medialny wokół nagrodzonego zmuszą reżim do choćby troszkę bardziej cywilizowanych zachowań wobec takiego człowieka. Patrząc na przypadek birmański z jednej strony myślę, że nie zawsze to działa, z drugiej jednak nachodzi mnie refleksja, że bez nagrody Aung San Suu Kyi mogłaby już nie żyć. Rozumiem również przyznawanie prawa do posługiwania się etykietą noblisty organizacjom charytatywnym, ponieważ może to być ważnym argumentem dla nich w staraniach o fundusze czy uzyskiwanie prawa do działania w krajach, gdzie inaczej mógłby być z tym problem. Tyle tylko, że takie organizacje to sprawa delikatna, bo jak wiadomo stanowią wielkie pole do nadużyć i bywały już przypadki dawania prestiżowych wyróżnień takim, które następnie bardzo szybko się kompromitowały.

Najbardziej kontrowersyjne i kłopotliwe są oczywiście Noble dla polityków. Zwłaszcza czynnych. Zwłaszcza na bieżąco. Bo nigdy nie wiadomo, co będzie za pół roku, rok, w jaką aferę taki polityk się uwikła, jakiego zamieszania na świecie narobi. Może w związku z tym nie powinno dawać się Nobla za polityczne osiągnięcia osobom, ale honorować wydarzenia, a tylko symbolicznie wręczać nagrodę (koniecznie w tym przypadku bez pieniędzy) osobom z takim wydarzeniem związanym. Przykład - Nobel dla pieriestrojki, a nie Gorbaczowa. Zwłaszcza że na sukces rozwiązań dyplomatyczno-politycznych pracujecały sztab ludzi, a polityk nierzadko tylko daje twarz.

Zgadzam się natomiast wyjątkowo z przeważającym tonem dzisiejszych komentarzy, że nagroda dla prezydenta Obamy to jakaś kosmiczna pomyłka, świadcząca głównie o tym, że to wyróżnienie w obecnym kształcie nie ma sensu. Bo za co niby jest ta nagroda? Za dobre chęci, jak przeczytałam w jednym z artykułów? Szkoda, że nikt nie podpowiedział komitetowi w Oslo, że dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło.

Wydaje mi się, że gdyby prezydent Obama miał prawdziwą klasę, to odmówiłby teraz przyjęcia tej nagrody. Odmówił, argumentując tak, jak wielu komentatorów: że jeszcze nic nie osiągnął. Mógłby nawet powiedzieć Komitetowi Noblowskiemu, że mogą rozważyć jego kandydaturę za kilka czy kilkanaście lat, kiedy będzie się dało oceniać osiągnięcia lub ich brak. Zważywszy kwestię nie tak już dalekiej w końcu kampanii o reelekcję, mogłoby to być bardziej opłacalne niż przyjęcie nagrody w atmosferze niezbyt przychylnych komentarzy nawet ze strony tych mediów, które Obamę bardzo wspierały. Ale jak już wspomniałam, na mnie charyzma ani socjotechnika Obamy nie działa, więc nie podejrzewam go o taki gest. No chyba że ma kogoś naprawdę dobrego w sztabie zajmującym się wizerunkiem.

Diadumenos

[odpowiednie zdjęcie dodam, jak wrócę do domu, chciałam napisać to naprawdę na gorąco - zostawiam tę uwagę jako archiwalną ;)]

sobota, 03 października 2009
Płomyk świeczki

Jakoś tak mam, że wszystkim największym nawet autorytetom coś tam do zarzucenia znajdę: a to nie do końca zgadzam się z poglądami, a to wiem o jakiejś ukrywanej skrzętnie wadzie charakteru, która ujawniona uczyniłaby takiego osobnika znacznie mi bliższym i sympatyczniejszym. Kiedy myślę o Marku Edelmanie, nie potrafię znaleźć takiej rysy. W liceum napisałam na olimpiadę polonistyczną esej o Zdążyć przed Panem Bogiem Hanny Krall, książce, która zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Nie lubię teraz tej pracy za jej emocjonalny ton, ale w wieku kilkunastu lat większość z nas tak pisze. Nie lubię do niej wracać, ale może teraz znów ją przeczytam, żeby przywołać wrażenia i emocje z pierwszej lektury tej niezwykłej książki. Mój esej miał tytuł zaczerpnięty z jej kart: Osłonić płomień świeczki. Kilkanaście minut temu, kiedy jechałam przez nocny Kraków, dostałam od N esemesa, że Marek Edelman nie żyje.

Lampka oliwna

piątek, 02 października 2009
Thasos tam i z powrotem

Nie wiem, co nie podobało się poecie Archilochowi w wyspie Thasos, na której jego ojciec był przywódcą greckich osadników, a sam poeta przeprowadził się tam również z rodzinnego Paros. Może po prostu nie podobało mu się to, że był zmuszony się tam przenieść z powodów finansowych? W każdym razie podsumował Thasos następującym dwuwierszem (przekład Jerzego Danielewicza):

Ta wyspa niczym ośli grzbiet wygięta
Pod lasu dziką gęstwą sterczy.

Powszechnie uważa się, że ten dystych nie ma charakteru komplementu, aczkolwiek jak dla mnie osły to wyjątkowo miłe i ładne stworzenia... Natomiast co do lasów to miał Archiloch rację: Thasos jest bardzo zielona, zielona jak niektóre zakątki Grecji - Epir, spora część Chalkidiki, wszystkie właściwie wyższe góry. I pewnie wiele więcej miejsc byłoby zielonych od lasów, gdyby nie wyniszczające pożary, po których zostaje smętny, księżycowy krajobraz.

Jadąc na Thasos zapoczątkowałam wreszcie zwiedzanie również wysp greckich, aczkolwiek z lądu patrząc trudno uwierzyć, że jest to wyspa, albowiem jest tak blisko i z wielu perspektyw najzwyczajniej zlewa się z kontynentem. Ale półgodzinna przejażdżka promem w asyście niezliczonych stad mew nie pozostawia wątpliwości, że opuściliśmy ląd stały i podróżujemy przez krótką chwilę przez morze ciemne jak wino ku wyspie, gdzie akurat kult Dionizosa był jednym z najstarszych i najpowszechniejszych.

Thasos przemierzyłam tam i z powrotem, aczkolwiek niezupełnie miałam to w planach. Nie spodziewałam się mianowicie, że w tak popularnym wśród turystów miejscu trudno będzie znaleźć hotelik, który spełniałby naprawdę niezbyt wygórowane warunki: znajdował się w rozsądnej odległości od szosy (w miarę daleko) oraz plaży (w miarę blisko), albowiem jakkolwiek przyjechałam na Thasos głównie celem zobaczenia tutejszych ruin, to pospacerowanie sobie wieczorem po zalewanym przez fale piasku również było w planach. Oczywiście wszystko to na dodatek musiało zmieścić się w dość ograniczonym budżecie.

Sprytny plan opiewał na znalezienie noclegu w połowie drogi między samym miastem Thasos a drugą atrakcją archeologiczną wyspy czyli Aliki (więcej o tym miejscu będzie na Antiquitates) - wioską położoną o jakieś pięćdziesiąt kilometrów na południe. Niestety wszystko, co się między tymi dwoma miejscami znajdowało, nie spełniało warunku podstawowego czyli było położone tuż przy niemalże jedynej na wyspie głównej szosie, która siłą rzeczy jest ruchliwa. A mnie marzyły się spokojne noce z cykaniem cykad, kumkaniem żab, świergotaniem świerszczy i szumem fal. I tak jechałam coraz bliżej Aliki i nic mi się naprawdę nie podobało - Chrisi Amouni, które jeszcze jako tako wchodziło w grę, oznaczało zbyt duży zjazd w bok od głównej trasy, przebiegającej akurat w tym miejscu dość daleko od brzegu, a w warunkach posiadania małej ilości czasu jest to również czynnik, który warto wziąć pod uwagę.

W każdym razie skończyło się na tym, że objechałam całą wyspę, znajdując na swojej drodze jedynie bardzo drogie hotele na samej plaży oraz takie, o których ceny w ogóle nie pytałam. W głąb lądu nie szukałam, przyznaję, bo od początku wykreśliłam tę opcję. Na dodatek część miejsc, w których usiłowałem dowiedzieć się o cenę, była zamknięta. W efekcie o (a właściwie po) zmroku dojechałam z powrotem pod samo Thasos, będąc już zdecydowana zamieszkać w samym miasteczku, co oznaczałoby przynajmniej, że wieczorem mogę do woli przechadzać się po jego ładnych uliczkach, wypróbowywać kolejne tawerny i zwiedzać sklepiki z badziewnymi pamiątkami, usiłując wyłowić w głębi sklepików jakąś niezauważaną przez rzesze turystów perełkę. (To się wbrew pozorom zdarza, zwłaszcza biżuterię można czasem znaleźć naprawdę piękną, a sprzedawcy zazwyczaj zgodzą się opuścić co nieco z ceny.)

I wtedy przed moimi oczami pojawił się drogowskaz do hotelu, a w głębi sosnowego lasku, w rozsądnej odległości od szosy, majaczyły światła, sugerując, iż nie jest to kolejny hotel widmo. Zjechałam więc, zwłaszcza że do miasteczka miałam już raptem parę minut, i po prawdzie w pierwszym momencie zwątpiłam, albowiem wejście sugerowało cenę przewyższającą moje możliwości. I w sumie tak by było, gdyby bardzo miły młodzian, który mnie przywitał, nie zadzwonił do właściciela, który był jednocześnie jego ojcem, a ten zaproponował obniżkę o 25 euro za noc. Oczywiście z ulgą zostałam, hotel okazał się bardzo ładny i wygodny, na dodatek niezwykle gustownie urządzony - państwo mieli wcześniej sklepik z naprawdę ładnymi rzeczami - i z przesympatyczną rodziną właścicieli.

A rozpisuję się o tym dlatego, że jak już wyjeżdżałam, uboższa o 6 euro, które musiałam wydać na przewodnik, bez którego nie miałabym najmniejszych szans zobaczyć nawet połowy antycznych zabytków Thasos, ale za to bogatsza o obejrzenie wspaniałych płaskorzeźb na zachowanych bramach miasta (droga do najsłynniejszej, Bramy Sylena, nie jest w ogóle nijak oznaczona), to zebrałam na odwagę, żeby zapytać właściciela, dlaczego jego syn, słysząc, że jestem z Polski i co roku przyjeżdżam do Grecji, powiedział mi, że rezygnują ze współpracy z polskim biurem podróży (wyjaśniłam mu, że nie podróżuję z biurami, ale na własną rękę). Po jednym wieczorze spędzonym tuż obok polskiej grupy miałam na ten temat pewne podejrzenia i postanowiłam je sprawdzić, wiedziona drzemiącym gdzieś jeszcze instynktem dziennikarskim.

Ta rozmowa z właścicielem hotelu jest takim smutnym epizodem z tej mojej podróży. Moje podejrzenia potwierdziły się w stu procentach, a może nawet więcej niż stu. Pan powiedział mi bowiem, że nie chce więcej polskich grup, ponieważ nie ma ochoty, żeby jego rodzina (a tylko rodzina pracuje w tym hotelu) była traktowana jak popychadła, z zerem szacunku czy sympatii. Powiedział mi, że we wszystkich grupach, jakie przyjechały, raptem dwie pary mówiły im rano dzień dobry, większość z nich była opryskliwa i nieuprzejma (zauważyłam to, gdy w hotelowej restauracyjce zamawiali kolejne piwa), no a moje obserwacje potwierdziły z kolei jego tezę, że byli ze wszystkiego niezadowoleni - streściłam mu zasłyszane rozmowy. Na dodatek krzyczeli do siebie jakby w hotelu nie było nikogo poza nimi i marzyli jedynie o tym, żeby wreszcie wrócić do domu. Zapytałam jeszcze, bo to również mnie intrygowało, ile osób z polskich grup wybrało się na proponowaną przez biuro podróży wycieczkę do Filippi (jedno z najciekawszych miejsc w okolicy!) - i okazało się, że zgodnie z moim przypuszczeniem nikt. Na pytanie, czy Niemcy są lepsi, usłyszałam, że "trochę". Niezbyt to optymistycznie brzmi i po prawdzie podziwiam ludzi, którym jeszcze chce się prowadzić hotele dla grup wycieczkowych.

Powiedziałam właścicielowi, że słuchając rozmów moich rodaków w restauracji, czułam wstyd i zażenowanie, porozmawiałam z nim miło o wykopaliskach na Thasos, o pięknym albumie o sztuce greckiej, który leżał na stoliku w holu, i mam nadzieję, że choć trochę przekonałam go, że nie wszyscy przybysze z Polski są troglodytami. W każdym razie pan niezwykle ciepło zapraszał mnie, żebym znów przyjechała - i zapewne mogę liczyć na promocyjną cenę.

I tak, zamiast pisać o zabytkach wyspy, wyżaliłam się na rodaków. O zabytkach napiszę w związku z tym na Antiquitates i postaram się zrobić to jak najszybciej.

Aliki

PS. Kwestia polska zajęła mnie do tego stopnia, że tytuł notki stał się niejasny. Otóż Thasos objechałam w końcu dwa razy, w obie strony: raz szukając hotelu, drugi zaś przykładnie zwiedzając i fotografując ;)

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright