piątek, 14 października 2016
O urnie i ziemi włoskiej

Malowani Patrioci (używam wielkiej litery, żeby nie nadużywać cudzysłowu, a poza tym oni lubią wielkie litery) nie przestają prześcigać się w kuriozalnych pomysłach. Potwierdzają one tezę, którą sformułowałam sobie już dość dawno: im bardziej ktoś w Polsce o swoim Patriotyzmie krzyczy, tym mniej zna własny język i własną historię. Polszczyzna wypowiedzi Patriotów zazwyczaj woła o pomstę do nieba, dowodząc braku szacunku dla języka, jego zasad i historii (bo te co bardziej absurdalne zasady mają swoje źródło w zmianach historycznych języka).

W ostatnich dniach dwie radykalnie odmienne sprawy pokazały, że również z edukacją w zakresie rodzimej literatury oraz historii jest u Patriotów krucho.

Przypadek 1. Literatura polska

Mazowieckie kuratorium ogłosiło konkurs dla gimnazjów, zatytułowany "Lech Kaczyński - historia najnowsza". Pomińmy to, że z tytułu wynika, iż Lech Kaczyński był najważniejszą personą ostatniego mniej więcej półwiecza i że w ogóle na nim historia się zamyka - konkurs dotyczy lat 1944-2010 (trochę to dziwne, bo bracia Kaczyńscy urodzili się, wg wikipedii, dopiero w 1949).

Pomińmy cały kuriozalny opis tego konkursu, do którego byłego prezydenta wciśnięto tak na siłę, że to aż boli (całość "programu merytorycznego" można sobie przeczytać w załączniku pod takim właśnie tytułem na oficjalnej stronie kuratorium). Przyjrzyjmy się mottom. I tu zaczyna się problem, bo nie wiem, od którego zacząć. Jest bowiem tak, że drugie urąga pierwszemu i to na więcej niż jednym poziomie i właściwie należałoby się z nim najpierw rozprawić. Otóż uważam, że autor motta pierwszego (Cyprian Kamil Norwid) powinien jako ta hrabini z Ballady o jednej Wiśniewskiej ze zbiorowej paryskiej mogiły wstać, wyrwać z trumny sękatą deskę i zdzielić nią kogoś po głowie. Zostawmy w spokoju śp. autora motta drugiego, bo w końcu Norwid należy do domeny publicznej i można go cytować jako motto*. Grzechem niewybaczalnym w szkolnym konkursie jest zestawienie dwóch mott: jednego z poezji wybitnej, drugiego z marnej amatorszczyzny, nie wydanej nawet oficjalnie czyli tak naprawdę nienależącej do obiegu literackiego**, a zarazem niebędącej nawet dziełem osoby powszechnie znanej, co mogłoby od biedy taką decyzję usprawiedliwiać.

Po tej dygresji wróćmy do motta pierwszego. Są nim słowa z jednego z bezwzględnie najlepszych i najwybitniejszych wierszy, jakie powstały w języku polskim, a zaznaczę może, iż nie jestem wielbicielką Norwida en masse. Cytat brzmi "Więc mniejsza o to, w jakiej spoczniesz urnie" i pochodzi, oczywiście z Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie. Kiedy przeczytałam, że ten wers, fragment tego konkretnego wiersza stał się mottem takiego konkretnego konkursu, najpierw śmiech mnie porwał pusty, a potem litość i trwogę zastąpił iście diabelski chichot, przyszło mi bowiem do głowy, że może w tym kuratorium pomysł z tym mottem wyszedł od kogoś, kto postanowił konkurs strollować?

Wers, jak to z mottami bywa, jest wyrwany z kontekstu. Zazwyczaj jednak, wybierając motto, mamy również na uwadze właśnie kontekst, z którego pochodzi (hmm, historia w sumie obfituje w źle czy raczej ahistorycznie i wbrew oryginalnym intencjom zastosowane motta, ale idealne założenie jest właśnie takie). A o czym jest wiersz Norwida? Oczywiście o tym, że wybitnych ludzi często nie doceniano za życia. Tak. Ale oparty jest na pewnym zamyśle kompozycyjnym i historycznym: jest w nim mowa wyłącznie o takich wybitnych, którzy doczekali się drugich pochówków (czasem symbolicznych), bo tym, co ich łączy, jest to, że po śmierci zostali pochowani byle jak, bez pompy, a dopiero po latach ich współobywatele docenili ich zasługi i wyprawili im uroczyste pogrzeby lub wystawili pomniki.

Czyli mamy bardzo wyraźne następstwo wypadków: śmierć w zapomnieniu, pogardzie lub na wygnaniu -> nędzny pogrzeb -> docenienie po śmierci -> drugi, wystawny pogrzeb/grobowiec lub wzniesienie pomnika.

Pytanie, które natychmiast się nasuwa, jest następujące: co oznacza motto z tego wiersza wobec pośmiertnej narracji (wybaczcie), która zaczyna się dokładnie po stronie przeciwnej czyli od wystawnego pogrzebu i wspaniałego grobowca w najważniejszym miejscu Polski?

Przypadek 2. Historia Polski

W ostatnich dniach publicysta i pisarz Jaś Kapela został skazany (jeszcze nieprawomocnie) na karę grzywny za obrazę hymnu polskiego. Oskarżycielami byli oczywiście Patrioci. Co takiego zrobił Kapela? Pomyślałby kto, że podeptał albo spalił jakieś wydanie Mazurka Dąbrowskiego, śpiewał hymn po pijanemu trzymając w ręce flagę ze swastyką albo coś w tym rodzaju.

Nie. Kapela napisał wiersz, bo jego dzieło jest tak naprawdę autonomicznym utworem, opartym na słowach i rytmie Mazurka. Wiersz jest całkiem dobry - na pewno o siedem nieb lepszy od podzielonej na wersy prozy jezuity, który jest autorem motta nr 2 wzmiankowanego powyżej. Wiersz bardzo sprawnie operuje obrazami i kontekstem powstania naszego hymnu narodowego i jest, co więcej, społecznie ważny. Prowokacja jest często najlepszym sposobem zwrócenia uwagi na jakiś problem, i miejmy nadzieję, że Kapeli się to uda - kampania rozdmuchiwania sprawy jest tu jak najbardziej słuszna.

W bardzo sensownej rozmowie z dziennikarzem Kapela tłumaczy założenia tej prowokacji: my też byliśmy kiedyś "uchodźcami". Wykorzystanie tekstu powstałego na uchodźstwie w kontekście katastrofy humanitarnej, wydaje się bardzo na miejscu. Pomija przy tym jednak pewien aspekt, który do linii ideowej jego prowokacji pasuje przecież jeszcze lepiej. Przypomnę go, ponieważ z własnego doświadczenia wiem, że po edukacji szkolnej (bardzo Patriotycznej, mój licealny historyk dołączył po 1989 do szeregów skrajnej prawicy) nie miałam pojęcia o realnym kontekście powstania Legionów Polskich w Italii. Gdzieś tam, coś tam, sprawa polska. Wybicki, Dąbrowski - nazwiska bez znaczenia.

Drodzy Patrioci, pozwólcie zatem, że wam uświadomię, jakiego to tekstu, którego dziejów i kontekstu, najwyraźniej nie znacie, bronicie jako nietykalnej świętości. Może któregoś z was ten kontekst będzie parzył. Mazurek Dąbrowskiego powstał, oczywiście, w Legionach Polskich. Legiony Polskie zaś powstały w 1797 jako przybudówka republikańskiej, ba: rewolucyjnej armii francuskiej, która w północnej Italii walczyła z opresją habsburskiej Austrii, ale też Państwa Kościelnego. Polscy legioniści brali udział we francuskim marszu na Rzym i pierwszym w historii obaleniu tegoż papieskiego państwa, a także w obaleniu rządów burbońskich w Neapolu. Walczyli w armii, której hasłem były "wolność, równość i braterstwo". Nie robili tego pod przymusem - to byli ochotnicy. Nie robili tego wyłącznie z politycznego wyrachowania i dla ugrania czegoś dla Polski, choć na pewno było to istotnym czynnikiem. Niemniej o wolnościowe ideały i przeciwko konserwatywnej tyranii walczyli z przekonania. Dla tej właśnie armii Józef Wybicki napisał Pieśń Legionów Polskich we Włoszech (i mógłby się czepiać, że obecny hymn zmienił nieco jej słowa).

I jeszcze jedno: proponuję na wszelki wypadek zlustrować Jana Henryka Dąbrowskiego. Miał wprawdzie epizod niepodłegłościowy (powstanie kościuszkowskie, Legiony, armia Księstwa Warszawskiego), ale jednak zaczynał z własnej woli w wojsku niemieckim - saskim i pruskim (za Fryderyka Wielkiego!), a potem został oficerem armii carskiego Królestwa Polskiego.

Na koniec wbiję wam jeszcze w związku z naszym hymnem nóż w samo Patriotyczne serce. Otóż, jak wyczytałam w naukowym artykule poświęconym przeróbkom różnych hymnów narodowych z Marsylianką na czele, ale i o Hendrixie i Star Spangled Banner też tam jest, polski hymn narodowy jest jednym z trzech w Europie (obok francuskiego i włoskiego, wszystkie trzy są skądinąd genetycznie i ideowo pokrewne), który nie ma żadnych religijnych korzeni i powiązań.

I co teraz zrobicie z tym naszym hymnem?

Reggio Emilia 

* Tak, drogi czytelniku, wzrok cię nie myli. Motto drugie jest z utworu, którego mottem jest inny fragment tego samego wiersza Norwida, na dodatek stoi tak jak byk "Motto (fragment)", po czym następują dwa oddzielone trzykropkiem w nawiasie kawałki z Coś ty Atenom... Niestety świadczy to o tym, że autor, który za motto (nr 2) posłużył kuratorium oświaty, nie rozumie idei motta.

**Pseudo-wierszowana (bo jest to marna proza podzielona na wersy) kiczowata pisanina (felietonistyka?) jezuity Mirosława Paciuszkiewicza dostępna jest  jedynie jako dokument tekstowy online, a "wydana" jest "staraniem Przyjaciół Ojca Mirosława", bez ISBN, bez instytucjonalnego wydawcy, najwyraźniej nawet bez jakiejkolwiek formy trwałej, bo nie jest to nawet nieedytowalny pdf. Przed lekturą należy się uzbroić w dużą dawkę poetyckiej niewrażliwości, ponieważ większość utworów nie łapie się nawet na usprawiedliwiające określenie "naiwne".

 

 

poniedziałek, 10 października 2016
Koniec epoki

90 lat to piękny wiek, zwłaszcza jeśli człowiek do końca jest sprawny umysłowo, czynny zawodowo, a i zdrowie w miarę dopisuje. Niemniej wiadomość o śmierci Andrzeja Wajdy przyjęłam z wielkim smutkiem. To był dla mnie ktoś, kto istniał w mojej świadomości od zawsze, kto patronował moim największym zachwytom teatralnym i filmowym. I mimo że ostatnim jego filmem, który mnie zachwycił, była Zemsta sprzed, bagatela, czternastu lat, będzie mi go brakowało w krajobrazie kulturalnym Krakowa, Polski, Europy, świata.

O tym, że był najważniejszym ambasadorem naszej kultury, przekonałam się jako dziecko: nie dorósłszy jeszcze do większości jego filmów, oglądałam Retrospectiva de Andrzej Wajda w dużym kinie w Caracas, kiedy w Polsce trwał stan wojenny. Jako całkowita smarkula zaliczyłam dzięki temu takie naprawdę dorosłe filmy jak Ziemia obiecana, Wesele czy Popiół i diament. Nie jestem pewna, ile z nich zrozumiałam, ale jedno wiem: zachwyciły mnie robotą filmową, choć wtedy bym pewnie tego tak nie określiła. Wtedy zachwyciły mnie tym, co na tę robotę się składa: kolorem, dynamiką, dźwiękiem - to były dzieła totalne. I zaraziły mnie miłością do kina. Trwającą do dziś, choć teraz w zalewie filmów coraz rzadziej znajduję takie, które zachwycają mnie tak absolutnie.

Potem, już w czasach licealnych, zdołałam wyłowić w krakowskich DKFach i kinach studyjnych w zasadzie wszystkie pozostałe filmy Wajdy. Na Smudze cienia byłyśmy same z moją Mamą, która do dziś pozostała fanką w zasadzie bezkrytyczną Mistrza. Ba, siedziałyśmy w nieogrzewanej sali maleńkiego nowohuckiego kina, którego nazwy nawet nie mogę sobie teraz przypomnieć. To był dla nas drugi koniec Krakowa, środek zimy, tuliłyśmy się w ciepłych kurtkach, nasze oddechy zamieniały sie w parę, a operator projektora zapewne klął po cichu, że w ogóle ktokolwiek na ten seans przyszedł, bo w jego kanciapie musiały panować równie syberyjskie warunki.

Był jeszcze teatr, który zachwycił mnie chyba nawet bardziej niż filmy. Miałam ogromne szczęście, bo na czas mojej największej teatromanii przypadł nie tylko schyłek złotego okresu Starego Teatru w Krakowie, ale również kilka sezonów wznowień najważniejszych spektakli z lat siedemdziesiątych, w związku z jakimiś rocznicami festiwalu w Edynburgu, gdzie te przedstawienia święciły w swoim czasie triumfy. Dzięki temu zobaczyłam na scenie moją miłość absolutną czyli Noc listopadową, którą wcześniej widziałam w wersji telewizyjnej (miałam może jakieś dziesięć lat) i zakochałąm się od pierwszego wejrzenia, a następnie nauczyłam się jej na pamięć dzięki czarnej płycie, którą gdzieś mi wynalazł Tato. W teatrze chodziłam na prawie każde przedstawienie. Tekst w wersji Wajdy pamiętam do dziś, mam praktycznie cały spektakl przed oczami - wydane stosunkowo niedawno dvd jest mi prawie niepotrzebne, a jak sięgam po tekst Wyspiańskiego, to dziwię się, że są tam jeszcze jakieś sceny nieobecne w adaptacji.

Zobaczyłam też, co wymagało naprawdę wielkich zabiegów w organizacji widowni i godzin wystawanych przed teatrem, wznowienia Biesów i Nastasji Filipowny - legendarnych spektakli według Dostojewskiego. Zwłaszcza ten drugi to było naprawdę teatralne objawienie. Oczywiście przez to wszystko popełniłam ten błąd, że poszłam w odruchu serca na teatrologię jako pierwsze studia, gdzie z moim uwielbieniem dla klasyki, tekstu i Wajdy okazałam się rarogiem, bo w modzie była przebrzmiewająca awangarda spod znaku Grotowskiego i dojrzewające eksperymenty spod znaku Gardzienic. A ja ani tego, ani tego. Teatrologię zakończyłam po roku, a stara miłość nie zardzewiała.

Z filmami Wajdy nieco się w ostatnich latach rozchodziłam. O ile również jako może dwunastoletnia smarkula obejrzałam Człowieka z marmuru z wypiekami na twarzy, o ile adaptacje literatury zachwycały mnie niezmiennie i totalnie, o ile widziałam w kinie Dantona około dziesięć razy (a może więcej? dialogi z tego filmu właściwie też znam do dziś prawie na pamięć), o ile doskonale bawiłam się na filmach lżejszych: Polowaniu na muchy, Przekładańcu czy Niewinnych czarodziejach, o tyle jakoś od Miłości w Niemczech (z przerwą na urokliwą Kronikę wypadków miłosnych) miałam wrażenie, że coś się zmieniło, że już te filmy nie trafiają aż tak do mojej wrażliwości. Że tak jednak nie jest, przekonał mnie Pan Tadeusz, mimo zastrzeżeń obsadowych (coś, co właściwie wcześniej mi się w adaptacjach literatury nie zdarzało - dobra, z wyjątkiem teatralnego Hamleta, tego z Jerzym Stuhrem - którego skądinąd bardzo lubię jako aktora - w roli tytułowej), później również Zemsta. A potem byłam okropnie zła na Katyń, po którym spodziewałam się goryczy Popiołu i diamentu, a nie płaskiej hagiografii. I pomyślałam, że może za wyjątkiem adaptacji literatury to już rzeczywiście nie moje kino, że ta różnica pokoleniowa w końcu dała o sobie znać.

Ale jak czytam o Powidokach - filmie o malarzu, który "wygrał" mi licealną olimpiadę z historii sztuki - to mam zdecydowaną ochotę pójść znów do kina na polski film. Mam nadzieję, że okaże się on bliski Czlowiekowi z marmuru, którego uważam za jedno z największych arcydzieł kina wszech czasów. Że to ostatnie dzieło mnie znów zachwyci, jak te pierwsze, które oglądałam.

Noc listopadowa, Stary Teatr Kraków

PS. Bardzo długo nie mogłam znaleźć odpowiedniego zdjęcia: nie pasowały mi żadne nagrobki czy posągi ze zbiorów własnych, nie pasowały mi fotosy z filmów. A to - to jest ta scena, w której odchodząca do Hadesu Kora-Persefona przekonuje swoją żałobną matkę Demeter, że taka jest kolej rzeczy... I dwie cudowne aktorki: nieżyjąca już Zofia Jaroszewska i młodziutka wtedy Anna Dymna. Jaroszewską widziałam w Nocy listopadową niemalże taką, jak na tym zdjęciu, Dymną - sporo starszą, ale nadal dziewczęcą. To jedna z moich ulubionych scen tego dramatu i tego spektaklu. Chyba pasuje.

 

niedziela, 09 października 2016
Płot a sprawa polska

Historia dziewczynki rysującej kredą po chodniku i reakcji współmieszkańców osiedla poruszyła internety. Pomijając bezsensowną formę reakcji mieszkańców i mój ambiwalentny stosunek do całej sprawy (zarówno zdarzenia jak i masowej reakcji na nie), tym, co oczywiście mnie uderzyło, była kolejna bezmyślna i bezrefleksyjna fala hejtu na "grodzone osiedla".

To hasło stało się wytrychem do pokazywania chorób toczących współczesne społeczeństwa, ale jak zwykle u nas wylewa się dziecko z kąpielą oraz usiłuje leczyć objawy, pomijając przyczyny. To nic nie da. Milion artykułów w mediach wszelakich nie sprawi, że ludzie zaczną czuć się bezpiecznie i wspólnotowo na tyle, żeby nie chcieć odgradzać się od zagrożeń albo po prostu bałaganu. Przyczyna bowiem jest taka, że jak komuna (a może i zabory, serio) zniszczyła u nas poczucie dobra wspólnego, pozostawiając jedynie fantom (jakże bolesny i patologiczny) wspólnotowości na poziomie narodowej abstrakcji. Komuna przyzwyczaiła nas do tego, że tym, co nie prywatne, "zajmuje się" państwo - czyli nikt. I jak menele albo chuligani zniszczą, to ktoś ma naprawić. Że nie naprawi? No to nie naprawi. Przewróciło się, niech leży. Przestrzeń publiczna jest ciągle w Polsce przestrzenią niczyją i jakkolwiek mam wrażenie, że to się zmienia, to ta zmiana zachodzi bardzo powolutku i kulawo, bo jednak wiele inicjatyw obywatelskich pada ofiarą wandalizmu i potem nie ma już środków, żeby naprawić szkody.

Powiem szczerze: kiedy ponad dziesięć lat temu kupowałam mieszkanie, celowo wybrałam takie, które jest w bloku z bramą, garażem i portierem. Nie jest to osiedle, blok jest pojedynczy i w sumie kształtem oraz układem bardziej przypomina dawne kamienice, niż cokolwiek innego, tyle że stoi sobie wolno, w otwartej przestrzeni, a nie zabudowie ciągłej. Ale teren jest ogrodzony, są furtki i otwierana na pilota brama wjazdowa. Jest też ogródek, w którym stoi niezdemolowana altanka i fontanna z niepobazgraną i nie rozbitą kamienną figurką. Od razu powiem jeszcze jedno: to nie jest luksusowy blok, większość mieszkań to typowa deweloperka: poniżej 55 m2, sporo wynajmowanych. Mieszkańcy są zwykłymi ludźmi, a metr kwadratowy, jak na prawie centrum dużego miasta był w bardzo przystępnej cenie.

Dlaczego tak wybrałam? Bo miałam dość. Przez lata mieszkałam z rodzicami w szacownej kamienicy będącej własnością uniwersytetu. Jak miałam osiemnaście lat, zostałam tam napadnięta przez zboczeńca (bo tak, bez ogródek się to wówczas nazywało), kilka lat później bardzo bliską mi osobę jakieś bandziory zrzuciły ze schodów, kradnąc jej torebkę. Do samochodu stojącego pod domem włamywano mi się po radio albo po nic, kilka razy wyrwano mi lusterko, raz stłuczono szybę. Podobnie z samochodami rodziców i sąsiadów. (To akurat nieco się ostatnio uspokoiło, po części dlatego, że radia nie nadają się już do montażu do innego samochodu, ale drugi ze wspomnianych napadów na klatce schodowej miał miejsce stosunkowo niedawno.)

A ja chciałam mieć spokój. Wracać do domu o dowolnej porze dnia i nocy bez lęku, który po latach we mnie pozostał, że ktoś wejdzie za mną do klatki i niewinnie rozpocznie rozmowę, ktora przerodzi się w coś zupełnie innego. Tu, gdzie mieszkam, też ktoś może oczywiście wejść - to nie ten typ portierni, gdzie goście się legitymują, aczkolwiek byłam u koleżanki w takim domu i mnie to osobiście nie przeszkadza. Ale samo to, że ktoś jest i potencjalnie obserwuje, i że nad bramką jest kamera przemysłowa, odstraszy takich przypadkowych pomniejszych napastników, jak ten, który zaatakował mnie w otwartej klatce bez żadnych zabezpieczeń. A poza tym - cóż, poczucie, że w przypadku obu napadów w kamienicy moich rodziców policja rozłożyła ręce, bo sprawcy byli naprawdę niewykrywalni, i im wszystkim uszło to na sucho, jest frustrujące.

Mój blok nie jest idealny - zdarzali się okropni sąsiedzi, ale plusem obecności portiera jest też to, że można go poprosić o zwrócenie uwagi hałasującym po nocy, zanim w desperacji zadzwoni się po policję. Z kolei natrętnych akwizytorów można odesłać do dzwonienia na portiernię - w efekcie mamy tu bardzo mało makulatury w postaci ulotek.

Wbrew temu, co wmawiają nam czasem media, takie bloki jak mój, podobnie jak osiedla z bramami i terenem prywatnym oraz tabliczkami o tym informującymi, istnieją na całym świecie i nie zawsze są zamieszkane wyłącznie przez nowobogackich. Myślę, że te, które widziałam w wielu wielkich miastach Europy, są zamieszkane głównie przez takich zwykłych obywateli jak ja i moi sąsiedzi. U mnie mieszkają uniwersyteccy profesorowie (co najmniej dwóch), ale i agenci ubezpieczeniowi, właścicielka biura nieruchomości, inżynierowie i nauczyciele. Samochody są w najlepszym wypadku ze średniej półki cenowej.

Wróćmy jednak od szczegółów do ogółu. To, że ludzie zamykają swoją przestrzeń prywatną, jest wynikiem degradacji przestrzeni publicznej. W wielkich miastach Europy ta ostatnia posiada zazwyczaj większe niż w Polsce enklawy, ale jest tam też więcej miejsc niebezpiecznych. W większości tych miast granice są dość powszechnie znane, a przenikanie się stref ograniczone - choć to akurat się zmienia i stąd zapewne coraz więcej domów czy osiedli zamyka się od zewnątrz. Jak lata temu byłam na stypendium w Oksfordzie, znajoma z college'u zabrała mnie do swojego domku na przedmieściu - zostawiła na ulicy niezamknięty samochód z otwartymi oknami, dom zamykała na jeden zwykły zatrzask typu Yale. Nie jestem pewna, czy dalej tak robi.

Teraz pytanie do tych wszystkich, którzy tak ochoczo podchwycili hasło "grodzonych osiedli" i hejtują je, że hej. Czy kogoś dziwi, że ogradzamy teren, na którym znajdują się wolnostojące domy jednorodzinne? Albo i takież w zabudowie szeregowej? Zamykamy również nasze mieszkania, nikt nie podnosi rwetesu o zamknięte na klucz i zaopatrzone w domofon klatki schodowe w blokach. Dlaczego zatem akurat ogrodzenie osiedla czy terenu wokół bloku budzi takie emocje? To wszystko służy może izolacji w niewielkim odsetku osiedli, tych naprawdę dla nowobogackich, ale myślę, że w ogromnej większości przypadków jest jak u mnie: dla bezpieczeństwa i zachowania porządku. Czasem nieco mniejsze zabezpieczenia służą uniemożliwieniu wjazdu samochodom innym niż mieszkańców - bo w mieście brakuje miejsc postojowych, a mieszkańcy bloku mogą sobie zamknąć swój teren, w przeciwieństwie do tych, którzy mieszkają w centrum miast i parkują na ulicach (za co jak na ironię płacą abonament, w przeciwieństwie do blokowiczów...)

A na koniec apel do mediów: zamiast podsycać podziały i wzbudzać hejt, może by tak zająć się przyczyną i prawdziwą chorobą, czyli wspomnianą degradacją przestrzeni publicznej? Jeśli ludzie poczują, że publiczna znaczy należąca do wszystkich, zaczną ją szanować tak samo jak prywatną. Na razie rozziew między tymi dwiema sferami naszego życia jest tak ogromny, że chronimy to prywatne - nawet jeśli prywatność jest rozłożona na mieszkańców bloku czy osiedla, co nadal pozostaje policzalne i przez to nie anonimowe, nie rozmyte - i odgradzamy je od publicznego czyli niczyjego.

Jeśli ten sposób myślenia się nie zmieni - a nie zmieni się bez inicjatyw i akcji, które nauczą ludzi współodpowiedzialności za publiczne - prywatne będzie stało w opozycji do publicznego, zamiast stanowić jego nieco bardziej intymne przedłużenie.


czwartek, 06 października 2016
Ci z innej planety

Nie jestem zwierzęciem kawiarnianym, ale czasem w przerwie między zajęciami zdarza mi się w takim lokalu posiedzieć. Jakkolwiek zasadniczo nie lubię być zmuszana przez okoliczności do wysłuchiwania cudzych rozmów, przyznam, że czasem bywa to interesujące doświadczenie. W każdym razie krakowska "Bona" dostarcza mi niekiedy naprawdę ciekawych obserwacji. Zwłaszcza kiedy stykam się z ludźmi, którzy wydają mi się pochodzić z innej planety. Raz to było towarzystwo od jakiejś jakości zarządzania czy innych zasobów ludzkich - podobnego stężenia pseudonaukowego bełkotu rzadko zdarza mi się słuchać.

Przedwczoraj to byli dwaj księża, jeden zdecydowanie starszawy, drugi w sile wieku. Nawet sympatyczni w sensie poglądów. Wyrażający się poprawną polszczyzną. Ogólnie raczej na plusie. Gdyby nie to, że raz za razem słuchając ich ukrywałam - mentalnie ale i dosłownie - twarz w dłoniach z zażenowania. Nie, powtórzmy, poglądami w rodzaju księdza Oko na przykład. Nawet nie poziomem wysublimowania i abstrakcji teologicznej dysputy, która miałaby szanse być podobnym pseudonaukowym gadaniem jak zarządzanie. Nie. Tym, co mnie uderzyło, było kompletne oderwanie tych dwóch panów stanu duchownego od życia i otaczającego ich świata.

Po pierwsze sprawiali wrażenie, jakby świat poza kościołem (instytucją) w ogóle nie istniał. Dobra, mogę to jakoś tam usprawiedliwić, bo ja z dawno nie widzianym kolegą po fachu pewnie też rozmawiałabym głównie o wspólnych znajomych po fachu. Ale mam jednak wrażenie, że nie tylko. Niemniej to mały problem.

W pewnym momencie zastrzygłam uszami, ponieważ rozmowa - prowadzona głośno, bez przejmowania się tym, że ktoś jeszcze w sali się znajduje, więc w sumie nawet nie podsłuchiwałam: nie dało się ich nie słyszeć - zeszła na gender. O dziwo żaden z panów nie zaczął pomstować, raczej pochylili się z duszpasterską troską. Ba, skrytykowali nawet jakiegoś kolegę po fachu za to, że bredzi. Zasygnalizowali jedynie, że jakkolwiek demonizować nie należy, tak i nie należy z tym iść na sztandary. Chwała im za to.

Po czym jeden, ten starszy, opowiedział temu drugiemu, skądinąd ewidentnie pracującemu na Ukrainie, o swoim własnym doświadczeniu z gender. Konkretnie o tym, że sam spotkał się z "takim przypadkiem". Mówił bez emocji - wielki plus - i raczej z sympatią o osobie, z którą się zetknął - kolejny plus. Po czym powiedział coś, co nawet nie zaskarbiło mu minusa, tylko pokazało, jak dramatycznie księża nie mają pojęcia, o co chodzi i jak mierzyć się z problemem. Przytoczył mianowicie swoje rozmowy z osobą. Urodzoną jako kobieta, ale czującą się mężczyzną - stop, to moje sformułowanie. On powiedział "dziewczyna, która chciała być chłopakiem". Na litość... ja osobiście przez całą podstawówkę zupełnie całkowicie chciałam być chłopakiem, teraz też w sumie wolałabym być mężczyzną, bo miałabym bez wątpienia łatwiej w wielu aspektach. To jeszcze nie czyni mnie osobą transpłciową, choć wedle radykalnych teorii transseksualności, mieszczę się w spektrum.

No więc mamy pierwszy dowód niezrozumienia problemu. Drugi był bardziej bolesny. Sympatyczny, łagodny i niezideologizowany duchowny usiłował bowiem przekonywać tę osobę, która najwyraźniej przyszła do niego po radę czy też duchowe wsparcie, że... macierzyństwo jest piękne i dlatego warto pozostać kobietą. To był moment, kiedy miałam ochotę podejść do ich stolika i powiedzieć: panowie, to nie tak! Tej osobie, czującej się mężczyzną, inny mężczyzna - urodzony jako mężczyzna (szczęśliwiec), ale który jak by nie patrzeć, odrzucił sporo społecznych ról związanych z byciem mężczyzną - klaruje, że fajnie jest być kobietą!

Potem panowie opowiedzieli kilka budujących historyjek o tym, ile ich koledzy po fachu robią dobrych rzeczy. Trochę to rozmyte było w nowomowie w rodzaju "dzieł parafialnych", ale niech im będzie - wierzę, że w każdej grupie społecznej są ludzie, którzy robią dobre i sensowne rzeczy. Tylko że następnie dwaj panowie przeszli gładko do utyskiwania na to, że źli ludzie tak strasznie nadają na księży, podczas gdy tyle dobra oni robią i tego się nie zauważa. I oni tego nie lubią, że ludzie tak krytykują. Znów bez zacietrzewienia. Taka refleksja miłego starszego pana.

Drodzy ogólnie sympatyczni i światli panowie. Nie podeszłam do waszego stolika, nie wyłożyłam wam, że z tą transpłciowością to jest inaczej, niż wam się wydaje. Nie zrobiłam tego, bo do takiego stopnia sprawialiście wrażenie zamknięcia w jakimś waszym świecie, że nie widziałam szans na przebicie przez dzielące nas mury. Nawet nie ideologiczne, ale wiedzy o świecie.

Żałuję jednak, że nie powiedziałam wam jednego: nikt nie lubi być krytykowany, a tym bardziej być sprawiedliwym padającym ofiarą krytyki wobec grupy. Ale walka z tymi, którzy psują grupie opinię, jest waszym zadaniem. Was, światłych, miłych i mających dobre intencje, nawet jeśli niewiele rozumiecie. To wy możecie sprawić, że grupa zacznie być postrzegana inaczej, jeśli wyraźnie odetniecie się od ksenofobicznych, nienawistnych, krzywdzących innych ludzi wypowiedzi waszych kolegów po fachu. Jeżeli to wy staniecie się twarzami waszej instytucji.

A teraz będzie postscriptum. Przez przypadek przejrzałam wczoraj wydane niedawno "ostatnie rozmowy" z kardynałem Ratzingerem czy też eks-papieżem Benedyktem - przyznam, że nie wiem, jaka jest formalna nomenklatura. I przeczytałam w nich między innymi fragment o II wojnie światowej. Ta rozmowa jest skandaliczna, drodzy panowie. Stanowi nie tylko pokaz pychy hierarchy, ale też bardzo mało eleganckie usprawiedliwianie tchórzostwa. I proszę mnie dobrze zrozumieć: nie mam do nikogo pretensji, że nie był bohaterem. Większość ludzi to nie są bohaterowie. Nie sądzę, żebym ja była potencjalnym bohaterem. Ale usprawiedliwianie tego skamlącym tonem i próba przeniesienia na siebie i swoją grupę całego cierpienia - to jest poniżej krytyki. A wystarczyło powiedzieć: my też się baliśmy i teraz nam głupio, że mogliśmy zrobić więcej, a nie zrobiliśmy. Przyznać się. Tylko tyle.

Wbrew pozorom nie jest to oderwane od wysłuchanej, bo nie podsłuchanej, przedwczoraj rozmowy. Jeśli ci mili panowie potrafiliby zobaczyć źdźbło w oku własnym, może zrozumieliby, że bliźni widzą belkę.


Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright