niedziela, 07 lutego 2010
Drugie zmartwychwstanie Sherlocka Holmesa

Jeśli ktoś jest przywiązany do wizerunku flegmatycznego angielskiego dżentelmena w eleganckiej wiktoriańskiej pelerynie i kaszkiecie, o nienagannych manierach i lekko wyniosłym sposobie bycia - niech nie idzie na najnowszego "Sherlocka Holmesa". Najnowsze wcielenie detektywa-geniusza (Robert Downey Jr.) to wulkan energii: człowiek nadpobudliwy, którego wszędzie pełno i dla którego brak adrenaliny jest chyba najgorszym koszmarem. Zarazem jednak nie traci nic ze swego słynnego analitycznego geniuszu.

Wręcz przeciwnie - od pierwszej sceny jesteśmy świadkami tego, jak działa umysł Sherlocka, i przez cały film ten wątek nieustannie powraca: część scen oglądamy najpierw w zwolnieniu, jako analizy zamierzonego działania przed podjęciem akcji, a następnie w "czasie realnym". Czasami jest też na odwrót: analizę otrzymujemy już po obejrzeniu epizodu. Oglądamy wtedy to samo, co wcześniej, ale z innej perspektywy - i nagle żaden szczegół nie wydaje się już przypadkowy.

Ogromna większość dotychczasowych ekranizacji, adaptacji czy też wariacji na temat stawiała na to, że Sherlock działa systematycznie, powoli, że najpierw szczegółowo obmyśla plan działania i analizuje szczegóły, tu zaś pokazano nam człowieka, którego geniusz polega nie tylko na bezbłędnej interpretacji najdrobniejszych szczegółów, ale też na umiejętności dokonania błyskawicznego osądu sytuacji i wybrania najlepszej strategii działania. Procesy myślowe prowadzące do decyzji działają tu nierzadko w ułamkach sekund - ale tak przecież działa nasz mózg, zwłaszcza jeśli mamy szybki refleks. W filmie to, co dzieje się w głowie takiego osobnika jak Holmes, w przeciągu milisekund, pokazano jako ciąg logicznych wniosków i konkluzji, czyli fizjologię mózgu rozpisano na sceny. Bardzo to pomysłowe i bardzo wzbogaca postać, aczkolwiek, jak wspomniałam na wstępie, jeśli ktoś nie wyobraża sobie inaczej Sherlocka niż jako nobliwego dżentelmena, jakiego serwowały nam wcześniejsze filmy (choć niekoniecznie książki), niech nie wybiera się do kina.

Sherlock Holmes posiada bowiem cały zestaw cech takiej osobowości, jaką mu tu nadano: jest (dla zewnętrznego obserwatora) niepoprawnym bałaganiarzem, w którego mieszkaniu nie sposób nic znaleźć (tak się w każdym razie ludziom wydaje), który nie dba o higienę osobistą (no cóż, czasem można się tak zatracić w twórczym myśleniu, że czas biegnie sobie obok), a na dodatek wali prosto z mostu, co sądzi o innych ludziach, nie bacząc, że może urazić ich uczucia. Tak jest między innymi z Mary, narzeczoną Watsona; tu zresztą pojawia się bardzo ładnie wpleciony motyw, że nawet skrajny geniusz może się w jakimś szczególe pomylić, jeśli myśli jego pobiegną szlakiem stereotypów bądź też statystyki. Ładny ludzki szczególik.

Ładnym motywem jest również zazdrość Sherlocka o planującego ożenek przyjaciela; Sherlock to wieczny chłopiec, któremu ani w głowie ustatkowanie się, podczas gdy Watson marzy - tak mu się przynajmniej wydaje - o żonie, domu, dzieciach i ucieczce od wariackich przygód z genialnym i niełatwym przyjacielem.

Doktor Watson Jude'a Lawa pozostaje siłą rzeczy w cieniu wybuchowej natury (i szalonego aktorstwa) Sherlocka, ale zarazem nie sposób oderwać od niego oczu. Wielokrotnie pozostaje na ekranie w nostalgicznym ujęciu i z tajemniczą miną, bo właśnie - jak zwykle - porzuca przygody z Sherlockiem, żeby się ustatkować, ale za chwilę widzimy, jak kopniakiem otwiera drzwi, ponieważ jednak zew przyjaźni i adrenaliny okazuje się silniejszy. Watson jest tu zresztą bardzo wyraźnie pokazany jako były lekarz wojskowy, któremu nieobce są również działania w akcji. Obaj panowie nie są młodzieniaszkami, nie są też statecznymi starszawymi dżentelmenami na emeryturze - ot, dwaj mężczyźni w średnim wieku, wciąż jeszcze bardzo sprawni fizycznie, ale już z posiwiałymi lekko skroniami i melancholijnym spojrzeniem ludzi, którzy sporo w życiu widzieli. Tak samo jak niespożyta energia Sherlocka, tak i zewnętrzne opanowanie Watsona są magnetyzujące. Niełatwa przyjaźń tych dwóch jest jednym z najmocniejszych punktów filmu i aktorstwa.

Fabuła filmu jest znakomita i utrzymana w klimacie najlepszych powieści i opowiadań Arthura Conan Doyle'a, a także w tradycji powieści gotyckiej. Magia versus racjonalizm, drugie dna, niezwykłe zwroty akcji - to wszystko sprawia, że historię niecnych knowań lorda Blackwooda śledzimy z zapartym tchem, przekonani, że tym razem Sherlock rzeczywiście natrafił na zagadkę, która przerasta nawet jego geniusz. Co więcej, są w tym filmie takie sceny i takie wątki, że można być przekonanym, że tym razem zamiast w Dolinie Strachu Sherlock Holmes wyląduje w Górach Szaleństwa.

Nie przypadkiem przywołuję tu H. P. Lovecrafta - przez cały film miałam wrażenie, że jego duch unosił się nad scenariuszem oraz scenografią, podobnie zresztą jak duch Jana Potockiego i "Rękopisu znalezionego w Saragossie". Mroczne klimaty steampunkowe zostały tu wygrane idealnie: oto jesteśmy wciąż w wiktoriańskich czasach (akcja dzieje się w 1891 roku), które powoli zżera dekadencja, a zarazem na wyciągnięcie ręki mamy wynalazki, które odmienią całkowicie świat. Ten wątek wskazuje zresztą na jeszcze jeden element tytułowej postaci, który twórcy filmu fenomenalnie wydobyli z literackiego oryginału: nie sposób nie uwierzyć, żeby Sherlock Holmes nie spoglądał z nadzieją i fascynacją na rewolucję techniczną, żeby nie zachwycały go nowoczesne wynalazki.

Filmowy Sherlock zachwyca się wynalazkami Lorda Blackwooda, a sekunduje mu w tym, depcząc po piętach śmiertelny wróg - a raczej ten, kto ma się nim okazać w drugiej, zapowiedzianej już części. Jest to oczywiście profesor Moriarty, jako że w filmie pojawia się kilka postaci z literackiego pierwowzoru, wśród nich jeszcze Mary Morstan, narzeczona Watsona, oraz Irene Adler - znana z jednego opowiadania, tu zaś główna protagonistka. Sherlock gra na skrzypcach (po prawdzie w większości scen po prostu wydobywa z ich strun jakieś dziwaczne pizzicata, ale wiemy, że potrafi również ćwiczyć po nocach) i ma nieodłączną fajkę - bardzo ładnie ograną w kilku scenach. Watson ma psa, ogromnego buldoga nieodmiennie nasuwającego skojarzenia z Churchillem, i utyka na jedną nogę. Siedziba obu panów (z której Watson właśnie się wyprowadza) mieści się oczywiście przy Baker Street 221B.

Jest więc ten film zarówno ukłonem w stosunku do starego, dobrego i miejscami bardzo poczciwego oryginału, a zarazem wyobrażeniem o tym, jak współczesny pisarz o talencie na miarę Conan Doyle'a i wyobraźni ukształtowanej przez XX i pierwszą dekadę XXI w. napisałby wiktoriańskiego detektywa. To człowiek, który niczym cyberpunkowi bohaterowie musi balansować na granicy prawa, żeby dotrzeć do sedna zagadki. Nieobce mu wszelkie mroczne zakamarki Londynu - nie stroni od walk bokserskich i fish'n'chips w obskurnym zaułku - ale dzięki temu wierzymy, że istotnie jest w stanie rozpoznać zapachy, których nie wdychają na co dzień zasiadający w Izbie Lordów parowie.

Dałam tej recenzji taki tytuł, jaki dałam, bo przyszło mi do głowy, że tak jak Sir Arthur na żądania czytelników wskrzesił swojego bohatera (był to pierwszy taki przypadek w historii literatury), tak ten film pokazał nam tę postać odrodzoną i przemienioną. Moim skromnym zdaniem - na lepsze. "Sherlock Holmes", podobnie jak niedawno nowy "Star Trek", pokazują, że dawni bohaterowie potrzebują nowej krwi, ale jak już ją dostaną, to okazuje się, że trudno im dorównać. Te dwa filmy pokazują, że można robić nowe wersje starych historii nie tracąc z oczu oryginału, a zarazem biorąc pod uwagę, jak bardzo zmienił się świat w ciągu ostatniego stulecia, czy też tylko jego połowy.

Albert Memorial, Londyn

wtorek, 02 lutego 2010
Wstyd

W Gazecie Wyborczej wywiad z psychologiem o tym, jak straszne jest życie pracownika korporacji. Nie, w powyższym zdaniu nie ma ani cienia ironii. Życie pracownika korporacji jest dla mnie 1) wielką tajemnicą, 2) upiornym koszmarem. Wyskoczyłabym przez okno po chyba dwóch dniach pracy w takiej firmie, zważywszy, że nie wytrzymałam pracy w środowisku intelektualistów, którzy musieli mieć wszystko skrojone pod poglądy guru. A nie było kodów ubraniowych i integracyjnego paintballa.

W tym wywiadzie zastanowiło mnie zupełnie co innego - brak propozycji alternatywy. Owszem, mamy na wstępie obowiązkową anegdotkę (ech, ta retoryka dziennikarska, przejrzysta jak szkło), cytuję in extenso: "Tam zawsze jesteś lokajem" usłyszałam od dyrektora banku, gdy spytałam, dlaczego rzucił posadę. Został rzeźbiarzem. Dziś jest szczęśliwym człowiekiem. Wiem coś o rzucaniu posady i zmienianiu jakości życia w szalony sposób. Wierzę zatem, że ten były dyrektor, a obecnie rzeźbiarz może być człowiekiem szczęśliwym. I super. Tylko że dalej nie ma o tym ani słowa w wywiadzie. Wywiad jest jednym wielkim utyskiwaniem nad tym, jak to korporacja odczłowiecza, ale ani dziennikarka, ani psycholog nie wracają do przytoczonej na początku anegdoty.

Co więcej, mniej więcej w środku wywiadu dowiadujemy się, dlaczego. Otóż pada tam takie sformułowanie: Pędzimy do korporacji, bo być biednym to wstyd. Nie będę rozwodzić się nad sensownością drugiej części tego zdania; można by tu przytaczać wszelkiego rodzaju argumenty filozoficzne, religijne, socjologiczne, psychologiczne, historyczne i literackie za i przeciw tej tezie. Nie zamierzam. Nie o to mi chodzi, kiedy piszę tę notkę.

Chodzi o coś zupełnie innego. Przecież kariera w korporacji nie jest dostępna dla patologicznej matki z łzawego reportażu, kryjących się po piwnicach bezdomnych i alkoholików, chłopa półanalfabety ze ściany wschodniej. Nie jest osiągalna dla ludzi, o których mogłabym powiedzieć, że żyją w biedzie czy nawet nędzy. To jest kariera, o którą mogłabym się ubiegać ja, moi koledzy z jednych i drugich studiów, moi byli koledzy z pracy, moi rodzice, kumple, kuzyni, koledzy z pracy i rodzeństwo mojej przyjaciółki, moi lekarze i nauczyciele, a także wszyscy inni ludzie w Polsce, którzy w swoje wykształcenie wpakowali kilka lat z życiorysu, nie poprzestając na zawodówce czy nawet maturze. Bywa osiągalna dla błyskotliwych osobników, którzy studiów nie ukończyli.

Z wywiadu jasno wynika, że my wszyscy powyżej wymienieni powinniśmy się wstydzić. Bo w tych wszystkich wymienionych grupach znanych mi ludzi znalazłyby się może dwie, trzy osoby, które zdecydowały się na pracę w korporacji. Nie mam pojęcia, czy są szczęśliwe, bo straciłam z nimi kontakt. Cała reszta pracuje w szkołach, szpitalach, urzędach, na wyższych uczelniach i w instytutach badawczych, niektórzy mają własne małe firmy, których obroty stanowią promil tego, czym obracają korporacje. Co więcej, większość tych moich znajomych zarabia tyle, że problemem bywa kupno zwyczajnego samochodu, spłata kredytu na mieszkanie czy podróż marzeń.

Nie, nie będę teraz pisać o zaletach niepracowania w korporacjach, o wolności i niezależności, jaką w mniejszym lub większym stopniu dają nam wykonywane zawody. O to też mi nie chodzi.

Refleksja, jaka mi przyszła po przeczytaniu tego wywiadu, jest zupełnie inna. Otóż zarówno pani dziennikarka jak i pan psycholog milcząco dają przyzwolenie dla pogardy dla nauczycieli, szpitalnych lekarzy, wykładowców uniwersyteckich, pielęgniarek i całego mnóstwa innych zawodów, które wymagają wykształcenia w stopniu znacznie większym niż praca w korporacji, ale zostały przez kolejne rządy skazane na... biedę, że posłużę się słowem użytym w wywiadzie.

I to jest wstyd. To jest coś, za co państwo polskie powinno się wstydzić. Że wyprodukowało sobie społeczeństwo, w którym nie wydaje się niczym nagannym sugestia, że "wstyd" jest być nauczycielem, lekarzem, pielęgniarką czy profesorem. Bo tak naprawdę w tym zdaniu chodzi o te wszystkie grupy zawodowe, a nie o patologiczną biedę czy nędzę.

Czego bym się spodziewała po konkluzji tego wywiadu albo komentarzu do niego? Po dziennikarce postawienia jasno i otwarcie tezy, że jednym z palących zadań stojących przed rządem jest sprawienie, żeby te niekorporacyjne kariery przestały być "wstydliwe" - czyli o ich godne finansowanie. Po psychologu - powrotu do anegdoty o dyrektorze-rzeźbiarzu. Pokazania, że sukces można osiągnąć na różne sposoby i że tak naprawdę żadna kariera, która przynosi satysfakcję, nie jest "wstydliwa".

To wszystko nie zostało powiedziane. Czytelnik stojący u progu kariery, wahający się, czy dać się uwieść korporacji, został utwierdzony w przekonaniu, że wprawdzie ryzykuje tu duszę, ale nie ma innej drogi. Bo inna droga skazuje na biedę i wstyd. Ten wywiad ostrzega, ale nie buduje alternatyw. I to trochę wstyd, zważywszy, że wypowiada się psycholog.


poniedziałek, 25 stycznia 2010
Obrona kafla

Na to, żeby tworzyć wielką sztukę religijną, artysta wcale nie musi być człowiekiem głęboko wierzącym ani też praktykującym. Co więcej, patrząc na powstające ostatnio gnioty o treści religijnej zaczynam się zastanawiać, co bardziej przeszkadza powstawaniu dzieł sztuki: emocjonalne zaangażowanie w temat, koniunkturalizm, komercyjność czy też po prostu brak talentu? A może coś, o czym współcześnie całkowicie się milczy: brak wyrobionego estetycznie patronatu?

Ostatnio w Gazecie Wyborczej ukazała się notka o produkcji ozdobnych kafli z podobizną Jana Pawła II. Większość zastrzeżeń ze strony osób wypowiadających się zarówno w artykule jak i na forum dotyczy formy, tzn. umieszczenia kandydującego do oficjalnej świętości papieża, będącego na dodatek przedmiotem płytkiego kultu ze strony swoich rodaków, na takim "niegodnym" nośniku, jakim jest kafel. No bo, panie, kafel to się z kiblem kojarzy. I jak to tak,  panie, papież na kaflu? W tej powodzi argumentów spod znaku "nie wypada", ginie sedno problemu: mianowicie to, że projekt kafla jest po prostu kiczem.

Cóż, kafel to równie dobry nośnik treści artystycznych jak każdy inny. W wielu krajach Europy, zwłaszcza śródziemnomorskich, ale też np. w Holandii, istnieją ogromne tradycje produkcji ozdobnych ceramicznych płytek, którymi od dawien dawna ozdabiano domy i świątynie, a dziś kopie zabytkowych kafelków bądź też ich komercyjne wersje można kupić w sklepach z pamiątkami. Azji również nieobca jest kaflowa sztuka; w indyjskim Cochin jedną z największych atrakcji jest szestastowieczna synagoga Paradesi, o posadzce wyłożonej osiemnastowiecznymi płytkami ceramicznymi - darem chińskiego mandaryna - które wydają się na pierwszy rzut oka takie same albo bardzo podobne, a tymczasem każda z nich jest inna, żaden wzór się dokładnie nie powtarza. (Byłam, widziałam.)

Niezwykle piękne potrafią być "zwykłe" europejskie kafle piecowe z czasów renesansu, rokoka, secesji. A więc nie kafel powinien tu być problemem, tylko to, co na kaflu, a to jakoś unika dziennikarzom i wielu dyskutantom, że o autorze projektu już nie wspomnę.

Sztuka była związana z religią od najdawniejszych czasów - o ile ozdoby na paleolitycznych kościanych narzędziach można wiązać wyłącznie z rodzącym się zmysłem artystycznym ludzkości, o tyle malowidła naskalne już raczej nie. Najwybitniejsi artyści wszystkich czasów tworzyli sztukę religijną; od starożytności wszelakiej po XIX a może i przełom XX w. trudno byłoby chyba znaleźć malarza czy rzeźbiarza, który tworzył wyłącznie dzieła świeckie, niezwiązane z żadną współczesną sobie religią. (Mówię tu tylko o szeroko pojętym europejskim kręgu kulturowym, bo nie mam pojęcia, jak to wygląda np. na Dalekim Wschodzie - być może związki są jeszcze głębsze, ale dla mnie nieczytelne.) A jeśli nawet jakieś pojedyncze osobniki by się znalazły, to jedna jaskółka wiosny nie czyni.

I w zasadzie nie chodzi mi o statystyki artystów tworzących na takie czy inne zamówienie religijne, świątynne, kościelne. Chodzi mi o jakość sztuki, o jej poziom. Oczywiście, prywatne dewocjonalia zawsze odbijały status majątkowy i pozycję społeczną osoby składającej wotum czy też umieszczającej posążek bądź obraz w swoim domu. Przeciętnego, nawet średnio zamożnego Ateńczyka nie było stać na zamówienie rzeźby u Fidiasza czy Praksytelesa, tak samo jak przeciętnego Florentyńczyka w XV/XVI w. nie było stać na Michała Anioła. Ale bogate instytucje - państwo ateńskie, sanktuarium w Olimpii czy też dwory papieży i biskupów okresu renesansu - finansowały najwybitniejszych artystów swoich epok. Jednym słowem - ówcześni religijni potentaci byli mecenasami prawdziwej sztuki, to dzięki nim wielcy malarze i rzeźbiarze - a także kompozytorzy, by wskazać kolejną dziedzinę mecenatu - mogli stworzyć arcydzieła, którymi zachwycamy się do dziś.

Podobnie zresztą było z architekturą; niezależnie od tego, czy pod uwagę weźmiemy piramidę Cheopsa (grób faraona, będącego żywym wcieleniem bóstwa, był budowlą jak najbardziej religijną i w tym sensie publiczną, niezależnie od propagandy widzącej w tym wyłącznie megalomanię poszczególnych władców), Partenon, gotycką katedrę w Reims czy barokową fasadę Il Gesù, mamy tu znów do czynienia z zatrudnianiem wybitnych architektów, z szukaniem nowatorskich rozwiązań, wreszcie z końcowym efektem, którym jest wybitne dzieło inżynierii i sztuki. We wszystkich opisanych przypadkach - sztuki, architektury, muzyki - możemy mieć różne preferencje, jedne z tych dzieł mogą nam się podobać bardziej albo mniej, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie negował ich artystycznej wartości.

Co więcej, dawni mecenasi zazwyczaj potrafili patrzeć przez palce na pobożność i nawet prowadzenie się artystów, oceniając ich dzieła w oderwaniu od ich życia. (Na wypadek, gdyby ktoś zinterpretował tę wypowiedź jako głos w ostatnich sporach o to, czy artystom wolno więcej, czy też nie - uważam, że powinno się całkowicie oddzielać wartość sztuki od takich czy innych zastrzeżeń do trybu życia czy moralności twórcy; jeśli wybitny artysta popełni przestępstwo, to prawo nie powinno być wobec niego łagodniejsze, ale wyrok i jego wykonanie powinno mieć na względzie umożliwienie kontynuowania twórczości, jeśli jej zaprzestanie miałoby spowodować szkody dla światowej kultury. Wiem, że to bardzo trudne, ale za coś przecież prawnicy biorą te kosmiczne pieniądze...)

Dziś natomiast - trudno mi uchwycić, kiedy ten proces się zaczął - w "sztuce" religijnej powszechnie panuje upiorny wręcz kicz, a co najmniej bylejakość. Gdzie nie spojrzeć, powstają koszmarne bryły kościołów - do tego stopnia, że nijakość zaczyna być cnotą, bo przynajmniej nie poraża brzydotą. Na małopolskich wsiach, gdzie jeszcze zachowały się piękne drewniane, zabytkowe kościółki z XVIII czy XIX w., tuż obok nich wyrastają ohydne ceglane hale, przytłaczające cały okoliczny krajobraz - na dodatek kompletnie niepotrzebne, bo w żadnym z tych miejsc populacja nie zwiększyła się do tego stopnia, żeby nie mieścić się w dotychczasowym budynku. Nawet potrydencki tryumfalizm kościoła katolickiego był wciąż na tyle osadzony w instytucji mecenatu, żeby barokowe budowle trzymały się wzorców dobrej architektury. Dziś pozostał wyłącznie monumentalizm, zabrakło natomiast artyzmu.

Podobnie rzecz się ma z malarstwem i rzeźbą. Okropne kiczowate obrazidło namalowane przez półamatora wg objawień siostry Faustyny stało się modelem sztuki religijnej: usłodzonej, niby realistycznej, pozbawionej artystycznego zamysłu, wyłącznie propagandowej. To samo można powiedzieć o kolejnych pomnikach papieża, zwanych potocznie "dźwigajami". Pod tym względem już socrealizm - będący, jakby nie patrzeć, również odmianą sztuki religijnej - był lepszy, ponieważ chcąc nie chcąc zaangażowało się w niego paru naprawdę wybitnych malarzy i rzeźbiarzy, a wybitny artysta nawet przymuszony przez obowiązującą stylistykę i tematykę potrafi stworzyć dzieło interesujące, nawet jeśli tylko z formalnego punktu widzenia. Caravaggio czy Mozart byli równie dalecy od kościelnej ortodoksji jak Andrzej Wróblewski od socrealizmu, ale powstające na zamówienie obowiązującej ideologii dzieła ich wszystkich tracą nic ze swojej wielkości.

A bezwzględnie najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że wcale nie jest tak, żeby współcześni artyści polscy (na świecie z mecenatem jest odrobinę lepiej, sądząc chociażby po wystawach organizowanych np. w krużgankach zabytkowych kościołów) stronili od tematyki religijnej. Jerzy Nowosielski i jego nowoczesne ikony, Krzysztof Penderecki i jego arcytradycyjne formy muzyczne - to wszystko są dzieła wybitne, ba, na światowym poziomie. Ale polski kościół ich nie zamawia, nie kupuje, nie propaguje. Polski kościół woli usłodzone obrazeczki jak spod bramy Floriańskiej, byle temat był poprawny i poprawnie (najlepiej skrajnie tradycyjnie) ujęty, woli patetyczne i okropne pod względem chociażby proporcji, nieoryginalne dźwigaje, woli napuszoną popową estetykę Rubika.

I muszę powiedzieć, że jestem wobec tego zjawiska bezradna, bo przecież nie jest tak, że wśród zamawiających są sami estetyczni ignoranci. Edukacja pod tym względem przeciętnego proboszcza jest zapewne marna, ale teoretycznie wśród biskupów jest paru wykształconych facetów, którzy na dodatek we własnych pałacach miewają niezłe dzieła sztuki dawniejszej i nowszej - daleko temu do kolekcji zachodnich, ale bywa nieźle. Niemniej nawet oni dają przyzwolenie na zamawianie kiczu.

A ja bym sto razy wolała dobrą sztukę na kaflach albo i na serwetkach czy dowolnym innym mało dostojnym nośniku, zamiast kiczu malowanego olejem na płótnie czy odlewanego w brązie.

Parafrazując Oscara Wilde'a - nie ma mediów sztuki godnych i niegodnych, jest sztuka dobra i zła.

Berlin - Muzeum kultury islamu

czwartek, 21 stycznia 2010
Ja, Łowczyni

Dzięki nieocenionej N dowiedziałam się, że Hagne (po grecku: czysta) to przydomek bogini Artemidy, co właściwie nie powinno dziwić, no i aż dziw, żeśmy na to wcześniej nie wpadły. Od tego słówka, jak już rozpisywałam się dokładnie dwa lata temu, pochodzi imię Agnieszka, dlatego do tej kwestii dziś imieninowo wracam. A wracam również dlatego, że Nieoceniona N przeczytała ostatnio książkę, której autorka wysuwa śmiałą w naszym kraju tezę, iż ogromna większość (jeśli nie wszystkie) znanych nam wyłącznie z późnoantycznych i wczesnośredniowiecznych hagiografii rzymskich męczennic - w tym Agnieszka - jest wyłącznie konstruktem kulturowym, stanowiącym kontaminację dawniejszych pogańskich mitów, np. o boginiach dziewicach zabijających zalotników, z ludową wyobraźnią lubującą się w różnego rodzaju okropieństwach.

Teza ta zbiegła się z moim nagłym uświadomieniem sobie dwa dni wcześniej, że cała ta grupa wczesnych męczenników to tak naprawdę katalog wymyślnych tortur - każdy ginie inaczej - które na dodatek dość rozpaczliwie nie pasują, podobnie jak wizja okrucieństwa legionistów z Pasji Gibsona, do rzymskiej mentalności, w której praktycyzm jest na pierwszym miejscu. Kiedy Rzymianie chcieli w sposób bezwzględny i ostateczny rozprawić się z buntami niewolników po tzw. powstaniu Spartakusa (mającym, nawiasem mówiąc, niewiele wspólnego z dziewiętnastowieczną i podchwyconą przez propagandę komunistyczną legendą o dobroczyńcy niewolników, niemalże antycznym Robin Hoodzie), to ukrzyżowali sześć tysięcy buntowników wzdłuż Via Appia, nie bawiąc się w jakieś a tu wyrywanie zębów, a tu łamanie kołem, zrzucanie z wieży, obcinanie członków - czyli dla każdego coś innego. A tak wyglądają hagiograficzne opisy: każdy przyszły święty dostawał swój własny rodzaj tortur. No cóż, troszkę zakrawa to na megalomanię, a w tym III i IV w. Rzymianie mieli naprawdę poważniejsze problemy niż wymyślanie nowych rodzajów rozprawiania się z każdym kolejnym chrześcijaninem. Po prawdzie w owym czasie większość skazanych za szerzenie niepokojów w państwie była zsyłana do pracy w kopalniach na germańskim limesie - pracy niewątpliwie bardzo ciężkiej, ale nie wyobrażajmy sobie warunków jak w kołymskich łagrach.

Wracając do Agnieszki i Hagne Artemidy. Ponieważ wedle legendy miała ona, Agnieszka znaczy, pochodzić z dobrej rzymskiej rodziny, być może nawet jakiś jej pierwowzór istniał, być może nawet istotnie jakaś młoda rzymska dama dostała z powodów religijnych histerii, kiedy dowiedziała się, że ma wyjść za mąż. Jeśli wierzyć tym elementom legendy, które podają jakieś w miarę konkretne fakty, to miała wyjść za wysokiego urzędnika z dobrej rodziny, prefekta o nazwisku rodowym Semproniusz. Dostała histerii, on skazał ją na śmierć - być może. A może nie. O ile istnienie prefekta z takiego rodu można by próbować sprawdzić, o tyle o jego niedoszłej małżonce nie wiemy tak naprawdę nic.

Jakoś dziwnie legenda milczy o jej rodzie, a przecież ta informacja powinna być zakodowana w jej imieniu - szlachetnie urodzone Rzymianki najczęściej nosiły imię utworzone od nazwiska rodowego ojca. Prawdopodobieństwo, że nawet w chrześcijańskiej rodzinie patrycjuszowskiej lub plebejuszowskiej pod koniec III w. dziewczyna dostałaby na imię po prostu Hagne jest praktycznie zerowe. Jest to zatem albo przydomek nadany później, albo też po prostu kolejny konstrukt kultowo-kulturowy.

I tu, po prawdzie, robi się ciekawie. Bo skoro mamy tu do czynienia z legendą o dziewicy, która woli śmierć niż małżeństwo, której na dodatek nie szczędzi się dalszych tortur - zgodnie z prawem rzymskim dziewicy zabić nie wolno, w związku z czym trzeba ten problem załatwić w burdelu (epizod znów mało prawdopodobny - dobrze urodzonej panny, choćby i była chrześcijanką, raczej by tak nie traktowano, chyba że cała rodzina naraziłaby się komuś w sposób wyjątkowy, ale w takim razie dlaczego legenda milczy o losie rodziców?), gdzie dzieją się różne baśniowe cuda (włosy rosną i zakrywają ciało, potencjalni gwałciciele ślepną itd.) - to w zasadzie prosi się interpretacja zgodna z książką, którą przeczytała N. Agnieszka jest ochrzczonym mitem o Hagne Artemidzie, bogini, która próby naruszenia swojej nietykalności cielesnej karze śmiercią (tu odpowiednikiem jest oczywiście oślepienie "zalotników"). No i jeszcze ten baranek, z którym ją pokazuje ikonografia - oficjalnie związany z ludową etymologią imienia (łac. agnus), a może tak naprawdę pozostałość po towarzyszących zawsze Artemidzie zwierzętach?

No a ja wolę na swoją patronkę Artemidę w jej oryginalnej postaci, z całą wieloznacznością, wieloaspektowością tej postaci. Mogłabym nawet znaleźć całkiem sporo podobieństw z tą wieczną małą dziewczynką, jak opisuje ją w swoim hymnie wielki hellenistyczny poeta Kallimach. Jak ona, jestem po trochu Piotrusiem Panem, jak ona nade wszystko cenię sobie wolność i nieskrępowanie, jak ona wolałam zawsze "męskie" gry i zabawy... Nie lubię polowania, ale przecież Łowczyni Artemida jest też opiekunką dzikich zwierząt i ich królową - tak to już jest w prawdziwym micie, że nic nie jest oczywiste, wszystko ma wiele aspektów i twarzy.

Artemida

Hymn do Artemidy Kallimacha (po angielsku)

poniedziałek, 11 stycznia 2010
Pożegnanie z Muzeum

Pomimo protestów krakowian, próśb Muzeum Narodowego w naszym mieście oraz naprawdę świetnych propozycji lokalowych ze strony jego dyrekcji, od dzisiaj w Krakowie nie można oglądać zbiorów Muzeum Czartoryskich. Zostaną rozproszone po Polsce jako depozyty na lata dwa, a może i trzy... Co więcej, wieść gminna głosi, że nie wszystko do Krakowa wróci. Aż dziw,  że tym razem to nie Warszawa kładzie łapę na naszych skarbach (a w każdym razie niezupełnie), jak to miewało miejsce za PRL, ale ponoć spadkobiercy Władysława Czartoryskiego postanowili część zbiorów zatrzymać w Puławach. Cóż, dzieje kolekcji niewątpliwie tam właśnie się zaczęły, niemniej decyzja o przeniesieniu całości do Krakowa, podjęta w 1870 r., wiązała się z przekazaniem jej narodowi, w związku z czym - przy całej mojej politycznej sympatii dla oświeconego liberalizmu - spadkobiercy byłych prywatnych właścicieli nie powinni mieć tu nic do powiedzenia, o ile nie uda im się w sądzie obalić testamentu przodka. Co, jak sądzę, byłoby raczej karkołomnym przedsięwzięciem i nawet Komisja Majątkowa mogłaby mieć z tym problem, mimo iż zasadniczo zdolna jest dokonywać prawnych cudów.

Weekend poświęciłam zatem częściowo na pożegnanie z Muzeum w jego dotychczasowym kształcie. Przy okazji przeżyłam niejakie rozczarowanie, ponieważ na tzw. ekspozycji głównej byłam bardzo dawno i nie bardzo ją pamiętałam. Przyznam od razu, że z mojego osobistego punktu widzenia wywiezienie do Puław czy gdziekolwiek indziej ogromnej części zgromadzonego tam malarstwa nie byłoby niczym, nad czym łamałabym ręce - w sumie byłam, delikatnie mówiąc, rozczarowana jego poziomem. Bardzo bardzo taki sobie Lucas Cranach wybija się ponad przeciętność, z dostrzeżeniem w Rembrandcie Rembrandta miałabym spory problem, choć historia sztuki była jednym z moich najmocniejszych punktów w szkole. Damy z łasiczką/fretką/gronostajem nie ma, bo pojechała do Budapesztu na wystawę - i do Krakowa przez te dwa albo i trzy lata nie wróci.  Mimo że obok ołtarza Wita Stwosza jest muzealną wizytówką Krakowa. A także pomimo tego, że oprócz opuszczonej przez zbiory średniowieczne MN Kamienicy Szołayskich sugerowano jako jej "przechowalnię" Wawel czyli miejsce w Polsce najzaszczytniejsze. Niestety, decydenci wraz z wysoce podejrzanie się zachowującą* Fundacją Książąt Czartoryskich uznali, że Zamek Królewski w Warszawie najgodniejszy jest w Polsce. Bez komentarza.

A zatem malarstwo z tego muzeum mogłabym sobie w ogromnej większości darować, a już na pewno nie będę za nim tęsknić przez lata remontu. Natomiast jakkolwiek nie jestem wielbicielką nowożytnej sztuki użytkowej, znalazłam tam w ostatni weekend kilka przedmiotów, które mnie zachwyciły (np. puchar w kształcie pawia i nie-wiem-co w kształcie gryfa, stojące skądinąd jakby rzucone na jedną z szaf, bo kurator nie bardzo wiedział, co z tym zrobić?). Chciałabym też po remoncie zobaczyć z powrotem w Krakowie militaria i turecki namiot spod Wiednia, bo jakkolwiek husaria to musiał być dość absurdalny wynalazek, te zbroje robią wrażenie. Podobnie zresztą jak osiemnastowieczne rzędy końskie, przyprawiające mnie wprawdzie o ból kręgosłupa w imieniu koni, które musiały to nosić na grzbietach, ale niezwykle piękne.

No i oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie czuła zimnej wściekłości na to, że pozbawiono mnie możliwości przejścia się do galerii sztuki starożytnej i popatrzenia sobie na naprawdę świetną kolekcję waz oraz zupełnie nienajgorszą rzeźby. To nie jest tak, że mieszkając w Krakowie chodziłam tam co niedzielę, ale poczucie, że przez dwa do trzech lat (jeśli nie będzie opóźnień) będę takiej możliwości pozbawiona, jest wyjątkowo nieprzyjemne. No i oczywiście mam nadzieję, że nic z tej części kolekcji nie zostanie poza Krakowem. Dwa dni spędzone na kontemplacji tych zbiorów sprawiły, że poczułam z nimi intymną więź, co więcej - znalazłam tam obiekt, z którym być może będę zmuszona zapoznać się niedługo bliżej i mam nadzieję, że nie będę w tym celu musiała jeździć na drugi koniec Polski...

I jeszcze jedno: rozumiem, że budynkowi, w którym mieści się Muzeum należy się remont. Nie jestem jednak pewna, czy podobają mi się wizualizacje tego, co będzie w przyszłości, które gdzieś widziałam, a teraz nie mogę ich znaleźć. Nie mam mianowicie przekonania, że nowoczesna ekspozycja pasuje do tego miejsca i tych zbiorów. Dlaczego? Bo tak naprawdę Muzeum Czartoryskich bliższe jest osiemnastowiecznemu gabinetowi osobliwości niż nowoczesnemu myśleniu o muzealnictwie. I jeśli z tej kolekcji zrobi się kolejną uładzoną galerię nawet z najlepszymi rozwiązaniami oświetleniowymi i wystawienniczymi, to zabije się to, co w niej najcenniejsze - ducha epoki.

Po tej kolekcji rozpaczliwie widać, że była zbierana przez ludzi o dobrych intencjach, ale marnym guście. Nowoczesne rozwiązania mogą jedynie podkreślić mizerię zbiorów malarstwa, a zabić poczucie, że chodzi się po zabytku czasów, kiedy prywatne osoby kupowały sobie obrazy i pokazywały je mniejszej lub większej publiczności, a następnie w obliczu zaborów te same osoby uznały, że należy tę kolekcję potraktować jako dobro wspólne narodu.  (Mała dygresja: Nie wpadajmy przy tej okazji w narodową megalomanię, że było to coś wyjątkowego; od XVIII w. udostępnianie nierzadko znacznie cenniejszych kolekcji społeczeństwu stało się normą, takim działaniom zawdzięczamy muzea rangi British, Luwru, Ermitażu itd.  I jakoś nie słychać, żeby spadkobiercy byłych właścicieli upominali się o tamte zbiory. Przypominam również, że Czartoryskim kolekcji nie odebrała komuna, ale taka była wola przodków. Koniec dygresji.)

Można powiedzieć, że szkoda, iż nie znalazł się u nas nikt, kto miałby nosa do tego, kto w danej epoce będzie wybitnym artystą, tak samo jak można żałować, że nikt w drugiej połowie XIX wieku nie miał choćby żyłki biznesowej i nie kolekcjonował impresjonistów. Można również pomstować na to, że Izabela Czartoryska zdawała się na własny gust, albo też nie zatrudniła - jak Katarzyna II - naprawdę uzdolnionego marszanda (którym w przypadku carycy był Denis Diderot, jeden z najwybitniejszych filozofów i pisarzy epoki; zważywszy, że Izabela znała się z Janem Jakubem Rousseau, mogła w podobny sposób wykorzystać tę znajomość).

Uwagi powyższe nie dotyczą zbiorów starożytnych i sztuki użytkowej, zarówno pod względem jakości eksponatów jak i ekspozycji, bo akurat krakowskim starożytnościom nieco lepiej zorganizowana ekspozycja by się przydała. Niekoniecznie zresztą bardzo nowatorska - i tu można by zachować kolekcjonerski charakter zbiorów, ale niechby przynajmniej tabliczki nie zasłaniały eksponatów... Do starożytności nasza arystokracja miała niezłe oko i wyczucie, by wspomnieć tylko Stanisława Kostkę Potockiego, tłumacza Winckelmanna i człowieka, którego kolekcja waz do dziś jest jedną z najważniejszych na świecie, oraz Michała Tyszkiewicza. Obaj ci panowie do dziś zresztą patronują ważnym dziełom w literaturze naukowej; niestety kolekcja Tyszkiewicza uległa rozproszeniu, ponieważ nikt w Polsce nie był nią zainteresowany, a gdyby było inaczej, mielibyśmy muzeum starożytności na poziomie światowym. Niechby sobie nawet było w Warszawie.

Jeśli za dwa-trzy lata nadal będę pisać tego bloga, to wybiorę się do nowego Muzeum i zdam tu relację z wrażeń. Dokonam też raportu strat, bo kolekcję antyczną obfotografowałam dokładnie, uwieczniłam również w zasadzie wszystko, co mnie zainteresowało w innych salach. Może nie będzie aż tak źle, jak się zapowiada. Ale jeśli zniknie staroświecki nastrój, to będzie wielka szkoda.

W British Museum jest jedna ogromna sala, która nazywa się Enlightement Gallery - Galerią Oświeceniową, i jest zastawiona po znajdujący się bardzo wysoko sufit regałami, na których za szybką tłoczą się najróżniejsze zabytki, niekiedy bardzo ładne. Są to z punktu widzenia dzisiejszego muzeum przedmioty drugiego albo i trzeciego sortu, wyciągnięte z magazynów i ustawione tak, jak niegdyś w osiemnasto- i dziewiętnastowiecznych gabinetach osobliwości. Tuż obok siebie stoją więc odciski amonitów, mezoamerykańskie płaskorzeźby, indyjskie malunki, greckie wazy, jakieś zakonserwowane lub zmumifikowane stwory, tabliczki z pismem klinowym, obrazki z atlasów botanicznych. Jednym słowem artystyczno-naukowy miszmasz. A przed tymi regałami ustawiono rzeźby -  rzymskie kopie absolutnych arcydzieł greckich, godne głównych galerii, a tuż obok portrety kolekcjonerów z epoki. W stojących na środku sali gablotach leżą obok siebie antyczne monety i klasycystyczne gemmy oraz najróżniejsze drobiazgi  z wszystkich stron świata i epok. A także różne dziwactwa, które fascynowały oświeceniowych dżentelmenów. W tej sali można sobie pooglądać eksponaty jak w każdej innej - no, może z tym wyjątkiem, że dla zachowania nastroju są gorzej oświetlone i napchane do gablot w ilościach hurtowych - ale można też cofnąć się w czasie do lat, kiedy prywatni kolekcjonerzy kładli podwaliny pod oszałamiające zbiory muzeum.

Tak rodziło się nowoczesne muzealnictwo, wracając do rzymskiej tradycji udostępniania dzieł sztuki szerokiej publiczności. W Muzeum Czartoryskich jako całości - bo o bezcenności płótna Leonarda nie będę się rozpisywać - naprawdę wartościowe jest to, że na polską skalę pokazuje właśnie ten proces powstawania kolekcji sztuki, rodzącego się zainteresowania ocalaniem przeszłości i szerzenia kultury wśród mas. Jeśli po remoncie będzie to kolejna galeria malarstwa, to zyskamy prowincjonalne muzeum z jednym wielkim arcydziełem i niezłymi, ale nie rzucającymi na kolana galeriami sztuki antycznej, użytkowej oraz militariów, a stracimy bezpowrotnie coś, co mówiło wiele o epoce, ludziach i sytuacji.

Obym była fałszywym prorokiem.

Galeria starożytna Muzeum Czartoryskich, 9.01.2010

* Za podejrzane uważam działania Fundacji po pierwsze dlatego, że są sprzeczne z testamentem księcia Władysława, wskazującym na zachowanie całości kolekcji w jednym miejscu (on osobiście wybrał zresztą Kraków) oraz wspomniany zapis o przekazaniu jej narodowi, a także dlatego, że zasiada w niej niejaka Maria Osterwa-Czekaj, była radna krakowska, której przyzwoitość nakazywałaby mieć na względzie dobro miasta, którym kiedyś współrządziła. A wywiezienie Leonarda z Krakowa to jawne działanie na szkodę miasta, które powinno jak najwięcej zysków ciągnąć z turystów na poziomie, a nie tylko wieczorów kawalerskich w pubach z tanim piwem.

PS. Na Antiquitates zamieszczam kilkuodsłonową prezentację najważniejszych eksponatów z Czartorystkich.

wtorek, 05 stycznia 2010
To lubię - muzyka (1)

Do napisania tej notki z obiecywanego cyklu skłoniły mnie stosunkowo niedawne doświadczenia muzyczne (no dobrze, w chwili publikacji już nie aż tak bardzo niedawne, ale jak zaczynałam to pisać, to owszem). Najpierw dzięki facebookowej podpowiedzi kolegi obejrzałam bardzo udziwnione wystawienie pierwszego aktu Zmierzchu bogów w TVP Kultura - co należałoby skądinąd odnotować złotymi zgłoskami, jako że zasadniczo telewizji prawie nie oglądam - a następnie wybrałam się na koncert z między innymi Kindertotenlieder Mahlera i Tod und Verklärung Richarda Straussa. Wymieniam to wszystko, bo w zasadzie opisuje to moje poważno-muzyczne gusta. Późny romantyzm i jeszcze raz późny romantyzm :) A konkretnie będzie głównie o muzyce wokalnej, bo inaczej musiałabym napisać notkę przekraczającą dozwoloną przez blox liczbę znaków.

Tak, muszę przyznać, że nawet mnie samą to dziwi, bo kiedy sobie myślę, dlaczego znacznie mniej porusza mnie na przykład Bach, to jedyna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, brzmi: bo jest zbyt doskonały formalnie. Zbyt sterylny, że tak powiem. Szczęśliwie liznęłam co nieco edukacji muzycznej (nieudana przygoda z wiolonczelą i absolutnym brakiem zrozumienia dla konieczności grania gam i ćwiczeń, skoro ze słuchu potrafiłam odtworzyć, to, co słyszałam na lekcjach osób zaawansowanych - koniec końców frustracja sprawiła, że w ogóle przestałam ćwiczyć), żeby tę doskonałość docenić i czerpać z niej estetyczne zadowolenie, ale problem w tym, że nie porusza to we mnie jakichś głębszych uczuć. Jeszcze gorzej mam z tzw. muzyką dawną, która kompletnie nie zachwyca. Wybiórczo Purcell, Vivaldi i jeszcze parę innych drobiazgów to mniej więcej najdalej czasowo, jak sięga moje bezbolesne słuchanie.

Pierwszym późnym romantykiem, którego muzyka mnie uwiodła, był Brahms. A konkretnie dwa kawałki z Deutsches Requiem, których do dziś nie jestem w stanie słuchać bez takiego metafizycznego dreszczu. (Dygresja autoironiczna: i to mimo że jeden jest do słów Pawła z Tarsu, który figuruje wysoko na liście nielubianych przeze mnie postaci historycznych; skądinąd wyczytałam niedawno, że sam Brahms do tego stopnia niedogmatycznie traktował swoje dzieło, że miał nawet z tego powodu problemy z protestanckimi duchownymi i do wykonania Requiem w kościołach dodawano zawsze mniej kontrowersyjne utwory).

A nieco później totalnie zwariowałam na punkcie Wagnera, którego wcześniej uważałam za patetycznego nudziarza. Nawrócenie dokonało się wysoce przez przypadek - mianowicie jeszcze w zamierzchłych czasach, kiedy głównym nośnikiem dźwięku (w każdym razie w Polsce) była nadal kaseta magnetofonowa, zmazałam sobie przez przypadek highlighty z ulubionego Trubadura Verdiego. Cóż było robić - poprosiłam znajomego rodziców, maniaka opery, żeby z czarnej płyty przegrał mi na kasetę tegoż Trubadura. Czy to dlatego, że poprosiłam przez pośredników, czy też z powodu roztargnienia owego człowieka, przesyłką zwrotną dostałam... Tannhäusera, a konkretnie tyle jego kawałków, ile znalazło się na ścieżce dźwiękowej okropnego skądinąd filmu Meeting Venus oraz jakieś chóry z innych utworów.

Byłam oczywiście wkurzona i rozczarowana, ale coś mnie tknęło i postanowiłam nieszczęsną kasetę jednak przynajmniej przesłuchać. Efekt był piorunujący. Rozczarowanie zmieniło się w oczarowanie. Zwiewnością i delikatnością uwertury, subtelnością partii kobiecych, pięknem pieśni Wolframa, niewiarygodnym zakończeniem. Niedługo później przeszukiwałam domową kolekcję czarnych płyt w poszukiwaniu innych kawałków - oczywiście głównie takich hitów jak orkiestrowy wstęp do trzeciego aktu Walkirii. Nawiasem mówiąc mniej więcej w tym samym czasie dzięki obsesji starszego brata mojego szkolnego kolegi na punkcie Czasu Apokalipsy Coppoli ze zdumieniem przekonałam się, że ten wstęp ma również partie wokalne...

Szczęśliwie był to również czas, kiedy płyty kompaktowe właśnie zdobywały rodzimy rynek, toteż wkrótce zaczęłam przeznaczać oszczędności na zakup kolejnych wykonań innych dzieł, z których część sprzedałam nieco później na Allegro, kiedy ustaliłam już kanon tych ulubionych. A zapoznanie się z Parsifalem i Tristanem i Izoldą otworzyło mi drogę do Ryszarda Straussa, który wreszcie przestał być dla mnie wyłącznie autorem kilku dobrych taktów, czyli wstępu do Also sprach Zarathustra, czyli głównego motywu mojego ulubionego filmu wszechczasów - Odysei kosmicznej Kubricka.

W każdym razie jednego jestem pewna: gdybym miała na bezludną wyspę zabrać jeden utwór muzyczny, to wykłóciłabym się o całość tetralogii Pierścień Nibelunga, argumentując, że dopiero wszystkie cztery części stanowią zamknięte dzieło, że początek spotyka się z końcem w tych kilkudźwiękowych tematach, że właściwie tylko odsłuchanie tych piętnastu godzin muzyki jednym ciągiem daje pełne wyobrażenie o jej geniuszu. Nie jestem krytykiem muzycznym i w sumie nie przepadam za mówieniem we wzniosłych słowach o muzyce, ale tu muszę przyznać, że jak słyszę, jak to jest kunsztownie zrobione, to też mnie metafizyczny dreszcz przechodzi. Oczywiście również dlatego, że ta muzyka i opowiedziana historia sięgają najgłębszych pokładów mitu, a to jest coś, co zawsze robi na mnie kolosalne wrażenie.

Aha, a jeśli chodzi o wspomniany patos - cóż, w większości gatunków muzycznych lubię takie klimaty, ale o tym będzie innym razem.

Opera Nationale de Paris

A tu garść cytatów z tego, co operowo lubię najbardziej (wybór marny, bo tyle co się sensownie i szybko da znaleźć na YouTubie). Po części pozbierane tutaj, żebym miała to wszystko pod ręką ;)

Henry Purcell - lament Dydony z finału Dydony i Eneasza - ze wszystkich przesłuchanych w sieci to wykonanie wydało mi się najlepsze (Anne-Sofie von Otter - szkoda, że bez filmiku, bo ta kobieta ma na dodatek królewską prezencję, choć na Fenicjankę akurat wyjątkowo nie wygląda).

Christoph Willibald Gluck - aria Che faro senza Euridice z Orfeusza i Eurydyki - znów wybrałam nagranie, które mi się najbardziej spodobało (Teresa Berganza) i zauważyłam, że dla tych starszych kawałków wybieram te wersje, które brzmią "pełniej", niekoniecznie całkiem w duchu epoki, co zapewne jest spowodowane moją predylekcją do brzmień późnoromantycznych.

Wolfgang Amadeusz Mozart - finał Don Giovanniego - wybrane wykonanie ze względu na to, że spodobało mi się ascetyczne wystawienie, a poza tym Komandora śpiewa Matti Salminen, którego bardzo wysoko cenię za role wagnerowskie. I również z Mozarta: moja ulubiona z Czarodziejskiego fletu aria Sarastra i (na specjalne życzenie pewnego czytelnika) Królowej Nocy. Ta ostatnia okropnie, zwłaszcza od czasów Amadeusza oklepana, ale niech będzie, jest to arcydzieło. Nagranie wybrane ze względu na to, że bardzo mi się spodobało wystawienie.

Johannes Brahms - Ein Deutsches Requiem - można znaleźć również na YouTube, ale tu jest całość, wykonanie przyzwoite, choć słyszałam lepsze. Moje ulubione części to nr 2 i 6. To wprawdzie nie opera, ale wokalistyka najwyższej miary.

Jacques Offenbach - Belle nuit (Barcarolle) z Opowieści Hoffmana - znów Anne-Sofie, tym razem w duecie.

Charles Gounod - Faust - aria Mefistofelesa z dłuższym kawałkiem dalszej sceny, wszystko w bardzo dobrym wykonaniu, niestety nienajlepszym nagraniu. Nie znalazłam ulubionego kawałka, więc niech będzie to.

Umberto Giordano - aria La Mamma morta z opery Andrea Chenier - tu oczywiście tylko Maria Callas, choć muszę przyznać, że moja ulubiona Brunhilda, czyli Eva Marton, śpiewa to znakomicie (ale nagrania w necie nie bardzo nadają się do rozpowszechniania). Na dodatek wykonanie Callas występuje w jedynej naprawdę dobrej scenie nieznośnie poza tym ckliwego filmu Filadelfia. Tak poza tym resztę tej opery uważam za nienadającą się do słuchania ;)

Piotr Czajkowski - finał Eugeniusza Oniegina. Z tej opery z kolei mogłabym cytować więcej, ale trudno o dobre i dobrze nagrane kawałki.

Giuseppe Verdi - Miserere z Trubadura - tu znalezienie dobrego nagrania w necie było nie lada wyzwaniem, w końcu zdecydowałam się na spektakl, który bardzo mi się jako wystawienie podobał w TV, mimo że nie występują w nim żadne sławy, ale muzycznie jest niezły, a jakość nagrania z telewizji przyzwoita; podaję również link do wykonania Marii Callas, bo pomimo jakości nagrania warto. I jeszcze z Verdiego - scena z Rigoletta (choć tu mogłabym kilka kawałków wrzucić).

Karol Szymanowski - Pieśń Roksany z Króla Rogera. Nie mam słów.

I co nieco z Wagnera:

Uwertura - od tego się wszystko zaczęło - i finał Tannhäusera.

Finał Holendra Tułacza - spektakl, w którym się zakochałam.

Finał (jakoś tak wychodzi, że te finały najłatwiej znaleźć, a poza tym no cóż, są piekielnie efektowne) Lohengrina i monolog Lohengrina poprzedzający finał. Skądinąd bardzo piękne przedstawienie w reżyserii (tego) Wernera Herzoga.

Niech już będzie - słynny początek III aktu Walkirii, temat Lokiego (zaklęcie ognia) - sam finał Walkirii, scena wykuwania miecza z Zygfryda, początek i zakończenie III aktu tegoż - wszystko z mojego ulubionego spektaklu (Bayreuth, 1992).

Marsz żałobny z III aktu Zmierzchu bogów (Boulez, 1980) - tu wolałabym, ze względu na spektakl, to moje ulubione, jako że ta scena jest tam zaaranżowana naprawdę niewiarygodnie, ale też nie znalazłam.Finał Zmierzchu bogów w moim ulubionym muzycznie wykonaniu, to samo w przełomowym spektaklu Bouleza-Chereau z 1980 r. Znacznie chętniej bym wrzuciła sam początek I aktu, scenę z Nornami, ale nie znalazłam godnego wykonania w necie.

Finał Tristana i Izoldy - Waltraud Meier, może nie tak idealna jak Birgit Nilsson, ale bardziej żywa. Jako ciekawostka - Maria Callas.

Orkiestrowe preludium Parsifala - dziwaczna, magiczna muzyka.

czwartek, 03 grudnia 2009
Wampiry i wilkołaki

Taki tytuł nosi popularnonaukowa książka Ernesto Petoi, która w jakiś dziwaczny sposób stanowi dla mnie osobistą cezurę w spojrzeniu na to zagadnienie. Lat temu kilka bowiem wraz z N prowadziłyśmy w jednym z krakowskich trendy-artystowskich lokali wieczór poświęcony tej książce i ogólnie kwestii stworów nocy. Na wstępie wygłosiłam wówczas wiekopomne zdanie, które N wciąż mi żartobliwie wypomina: "W zasadzie to ja nie lubię wampirów". I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że już kilka dni później zmieniłam zdanie.

Historia tej zmiany zdania jest złożona i niemalże intymna, i zasadniczo nie zamierzam jej opowiadać, powiem tyle, że miały w niej udział następujące czynniki: system rpg Świat mroku, upór i wytrwałość N, kilka filmów oraz last but absolutely not least (just the contrary) moja osiągnięta wreszcie uczciwość wobec samej siebie. A także, co z punktu widzenia tej notki bodaj czy nie najważniejsze, przekonanie się, że wampir nie musi wyglądać jak 1) Max Schreck, 2) Bela Lugosi, 3) Klaus Kinsky, 4) Gary Oldman w dowolnej charakteryzacji.

Problem bowiem po części leżał w tym, że wszystkie filmy, jakie wcześniej oglądałam, nijak nie były mnie w stanie przekonać do tezy o atrakcyjności - zwłaszcza erotycznej - wampira. Nawet w dziele, które ogólnie bezwzględnie mnie zachwyciło, ale jeśli chodzi o postacie, to głównie tymi kobiecymi, czyli Draculi Francisa Forda Coppoli, tytułowy bohater był tak skrajnie nie w moim typie, że trudno mi było wczuć się w emocje Miny. Okej, może gdybym była mężczyzną, to Monica Bellucci i jej towarzyszki pobudziłyby mocniej moją wyobraźnię... Problem drugi: kiedy po raz pierwszy oglądałam z kolei Wywiad z wampirem, to głównie wkurzał mnie Louis i Brad Pitt, a jakoś przegapiłam, że Lestat Toma Cruise'a to zupełnie inna bajka.

Szczęśliwie w czasie, kiedy coponiektórzy zmówili się, żeby mnie z antymrocznego transu wybić, Wywiad był już na dvd i mogłam odświeżyć wrażenia, a niedługo potem posypały się coraz to ciekawsze propozycje - głównie telewizyjne - spojrzenia na sprawę. I tak małymi kroczkami na przestrzeni raptem kilku lat niechęć przerodziła się w fascynację. Do tego stopnia, że obecnie posiadam ogromną kolekcję filmów i nawet okropności w rodzaju Łowców wampirów Johna Carpentera mnie nie zniechęcą.

Efekt jest taki, że z wypiekami na twarzy chodzę nawet na kolejne Zmierzchy, choć od książek trzymam się mimo wszystko z daleka - taka doza emo w postaci pisanej mogłaby przyprawić mnie o mdłości. Ekran, w każdym razie jak dla mnie, znosi znacznie więcej niż papier.

Ale prawdę mówiąc, nie pisałabym pewnie osobnej notki po obejrzeniu Księżycu w nowiu, gdyby nie to, że jest to również film o drugich istotach z tytułu przywołanej na wstępie książki: wilkołakach. I tak naprawdę, pomimo tego przydługiego wampirzego wstępu, piszę głównie z ich powodu.

O ile bowiem do wampirów żywiłam niechęć spowodowaną, można by rzec, dysonansem pomiędzy wmawianiem mi, że są one atrakcyjne, a nie były, o tyle z filmowymi wilkołakami miałam jeszcze większy problem: nie widziałam ani jednego filmu, w którym byłyby dla mnie w ogóle choćby troszeczkę sympatyczne, no i na dodatek zawsze doprowadzały mnie do łez śmiechu sceny przemiany - tak rozpaczliwie nierealistyczne, sztuczne, udziwnione i nieapetyczne, że aż zabawne. Może jeszcze momentami powolna przemiana Jacka Nicholsona (Wilk) była do zniesienia, bo już kwestia Remusa Lupina z Harry'ego Pottera to osobna sprawa - był pierwszą postacią wilkołaka, którą polubiłam, ale filmowo jego przeistaczanie się wyszło bardzo tak sobie.

I oto nagle w New Moon po raz pierwszy zobaczyłam scenę przemiany, która mnie zachwyciła. Szybka, dynamiczna, płynna - prawdziwie magiczna. Jasne, jest to po części możliwe dlatego, że nie mamy tu do czynienia z klasycznym motywem klątwy, ale indiańskim zwierzęciem totemowym i trudnym ale jednak akceptowalnym dziedzictwem plemienia, w związku z czym twórcy nie muszą nam pokazywać łopatologicznie, jak bardzo nieludzki jest wilkołak i jakim duchowym cierpieniem dla nieszczęśnika jest pora pełni.

Dla sprawiedliwości powiem tylko, że niestety kiedy na ekranie pokazują się zbliżenia wilczej postaci wilkołaków, to jest troszkę gorzej - próba animacji takiej, żeby od razu było widać, że to nie zwykły wilk, troszkę się nie powiodła, komputerowe zwierzęta też nie zawsze naturalnie się poruszają, ale ogólnie jest nieźle. Może wreszcie pozbyliśmy się z kina nienaturalnie wyginających się grzbietów, dziwacznie rosnącej sierści i trzaskających kości.

No dobrze, przyznam się, w końcu literatura i kino, jakie lubię, jest od tego, żeby się identyfikować z bohaterami, zawieszać niewiarę i dawać sobie parę godzin miłej ucieczki od codzienności. Przyznam się do tego, że po raz pierwszy w takiej opowieści nie miałabym pewności, czy wybrać wampira czy wilkołaka.

Fragnent fryzu z Bassai, British Museum

środa, 02 grudnia 2009
Postscriptum

Narzekałam na Pocztę Polską? No to już przestaję. Właśnie przeżyłam kolejny absurd, tym razem z wielką międzynarodową firmą kurierską UPS.

Znalazłam mianowicie w skrzynce awizo, na którym była zaznaczona kratka "Ostatnia próba" - sęk w tym, że próby "pierwszej" ani "drugiej" w rzeczonej skrzynce nie było. Zadzwoniłam więc do firmy, zapytać się, jakim cudem jako pierwsze awizo dostaję takie, które nazywa się ostatnim. Pani - znacznie mniej uprzejma niż na poczcie - oznajmiła mi najpierw obcesowo, że jest to niemożliwe, zapytałam jej więc, czy z góry zakłada, że kłamię w niewiadomym celu. Pani wyjaśniła mi na to, że kurier na pewno był u mnie trzy razy.

- Jakim cudem - zapytałam - skoro w mojej skrzynce jest tylko jedno awizo?

- Zaraz sprawdzę - oznajmiła pani tonem wyższości, a po chwili oznajmiła z tryumfem: - Kurier był u pani trzy razy, ale dwa razy brama była zamknięta, więc nie zostawił awiza!

I to był ten moment, kiedy szczęka mi opadła z hukiem na ziemię, a wraz z nią wszystko, co opaść może. Próba wyjaśnienia pani z drugiej strony linii, że z mojego punktu widzenia awizo, które właśnie dostałam, jest pierwsze, a psim obowiązkiem kuriera było postarać się dostarczyć mi jakoś te wcześniejsze, że wreszcie mieli mój telefon i mogli umówić termin, spaliła na panewce. Pani nie raczyła nawet mnie przeprosić.

Paczka oczywiście została już wcześniej odesłana do nadawcy, ponieważ nie zadzwoniłam do firmy w dniu dostarczenia ostatniego awiza. Niby nie mój problem, bo to nie ja płacę za tę paczkę, więc wściekać się powinien nadawca, ale muszę powiedzieć, że prywatne przebiło państwowe.

niedziela, 29 listopada 2009
Skojarzenia

Dwa pozornie całkowicie niezwiązane z sobą teksty.

Przed chwilą przeczytałam sobie na portalu artykulik o prześladowaniach czarownic w siedemnastowiecznej Łodzi, zaczynający się od takiej oto makabrycznej informacji: Mieszczka łódzka Zosia Strasibotka była sądzona za konszachty z czartem w 1652 roku. Nie spłonęła na stosie, bo wyzionęła ducha podczas procesu. Fakt ten stawia pod znakiem zapytania słynne "państwo bez stosów", bo jakkolwiek określenie to odnosi się głównie do kwestii prześladowania innowierców, to wiemy jak szeroki był w tym względzie zakres oskarżeń. Dalej przytoczone zostały dane statystyczne, zaczerpnięte z opracowań historyków - szacuje się, że w Polsce w XVII/XVIII w. zginęło z powodu oskarżeń o czary ok. 10 tysięcy osób. Wynika z tego, że jeśli więc nawet wojny religijne miały u nas stosunkowo łagodny przebieg (w końcu niepokornych arian tylko wygnano, taka malutka akcja przesiedleńcza słynącego z tolerancji państwa), to inne towarzyszące im histerie niekoniecznie. I ciekawe, jaki procent oskarżonych nie dożywał stosu.

Wczoraj przeglądałam w specjalnym dodatku do krakowskiej Wyborczej życiorysy profesorów UJ aresztowanych w Sonderaktion Krakau i w oczy rzuciło mi się jedno: wielu (jeśli nie większość) z tych, którzy jeszcze w czasie wojny przypłacili życiem naiwne przekonanie, że na uczelni nic im nie grozi, zmarło w swoich domach niedługo po zwolnieniu. Gdyby więc ktoś odpowiednio spreparował statystykę tych zgonów, okazałoby się, że w obozach zginęło/zmarło raptem kilku krakowskich profesorów z bardzo pokaźnej grupy aresztowanych.

Takimi danymi niezwykle łatwo manipulować. Niedawno na zaprzyjaźnionym blogu dyskutowałam zawzięcie z tezą, wyłożoną w książce przez pewnego z wykształcenia archeologa, jakoby człowiek paleolitu dzięki naturalnemu trybowi życia nie chorował na nowotwory, zawał serca i inne choroby, które sieją spustoszenie w XXI w. Haczyk jest oczywiście w tym, że człowiek paleolitu zapewne na te choroby nie umierał, bo po prostu nie dożywał wieku, w którym miał na to szanse, ale to jeszcze nie znaczy, że na nie nie zapadał. Przykład drugi, manipulacji w drugą stronę, pochodzi z mediów najnowszych: obecnie każdy, kto umiera w szpitalu zarażony kolejną nową odmianą wirusa grypy, jest przez dziennikarzy automatycznie ogłaszany ofiarą tej grypy, niezależnie od czynników, które realnie spowodowały zgon.

A tak przy okazji tych dwóch lektur z ostatnich dni nasunęło mi się następujące skojarzenie: Inkwizycja, jak wiadomo, do wykonywania wyroków posługiwała się władzą świecką, no i dbała o to, żeby nie było przelewu krwi.

Nationalmuseet, Kopenhaga

wtorek, 17 listopada 2009
Paragraf 22

Dziecięciem nieletnim będąc, spędziłam rok w przedchavezowskiej Wenezueli, i jako jedyna z rodziny nauczyłam się hiszpańskiego, w związku z czym załatwiałam następnie różne sprawy w urzędach, ponieważ przeciętny urzędnik w tym pięknym (naprawdę pięknym) kraju zasadniczo nie znał języków - skądinąd teraz pewnie nie zna w stopniu jeszcze większym. W każdym razie w ramach tych rodzinnych obowiązków zdarzyło mi się dzień w dzień wydzwaniać do agenta ubezpieczeniowego nazwiskiem Suarez, którego żona nieodmiennie powtarzała, że nie ma go w domu, agent Suarez bowiem robił, co mógł, byle nie ubezpieczyć nam samochodu, jako że kosztowałoby go to trochę wysiłku i cennego czasu, w którym można nic nie robić. Pamiętam też scenę w banku, kiedy urzędniczka na dwie godziny przed zamknięciem oznajmiła, że już nie ma czasu na prostą transakcję. No i oczywiście nie zapomnę nigdy batalii o solvencię czyli rozgrzeszenie podatkowe przed wyjazdem.

Jeśli kiedykolwiek w jeszcze wcześniejszym dzieciństwie zaczytując się w książkach o zwierzętach, z których część działa się w Ameryce Południowej i opisywała święte mañana i absurdy biurokracji, uważałam te opowieści za groteskę, to pobyt w Wenezueli zweryfikował te poglądy. Jeśli kiedykolwiek zaśmiewałam się z załącznika numer ileśtam w 12 pracach Asterixa, to pobyt w Wenezueli zmienił ten śmiech w wisielczy. Spędziłam bowiem lekko licząc pół dnia biegając wraz z rodzicami po piętrach sporego wieżowca pełnego urzędników, którzy żądali na solvencii coraz to nowych pieczątek i podpisów. Wiem, że teraz mało kto mi uwierzy, ale i tak to opowiem.

Kulminacja nastąpiła w chwili, gdy urzędnik z pokoju dajmy na to 403 (takich szczegółów to już nie pamiętam) oznajmił, że nie może przybić swojej pieczątki bez uprzedniego przybicia przez urzędnika z pokoju dajmy na to 738 "małej pieczątki wielkości jednego bolivara" (lokalna waluta). Ponieważ nie odbiegało to od dotychczasowej normy, udaliśmy się potulnie do pokoju 738, w którym okupujący go urzędnik oświadczył, że owszem, on "małą pieczątkę wielkości jednego bolivara", po którą poszliśmy, posiada, ale nie może jej przybić bez uprzedniego przybicia pieczątki podłużnej. A gdzie się taką pieczątkę przybija? Ano w pokoju 403 - po dłuższych debatach okazało się, iż była to właśnie ta pieczątka, której nie da się przybić bez "małej pieczątki wielkości jednego bolivara". Przez jakiś czas krążyliśmy między jednym i drugim urzędnikiem, usiłując przekonać któregokolwiek z nich, żeby zrezygnował ze swoich ambicji i jednak przybił pieczątkę jako pierwszy. W końcu chyba uznali, że się nas tak łatwo nie pozbędą, albowiem - autentycznie - spotkali się przy stoliczku na piętrze położonym mniej więcej w połowie drogi między ich gabinetami i przybili swoje święte pieczątki jednocześnie.

Po prawdzie Wenezueli usiłowały pod względem biurokracji dorównać jedynie Indie, gdzie w jednym hotelu musiałam wypełnić pięciostronicowy formularz zameldowania, zanim wydano mi klucz (dodam, że upiornie bolała mnie głowa i miałam wysoką gorączkę, niemniej recepcjonista był nieustępliwy - nie wezmę prysznica bez tego formularza), a w innym - położonym dosłownie "in the middle of nowhere" w końcu wypełniliśmy formularz dość z sufitu wziętymi danymi, ponieważ wymagał jakichś absolutnie idiotycznych informacji włącznie z tym, ile nocy chcemy tam spędzić - a podejrzewam, że jedynymi ludźmi, którzy zatrzymywali się tam na więcej niż jedną noc, byli kierowcy ciężarówek, którym poważnie popsuły się samochody...

Cały ten anegdotyczny materiał przypomniał mi się, kiedy wczoraj zadzwoniłam na Pocztę Polską, żeby uratować przed odesłaniem przesyłkę, na którą awizo dostałam dokładnie w dniu wyjazdu do Skandynawii, termin odbioru zaś mijał wczoraj. Po powrocie usiłowałam ją odebrać, ale nie miałam jakichś nadmiarów czasu, a ilekroć zaglądałam na pocztę, były tam koszmarnie długie kolejki, które znając tempo obsługi w tym konkretnym urzędzie, oznaczały co najmniej godzinę czekania.

Znalazłam więc w internecie numer telefonu i zadzwoniłam, przekonana, że jeśli podam numer przesyłki i swoje dane, to nie powinno być problemu z zatrzymaniem paczki (oznaczonej na awizie jako "duży polecony", co też nie jest bez znaczenia). Bardzo skądinąd miła pani oznajmiła mi jednak od razu, że coś takiego jest niemożliwe.

- Dlaczego? - zapytałam
- Bo takie są przepisy - odpowiedziała zapewne zgodnie z prawdą, po czym dodała: - Może pani złożyć oświadczenie* w urzędzie, żeby paczka była przetrzymana przez 30 dni.
- Ale problem w tym, że ja nie mam kiedy do państwa podjechać, żeby tę paczkę odebrać, więc jak mam złożyć u państwa takie oświadczenie? - indagowałam dalej w naiwnej wierze w logiczne funkcjonowanie świata.
- Mogła je pani złożyć wcześniej - usłużnie odrzekła moja rozmówczyni.
- Wcześniej po pierwsze nie wiedziałam, że dostanę awizo dokładnie w dniu wyjazdu i jego ważność skończy się tuż po moim powrocie, a po drugie ogólnie nie jestem w stanie przewidywać każdej potencjalnie nadchodzącej przesyłki, której nie wrzucą mi do skrzynki - wyjaśniłam miłej pani nieco może pokrętnie, acz wciąż w zgodzie z logiką. - Czy mogłabym złożyć takie oświadczenie dla wszystkich przesyłek na przyszłość?
- Niestety nie, takie oświadczenie dotyczy tylko tej konkretnej przesyłki. Może pani je teraz złożyć, wtedy zatrzymamy przesyłkę do trzydziestu dni.
- Mówiłam już pani, że właśnie w tym problem, że nie bardzo mam kiedy do państwa podjechać...
- Mogę pani podać numer faksu.
- Nie mam faksu w domu, w związku z czym wysłanie go wymagałoby ode mnie udania się na pocztę, a jak już powiedziałam...
- Niestety musi pani złożyć to osobiście albo wysłać faksem.
- Gdybym mogła do państwa teraz przyjechać, to przecież po prostu odebrałabym tę przesyłkę a nie składała oświadczenie.
- Takie są przepisy.
- A nie mogę pani podać numeru przesyłki i numeru mojego dowodu osobistego przez telefon i pani mi tę przesyłkę przetrzyma o parę dni dłużej?
- A jak ja przez telefon stwierdzę pani tożsamość?

(Tu niestety nie okazałam się wystarczająco schlagfertig i nie zapytałam, jak ona stwierdza moją tożsamość na podstawie faksu, w którym przecież też mogę napisać cokolwiek, a decydująca powinna być moja znajomość numeru przesyłki i nazwiska, na jakie przyszła...)

- To może mailem?
- Maila niestety nie mamy.

(Tu nie wytrzymałam i powiedziałam parę słów na temat tego, że żyjemy w XXI wieku, pani pokornie przyznała mi rację i obiecała przedstawić kwestię maila na najbliższej naradzie.)

- No to co ja mam zrobić? - zapytałam filozoficznie, wątpiąc już w racjonalne i logiczne urządzenie świata.
- Może pani złożyć oświadczenie osobiście albo faksem.

Ponieważ zasadniczo rozmowa wróciła do punktu wyjścia, a pani, która była naprawdę przez cały czas bardzo miła, powierzyła mi tajemnicę pocztową, iż paczki wychodzą z urzędu dopiero w południe dnia następnego po terminie odbioru, poświęciłam godzinę w porze obiadowej na jeszcze jedno podejście do poczty z założeniem, że najwyżej w końcu odstoję swoje w kolejce, aczkolwiek harmonogram miałam dość napięty. Na szczęście typowo polska pora obiadowa okazała się bezkolejkowa i w końcu dostałam do ręki... paczuszkę o wymiarach 13x16cm. Pan w okienku, skądinąd znów bardzo miły, oznajmił mi, że "o wielkości przesyłki decyduje listonosz".

Z natury jestem berserkerem, ale zapewniam, że poczta na ul. Wrocławskiej w Krakowie jeszcze stoi, nie spłonęła i nie zamieniła się w kupę gruzu. Zawdzięcza to chyba wyłącznie faktowi, że wszyscy byli mili i nie było kolejki, bo gdybym na dodatek do wszystkiego odstała się tam godzinę, to nie ręczę za siebie.

Egipski skryba, Neues Museum Berlin

* Swoją drogą dopiero teraz przyszło mi do głowy, że na dodatek nie rozumiem, dlaczego to się nazywa oficjalnie oświadczenie, a nie np. zlecenie czy upoważnienie?

piątek, 13 listopada 2009
Klasycyzm

Będąc w Kopenhadze odwiedziłam również Muzeum Thorvaldsena - po części dlatego, że jest tam niewielka, ale warta zobaczenia kolekcja sztuki antycznej, a poza tym jakoś tak nie wypada nie zobaczyć największego powodu do dumy sztuki duńskiej... Nie żebym jakoś maniakalnie kochała klasycyzm; po prawdzie uważam go za epokę raczej wiejącą nudą.

Ale kiedy zwiedzałam to muzeum, a zwłaszcza dodatkową ekspozycję zdradzającą nieco z warsztatu Thorvaldsena - kopisty rzeźb antycznych, gdzie między innymi pokazane były "surowe" gipsowe modele późniejszych "wygładzonych" rzeźb, przekonałam się po pierwsze, że był to niezwykle utalentowany artysta - zarówno szkice jak te modele zdradzają niezwykłe wręcz wyczucie materii plastycznej - a po drugie naszła mnie pewna myśl, która po prawdzie do teraz nie daje mi spokoju. Mianowicie co stanowi o tym, że akceptujemy powszechnie rzymskie kopie greckich arcydzieł jako coś, co zasługuje na wystawienie w pierwszorzędnych muzeach i ogólny podziw, podczas gdy kopie wykonane w XVIII budzą w nas zupełnie odmienne uczucia.

Nie sądzę, żeby była to tylko kwestia "akademizmu" - niebywałej wręcz doskonałości, czystości formy artystów takich jak Canova czy właśnie Thorvaldsen, ani tym bardziej dodatkowej "wtórności" - ci rzeźbiarze powielali przecież coś, co już samo było zaledwie cieniem oryginału. Obawiam się wręcz, że w tzw. powszechnym odbiorze nie ma świadomości co do tego, że ogromna większość znanych nam marmurowych rzeźb greckich to tak naprawdę rzymskie kopie brązowych oryginałów, które dawno temu zostały przetopione na różne inne rzeczy i w ten sposób zaginęły bezpowrotnie.

Należałoby nawet po prawdzie żałować, że te oryginały nie przetrwały do XVIII w. - ówcześni rzeźbiarze skopiowaliby je ze znacznie większym pietyzmem niż ci na usługach zamożnych Rzymian. Rzymscy kopiści bowiem - a także Grecy wykonujący zlecenia dla rzymskich klientów - dokonywali nierzadko znaczących "korekt" oryginału, aby dostosować rzeźbę do zmienionych warunków ekspozycji (czym innym jest nisza świątynna niż otwarty ogród), a także indywidualnych gustów zamawiającego. Oczywiście ci najbogatsi mogli sobie pozwolić na posiadanie zrabowanego w Helladzie oryginału, podczas gdy podrzędne kopie były dostępne już dla przeciętnego mieszczucha.

I nierzadko tak naprawdę dysponujemy tymi wcale nie najlepszymi naśladowictwami, które nie tylko odbiegają od oryginału, ale czasem wręcz zdradzają niezbyt wielką wprawę techniczną wykonawcy. Na ich podstawie, z pomocą źródeł pisanych czy wizerunków monetarnych, musimy odtwarzać, jak mógł wyglądać oryginał, ale to zawsze będą tylko przybliżenia. Gdybyśmy mieli kopie dłuta wielkich klasycystów, moglibyśmy zapewne ze znacznie większym spokojem uznać, że mamy wierne imitacje. Thorvaldsen wykonywał niezwykle wnikliwe studia i szczegółowe szkice; jak pisał, potrafił cały dzień spędzić w galerii sztuki antycznej, żeby dokładnie oddać oryginał.

Nam, wychowanym na romantycznym ideale indywidualizmu i oryginalności, taka sztuka siłą rzeczy wydaje się wtórna, ale patrząc na te idealnie piękne rzeźby pomyślałam sobie nagle, że gdyby były kopiami istotnie oryginałów a nie ich naśladownictw, nasza wiedza o sztuce antycznej mogłaby być znacznie większa, nawet gdyby te oryginały też zaginęły w jakiejś dziejowej zawierusze.

I jeszcze jedno: nie będąc specjalistką od materiału ani narzędzi, nie jestem pewna, czy byłabym w stanie odróżnić dobrą kopię rzymską od dobrej klasycystycznej. No może po stanie zachowania - te osiemnastowieczne nie mają poobtłukiwanych różnych części ciała...

Muzeum Thorvaldsena, Kopenhaga

PS. Pytanie konkursowe (choć nie wiem, jaka mogłaby być nagroda ;) - co to za rzeźba, Koteczku?

piątek, 06 listopada 2009
Smutny los apologetów

Zewsząd atakują mnie ostatnio takie wypowiedzi - o najróżniejszym autoramencie - że w końcu postanowiłam zadać sobie retoryczne pytanie: co takiego jest z gorliwie wierzącymi chrześcijanami, że od niemal dwóch tysięcy lat ton apologetyczny jest jednym z głównych motywów ich enuncjacji, jeśli tylko w jakikolwiek sposób tematyka zahacza o coś, co da się z religią i/lub historią kościoła powiązać? Pominę miłosiernie absurdalne wypowiedzi kardynała Dziwisza na temat wolności religijnej, bo w sumie to nawet gadać o tym hadko, natomiast pozwolę sobie skomentować sposób myślenia pewnego belgijskiego profesora, który wypowiadał się na konferencji, na której właśnie jestem. Miał on mianowicie całkiem skądinąd od strony zgromadzonych materiałów ciekawy referat o dokumentach historycznych, z których można wyczytać, jak we wczesnym średniowieczu (VI w.) traktowano upośledzone dzieci.

Póki mówił o tym, co w tych tekstach stoi, wszystko było w porządku, problemy zaczynały się, kiedy wyciągał wnioski. Oznajmił mianowicie między innymi, że dopiero chrześcijaństwo wymyśliło opiekę szpitalną i dobroczynność. Oczywiście, w średniowieczu zmienia się nieco sposób funkcjonowania lecznic na bardziej zinstytucjonalizowany (dodajmy niemiłosiernie, że stają się one na dobre kilka wieków głównie umieralniami, ponieważ medycyna zdążyła się w stosunku do antycznej cofnąć dość drastycznie, między innymi z powodu zakazu studiowania anatomii poprzez sekcje zwłok, ale też z innych przyczyn - i to nie jest moja uprzedzona opinia, ale rzecz, którą można wyczytać u specjalistów od średniowiecza), choć znowu nie aż tak bardzo - podobnie jak w starożytności lekarze pracują przy świątyniach, a proces leczenia powiązany jest z kultem religijnym. Z tą różnicą, że kapłan Asklepiosa lepiej znał się na medycynie.

Z tą dobroczynnością też bym nie przesadzała - najlepiej rozwinięta była w Rzymie, gdzie kwitło rozdawnictwo zboża dla najuboższych, mając przy tym bardzo praktyczny cel: najedzony proletariat nie ma ciągot do urządzania zamieszek i obalania władzy. Ponadto świątynie od niepamiętnych czasów zajmowały się karmieniem tych, którzy sami wyżywić się nie potrafili - np. z Sumeru mamy zapisy, iż ludzie, którzy w wyniku takiej czy innej katastrofy utracili wszystko, co posiadali, byli zatrudniani w świątyniach do codziennych prac w zamian za dach nad głową i wyżywienie. Jeśli się odbili od dna, mogli z powrotem iść na własne - nie zostawali niewolnikami.

Zresztą średniowieczna dobroczynność wobec upośledzonych dzieci, która wyłaniała się z referatu tegoż profesora, była dość wątpliwa - rodzice najczęściej (cytuję) "oddawali takie dzieci grupom żebraków, bo inaczej nie potrafiły zarobić na swoje utrzymanie".

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że profesor miał referat jako pierwszy i zaraz po nim bardzo był ze siebie i swoich poglądów zadowolony, ba, w dyskusji kilkakrotnie podkreślił, jakie to zasługi dla ludzkości położyła mentalność chrześcijańska pod koniec antyku (trochę zabrakło mi tu wzmianki o masowych rodzinnych mordach wśród potomków Konstantyna i Teodozjusza, przy których bledną szaleństwa julijsko-klaudyjskie). Sęk w tym, że zaraz potem był referat o kontraktach małżeńskich i rozwodowych w ptolemejskim i rzymskim Egipcie, z którego jasno wynikało, że kobieta miała wówczas ogromne prawa - w razie zerwania małżeństwa z jej woli dostawała zwrot całości posagu, jeśli zaś instygatorem był mąż, musiał w zależności od czasu i miejsca wypłacić jej równowartość półtora lub dwóch wniesionych posagów! W kontekście tego wszystkiego zaczęłam się ponownie zastanawiać (patrz dyskusja dwa wpisy wcześniej) nad mitem, jakoby chrześcijaństwo tak bardzo poprawiło los kobiet.

Dalej zrobiło jeszcze ciekawiej, była bowiem mowa o domowym leczeniu w Rzymie, które najwyraźniej niezależnie od lekarzy stało na całkiem wysokim poziomie. Ale najważniejsza wypowiedź pojawiła się w dyskusji - pewna pani antropolog przytoczyła, całkiem niezależnie od pierwszego referatu, przypadek pochówku człowieka, który miał całkowicie zrośniętą (w zawiasie) żuchwę i szczękę, co uniemożliwiało mu poruszanie ustami, a zatem przez co najmniej kilka lub kilkanaście lat musiał być karmiony pokarmem płynnym podawanym wprost do gardła. (Szkielet należał do osoby dorosłej, zrost kości nastąpił w mniej lub bardziej wczesnym dzieciństwie - to wszystko da się stwierdzić, więc nie było tak, że ten człowiek zmarł z powodu tych zmian anatomicznych; również zagłodzenie można do pewnego stopnia odczytać ze stanu szkieletu, więc taki przypadek również nie miał miejsca.) Pochówek ten pochodził, o ile dobrze pamiętam, z okresu wczesnego cesarstwa i nie był pochówkiem chrześcijańskim. A teraz wyobraźmy sobie tego człowieka we wczesnym średniowieczu, którego humanitaryzm polegający na oddawaniu do żebraków tak wychwalał pan profesor: ktoś taki nie miałby tam szans dożyć wieku dorosłego, bo ani żebracy, ani ludzie dający im jałmużnę, nie karmiliby go.

Dygresja: pozwolę sobie dodać, co nie pojawiło się w dyskusjach, że upośledzony syn Filipa II, Aridajos, nie tylko nie został zostawiony po urodzeniu na pastwę losu (co było praktykowane w starożytności m. in. w przypadku niemowląt, które nie miały szans przeżycia - ale, jak wiemy z późniejszej historii, podobne praktyki wcale nie skończyły się z nastaniem nowej ery), ale w końcu nawet nominalnie został królem Macedonii. Nie wiemy, jakie dokładnie miał problemy zdrowotne, Plutarch zbywa to określeniem, że był "głupcem", być może było to po prostu porażenie mózgowe, a nie upośledzenie umysłowe. W każdym razie historia średniowiecznej i nowożytnej Europy, o ile się dobrze orientuję, zna przypadki znacznie gorszego traktowania takich "głupich" królewskich dzieci niż w barbarzyńskiej zdaniem takiego np. Ateńczyka Demostenesa Macedonii. Koniec dygresji.

Ciekawe, że po tych wszystkich przykładach, jawnie przeczących tezie, jakoby między starożytnością a panowaniem chrześcijaństwa nastąpiła wielka jakościowa zmiana w podejściu do osoby ludzkiej, pan profesor stracił nieco rezon, przestał zabierać głos w dyskusji i w ogóle dosyć znikł. A najpiękniejsze w tym jest to, że nikt właściwie nie zaatakował jego tez, jakoś samo tak wyszło. Smutny jest los apologety.

Asklepios, Muzeum Pergamońskie, Berlin

środa, 04 listopada 2009
Ich bin kein Berliner

Berlin po wielu latach. I co? I głównie ohydna pogoda, w związku z czym to ewidentnie sympatyczne i z pewnością ciekawe miasto poznałam przez pryzmat jednej, trwającej jakieś dziesięć minut trasy: hotel - Museumsinsel. W zasadzie zatrzymałam się tu w drodze do Skandynawii po to, żeby dogłębnie poznać miejscowe zasoby sztuki antycznej, ale po prawdzie miałam nadzieję, że po zamknięciu muzeów pospaceruję sobie w okolice Bramy Brandenburskiej czy nowych ciekawych budynków i pomników. Nie zrobiłam tego, bo zacinający ni to śnieg, ni to mżawka dość zdecydowanie zniechęcały mnie do nawet nie bardzo dalekich wypraw. Zobaczyłam kawałek Unter den Linden, bo bezskutecznie usiłowałam znaleźć bibliotekę Instytutu Archeologii Uniwersytetu Humboldta, a z nowej architektury zapoznałam się wyłącznie z Zentralbibliothek tejże uczelni, ponieważ jest ona otwarta do północy i może tam wejść każdy bez żadnych dokumentów, więc raz po zamknięciu muzeum posiedziałam sobie tam godzinkę.

Poza tym nie jestem Berlińczykiem, a nawet te niemieckie korzenie, jakie posiadam, i które dały mi nordycką czaszkę na śródziemnomorskiej reszcie ciała (wiem, co mówię, bo na ćwiczeniach z antropologii zostałam dokładnie zmierzona i zakwalifikowana rasowo), nic nie pomagają, ponieważ nie jestem w stanie zjeść tutejszej porcji nawet w tajskiej knajpie. U Chińczyka w takim na przykład Londynie dostaje się rozsądną, ani za dużą ani za małą porcję, po której człowiek ma poczucie, że może jeszcze podkreśliłby taki pyszny obiadek jakimś niewielkim ciasteczkiem (w tych lepszych knajpach na dodatek dostaje się takowe jako bonus), a tu - porcja, którą można by wyżywić pułk - no i niestety musiałam co nieco zostawiać na talerzu, co oczywiście sprawiało mi ból, bo jedzenie jak to w prawdziwie orientalnych restauracjach dobre.

Zachwycające natomiast są muzea. Na dodatek wszędzie, nawet w świeżo otwartym Neues Museum, do którego przeniosły się zbiory egipskie, i nawet na ekspozycjach czasowych, wolno fotografować do woli. Ba, nawet trafił mi się miły pan pilnujący, który gdy dziś przybiegłam zobaczyć jeszcze raz - i dofotografować - świetną wystawę "Powrót bogów", zapytał, czy wczoraj nie obfotografowałam wszystkiego. Porozmawialiśmy sobie następnie miło i przekonałam się, że mój niemiecki nawet jakoś działa. Pan nie miał mi za złe, że fotografuję, raczej go to zaintrygowało. Nawiasem mówiąc, mnóstwo pilnujących na Museumsinsel rozmawia między sobą po rosyjsku - ciekawe, czy to taka emigracja zarobkowa? Jeśli tak, to znajdują całkiem przyzwoitą pracę. W niektórych salach to bez trudu mogłabym spędzać całe dnie... w sumie i tak to robię, mimo że mi za to nie płacą.

Z jednym tylko w tych muzeach mają bzika - z niewiadomych powodów większe torebki należy nosić w ręce, a nie na ramieniu. Moim skromnym zdaniem akurat ja mam większe szanse uszkodzić jakiś eksponat trzymając ciężką torbę w ręce, zamiast przyciskać ją ramieniem do boku, ale co kraj to obyczaj. Przynajmniej jak muzeum zamyka się o 18, to o 17.59 nikt nie protestuje, gdy człowiek się wraca o kilka sal, ponieważ zapomniał, że miał zrobić zdjęcie jednej płaskorzeźbie teleobiektywem i, co więcej, dźwigał ten teleobiektyw jedynie w tym celu przez cały dzień.

Tyle na gorąco, więcej zdjęć z muzeów będzie na Antiquitates - w Szwecji powinnam mieć dostęp do netu w pokoju hotelowym, więc będę miała większe możliwości pisania.

Brama Isztar

PS 1. Nie wiem, czy aż tak wyglądam na obywatelkę świata, którą się zresztą czuję, ale nawet w tym Berlinie, pomimo tytułowego wyznania, zdarzyło mi się, że ktoś mnie zapytał o drogę. Zdarza mi się to wszędzie i w sumie jest miłe, ale tu niestety niewiele byłam w stanie pomóc, znając zaledwie kilka ulic...

PS 2. Purystów językowych od razu uprzedzam, że wiem, iż powinnam była napisać "ich bin keine Berlinnerin" ;)

1 ... 6 , 7 , 8 , 9 , 10 ... 25
Zakładki:
...
Blogi, po części zdechłe
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright