niedziela, 11 października 2009
Filip z konopi

Kiedy z powodu weekendowej awarii w domu wykopaliskowym w Verginie, połączonej z chwilową awarią mojego organizmu, przez którą nie bardzo mogłam ruszyć się gdzieś dalej, zmuszona byłam na parę nocy przenieść się do położonego o sto metrów dalej hoteliku, pani właścicielka dała mi do wyboru dwa pokoje, z których jeden zamiast numeru nazywał się Ptolemaios, drugi zaś Eumenes. Jak lubię akurat Eumenesa z Kardii, tak wybrałam Ptolemeusza, jako że w końcu to o jego potomkiniach co rusz podczas tej podróży wygłaszałam referaty. Jak już się zdecydowałam i głupio byłoby robić nagły odwrót, pani właścicielka oznajmiła mi, że w tym właśnie pokoju zatrzymał się kiedyś niejaki Faklaris. A konkretnie profesor Panagiotis Faklaris z Uniwersytetu Arystotelesa w Thessalonice, człowiek, którego jeśli chcę w tych rejonach zrobić jakąkolwiek karierę, powinnam unikać jak ognia.

Profesor Faklaris był oryginalnie jednym z uczniów i asystentów Manolisa Andronikosa, odkrywcy Wielkiego Tumulusu w Verginie i człowieka, który przekonał świat (a w każdym razie jego pokaźną większość), iż miasteczko to znajduje się na miejscu Aigai czyli dawnej stolicy królestwa Macedonii, a pochówki w rzeczonym tumulusie należą do rodziny królewskiej, w tym jednego z moich osobistych idoli, Filipa II. Kto był w muzeum Wielkiego Tumulusu, nie będzie miał chyba wątpliwości, że argumenty Andronikosa są oparte na bardzo solidnych podstawach. Po pierwsze tak wystawne pochówki jak w dwóch niewyrabowanych grobach musiały należeć do osób z najściślejszej elity. W wyposażeniu grobowym Grobu II i III nie ma przedmiotów poniżej bezwzględnie luksusowych. Srebrne, bogato zdobione naczynia, luksusowa zbroja z paradną tarczą, złoty kołczan i pektoral, pozłacane drzewce włóczni, niezwykle misternej roboty inkrustacje z kości słoniowej, złote i srebrne urny na prochy. I tak dalej, to tylko początek wyliczanki. Poza tym naprawdę wysokiej klasy malowidło zdobiące fryz Groby II (Filipa), na dodatek przedstawiające polowanie czyli typową rozrywkę męskiej części dworu królewskiego. Na dodatek na tymże malowidle można z dużą dozą prawdopodobieństwa zidentyfikować członków rodziny królewskiej: samego Filipa i młodego Aleksandra (podobnie wiele osób z rodziny królewskiej daje się mniej lub bardziej pewnie zidentyfikować wśród figurek z kości słoniowej).

Za lokalizacją Aigai w Verginie świadczy jeszcze kilka faktów. Po pierwsze pierwotnie to miejsce zostało uznane za odpowiednie przez historyka Nicholasa Hammonda, który porównał starożytne informacje o pogodzie w stolicy Macedonii z warunkami geograficznymi i jedynym miejscem, które dawało zgodność, była właśnie Vergina (a pogoda, a konkretnie typ wiatrów musiał być charakterystyczny, skoro zasłużył na wzmianki historyków antycznych!). Po drugie jedna z okolicznych wiosek nazywa się od średniowiecza Palatsitsa, co wskazuje na zachowaną pamięć o istnieniu tu kiedyś ważnego pałacu. Po trzecie wreszcie archeolodzy odkopali ruiny tego pałacu, które zgadzają się z tym, co wiemy o architekturze siedziby królewskiej w Aigai, łącznie z tym, że lokalizacja teatru jest taka, iż rzeczywiście dwór królewski mógł oglądać przedstawienia z pałacowego tarasu, jak przekazali historycy. Po czwarte w okolicy znaleziono wiele miejsc kultu, w tym świątynię z posągiem wotywnym z inskrypcją niejakiej Eurydyki, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa (chronologia, typ posągu) dającej się utożsamić z matką Filipa. Po piąte pochówków o charakterze arystokratycznym jest tu więcej; również wyrabowany tzw. Grób Persefony z jednymi z najpiękniejszych malowideł antycznych musiał należeć do kogoś znacznego, sądząc po jakości tych fresków (przeciętnego obywatela nie byłoby po prostu stać na zatrudnienie tej klasy artysty), nie mówiąc już o Grobie Eurydyki z królewskim tronem wśród wyposażenia. Na dodatek tuż koło nekropoli znajdował się heroon czyli świątynia kultu bohaterów i przodków - a w tym przypadku dwóch w jednym, albowiem zapewne głównym czczonym tam herosem był Herakles, mityczny przodek dynastii Argeadów. No i jeszcze jedno: analiza zarówno części uzbrojenia jak i szczątków mężczyzny pochowanego w Grobie II wskazuje, iż miał on jedną nogę krótszą oraz posiadał zaleczoną ranę w czaszce, której rezultatem musiała być utrata jednego oka. Obie te cechy fizyczne znane są z biografii Filipa...

To tak w skrócie, zarówno sam Andronikos jak i jego następcy poświęcili tej argumentacji wiele książek i artykułów. Tymczasem kiedy Manolis Andronikos zmarł, nie wyznaczając jednego następcy, profesor Faklaris niemal natychmiast zmienił front, oświadczając, że jego nieżyjący już mistrz gadał bzdury celem zyskania sławy, a prawdziwego Aigai należy szukać gdzie indziej.

Tezy, o ile mi wiadomo, miał dwie, ale jedną z nich znam jedynie ze słyszenia. Czytałam argumenty na rzecz pierwszej, jakoby Aigai należało lokalizować w pobliżu zidentyfikowanej starożytnej Miezy, w jednej z wiosek w pobliżu miasteczka Lefkadia. Mieza to miejsce, gdzie Arystoteles nauczał w gaju poświęconym nimfom chłopaków z macedońskiego dworu, co mogłoby świadczyć na korzyść tej tezy, ale nigdzie w źródłach nie mamy informacji, jakoby to miejsce znajdowało się de facto na przedmieściach stolicy. W pobliżu odkryto ruiny teatru, ale brak w jego pobliżu śladów budowli, która mogłaby stanowić rywala do tytułu pałacu królewskiego dla budynków w Verginie. Ba, w sumie nawet brak dostatecznie blisko porządnego akropolu i wzgórza, na którym ten pałac miałby się znajdować. Na dodatek sam profesor Faklaris, który twierdzi, że taki budynek się tam znajduje, jakoś nie kwapi się, żeby tam kopać...

W Lefkadii znajduje się również kilka macedońskich grobów z pięknymi malowidłami, ale nie wiemy wiele o ich wyposażeniu, a zachowane freski, jakkolwiek wspaniałe, nie mają aż tej klasy co porwanie Persefony czy polowanie z grobów w Verginie.

Drugą proponowaną przez Faklarisa lokalizacją ma być ponoć Arridaja, położona na północ od Pelli, ale tu tylko relata refero: z tego, co słyszałam w obozie przeciwnym jego tezom, jedynym argumentem na rzecz tej miejscowości ma być bizantyjska mapa. Kto widział antyczne i średniowieczne mapy, wie, że nawet jeśli nie odbiegały bardzo od rzeczywistości, to stopień ich dokładności był bardzo nikły.

Tak naprawdę jedynym argumentem ze wszystkich przytaczanych przez Faklarisa na obronę jego tezy jest ten, gdzie powołuje się na wzmiankę u Herodota o położeniu pierwszej stolicy Macedończyków po tym, jak zeszli z gór i zasiedlili równinę, która miała nastęnie stać się trzonem królestwa. Istotnie, opis ten bardziej pasuje do Edessy lub Lefkadii. Problem w tym, że Herodotowi pomyłki i piękne zmyślenia zdarzają się nagminnie, a poza tym - to już moja osobista refleksja - nie wiem, czy mamy całkowitą pewność, iż ta pierwsza siedziba to już Aigai...

Warto jeszcze przyjrzeć się argumentom, jakie wytacza Faklaris przeciw Verginie. A raczej ich brakowi. Upiera się on bowiem, że pochówki królewskie musiały być bardzo bogate i twierdzi, że można by je bez trudu znaleźć tam, gdzie chciałby widzieć Aigai (choć, jak już wspomniałam, z niejasnych powodów nie kwapi się do rozpoczęcia tam wykopalisk), a to, co Andronikos znalazł w Verginie to groby "jakichś innych ważnych osób". Problem jednak w tym, że jednocześnie twierdzi, że wszystkie ważne osoby były grzebane właśnie w Aigai... W pałacu widzi jakiś bliżej niezidentyfikowany budynek użyteczności publicznej, a teatr i świątynię Euklei z inskrypcją i grobem Eurydyki jakoś dziwnie pomija milczeniem.

Nocleg noclegiem, ale udało mi się również zobaczyć prof. Faklarisa w Verginie na własne oczy. Trzymał się od nas wyniośle z dala, otoczony wianuszkiem wpatrzonych w niego jak w święty obraz studentek, które nie odstępowały go ani na krok. Ponoć jego akolici wierzą święcie we wszystko, co mówi, a jak nie wierzą, to przynajmniej fascynują się oryginalnością tez. Może o to chodzi - ludziom zdarza się najbardziej w życiu pragnąć adoracji, nie mówiąc już o tym, że jak powszechnie wiadomo, nieważne czy mówią dobrze czy źle, byle z nazwiskiem.

Niestety, jak dla mnie profesor Faklaris wyrwał się ze swoimi tezami jak przysłowiowy - nomen omen - Filip z konopi...

Fragment fresku polowania

piątek, 09 października 2009
Na gorąco

Nigdy nie zachwycałam się kandydatem ani prezydentem Obamą. Nigdy też nie miałam szczególnego nabożeństwa do akurat Pokojowej Nagrody Nobla, ponieważ wędruje ona często w jeszcze bardziej kontrowersyjne ręce niż literacka (o innych się nie wypowiadam, bo się nie znam). Uważam, że jakiś sens ta nagroda ma, kiedy przyznaje się ją dysydentom z rozmaitych reżimów na znak solidarności z nimi oraz z nadzieją, że jej - mimo wszystko - prestiż oraz szum medialny wokół nagrodzonego zmuszą reżim do choćby troszkę bardziej cywilizowanych zachowań wobec takiego człowieka. Patrząc na przypadek birmański z jednej strony myślę, że nie zawsze to działa, z drugiej jednak nachodzi mnie refleksja, że bez nagrody Aung San Suu Kyi mogłaby już nie żyć. Rozumiem również przyznawanie prawa do posługiwania się etykietą noblisty organizacjom charytatywnym, ponieważ może to być ważnym argumentem dla nich w staraniach o fundusze czy uzyskiwanie prawa do działania w krajach, gdzie inaczej mógłby być z tym problem. Tyle tylko, że takie organizacje to sprawa delikatna, bo jak wiadomo stanowią wielkie pole do nadużyć i bywały już przypadki dawania prestiżowych wyróżnień takim, które następnie bardzo szybko się kompromitowały.

Najbardziej kontrowersyjne i kłopotliwe są oczywiście Noble dla polityków. Zwłaszcza czynnych. Zwłaszcza na bieżąco. Bo nigdy nie wiadomo, co będzie za pół roku, rok, w jaką aferę taki polityk się uwikła, jakiego zamieszania na świecie narobi. Może w związku z tym nie powinno dawać się Nobla za polityczne osiągnięcia osobom, ale honorować wydarzenia, a tylko symbolicznie wręczać nagrodę (koniecznie w tym przypadku bez pieniędzy) osobom z takim wydarzeniem związanym. Przykład - Nobel dla pieriestrojki, a nie Gorbaczowa. Zwłaszcza że na sukces rozwiązań dyplomatyczno-politycznych pracujecały sztab ludzi, a polityk nierzadko tylko daje twarz.

Zgadzam się natomiast wyjątkowo z przeważającym tonem dzisiejszych komentarzy, że nagroda dla prezydenta Obamy to jakaś kosmiczna pomyłka, świadcząca głównie o tym, że to wyróżnienie w obecnym kształcie nie ma sensu. Bo za co niby jest ta nagroda? Za dobre chęci, jak przeczytałam w jednym z artykułów? Szkoda, że nikt nie podpowiedział komitetowi w Oslo, że dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło.

Wydaje mi się, że gdyby prezydent Obama miał prawdziwą klasę, to odmówiłby teraz przyjęcia tej nagrody. Odmówił, argumentując tak, jak wielu komentatorów: że jeszcze nic nie osiągnął. Mógłby nawet powiedzieć Komitetowi Noblowskiemu, że mogą rozważyć jego kandydaturę za kilka czy kilkanaście lat, kiedy będzie się dało oceniać osiągnięcia lub ich brak. Zważywszy kwestię nie tak już dalekiej w końcu kampanii o reelekcję, mogłoby to być bardziej opłacalne niż przyjęcie nagrody w atmosferze niezbyt przychylnych komentarzy nawet ze strony tych mediów, które Obamę bardzo wspierały. Ale jak już wspomniałam, na mnie charyzma ani socjotechnika Obamy nie działa, więc nie podejrzewam go o taki gest. No chyba że ma kogoś naprawdę dobrego w sztabie zajmującym się wizerunkiem.

Diadumenos

[odpowiednie zdjęcie dodam, jak wrócę do domu, chciałam napisać to naprawdę na gorąco - zostawiam tę uwagę jako archiwalną ;)]

sobota, 03 października 2009
Płomyk świeczki

Jakoś tak mam, że wszystkim największym nawet autorytetom coś tam do zarzucenia znajdę: a to nie do końca zgadzam się z poglądami, a to wiem o jakiejś ukrywanej skrzętnie wadzie charakteru, która ujawniona uczyniłaby takiego osobnika znacznie mi bliższym i sympatyczniejszym. Kiedy myślę o Marku Edelmanie, nie potrafię znaleźć takiej rysy. W liceum napisałam na olimpiadę polonistyczną esej o Zdążyć przed Panem Bogiem Hanny Krall, książce, która zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Nie lubię teraz tej pracy za jej emocjonalny ton, ale w wieku kilkunastu lat większość z nas tak pisze. Nie lubię do niej wracać, ale może teraz znów ją przeczytam, żeby przywołać wrażenia i emocje z pierwszej lektury tej niezwykłej książki. Mój esej miał tytuł zaczerpnięty z jej kart: Osłonić płomień świeczki. Kilkanaście minut temu, kiedy jechałam przez nocny Kraków, dostałam od N esemesa, że Marek Edelman nie żyje.

Lampka oliwna

piątek, 02 października 2009
Thasos tam i z powrotem

Nie wiem, co nie podobało się poecie Archilochowi w wyspie Thasos, na której jego ojciec był przywódcą greckich osadników, a sam poeta przeprowadził się tam również z rodzinnego Paros. Może po prostu nie podobało mu się to, że był zmuszony się tam przenieść z powodów finansowych? W każdym razie podsumował Thasos następującym dwuwierszem (przekład Jerzego Danielewicza):

Ta wyspa niczym ośli grzbiet wygięta
Pod lasu dziką gęstwą sterczy.

Powszechnie uważa się, że ten dystych nie ma charakteru komplementu, aczkolwiek jak dla mnie osły to wyjątkowo miłe i ładne stworzenia... Natomiast co do lasów to miał Archiloch rację: Thasos jest bardzo zielona, zielona jak niektóre zakątki Grecji - Epir, spora część Chalkidiki, wszystkie właściwie wyższe góry. I pewnie wiele więcej miejsc byłoby zielonych od lasów, gdyby nie wyniszczające pożary, po których zostaje smętny, księżycowy krajobraz.

Jadąc na Thasos zapoczątkowałam wreszcie zwiedzanie również wysp greckich, aczkolwiek z lądu patrząc trudno uwierzyć, że jest to wyspa, albowiem jest tak blisko i z wielu perspektyw najzwyczajniej zlewa się z kontynentem. Ale półgodzinna przejażdżka promem w asyście niezliczonych stad mew nie pozostawia wątpliwości, że opuściliśmy ląd stały i podróżujemy przez krótką chwilę przez morze ciemne jak wino ku wyspie, gdzie akurat kult Dionizosa był jednym z najstarszych i najpowszechniejszych.

Thasos przemierzyłam tam i z powrotem, aczkolwiek niezupełnie miałam to w planach. Nie spodziewałam się mianowicie, że w tak popularnym wśród turystów miejscu trudno będzie znaleźć hotelik, który spełniałby naprawdę niezbyt wygórowane warunki: znajdował się w rozsądnej odległości od szosy (w miarę daleko) oraz plaży (w miarę blisko), albowiem jakkolwiek przyjechałam na Thasos głównie celem zobaczenia tutejszych ruin, to pospacerowanie sobie wieczorem po zalewanym przez fale piasku również było w planach. Oczywiście wszystko to na dodatek musiało zmieścić się w dość ograniczonym budżecie.

Sprytny plan opiewał na znalezienie noclegu w połowie drogi między samym miastem Thasos a drugą atrakcją archeologiczną wyspy czyli Aliki (więcej o tym miejscu będzie na Antiquitates) - wioską położoną o jakieś pięćdziesiąt kilometrów na południe. Niestety wszystko, co się między tymi dwoma miejscami znajdowało, nie spełniało warunku podstawowego czyli było położone tuż przy niemalże jedynej na wyspie głównej szosie, która siłą rzeczy jest ruchliwa. A mnie marzyły się spokojne noce z cykaniem cykad, kumkaniem żab, świergotaniem świerszczy i szumem fal. I tak jechałam coraz bliżej Aliki i nic mi się naprawdę nie podobało - Chrisi Amouni, które jeszcze jako tako wchodziło w grę, oznaczało zbyt duży zjazd w bok od głównej trasy, przebiegającej akurat w tym miejscu dość daleko od brzegu, a w warunkach posiadania małej ilości czasu jest to również czynnik, który warto wziąć pod uwagę.

W każdym razie skończyło się na tym, że objechałam całą wyspę, znajdując na swojej drodze jedynie bardzo drogie hotele na samej plaży oraz takie, o których ceny w ogóle nie pytałam. W głąb lądu nie szukałam, przyznaję, bo od początku wykreśliłam tę opcję. Na dodatek część miejsc, w których usiłowałem dowiedzieć się o cenę, była zamknięta. W efekcie o (a właściwie po) zmroku dojechałam z powrotem pod samo Thasos, będąc już zdecydowana zamieszkać w samym miasteczku, co oznaczałoby przynajmniej, że wieczorem mogę do woli przechadzać się po jego ładnych uliczkach, wypróbowywać kolejne tawerny i zwiedzać sklepiki z badziewnymi pamiątkami, usiłując wyłowić w głębi sklepików jakąś niezauważaną przez rzesze turystów perełkę. (To się wbrew pozorom zdarza, zwłaszcza biżuterię można czasem znaleźć naprawdę piękną, a sprzedawcy zazwyczaj zgodzą się opuścić co nieco z ceny.)

I wtedy przed moimi oczami pojawił się drogowskaz do hotelu, a w głębi sosnowego lasku, w rozsądnej odległości od szosy, majaczyły światła, sugerując, iż nie jest to kolejny hotel widmo. Zjechałam więc, zwłaszcza że do miasteczka miałam już raptem parę minut, i po prawdzie w pierwszym momencie zwątpiłam, albowiem wejście sugerowało cenę przewyższającą moje możliwości. I w sumie tak by było, gdyby bardzo miły młodzian, który mnie przywitał, nie zadzwonił do właściciela, który był jednocześnie jego ojcem, a ten zaproponował obniżkę o 25 euro za noc. Oczywiście z ulgą zostałam, hotel okazał się bardzo ładny i wygodny, na dodatek niezwykle gustownie urządzony - państwo mieli wcześniej sklepik z naprawdę ładnymi rzeczami - i z przesympatyczną rodziną właścicieli.

A rozpisuję się o tym dlatego, że jak już wyjeżdżałam, uboższa o 6 euro, które musiałam wydać na przewodnik, bez którego nie miałabym najmniejszych szans zobaczyć nawet połowy antycznych zabytków Thasos, ale za to bogatsza o obejrzenie wspaniałych płaskorzeźb na zachowanych bramach miasta (droga do najsłynniejszej, Bramy Sylena, nie jest w ogóle nijak oznaczona), to zebrałam na odwagę, żeby zapytać właściciela, dlaczego jego syn, słysząc, że jestem z Polski i co roku przyjeżdżam do Grecji, powiedział mi, że rezygnują ze współpracy z polskim biurem podróży (wyjaśniłam mu, że nie podróżuję z biurami, ale na własną rękę). Po jednym wieczorze spędzonym tuż obok polskiej grupy miałam na ten temat pewne podejrzenia i postanowiłam je sprawdzić, wiedziona drzemiącym gdzieś jeszcze instynktem dziennikarskim.

Ta rozmowa z właścicielem hotelu jest takim smutnym epizodem z tej mojej podróży. Moje podejrzenia potwierdziły się w stu procentach, a może nawet więcej niż stu. Pan powiedział mi bowiem, że nie chce więcej polskich grup, ponieważ nie ma ochoty, żeby jego rodzina (a tylko rodzina pracuje w tym hotelu) była traktowana jak popychadła, z zerem szacunku czy sympatii. Powiedział mi, że we wszystkich grupach, jakie przyjechały, raptem dwie pary mówiły im rano dzień dobry, większość z nich była opryskliwa i nieuprzejma (zauważyłam to, gdy w hotelowej restauracyjce zamawiali kolejne piwa), no a moje obserwacje potwierdziły z kolei jego tezę, że byli ze wszystkiego niezadowoleni - streściłam mu zasłyszane rozmowy. Na dodatek krzyczeli do siebie jakby w hotelu nie było nikogo poza nimi i marzyli jedynie o tym, żeby wreszcie wrócić do domu. Zapytałam jeszcze, bo to również mnie intrygowało, ile osób z polskich grup wybrało się na proponowaną przez biuro podróży wycieczkę do Filippi (jedno z najciekawszych miejsc w okolicy!) - i okazało się, że zgodnie z moim przypuszczeniem nikt. Na pytanie, czy Niemcy są lepsi, usłyszałam, że "trochę". Niezbyt to optymistycznie brzmi i po prawdzie podziwiam ludzi, którym jeszcze chce się prowadzić hotele dla grup wycieczkowych.

Powiedziałam właścicielowi, że słuchając rozmów moich rodaków w restauracji, czułam wstyd i zażenowanie, porozmawiałam z nim miło o wykopaliskach na Thasos, o pięknym albumie o sztuce greckiej, który leżał na stoliku w holu, i mam nadzieję, że choć trochę przekonałam go, że nie wszyscy przybysze z Polski są troglodytami. W każdym razie pan niezwykle ciepło zapraszał mnie, żebym znów przyjechała - i zapewne mogę liczyć na promocyjną cenę.

I tak, zamiast pisać o zabytkach wyspy, wyżaliłam się na rodaków. O zabytkach napiszę w związku z tym na Antiquitates i postaram się zrobić to jak najszybciej.

Aliki

PS. Kwestia polska zajęła mnie do tego stopnia, że tytuł notki stał się niejasny. Otóż Thasos objechałam w końcu dwa razy, w obie strony: raz szukając hotelu, drugi zaś przykładnie zwiedzając i fotografując ;)

piątek, 25 września 2009
Et linguis loquor

Po trzech tygodniach uważnego nasłuchiwania, dopytywania się i wertowania słowniczka zaczęłam powolutku porozumiewać się po grecku na tematy podstawowe (a jadąc tutaj umiałam zasadniczo powiedzieć dzień dobry, proszę i dziękuję – bo zawsze byłam leniwa i dogadywałam się po angielsku z dodatkiem języka gestów). Okej i tu właśnie jest problem. Po raz drugi w życiu bowiem zdarza mi się, że znając bardzo słabo język, posiadam dość szerokie słownictwo, które z punktu widzenia jakiejkolkwiek nauki języka obcego znajdowałoby się na bardzo dalekiej pozycji.

Pierwszy raz coś takiego przydarzyło mi się kilka lat temu z niemieckim. Postanowiłam zapisać się na kurs w Instytucie Goethego, ponieważ z uporem godnym lepszej sprawy od czasu do czasu usiłuję nauczyć się mówić w języku przodków, który zresztą lubię i nie mam do niego żadnych estetycznych ani ideologicznych uprzedzeń. Sęk w tym, że na kursach uczą grzecznie gramatyki i podstawowego słownictwa i w ogóle wszystko odbywa się zgodnie z regułami metodyki nauczania, a ja tak nie bardzo potrafię, w związku z czym na kursy językowe uczęszczam co jakiś czas i bardzo niewiele z tego zazwyczaj wychodzi – a mimo to porozumiewam się mniej lub bardziej swobodnie w kilku językach europejskich, zwłaszcza tych, które używane są w krajach, gdzie spędziłam troszkę więcej czasu.

Ale do rzeczy czyli przygody ze słownictwem. Ponieważ języków najlepiej uczę się po prostu ze słuchu, jednym z moich najlepszych nauczycieli angielskiego były rozmaite piosenki słuchane w czasach licealnych, niemieckiego zaś… libretta Wagnera. I tu właśnie pojawił się problem, albowiem na egzaminie do Instytutu Goethego, kwalifikującym do grup zaawansowania, jednym z zadań było napisanie wypracowania pt. „Twoja ulubiona książka”. Napisałam o Tolkienie, bo wydało mi się to łatwe, zwłaszcza że znałam słowa typu olbrzym, krasnolud czy elf. Wszystko przez Pierścień Nibelunga oczywiście. Sęk w tym, że państwo lektorzy najwyraźniej uznali, że ktoś, kto posiada takie słownictwo, zna doskonale język, nawet jeśli na teście gramatycznym wypadł tak sobie – w rezultacie więc wylądowałam w grupie o jakieś dwa poziomy bardziej zaawansowanej niż powinnam. Skądinąd wyszło mi to tyle na dobre, że zapisałam się na konwersacje z native speakerem, w związku z czym był to jeden z najmniej zmarnowanych semestrów kursów językowych, jakie zaliczyłam.

W każdym razie mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że przez pierwszy tydzień w Verginie nauczyłam się więcej nowogreckiego niż jakiegokolwiek języka w normalnym kursowym trybie w dwa albo i trzy miesiące. I nie jest to tylko kwestia intensywności – bo wcale jakoś bardzo intensywnie się nie uczyłam – po prostu na to, żeby zaspokajać moją niespożytą ciekawość świata muszę starać się rozumieć jak najwięcej z tego, co wokół mnie mówią (aczkolwiek najważniejsze wypowiedzi w trakcie seminariów tłumaczy mi najlepiej znająca angielski osoba z ekipy). Ostatni raz takie doświadczenie miałam, kiedy mając lat dwanaście wylądowałam w klasie, w której nikt – włącznie z nauczycielami – nie mówił w żadnym języku oprócz hiszpańskiego. Po miesiącu swobodnie się porozumiewałam, w razie potrzeby poszukując brakujących wyrazów w podręcznym słowniczku, z którym starałam się nie rozstawać. Jak raz zapomniałam go wziąć na przerwę, to wyszło mi na to (z próby zapamiętania nieznanego słówka), że koleżanka hoduje w domu patelnię: pomyliłam tortuga z tortilla.

Nie wiem natomiast, na ile przyda mi się sporo z tego, czego się nauczyłam, w zwykłym podróżowaniu po Grecji. Obawiam się bowiem, że raczej nie będą mi w pierwszym rzędzie potrzebne słówka typu ciężarek tkacki, miednica, gwóźdź czy wręcz część gwoździa, której nie potrafiłabym fachowo nazwać w żadnym innym języku z polskim włącznie (pytanie konkursowe – co gwóźdź ma poniżej główki), a parę dni temu zaskoczyłam wszystkich i zdobyłam uznanie w oczach nieznających języków robotników, ponieważ grecka koleżanka chciała już biec po pomoc, bo zapomniała jak się to nazywa, a ja podrzuciłam jej odpowiedni termin. Wiem również jak jest warstwa (w tym warstwa orna), mur, bo nie liczę do nowopoznanych słówek takich oczywistości jak ostraka. Umiem też powiedzieć, że coś znajduje się poniżej poziomu kamieni oraz poprosić o przyniesienie mi czegoś, ale mam problem z dogadaniem się w restauracji...

A najgorsze jest to, że te dziwaczne słówka zapamiętuję bez większego problemu, podczas gdy czasem wciąż zapominam coś, co teortycznie należy do użytku codziennego. Ale może temu akurat zaradzi kilka miesięcy, jakie na wiosnę mam spędzić w Atenach – może tam będę musiała od czasu do czasu porozmawiać o rzeczach zwyczajnych? W każdym razie obiecałam koleżankom z wykopów, że jak znów spotkamy się w Tessalonice za pół roku, to pogadam z nimi ellinika. Zobaczymy, mam nadzieję, że zdołam dotrzymać słowa.

Vergina 2009

PS. Wpis dedykuję Galari, a zdjęcie - Ninedin, ona już dobrze wie, dlaczego :)

sobota, 19 września 2009
Głos w sprawie małych narodów

Jestem sobie niewątpliwie w Macedonii (konkretnie chwilowo w jej obecnej stolicy, Tessalonice, a ogólnie w dawnej stolicy - Aigai/Verginie), więc kiedy siedzę na Facebooku (tak, dałam się złapać w sieć, ale nie zamierzam poświęcać temu zbyt wiele czasu), to wyświetlają mi się z boku różne lokalne linki i reklamy. Wśród nich pojawiła się zachęta do wyrażenia sprzeciwu wobec używania przez tzw. tutaj FYROM (Former Yugoslavian Republic of Macedonia) vel Skopię nazwy Macedonia.

Kwestia tego niewielkiego i całkiem miłego kraiku na północ od Grecji to tutaj, zwłaszcza na północy, temat delikatny, kontrowersyjny i wywołujący skrajne emocje. Nie będę się wdawać w szczegóły sytuacji, można sobie o tym poczytać w internecie z każdego punktu widzenia. Pozwolę sobie jedynie na bardzo krótki komentarz historyczny.

Otóż pod jednym względem to Grecja a nie ten niewielki i całkiem miły kraik ma rację - historycznie tamten region to nie jest żadna Macedonia, ale ziemie podbite dopiero mniej więcej na przełomie III i II w. przez królestwo Macedonii za czasów Filipa V, a więc u swojego schyłku. I najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że przed tym podbojem i uzależnieniem wielu krain położonych nieco na północ stąd od Macedonii, akurat na terenie tego niewielkiego i całkiem miłego kraiku istniało niezależne, może niezbyt potężne ale całkiem zamożne i nieźle funkcjonujące królestwo Pajonii, rządzone przez własną dynastię, bijące piękne, stylistycznie greckie monety, wojujące z Macedończykami i wchodzące z nimi w dyplomatyczne układy, podobnie zresztą jak np. z sąsiednimi Epirotami - np. król Pyrrus (ten sam od wykańczających zwycięstw) miał za żonę pajońską księżniczkę. Pajonię zamieszkiwały plemiona trako-iliryjskie i była ona jednym z najważniejszych, najbardziej rozwiniętych i najbardziej skutecznych organizmów państwowych, jakie wykształciły się w tym regionie.

W związku z powyższym nijak nie rozumiem, dlaczego ktoś w tym niewielkim i całkiem miłym kraiku, który rozpaczliwie potrzebuje członkostwa w Unii Europejskiej (a i mnie osobiście by się ono przydało, bo ułatwiłoby podróżowanie samochodem do Grecji), ktoś nie pójdzie po rozum do głowy - a jeszcze lepiej do jakiegoś historyka starożytności - i nie zaproponuje salomonowego rozwiązania czyli odwołania się owszem, do historii, ale znacznie sensowniejszej od dość śmiesznego nazywania się Macedonią. Zakończyłoby to spory z Grecją, dało temu niewielkiemu i całkiem miłemu kraikowi własną tożsamość i fundament, na którym można dużo budować. Nie wiem, może powinnam napisać do jakiegoś ich ministerstwa?

Oczywiście wiem, że w tej chwili argumenty rozumowe niewiele zdziałają - na tym froncie zbyt dużo wydarzyło się emocjonalnie. Ale pomarzyć sobie o sensownym rozwiązaniu wolno. Swoją drogą bawią mnie troszkę te greckie pretensje, ale nie wyrażę ich głośno, bo chciałabym tu zawodowo wracać. Bawią mnie dlatego, że ogromna liczba ludzi w tych okolicach wygląda bardziej słowiańsko niż wielu obywateli Fyromu/Skopii czy jakkolwiek nazywać ten niewielki i całkiem miły kraik. I nic dziwnego: to tu zatrzymała się na dobre parę stuleci najdalej na południe wysunięta inwazja plemion słowiańskich - to na tej mniej więcej szerokości geograficznej miejscowości nazywają się Igumenitsa, Metsovo i podobnie, zdradzając bardzo wyraźnie wpływy słowiańskie (bardziej na południu też takie nazwy się pojawiają, ale rzadziej).

Mieszkańcy obecnej Grecji w ogromnej więkzości w ogóle typem antropologicznym odbiegają od tego, co pokazuje nam antyczna sztuka - co jest skutkiem kolejno wpływów słowiańskich i tureckich. Owszem, spotkałam tu dziewczynę wyglądającą rzeczywiście jak archaiczne kory - no i okazało się, że urodę ma po matce, która pochodzi z Pontu czyli tureckiego wybrzeża Morza Czarnego, gdzie być może ta mieszanka etniczna nie była tak duża. Co ciekawe, taż dziewczyna opowiedziała mi, że jak jej mama przyjechała do Grecji po ponad dwudziestu latach spędzonych w radzieckim Kazachstanie, dokąd pod koniec lat czterdziestych jej rodzinę wygnali Turcy, miejscowi Grecy przyjmowali takich jak ona delikatnie mówiąc bez entuzjazmu. Teraz tzw. Pontyjczycy wraz ze swoim folklorem są hołubieni, ale wtedy, w latach sześćdziesiątych, być może kłuli słowiańsko-tureckich Greków w oczy faktem, że przechowali więcej cech etnicznych i kultury dawnej Grecji niż tu, w tzw. Grecji Właściwej? Nie wiem, to tylko taka luźna uwaga.

A jeśli ktoś jest nadal nieprzekonany do pomysłu z Pajonią, to powinien sobie przeczytać wiersz Głosy (Małe narody) Szymborskiej - Pajończycy naprawdę niezasłużonie znikli z areny dziejowej i funkcjonują niemal wyłącznie w pamięci specjalistów, w związku z czym pewien niewielki i całkiem miły kraik mógłby to odwrócić.  A już całkiem na marginiesie dodam, że wedle najnowszych teorii my naszą legendę o Wandzie zawdzięczamy wpływom trackim, a konkretnie tracko-iliryjskiej bogini Bendis (utożsamianej z grecką Artemidą i czasem Afrodytą), której kult był jednym z najważniejszych w Pajonii.

Bendis

PS. Galari, wiem, że miało być o czymś innym. Będzie, już nawet jest napisane.

wtorek, 15 września 2009
Confiteor

Przyznam się do czegoś, do czego nie przyznałam się, wymieniając kiedyś swoje wstydliwe namiętności. Jednym z moich ulubionych sportów jest robienie zdjęć w miejscach, gdzie jest to zabronione, ze szczególnym naciskiem na muzea. Oczywiście, nie opublikowałabym czytelnych zdjęć z wykopalisk, na których jestem, ponieważ to kwestia zawodowej uczciwości i lojalności wobec ludzi, z którymi pracuję. Natomiast jak mało co wkurza mnie sytuacja, kiedy niemal wszystkie obiekty w jakimś muzeum są dawno opublikowane i dostępne w tysiącach kopii w książkach, internecie, na pocztówkach i tak dalej, a mimo to fotografia jest zabroniona. Znów oczywiście: nie robiłabym zdjęć z fleszem tam, gdzie mogłoby to zaszkodzić dziełom sztuki, ale od tego mam porządny sprzęt, żeby warunki oświetleniowe nie stanowiły problemu.

Ta pasja zaczęła się dość dawno temu od zabawnego epizodu. Szczenięciem jeszcze byłam z licealną koleżanką w Jastarni i pojechałyśmy zwiedzić Gdańsk. Udałyśmy się między innymi pod Stocznię, bo były to czasy, kiedy była jeszcze symbolem walki o wolność a nie o kasę. Na bramie widniała wielka tabliczka z przekreślonym aparatem, ale mimo to zaczęłyśmy sobie robić zdjęcia (muzealną już Zorką, bo takie cudo wówczas posiadałam – naprawdę świetne cudo z wymiennymi obiektywami, celownikiem i światłomierzem... ech, to były czasy). Niemal natychmiast z budki wyskoczył strażnik, więc pospiesznie pstrykałyśmy, póki się dało, gotowe zwiewać. Tymczasem okazało się, że strażnik chciał sobie zrobić z nami zdjęcia, a nie przegonić nas czy też jak to drzewiej bywało, prześwietlić nam film. Mam w związku z tym w albumie z tamtych lat czarno-białe zdjęcie z wąsatym strażnikiem Stoczni Gdańskiej pod tabliczką „zakaz fotografowania”.

A potem zaczęłam jeździć po świecie, fotografując ile się da (miesiąc w Indiach: ponad tysiąc zdjęć analogowych; dziś wydaje mi się to niedużo, bo na niemal identycznym sprzęcie cyfrowym zdarza mi się tyle robić w jeden dzień, ale proszę sobie wyobrazić, ile kosztowały odbitki, no i ta niepewność, jak te zdjęcia wyszły) i natykać się na zakazy. Nie pamiętam, dlaczego nie udało mi się w muzeum w Bombaju – może po prostu dlatego, że nie miałam filmu odpowiedniej czułości, co teraz nie jest problemem, wystarczy zmienić odpowiedni parametr. A może w każdej sali było kilku pilnujących i zupełnie się nie dało? Nie pamiętam, w każdym razie jest to jedyne muzeum, z którego nie mam ani jednego zdjęcia. A właściwie chyba nie mam, bo może jednak coś pokątnie strzeliłam, ale wyszło tak fatalnie, że nawet nie pamiętam. Będę musiała przejrzeć pudło z odrzutami z Indii.

Odkąd posiadam całą baterię aparatów cyfrowych, cała sztuka polega na wykiwaniu pilnujących, które nazywam harpiami. Jest to autentyczny sport czy też jak kto woli gra strategiczna.

Podstawową zasadą, bez której dalej ani rusz, jest ukrycie aparatu przy wejściu, żeby nie narazić się na ostrzeżenie, że nie wolno. Warto też mieć oprócz lustrzanki, która choćby nie wiem co będzie robić hałas, coś malutkiego i cichego, ale lepszego niż komórka. Ja mam od tego tzw. aparat biblioteczny, który na co dzień służy mi do fotografowania potrzebnych materiałów oraz robienia zdjęć, kiedy zobaczę coś ciekawego na ulicy. Mam również średniej wielkości kompakt, który jest cichy a dobry, ale bardziej rzuca się w oczy niż płaski „biblioteczny”.

Następnie – i to jest faza najważniejsza – trzeba uśpić czujność harpii. Dobrą metodą jest zatrzymywanie się na bardzo długo przed obiektami lub gablotami (najlepiej wcale nie tymi, które chce się sfotografować); kilka takich przystanków i bardzo dokładne studiowanie opisów – dlatego lepsze są gabloty niż pojedyncze obiekty – zazwyczaj przekonuje harpie, że jestem nieszkodliwą wariatką, za którą nie warto się snuć, bo będzie przy każdej gablocie stała kwadrans. Większość harpii upiornie się nudzi - wiem to od znajomych muzealników, którym zdarza się czasem harpiować - więc czeka tylko na okazję, żeby poplotkować z koleżankami (vide jeden z ostatnich wpisów, kawałek o Warszawie).

Można też stosować metodę zwiedzania chaotycznego: nieustannego wracania się, podchodzenia w kółko do czegoś; jeśli muzeum ma kilka sal, mało pilnujących i dużo zwiedzających, zazwyczaj harpie będą włóczyć się za bardziej zdyscyplinowanymi gośćmi. Czasem niestety trzeba dość długo czekać na to, że coś innego odwróci uwagę jakiejś bardziej rzetelnej harpii – jeśli ma się towarzystwo, to można je do tego wykorzystać (w końcu zwiedzając, ma się prawo do informacji), a jeśli nie, to niestety trzeba swoje odczekać. Prędzej czy później jakieś dziecko krzyknie, ktoś się potknie, ktoś inny zacznie bynajmniej nie ukradkiem robić zdjęcia, w każdym razie rzadko się zdarza, żeby się nie doczekać. Czasem też harpia po prostu na moment wyjdzie, odwróci się lub zagada się z drugą.

Bywa też tak, że ma się ogromne szczęście naprawdę nie zauważyć tabliczki informującej o zakazie fotografowania przy wejściu do muzeum czy galerii. Oczywiście nie należy popełniać błędu dopytywania się o coś takiego. Mnie się to zdarzyło dwa razy: w Fitzwilliam Museum w Cambridge oraz na wystawie poświęconej Cezarowi w Rzymie. Żeby było zabawniej, w obu przypadkach zdążyłam obfotografować niemal wszystko, co mnie interesowało, zanim ktokolwiek zwrócił mi uwagę. Potem zresztą w obu miejscach zrobiłam jeszcze kilka zdjęć, bo naprawdę mi na paru obiektach zależało, tylko musiałam zachowywać większą ostrożność.

A teraz dla sportu staram się zrobić jak najwięcej zdjęć w Wielkim Tumulusie czyli grobach królewskich w Werginie. Byłam tam już dwa razy za tym pobytem, planuję jeszcze ze trzy (niech żyją darmowe wejścia) – i może uda mi się mieć na własnych zdjęciach wszystko, co tam najbardziej lubię.

Bo to jest właśnie powód, dla którego to robię. Nie chcę sprzedawać takich fotografii i odbierać kasy z pocztówek muzeom – zresztą żeby miały naprawdę komercyjny walor, musiałabym je robić w innych warunkach – a opublikowanie ich na blogu niczego nie zmieni, bo zdjęcia większości tych obiektów i tak krążą za darmo po internecie. Robię te zdjęcia po trochu dla adrenaliny, ale przede wszystkim dlatego, że chcę mieć swoje własne obrazki ulubionych zabytków, swoje własne ich widzenie. Pomijam już tak praktyczny w wielu przypadkach powód jak to, że wielu z moich ulubionych obiektów wcale nie ma na muzealnych kartkach. Niemniej podstawowy powód jest taki, że robiąc własnoręcznie zdjęcia nawiązuję z tymi przedmiotami jakiś osobisty kontakt – oglądanie później takich zdjęć ma dla mnie znacznie większy walor niż oglądanie pocztówek czy książek, nawet jeśli jakość jest czasem taka sobie, bo trzeba się było bardzo kryć. To jest mój punkt widzenia, to jest moje oglądanie przedmiotów. Własne fotografie przypominają mi, jak stałam przed jakąś rzeźbą, obrazem czy gablotą, jak czułam zachwyt lub zdumienie na ich widok, jak bardzo starałam się ich nie zapomnieć. Nawet najdoskonalsze cudze zdjęcie nie przypomni mi tak namacalnie tych chwil i tych przeżyć.

Dlatego będę nadal fotografować to, co zrobi na mnie wielkie wrażenie, nawet jeśli przy drzwiach będzie wielka tablica, że nie wolno. I chwała niech będzie tym muzeom, w których wolno fotografować ile się chce, nawet jeśli trzeba za to dodatkowo zapłacić.

Harpia

piątek, 11 września 2009
Aigai 2009

Oczywiście zgodnie z przewidywaniem nie mogę tak naprawdę wiele napisać o tym, co tu oglądam, zanim wyniki nie zostaną opublikowane, powiem więc tyle, że jestem na terenie miasta, a konkretnie jego kawałku, który na razie nie jest bardzo czytelny, jeśli chodzi o to, co konkretnie tu było, a położony jest w trójkącie między pałacem/teatrem, świątynią Euklei (słynną z odnalezienia tam inskrypcji związanej prawdopodobnie z Eurydyką, matką Filipa II, kobietą, skądinąd też dość niecodzienną kobietą) i świątynią Kybele. Na razie jesteśmy w warstwie hellenistycznej, aczkolwiek prawdopodobnie poniżej jest coś starszego – bo czemu miałoby nie być, skoro wszystko dookoła jest co najmniej z IV w.

I tyle właściwie mogę powiedzieć o samych wykopaliskach w sensie merytorycznym, więc skupię się na kwestiach technicznych. Przede wszystkim są to praktyki dla leniwych studentów: żadnej łopaty, żadnego kilofa, ogólnie żadnego kopania i żadnego rysowania – od wszystkiego jest na wykopie ktoś inny. Kopią – ba, nawet eksplorują! - robotnicy. Mury rysuje architekt, ceramiki nie rysuje się w ogóle (zastanawiam się, czy nie z przyczyn praktyczych: są jej po każdym dniu pełne worki, tak po dwa trzy z każdego kwadratu… więc trzeba by kilkunastu sprawnych rysowników albo armii studentów, żeby temu podołać), za to niewątpliwie się ją myje – i tu przyjemne zaskoczenie: miejscowa glinka, która stanowi większą część tego wszystkiego, od czego należy ceramikę uwolnić, ma ewidentnie jakieś dobre dla skóry właściwości i mogłaby z powodzeniem być wykorzystywana do kosmetycznych maseczek, w każdym razie ręce są po takiej sesji mycia nawodnione, gładkie i jakby pokryte warstewką dobrego kremu. Zresztą właściwości tej glinki widać również na części lokalnej późnohellenistycznej ceramiki, która de facto rozciera się w rękach i nie nadaje się do mycia, tylko od razu do konserwacji.

Praktykant zajmuje się najczęściej mierzeniem, gdzie został znaleziony jakiś bardziej ważny artefakt, poza tym pilnuje, czy robotnicy nie wrzucą na taczki jakiegoś kawałka ceramiki na przykład, co się zdarza, ale dość rzadko, ci faceci naprawdę są wyszkoleni lepiej niż niejeden posiadacz dyplomu archeologii, więc jest to raczej kwestia przeoczenia niż niewiedzy. Czasem coś człowiek wyczyści lub wyeksploruje – ale po prawdzie tylko w co bardziej delikatnych miejscach, bo gdzie indziej też robią to robotnicy. A z kolei w tych miejscach bardziej czułych najczęściej robi to ekipa, włącznie z profesurą.

Plusem takiej sytuacji (poza oczywistością czyli tym, że można sobie odpocząć) jest to, że ekipa ma sporo czasu na to, żeby różne sprawy objaśniać i tłumaczyć, w związku z czym można się sporo nauczyć, aczkolwiek w najmniejszym stopniu spraw technicznych, co dla osób zdecydowanych na zajmowanie się głównie archeologią autostradowo-deweloperską oczywiście byłoby minusem.

Ekipa ma ogromną wiedzę, ale mam cichą satysfakcję, że o pewnych rzeczach wiem już więcej niż oni. W pierwszym dniu mojego tu pobytu bowiem wyszła bardzo ładna moneta, którą na pierwszy rzut oka oceniłam jako typ Filipa II (emitowany przez kolejnych władców do przełomu IV/III w.), ale zanim zdążyłam to powiedzieć, jedna z pań z ekipy uznała, że jest to moneta „późnohellenistyczna”. Niestety byłam tam za krótko, za mało znałam tych ludzi, no i nie miałam całkowitej pewności, czy któryś z ostatnich królów Macedonii nie powtarzał tego typu – co zresztą też nie bardzo by tę monetę kwalifikowało do późnego hellenizmu, jako że maksymalnie byłaby to połowa II w., a w czasach rzymskich na pewno takich nie było. Dziś sprawdziłam w wypożyczonej z biblioteczki w biurze wykopalisk „Historia Numorum” czyli biblii numizmatyki greckiej – miałam rację. I mam tylko problem, czy im to powiedzieć, czy nie. Pewnie nie powiem, zachowam satysfakcję dla samej siebie, a oni i tak się dowiedzą, że nie mieli racji, bo będą konsultować znaleziska monet z numizmatykiem. Ja w każdym razie mam dzięki temu poczucie, że mój wyjazd na kongres w Glasgow nie był niezasłużony.

Słońce Werginy

Jeśli te dwa i pół tysiąca lat temu z okien pałacu w Aigai oglądano takie widoki nad wschodnim horyzontem, to nie dziwię się, że promieniste słońce stało się królewskim symbolem.

niedziela, 06 września 2009
Great Western Road

Jak debiutować, to na wielką skalę, nie? Jestem właśnie w drodze między dwoma debiutami - na wielkiej międzynarodowej konferencji i na zagranicznych wykopaliskach. Konferencja to Międzynarodowy Kongres Numizmatyczny, odbywający się co sześć lat, impreza na dobre kilkuset uczestników, najważniejsza w tej branży. Stres jak nie wiem co, oczywiście. Sławy, o których się dotychczas jedynie czytało w książkach, nagle okazują się ludźmi z krwi i kości, niekiedy nawet bardzo sympatycznymi. W każdym razie przeżyłam i zaliczyłam kolejny etap mojego tegorocznego Grand Tour. Przeżyłam również większą ilość whisky niż chyba wypiłam w dotychczasowym życiu, albowiem rzecz miała miejsce w Glasgow, no i wieczory upływały pod znakiem Show me the way to the next whisky bar...* Ale w Szkocji chyba każdy znajdzie coś, co mu zasmakuje, ja osobiście znalazłam, ale niestety chwilowo amnezja wymazała mi nazwę tego cudu z głowy - w jednej z posłanych do domu paczek jest ulotka, więc najpóźniej za miesiąc wpiszę tu w odpowiednim PS, co to było. (PS. Już znalazłam dzięki wikipedii. Jest to Laphrohaig. Szczególny urok posiada, kiedy stawia ktoś ważny...)

Samo Glasgow nie spodobało mi się jakoś szczególnie; jest miłe, ale raczej nieładne, aczkolwiek być może są tam ładne miejsca, do których nie dotarłam z powodu pogody (przez prawie tydzień niewiele się zmieniło w kwestii, o której pisałam w komentarzu do poprzedniego wpisu: padania, lania, mżenia i siąpienia na zmianę). Bardzo dziwaczne są tam muzea: zarówno Hunterian jak i Kelvingrove (oba odwiedziłam z okazji receptions, na których bogactwo jedzenia i picia było iście szkockie) to po prostu rozwijane przez dwa stulecia osiemnastowieczne gabinety osobliwości, w których szkielet słonia i wypchany wilk workowaty sąsiadują z odlewem czaszki Roberta the Bruce, erotycznymi żetonami rzymskimi, rozmaitymi kawałkami w formalinie i ekspozycją monet greckich zorganizowaną na kształt dysku z Fajstos i bez podpisów... Aha i jeszcze rzeczywiście fantastyczne zbiory geologiczne. A gdzieniegdzie popiersie królowej Wiktorii. I tak dalej. W Hunterian bardzo ciekawa kolekcja rzymskich "kamieni milowych", a konkretnie reliefów upamiętniających zaliczenie przez poszczególne legiony kolejnych mil marszu.

W Hunterian Art Gallery trafiła mi się natomiast gratka - spora wystawa grafik Muncha, co oznacza zebranie w jednym miejscu sporej liczby jego najsłynniejszych prac, z których osobiście chyba najbardziej lubię Madonnę, ale zachwyciło mnie jeszcze kilka innych. Był tam również portret Przybyszewskiego, tak nawiasem mówiąc.

W sumie pobyt tam był fantastyczny (no, pogoda mogłaby być lepsza...), towarzystwo takoż, na dodatek mieszkałam na bocznej uliczce od ulicy, która jest w tytule jednej z moich ulubionych piosenek i dlatego też trafiła również do tytułu notki. A teraz jestem w drodze, dosłownie, na kolejny wielki debiut (mam nadzieję, że również okaże się udany): jadę na wykopaliska w Werginie (starożytne Aigai w Macedonii) czyli w miejsce, o którym marzyłam. I oczywiście nieźle się z tego powodu stresuję, proszę więc trzymać za mnie kciuki...

Great Western Road

* Oto linki do wersji bardzo tradycyjnej, Ute Lemper, oraz takiej, która mnie pozytywnie zaskoczyła, Davida Bowie. Jak ktoś chce Doorsów, to niech sam sobie youtubuje ;)

niedziela, 30 sierpnia 2009
Londyńskie przechadzki

Kończę właśnie pierwszy etap tegorocznego niemalże Tour d'Europe... Etap wbrew zamierzeniom dość szalony: nie przypuszczałam, że jestem aż taką maszyną do fotografowania i kserowania książek. A poza tym oczywiście codzienne wizyty w British Museum - udało mi się również wreszcie dostać do sali (a raczej salki) z fryzem ze świątyni Apollina Epikuriosa w Bassai, który jest jednym z najważniejszych dzieł, jakie w tym muzeum mają, a pokazują go tylko przez godzinę dziennie - jak dobrze pójdzie, a na dodatek nie ma na ten temat żadnej informacji. Najwyraźniej istotnie nobody's perfect, nawet Anglicy. A tak poza tym to miałam pisać o różnych mądrzejszych i ważniejszych rzeczach, a zamiast tego wrzucam garść chaotycznych notatek. Ale w końcu od tego są blogi. Przy okazji będzie co nieco o tym, co lubię, a czego nie lubię - czyli początek zapowiedzianego cyklu.

A teraz w telegraficznym skrócie. Jak w National Gallery zgubiłam parasolkę (a był to dzień, że od czasu do czasu lało: krótko, ale ulewnie), to okazało się, że pilnujący odnieśli ją do swojego biura, gdzie grzecznie na mnie czekała. To zdarzenie mogłoby dla mnie stanowić symbol tego, co rozumiem przez user friendliness Anglii: tu jeszcze wciąż się myśli i działa racjonalnie, czyli w większości przypadków praktycznie. A pilnujący w muzeach nie są wyłącznie harpiami czyhającymi na to, że zwiedzający złamie jakiś przepis i popatrującymi krzywo na wszelkie zachowania odbiegające od stereotypowego przechodzenia od gabloty do gabloty, jak chociażby jakiekolwiek oznaki autentycznego zainteresowania jakimś obiektem. Nawiasem mówiąc, najgorzej pod tym względem czułam się ostatnimi czasy w Warszawie, gdzie przez większość spędzonej w Muzeum Narodowym półtorej godziny byłam jedyną zwiedzającą w dziale starożytności, w związku z czym ciągnęły za mną kolejne panie, najwyraźniej złe, że przeszkadzam im w ważnej czynności plotkowania. Skądinąd w końcu je przetrzymałam: najwyraźniej uznały, że łatwo się mnie nie pozbędą i zebrały się w przejściu między Grecją/Rzymem a Egiptem i oddały się najwyraźniej ulubionemu zajęciu. Dość stwierdzić, że dowiedziałam się sporo o ich życiu prywatnym. Żeby było zabawniej, panie i panowie w British Museum i National Gallery najczęściej występują w parach i rozmawiają ze sobą (pojedynczy posadzeni w jakiejś sali najczęściej czytają), ale na pierwszy sygnał, że zwiedzający czegoś od nich chce, natychmiast są do dyspozycji. I nie robią min, kiedy obfotografowuje się całą kolekcję...

Dziś w ramach pewnej odmiany postanowiłam wybrać się do Tate Modern, jako że jak już kiedyś pisałam, moje zamiłowania do sztuki są niczym tęczowy most spinający antyk z XX wiekiem, przerzucony nad otchłanią, w której najgłębszej czeluści znajduje się wiek XVIII. I po dzisiejszej wizycie muszę podkreślić, że most ten bardzo zdecydowanie opiera się drugą nogą (proszę wybaczyć te bezsensowną mieszankę metafor) w XX wieku. Jakkolwiek bowiem Tate Modern ma teoretycznie wszystko, co lubię: fantastycznie przerobiony na galerię industrialny budynek i sporo obrazów, które mnie zachwycają. Ale jakoś za tym razem nie przemówiła do mnie (nowa? nie mam pojęcia) koncepcja ekspozycji, która zakłada podział na dziwaczne kategorie, w związku z czym bardzo trudno jest znaleźć to, co by się naprawdę chciało zobaczyć - zwłaszcza jak się nie myśli tak samo jak kurator. Ja najwyraźniej myślę inaczej i może w tym problem. W każdym razie zmęczyło mnie to muzeum, które kiedyś mnie zachwyciło. Może też do zmęczenia dołożyło się to, że wyprawa tam oznacza zmierzenie się z Millenium Bridge* (w dwie strony), który jest jednym z koszmarów, które potrafią śnić mi się po nocach. Tym razem sądząc po spojrzeniach innych przechodniów miałam chyba taką panikę w oczach, że może raz powinnam sobie powiedzieć "nigdy więcej"? I na niewiele zdało się powtarzanie niczym Osioł w Shreku "nie patrz na boki".

Jeszcze co do tej koncepcji ekspozycji, to nie jest tak, że uznaję wyłącznie organizowanie eksponatów wedle klucza chronologicznego czy geograficznego: podobają mi się w British Museum gabloty tematyczne, gdzie niekiedy jakieś arcydzieło sąsiaduje z przedmiotem znacznie niższej rangi artystycznej. Ale chcę, żeby ten klucz był jasny i czytelny, a nie stanowił zawikłanej metafory (tych, którzy zechcą się online przekonać jak to jest w tym Tate, od razu informuję, że podział na stronie internetowej jest inny niż w muzeum, a niestety plan zostawiłam w muzealnej łazience, jako że i tak na nic mi się nie przydawał, a poniewczasie dopiero uświadomiłam sobie, że mógłby...). I tu dochodzę chyba do sedna - otóż mam wrażenie, że to muzeum urządzono obecnie - pardonnez le mot - postmodernistycznie. Na dodatek wpakowano tam mnóstwo modnej obecnie sztuki w rodzaju instalacji i, co gorsza, wideoinstalacji, a to akurat jest coś, co zazwyczaj dość rozpaczliwie do mnie nie przemawia.

Przede wszystkim dlatego, że mam wrażenie, iż ogromna większość instalacji i performance'ów jest wyrazem lenistwa arytsty (podpowiada mi tę diagnozę również doświadczenie kontaktów osobistych z artystami). Bo namalowanie obrazu sztalugowego - nawet jeśli będzie to abstrakcja - wymaga jakiegoś pomyślunku, jakiejś organizacji, jako że jest się ograniczonym chociażby przez płótno. A instalacja? Posłużę się kilkoma przykładami dziś oglądanymi. Można wstawić do muzeum np. pochlapany farbą kawałek pnia drzewa. Można rozrzucić po podłodze trochę sznurka. Ba, można nawet udawać, że się jednak maluje, wieszając na ścianie zwykłe prostokątne lustro (Marcelu Duchamp, którego całkiem niezłe rzeczy również dziś obejrzałam, coś ty narobił!) albo przemalowując na pociągnięte zieloną farbą płótno kawałek zapisu nutowego jakiegoś utworu. Na dodatek ponad połowa tych "obrazów" zatytułowana jest "bez tytułu". Wiem, była taka moda, zwłaszcza wśród abstrakcjonistów, ale co innego Pollock, a co innego Iksiński, który moim skromnym zdaniem po prostu tak naprawdę nie ma pomysłu na swoją twórczość. W całej tej zgrai autorów instalacji w Tate broni się wyłącznie Joseph Beuys, ale to chyba nie dziwne, bo on jeszcze mógł w nowej wówczas dziedzinie sztuki coś powiedzieć. Wszyscy inni tylko ustawiają przedmioty, podczas gdy polarne sanki wysypujące się ze zdezelowanego volkswagena "ogórka" robią jakieś wrażenie. Chyba jest jednak coś na rzeczy w tym zostawaniu klasykiem...

O ile instalacje w ogromej większości mnie irytują, o tyle czymś, czego bezwzględnie nie wytrzymuję, są wideoinstalacje. Na jednej z nich dwóch gołych facetów zamieniało się w kółko miejscami na kanapie - dla wyjaśnienia dodam, że ich nagość w strategicznych miejscach była cały czas zasłonięta przez wielką piłkę, w związku z czym nagły odwrót pewnego pana z około sześcioletnim dzieckiem był całkowicie niepotrzebny. Na innej jakaś pani bardzo nieostro sfilmowana tarzała się obok wielkiej pisanki (?), a całość miała stanowić reinterpretację motywu Ledy i łabędzia, połączoną nie wiedzieć czemu z motywem samookaleczenia. No ja wymiękam.

Ale całkowicie dobiła mnie zupełnie inna wideoinstalacja, której nawet nie zobaczyłam, jako że wymagałoby to przebicia się do niewielkiej salki wypełnionej szczelnie publiką. Dobiła mnie natomiast już warstwą audio, jako że z salki tej dochodziły wrzaski małego dziecka. I nie chodzi o to, że spodziewałam się tam jakiejś drastyczności, o nie. Chodzi o to, że po locie z Krakowa do Londynu wrzask małych dzieci jest ostatnim dźwiękiem, jaki mam ochotę słyszeć. Będzie o tym nawet w jakiejś kolejnej notce, kiedy wrócę do spraw poważniejszych.

Uwaga niskie drzewa

* Tak się składa, że Millenium Bridge jest na zdjęciu towarzyszącym poprzedniej notce, jako że na samym początku szóstego filmu o Harrym Potterze ulega iście millenijnej zagładzie...

piątek, 07 sierpnia 2009
Harry Potter na pół gwizdka

Po powrocie z panońskiego limesu poszłam wreszcie do kina. I to na niezwykle komfortowy seans: w ogromnej sali jednego z największych kin w Polsce było niecałe dwadzieścia osób... Ale do rzeczy.

Szósta część przygód Harry'ego Pottera jednocześnie zachwyca i rozczarowuje. Zachwyca stroną wizualną - moim skromnym zdaniem jest najlepszym pod tym względem z dotychczasowych filmów z tej serii: całe sekwencje filmowane w oszczędnych barwach - mroczne, niemal monochromatyczne, jedynie z przebłyskami kolorów - opresyjne wnętrza, zimowy krajobraz; ograny został nawet wykreowany lub tez przetworzony komputerowo Londyn, utrzymany w okolicy modnej ostatnio stylistyki, w jakiej filmuje się np. komiksy, czyli pewnej sztuczności realistycznej skądinąd scenerii. Fenomenalna jest grota, w której Harry i Dumbledore szukają horkruksa - ta scenografia stanowi przepiękne nawiązanie do estetyki modernizmu, np.  plakatów filmów grozy z lat '20 i '30 XX w., podobnie zresztą jak ewidentnym ukłonem w tym kierunku jest "mechaniczny" wygląd wieży, w której rozgrywa się kilka kluczowych scen, a także komnata potrzeb, stanowiąca istny gabinet osobliwości szalonego naukowca.

Piękną robotą filmową jest pokazanie knowań młodego Malfoya przy pomocy punktującej pierwszą część filmu klatki, z której znikają kolejne ptaki - przedmiot zakazanych eksperymentów. Wygląd tej klatki stanowi zresztą poniekąd kwintesencję stylistyki wnętrz tego film, Hogwart jest tu bowiem zaskakujący: nagle okazuje się, że są tu miejsca pełne dziwacznej maszynerii (?), opuszczone wieże z powybijanymi oknami, wszystko to dalekie od przytulnej, ciepłej wiktoriańskości poprzednich odcinków. I jest to niezwykle piękne i efektowne, tylko że nie do końca pasujące do tej opowieści - tu powinno się raczej wygrać efekt narastajacego mroku, opresji i przerażenia samym światłem i barwami, które pożerałyby i wykrzywiały te pluszowo-neogotyckie wnętrza, z jakimi mieliśmy dotychczas do czynienia. Voldemort jako upiór odhumanizowanej nowoczesności to zupełnie inna bajka.

Problem dodatkowo w tym, że w tej niezwykle efektownej scenerii kompletnie gubią się aktorzy, i to nawet ci najwybitniejsi, ba - momentami gubią się wręcz postacie. Dumbledore właściwie przez cały czas "gra Gandalfem" (po prawdzie w pierwszej chwili miałam wręcz wrażenie, że znów zmieniono obsadę i to jest Ian McKellen), bo nie bardzo jest czas, żeby zrobić cokolwiek innego z tą rolą. Maggie Smith (McGonagall) jest całkowicie niewidoczna, co gorsza, można odnieść wrażenie, że kilka scen z jej udziałem zostało wrzucone do filmu na siłę, byle aktorka pojawiła się na ekranie. Jeszcze bardziej żałośnie wygląda to w przypadku Remusa Lupina i Tonks, którzy występują w jednej, dopisanej do książki i słabo uzasadnionej fabularnie scenie napaści na dom Weasleyów, i zostali wprowadzeni chyba tylko po to, żeby widz nie zapomniał o ich istnieniu przed częścią siódmą. Została tu też - dość topornie - przemycona informacja o wilkołactwie Lupina, tyle że nie jestem pewna, do kogo jest ona skierowana: ci, co wiedzą, spodziewają się, że ta uwaga do czegoś poprowadzi, a ona okazuje się niewypalającą niestety strzelbą, natomiast komuś, kto nie wie, niewiele powie ta rzucona mimochodem uwaga, po której w dodatku niemal natychmiast następuje bardzo dynamiczna i groźna scena walki na mokradłach.

Nie wiem też, dlaczego Alan Rickman (Snape), który dotychczas pokazywany był w charakteryzacji podkreślającej ostre rysy (jak za czasów szeryfa z Nottingham w Księciu złodziei), tu wygląda jak dobroduszny, pękaty proboszcz z angielskiej prowincji, który tylko spojrzeniem usiłuje sugerować mroczniejsze zakamarki swojej duszy. Może i byłby to jakiś pomysł na rolę dwuznacznej, zagadkowej postaci, co więcej - z pewnością do udźwignięcia dla tego wybitnego aktora, ale po pierwsze nie w tej historii, po drugie to kolejny element, który sprawia, że gdzieś gubi się ciągłość tego filmu z poprzednimi. Co więcej, ten wygląd jest również niespójny z estetyką filmu - spodziewalibyśmy się tu raczej Snape'a jeszcze bardziej wychudzonego, z głębokimi cieniami pod oczami, skrywającego pod maską posępnego spokoju wielokrotne zawikłania swoich motywacji*.

W rezultacie w tym filmie w pamięć zapada naprawdę jedna rola: Draco Malfoya. Jeśli komuś z młodych aktorów, którzy rozpoczęli kariery w tym filmie, wróżę wielkie osiągnięcia aktorskie, a nie tylko gwiazdorskie, to po tym filmie właśnie Tomowi Feltonowi, którego rola ociera się chwilami o aktorski geniusz. Fenomenalnie udało się pokazanie walki tego chłopaka z samym sobą, jego wygórowanych ambicji i pychy, a zarazem skrajnej zwyczajności. To jedyna prawdziwie dramatyczna rola w tym odcinku, pozostali młodzi są dobrzy, profesjonalni, przekonujący (bardzo ładny jest sam początek, scena, pokazująca, że Harry zaczyna tęsknić do zwykłego życia), a Rupert Grint (Ron) pokazuję autentyczną vis comica, gwarantującą mu zapewne długie lata kariery aktora komicznego, co w Anglii ma szanse się nie zmarnować. Jakkolwiek znów część scen z jego udziałem jest fabularnie umiarkowanie potrzebna i sprawia wrażenie, że została w montażu, aby dać chłopakowi możliwość aktorskiego popisu, fantastyczne jest to, że nie ma tu szarży i rechotu, a komizm w jakimś stopniu jest potrzebny, aby rozładować mroczną, naładowaną emocjami atmosferę.

Głównym problemem tego filmu wydaje się być to, że w przeciwieństwie do części piątej, która została też okrojona o niemal połowę, wyrzucenie tu sporej liczby wątków bardzo nie służy jasności fabuły. Na dodatek scenarzyści usiłowali ścisnąć, ile się dało, w tych dwóch i pół godzinach, i chyba w rezultacie niezbyt fortunnie ułożyli scenariusz. Po co rozbudowane sceny treningu i meczu quidditcha, skoro na dobrą sprawę nie dowiadujemy się, o co chodzi z tytułem filmu? Owszem, książka należąca do "Half-Blood Prince" gra sporą rolę zwłaszcza w pierwszej części filmu (jest widzowi co jakiś czas wręcz podtykana pod nos), ale poza ujawnieniem tożsamości - skądinąd świetna filmowo scena - nie dowiadujemy się nic o tym, co znaczy ten pseudonim i skąd się wziął**.

Zdaję sobie sprawę, że scenarzyści i producenci mieli nie lada problem, robiąc tę serię filmów: po trzech pierwszych, krótkich tomach, przyszło do ekranizacji czterech potężnych epickich opowieści. Część siódma będzie podzielona na dwa odcinki - może tak samo należało postąpić już z szóstą? Albo jeszcze lepiej - choć to już teraz nie do odrobienia, bo aktorzy grający główne role zbyt się zmienili - co najmniej od czwórki kręcić znacznie więcej materiału, a następnie zrobić z niego telewizyjny serial, w którym zmieściłyby się i wszelkie niuanse obyczajowe (jakkolwiek ciekawe, nierzadko zaburzają spójność fabularną, no i kradną ekranowy czas) i epizody komiczne. A rzecz miałaby wielkie szanse się sprzedać, zwłaszcza że w obecnej chwili amerykańskie seriale od strony technicznej niczym nie ustępują filmom pełnometrażowym.

A mnie pozostaje czekać na ekranizację mojej ulubionej ostatnio z tłumaczonych książki, Złodzieja pioruna. Autorzy filmu pozmieniali bardzo dużo w stosunku do powieści, kierując się między innymi doświadczeniami z planu pierwszych Potterów i pracy z małoletnimi aktorami. Trzymam kciuki, żeby wyszło to ekranizacji na dobre, bo bardzo się do tej serii przywiązałam i życzę jej filmowemu wcieleniu jak najlepiej.

Millenium Bridge w Londynie

* Mam tylko nadzieję, że moje pierwsze skojarzenie na widok Snape'a - że Rickman jest ciężko chory, a jego wygląd to wynik np. kuracji sterydowej, kilogramy nie do zrzucenia dla roli i nie do zamaskowania kostiumem i charakteryzacją - nie jest trafne, bo jest to jeden z moich ulubionych aktorów.

** Zabawnie się składa, że akurat te cięcia fabularne ratują polski tytuł przed bezsensownością. Ale jakoś dziwnie nie podejrzewam, żeby celem tych cięć była próba ratowania reputacji Andrzeja Polkowskiego, autora jednego z największych polskich gniotów przekładowych. (Zaszczytne pierwsze miejsce dzierży nadal Jerzy Łoziński za "nowe przekłady" Diuny Franka Herberta i Władcy pierścieni Tolkiena; w konkurencji nie biorą udziału przekłady po prostu lipne, wykonywane przez ludzi o słabej znajomości języka oryginału. W zasadzie nagroda ta powinna być antynagrodą im. Ireny Tuwim, przyznawaną za nieudolne silenie się na kongenialność.)

czwartek, 30 lipca 2009
Ad fontes?

Nic dwa razy się nie zdarza? Akurat. No niby nie tak samo, a jednak jakoś tak dziwnie.

Niecały rok temu wracałam przez Rumunię z objazdu po Grecji i tuż przed Timisoarą, na kolejnej stacji benzynowej, na której bezskutecznie poszukiwałyśmy "roviniety" (za brak której grozi mandat, a której dostanie graniczy z cudem; Timisoara to już były 2/3 przejazdu przez Rumunię, a winiet jak nie było tak nie było), postanowiłam rozprostować nogi, podczas gdy N. poszła dowiedzieć się, że roviniety nie ma. Wysiadałam właśnie z samochodu, kiedy poczułam bardzo ostry ból w nodze i chwilę potem zataczając się dotarłam do stojącej na szczęście w pobliżu ławeczki, frenetycznie poszukując w plecaczku antyhistaminików. Noga puchła właśnie w efekcie użądlenia przez osę wielkości małego szerszenia - na pozostałych stu kilometrach dzielących nas od granicy węgierskiej zrezygnowałyśmy z poszukiwania roviniety, jako że moim jedynym marzeniem było dojechać do kraju, gdzie w razie czego poziom higieny w szpitalach jest już na pewno na poziomie europejskim. Noga była szczęśliwie lewa, a sprytny system opatrunków i podkładek umożliwiał nawet używanie sprzęgła w dość normalnym trybie.

Dwa dni temu wracałam przez Słowację z objazdu kawałka austrowęgierskiego, że tak powiem, limesu rzymskiego imperium, kiedy naciskając na sprzęgło poczułam ostry ból w pięcie. Uznałam, że ponieważ "nic dwa razy", jak mówi poet(k)a, musiał to być rozgrzany kamyczek, ale byłam w błędzie. Bliższe oględziny na nadarzającym się postoju ujawniły ani chybi użądlenie przez osę, która musiała zaplątać się do samochodu jeszcze na Węgrzech, kiedy w ślicznym miasteczku Sirok koło Egeru spożywałyśmy posiłek, opędzając się od zainteresowanych zapachami os. Na szczęście skóra na pięcie jest twarda, więc bąbel rozlazł się jedynie na chwilę po spodzie stopy, a następnie skapitulował w obliczu nieubłaganego zyrtecu i pod wieczór pięta już nawet jakoś szczególnie nie bolała.

Piszę o tym wszystkim nie po to, żeby litować się nad swoim losem (skądinąd jak policzę przygody z osami, to czuję się jak ten alergik z obrazka z Garfieldem, na którego kolana pchają się wszystkie okoliczne koty - które zresztą do mnie też z reguły przychodzą), ani nawet po to, żeby rozprawiać filozoficznie o prawdziwości tezy zawartej w wierszu Szymborskiej, ale wbrew pozorom w nawiązaniu do poprzedniego wpisu i zwłaszcza pewnego wątku dyskusji pod nim.

Z przejazdu w obie strony przez Rumunię pamiętam kilka epizodów: jakiś wyjątkowo piękny krajobraz (np. przełomu Dunaju), niekończące się drum in lucru czyli roboty drogowe, miłe zaskoczenie, jakim okazało się przypadkowe miasteczko Lugoj, w którym wypadł nam nocleg. Natomiast nie pamiętam dokładnie żadnej stacji benzynowej, na której szukałyśmy roviniety, za wyjątkiem tej jednej, z której pamiętam nawet kolory ścian w toalecie. Pamiętam dlatego, że przeżyłam tam coś, co wbiło mi się w pamięć, a co więcej, poprzez to "powtórzenie" z następnego roku, zapewne pozostanie w tej pamięci znacznie dłużej i silniej się w niej zapisze.

Tak samo, myślę, bywa z wydarzeniami "wielkimi" - z tego, co je w szerszej perspektywie tworzy, nasza pamięć wybiera jakiś moment, który czymś się wyróżnił, niekoniecznie zaś ten "obiektywnie" najważniejszy. Kiedy odpowiadałam na komentarze do poprzedniego wpisu, przypomniał mi się początek Akt Odessy Fredericka Forsytha - przeczytałam sobie to teraz dokładniej i nawet bardziej mi pasuje do ogólnej idei. Mianowicie jest tam scena, kiedy główny bohater jadąc zachodnioniemiecką autostradą słyszy wiadomość o zamachu na Kennedy'ego. Natychmiast zatrzymuje się na poboczu, a chwilę później widzi, że podobnie robi mnóstwo kierowców. Niektórzy obawiają się, że to wydarzenie może wywołać kolejną wojnę, inni natychmiast zaczynają roztrząsać, czy to sprawka komunistów itd. Z perspektywy niemal półwiecza wiemy już, że zabójstwo JFK miało znacznie mniejszy wpływ na dzieje świata niż wówczas mogło się wydawać. Z perspektywy trzydziestu lat wiemy też, że wybór Polaka na głowę pewnej skądinąd mało sympatycznej ogólnoświatowej organizacji religijnej miał dla świata znacznie donioślejsze znaczenie niż tylko to, co wtedy zapewne było największym zaskoczeniem - czyli przełamanie wieloletniego monopolu Włochów na tym stanowisku.

Wszyscy w ciągu życia jesteśmy świadkami takich czy innych ważnych wydarzeń, ale rzadko jesteśmy w stanie na bieżąco  oceniać ich faktyczne znaczenie. Emocje bardzo pomagają zapamiętywać konkretne sytuacje. Po latach może się okazywać, że nie pamiętamy,  gdzie dokładnie byliśmy, nie mówiąc o tym, w co byliśmy ubrani w chwili, która z późniejszej perspektywy okazała się dziejowa. Z wydarzeń o nieco dłuższym trwaniu, jak chociażby cała seria zdarzeń z roku 1989, możemy najlepiej pamiętać epizod, który oddziałał mocno na nasze emocje albo wyobraźnię symboliczną, a z punktu widzenia "obiektywizmu" historii był stosunkowo mało istotny. Dlatego zapewne tak wielu ludziom w bardzo różnym wieku zapadł w pamięć ten moment, kiedy Tadeusz Mazowiecki zasłabł podczas wygłaszania exposé w Sejmie - podejrzewam, że mocniej niż konkretne sformułowania tego wystąpienia (może za wyjątkiem "grubej kreski", która na dodatek została później tak zmanipulowana i przekłamana, że kompletnie wypadła z kontekstu).

Piszę sobie tak o tym wakacyjnie, bo przyszło mi do głowy, że - zwłaszcza w przypadku epok dawnych - często cały materiał, jakim dysponuje historyk czy archeolog, to właśnie takie fragmenty dotyczące zdarzeń, które dla przypadkowego piszącego były w danym momencie ważne, albo też przedmioty, które coś emocjonalnie dla kogoś znaczyły i dlatego znalazły się w wyposażeniu grobowym - i nie ma w tym żadnego głębszego ideowego zamysłu. Z jednej strony ten brak solidnych źródeł bywa frustrujący, z drugiej zaś czyni zajmowanie się starożytnością fascynującą łamigłówką. A z dyskusji takich jak pod poprzednim wpisem historyk może się nauczyć sporo pokory wobec źródeł, pokazuje ona bowiem na żywo, jak bardzo trudno jest czasami dostrzec prawdziwe intencje zapisującego historię.

A wracając do poplątanego początku tych chaotycznych rozmyślań, to gdybym kiedyś chciała napisać książkę wspomnieniową, być może jakiś kaprys sprawiłby, że opisałabym w niej szczegółowo stację benzynową pod Timisoarą. Nie zaznaczyłabym zapewne, że kolorystyka jej wnętrza odbiegała zasadniczo od innych, które odwiedziłam, toteż gdyby w wyniku jakiegoś zawirowania dziejowego moje memuary stały się ważnym źródłem do kultury materialnej Europy początku XXI wieku, ktoś mógłby wysnuć błędny wniosek o wyglądzie rumuńskich stacji benzynowych. Na koniec pozwolę sobie zacytować wypowiedź pewnego wykładowcy historii starożytnej, skierowaną do apatycznych studentów niedługo po aferze z książką Zyzaka o Wałęsie: Uważacie, że Plutarch to bajki? To może idźcie na seminarium z XX wieku, tam mają porządne źródła.

Szerszeń

środa, 22 lipca 2009
Lunatycznie

Jednym z pierwszych "obrazków", jakie powiesiłam sobie na ścianie we własnym mieszkaniu był plakat - przywieziony wiele lat temu z pierwszego pobytu w Anglii - z Neilem Armstrongiem odbijającym się w osłonie (przyłbicy? jak to nazwać?) hełmu "Buzza" Aldrina. Wymarzyłam sobie ten plakat, szukałam go w różnych miastach Europy i w końcu znalazłam w sklepiku przy muzeum w Greenwich. Za tamtym pierwszym pobytem oczywiście zrobiłam sobie zdjęcie na południku zero, a jakże, ale w późniejszych latach do Greenwich wracałam głównie z powodu antykwariatów, w których jest więcej ciekawych książek niż w sercu Londynu. A Armstrong z Aldrinem przeleżeli się w szafie aż w końcu znalazło się dla nich idealne miejsce między oknami, tak że spoglądają sobie na moje biurko i kolejne komputery psujące się z takim uporem, jakbym miała tam zdjęcie z misji Apollo 13 a nie 11.

Wyprawy na Księżyc, a zwłaszcza ta pierwsza, której okrągłą rocznicę właśnie obchodzimy (dokładnie czterdzieści lat temu astronauci kończyli właśnie spacer po Księżycu i szykowali się do powrotu na Ziemię), miały dla mnie zawsze posmak tego rodzaju romantyzmu, jaki kocham. Zapewne po części dlatego, że wychowana na literaturze science-fiction zawsze marzyłam, żeby polecieć w kosmos. Kiedy moje koleżanki z klasy na lekcjach pt. "kim chciałbym zostać" deklarowały się jako przyszłe aktorki i piosenkarki, ja chciałam najpierw być żeglarzem i podróżnikiem, a potem astronautą, podobnie jak połowa chłopaków z klasy. (Później przyszła kolej na archeologa i przynajmniej ten plan wreszcie po kilku potknięciach realizuję.) Na podwórku - a konkretnie w nieistniejącym już ogródku jordanowskim za blokiem, w którym wówczas mieszkałam - bawilśmy się w "Kosmos 1999" (serial skądinąd upiornie wręcz wtórny wobec Star Treka i do pięt mu nie dorastający, ale co tam, jak się ma te kilka lat) i "Gwiezdne wojny".

Potem przyszło oczarowanie trylogią księżycową Jerzego Żuławskiego - pierwsze rozdziały przeczytałam w jakimś czasopiśmie, ale co to było, nie mam pojęcia, w każdym razie szybko sięgnęłam - dosłownie, bo stała wysoko - po książkę Na srebrnym globie w takim starym wydaniu... Potem niestety poszłam na film Andrzeja Żuławskiego, który był jedynym w mojej kinomańskiej karierze, z którego autentycznie miałam ochotę wyjść, ale nie mogłam, ponieważ cała sala kina Mikro była szczelnie wypełniona widzami. W kategorii najgorszego filmu w moim życiu zajmuje on w każdym razie nadal zaszczytne miejsce w pierwszej trójce razem z Pasją Mela Gibsona i Aleksandrem Olivera Stone'a, zaraz potem plasuje się większość twórczości Kieślowskiego, ale o tym innym razem.

Do dziś zostało mi jedno, mimo iż już dość dawno porzuciłam ambicje zostania astronautą i zadowalam się podróżowaniem w miarę skromnych możliwości po starej Ziemi: gdyby ktoś mi zaproponował lot na Księżyc albo chociażby wycieczkę wahadłowcem, poleciałabym natychmiast, mimo że nie znoszę latać. A lecąc na Księżyc, zapewne miałabym na uszach słuchawki z "Nad pięknym modrym Dunajem" Straussa - tym razem na cześć sceny podróży na Księżyc z filmu, który sprawił, że przez ponad dwie godziny siedziałam z wzrokiem wlepionym w ekran i nie byłoby siły, która mogłaby mnie od niego oderwać.

I właściwie jedna z najsłynniejszych scen tego filmu - kość wyrzucona przez hominida, która zmienia się w prom kosmiczny lecący na orbitę - stanowi streszczenie moich zainteresowań światem, rozpiętych między daleką przeszłością a całkowitą nowoczesnością. Przy całej miłości do różnych wytworów epok pośrednich między starożytnością a nowoczesnością, byłabym w stanie zamknąć je w takim krótkim cięciu, gdybym musiała wybierać. Gdyby istniało powiedzenie "pokaż mi swoje ściany, a powiem ci, kim jesteś", to moje mieszkanie dobitnie by o tym świadczyło. Bardziej tradycyjnie książkami zresztą też, bo Ksenofont sąsiaduje tu z Lemem. Ewidentnie dzieciństwo w pokoju szczelnie wypełnionym książkami fantastycznymi było równie ważne jak wyprawa do Grecji w wieku sześciu lat.

Hale Trajana 2009

Zakładki:
...
Blogi, po części zdechłe
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright