poniedziałek, 11 czerwca 2007
Notatki z Paryża (3-2)
Dzień czwarty - część druga*

Nie zmarnowałam natomiast czasu jadąc do Muzeum Gustave'a Moreau - symbolisty, wizjonera, którego ewidentnie w większym stopniu niż współczesnych mu (i pokrewnych duchem) prerafaelitów angielskich fascynowały tematy antyczne. Jego dzieła balansują na granicy kiczu, ale mają w sobie coś porywającego, momentami niepokojącego, momentami rozbrajająco naiwnego. Mnie najbardziej podobały się te obrazy, na których spod - lub wśród - warstw farby olejnej prześwitują filigranowe konstrukcje niczym z secesyjnego wzornictwa. A poza tym zachwyciło mnie mieszkanie artysty, w którym urządzone jest muzeum - wielokondygnacyjne, dziwacznie pokrętne, ze spiralnymi schodami wiodącymi na poddasze, gdzie znajduje się gros kolekcji. W każdym razie Moreau szybko awansował na mojego ulubionego malarza francuskiego - bo jak ogólnie lubię impresjonizm i większość postimpresjonizmu, to jakoś nie wyróżniam wśród tych twórców nikogo specjalnie - prędzej pojedyncze obrazy. A na pewno jest ciekawszy od większości tego, co z francuskiego malarstwa wisi w Luwrze - prawdę mówiąc jest tam mnóstwo okropnego kiczu, sporo rzeczy rozpaczliwie wtórnych i nieciekawych, no i parę bezwzględnych okropieństw, które wyglądają, jakby się urwały spod Bramy Floriańskiej. Kto nie wierzy, niech zajrzy tutaj: http://www.insecula.com/us/oeuvre/O0009743.html - jak dla mnie, ten obraz jest tak rekordowo zły, że aż usiłowałam go sfotografować, ale wyszedł nieostro.

A potem oczywiście odwiedziłam znów Luwr - niech żyją czterodniowe karnety na większość paryskich muzeów! Tym razem zwiedziłam Rzym i Etrurię, a także archaiczną Grecję - choć po prawdzie zamierzałam zobaczyć głównie Mezopotamię i Persję - ale nie udało mi się tam trafić. W środę musi się udać - planuję spędzić ogromną część tego dnia włócząc się po Luwrze, który szczęśliwie będzie wtedy otwarty do 22. Niestety pomimo posiadania przeze mnie planu, włóczenie się jest skazane na chaotyczność - jak już pisałam zrozumienie układu tego muzeum przekracza moje możliwości intelektualne. Jestem nawet skłonna uwierzyć w geniusz Roberta Langdona - ktoś, kto potrafi wszystko znaleźć w Luwrze osiągnął jakiś poziom geniuszu.

W galerii z rzeźbą rzymską znalazłam najpiękniejszy, jaki dotychczas widziałam, relief związany z misteriami Mitry, a także posąg Messaliny, który urzekł mnie swą nieprzystawalnością do historycznepoje, plotkarskiego i popkulturowego obrazu żony cesarza Klaudiusza. Znana głównie jako trucicielka i kobieta rozwiązłych obyczajów, Messalina jest tu bowiem przedstawiona jako nie tylko nobliwa matrona, ale i czuła matka - archetypowa madonna z dzieciątkiem. Posąg ten pochodzi zapewne z czasów, kiedy Klaudiusz był jeszcze nieprzytomnie zakochany w Messalinie - i szczęśliwie przetrwał obrazoburstwo dokonane przez jej następczynię przy cesarskim boku, Agryppinę Młodszą, skądinąd też niezłe ziółko - wedle większości historyków i plotkarzy antycznych udało jej się to, czego nie dokonała Messalina: otrucie Klaudiusza i osadzenie własnego syna na tronie. A zatem Messalina w roli dobrej matki, wedle opisu z synem Brytanikiem, podówczas jeszcze następcą tronu (i jakkolwiek czarna legenda Nerona jest w dużej mierze dziełem Sienkiewicza, może byłoby lepiej, gdyby Brytanik władzę objął - może przetrwałaby dynastia julijsko-klaudyjska - choć z drugiej strony szkoda byłoby tak wybitnych cesarzy jak Hadrian, Trajan czy Marek Aureliusz...).

Messalina z małym Brytannikiem, Luwr

Pod wieczór, czyli po zamknięciu Luwru, pojechałam na Île de la Cité, bo w końcu trochę nie wypada nie rzucić przynajmniej okiem na Notre Dame - ale poza tym wszelkie znajdujące się tu atrakcje turystyczne daruję sobie bez żalu. Nie spieszno mi do oglądania np. odtworzonej celi, w której rewolucjoniści z 1789 r. trzymali Marię Antoninę - nie mam do tej królowej ani grama sympatii. A zatem obejrzałam głównie gargulce - niezwykle urodziwe, jak to gargulce.

Gargulce na Notre Dame

* PS. Własnie się dowiedziałam od programu blogowego, że moj wpis był za długi (??!!), więc musiałam go podzielić na dwa.

 

Notatki z Paryża (3-1)

Dzień czwarty - część pierwsza*

Sancta simplicitas mea! W naiwnym przekonaniu, że na czymś, co nazywa się "pchlim targiem", handluje się glównie starociami, przejechalam się na Porte de Clignancourt, żeby przeżyć jedno z największych rozczarowań tej podróży. Znalazlam się bowiem, sądząc po dzisiejszych newsach, w raju posłanki Szczypińskiej: na ulicach pelnych sprzedawców podrabianych markowych - ba, designerskich - torebek, pasków, portfeli i okularów. Nieco dziwnie się tam poczułam w spodniach od Diora i z szalem Louisa Vuittona przewieszonym przez skórzaną torebkę - wszystko autentyczne, choć przyznaję, że z krakowskiego butiku specjalizującego się w designerskim second handzie i przecenach z najdroższych sklepów. Zmykając stamtąd w pośpiechu, żeby nie marnować cennego czasu pocieszałam się jedynie myślą, że wprawdzie panowie z tej ulicy zapewne nie widzieli różnicy, to gdybym postanowiła zwiedzić któryś z salonów przy Avenue Montaigne, nie miałabym problemu z wejściem i nie patrzono by na mnie spode łba.

Dygresja: Okej, wiem, że to snobizm, ale jeszcze kilka lat temu (nawiasem mówiąc na wycieczce w Indiach), nie wierzyłam znajomej, która usiłowała wykazać mi wyższość podkoszulków firmowych nad zwykłymi. Potem powoli zaczęłam się przekonywać - niestety czasem dosłownie na własnej skórze - że "tanie jest drogie" - zaczęło się od butów, a następnie przeniosło na wiele innych sfer ubrania. No a poza tym uważam, że odrobina snobizmu nikomu jeszcze nie zaszkodziła.

Dziwnym mi się jedynie wydaje, że przewodniki polecają ten targ jako atrakcję, posiada on nawet (niestety niedziałającą) stronę internetową - może gdzieś ukryły się ciekawe sklepiki i stragany, oferujące coś więcej niż marne kopie dobrej galanterii i afrykańską cepelię? Jeśli tak jest, to przydałyby się jakieś strzałki wskazujące, gdzie można czego szukać. Może innym razem, jak będę miała tu więcej czasu, dam marché aux puces drugą szansę. Dziś mam poczucie zmarnowanego czasu.

Witryna Guerlaina (prawdziwego) przy Champs Elysees

Notatek konsumenckich ciąg dalszy
  • Dlaczego w Polsce nowości są najdroższe? W Empiku najnowsza płyta Rufusa Wainwrighta Release the Stars kosztuje 97,99 zł - tu we Fnacu 15 euro, a w Virgin Megastore na Polach Elizejskich tylko 13 euro (niecałe 50 zł wg dzisiejszego kursu średniego!) .W obu cena ta jest reklamowana jako premierowa. I tak jest ze wszystkimi premierami - na które w krakowskim Music Cornerze nie obowiązuje nawet zniżkowa karta stałego klienta. Obawiam się, że taka polityka koncernów i sklepów (jednak sklepów, skoro tu może być premierowo taniej?) tylko napędza w Polsce piractwo.
* PS. Własnie się dowiedziałam od programu blogowego, że moj wpis był za długi (??!!), więc musiałam go podzielić na dwa.
Foto: Wenus w pajęczynie
Wenus z Milo (Afrodyta z Melos), Luwr
Jakieś pajączki postanowily zamieszkać (zapolować?) w okolicach fryzury bogini.
Notatki z Paryża (2)

Dzień trzeci

Ponoć Francuzi mają doskonale systemy biurokratyczne, administracyjne, klasyfikacyjne - czy jakie tam, ale problem w tym, że dla zwykłego człowieka są one zazwyczaj niezrozumiałe. Podejrzewam wręcz, że zagorzali frankofile udają, że np. francuskie tablice rejestracyjne są dla nich czytelne. Osobiście slyszałam, że chyba te dwie pierwsze cyfry oznaczają departament - ale konia z rzędem temu, kto nie będąc urzędnikiem państwowym Republiki zna na pamięć ich numery.

Przyszło mi to do głowy z powodu kolejnej wizyty w Luwrze: dlaczego np. sala nr 74 (Wenus z Milo) znajduje się pomiędzy 33, 34 i 35? A z kolei 39 po jednej stronie ma jak należy 40, ale po drugiej - 45 (44 znajduje się natomiast po drugiej stronie galerii). Co więcej, wyglądająca niezwykle profesjonalnie witryna internetowa muzeum wielokrotnie wprowadza zwiedzających w błąd. Dziś sporo czasu straciłam na dokladne przeszukanie sali 43 w pogoni za wazami, które jak się okazało stały sobie spokojnie w 44 (na szczęście sąsiedniej). Jeszcze gorzej było w sali z brązami greckimi - posiadłam informację, że pewna figurka, którą chciałam koniecznie obejrzeć, znajduje się w pod numerem 3 w "centralnej gablocie". Sęk w tym, że jedyne coś, co można by tym mianem określić, jest bardzo skądinąd pomysłową ekspozycją złotej biżuterii - zresztą absolutnie przepięknej. W sali stoją natomiast aż cztery potężne gabloty (nie licząc tych pod ścianami i we wnękach), w których na dodatek eksponaty wcale nie są numerowane. Nie muszę chyba dodawać, że poszukiwana figurka byla w tej gablocie, do której podeszłam na końcu?

Oczywiście nie mam nic przeciwko obejrzeniu sporej liczby waz i hellenistycznych brązów - są one bowiem w ogromnej większości piękne i interesujące i mogłabym na nie patrzeć godzinami. Posiadłam poza tym dzięki temu sporą kolekcję zdjęć absolutnie fascynujących przedstawień mitologicznych, a poszukiwanych Persów i gryfy w końcu też znalazłam. Ale i tak układ Luwru wyprowadza mnie z równowagi.

Zasadniczo został mi jeszcze do znalezienia starożytny wschód, no i nadmieniam, że nie udało mi się wciąż dotrzeć do Mony Lisy (nie żebym się szczególnie starała). Zdążyłam już natomiast zapełnić zdjęciami dwugigową kartę pamięci.

Mlody atleta, Luwr

Poza tym zawędrowałam dziś do Musée d'Orsay, w którym największe wrażenie zrobila na mnie sama jego architektura - adaptacja dawnego dworca na medal! Sztuka XIX wieku nie jest tym, co zachwyca mnie najbardziej, ale znalazlam sporo całkiem przyjemnych rzeźb z przełomu wieków (poprzedniego, oczywiście) oraz ze szczerą przyjemnością obejrzałam kilka arcydziel impresjonizmu i postimpresjonizmu. Mają tam również bardzo piękne zbiory sztuki użytkowej w stylu art deco - nigdy nie przepadałam za zwiedzaniem wnętrz domów czy pałacow (zwłaszcza pałacow, zwłaszcza XVII czy XVIII-wiecznych), ale w tym przypadku chętnie robię wyjątek - secesja i art deco najlepiej sprawdzają się właśnie w takiej sztuce (jedyną jak na razie rezydencją, którą zwiedziłam z własnej woli i z niekłamaną przyjemnością było podlondyńskie Eltham - urządzone w klasycyzującym art deco - jakkolwiek dziwacznie by to brzmiało, tak właśnie jest). Przyznam, nie mialabym nic przeciwko posiadaniu takich mebli, nie mówiąc już o drobiazgach: szkle, ceramice, lampach czy innych przedmiotach codziennego użytku.

Patera art deco, Musee d'Orsay

Wieczorem udałam się do La Défense, którą pamiętałam sprzed lat - z czasów, kiedy byłam w Paryżu jako dziecko - wtedy po raz pierwszy zetknęłam się z supernowoczesną architekturą. Nie wiem, czy to pamięć płata mi figle, czy też tę dzielnicę całkowicie przebudowano - nijak nie znalazlam zapamiętanych budynków. Może były w innym mieście? Będę musiała namówić rodziców na pokaz przeźroczy z tamtej podróży (tak, tak, robiliśmy wtedy głównie slajdy).

Niezależnie od tego bardzo mi się tam podobało - rzeźby pięknie wpisane w architekturę, sporo zieleni oswajającej niewątpliwie "zimne" budynki. I ten absurdalny łuk-nie-łuk (brak mu choć odrobiny krągłości utożsamianej z "łukowatością") - jakby odbicie znajdującego się po drugiej stronie długiej alei Łuku Triumfalnego na Place de l'Étoile. I mnóstwo ludzi: grających w pilkę i dysk (frisbee), jeżdżących na rolkach, spacerujących - nawet jakiś domorosły Bob Marley wyśpiewujący reggae-podobne kawałki ze środka monumentalnych schodów wiodących do łuku. Bardzo miły wieczór.

La Defense, Paryż

niedziela, 10 czerwca 2007
Foto: każdy w swoją stronę
Niebo nad Paryżem, 9 czerwca 2007, ok. 21.30
sobota, 09 czerwca 2007
Notatki z Paryża (1)

Dzień pierwszy (czyli wczoraj):

Zdecydowanie wolę Londyn. A ostatnio również Ateny. Jak ludzie rozpoznają pociągi metra na peronach, na które przyjeżdża kilka różnych linii? Na szczęście w porównaniu z tym, co zapamiętałam z dzieciństwa, znacznie więcej osób mówi po angielsku, no i nie obrażają się na słabą francuszczyznę.

Fontanna z figurką Psyche, okolice Comedie Francaise

Dzień drugi (czyli dzisiaj):

Nadal wolę Londyn i Ateny, ale przynajmniej nie pogubiłam się już w metrze. Przeszłam dzielnie całe Pola Elizejskie, a następnie Ogrody Tuilieries, żeby w końcu dotrzeć do Luwru i na wystawę Praksytelesa, która była powodem mojego tutaj przyjazdu. Rzeźby przepiękne, niestety nie wolno robić zdjęć, a katalog za 40 euro jest tylko po francusku. Póki co za jedną czwartą tej ceny kupiłam sobie sympatyczne kompendium wiedzy o starożytnej Persji - będzie na czym szkolić francuski.

Luwr ogólnie sprawił na mnie nieszczególne wrażenie (zdecydowanie wolę British Museum, za zwiedzanie którego na dodatek się nie płaci) - jest bałaganiarsko urządzony, bardzo trudno znaleźć to, co by się najbardziej chciało zobaczyć - zwłaszcza jeśli nie jest to Mona Lisa, Wenus z Milo (czyli po prawdzie Afrodyta z Melos) ani Nike z Samotraki. Te dwie ostatnie akurat bardzo chciałam zobaczyć i przyznam, że istotnie są warte swojej sławy. Jeśli zawędruję w okolice Mony Lisy, to pewnie też ją obejrzę - choć obawiam się, że z powodu Kodu da Vinci jest jeszcze trudniej się do niej dopchać niż dawniej. Zwłaszcza że elementy kultu Dana Browna już widziałam: łączące się piramidy w podziemiach Luwru są ulubionym miejscem na robienie sobie zdjęć - do tego stopnia, że zrobienie im zdjęcia bez kogoś pozującego na ich tle graniczy z niemożliwością. Ciekawa jestem, ilu z tych ludzi uważa, że robi sobie zdjęcie z grobem Magdaleny? (Ciekawostka à propos tej ostatniej - kościół pod jej wezwaniem w Paryżu nie tylko jest architektonicznie oparty na modelu świątyni greckiej, ale też nie posiada na zewnątrz żadnych symboli wskazujących, że jest to chrześcijańskie miejsce kultu - aż dziw, że Dan Brown nie osnuł wokół tego wielkiego spisku.)

Hellenistyczna figurka gołębia

Garstka obserwacji:

  • większość firm odzieżowych, w których kupuję ciuchy w Polsce, ma swoje sklepy albo w okolicach Les Halles, albo nawet na Polach Elizejskich, w związku z czym czuję mniejszy przymus przywiezienia stąd ciucha - chyba że wpadnie mi w oko coś szczególnego w jakimś małym butiku;
  • w podziemiach Luwru zamiast Belfegora króluje konsumpcja: urządzono tu wielką galerię handlowo-restauracyjną, dzięki czemu np. księgarnie muzealne są otwarte długo po zamknięciu samego muzeum - doskonały pomysł, szkoda że nie wypalił w Krakowie (pod Rynkiem);
  • w Paryżu, podobnie jak w Krakowie, nie ma nadmiaru miejsc parkingowych na ulicach, za to wszędzie są wielkie parkingi, głównie podziemne, ale i wielopiętrowe nadziemne; w efekcie nawet na uliczkach w centrum widać wolne miejsca - i znów: czemu się nie inwestuje w takie parkingi w Polsce? 1400 miejsc, którymi szczyci się Galeria Krakowska to co najmniej dziesięć razy za mało.

Miejsce kultu Dana Browna

czwartek, 07 czerwca 2007
A Paris
Jutro skoro świt (squeak - wczesne wstawanie jest w okolicach pierwszego miejsca na liście najbardziej przeze mnie znienawidzonych rzeczy) lecę do Paryża, głównie po to, żeby obejrzeć w Luwrze wielką wystawę Praksytelesa. Mam nadzieję, że uda mi się tam dorwać do internetu i napisać coś na bieżąco :)
wtorek, 05 czerwca 2007
Nieredukowalna heterogeniczność dyskursów

Nie znoszę postmodernizmu. Po części zapewne dlatego, że póki co pracuję z niemal samymi jego wielbicielami, ale mimo wszystko głównie dlatego, że uważam go za to, co Alan Sokal określił mianem "intellectual hoax", intelektualnego oszustwa - gdy później książka jego i Jeana Bricmonta pt. Intellectual impostors została wydana po polsku, otrzymała tytuł Modne bzdury - z mojego obecnego punktu widzenia pasuje jak najbardziej.

Wczorajszy wieczór pogłębił tylko moją niechęć do po-mo. Nie chcąc ryzykować kolejnej awantury o zaniedbywanie obowiązków służbowych (czytaj: olewanie nic mnie nie obchodzących referatów), wybrałam się bowiem na wykład Światłego Kolegi poświęcony Wybitnemu Współczesnemu Poecie. Sam referat byłby jeszcze do zniesienia, albowiem głównie był nudny, ale potem się zaczęło. W dyskusji padały takie mianowicie sformułowania:

  • przedmioty obdarzone funkcją indeksalną
  • liczman nihilizmu
  • dezintegracja wizerunku czytanego tekstu
  • eksces jako poziom wyporności wiersza

Ten ostatni zwłaszcza nie przestaje mnie swą bełkotliwością zachwycać. Po pierwsze bowiem o ile wiem, wyporność to mają statki, po drugie - eksces w języku polskim ma znaczenie zupełnie inne niż zamierzył sobie pretensjonalny pseudo-intelektualista, który zabrał głos w dyskusji (niestety nie mam pojęcia, kto to był, ale wróżę mu wielką przyszłość kolejnego guru w instytucji, w której przyszło mi pracować).

Dyskutant ów mówiąc "eksces" miał oczywiście na myśli "nadmiar" - istotnie, słówko to pochodzi od łacińskiego czasownika excedo, excedere, excessi, excessum, które między innymi (aczkolwiek na dość dalekim miejscu w słowniku) oznacza wychodzenie poza coś, przekraczanie (czegoś). Problem zaś w tym, że "eksces" (częściej w liczbie mnogiej: ekscesy) oznacza nieakceptowalny społecznie wyczyn - owszem, przekroczenie, ale głównie norm społecznych w zachowaniu.

Było w tym coś nostalgicznego, przypomniały mi się bowiem pierwsze zajęcia z gramatyki opisowej, kiedy to po raz pierwszy zetknęłam się z mówieniem "redundantny" zamiast "zbyteczny", "relewantny" zamiast istotny i "irrelewantny" zamiast "nieistotny". Po prawdzie powinnam była już wtedy uciekać z tych studiów - uniknęłabym teraz siedzenia na dyskusjach, w których padają wyżej wymienione frazy.

Dzięki wczorajszemu doświadczeniu zrozumiałam jednak wreszcie, dlaczego PT Prelegent kilka miesięcy temu zapytał mnie, na jakiej podstawie uważam pierwotne znaczenia słów za prawdziwe - wtedy zatkało mnie tak, że nie odpowiedziałam: "zdrowego rozsądku".

Dziś dotarło do mnie, że postmodernizm to taka nowomowa: mówi się "dyskurs filozoficzny" zamiast filozofia, gest zaprzeczenia zamiast sprzeciw, no i nadaje zupełnie dowolne znaczenia starym słowom. A ja niestety jestem tradycjonalistką i lubię rozumieć słowa, których używam, i które słyszę.

Kilka lat temu zabawialiśmy się z moim Eks tworzeniem prowokacji intelektualnej na gruncie polskim (nawiasem mówiąc została opublikowana i nikt się do dziś nie zorientował) - w ramach czego wymyślaliśmy najbardziej absurdalne zestawienia mądrze brzmiących słów. Zatrzymaliśmy się w tej radosnej twórczości, kiedy wymyśliliśmy sformułowanie figurujące jako tytuł niniejszego wpisu, a oznaczające ni mniej ni więcej, tylko niemożność porozumienia. Uznaliśmy, że coś tak idiotycznego nie przejdzie i zostaniemy natychmiast zdemaskowani. Dziś nie jestem już tego taka pewna, przeciwnie, obawiam się, że termin ten mógłby wzbudzić zachwyt Teoretyków. Może go jeszcze kiedyś wykorzystam.

Akrobatka, brąz hellenistyczny, skądinąd uchwyt jakiegoś naczynia, British Museum

PS. Wszystkim, którzy jeszcze wierzą w postmodernizm, polecam - oprócz lektury Sokala/Bricmonta - stronę z "generatorem artykułów postmodernistycznych": http://www.elsewhere.org/pomo

poniedziałek, 04 czerwca 2007
Między nami hobbystami

W ciągu dwóch ostatnich dni udało mi się odnieść dwa zwycięstwa w małej prywatnej wojnie, którą prowadzę na eBayu. Żeby było zabawniej, przez chwilę wojna przerodziła się w pokój, a nawet w zasadzie przyjazne stosunki. Po czym znów chyba zapanowała wojna.

Kilka miesięcy temu dostałam maila, w którym inny eBayer wyrzekał na mnie, że po raz kolejny podkupiłam mu jakiś przedmiot (namiętnie kupuję tam rozmaite obrazki o tematyce antycznej, czasem jakieś monetki, gadżety związane ze starożytnością, no i oczywiście książki - no dobrze, przyznam się, tym razem był to krawat). Odpisałam mu w tonie gawędziarskim, na co dostałam odpowiedź, że moja zbrodnia została mi przebaczona, albowiem okazałam się miłą (ha - naprawdę tak napisał) osobą. Odpisałam znowu, ponieważ bardzo nie lubię pozostawiać listów bez odpowiedzi, i pisaliśmy do siebie przez jakiś czas, całkiem nawet miło się zrobiło.

A potem oczywiście musiałam palnąć głupstwo: człowiek ów - Amerykanin urodzony w Hiszpanii zresztą, dzięki czemu mogłam również poćwiczyć zapomniany już nieco hiszpański - przysłał mi obrazek, który samodzielnie wykonał do katalogu jakiejś wystawy. Problem w tym, że obrazek przedstawiał wojownika greckiego na koniu, a konie z niewiadomych powodów są niezwykle trudne do narysowania. Na dodatek był to koń od przodu. I miał zdecydowanie coś nie w porządku z perspektywą przednich nóg. No i oczywiście nie omieszkałam tego zauważyć w następnym mailu.

To jeszcze nie okazało się zerwaniem zawieszenia broni, choć oczywiście ton listów nieco ochłódł. Korespondencja urwała się, gdy ów człowiek podkupił z kolei obrazek, na który zagięłam parol, a ponieważ następnie zorientowawszy się, że to znów starcie ze mną, bardzo mnie przepraszał i powiedział, że następnym razem mogę mu dać znać, jeśli na czymś będzie mi zależało... Ponieważ kiedyś kupiłam za podobną sumę pieniędzy inny obrazek, którego w sumie nie powiesiłam na ścianie, a człowiek ów o tę aukcję miał do mnie największe pretensje, zaproponowałam, że możemy się wymienić - i tu właśnie się obraził. Chyba nigdy nie zrozumiem obrażalstwa.

Wczoraj i dziś to ja go z kolei ograłam. Ciekawe, czy potraktuje to jako pretekst do wznowienia korespondencji? W sumie miło się pisało i trochę mi tego brakuje. Zawsze miło porozmawiać z kimś, kto ma podobne hobby.

Polowanie, figurka z British Museum

sobota, 02 czerwca 2007
Foto: komoda z łaciną

Komoda z łacińskim napisem

Zamieszczam to zdjęcie z dwóch powodów: po pierwsze urzekły mnie łacińskie teksty z Księgi Rodzaju na tej komodzie, po drugie dlatego, że stało się ono - wraz z kilkoma innymi - powodem wysoce absurdalnej sytuacji. Stałam przed witryną pewnej galerii ze sztuką użytkową w Krakowie, akurat mając przy sobie aparat, ponieważ łaziłam po najrozmaitszych ciekawych miejscach, otwartych w ramach Święta Ogrodów. A ponieważ od jakiegoś czasu planuję pofotografowanie łacińskich inskrypcji w moim mieście, postanowiłam uwiecznić i ten mebel, który mnie od jakiegoś już czasu zachwycał.

Ledwie zdążyłam pstryknąć aparatem, ze środka sklepu wyskoczyła ekspedientka i zabroniła robić zdjęcia. Zważywszy, że nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby ktokolwiek zabronił mi fotografować wystawę sklepową, zaprotestowałam. Pani owa jednakowoż wytłumaczyła mi, że szefowa zabroniła robić zdjęcia, ponieważ są to przedmioty ręcznie malowane... Hmm, nie używałam flesza, więc nie widzę, w jaki sposób miałabym dzieło uszkodzić. Nie sądzę też, aby "szefowej" chodziło o to, że mogłabym ukraść duszę komody. Pani sprzedawczyni znikła we wnętrzu, toteż nie zdążyłam jej powiedzieć, że gdybym była turystką, mieliby darmową reklamę swoich towarów - pokazałabym przecież te zdjęcia rodzinie i znajomym.

A tak - nici z reklamy, nie napiszę, gdzie konkretnie zrobiłam to zdjęcie. Macie za swoje.

sobota, 26 maja 2007
Napisy a sprawa polska

Z wywiadu z szefem Grupy Hatak dowiedziałam się, skąd być może biorą się fatalne tłumaczenia na drogich, oficjalnie wydawanych płytach dvd - ponoć tłumacze pracujący dla dystrybutorów "zasysają" napisy z serwisów dla piratów i po kosmetycznych poprawkach (wg wywiadu głównie wyrzuceniu wulgaryzmów) wstawiają na płytę...

Wbrew temu, czym przechwala się szef Hataka, ich tłumaczenia w 90% są fatalne, polszczyzna woła o pomstę do nieba, a i poziom zrozumienia angielszczyzny jest czasem rozpaczliwy.

Dość to frustrujące: w poważnym wydawnictwie, dla którego coś tam robię, redaktorka przyznała mi się ostatnio, że część książek dają do tłumaczenia grupom studentów anglistyki, bo tak wychodzi dużo taniej (ok. 200 zł brutto na arkuszu wydawniczym), a dziś taka potencjalna rewelacja.

Jak sporo już lat temu zaczynałam przygodę z tłumaczeniem w wydawnictwie Pascal - poćwiczenie na początek na tekstach nieliterackich dobrze mi zresztą zrobiło - w przedmiowie do jednego z ich pierwszych przewodników umieścili podziękowania dla wszystkich, którzy brali udział w projekcie. Dla mnie były tam podziękowania "za trzymanie poziomu" - osobie bardzo młodej i stawiającej na tym polu pierwsze kroki trudno byłoby sobie wyobrazić piękniejszy komplement. A jeszcze piękniejsze było to, że dla młodych redaktorów raczkującego wydawnictwa tez było to ważne.

Dziś czasem sobie myślę, że może nie powinnam pokazywać w wydawnictwach pełnego "portfolio", czyli listy wykonanych przekładów - zapłaciliby może mniej za arkusz, ale przynajmniej miałabym pewnie większe szanse na dostanie zlecenia.

A może by tak obrońcy polskości i narodowej dumy (zamiast tropić pedałów, układy i lewicę, nie mówiąc już o agentach) zajęli się stanem, w jakim znalazła się polszczyzna - w mediach, w książkach, w filmach - między innymi z braku profesjonalnych redaktorów, korektorów i tłumaczy?

środa, 23 maja 2007
O pożytkach z bycia heterą

Jeżeli nie wie, jak wyglądam, to niech zrobi mi zdjęcie, a nie jakąś maszkarę pokazuje! Nie jestem jakaś hetera, czy cholera wie kto! - powiedziała posłanka Hojarska oburzona programem Szymona Majewskiego. Do informacji o konflikcie posłanki z satyrykiem dołączono dwa zdjęcia, z których jasno wynika, że pani Hojarska nie nadaje się na heterę - ani w realu, ani w wersji Majewskiego.

Problem zapewne w tym, że p. Hojarska w ogóle nie ma kwalifikacji na heterę, i jej wygląd jest tu sprawą drugorzędną. Posłanka H. nie zna bowiem nawet znaczenia słowa hetera (co niestety nie wyróżnia jej jakoś szczególnie ze społeczeństwa; ostatnio w jakimś reportażu przeczytałam skargę ponoć wykształconej kobiety, którą mąż wyzywał od heter - i wcale nie miał na myśli prowadzenia się).

Osobiście gdybym żyła w starożytnej Grecji, a szczególnie w Atenach, zdecydowanie chciałabym być heterą. Hetery były piękne, wykształcone i bogate - no i wiodły ciekawe i przyjemne życie, w przeciwieństwie do ateńskich żon, trzymanych w odosobnieniu i wychodzących na ulicę w zasłonach na twarzach - bardzo szanowanych, ale pozbawionych wszelkich praw. Hetera (εταιρα - początkowe h bierze się z przydechu, którego nie potrafię zaznaczyć w tym edytorze) znaczy po grecku przede wszystkim "towarzyszka"; męski odpowiednik tego słowa - εταιρος, w książkach historycznych częściej spotykany w liczbie mnogiej εταιροι - oznaczał na dworze i w armii macedońskiej najbliższych towarzyszy, przyjaciół, a zarazem gwardzistów króla, tzw. hetajrów.

Aby zostać heterą, należało długo się kształcić w sztuce konwersacji, grze na instrumentach, śpiewie, poezji - i oczywiście sztuce miłosnej. Jeśli porównywać hetery do jakiegokolwiek zjawiska kulturowego, to bardziej przypominały japońskie gejsze niż prostytutki. Zwłaszcza że te ostatnie też istniały (zwane πορνη - stąd pornografia), ale w przeciwieństwie do heter znajdowały się bardzo nisko na drabinie społecznej. Hetery mogły być kapryśne i same wybierać sobie sponsorów; były też jedynymi kobietami, które uczestniczyły w sympozjonach - ucztach połączonych z dyskusjami na tematy polityczne, filozoficzne czy też artystyczne. Co więcej, sądząc ze źródeł, nie ustępowały mężczyznom ogładą, inteligencją i wiedzą.

Niewiele znamy historycznych postaci Greczynek i tak się składa, że kilka z tych sławnych kobiet, które znamy nie tylko z imienia, ale i z działań czy też zasług, było heterami.

Po pierwsze Aspazja, ukochana wielkiego Peryklesa, ponoć niezwykłej piękności. Pochodziła z Miletu w Azji Mniejszej, co już wystarczyłoby zapewne, aby w Atenach uznano ją za kobietę rozwiązłych obyczajów, ponieważ w miastach jońskich, pozostających na zmianę pod panowaniem greckim i perskim, kobiety miały znacznie większą wolność niż w helleńskich poleis. Większość historyków zgadza się jednak, że zapewne była heterą; źródła nieprzyjazne Peryklesowi czynią z niej wręcz burdelmamę, co jest jednak mało prawdopodobne. Nie jest też pewne, czy Perykles się z nią ożenił - prawo było niechętne ożenkom z cudzoziemkami; wiadomo jednak, że urodziła mu syna. Co więcej, historycy przypuszczają, że Aspazja musiała pochodzić z zamożnej rodziny, zważywszy wykształcenie, jakie otrzymała. Wspominają o niej najznakomitsi pisarze epoki: Platon, Ksenofont, Arystofanes.

Po drugie Fryne, jedna z najbardziej fascynujących postaci starożytności. Znana jako największa piękność epoki, używała złośliwego imienia nadanego jej przez zazdrosne koleżanki po fachu - φρυνη znaczy ropucha. Portretował ją najwybitniejszy rzeźbiarz późnoklasyczny, Praksyteles. Jej posąg ustawiono w rodzinnym Thespiai obok posągu Afrodyty. A oprócz urody miała jeszcze charakter i musiała być zabójczo wręcz inteligentna. Znane jest wiele anegdot z jej życia, ale najsłynniejsza jest chyba ta, która świadczy o zgromadzonym przez nią bogactwie. Kiedy w 336 Aleksander III (Wielki) zburzył Teby po stłumieniu buntu, mieszkająca w również niechętnych Macedończykom Atenach Fryne zaproponowała sfinansowanie odbudowy murów miasta, stawiając jeden warunek - na nowym murze miał znaleźć się taki napis: "król Aleksander zburzył, hetera Fryne odbudowała" (Tebańczycy nie zgodzili się na ten warunek i miasto zostało bez murów...). Wedle innych anegdot miała przy tym nie być kobietą zachłanną, ale wyceniać swoje usługi w zależności od tego, jak szanowała potencjalnych klientów. I tak pewnemu królowi lidyjskiemu, na którego bardzo nie miała ochoty, podyktowała cenę niebotyczną (król ów zaś tak pożądał pięknej hetery, że zgodził się zapłacić - ona zresztą umowy dotrzymała - po czym obłożył poddanych dodatkowym podatkiem, żeby sobie to zrekompensować), podczas gdy ponoć zaproponowała swoje usługi za darmo filozofowi Diogenesowi, albowiem tak bardzo ceniła jego intelekt.

Po trzecie Thais. Ateńska hetera, wieloletnia przyjaciółka i kochanka Ptolemeusza (I Sotera), generała - i jednego z wspomnianych wcześniej hetajrów - w armii Aleksandra, późniejszego króla Egiptu, założyciela dynastii ptolemejskiej, przodka słynnej Kleopatry; towarzyszyła mu w całej kampanii perskiej, a następnie zamieszkała z nim w Egipcie. Wedle historyka Diodora Sycylijskiego to ona była instygatorką spalenia pałacu w Persepolis podczas procesji dionizyjskiej, co miało być odwetem za spalenie sto lat wcześniej przez Kserksesa świątyni Ateny na ateńskim Akropolu. Niektórzy historycy utrzymują, że Ptolemeusz ożenił się z Thais, która niewątpliwie była matką jego kilku synów, by później się z nią rozwieść, gdy ze względów dynastycznych ożenił się z siostrą Kasandra, Eurydyką. Co ciekawe, starożytni historycy są zgodni, że niezależnie od małżeńsko-dynastycznych zawirowań (Ptolemeusz miał zresztą wcześniej również perską żonę, którą prawdopodobnie szybko oddalił) Thais do końca życia pozostała z nim w przyjaźni; Ptolemeusz zresztą najwyraźniej preferował kochanki nad żony: syn Eurydyki został wydziedziczony na rzecz syna jej dwórki, Bereniki. Ale to zupełnie inna historia.

Dlatego właśnie, przez przykład tych trzech niezwykłych kobiet, nie miałabym nic przeciwko byciu heterą w klasycznych Atenach. Zagadką wszechświata natomiast pozostaje dla mnie, dlaczego hetera w potocznym języku polskim stała się synonimem strasznej baby.

Hellenistyczna figurka tancerki, British Museum

PS. (trzy lata później) W ramach literackich wyzwań uprawianych wraz z N. popełniłyśmy opowiadanka o Fryne ;)

wtorek, 22 maja 2007
Nie wszystko złoto, co się błyszczy

Była jakoś rok albo półtora temu kampania reklamowa jakiejś karmy dla psów - a może to były reklamy konkurencyjnych firm? - z cytatem i parafrazą Cezara (billboard z "przybyłem... zaszczekałem", nie pamiętam niestety, co było pośrodku, nie zdążyłam sfotografować tej reklamy, bo była w miejscach, przez które tylko przemykałam, no i znikła; i drugi z "kości zostały rzucone"). Był to rzadki przykład inteligentnego i pomysłowego wykorzystania antyku w życiu codziennym.

A ostatnio na krakowskich słupach ogłoszeniowych widziałam dwa plakaty imprez muzycznych, na widok których nóż mi się w kieszeni - czy raczej scyzoryk w torebce* - otwierał.

Po pierwsze jakiś chyba festiwal pt. "Cantate Domine" - jak dla mnie brzmi to jak "Śpiewajcie, Towarzyszu" (tryb rozkazujący 2 osoby liczby mnogiej plus wołacz liczby pojedynczej rzeczownika).

Po drugie dziwaczny koszmarek jakiejś orkiestry bodajże szwajcarskiej (znów to wszystko oglądane z okien samochodu, więc nie zawsze zdążę doczytać szczegóły): "Musica artis omnia". No tu to już ręce opadają. Owszem, da się to od biedy podciągnąć pod takie znaczenie, że "wszystko, co muzyczne, należy do sfery sztuki", ale 1) jest to wysoce sztuczna konstrukcja, zakładająca, że "musica" to nie rzeczownik w mianowniku liczby pojedynczej, ale na grecką modłę (ta musika) utworzone universale (na to wskazywałaby też forma zaimka omnis - omnia to właśnie liczba mnoga rodzaju nijakiego - niestety obawiam się, że jest to typowy błąd: uznawanie, że końcówki rzeczowników i przymiotników/zaimków w łacinie powinny być takie same; z czymś takim spotkałam się np. ostatnio czytając pewną pracę licencjacką: autorka stworzyła sobie liczbę mnogą od homo futurus brzmiącą homini futuri zamiast homines futuri) 2) obawiam się, że ktokolwiek układał ten tytuł nie miał o tym pojęcia. A ja nie mam pojęcia, jak ten tytuł powinien brzmieć, bo nijak z niego nie wynika, co poeta chciał przez to powiedzieć. Zapewne coś w rodzaju "Omnis musica ars [est]" czyli każda muzyka jest sztuką.

Z miesiąc temu przytaczałam powiedzenie quidquid latine dictum sit, altum sonatur i powinnam przypomnieć je znowu - i znów z ostrzeżeniem, że zła łacina nie brzmi wzniośle, ale jest zaledwie pozłacaną plastikową podróbką, z której kolor bardzo łatwo odpada.

 

Fragment wazy greckiej, British Museum

* A propos tego scyzoryka, stał się on kiedyś przyczyną mojej zmiany płci - przynajmniej w ujęciu stereotypowym - a także do poddania w wątpliwość męskości znanego krakowskiego dziennikarza. Pracowałam wówczas w krakowskiej GW i byłam świadkiem jak któraś z dziennikarek zwróciła się do Ważnego Dziś Redaktora Stanisława M. z prośbą o pożyczenie scyzoryka. Stanisław M. bezradnie rozłożył ręce i przyznał się do nieposiadania przy sobie takiego narzędzia. Usłyszał w odpowiedzi, że "prawdziwy mężczyzna zawsze nosi przy sobie scyzoryk". Ponieważ stałam tuż obok z inną wprawdzie torebką, ale tym samym scyzorykiem w niej, zaoferowałam go natychmiast koleżance.
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright