sobota, 19 maja 2007
De bloge meo

Odkąd zatytułowałam ten blog "nulla dies sine linea", przestałam regularnie pisać - więc w końcu ktoś by się przyczepił... No więc chwilowo stanęło na parafrazie słynnego "navigare necesse est".

Przy okazji musiałam się zastanowić, jak odmieniać słówko "blog" po łacinie. Uznałam, że nie będę go tłumaczyć (np. sms w tzw. łacinie żywej to nuntium breve - krótka wiadomość), więc w pierwszej chwili wydawało mi się, że powinno być "de blogo" - ale przecież nie ma siły, żeby było to słówko II deklinacji, czyli wychodzi na to, że będziemy mieć III: blog, blogis, blogi, blogem, bloge; bloges, blogum, blogibus, bloges, blogibus, bloges. No chyba że taką II: blogus, blogi. A po prawdzie najlepiej by brzmiało BLOX, BLOGIS (i dalej cała odmiana jak dla III deklinacji).

To tak na marginesie zmiany tytułu.

Pod wpływem

Przez tę książkę wszystko kojarzy mi się jeszcze bardziej niż dawniej... choć przyznaję, że zawsze miałam talent zwłaszcza do tzw. Freudian slips. Ale niejaka A.L. doprowadziła mnie do tego, że jak parę dni temu na serwisie IMDB przeczytałam w quizie dnia cytat (skądinąd z Hamleta) następującej treści:

"I have heard, the cock that is the herald to the morn, | Doth with his lofty and shrill-sounding throat | Awake the god of day."

to zanim skojarzyłam styl i źródło, zdążyłam pomyśleć: "o, coś w klimacie mojej Abby"... Nieszczęsny kogut nie przyszedł mi do głowy. Ale na szczęście książkę już kończę - choć z drugiej strony niewiele się chyba zmieni, bo następna, za którą się zabieram, jest wprawdzie tym razem o antyku, ale też m.in. o erotyce.

Nawiasem mówiąc, przejrzałam odpowiedzi na moje posty z prośbą o pomoc na forum "Kobieta" GW. Niestety, mizeria objawiła się w pełni. Dostałam propozycje wszelkiego rodzaju "wilgotnych bobrów", które niestety kojarzą mi się z czytanymi w liceum książkami Johna Irvinga, skądinąd autora będącego jednym z moich największych literackich rozczarowań. Po zainteresowaniu, jakie wywołał słynny Świat według Garpa, po umiarkowanym zachwycie Modlitwą za Owena i po sporej fascynacji Hotelem New Hampshire (najbardziej zaintrygowała mnie postać dziewczyny przebierającej się w skórę niedźwiedzia, granej w filmie bodajże przez Nastassję Kinski) sięgnęłam po inne powieści - i kompletnie się zawiodłam. W kółko to samo, brak już interesujących bohaterów i ni stąd, ni zowąd jakieś dziwaczne moralizatorstwo. Skończyło się tak, że niedawno sprzedałam wszystkie Irvingi na Allegro. Poszły jak ciepłe bułeczki.

Mam swoją drogą nadziej, że mój "światowy bestseller" też się będzie rozchodził i że dostanę dzięki niemu trochę więcej propozycji tłumaczeń niż ostatnio. Nie samym chlebem żyje człowiek: potrzebuję też pieniędzy na 1. wakacje (w tym inwestycja w GPS, ok. 1000 zł), 2. meble w salonie, 3. kilka płyt, o których posiadaniu marzę (m. in. Want One Rufusa Wainwrighta, Jarvis Jarvisa Cockera, Welcome to the Black Parade My Chemical Romance, a z dvd o boksie z pięcioma sezonami 24, Kupcu weneckim, drugiej części Underworldu i paru jeszcze filmach - wszystko to razem podchodzi pod tysiąc złotych). Ale może Pani Fortuna da powodzenie pamiętnikom seksoholiczki :)

 

Moneta hellenistyczna (Smyrna) z przedstawieniem bogini Tyche, , Muz. Numizmatyczne w Atenach

 

czwartek, 17 maja 2007
Foto: pluskwiak

A propos pluskwiaków wspomnianych w poprzednim wpisie. Takiego sfotografowałam w długi weekend na pewnej beskidzkiej dróżce:

 

Pluskwiak

 

środa, 16 maja 2007
Antyafrodyzjak po polsku

"Słownik seksualizmów polskich" okazał się 1) niedostępny, nie tylko w Taniej Książce, ale i na Allegro; 2) autorstwa nie Zbigniewa Lwa-Starowicza, ale Jacka Lewinsona, który zapewne jest polonistą, a nie seksuologiem; 3) sądząc z recenzji w jakiejś księgarni internetowej (gdzie również jest niedostępny) całkowicie nieprzydatny z mojego punktu widzenia. Wygląda na to bowiem, że słownik ten - zgodnie z nieszczęsną zasadą pisania takich publikacji - przytacza wyłącznie słowa i wyrażenia już "poświadczone" w źródłach pisanych, czyli książkach i prasie, a tam właśnie roi się głównie od wulgaryzmów.

Jestem więc w kwestii słownictwa tam, gdzie byłam. Pożyczyłam od mojej Mamy "Dziennik Bridget Jones" po polsku, ale niestety jego erotyczność kończy się mniej więcej tam, gdzie zaczyna się moja książka. Przejrzałam książkę Kobieta i Eros Lwa-Starowicza, ale jest ona sprzed piętnastu lat i zaznacza jedynie, że do naszego słownika wchodzą określenia angielskie (petting i tym podobne)... Przerzuciłam ponadto w Taniej Książce coś co nazywało się mniej więcej "kulturowa historia waginy", ale tam też nie było nic, co nadawałoby się do użycia. Książkę odłożyłam, gdy znalazłam w niej rozważania na temat dróg rodnych pluskwiaków (całkiem miłe i ładne owady, skądinąd), podczas gdy o synonimach tytułowej waginy nic nie było. Pozostaje mi lektura Historii O i próba zdobycia przekładu Seksu w wielkim mieście.

Napisałam wreszcie prośby o pomoc na kilka kobiecych forów, licząc na to, że może ich uczestniczki zdradzą mi sekrety alkowianego języka, ale po godzinie od wysłania postów otrzymałam jedynie poradę... żebym zajrzała do angielsko-polskiego "Słownika przekleństw i wulgaryzmów". Sęk w tym, że ja wiem, co znaczą słówka, które mam w oryginale - nie mam natomiast pomysłu, jak oddać je po polsku, żeby pasowały do bohaterki.

A poza tym, drogie panie, czy wy naprawdę w sytuacjach intymnych używacie słówek z takiego właśnie repertuaru? Mnie by się chyba całkiem odechciało czegokolwiek, gdybym miała mówić tak, jak jest w tych słownikach... Na dodatek mam wrażenie, że większość przytaczanych fraz pochodzi wyłącznie z języka mężczyzn - i to w męskich rozmowach. Feministki krzyczą o obecność kobiet, więc może by się zajęły językiem? I to nie prawem do mówienia wulgarnie, ale właśnie stworzeniem języka erotycznego, który byłby zarazem śmiały i powabny, że tak powiem. Który zachęcałby, a nie zniechęcał. W którym byłyby wszelkie odcienie, a nie tylko medyczna biel i brudne myśli

Swoją drogą, tłumacząc tę książkę przestałam się dziwić, że z moim eks o erotyce rozmawialiśmy głównie po angielsku lub też uciekaliśmy się do terminologii z indyjskiej Kamasutry. Niestety oznacza to, że nie mogę wykorzystać nawet własnych doświadczeń językowych.

Swoją drogą zastanawia mnie, czy to ubóstwo językowe świadczy również o tym, że statystyczny Polak nie uważa erotycznej rozmowy za afrodyzjak. Posługiwanie się zarówno wulgaryzmami, jak i eufemizmami świadczy o niepewności i wstydzie. Wulgaryzmy są niczym agresja będąca częstym wzorem zachowania osób chorobliwie nieśmiałych, eufemizmy to chichotliwe mruganie okiem do czytelnika lub rozmówcy. Brakuje natomiast słownictwa, które nazywałoby rzeczy po imieniu, a zarazem nadawało im erotyczno-intymny wymiar. Co gorsza, nie znajduję nawet pięknych metafor czy porównań, jak chociażby w Kamasutrze. Ale tłumacze tej księgi mają znacznie lepiej - mogą zachowywać hinduskie terminy i przekładać dosłownie metafory. W dodatku właśnie sprawdziłam: pełny tekst Kamasutry mam również wyłącznie po angielsku.

A co do statystycznego Polaka - sądząc z własnych doświadczeń i opowieści znajomych o reakcjiach studentów i uczniów na jakiekolwiek wzmianki o erotyce - chyba rzeczywiście jesteśmy pod tym względem gdzieś w głębokim średniowieczu, gdzie dyktat różnych Orygenesów kazał uważać seks i erotyzm za dzieło Szatana. Na szczęście również wtedy znajdowali się tacy, którzy myśleli inaczej, albo tacy, którzy uznawali, że należy obejść cenzurę i przepisywali np. Owidiusza z obszernym komentarzem moralnym - ale co przemycili, to przemycili. Co ciekawe, tak samo nierzadko postępowali historycy literatury w czasach stalinowskich - żeby wydać nieprawomyślne dzieła, wystarczyło zaopatrzyć je w ideologiczny, nierzadko całkiem absurdalny komentarz. Co skądinąc polecam uwadze panów lustratorów.

 

Lingam. Tiger Cave, Mahabalipuram, Indie południowe

 

wtorek, 15 maja 2007
Graal jako puchar przechodni?

Nie sądziłam, że polscy politycy okażą się takim doskonałym źródłem ciekawostek do komentowania. Wczoraj przeczytałam na przykład, że Marek Jurek i jemu podobni posiadają monarchistyczne bractwo, które samo w sobie nijak by uwagi mojej nie przyciągnęło, gdyby nie jedna informacja, mianowicie iż: "Organizowali już na przykład zawody szermiercze, strzeleckie, w których nagrodą jest imitacja kielicha św. Graala."

Zaciekawiło mnie bowiem, skąd członkowie tego bractwa wiedzą, jak wyglądał mityczny Graal?

Graal to w ogóle kłopotliwy temat - mało jest legend chrześcijańskich, które tak mocno związane byłyby z jednej strony ze starszą tradycją pogańską, z drugiej - z ruchami i poglądami heretyckimi lub o herezję zatrącającymi. Na przykład jedno z najważniejszych źródeł historii o Graalu, Parzival Wolframa von Eschenbach (XII/XIII w.) jest tekstem tak pokrętnym, tajemniczym i pełnym niezrozumiałego dziś mistycyzmu, że aż dziw, że nie obłożono go anatemą. Nawiasem mówiąc, oglądałam niedawno wydane w jakiejś niedrogiej serii bardzo nowoczesne wykonanie Parsifala Wagnera - dzieła opartego bezpośrednio na tekście Wolframa - i dzięki napisom zapoznałam się wreszcie ze szczegółami. I co mnie uderzyło? Jak cudownie pogańskie jest to "misterium wielkopiątkowe", jak określił je sam kompozytor. Na dodatek reżyser tego konkretnego przedstawienia postanowił odejść minimalnie od didaskaliów, w związku z czym w finale Parsifal i Kundry odchodzą razem ku oślepiająco jasnemu światłu (w oryginale nawrócona czarodziejka Kundry umiera, osiągając w ten sposób zbawienie).

Wróćmy jednak do kwestii wyglądu Graala. Jego legenda wywodzi się ze średniowiecza, najstarsze teksty wspominające o Graalu pochodzą z XII w. (Robert de Boron, Chrétien de Troyes, wspomniany Wolfram). Legenda ta łączy dwa wątki: naczynia, którego miał używać Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy, i naczynia, do którego Józef z Arymatei miał zebrać krew Jezusa składając jego ciało do grobu. O ile pierwszy wątek - w jego realistycznym wydaniu - można uznać za bezsprzecznie ortodoksyjny (podczas posiłków zazwyczaj używa się jakichś naczyń), o tyle ten drugi jest czysto apokryficzny i, co więcej, znany staje się dopiero właśnie w średniowieczu. I na dodatek bardzo szybko zostaje powiązany z obecnymi we wszystkich kulturach wierzeniami i obrzędami płodnościowymi (wątek Króla Rybaka i ziemi jałowej). Ale nie tylko - Graal posiada bowiem również wiele cech typowego dla wielu legend i mitologii naczynia obdarzonego szczególną mocą, jak chociażby magiczne kociołki z wierzeń brytyjskich i celtyckich - a więc tradycji ludów zamieszkujących ziemie, na których legenda o Graalu powstała.

Jednym z głównych motywów legend o Graalu we wszystkich możliwych wersjach jest niedostępność tego naczynia. Jak wiadomo, ujrzeć je mogą jedynie wybrani, a cechą tego rodzaju ekskluzywnych kultów misteryjnych jest ich tajemniczość - wysoce wątpliwe więc, żeby opowiadali wszystkim dookoła, jak Graal wygląda. Opisy literackie też na niewiele się zdają: nie do końca precyzują nawet, jaki kształt miałoby mieć to naczynie. Można założyć, że średniowieczni autorzy mówią o kielichu, ponieważ było to naczynie a) służące do picia wina na ucztach dworskich; b) liturgiczne. Ale jeśli byłby to średniowieczny kielich, to nie ma żadnych szans, żeby był tożsamy z naczyniem z Ostatniej Wieczerzy czy też tym, które było w posiadaniu Józefa z Arymatei. Możemy oczywiście pójść za wersją Roberta de Boron, który twierdzi, że Józef otrzymał Graala nieco później, z rąk objawiającego mu się Jezusa - wtedy można by przyjąć, że naczynie zdążyło mistycznie zmienić swój kształt.

Ale nawet przyjmując, że poseł Jurek i jego towarzysze z bractwa nie odwołują się do żadnych pogańskich legend i średniowiecznych apokryfów, i interesuje ich jedynie realne naczynie z mniej więcej 33 roku ery chrześcijańskiej (pomińmy tu miłosiernie zawirowania kalendarzowo-historyczne związane z początkiem tej rachuby czasu), to nadal będziemy mieć problem. Po pierwsze nie mamy armat - czyli w tym przypadku archeologicznego artefaktu, który byłby tym naczyniem, a przynajmniej jednym z wielu używanych podczas tego konkretnego posiłku. Ba, nie mamy żadnego naczynia, co do którego można by z pewnością stwierdzić, że kiedykolwiek spożywał z niego cokolwiek Jezus albo przynajmniej któryś z apostołów. Albo choćby Maria Magdalena, o której za chwilę.

Możemy pobawić się co najwyżej w przybliżenia, jak takie naczynie mogłoby wyglądać. Jezus i jego towarzysze nie należeli do warstw zamożnych, zapewne więc używali naczyń glinianych lub co najwyżej cynowych. Zapewne z minimalnymi zdobieniami, jeśli w ogóle. Jeśli chodzi zaś o sam kształt, to też nie możemy mieć tu pewności. Klasyczni Grecy najchętniej pili wino z płytkich dwuuchych kyliksów, ale mogły to też być nieco głębsze, posiadające dwa wielkie ucha kantary, nieduże i poręczne skyphosy, a nawet przypominające nieco dziwaczną chochlę kyathosy, bezuchwytowe miseczki zwane phiale, czy też wymyślne, rzeźbione najczęściej w kształty zwierzęce rhytony. Co tu wybrać? Zważywszy pozycję społeczną ludzi, o których mówimy, możemy odrzucić kształty bardziej wymyślne, ale i tak pozostajemy wówczas z co najmniej skyphosem i phiale do wyboru. Co gorsza, jedno i drugie niezbyt efektownie wygląda, zwłaszcza jak na trofeum sportowe.

Chwała zresztą twórcom filmu Indiana Jones i ostatnia krucjata za to, że Graalem okazuje się tam właśnie najbardziej niepozorne z naczyń wypełniających grotę Strażnika. Jakoś jednak nie sądzę, żeby monarchiści wręczali sobie nawzajem kopie kubka z tego właśnie filmu.

A skoro jesteśmy już przy popkulturze, to mam jedną nadzieję - że pucharem przechodnim panów monarchistów nie jest Graal w ujęciu Dana Browna, czyli Magdalena. Jakże by to bowiem wyglądało, gdyby szacowni panowie przekazywali sobie kopię kobiety, która wedle powszechnie panującej w chrześcijaństwie mitologii utożsamiana jest z nierządnicą - czyli mówiąc językiem współczesnym prostytutką?

Rhyton w kształcie baraniej głowy, Muzeum Narodowe w Atenach

sobota, 12 maja 2007
Bo piękno na to jest...

Na początek cytat z pana premiera:

"To, czego byśmy oczekiwali, to nowe spojrzenie grup wysoko wykształconych na swoją rolę społeczną i powrotu do inteligenckiego etosu. To by pewnie nie zniosło obecnego sporu, ale sprowadziłoby do kwestii estetycznej. Bo rzeczywiście estetyka IV RP nie wygląda najlepiej, to sam wiem. Ale tak po prostu jest."

A ja na brzydką rzeczywistość nie mam zamiaru się zgadzać. Zaiste rację mieli starożytni Grecy, którzy dobro utożsamiali z pięknem - w całej historii kultury europejskiej najbardziej przerażającym wydaje mi się zwrot mentalny, który piękno fizyczne uczynił znakiem grzechu, upadku, zła i szatana. Dla starożytnych ideałem jest człowiek "piękny i dobry" (καλος και αγαθος, gdzie kalos odnosi się zarówno do piękna fizycznego jak i duchowego, agathos zaś głównie do moralności i dzielności), w filozofii Platona prawda, piękno i dobro są z sobą nierozerwalnie związane.

Co ciekawe, antonimem obu tych słów jest jedno - κακος - znaczące zarówno brzydki, jak i nikczemny oraz np. tchórzliwy.

Dla Rzymian z kolei jedną z najistotniejszych cech dobrego człowieka i obywatela była umiejętność pięknego (i przede wszystkim poprawnego) wysławiania się, na czym obecnym "elitom" politycznym zbywa w stopniu wręcz przerażającym.

W związku z powyższym pan premier nie może liczyć na mój akces do swojego programu i pomysłów. Powodów jest znacznie więcej, ale powiedzmy, że ten estetyczny w zupełności wystarczy.

A teraz dedykacja odnosząca się do podkreślonego fragmentu wypowiedzi - i pytanie do pana premiera, które zwykł był zadawać w swoich felietonach śp. Kisiel - "z czego to cytat, koteczku?" (A ponieważ trwają matury, to polecam również panu premierowi wraz z bratem rozszyfrowanie cytatu w tytule tego wpisu.)

To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
nasza odmowa niezgoda i upór
mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku
w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia

(...)

Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana
(Marek Tulliusz obracał się w grobie)
łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy
dialektyka oprawców żadnej dyskryminacji w rozumowaniu
składnia pozbawiona urody koniunktiwu

Tak więc estetyka może być pomocna w życiu
nie należy zaniedbywać nauki o pięknie

Zanim zgłosimy akces trzeba pilnie badać
kształt architektury rytm bębnów i piszczałek
kolory oficjalne nikczemny rytuał pogrzebów

Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu
książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie

To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
mieliśmy odrobinę niezbędnej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku
który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo
choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała
głowa

Rzeźba w londyńskim City

czwartek, 10 maja 2007
Polska mizeria słownikowa

Okej. Od marca zajmuję się tłumaczeniem światowego bestsellera. Miłe.

Sęk w tym, że światowy bestseller jest w zasadzie wyłącznie o seksie. Nie, nie, nie mam problemu z tłumaczeniem książki o seksie - ani mnie to nie zawstydza, ani nie obrzydza. Problemem, owszem, jest polskie słownictwo w tej materii: istnieją terminy medyczne, istnieją wulgaryzmy, istnieją eufemizmy, ale porządnej terminologii erotycznej rozpaczliwie brakuje. Bo sorry, ale nie przetłumacze w autotematycznym tekście trzydziestoletniej kobiety (nie będącej Sarą Kane czy inną brutalistką) słowa "pussy" jako "cipka", albowiem nie wyobrażam sobie żadnej mojej koleżanki tak się o sobie samej wyrażającej. I mało mnie obchodzi, że być może (nie wiem) tak mówią bohaterki jakichś polskich romansideł - polska literatura popularna, nie mówiąc już o komediach romantycznych,tak dalece odbiega od polskiej rzeczywistości również pod względem językowym, że nie wierzyłabym ani przez moment w jej funkcję mimetyczną.

A na dodatek od znajomej tłumaczki z niemieckiego dowiedziałam się, że nawet język naszych zachodnich sąsiadów jest bardziej wyrafinowany pod tym względem.

I nie pomagają tu słowniki w rodzaju "polskich eufemizmów" czy "polszczyzny potocznej" - w obu rozsiadły się wyrażenia i słówka w rodzaju "kuciapki", które są brzydkie i nie do zastosowania w tłumaczonej przeze mnie książce. Pozostaje nadzieja, że zauważony przez moją przyjaciółkę w Taniej Książce słownik bodajże seksualizmów polskich Lwa-Starowicza przyniesie jakieś ciekawsze rozwiązania. Choć momentami mam wrażenie, że jest to spes contra spem. Ale nic to, zobaczę. A o erotycznym słowniku Greków i Rzymian jeszcze pewnie napiszę, na razie musiałam gdzieś dać upust frustracji.

 

Afrodyta, Muzeum Narodowe w Atenach

 

wtorek, 08 maja 2007
Orzeł Biały a dzieje Arystydesa, syna Lizymacha, Ateńczyka

"Jarosław Kaczyński wyraził żal, że w dzisiejszej Polsce stosuje się powszechnie goebbelsowską metodę 'Kłam, kłam, a coś z tego zostanie'" - przeczytałam dziś na portalu Gazety Wyborczej.

I mam pytanie do pana premiera w związku z tą wypowiedzią: dlaczego Pan i pańscy ministrowie, nie mówiąc już o sługusach w Sejmie i partii, nie zaprzestaną tego haniebnego procederu, który i Panu się sądząc z tej wypowiedzi nie podoba?

W tym samym artykule czytam, że zdaniem pana premiera prawa obywatelskie w Polsce nie są łamane, ponieważ np. wolno "wyjeżdżać za granicę i stamtąd atakować rząd". A problem w tym, że ja chciałabym sobie bezkarnie poatakować rząd z kraju. Nie musieć w tym celu wyjeżdżać - jak za komuny. Ostatnio groźbą utraty pracy zostałam zmuszona do podpisania oświadczenia lustracyjnego, mimo że jak dogorywała komuna, miałam raptem kilkanaście lat i chodziłam do szkoły. Dzięki ustawie lustracyjnej poczułam się tak jak ludzie, którzy za komuny bojąc się o pracę czy rodzinę podpisywali różne idiotyczne świstki, z czego nic potem nie wynikało. Tak się składa, że mam pracę, z której chcę zrezygnować, ale chciałabym to zrobić na własnych warunkach, a nie na mocy ustawy zmuszającej do udowadniania, że nie jestem wielbłądem.

Ale może moje przekonanie o niewinności jest fałszywe? Może sama o tym nie wiedząc byłam np. "dysponentem zakrytego punktu obserwacyjnego (ZPO) dla organów cywilnych bądź też "dysponentem punktu zakrytej obserwacji (PZO)", gdyby chodziło o organy wojskowe? Jaką bowiem mam pewność, że ktoś ze szkolnych kolegów nie wykorzystywał mnie niecnie i z okien mieszkania moich rodziców nie obserwował skrycie, co dzieje się u sąsiadów? Muszę jednakowoż przyjrzeć, że niejaką osłodą za złożenie papierów lustracyjnych jest otrzymany w komplecie "wykaz kategorii współpracy z organami bezpieczeństwa państwa", z którego pochodzą powyższe ZPO i PZO.

Demokracja w wykonaniu PiSu w Polsce zaczyna coraz bardziej przypominać ateńską - szkoda jednakowoż, że nie pod względem mecanatu kulturalnego. Najbardziej ateńskim z ostatnich zachowań rządu jest wykluczenie Tadeusza Mazowieckiego i Bronisława Geremka z kapituły orderu Orła Białego. Ze wszystkich wygnanych przez ostracyzm wybitnych Ateńczyków najbardziej przypomina to anegdotę o Arystydesie.

Ten polityk ateński, jeden ze strategów w wojnach grecko-perskich, zasłużony w bitwie pod Maratonem, zyskał sobie przydomek "sprawiedliwego"; raptem kilkadziesiąt lat po jego śmierci jako "najlepszego i najsprawiedliwszego" z Ateńczyków opisuje go Herodot. A najwyraźniej przydomek taki nosił już za życia, albowiem z obradami nad jego wygnaniem (skonfliktował się z innym strategiem, Temistoklesem, architektem zwycięstwa pod Salaminą) wiąże się następująca historyjka, opowiedziana przez Plutarcha: podczas głosowania nad wygnaniem jednego z obywateli (kandydatów było kilku) do Arystydesa podszedł jakiś niepiśmienny obywatel, prosząc go o pomoc w wypełnieniu karty - no, skorupy - do głosowania. Niepiśmienny obywatel ów najwyraźniej nie poznał Arystydesa, poprosił bowiem o napisanie na ostrakonie imienia Arystydesa właśnie. Właściciel tego imienia, zdziwiony nieco, zapytał niepiśmiennego obywatela, czym zaszkodził mu Arystydes, że chce się go pozbyć z miasta. Tamten wzruszył ramionami i powiedział: "Niczym, nawet go nie znam. Ale mam dość tego, że nazywają go sprawiedliwym." Arystydes miał na to w milczeniu wpisać na skorupę swoje imię; po ogłoszeniu wyników został skazany na pięcioletnie wygnanie.

Arystydesa wygnano ok. 483 roku, siedem lat po Maratonie, pięć lat po tym, jak za zasługi w tej bitwie został wybrany archontem - czyli najwyższym urzędnikiem w państwie. Miał nieco szczęścia - trzy lata później Persowie ponownie najechali Grecję, a Ateńczycy wykazali się wyjątkowym jak na nich rozsądkiem i wezwali Arystydesa z wygnania. Został ponownie strategiem i przyczynił się do zwycięstw pod Salaminą i Platejami. Kiedy kilka lat później głosowano (skutecznie) nad wygnaniem z kolei Temistoklesa - ponoć nie oddał na niego głosu.

Ostrakon z imieniem Arystydesa, syna Lizymacha

niedziela, 15 kwietnia 2007
Legendy nieistniejące

Byłam wczoraj w Pieskowej Skale - po drodze na urodzinowy obiad w restauracji "Pod Bażantami" w pobliskich Szycach, która za peerelowskiego dzieciństwa była dla mnie absolutną kulinarną mekką. Za każdym powrotem z zagranicznych wakacji drogą olkuską (a była to wówczas główna szosa prowadząca z Krakowa na zachód: na Śląsk i dalej do Niemiec) błagałam rodziców, żeby tam wstąpić - i zawsze jadłam pieczarki z patelni.

Po drodze ze Skały do zamku przy drodze stoi słynna Maczuga Herkulesa, skała, którą ponoć postawił tam na życzenie mistrza Twardowskiego diabeł, gdy dorwał go w karczmie "Rzym", by domagać się zapisanej w cyrografie duszy.

Karczma o nazwie "Rzym" stoi obecnie w podkrakowskich Pychowicach - co było dla mnie szokiem, albowiem przez całe dzieciństwo, a i później, byłam przekonana, że tym zajazdem z legendy i ballady Mickiewicza, która była jednym z pierwszych wierszy, jakie znałam na pamięć, jest karczma stojąca w Suchej Beskidzkiej - również często odwiedzana w dzieciństwie, ponieważ w pobliżu spędzaliśmy polską część wakacji.

Karczma "Rzym" na drodze do Tyńca wydała mi się więc jakimś świętokradztwem, dopóki nie przeczytałam, że to właśnie gdzieś tu, w okolicy podkrakowskich skałek Twardowskiego, musiało mieć miejsce przyłapanie czarnoksiężnika na nieuwadze. Jego legenda jest tak mocno związana z Krakowem, że jakkolwiek Sucha Beskidzka na dzisiejsze standardy podróżowania jest bardzo blisko, wówczas była chyba jednak za daleko. Niemniej stara, z ciemnych bali drzewnych karczma w Suchej wciąż znacznie lepiej nadaje się na miejsce targów z diabłami niż nowoczesna, mimo że również drewniana i tradycyjnie zbudowana podkrakowska.

A wracając do Maczugi Herkulesa: miałam nadzieję, że istnieje również jakaś legenda łącząca tę skałę z mitycznym herosem, ale wygląda na to, że związek jest czysto powierzchowny. A szkoda: wyobraziłam sobie jakiegoś mistrza Wincentego zwanego Kadłubkiem lub innego Macieja Miechowitę, który opisawszy jak to dzielni Sarmaci odpór największym wodzom starożytności dawszy i Rzeczpospolitą następnie założywszy, do kraju swego samego Heraklesa zaprosili, a ten okolicami Krakowa tak się zachwycił, że aż słynną maczugę swoją w tym miejscu ostawił, coby piękna i powagi zamkowi dodać. Aż dziw zresztą, że jakaś legenda z prawdziwego zdarzenia nie powstała, skoro w drugiej połowie zamek w Pieskowej Skale był w posiadaniu przedstawicieli rodu Szafrańców parających się alchemią i czarną magią. Stąd przecież już tylko krok do Twardowskiego - a ten przecież mógłby polecić diabłu zdobycie mitycznej maczugi i przyniesienie jej do Krakowa.

Bo jakoś w przybycie w te strony Heraklesa trudno byłoby mi uwierzyć. Kraju nad Wisłą nikt nie chciał odwiedzać: Rzymianie zatrzymali się z budowaniem warownych obozów (zalążków miast) na północ od Vindobony czyli Wiednia, w okolicach późniejszej Bratysławy, a w XIV wieku Petrarka również dotarł tylko do Pragi, dalej na północ się nie zapuszczając, mimo że Akademia Krakowska już istniała. Sytuacja nieco się odmieniła w renesansie, ale też tego nie wykorzystaliśmy, a byłby to najlepszy czas na wymyślenie legendy o Heraklesie w naszych stronach. I na przykład o tym, że póki Maczuga pod zamkiem stać będzie, póty naród polski nie zginie (analogicznie do legendy o krukach z londyńskiej Tower), albo też o tym, że zły na pana Twardowskiego za wykiwanie go diabeł popycha wciąż Maczugę, żeby ją przewrócić - a kiedy przewróci nastąpi koniec świata (analogicznie do mnóstwa tego typu legend o kamiennych pielgrzymach na przykład). Ale niestety, nasze polskie legendy zazwyczaj bogoojczyźniane, martyrologiczne i przaśne są jak Wanda Co Nie Chciała Niemca, diabeł Rokita i Samoobrona.

Widok na Maczugę Heraklesa z zamku w Pieskowej Skale

sobota, 14 kwietnia 2007
Dies nativitatis (meae)

Od jakiegoś czasu zastanawia mnie fenomen obchodzenia urodzin, a ponieważ dziś są moje urodziny, to tym bardziej mogę sobie zebrać to, co jak na razie wiem.

Wiadomo na przykład, że już wczesne chrześcijaństwo uważało zwyczaj świętowania urodzin za pogański i starało się go zastąpić obchodami "imienin", czyli dnia świętego patrona, a jeśli już uznawało jakieś rocznice w życiu (no, niezupełnie: może raczej życiorysie) człowieka, to raczej śmierci - czyli przejścia z łez padołu do lepszego życia. A ponieważ spora większość wczesnochrześcijańskich świętych to byli męczennicy, dość naturanie data ich śmierci stawała się datą obchodzenia ich święta.

Nieco mniej oczywista jest geneza i charakter "urodzin". Wiadomo, że większość kultur antycznych bardzo wielką rolę przywiązywała do astrologii, a mimo to prawie nic nie wiemy o datach dziennych urodzenia nawet tych najwybitniejszych postaci starożytności. Oczywiście dla współczesnych historyków usiłujących odtworzyć takie dane na podstawie źródeł (które zresztą dość rzadko pochodzą z epoki, której dotyczą - np. z chlubnym wyjątkiem Tukidydesa, Ksenofonta i Herodota historię antycznej Grecji znamy głównie ze źródeł późnohellenistycznych i rzymskich, cytujących co najwyżej oryginalne teksty) dodatkowym problemem jest mnogość systemów kalendarza w starożytności - właściwie każda grecka polis posiadała własny kalendarz związany z lokalnymi świętami i bóstwami opiekuńczymi.

Astrologia rozkwitała jednak głównie na Wschodzie, a jej ogromna popularność w hellenistycznym Egipcie jest wynikiem zarówno lokalnej tradycji, jak i wpływów perskich. Astrologami (a i astronomami, bo posiadali rzeczywiście imponującą wiedzę matematyczną w tym względzie) byli μαγοι - "magowie", których całkowicie niesłusznie w Polsce nazywa się "trzema królami", podczas gdy sensowniejsza byłaby nazwa "mędrcy" (skądinąd obecna w słowach kolędy, która jednakowoż dodaje nieszczęsnych "monarchów"). Nie wdając się w dysputy czy perska nazwa "magoš" odnosiła się pierwotnie do medyjskiego plemienia czy też już do kapłańskiej grupy społecznej w ramach zoroastranizmu, "magowie" z opowieści zawartej w ewangeliach byli w owym czasie perskimi kapłanami-astronomami. Po co wędrowali na zachód? Mnie osobiście najbardziej podoba się interpretacja, którą sprzedała mi moja przyjaciółka Ola, a z którą zapoznałam się bliżej dzięki książce znanego mi z "Wiedzy i Życia" Jarosława Włodarczyka "Tajemnica Gwiazdy Betlejemskiej": mianowicie z astrologicznych wyliczeń prawdopodobnie wyszło im, że w danym dniu i w danym miejscu powinno urodzić się dziecko o "bardzo królewskim" horoskopie. Kometa wydaje się znacznie późniejszym dodatkiem upiększającym i mitologizującym (w I wieku uważana była nadal za zwiastuna nieszczęść), zwłaszcza że sformułowanie "prowadziła ich gwiazda" może odnosić się do astrologicznej mapy nieba.

U schyłku rzymskiej Republiki popularnym stało się tworzenie osobistych horoskopów, nie dziw więc, że z tych czasów, a zwłaszcza z czasów cesarstwa, znamy coraz więcej dat dziennych urodzin. W kontekście perskiej astrologii sensowną wydaje się informacja, którą znalazłam gdzieś w sieci, że tradycja obchodzenia urodzin miała źródło w mitraizmie, zapewne połączonym z rzymskim kultem geniuszy i przodków. W kontekście tego wszystkiego zabawne wydaje się, że chrześcijaństwo, walcząc z tymi pogańskimi zwyczajami, za jedno ze swoich najważniejszych świąt uznało dzień urodzin Jezusa. A żeby było jeszcze zabawniej, datę Bożego Narodzenia wraz z chronologią chrześcijańską ustalono urzędowo w VI wieku, a odpowiedzialnym za to jest niejaki Dionisius Exiguus, mnich i chronograf. Jego wiedza matematyczna podawana jest w wątpliwość (nie znał zera, stąd zamieszanie w kalendarzu), w związku z czym tym ciekawsza wydaje się zbieżność wyznaczonej daty dziennej, 25 grudnia, z obchodami rzymsko-mitraistycznego święta Sol Invictus, Niezwyciężonego Słońca, jednego z najważniejszych świąt późnej starożytności.

Rydwan Słońca, wzorowany na grupie Lizyppa, na londyńskim Strandzie

Królewski horoskop to ponoć Jowisz, Słońce i Księżyc w znaku Barana. Pokazałam kiedyś znajomemu, który pasjonuje się astrologią, wyprodukowany przez internetową maszynę astrologiczną mój własny horoskop i ponoć taki właśnie mam układ planet. Zawszeć miło. Zwłaszcza że 14 kwietnia zapisał się poza tym w historii takimi wydarzeniami jak zabójstwo Abrahama Lincolna (1865), uderzenie Titanica w górę lodową (1912) i wybuch butli z tlenem na Apollo 13 (1970). Na pocieszenie również 14 kwietnia Thomas Edison zaprezentował kinetoskop (1894), koncern Volvo swój pierwszy samochód (1927), a firma, której nie zidentyfikowałam pierwszą taśmę wideo (1956). Dla maniaczki kina i samochodów jest to niewątpliwie kojące. A w 43 r. p.n.e. Marek Antoniusz pokonał w Galii konsula Pansę w wojnie z Brutusem, co mieliśmy okazję oglądać w ukochanym serialu "Rzym".

piątek, 13 kwietnia 2007
Libros scripserat (

Najbardziej znane rzymskie napisy nagrobne brzmią mniej więcej tak: "domum curavit, lanam fecit" - dbała o dom, przędła wełnę - chodzi oczywiście o rzymską matronę. Rzymianie umieli ludzkie życie zamknąć w kilku słowach. Cóż w tym kontekście mogę napisać o zmarłym wybitnym pisarzu, którego książki na dodatek towarzyszyły mi od wczesnej młodości? Pamiętam, że znacznie bardziej niż Rzeźnią numer pięć zachwyciłam się Kocią kołyską, która do dziś pozostaje dla mnie niedoścignionym wzorem opisania absurdu świata i kondycji ludzkiej. A ponieważ de mortuis nil nisi bene, dodam tylko, że wprawdzie po przeczytaniu iluśtam kolejnych powieści tegoż autora przekonałam się, że są one w kółko o tym samym, a pomysły nie takie już świeże jak w kilku najsłynniejszych, to ich lektura jeśli nawet nie zachwytem, to zawsze pozostawała przyjemnością.

Tytułowi notki informacyjnej o śmierci Kurta Vonneguta w GW towarzyszył komentarz jakby żywcem wyjęty z jego powieści: Zdarza się. Myślę, że pisarz byłby zadowolony z lakonicznego rzymskiego nagrobka: Pisał książki.

 

Fragment (kopii) steli nagrobnej na ateńskim Kerameikosie


 

środa, 11 kwietnia 2007
Na Termopilach czy na Cheronei?

Zamierzałam wrócić do filmu 300, ale nie sądziłam, że sprowokuje mnie do tego Michał Wiśniewski. Film już zdążył dodatkowo urosnąć w moich oczach, kiedy nie spodobał się panom Giertychowi i Wierzejskiemu - żałowałam tylko, że nie wyjaśnili, dlaczego, albowiem bardzo byłam tego ciekawa. Michał Wiśniewski wyjaśnił i może lepiej by było, żeby tego nie robił, gdyż dał jedynie świadectwo swojej ignorancji. Pomijam fakt, że jego blog pisany jest tak okropną polszczyzną, że jako żywo momentami nic nie rozumiem, pomijam błędy gramatyczne i ortograficzne, że o interpunkcyjnych już nie wspomnę. Okazuje się, że Michał Wiśniewski nie ma też bladego pojęcia o historii - najwyraźniej dzięki filmowi dowiedział się o bitwie pod Termopilami, ale sytuuje ją zaledwie "kilkaset" lat temu czyli gdzieś, jak sądzę, w późnym średniowieczu, jeśli nie wręcz w czasach "Potopu".

W oficjalnym serwisie internetowym Ich Troje znalazłam informację, że Wiśniewski maturę zdał z Niemczech, nie ma tam natomiast daty jego wyjazdu, ale niezależnie od tego, gdzie zaczynał podstawówkowy kurs historii powszechnej, trochę mało prawdopodobne się wydaje, żeby nie uczono go o najważniejszych bitwach w wojnach grecko-perskich, czyli Maratonie (490 p.n.e.), Salaminie (480), Termopilach (480) i Platejach (479). W polskiej podstawówce uczyło się wówczas o tym gdzieś w okolicach 5 klasy szkoły podstawowej, na samym początku kursu historii. I jeśli nawet kogoś zmylił fakt konsekwentnego używania w filmie tłumaczenia nazwy Termopile (Θερμο-πυλαι - dosłownie Gorące Wrota), to w finale dowiadujemy się, że cała ta opowieść jest przemową ocalałego Spartanina przed bitwą pod Platejami rok później. Nie mówiąc już o tym, że król Sparty i dowódca w bitwie nazywa się historycznie Leonidas.

Być może gdyby Michał Wiśniewski chodził do liceum w Polsce, zapadłby mu w pamięć fragment z Grobu Agamemnona Słowackiego, który Termopilom poświęcił aż pięć strof tego poematu, a jest tam między innymi taki kawałek:

Na Termopilach, bez złotego pasa,
Bez czerwonego leży trup kontusza:
Ale jest nagi trup Leonidasa,
Jest w marmurowych kształtach piękna dusza...

A jak już jesteśmy przy tym Słowackim, to w sumie ciekawszy od problemów z wiedzą historyczną wokalisty Ich Troje, jest obraz różnych starożytnych bitew w polskiej narodowej mitologii.

Słowacki skupia się na Termopilach jako bohaterskim zrywie w obronie wolności, przeciwstawiając mu bitwę pod Cheroneą (338 p.n.e.):

Na Termopilach? — Nie, na Cheronei
Trzeba się memu załamać koniowi,
Bo jestem z kraju, gdzie widmo nadziei
Dla małowiernych serc podobne snowi.
Więc jeśli koń mój w biegu się przestraszy,
To tej mogiły — co równa jest — naszej.

Podobnie rzecz się ma w Nocy listopadowej Wyspiańskiego, gdzie naprzeciw bohaterskim , zagrzewającym do walki Nike spod Maratonu, Salaminy i Termopil (oraz dodanej ze względu na kontekst Nike Napoleonidów, która przedstawiona jest jako słynna płaskorzeźba "wiążącej sandał" z ateńskiego Akropolu) wychodzi odziana w czarne łachmany, wieszcząca śmierć i klęskę Nike spod Cheronei. Zwycięstwo Filipa II nad Ateńczykami i Tebańczykami przywołane jest w tym dramacie jeszcze raz, w słowach Lelewela:

Nie najdziesz u mnie Pallady,
nie najdziesz u mnie nadziei.
Przez myśli moich ognisko
cień przemknął się z Cheronei...

Oczywiście my Polacy nade wszystko kochamy wolność i niepodległość, nie mówiąc już o ateńskiej demokracji przeciwstawionej macedońskiej monarchii, która zresztą mutatis mutandis była chyba bardziej oświecona i otwarta na nowinki kulturalne niż polska kiedykolwiek od czasów co najmniej Wazów. Zapominamy przy tym (podobnie jak recenzent 300 z brytyjskiego "Guardiana"), że np. los kobiet ateńskim - za wyjątkiem heter - podobny był do losu Afganek za talibów. Zapominamy również, że jeśli Grecy chcieli przeciwstawić się perskiej potędze, to potrzebowali jedności i silnego dowódcy, a takim w roku bitwy pod Cheroneą był w świecie greckim wyłącznie Filip. Ateńczycy mieli jeden jeszcze dość szczególny zwyczaj: regularnie skazywali na wygnanie lub śmierć swoich najwybitniejszych dowódców. Dlatego paradoksalnie Cheronea pomogła Grecji utrzymać swoją pozycję, a następnie podbić Persję. Ale tego polski mitotwórca nie dostrzeże, mimo że Rzeczpospolita upadła między innymi przez warcholstwo i kłótnie stronnictw, co jako żywo przypomina sytuację skłóconych greckich poleis przed ich zjednoczeniem pod wodzą Filipa

Polacy nie powinni za swój wzór uważać Termopil z jeszcze jednego powodu - ta klęska została później umiejętnie wykorzystana, a my, jak uczy nas historia z Grunwaldem i hołdem pruskim na czele, nawet zwycięstw nie umiemy obrócić na długotrwałą korzyść.

Ale jeśli wypowiedź uwielbianego przez rzesze Polaków showmana uznać za jakąś średnią wiedzy historycznej narodu, historii nie znamy i nie rozumiemy. W sumie nie zdziwiłabym się gdyby nieszczęśni, z reguły rozpaczliwie niedouczeni przez nadmiar podawanego im materiału polscy maturzyści uważali Cheroneę za jedną z bitew z Persami.

Pomnik Leonidasa i 300 Spartan, Termopile

wtorek, 10 kwietnia 2007
Disce puer latine...

... ego te faciam mościpanie - miał ponoć rzec król Stefan Batory do ucznia Akademii Zamojskiej, pierwszej humanistycznej (w renesansowym, a nie współczesnym znaczeniu tego słowa) uczelni polskiej. Niestety za komuny wygano języki klasyczne z powszechnego nauczania, a szkoda. Znacznie większa się przez to szkoda stała niż przez wyrzucenie ze szkół religii, ponieważ katolicki - z przekonania, tradycji czy anarchistycznej przekory - naród dziatwę na religię posłał do parafii, a kółek samokształcenia w łacinie nie zorganizowano.

Opłakane efekty tego stanu rzeczy widać dziś w nadużywaniu - najwyraźniej w imię innej maksymy: quidquid latine dictum sit, altum sonatur (powiedziane po łacinie brzmi wzniośle) - klasycznych słówek i wyrwanych z kontekstu fraz w nazwach i hasłach. Na palcach policzyć można wykorzystania trafione. Zazwyczaj mamy do czynienia z jakimiś potworkami łacińskimi lub greckimi - czemu bowiem agencja ochrony reklamująca się ostatnio w Krakowie, a może i w innych miejscach Polski wybrała sobie na nazwę greckie słówko apeiron czyli nieskończoność? Na tle innych, nawet łacińskobrzmiących nazw agencji detektywistycznych czy ochroniarskich (Justus, Juventus - sprawiedliwy i młodość, a a także bardziej swojskie Sokół czy Kobra) ta wyróżnia się chyba wyłącznie dziwacznością, ponieważ przeciętnemu odbiorcy nazwa nic nie mówi, rozumiejącego zaś razi nieprzystawalnością do profilu firmy.

A akurat dziś w odstępie raptem kilku godzin zetknęłam się z dwoma przykładami świadczącymi o tym, że znajomość języków klasycznych jest w naszym kraju opłakana, także pod względem gramatycznym.

Najpierw przeglądałam broszurkę, którą przysłał mi w dbałości o moje zdrowie Narodowy Fundusz Zdrowia wraz z zaproszeniem na bezpłatne badania cytologiczne. Wśród wielu obco - ewidentnie dla podniesienia efektu - brzmiących nazw trafiłam na kwiatek "Pro Feminae". Najwyraźniej osobie, która nazwę tę wymyślała, nie przyszło do głowy, że dość w końcu znane wyrażenia takie jak "pro arte", "pro patria" czy "pro domo sua" łączy pewien element: przypadek, w którym występuje w nich rzeczownik. Jest to zgodnie z regułami gramatyki Ablativus liczby pojedynczej (nie mający dokładnego odpowiednika w deklinacji polskiej - w jego miejsce mamy Narzędnik i Miejscownik), podczas gdy forma "feminae" może być albo Genetivem (Dopełniaczem), albo Dativem (Celownikiem) liczby pojedynczej, albo Nominativem (Mianownikiem), albo też Vocativem (Wołaczem) liczby mnogiej. Twórcy nazwy najwyraźniej jednak dyftong "ae" - co ciekawe, w okresie klasycznym wymawiany jak greckie "ai" - najbardziej kojarzył się z łaciną, tak więc zostało - z błędem. Zabawne jest to, że gdyby wyrzucić przyimek "pro", forma od beidy by uszła, mogłaby bowiem znaczyć po prostu w Celowniku "kobiecie", czyli "dla kobiety"...

Drugi kwiatek znalazłam czytając felieton Katarzyny Zimmerer w najnowszym "Tygodniku Powszechnym". Autorka cytuje tam książkę panów Pawła Hebdy i Jerzego Madejskiego "Zawód z pasją. Co robić? Kim być?", w której tak zaczyna się opis zawodu etnologa: "Etnolog (gr. etno - lud)..." i już od razu jest błąd i to podwójny. Nie etno bowiem, ale ethnos (εθνος; edytor niestety chyba nie obsługuje greckich znaków diakrytycznych) - tak brzmi mianownik tego słowa, pisanego przez thetę a nie tau, a zatem transkrybowanego powszechnie przez th.

Uderzające jest to, że pani Zimmerer (a może Kasia Zimmerer, bo poznałam ją kiedyś przez mojego eks-eks?), intelektualistka ze snobistycznego krakowskiego Salwatora, tłumaczka i publicystka, tych błędów nie zauważa, dając smutne świadectwo kulturze klasycznej nawet wśród łże-elit.

Ostraka (tabliczki do głosowania), muzeum ateńskiego Kerameikosu

 

PS. Oczywiście jak tylko nadałam obecny tytuł blogowi, to zaraz zaczęłam mieć długie przerwy w pisaniu...

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright