sobota, 14 lipca 2007
Noblesse n'oblige pas?

Jakiś czas temu poslkie snobistyczne środowiska żyły wydarzeniem jakby żywcem wyjętym z międzywojennej powieści nieco wyżej niż brukowej - krytyk spoliczkował pisarza, a poszło o żonę krytyka, którą pisarz jakoby znieważył (aczkolwiek w niektórych wersjach tej historii jako żywo trudno było się dopatrzeć elementów znieważających). Mam wątpliwą przyjemność znać krytyka i niewątpliwą - jego żonę (pisarza osobiście nie znam), ale pewnie nigdy się nie dowiem, o co naprawdę poszło i zresztą nieszczególnie mnie to interesuje. Żona krytyka uśmiecha się miło jak dawniej, sprawa ucichła, krytyk miał swoje pięć minut sławy w audiowizualnych mediach ogólnopolskich. To o tyle ciekawe, że krytyk w oficjalnych wystąpieniach o charakterze naukowym potępia zazwyczaj w czambuł popkulturę.

Ale ja w sumie nie o tym - sprawa krytyka, jego żony i pisarza przypomniała mi się jako tło do afery najnowszej, która została zaszumiana zanim naprawdę zdążyła swój żywot medialny przeżyć, a w sumie miała podobny charakter. Mianowicie pewien zakonnik i dyrektor w jednej osobie znieważył żonę urzędującego prezydenta. Pal licho, jaki ten prezydent - chwilowo niestety zajmuje stanowisko, piastuje urząd i różne taki, jakkolwiek by do tego nie pasował. Ojciec dyrektor jednakowoż znieważył nie tylko First Lady, ale również po prostu kobietę, po prostu drugiego człowieka. Że kobietę, podkreślam nie z pobudek feministycznych, ale dlatego, że ta kobieta ma męża, który powinien za jej honorem się ująć. A mąż nic, ani się o sprawie zająknął. Mimo że jako prezydenta powinien obowiązywać go kodeks honorowy i różne dyplomatyczne obyczaje, wedle których osoba publiczna nie może bezkarnie znieważać innej osoby publicznej. Prezydent w obronie czci żony powinien ojca dyrektora nawet nie spoliczkować, jak uczynił to z pisarzem krytyk, mimo że wypowiedzi pisarza nie zostały nagrane na upublicznioną taśmę - prezydent powinien ojca dyrektora na pojedynek wyzwać. Nawet symboliczny, bo czasy nam takie cywilizowane nastały, że nie wypada przeciwnika szabelką, szpadą czy pistoletem traktować.

Do obecnej prezydentowej nie mam żadnych specjalnych uczuć - w przeciwieństwie do męża i zwłaszcza szwagra jest mi raczej obojętna, ale w tej sytuacji naprawdę jej współczuję. Jest przecież układną żoną w tradycyjnej, wydawałoby się, polskiej rodzinie - ale jak widać panów w tej rodzinie tradycyjne wartości nie obowiązują.

Naczynia w kształcie kaczek, Luwr

O przekładaniu języka nieistniejącego (uwagi frustrata)

Od kilku tygodni, po szczęśliwym zakończeniu (prawie, jeszcze trwają różne korekty) przygody z pamiętnikiem seksoholiczki, mam na warsztacie bestseller fantasy - raczej zresztą dla młodzieży niż dla dorosłych.

Rzecz jest całkiem sympatyczna, aczkolwiek przez prawie dwieście stron druku niewiele się wydarzyło, bohaterowie dają się lubić, mimo że nie są zbyt skomplikowani, świat jest takoż całkiem całkiem, choć momentami chciałoby się o nim wiedzieć więcej. A z punktu widzenia tłumacza książka jest bezcenna, albowiem niemal sama się tłumaczy - prosty, przezroczysty styl, żadnych konwolutnych zdań i stylistycznych pułapek. Zdawałoby się: żyć, nie umierać.

Gdyby nie to, że autorzy fantastyki uwielbiają wymyślać. Okej, zgadzam się, taka ich profesja - mają wymyślić coś, co nie istnieje. Problem w tym, że jak nie istnieje, to powinno być inne niż jest świat wokół nas, a jeśli nie ma się znakomitych pomysłów na to, jak ten świat ma funkcjonować (a czasami nawet jeśli się ma całkiem niezłe, o czym za chwilę), to wrzuca się do tekstu nieistniejące słówka. I masz, babo, placek, gdyż angielszczyzna pod tym względem znacznie bardziej jest tolerancyjna niż polszczyzna.

W powieści, którą właśnie tłumaczę, autorka postanowiła sprezentować czytelnikowi przede wszystkim obcą faunę i florę oraz tychże pochodne, czyli kulinaria. Miłosiernie na końcu książki dodała słowniczek - ale z mojego punktu widzenia niewiele to pomaga, albowiem problem z przekładem takich rzeczy jest przede wszystkim eufoniczno-fonetyczny. Niektóre autorskie pomysły po prostu po polsku fatalnie brzmią. A niektóre, co gorsza, w ogóle nie wiadomo, jak powinny być zapisane. W słowniczku jest na przykład słówko "jerras" (rodzaj fasoli; szczęśliwie jeszcze nie było w tekście) - no i co z takim zrobić? W założeniu autorki zapewne czyta się to "dżerras", choć zważywszy rosnące wpływy hiszpańskie na potoczną angielszczyznę, zwłaszcza w Stanach, na upór mogłoby to być "herras". Niestety najmniejsze jest prawdopodobieństwo wymowy przez "j". A problem w tym, że "dżerras" wygląda idiotycznie. I nie wiem, co z tym zrobić. Takich fonetycznie kłopotliwych słówek jest więcej, ale to nie koniec problemów.

Nie jestem na przykład przekonana, że "suka" na określenie trunku będzie w przekładzie dobrym pomysłem. Podobnie zresztą jak narkotyk o nazwie "myk". A dokładniej: nie miałabym nic przeciwko tak brzmiącym nazwom, gdyby bohaterowie mówili zdecydowanie slangiem i te słówka ze slangu pochodziły. Sęk w tym, że one należą do, powiedzmy, oficjalnego języka świata powieści.

A tak naprawdę nie byłoby problemu, gdyby te słówka były jakoś związane z angielszczyzną - na dowolnym poziomie. Niestety nie są, w związku z czym nie mam żadnej wskazówki, jak je w razie czego przerabiać. Przez chwilę pocieszałam się, że tłumacze Lema, Dukaja czy Sapkowskiego też nie mieli łatwego zadania, ale potem uświadomiłam sobie, że większość neologizmów w ich książkach miała zakorzenienie w języku polskim - znaczy się można było odtworzyć znaczenia słów, które uległy przetworzeniu, i na tej podstawie tworzyć odpowiedniki (uświadomiłam to sobie wyguglawszy fragmenty przekładu Katedry Dukaja).

No cóż, to właśnie Jacek Dukaj w moich skądinąd ukochanych Innych pieśniach udowodnił, że język jest najlepszym narzędziem do pokazania obcości... niestety nie dodał wskazówek, jak tłumaczyć nieistniejący język na nieistniejący język w innym języku.

Tabliczka z pismem klinowym, Luwr

wtorek, 10 lipca 2007
Vivat grafomania!

A dziś będzie z nazwiskami. I o ewidentnej grafomanii - ale nie blogowej. W moje ręce wpadł bowiem najnowszy Tom kultury - pisemko reklamowe Empiku. A w nim krótkie notatki o nowościach.

Z całej gamy bezsensownych książek moją osobistą nagrodę otrzymuje Nigdy dość autorstwa Malwiny Kowszewicz, o której nigdy wcześniej nie słyszałam, ale sądząc z tytułu debiutanckiej (?) powieści, pani ta zapewne chciałaby złamać monopol Katarzyny Grocholi na czytadła.

  • Młoda dziennikarka, która przez przypadek wplątała się w pracę w jednym z czołowych magazynów, musi udawać, że się na wszystkim zna.

Hmm, czytaliśmy i widzieliśmy w Diabeł ubiera się u Prady? Pomijając, oczywiście, bzdurność stwierdzenia, że młoda dziennikarka "wplątuje się" w prestiżową pracę u samego progu kariery. Może się mylę, ale chyba jest to marzenie każdej młodej dziennikarki?

  • A najlepiej na orgazmach, oczywiście nie własnych.

Nie do końca wiem, co mam wnioskować z tego zdania: czyżby dziennikarka została zobowiązana przez kontrakt z redakcją do zachowania dziewictwa, a na dodatek ten "czołowy magazyn" to fikcyjny i przaśnie rodzimy odpowiednik Hustlera (może raczej Cats)? Jeśli mamy do czynienia z tym ostatnim, jestem skłonna odwołać uwagę pierwszą - ale co to za młoda dziennikarka, co nie zna się na rynku prasowym i nie wie, w co sie wplątuje?

  • Jednocześnie miła i bezczelna, szybko zjednuje sobie ludzi.

Jest takie popkulturowe zjawisko, które nazywa się Mary Sue (od pewnej bohaterki Star Treku). Bohater, który jest tak miły, że może być nawet bezczelny, a i tak wszyscy inni (bohaterowie) go kochają. Widzowie/czytelnicy niekoniecznie.

  • Zostaje wysłana do Paryża, by przeprowadzić wywiad z gburowatym reżyserem.

Widzieliśmy w Scoop i bardzo nam się podobało, mimo że w tle nie było Paryża. Ale rozumiemy, że komuś, kto nie nazywa się Woody Allen, sama fabuła nie utrzyma książki. Mamy tylko nadzieję, że po przybyciu do Paryża nie okazuje się, że bohaterka wywiadu nie zrobi, a zamiast tego wplącze się w romansowo-kryminalną przygodę ze zwariowanym i gadatliwym, powiedzmy, właścicielem karuzeli na Montmartrze w tle.

  • Na wykonanie zadania ma trzy dni.

Cieniaska. Jack Bauer już sześć razy uratował świat, a przynajmniej USA w 24 godziny i właśnie szykuje się do siódmego zadania.

Montmartre, Paryż, czerwiec 2007

PS. Kiedyś po obejrzeniu w kinie trailera Samotności w sieci zastanawiałyśmy się z przyjaciółką, ile czasu zajęłoby nam wymyślenie "bestsellera". Na stworzenie sporej liczby niezbędnych bohaterów pierwszo- i drugoplanowych oraz epizodycznych, a także ułożenie zarysu fabuły, potrzebowałyśmy dwóch godzin. Mam do tego notatki. Może powinnam napisać i opublikować? Ale chyba nie pod własnym nazwiskiem...

sobota, 07 lipca 2007
Boh trojcu lubit?

No chyba niezupełnie. Sądząc, znaczy się, po obejrzanych ostatnio trzecich częściach wielkich kinowych przebojów.

Trzecia część Piratów z Karaibów cierpi na przesyt - zwłaszcza dotychczasowego największego atutu serii, czyli Johnny'ego Deppa. W długiej i w zamierzeniu popisowej sekwencji "matrixowej" ze zwielokrotnionym Jackiem Sparrowem najbardziej podobały mi się powstające z kamyków kraby - też bym takiego chciała mieć. Film cierpi niestety również na niedosyt - zwłaszcza motywacji bohaterów i chemii między nimi. Gdzieś w środku filmu zorientowałam się, że mało interesuje mnie, czy Will jest zdrajcą, czy też podwójnym agentem, czy też może gra w jakąś jeszcze bardziej skomplikowaną grę - a to już nie w porządku. Momentami, owszem, bawiłam się świetnie, ale kiedy Johnny Depp zaczął się mnożyć również poza Lukiem Davy'ego Jonesa, miałam trochę dość. W tej części zdecydowanie najbardziej - oprócz krabów i Keiry Knightley w chińskich ciuszkach - podobało mi się zakończenie, a konkretnie to, co stało się z Willem.

A wczoraj wieczorem zapoznałam się ze Shrekiem Trzecim - i jakkolwiek bawiłam się przez sporą większość filmu doskonale, znów w porównaniu z wcześniejszymi nieco mnie rozczarował. I charakterystycznie: zarówno przesytem (w tym przypadku gagów), jak i niedosytem (paradoksalnie również gagów). Zabrakło mi mianowicie w scenie nalotu na zamek Lotu Walkirii, mimo że scena wyglądała jak dosłowny cytat z Czasu apokalipsy, zabrakło mi również rozwinięcia postaci Artura. Skoro już nazywamy kuzyna z bocznej linii (skądinąd najwyraźniej żabiej, skoro wie o tym głównie król) Arturem Pendragonem, na kolegów szkolnych dajemy mu Ginewrę i Lancelota, a na byłego nauczyciela Merlina, to przydałaby się również jakaś scena z mieczem w kamieniu lub Panią Jeziora. Za dużo w tej postaci było natomiast łopatologicznego moralizowania - czyli tego, czego kolejne Shreki dotychczas konsekwetnie unikały. Fakt wzięcia owych moralizatorskich mów w nawias ironii niewiele pomaga, być może to kwestia proporcji.

Mimo to w obu przypadkach czekam z niecierpliwością na kolejne części - w nadziei, że twórcy Piratów nie zmarnują pomysłu na Willa i Elizabeth, a twórcy Shreka wymyślą milutką fabułę, w której główne role mogłyby odegrać ogrze trojaczki.

A na pocieszenie myślę sobie, że istnieją aż dwie filmowe serie, w których część trzecią uważam za bezwzględnie najlepszą. Jedną z nich jest druga (czyli pierwsza) seria Gwiezdnych wojen - Zemsta Sithów to jak dla mnie fabularnie najlepsza część całego cyklu. Nowa nadzieja niewątpliwie jest najważniejsza, Imperium kontratakuje jest świetne, ale całkiem niesamodzielne, podczas gdy ładunek psychologiczny i pomysł na historię Dartha Vadera w Zemście... absolutnie mnie zachwycił.

Drugą jest seria przygód Indiany Jonesa - przy całym sentymencie do Poszukiwaczy zaginionej Arki, uważam, że Ostatnia krucjata bije pozostałe na głowę humorem i pomysłowością. No i ten Sean Connery w roli tatusia... Szkoda, że w Lidze niezwykłych dżentelmenów nie wykreował podobnego Allana Quatermaina - byłoby to na pewno z pożytkiem dla tego filmu, który tak świetnie się zapowiadał...

Ponieważ nagle okazało się, że jest remis między częściami wcześniejszymi i trzecimi, postanowiłam zrobić małą statystykę.

Oto filmowe części pierwsze, które dotychczas mnie najbardziej zachwyciły:

  • Drużyna Pierścienia (ach, ten Boromir...)
  • Matrix (wydawał się zamkniętą przypowieścią, dalszy ciąg doklejono nieco na siłę)
  • Shrek (aczkolwiek tu dość remisowo z drugim)
  • Gwiezdne wojny: Nowa nadzieja (klasyka i arcydzieło gatunku; nic dodać, nic ująć)
  • Piraci z Karaibów (dwie godziny niekończącej się zabawy na temat, który wydawał się martwy i pogrzebany)
  • Dracula 2000 (dalsze części, dość luźno zresztą powiązan, to Dracula II, Dracula III oraz ponoć Dracula 3000, ale tego ostatniego nie udało mi się na razie zdobyć - był to w każdym razie eksperyment spod znaku "Dracula meets StarTrek"; pierwszy film z tego cyklu ma zaskakująco nowe, świeże i ciekawe wytłumaczenie pochodzenia i istoty wampiryzmu, drugi jest beznadziejny, trzeci - całkiem niezły)

A oto trzecie:

  • Indiana Jones i ostatnia krucjata (patrz wyżej)
  • Gwiezdne wojny: Zemsta Sithów (takoż)

Drugich w ogóle nie znalazłam, co nie znaczy, że wiele drugich części mi się nie podobało. Często poza tym zdarza się tak, że seriale, których pierwszy sezon podobał mi się umiarkowanie (jak Without a Trace albo The 4400), w drugim mnie zachwyciły. Najwyraźniej niektórzy bohaterowie serialowi potrzebują aż roku, żeby dojrzeć i żeby między nimi samymi - a nie tylko w historyjkach, w których biorą udział - coś zaczęło iskrzyć.

Oczywiście jeśli sobie jeszcze coś przypomnę, dopiszę do listy.

Egipska trójca: Izyda, Ozyrys, Horus - Luwr

niedziela, 01 lipca 2007
Marność historycyzmu

Parę dni temu przyczyniłam się do szoku światopoglądowego pewnej młodej osoby, zasadniczo mojej studentki. Osoba owa przyszła mianowicie do mnie, żeby porozmawiać o swojej pracy licencjackiej, niestety o pisarce, której wyjątkowo wręcz nie cenię, mianowicie Manueli Gretkowskiej. Lektura tej pracy utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że Gretkowska jest nieszczęsną, niewyżytą pod każdym chyba względem grafomanką, ale nie o tym chciałam - tego akurat w naszej rozmowie nie wzmiankowałam. W końcu de gustibus...

Nie mogłam natomiast zgodzić się ze stwierdzeniem, które w pracy owej znalazłam, kiedy jej autorka postanowiła porzucić na chwilę Gretkowską dla Olgi Tokarczuk (którą cenię nieco więcej niż Gretkowską, albowiem przy całym pretensjonalizmie przynajmniej umie pisać). Inkryminowane zdanie brzmiało bowiem następująco: "Kummernis w przeciwieństwie do Marii Magdaleny nie jest postacią historyczną, a literacką." Nie będę się tu jednak zajmować na razie jeszcze Magdaleną, choć wciąż obiecuję sobie do tego wątku wrócić, sprowokowana komentarzem sprzed mniej więcej miesiąca.

Siarkę i ogień piekielny ujrzałam w oczach owej studentki, kiedy powiedziałam jej, że Maria Magdalena nijak nie jest postacią historyczną, albowiem nawet w obrębie chrześcijańskiej tradycji utożsamiana bywa z kilkoma kobietami występującymi w ewangeliach, mimo że nie ma żadnych podstaw do takiej identyfikacji. Gdy zwróciłam jej następnie uwagę, że ewangelie w ogóle nie są tekstami historycznymi (do czego zresztą wreszcie zaczęła się przyznawać nawet historiografia i teologia katolicka), przed moimi oczami stanął obraz jedenastego kręgu piekła, który chyba zdaniem tej pani grozi za głoszenie takich herezji. Co gorsza, byłam nieustępliwa również wtedy, gdy oznajmiła mi, że są przecież inne źródła historyczne. Problem bowiem w tym, że:

  • O Marii Magdalenie nie ma wzmianki w żadnym źródle historycznym.
  • O Jezusie w jednym i to takim, którego autentyczność już w XVI w. (czyli wtedy, gdy dziełko to wydano po raz pierwszy drukiem) była podważana - mianowicie w tzw. Testimonium Flavianum, rzekomo autorstwa żydowsko-rzymskiego historyka Józefa Flawiusza. Testimonium jest teoretycznie częścią Starożytności żydowskiej tegoż Flawiusza, niemniej wszystko wskazuje na to, że zostało tam dopisane w średniowieczu. Na dodatek z Józefem Flawiuszem kłopot jest taki, że własną biografię koloryzował i upiększał jak się dało, więc na jego opowieści trzeba patrzeć cum grano salis. Na dodatek urodził się w 37 roku, więc nie miał szans być naocznym świadkiem.
  • "Jakiś list do cesarza", który jako argument ostateczny wytoczyła oważ studentka, to list Pliniusza Młodszego do cesarza Trajana, w którym opisuje... sektę zwaną chrześcijanami, wykazując się na dodatek całkowitą nieznajomością doktryny i obyczajów tej sekty.

Zastanawia mnie zawsze, skąd akurat u chrześcijan taka obsesja historyczności. Pięknem religii jest jej związek z mitem - odwieczną opowieścią ludzkości, która z natury swej jest anaukowa i ahistoryczna. Joseph Campbell w Occidental Mythology oskarża chrześcijaństwo właśnie o zerwanie z mitem i mnie nie sposób się z nim nie zgodzić.

W doktrynie chrześcijańskiej od samego początku widać bardzo silny związek z mitem, podobnie jak w liturgii widać przetworzenia zwyczajów i rytuałów wcześniejszych. Niestety, już w późnej starożytności pojawia się obsesyjna wręcz potrzeba walki z "pogaństwem", poczucie jedynej słusznej drogi - co przyczynia się niestety również do, powiedzmy to szczerze, wandalizmu. Moim wielkim wrogiem jest niejaki Tacjan, ogłoszony świętym za to, że rozbijał posągi dawnych bóstw - czyli niszczył wielką klasyczną sztukę! Osobiście uważam, że skoro święci mają być przykładami postępowania, Tacjana powinno się z tej listy skreślić, ponieważ promuje wandalizm.

Konstantyn na pewno nie jest moim ulubionym bohaterem historycznym, aczkolwiek cenię go za konsekwentny pragmatyzm - do tego stopnia , że sam dał się ochrzcić dopiero na łożu śmierci. Zdaję sobie również sprawę, że ogłosił swój brzemienny w konsekwencje edykt dlatego, że potrzebował cementu, który scaliłby rozrastające się i różnicujące cesarstwo (sam był pierwszym cesarzem, który władzę objął w Eburacum, czyli dzisiejszym Yorku, w północnej Brytanii), a chrześcijaństwo w jego czasach było religią najbardziej "demokratyczną", tzn. dopuszczającą do kultu wszystkie grupy społeczne - mizogynia zaczęła się nieco później.

Między bajki natomiast można włożyć legendę o Julianie zwanym Apostatą mówiącym na łożu śmierci "Galilee, vicisti" - Julian zginął na polu bitwy i to w sposób bardzo intrygujący, mianowicie ugodzony włócznią w plecy w czasie ataku na siły nieprzyjaciela. Nie ma wątpliwości, że było to sprytnie zaplanowane zabójstwo, dokonane przez jego własnych żołnierzy - w ogromnej większości już wówczas chrześcijan; żadna inna grupa nie była chyba zresztą zainteresowana pozbywaniem się jednego z najwybitniejszych władców w dziejach Rzymu. Gdyby więc Julian istotnie wypowiedział takie słowa w chwili śmierci, miałby zapewne na myśli "pokonałeś mnie, podstępny Galilejczyku" niż cokolwiek innego.

Ale tego wszystkiego już nie opowiedziałam mojej studentce - i bez tego była strasznie nieszczęśliwa. Nie zapytałam jej też, co złego jest w mitologii, że chrześcijaństwo tak strasznie się przed nią broni - moim skromnym zdaniem zresztą nóż w plecy mitycznemu myśleniu wbił Tomasz z Akwinu ze swoim naukowym podejściem do teologii. A swoją drogą zwykli ludzie (mam tu na myśli np. przeciętnych polskich katolików) nadal myślą w kategoriach mitycznych, tylko o tym nie wiedzą.

Żałuję natomiast, że nie zadałam jej pytania, skąd ta fascynacja ocierającą się o pornografię (tak, pornografię) twórczością Gretkowskiej - czyżby etykietka uznanej przez krytykę pisarki zmazywała poczucie grzechu, które powinno towarzyszyć lekturze "takich rzeczy"?

 

Pomnik Konstantyna w Yorku
wtorek, 26 czerwca 2007
Dla dobra tekstu?

Nie chcę wchodzić w teorie spiskowe, dlaczego, ale dowiedziałam się dziś (a właściwie wczoraj) od pewnego redaktora, że "dla dobra tekstu" należy go w tłumaczeniu ulepszać. Konkretnie: jeśli styl autora w oryginale jest, dajmy na to, monotonny, to należy go w przekładzie ożywić, np. przez urozmaicenie słownictwa i dynamizację emocji.

Niestety, zabrakło mi (na razie) odwagi, żeby zapytać, co w takim razie zostanie z oryginału. Zwłaszcza jeśli książka należy do takich, w których fabuła jest miałka - z założenia lub bo tak wyszło.

Zabrakło mi odwagi, by zapytać, co jeśli w rezultacie takich zabiegów w recenzji książki w kraju przekładu przeczytamy, że jej dodatkowym atutem jest żywy styl i bogate słownictwo - podczas gdy w recenzjach oryginału jak byk będzie stało, że autorowi przydałoby się słownictwo wzbogacić, a styl ożywić.

Wyobraziłam sobie ponadto - ale też nie odważyłam się o tym napomknąć - utrzymane w takim duchu przekłady paru książek. No bo weźmy takiego Prousta - aż się prosi, żeby te zdania długie i pokrętne poskracać i poprzycinać, żeby styl był żywszy. Nie mówię już np. o Cyceronie, którego okresy są zmorą każdego tłumacza na dowolnym poziomie nauki łaciny. Nie mówię także o tym, że idąc dalej za tą światłą radą, warto by się zastanowić, czy niektórym powieściom nie należałoby przydać nieco akcji, bo byłoby to przecież "dla dobra tekstu". Albo chociażby te nieszczęsne opisy przyrody w "Nad Niemnem" - też ich nie lubiłam, bo może i ładne, ale lekturę trzeba przecież szybko przeczytać, a potem będą pytać i tak tylko z fabuły. No więc może by tak opisy przyrody z Orzeszkowej wyrzucić - zwłaszcza przy potencjalnym tłumaczeniu na obce języki. Poza wszystkim nazwy połowy roślin i tak nic zagranicznemu czytelnikowi nie powiedzą.

W ten sposób szybkim krokiem zmierzamy ku poetyce bryka. Bryk ma to do siebie, że podaje całość książki w formie streszczenia, które jest łatwiejsze do przeczytania niż cała powieść. W krajach anglosaskich funkcjonują również tzw. "abbreviated versions" - uproszczone słownikowo i skrócone na potrzeby wczesnej edukacji wersje klasyki literackiej. Wyrazy trudne zastępuje się tam takimi, które należą do powszechnego użytku, upraszcza się składnię, czasem nieco skraca fabułę. A wszystko po to, żeby uczniom było łatwiej - tyle że na okładkach takich wydań zawsze jest na ten temat odpowiednia adnotacja.

Żeby było zatem uczciwie, możemy przyjąć zasadę przekładu ulepszającego - ale może wypadałoby wtedy poinformować potencjalnego nabywcę, z czym ma do czynienia, umieszczając na okładce notkę "wersja poprawiona względem oryginału".

Zwłaszcza że istnieje w praktyce przekładowej pojęcie adaptacji oraz imitacji - czyli takich przyswojeń drugiemu językowi, w których ze względów artystycznych wierność literze tekstu schodzi na dalszy plan, a najważniejsze staje się oddanie wartości estetycznych tekstu, nawet jeśli oznacza to wprowadzanie poważnych zmian. Ba, bywa, że takie adaptacje-imitacje artystycznie dorównują oryginałowi (czasem można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że go przewyższają) - na gruncie polskim można wymienić przykłady bardzo czasowo odległe: "Szachy" Jana Kochanowskiego zestawione ze "Scacchiae Ludus" Marca Girolama Vidy oraz "Kubuś Puchatek" A. A. Milne'a/Ireny Tuwim w porównaniu z "Winnie the Pooh" tylko tego pierwszego. Dla mnie osobiście gdzieś w tych obszarach mieści się również przekład obu tomów "Alicji" Lewisa Carolla dokonany przez Macieja Słomczyńskiego, nie mówiąc już o autoryzowanych przekładach powieści Josepha Conrada pióra Anieli Zagórskiej.

Problem polega tylko na tym, czy naprawdę warto aż tak się wysilać dla książki, która jest efemerycznym bestsellerem? I której wartość polega na tym, że w danym momencie narusza pewne tabu i pokazuje jakiś wycinek rzeczywistości, nie pretendując do miana wielkiej literatury. Co więcej, jak w omawianym przypadku, książki wykorzystującej nowe medium, jakim jest... blog. Z natury swej najczęściej pisany językiem potocznym, zwyczajnym, a nie wysokoartystycznym (po prawdzie wszystkie próby tego ostatniego, jakie na polskich blogach znajduję, kończą się popisem nieziemskiej wręcz grafomanii).

Zapewne jest sporo książek, które dla ich dobra należałoby napisać od nowa. Pytanie tylko, czy wtedy byłyby to te same książki? Możliwe, że pod tym czy innym względem byłyby istotnie lepsze. Ale przecież czasem kochamy książki, które wcale dobre nie są. Czy ktoś pokochałby H. P. Lovecrafta, gdyby jego opowieści nie były tak rozkosznie pretensjonalne pod względem stylistycznym? Czy istoty takie jak przedwieczne, bluźniercze i niewypowiedziane pomioty Wielkiego Cthulhu można opisywać językiem Manna i Prousta? Z całym szacunkiem - nie. Nawet gdyby literacko miały być o niebo lepsze.

Wystawa sklepu, Londyn 2006

środa, 20 czerwca 2007
Głos w sprawie pornografii

Na blogu strasznasztuka2 przeczytałam tydzień temu (wolne paryskie wieczory, czas na buszowanie po blogach) wpis o pornografii, w którym autorka ewidentnie mylnie utożsamia pornografię z erotyką, czy też raczej nie rozróżnia między tymi dwoma zjawiskami. Świadczą o tym chociażby niektóre wybrane dzieła sztuki, mające jakoby być przykładami obecności pornografii w kulturze od najdawniejszych czasów.

Problem w tym, że jeśli zgodzić się z dość powszechnym rozumieniem tego zjawiska, pornografia jest dziedziną twórczości (sztuki? kultury?), która służy wyłącznie wzbudzaniu w odbiorcy podniet o naturze seksualnej. Współcześnie mówi się zresztą również o pornografii niekoniecznie seksualnej: za pornograficzne uznając teksty czy dzieła epatujące np. przemocą w taki sposób, że również chodzi w nich wyłącznie o rozładowanie dość niskich potrzeb fizyczno-emocjonalnych.

Samo słowo utworzone zostało od greckiego πορνη - prostytutka. Porne była w społeczeństwie greckim kobietą, której profesją było jedynie zaspokajanie potrzeb seksualnych, w związku z czym stała na bardzo niskim szczeblu drabiny społecznej - jej działalność nie miała nic wspólnego z funkcją sakralną, jak tzw. prostytucja świątynna, znana na starożytnym Bliskim Wschodzie, ale także w Grecji - najsłynniejsza świątynia Afrodyty, w której kapłanki oddawały się pielgrzymom w ramach posługi bogini, znajdowała się w Koryncie. Porne nie była też wykształconą heterą - towarzyszką męskich biesiad i dysput filozoficznych. Pornografia to zatem nie Listy heter Alkifrona ani Sztuka miłosna Owidiusza, jakkolwiek dosłowne i dosadne opisy można by tam znaleźć.

Umieszczenie przez autorkę (sądząc z wielu wpisów zdeklarowaną feministkę) na liście dzieł pornograficznych malowideł z pompejańskiej Villa dei Misteri jest powielaniem wiktoriańskich poglądów na te obrazy - poglądów z czasów, kiedy te dzieła odkryto, a kiedy wszelkie bezpośrednie nawiązania do erotyzmu czy seksualizmu były uważane za niedopuszczalne i niemoralne. Malowidła z Pompejów nie są w dodatku jedynym dowodem na powszechną obecność tematyki erotycznej w sztuce starożytnej: mnóstwo podobnych obrazów znajdujemy na greckich wazach i rzymskich reliefach; w erotyczne przedstawienia obfitują także przedmioty codziennego użytku, zwłaszcza te przeznaczone głównie dla kobiet, jak np. lusterka. Osobną kategorię stanowią figurki kultowe - np. falliczne przedstawienia Priapa, bóstwa płodności.

Po prawdzie kultura grecka - i rzymska wbrew pozorom raczej też - nie znała pojęcia (i nie chodzi mi nawet o słowo, ale koncept) pornografii. Wydaje mi się, że pornografia nie jest potrzebna w kulturach, w których seks nie stanowi tabu, a w nagim ciele widzi się przede wszystkim jego piękno. Trudno byłoby przecież nazwać pornograficznymi słynne reliefy z indyjskiego Khadżuraho, ilustrujące Kamasutrę? Na kulturę grecką trzeba patrzeć przez podobny pryzmat. W takim właśnie duchu powstały pompejańskie malowidła, które na dodatek zdaniem specjalistów przedstawiają głównie sceny weselne - nocy poślubnej, a więc seksu jak najbardziej małżeńskiego.

Pojawienie się konceptu pornografii łączy się z moralnością chrześcijańską - seksualność i erotyzm stają się terenem zakazanym, w związku z czym niekiedy skrywają się za zasłoną poetyckiej metafory, alegorii i symbolu (średniowieczna poezja miłosna, alegoryzowane przeróbki Owidiusza, malarstwo niderlandzkie), najczęściej jednak po prostu schodzą do podziemia - i to właśnie tam rodzi się tandentna, tania sztuka, której celem jest wyłącznie wywoływanie podniecenia: pornografia.

Niestety, jeśli chodzi o wpis na cytowanym blogu, nie przekonują mnie też przykłady ze sztuki późniejszej - po prawdzie żadnego z pokazanych tam przy okazji dzieł (może za wyjątkiem ostatniego, które wygląda po prostu dość kiczowato i dlatego nie przekonuje mnie jako sztuka) nie zaklasyfikowałabym jako pornografii. Jeśli bowiem malarz siedemnastowieczny malował Ledę z łabędziem, to nie w celu epatowania publiki zoofilią, a niezwykle erotyczna Ekstaza św. Teresy Berniniego to typowo barokowy koncept, w którym amor sacer przybiera postać amor profanus - co źródło swe ma w alegorycznych interpretacjach Pieśni nad pieśniami. Wszystkie te przedstawienia mieszczą się w mentalności epoki, dla której motywy mitologiczne czy alegorie były czytelne.

Zastanawia mnie w tym kontekście jeszcze jedno: czy dzieło wybitne w ogóle może być klasyfikowane jako pornografia? Jeśli bowiem przyjmiemy, że nie ma ona żadnego celu poza dawaniem podniet, to sam fakt wartości artystycznej znosi aspekt pornograficzny nawet najbardziej erotycznie dosłownego dzieła. Nie sądzę, żeby ktoś współcześnie nazwał słynny Początek świata Courbeta obrazem pornograficznym, a trudno doprawdy o większą dosłowność. Gwarantem nie-pornograficzności staje się tu de facto nazwisko malarza i tytuł - a więc instytucja czy też koncept.

I jeszcze jedno - pornografia zazwyczaj jest "tania". Czyli łatwa, niewymagająca refleksji, niewyrafinowana artystycznie. Ona nie musi - jej celem nie jest zachwyt nad sztuką. Ma dać szybką i prostą satysfakcję - i tyle. Sztuka erotyczna to zupełnie inna bajka - może być dowolnie skomplikowana, wyrafinowana i przesycona symbolizmem, co nie wyklucza skandalizmu. Tylko że skandal jest zjawiskiem czasowym, ulotnym i wybitnie kontekstowym - dziś trudno sobie wyobrazić, że np. Huśtawka Fragonarda uważana była w swoim czasie za dzieło niezwykle odważne obyczajowo.

Figurka hellenistyczna z terakoty, Luwr

poniedziałek, 18 czerwca 2007
Iść za marzeniem...

"To follow the dream, and again to follow the dream - and so - ewig - usque ad finem..." - bardzo bym chciała móc uznać ten cytat z Lorda Jima za swoje realne motto życiowe. Od niedawna staram się wreszcie je realizować - jeżdżąc tu i ówdzie, żeby zwiedzać i oglądać to, co mnie naprawdę interesuje. Chciałabym oczywiście wykorzystać to jeszcze lepiej, móc na przykład bardzo blisko tych marzeń zarabiać zarówno na chleb powszedni jak i luksusy.

Dlatego ze szczególną uwagą śledzę w prasie historyjki o ludziach, którzy nie bali się próbować spełniać swoje marzenia i robić w życiu to, co naprawdę chcą - nawet wbrew przeciwnościom. Jakiś czas temu czytałam między innymi o Orianie Fallaci, której zwykły strach nie powstrzymywał przed jazdą w najgorętsze politycznie miejsca naszego globu i robieniem niewygodnych wywiadów. O Florence Foster-Jenkins, która rzeczywiście śpiewać nie umiała rozpaczliwie, ale mimo to przepuściła fortunę na występowanie w operowych galach, ponieważ kochała chyba głównie blichtr towarzyszący te kilkadziesiąt lat temu primadonnom - i dostała to, czego pragnęła, czyli uwielbienie publiczności.

Przeczytałam wreszcie w ostatnich dniach dwie wzruszające opowieści o marzeniach i ich realizacji. Jedna z nich pozostawiła mnie w zachwycie, druga natomiast z rodzajem niepewności - nie wobec swojej bohaterki, ale sposobu przedstawiania jednego epizodu jej historii.

Pierwszym przypadkiem jest oczywiście Paul Potts, walijski sprzedawca telefonów, który zawojował już nie tylko Anglię, ale najwyraźniej świat samorodnym talentem operowym. To jakby drugi biegun pani Florence - człowiek, którego sądząc po wypowiedziach przed pierwszym występem w "Britain's Got Talent" sporo kosztowało zmierzenie się z krytyką i publicznością, ale miał na tyle siły i odwagi, żeby spróbować. Wygrał prawdopodobnie życie - ma teraz szanse robić to, co kocha i do czego najwyraźniej ma naturalny talent.

Druga opowieść to ta o Kindze, która wykupiła afrykańską dziewczynkę z niewolniczej pracy. Bardzo piękna historia, być może takie indywidualne działania mogłyby więcej pomóc w krajach Trzeciego Świata niż globalna pomoc, która ląduje w kieszeniach miejscowych kacyków. Historia, która aż prosi się o film, nie tylko dokumentalny, który właśnie powstaje, ale fabularny, który wpisałby się w nurt opowieści o Europejczykach zafascynowanych Czarną Afryką, o cenie, jaką się za to płaci, o obcości i bliskości. Jest z tą historią tylko jeden problem - jej zakończenie. Nie chciałabym zostać źle zrozumiana, wiem, że de mortuis nil nisi bene - ale w całej tej historii nie potrafię zrozumieć jednego epizodu: dlaczego Kinga mając diagnozę malarii nie wzięła przepisanych jej lekarstw? Gdyby zrobiła tak, ponieważ w szpitalu był ktoś, kto bardziej tych lekarstw potrzebował - można by to zrozumieć. Podobnie gdyby wiedziała, że nie ma szans na ratunek, a lekarstwo, które jej w najlepszym wypadku przedłuży życie o kilka godzin, może kiedyś komuś uratować życie. Gdyby leki podawał jej ktoś, kogo mogła podejrzewać o oszustwo. Gdyby, gdyby, gdyby - przy wielu gdyby można by zrozumieć jej postępowanie. W dodatku skoro, jak dowiadujemy się z reportażu, była podróżniczką (nie każdego, kto jeździ po świecie, można takim mianem określić - podróżnik w takim kontekście oznacza rodzaj profesji), to dlaczego w nie wiedziała, że przed takim wyjazdem do Afryki powinna przede wszystkim zaszczepić się na choroby tropikalne?

Reportaż o Kindze napisany był tak martyrologicznie, że spodziewałam się finału na skalę historii Dian Fossey (pokazanej w Gorylach we mgle) albo tragicznego splotu wypadków - a gdy dowiedziałam się, jak było naprawdę, zabrakło mi w reportażu przestrogi przed niefrasobliwością i nieodpowiedzialnością. Przecież gdyby Kinga przeżyła, może pomogłaby jeszcze kilku dzieciom - i ci, którzy zechcą pójść w jej ślady, powinni o tym pamiętać.

Wiem, że w Polsce mocniejszy jest romantyczny mit bezsensownej śmierci w imię sprawy niż pozytywistycznego "róbmy swoje", ale może czas zacząć z tym walczyć. Bo nawet to, co każe się dzieciom czytać z pozytywistycznych nowel jakoś o ten mit romantyczny zahacza. Chociażby Siłaczka - bohaterka umiera przecież dla swojej idei zamiast wyleczyć suchoty i przez następne dwadzieścia lat nieść oświaty kaganek. Albo Janko Muzykant - dziecię miało szanse wyrosnąć na wieszcza, a przynajmniej Wieniawskiego, i muzyką swą naród do boju podrywać.

Mam wrażenie, że gdyby w trwającym od pewnego czasu ferworze rewolucjonizowania listy lektur szkolnych obciąć cały pozytywizm, by zostawić z niego wyłącznie Lalkę Prusa (poza wszystkim jedyną naprawdę wybitną powieść z tej epoki - i to spokojnie na miarę europejską), nie byłoby tak źle. W Lalce bowiem jest przekrój przez wszystkie dziewiętnastowieczne postawy Polaków (z których wiele - i to niestety tych mniej chwalebnych - pokutuje do dziś), a także pochwała tego o czym teraz piszę: odwagi w realizowaniu marzeń.

A tak à propos tychże, pozwolę sobie jeszcze wrócić do Paula Pottsa. Gdy o nim czytałam i słuchałam, jak śpiewa, przypomniał mi się wspaniały Billy Elliot. Nie jestem tu zapewne oryginalna - skojarzenie samo się nasuwa. Ale przyszło mi też do głowy, że to jest film, który powinien stać się obowiązkową "lekturą" szkolną. Może zresztą w erze audiowizualizacji wpisanie w edukację oglądania filmów nie byłoby złym pomysłem?

Edgar Degas, Tancerka - Musee d'Orsay, Paryż

Linki do występów Paula Pottsa w YouTube:

http://www.youtube.com/watch?v=1k08yxu57NA - eliminacje 

http://www.youtube.com/watch?v=rDB9zwlXrB8 - półfinał

http://www.youtube.com/watch?v=K_5W4t_CBzg - finał

Paryskie post factum (3): o wyjeżdżaniu z Paryża

Dzień siódmy (czyli czwartek 14 czerwca)

Solennie obiecuję nigdy nie narzekać na polskie taksówki. Obudziłam się o okrutnej godzinie 6.45, ponieważ na 7.30 miałam zamówioną dnia poprzedniego taksówkę. Nie należę do z natury najbardziej punktualnych znanych mi osób, toteż bardzo pilnowałam, żeby godziny tej nie przegapić, w rezultacie od 7.15 nieustannie wyglądałam przez okno, żeby sprawdzić, czy samochód przypadkiem już nie zajechał, a następnie o 7.25 wytaszczyłam przed bramę cięższą o parę książęk walizkę. Taksówki jeszcze nie było, ale to w końcu ja usiłowałam być nadpunktualna. O 7.30 do walizki dołączyła torba z laptopem i druga z obrazkiem zakupionym w prezencie dla przyjaciółki oraz albumami (Praksyteles oraz 100 arcydzieł rzeźby greckiej w Luwrze), które nie mieściły się w normalnym bagażu. Taksówki nadal nie było. Pamiętając, jakie problemy mieli dwaj taksówkarze, którzy usiłowali mnie dowieźć na miejsce spod Łuku Triumfalnego, kiedy tu przyjechałam, nie panikowałam. Rue Lamandé to w końcu mała uliczka i jakkolwiek londyńscy taksówkarze potrafili mnie bez dodatkowych pytań zawieźć w najdziwaczniejsze miejsca, zdaję sobie sprawę, że w innych miastach nie ma obowiązku znania na pamięć całego planu ani też posiadania w samochodzie GPS. Niemniej o 7.40 zaczęłam się niepokoić i z pomocą żony administratora ośrodka wydzwaniać na radio taxi. Kiedy w końcu udało mi się dodzwonić, niezbyt miła pani z rozbrajającą szczerością oznajmiła mi, że moja taksówka nie przyjedzie, ponieważ w okolicy nie mają żadnego samochodu. Argumenty, że zamawiałam wczoraj na konkretną godzinę, ponieważ muszę dojechać na lotnisko, okazały się dla owej pani nieprzekonujące - dała mi do zrozumienia, że tracę czas na rozmowę z nią.

Zaczęłam gorączkowo szukać innej taksówki - wiedziałam, że wyjście na ulicę w tej okolicy niewiele mi da, ponieważ szansa na złapanie wolnej jest minimalna, zważywszy ogólnie niezbyt wielki ruch. W końcu dodzwoniłam się na postój na pobliskim Place de Clichy i zamarłam, kiedy kierowca zapytał, dokąd chcę jechać - ostrzegano mnie wcześniej, że tutejsi taksówkarze nie lubią krótkich kursów, a na Plac Gwiazdy nie było znów tak bardzo daleko. Na szczęście kierowca najwyraźniej należał do tych, którzy nie gardzą nawet skromnym zarobkiem, ponieważ nie tylko usłyszałam zbawienne "d'accord", ale też w końcu o 8 z minutami przyjechał - oczywiście nie miał pojęcia, gdzie jest Lamandé, w związku z czym za radą pani z administracji podałam mu adres skrzyżowania z większą ulicą (budynek okazał się zresztą siedzibą scjentologów), a on z własnej woli podjechał następnie pod bramę, żebym nie musiała taszczyć bagaży. Następnie nawet porozmawiał ze mną w samochodzie i zawiózł mnie istotnie najkrótszą drogą na sam przystanek lotniskowych autobusów.

Autobus na dodatek właśnie zajechał (po przylocie czekałam trzy kwadranse aż się pojawił - gdyby to miało się powtórzyć, nie miałabym szans zdążyć na samolot), a ja zamarłam w momencie, kiedy pan obsługujący bagażniki zapytał mnie, na który terminal - nie miałam najmniejszego pojęcia. Co więcej, w papierach mojego elektronicznego biletu nic na ten temat nie było. Tym razem uratowała mnie paryska Polka, która miała podobne jak ja opóźnienie, tyle że z powodu innego autobusu - ale to zdarzyło się dopiero po dojeździe na lotnisko, kiedy usiłowałam się od kogoś dowiedzieć, gdzie właściwie mam wysiąść. Po drodze zdążyłam dostać zły numer informacji lotniskowej i postawić rodzinę na nogi celem dowiedzenia się czegoś w krakowskim biurze LOT-u.

A rozpisuję się o tym wszystkim dlatego, że takie "gonienie" samolotu jest jedną z rzeczy, których nienawidzę najbardziej pod słońcem, a zdarzyło mi się ono już drugi raz (kiedyś na lotnisku w Brukseli zgubiłam kurtkę przy jednej z rozlicznych bramek, a że w Polsce było wtedy zimno, ja zaś musiałam jeszcze dostać się z Warszawy do Krakowa, więc nie mogłam pozwolić sobie na jej nieodnalezienie). Winnym temu jest wspomnienie z dzieciństwa: radiowa rozmowa z ojcem mojego szkolnego kolegi, który spóźnił się na samolot - miał lecieć na konferencję medyczną w Stanach tym Iłem, który rozbił się pod Warszawą. Pamiętam opowieść o jeździe taksówką i poganianiu taksówkarza, o złości na korki (korki w latach '80?), frustracji - a potem niedowierzaniu i niewiarygodnym szczęściu, że się nie zdążyło.

Na dodatek tym razem na lotnisku byłam świadkiem sceny, która teoretycznie nie miała prawa się zdarzyć przy obowiązujących obecnie standardach bezpieczeństwa: przy ostatniej bramce, na której prześwietla się bagaż podręczny, zdejmuje buty i bezwzględnie trzeba mieć kartę pokładową, pojawiła się grupa trzech czy czterech Amerykanów z gigantycznymi torbami i bez kart pokładowych, bardzo zdziwionych, że muszą gdzieś wracać, żeby nadać ten bagaż i uzyskać prawo wstępu na pokład samolotu. Patrząc na nich miałam wrażenie, że trafili tam przez jakąś bramę z innej rzeczywistości, ponieważ nie powinni byli mieć szans przedostać się przez kontrolę paszportową i tak dalej.

Ale w końcu dotarłam do Krakowa i oczywiście już tęsknię za tymi cudownymi rzeźbami, które praktycznie codziennie mogłam sobie do woli oglądać.

Auguste Rodin, Myśliciel

Paryskie post factum (2)

Dzień szósty (czyli środa 13 czerwca)

Plan: praktycznie cały dzień w Luwrze, który dziś jest otwarty do 22. Gdzieś w środku tego szaleństwa wyskoczyć na obiad i do pobliskiej Bibliothèque Nationale, w której mają piękną kolekcję antycznych gemm.

Przeszkody w realizacji: 1) odkrycie kolejnych pęcherzy na stopach i konieczność kolejnej operacji przy pomocy scyzoryka (nigdy, ale to nigdy więcej nie wyjeżdżać nigdzie bez igły!) i specjalnych plastrów, których doradzeniem poratowała mnie sympatyczna farmaceutka w pobliskiej aptece; 2) niespodziewana burza połączona z brakiem parasola - na szczęście pojawiła się, kiedy jadłam zaplanowany obiad, więc pokrzyżowała moje plany raptem o jakieś pół godziny, które byłam zmuszona przesiedzieć w restauracji, co z kolei zaowocowało zjedzeniem kolejnej porcji crême brulée, tym razem z kwiatami lawendy - palce lizać.

Stopień realizacji pomimo przeszkód: zadowalający. W Luwrze spędziłam dwa razy po mniej więcej cztery godziny, sfotografowałam wszystkie eksponaty w części poświęconej Persji za Achemenidów (rok temu ekspozycja perska była zamknięta w British Museum akurat wtedy, gdy tam pojechałam, więc musiałam to sobie zrekompensować), znalazłam inną wersję tzw. "Queen of the Night", skrzydlatej babilońskiej boginki, której najbardziej znane przedstawienie znajduje się właśnie w British, a która mnie absolutnie zachwyciła podczas ostatniej wizyty w Londynie, udało mi się nakręcić całkiem udany filmik z nowoczesną rzeźbą ustawioną wśród asyryjskich płaskorzeźb oraz moją skromną osobą w rolach głównych (rzeźba była wklęsło-wypukłym lustrem, które wyczyniało absolutnie fenomenalne tricki z odbiciami - fajnie jest mieć zdjęcie, na którym stoi się do góry nogami, prawda?), a także sfilmować dokładnie ten wspaniały relief mitraistyczny, o którym już chyba wspominałam.

Perska biżuteria, Luwr

Zobaczyłam też w końcu Monę Lisę - i w sumie dobrze, ponieważ z dzieciństwa zapamiętałam ją jako obraz sporych rozmiarów, a tymczasem wcale nie jest większa od swojskiej Damy z łasiczką (może to i gronostaj albo fretka czy nawet tchórzofretka, ale lubię tę zapewne niepoprawną zoologicznie nazwę i już). Tłumy przed nią spore, ale niewiele większe niż dawniej - choć nie wiem, jak jest za dnia, ja tam dotarłam po 21. Przy okazji zobaczyłam też mnóstwo mniej lub bardziej okropnych obrazów historycznych z epoki romantyzmu - w tym absolutnie idiotyczne dzieło zatytułowane Leonidas pod Termopilami Davida (http://pt.wikipedia.org/wiki/Imagem:Jacques-Louis_David_004.jpg). Jedno muszę przyznać: wizja Franka Millera to pikuś w porównaniu z kretynizmem tego przedstawienia, na którym nieszczęsny król Sparty nie ma nawet czarnych gaci, ale jest goły jak za przeproszeniem święty turecki. Niestety, jakkolwiek Grecy cenili sobie piękno nagiego ciała ludzkiego, tak do bitwy zwykli się ubierać. Pan malarz pomylił ich chyba ze Szkotami (choć nie miał szans oglądać Bravehearta), a i tu niezupełnie miałby rację, albowiem Szkoci jako ten Rydel "pod spód więcej nic nie wdziewali", na wierzchu zaś nosili przykładnie kilty. Poza wszystkim w bitwie liczy się element zaskoczenia, nieprawdaż?

Ogólnie zbiory akurat malarstwa w Luwrze nieco mnie rozczarowały: mam wrażenie, że londyńska National Gallery, madryckie Prado czy wiedeńskie Kunsthistorische Museum są pod tym względem znacznie bogatsze. Owszem, jest tu parę sławnych rzeczy, są zwłaszcza ładne renesansowe obrazy włoskie i północne, ale wszystko to tonie w powodzi okropnie złego malarstwa francuskiego. Jak nie lubię romantyzmu, zwłaszcza w jego wersji narodowo-podniosłej, tak przynajmniej Delacroix i Géricault umieli malować. A złoty wiek sztuki francuskiej najwyraźniej zaczyna się z wystąpieniem pejzażystów, w związku z czym to, co naprawdę dobre, jest w Musée d'Orsay.

Biblioteka Narodowa okazała się natomiast bardzo dobrym pomysłem (dziękuję za podpowiedź mojej przyjaciółce Oli, która wyszperała informację o tych gemmach w dziale numizmatyki) - za darmo i rzeczywiście bardzo piękne rzeczy, ułożone na dodatek niczym w osiemnastowiecznym gabinecie osobliwości bez żadnego ładu i składu. Między innymi zaś gemma z wspominaną już tu Messaliną, tym razem z dwójką dzieci:

Messalina z Brytannikiem i Oktawią, Bibliotheque Nationale Paris

W Bibliotece udało mi się chyba - całkiem zresztą niezamierzenie - złamać serce miłej pani, która pilnowała działu Medailles et Monnaies. Z panią tą wchodząc do sali rozmawiałam po francusku, ale w pewnej chwili usłyszałam bardzo wyraźnie rozmowę telefoniczną prowadzoną po polsku. Ponieważ chciałam się dopytać, czy kręte schody prowadzące gdzieś wyżej oznaczają dodatkowe piętro ekspozycji, uczyniłam to dla wygody po polsku. Pani niezwykle się ucieszyła, a gdy już wychodziłam, postanowiła sobie ze mną jeszcze pogadać - zwłaszcza gdy się okazało, że obie jesteśmy z Krakowa. I między innymi zapytała, czy będąc na pięterku wystawy widziałam "kilka monet polskich" w ich zbiorach. A ja, ofiara jedna, zamiast skłamać, że tak, odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie - byłaby to zresztą ostatnia rzecz, jakiej bym szukała, mój poziom tego rodzaju patriotyzmu jest bliski zera. Na to owa miła pani, że chętnie pozwoli mi tam wejść jeszcze raz, mimo że właśnie zamyka (skądinąd zgodnie z okropnym paryskim zwyczajem o kwadrans wcześniej niż przewidują informacje w przewodnikach i na muzeach). A ja z uporem godnym lepszej sprawy trzymałam się prawdy, tłumacząc jej, że 1) bardzo bolą mnie nogi; 2) i tak niezbyt mnie to interesuje, ponieważ przyjechałam oglądać starożytności. W końcu udało mi się uciec, ale czułam niejaki wyrzut sumienia na wspomnienie urażonego spojrzenia owej kobiety.

Ale nic nie poradzę na to, że wolę przebywać wśród greckich rzeźb niż polskich monet. I głównie wśród nich właśnie spędziłam ostatnie godziny zwiedzania Paryża, by o lekkim zmierzchu wrócić do pokoju z oknem wychodzącym na platan obrośnięty bluszczem. Publikując te notatki post factum mogę od razu dodać, że nie spodziewałam się jeszcze, iż za kilka godzin zwątpię w możliwość opuszczenia tego miasta... Ale o tym w następnym odcinku.

niedziela, 17 czerwca 2007
Paryskie post factum (1)

No niestety - radiowy internet w Stacji PAN odmówił współpracy, więc po niewielkich korektach wklejam paryskie notatki już z Krakowa (gdzie przez dwa dni po powrocie też miałam kłopoty z netem).

Dzień piąty (czyli wtorek, 12 czerwca)

Na początek nie udało mi się zwiedzić muzeum w Centre Pompidou, ponieważ było zamknięte. Nie mam szczęścia do sztuki nowoczesnej w Paryżu; kiedy byłam tu wiele lat temu z rodzicami, jeszcze jako szkrab mały, muzeum (mieszczące się jeszcze, o ile pamiętam, gdzie indziej) było zamknięte - za wyjątkiem jakiejś nieciekawej czasowej wystawy, co zakończyło się aferą i przyczyniło się do mojego niechętnego stosunku do Franzuzów jako nacji. Przyznam tyle, że od owych czasów nieco się sympatyczniejsi zrobili - nie podkreślają już przynajmniej na każdym kroku swojej ksenofobii.

Niedostępność Centre Pompidou sprawiła, że miałam nadmiary czasu (Luwr był zamknięty, o czym na szczęście wiedziałam wcześniej), toteż po zaplanowanej wizycie w Muzeum Rodina (warto!) postanowiłam wykorzystać fakt posiadania karnetu na większość paryskich muzeów i wybrać się do Wersalu, za który normalnie nie miałabym ochoty zapłacić ani grosza, albowiem, jak już kiedyś pisałam, nie znoszę siedemnastowiecznych rezydencji - a Ludwik XIV plus Maria Antonina plus Napoleon to już w ogóle katastrofa.

Auguste Rodin, Katedra

Muszę uczciwie przyznać, że przynajmniej się nie rozczarowałam - nie spodziewałam się niczego choćby ciut ładniejszego, byłam przygotowana na ładunek kiczu i paskudztwa, więc przeżyłam. W ogrodach są zresztą bardzo piękne klomby i mnóstwo kopii rzeźb antycznych bądź też wariacji na ich temat, które skwapliwie obfotografowałam. Nie byłam jednak na tyle masochistycznie nastawiona, żeby wybrać się na drugi koniec gigantycznych ogrodów w celu obejrzenia domku Marii Antoniny i wszystkich tych Grand i Petit Trianons - enough is enough. Na szczęście pani, która parę dni wcześniej zachwalała mi w ośrodku te właśnie cuda, zdążyła już wyjechać, więc nie będę musiała się jej tłumaczyć, że mnie to modelowo wręcz nie interesuje. Z jako takim zainteresowaniem obejrzałam tu natomiast portrety kardynała Richelieu (choć niemal identyczny znajduje się w Luwrze) i Anny Austriaczki - oczywiście ze względu na Trzech Muszkieterów. Anna Austriaczka do piękności nie należała, skądinąd. Jej portret takoż do wybitnych dzieł sztuki.

Okej, wiem, że de gustibus non est disputandum, ale tak po prawdzie w tym Wersalu nie ma ani jednego naprawdę dobrego obrazu, zaledwie kilka przyzwoitych, a nie rozumiem, jaką przyjemność można znajdować w byciu przytłoczonym kolorami, detalami i zdobieniami w ilościach takich, że się w głowie kręci. No dobra, ludzie lubią też, żeby im się w głowie kręciło na rollercoasterze, więc może to ten sam rodzaj podniety.

Wersal

Na koniec dnia też nie udało mi się zrealizować planów - okazało się bowiem, że drugą - obok piramidy Dana Browna - najbardziej obleganą atrakcją Paryża jest Wieża Eiffela. Chciałam na nią wyjechać głównie po to, żeby odczarować dawne czasy, kiedy na nic nie było pieniędzy, ale zobaczywszy kolejkę, szybko z tego zamiaru zrezygnowałam. Po raz kolejny przy okazji przekonałam się, że zjedzenie czegoś w kulinarnej stolicy świata wcale nie jest łatwe - owszem, jest sporo sympatycznie wyglądających knajpek, restauracyjek i kawiarni w nieco dalszych dzielnicach, na przykład tam, gdzie mieszkałam, ale trudno jeść obiad o 10 wieczór, zwłaszcza jeśli przez cały dzień serwuje się swoim nogom ostre zwiedzanie. Tymczasem w pobliżu zabytków restauracji jak na lekarstwo, a te, które są, wcale specjalnie nie zachęcają: drogie i marna oferta. W końcu kompletnie zmordowana wylądowałam w eleganckiej restauracji alzackiej na Champs Elysées, ponieważ uznałam w końcu, że jeśli jeszcze przez kwadrans będę szukać jedzenia, to po prostu padnę z głodu. A nie zamierzam jeść w Paryżu w MacDonaldzie, bez przesady. A tak przynajmniej skosztowałam prawdziwej choucroute i absolutnie cudownego crême brulée.

Wieża Eiffela

poniedziałek, 11 czerwca 2007
Notatki z Paryża (3-2)
Dzień czwarty - część druga*

Nie zmarnowałam natomiast czasu jadąc do Muzeum Gustave'a Moreau - symbolisty, wizjonera, którego ewidentnie w większym stopniu niż współczesnych mu (i pokrewnych duchem) prerafaelitów angielskich fascynowały tematy antyczne. Jego dzieła balansują na granicy kiczu, ale mają w sobie coś porywającego, momentami niepokojącego, momentami rozbrajająco naiwnego. Mnie najbardziej podobały się te obrazy, na których spod - lub wśród - warstw farby olejnej prześwitują filigranowe konstrukcje niczym z secesyjnego wzornictwa. A poza tym zachwyciło mnie mieszkanie artysty, w którym urządzone jest muzeum - wielokondygnacyjne, dziwacznie pokrętne, ze spiralnymi schodami wiodącymi na poddasze, gdzie znajduje się gros kolekcji. W każdym razie Moreau szybko awansował na mojego ulubionego malarza francuskiego - bo jak ogólnie lubię impresjonizm i większość postimpresjonizmu, to jakoś nie wyróżniam wśród tych twórców nikogo specjalnie - prędzej pojedyncze obrazy. A na pewno jest ciekawszy od większości tego, co z francuskiego malarstwa wisi w Luwrze - prawdę mówiąc jest tam mnóstwo okropnego kiczu, sporo rzeczy rozpaczliwie wtórnych i nieciekawych, no i parę bezwzględnych okropieństw, które wyglądają, jakby się urwały spod Bramy Floriańskiej. Kto nie wierzy, niech zajrzy tutaj: http://www.insecula.com/us/oeuvre/O0009743.html - jak dla mnie, ten obraz jest tak rekordowo zły, że aż usiłowałam go sfotografować, ale wyszedł nieostro.

A potem oczywiście odwiedziłam znów Luwr - niech żyją czterodniowe karnety na większość paryskich muzeów! Tym razem zwiedziłam Rzym i Etrurię, a także archaiczną Grecję - choć po prawdzie zamierzałam zobaczyć głównie Mezopotamię i Persję - ale nie udało mi się tam trafić. W środę musi się udać - planuję spędzić ogromną część tego dnia włócząc się po Luwrze, który szczęśliwie będzie wtedy otwarty do 22. Niestety pomimo posiadania przeze mnie planu, włóczenie się jest skazane na chaotyczność - jak już pisałam zrozumienie układu tego muzeum przekracza moje możliwości intelektualne. Jestem nawet skłonna uwierzyć w geniusz Roberta Langdona - ktoś, kto potrafi wszystko znaleźć w Luwrze osiągnął jakiś poziom geniuszu.

W galerii z rzeźbą rzymską znalazłam najpiękniejszy, jaki dotychczas widziałam, relief związany z misteriami Mitry, a także posąg Messaliny, który urzekł mnie swą nieprzystawalnością do historycznepoje, plotkarskiego i popkulturowego obrazu żony cesarza Klaudiusza. Znana głównie jako trucicielka i kobieta rozwiązłych obyczajów, Messalina jest tu bowiem przedstawiona jako nie tylko nobliwa matrona, ale i czuła matka - archetypowa madonna z dzieciątkiem. Posąg ten pochodzi zapewne z czasów, kiedy Klaudiusz był jeszcze nieprzytomnie zakochany w Messalinie - i szczęśliwie przetrwał obrazoburstwo dokonane przez jej następczynię przy cesarskim boku, Agryppinę Młodszą, skądinąd też niezłe ziółko - wedle większości historyków i plotkarzy antycznych udało jej się to, czego nie dokonała Messalina: otrucie Klaudiusza i osadzenie własnego syna na tronie. A zatem Messalina w roli dobrej matki, wedle opisu z synem Brytanikiem, podówczas jeszcze następcą tronu (i jakkolwiek czarna legenda Nerona jest w dużej mierze dziełem Sienkiewicza, może byłoby lepiej, gdyby Brytanik władzę objął - może przetrwałaby dynastia julijsko-klaudyjska - choć z drugiej strony szkoda byłoby tak wybitnych cesarzy jak Hadrian, Trajan czy Marek Aureliusz...).

Messalina z małym Brytannikiem, Luwr

Pod wieczór, czyli po zamknięciu Luwru, pojechałam na Île de la Cité, bo w końcu trochę nie wypada nie rzucić przynajmniej okiem na Notre Dame - ale poza tym wszelkie znajdujące się tu atrakcje turystyczne daruję sobie bez żalu. Nie spieszno mi do oglądania np. odtworzonej celi, w której rewolucjoniści z 1789 r. trzymali Marię Antoninę - nie mam do tej królowej ani grama sympatii. A zatem obejrzałam głównie gargulce - niezwykle urodziwe, jak to gargulce.

Gargulce na Notre Dame

* PS. Własnie się dowiedziałam od programu blogowego, że moj wpis był za długi (??!!), więc musiałam go podzielić na dwa.

 

Notatki z Paryża (3-1)

Dzień czwarty - część pierwsza*

Sancta simplicitas mea! W naiwnym przekonaniu, że na czymś, co nazywa się "pchlim targiem", handluje się glównie starociami, przejechalam się na Porte de Clignancourt, żeby przeżyć jedno z największych rozczarowań tej podróży. Znalazlam się bowiem, sądząc po dzisiejszych newsach, w raju posłanki Szczypińskiej: na ulicach pelnych sprzedawców podrabianych markowych - ba, designerskich - torebek, pasków, portfeli i okularów. Nieco dziwnie się tam poczułam w spodniach od Diora i z szalem Louisa Vuittona przewieszonym przez skórzaną torebkę - wszystko autentyczne, choć przyznaję, że z krakowskiego butiku specjalizującego się w designerskim second handzie i przecenach z najdroższych sklepów. Zmykając stamtąd w pośpiechu, żeby nie marnować cennego czasu pocieszałam się jedynie myślą, że wprawdzie panowie z tej ulicy zapewne nie widzieli różnicy, to gdybym postanowiła zwiedzić któryś z salonów przy Avenue Montaigne, nie miałabym problemu z wejściem i nie patrzono by na mnie spode łba.

Dygresja: Okej, wiem, że to snobizm, ale jeszcze kilka lat temu (nawiasem mówiąc na wycieczce w Indiach), nie wierzyłam znajomej, która usiłowała wykazać mi wyższość podkoszulków firmowych nad zwykłymi. Potem powoli zaczęłam się przekonywać - niestety czasem dosłownie na własnej skórze - że "tanie jest drogie" - zaczęło się od butów, a następnie przeniosło na wiele innych sfer ubrania. No a poza tym uważam, że odrobina snobizmu nikomu jeszcze nie zaszkodziła.

Dziwnym mi się jedynie wydaje, że przewodniki polecają ten targ jako atrakcję, posiada on nawet (niestety niedziałającą) stronę internetową - może gdzieś ukryły się ciekawe sklepiki i stragany, oferujące coś więcej niż marne kopie dobrej galanterii i afrykańską cepelię? Jeśli tak jest, to przydałyby się jakieś strzałki wskazujące, gdzie można czego szukać. Może innym razem, jak będę miała tu więcej czasu, dam marché aux puces drugą szansę. Dziś mam poczucie zmarnowanego czasu.

Witryna Guerlaina (prawdziwego) przy Champs Elysees

Notatek konsumenckich ciąg dalszy
  • Dlaczego w Polsce nowości są najdroższe? W Empiku najnowsza płyta Rufusa Wainwrighta Release the Stars kosztuje 97,99 zł - tu we Fnacu 15 euro, a w Virgin Megastore na Polach Elizejskich tylko 13 euro (niecałe 50 zł wg dzisiejszego kursu średniego!) .W obu cena ta jest reklamowana jako premierowa. I tak jest ze wszystkimi premierami - na które w krakowskim Music Cornerze nie obowiązuje nawet zniżkowa karta stałego klienta. Obawiam się, że taka polityka koncernów i sklepów (jednak sklepów, skoro tu może być premierowo taniej?) tylko napędza w Polsce piractwo.
* PS. Własnie się dowiedziałam od programu blogowego, że moj wpis był za długi (??!!), więc musiałam go podzielić na dwa.
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright