sobota, 12 stycznia 2013
Edward Rochester był ogrem

Autorka niniejszego bloga jest wyznawczynią tezy, iż życiem rządzą przypadki. Poniższy wpis zaś jest efektem pewnego szeregu dość przypadkowych zdarzeń. Na początku był czytnik ebooków. Ot, kaprys - nie jest to urządzenie, bez którego bezwzględnie nie potrafiłabym żyć, ale przyznaję, że jest fajne. Model wybrałam dość przypadkowo, choć oczywiście trochę ocen poczytałam i znajomych podręczyłam o opinie. Model okazał się wyposażony w całkiem pokaźny zbiór całkiem sensownych darmowych ebooków, wśród których była również Jane Eyre Charlotte Brontë - a ponieważ od dawna zamierzałam odnowić znajomość z tą powieścią (skądinąd miałam ją nawet w pewnym momencie tłumaczyć na nowo, ale nie wyszło, a i wydawnictwo było beznadziejne, więc poniekąd lepiej, bo byłby to przekład niezredagowany), oczywiście ją przeczytałam, a raczej połknęłam, rozkoszując się przy okazji nowoczesną techniką.

A jak przeczytałam, to bardzo mocno zapragnęłam obejrzeć jakąś adaptację filmową - nie wiem nawet w sumie, dlaczego. Ale była to tak silna potrzeba, że gotowa byłam zawiesić na kołku moje opinie dotyczące męskiej urody i obejrzeć na początek wersję z Michaelem Fassbenderem, którego - w przeciwieństwie do większości moich koleżanek - nie uważam za atrakcyjnego. Wersja ta była nawet dostępna na wyciągnięcie ręki, albowiem w posiadaniu N. Po prawdzie u tejże była również wersja z Ciaranem Hindsem, którego z kolei uważam za niekiedy (np. w Rzymie) zdecydowanie atrakcyjnego, ale jakoś zdjęcie na okładce, krzyczące na odległość taniością produkcji i fatalną charakteryzacją, też mnie nie zachęcało.

Przypadek zaś zrządził inaczej: idąc w stronę działu operowego w Empiku zobaczyłam przeceniony serial BBC z 2006 roku - i wcale od razu go nie kupiłam, bo jakkolwiek zasadniczo uważam BBC za jednego z najlepszych producentów seriali, miałam wrażenie, że skoro nigdy o tej konkretnej wersji nie słyszałam, to pewnie jest nieważna i nieciekawa (obsada nie była wypisana na pudełku, ale i tak moja pamięć do nazwisk jest tak marna, że pewnie niewiele bym z tego skorzystała). Na dodatek nadal rozważałam pożyczenie któregoś z filmów od N. Ale jakoś się tak złożyło, że właśnie nadchodził listopadowy długi weekend, zapomniałam w końcu coś pożyczyć i zorientowałam się, że na kilka dni wolnych zostałam bez wymarzonej filmowej Jane. Popędziłam więc w ostatniej chwili do otwartego długo Empiku i kupiłam rzeczony serial. Tego samego wieczora zasiadłam do oglądania pierwszego odcinka - na dodatek w wersji łączącej po dwa godzinne odcinki w jeden - i zatonęłam w nim całkowicie. W środku nocy musiałam z trudem wyperswadować sobie, że oglądanie kolejnych dwóch godzin i pójście spać nad ranem to jednak nie jest dobry pomysł.

I w taki to właśnie sposób w moim życiu zaczęła się nowa era fangirlingu po pierwsze, albowiem pan Rochester Toby'ego Stephensa podbił moje serce całkowicie zarówno koncepcją postaci jak i tejże koncepcji realizacją, a po drugie - znalazłam filmową Jane idealną, po której żadna już nie miała najmniejszych szans mnie zachwycić, a nawet na poważnie uwieść. Z samego początku drażniły mnie niektóre zmiany w stosunku do materiału powieściowego, brakowało mi jakichś konkretnych rozwiązań fabularnych - aczkolwiek natychmiast kupiłam zamianę przebieranki Rochestera za Cygankę w zaproszenie autentycznej Cyganki i przysłuchiwanie się zza parawanu, ponieważ scena ta nigdy nie wydawała mi się w powieści wiarygodna, a obejrzana później wersja serialowa z Timothym Daltonem potwierdziła moje przeczucia, że filmowo może z tego wyjść jedynie groteska, jeśli jest potraktowane na poważnie. Po kilkunastu obejrzeniach uznałam jednak, że za wyjątkiem drobiazgów, które bym troszkę zmodyfikowała, zmiany wychodzą filmowi na dobre, a nie stoją w sprzeczności z duchem powieści i epoki.

Ale miało być o ograch. I będzie. Ponieważ po zaangażowaniu się w rozmaite dyskusje na forach i blogach nagle odkryłam, co takiego - oprócz naprawdę świetnie napisanego scenariusza i dialogów - uwiodło mnie w koncepcji postaci. Otóż myli się ten, kto uważa, że uznałam Rochestera za ogra z powodu powierzchowności, opisywanej przez Jane piórem Charlotte w niezbyt pochlebnych słowach, którym - moim skromnym zdaniem - nie do końca należy dawać wiarę. Takie czasy, że zależna od swego chlebodawcy uboga dziewczyna nie może przyznać się do fascynacji jego osobą, a tym bardziej wyglądem fizycznym, bo byłoby to zaproszeniem do uwiedzenia. Dlatego Jane na pytanie Rochestera, czy uważa go za przystojnego, musi odpowiedzieć, że nie, choćby nawet uważała wręcz przeciwnie. I jeszcze jedno: to epoka, w której piękno wciąż jest mierzone "profilami greckich bogów", jak opisany jest St. John Rivers, a cokolwiek, co od tego ideału w jakikolwiek sposób odbiega, może być fascynujące, ale nie zostanie nazwane pięknym. To również epoka, w której nie da się być pięknym w szarej, niemodnej i prostej sukience, toteż tak rozumiane "piękno" odbiera Rochesterowi również fakt, że będąc zgorzkniałym i szorstkim po prostu zaniedbuje nieco te zewnętrzne oznaki tego, co dziś określono by zapewne słówkiem glamour.

Spoza sfery bogatej arystokracji "piękna" mogła być w oczach Jane panna Temple w Lowood - ale ona jak na owe warunki bardzo dbała o elegancję, a nawet posiadała wyróżnik nieco większej zamożności: zegarek przy pasku. Zaryzykowałabym więc stwierdzenie, że jakkolwiek powieściowa Jane od początku widzi w Rochesterze przede wszystkim piękną wbrew pozorom duszę, ale ona również wie, że wystarczyłby niewielki wysiłek i on byłby glamorous. I tak właśnie jest: kiedy przyjeżdżają arystokratyczni znajomi, Rochester nie odbiega od nich ubiorem, choć zdecydowanie odbiega duchem.

Dlatego też Jane - od początku partnerka Rochestera jeśli chodzi o wykształcenie, głód wiedzy, poznania i podróży, oraz wrażliwość - staje mu się równa dopiero kiedy sama odziedziczy majątek, który pozwoli jej stać się "piękną". Nawet jeśli będzie nadal miała zwyczajne rysy (wcale nie jestem o tym przekonana), to podobnie jak inne panie z towarzystwa będzie mogła bez poczucia niestosowności dodać sobie blasku piękną suknią, biżuterią, czy choćby uśmiechem. W przeciwieństwie do ponowoczesnych Amerykanek z kilku forów, które w finale powieści widzą opowieść o kastracji (tak, kastracji), uważam, że kalectwo Rochestera - bardzo szybko przez Charlotte złagodzone: bohater odzyskuje wzrok w dość krótkim czasie - jest mniej istotne dla kwestii ich małżeńskiego partnerstwa niż wzbogacenie się Jane.

Ba, byłabym skłonna nawet zaryzykować, że może w kwestii genezy tego kalectwa Charlotte błąkała się po głowie podobna idea co mnie, tylko w jej epoce taka decyzja literacka mogłaby ponownie pogrążyć bohatera. Ja sobie bowiem zawsze myślę, że z tym pożarem Thornfield Hall to mogło być inaczej niż nam się do wierzenia podaje: że tak naprawdę nie wiemy, co go wywołało. Może istotnie Bertha wymknęła się wreszcie Grace Poole na dobre, a nie było nikogo, kto dostatecznie wcześnie zauważyłby ogień (brakło Jane). Ale może to Rochester, który po ucieczce Jane popadł w najczarniejszą rozpacz, w głębi duszy marzył o tym, żeby ten koszmar się skończył - roił o unicestwieniu Berthy, licząc się z tym, ze i sam zginie - bo przecież nie miał już po co żyć. I niezależnie od tego, czy byłoby to tylko zdarzenie z gatunku "nie mów, bo się stanie", czy też celowe zlekceważenie wypadku - i otrzeźwienie w ostatniej chwili, stąd próba ratunku Berthy i ocalenie samego siebie - chciałabym mieć tę niepewność, czy on po prostu nie pragnął takiego finału. Zwłaszcza że wtedy ślepota byłaby blizną po utracie Jane, znikającą w jej obecności.

Dobra, wróćmy do ogrów. Nie powierzchowność zatem i takoż nie zachowanie, ja bowiem nie uważam Rochestera za gbura czy brutala. On jest po prostu w równym stopniu co Jane dzieckiem epoki, tylko dzieckiem zupełnie innym. Ma majątek, żyje zasadniczo samotnie, jeśli nie liczyć koniecznych kontaktów ze służbą i sporadycznych wizyt u sąsiadów, więc przyzwyczaił się do wydawania rozkazów z jednej strony, a do pełnych uwielbienia spojrzeń panien na wydaniu (ze względu na majątek oczywiście) z drugiej. Na dodatek do rodzaju ludzkiego ma stosunek cyniczny, co jest wynikiem zarówno historii z rodziną Masonów, jak i przygody z Cecilią Varens. Z tych powodów jest szorstki i poza sytuacjami towarzyskimi, w których maniery - będące jak mniemam odruchem Pawłowa - nieco tę szorstkość maskują (zauważmy, że nie do końca) - traktuje ludzi jak istoty od siebie zależne.

Okej, kwestia manier i szorstkości znacznie bardziej zbliża mnie do głównej tezy tej notki, bo w sumie zwłaszcza sposób bycia Rochestera uważam za maskę lub nawet cały kostium, który Jane powolutku, warstwa po warstwie, pomaga mu zdjąć, choć jest to proces bolesny (zakończeniu tego procesu służy, moim zdaniem, finałowe kalectwo jako punkt, od którego zaczyna się tworzenie nowej persony).

A zatem w kwestii ogrów. Ogry, jak wiadomo - wreszcie dochodzimy do sedna - są jak cebula. I takoż jak cebula jest Edward Rochester. Zupełnie jak w Shreku, że zacytuję in extenso:

- Ogry są... jak cebula!
– Śmierdzą?!
[Wygląd]
– Tak... nie!
– Bo się od nich płacze?
[Zachowanie]
– Nie!
– Bo jak się zostawi je na słońcu to robią się brązowe i rosną im włoski?
[Zaniedbanie fizyczne i społeczne wynikające z samotniczego trybu życia]
– NIE! Ogry mają WARSTWY! Rozumiesz, ogry mają warstwy – cebula ma warstwy. Ogry mają warstwy.

Zachowanie i styl bycia Rochestera, jak również jego cynizm, niewiara w ludzi, wreszcie wyobrażenia o sposobie naprawienia błędów młodości - to właśnie te warstwy, które z ogra/cebuli zdejmuje Jane, księżniczka Fiona tej opowieści. Wydawałoby się, że Fiona à rebours, ale nie: przecież w Shreku chodzi o to, że ona jest dla ogra ładniejsza jako ogrzyca niż jako "piękna" dziewczyna. Biedna i zależna od niego Jane nie jest partnerką dla Rochestera tak samo jak wiotka księżniczka nie jest partnerką dla Shreka. Zamożna Jane to zupełnie co innego, zupełnie jak wielka zielonoskóra Fiona.

Ponieważ wpis ten krąży sobie dość chaotycznie wokół kilku punktów, pozwolę sobie teraz wyjaśnić, po co był ten przydługi wstęp o adaptacjach filmowych. Otóż serial, w którym się zakochałam, pokazał mi to, co czytając powieść przeczuwałam - tę właśnie ogrowatość Rochestera. Uświadomił mi - postacią i rolą, która podbiła mój umysł i serce, oraz niewiarygodną chemią między głównymi bohaterami (to coś, czego nie uzyskała żadna inna adaptacja) - że "mój" Rochester z lektury powieści (ergo taki, jakiego szukałam na ekranie) to człowiek przede wszystkim zmienny, nieprzewidywalny, chimeryczny, przeskakujący z nastroju w nastrój i z tonu rozkazu w ton czułości - wszystko na przestrzeni kilku minut. Bezwzględny w krytyce i momentami nieprzyjemny w rozmowie aż do bólu, po to żeby w następnym zdaniu żartować, flirtować - po czym znów wpadać w ton sarkazmu i ironii. A zarazem człowiek absolutnie przekonany jednocześnie o swojej atrakcyjności jak i jej braku, ponieważ złe doświadczenia podpowiadają mu, że atrakcyjny może być jedynie jego majątek. Co nie jest prawdą i on to podskórnie (pod tą stwardniałą czy pociemniałą skórką cebuli) czuje.

I to zostało bezbłędnie pokazane w rzeczonym serialu: po raz kolejny BBC pokazała, że potrafi za niewielkie pieniądze robić z adaptacji literackich filmowe perły. Wszystkie sceny między Jane a Rochesterem są tu właśnie niejednoznaczne emocjonalnie: sarkazm, niekiedy na granicy szyderstwa, miesza się z melancholijną czułością, żart z próbą wyrażenia autentycznych uczuć, naturalne w istniejącej sytuacji traktowanie Jane jak jednej ze służących z przebijającym przez tę warstwę zachowania wzrastającym poczuciem, że jest ona partnerką nie tylko w rozmowie.

I kluczowa scena, w której również Jane pokazuje, że ma w sobie coś z ogra: oświadczyny Rochestera wywołane są przecież wybuchem jej wrodzonego temperamentu (pierwszym od wyjazdu z Gateshead), doskonale przez lata maskowanego zasadami i przekonaniami wpojonymi jej w Lowood, a wzmocnionymi przez przykład Helenki Burns: że są sytuacje, w których bunt i manifestacja swojej indywidualności nic nie dają. Kiedy Jane zrzuca maskę cichej, potulnej i nieulegającej emocjom guwernantki, i w płomiennej mowie przez łzy (fenomenalna Ruth Wilson w tej scenie bije wszystkie inne filmowe Jane na głowę) oznajmia, że jest człowiekiem i ma uczucia - wtedy dopiero Rochester decyduje się jej oświadczyć. Konsekwencje są wiadomo jakie - pozostała przecież taka warstwa, której nie da się po prostu odrzucić - ale od tej chwili ten proces odkrywania samych siebie będzie znacznie bardziej świadomy.

Kluczowy w tej konkretnej adaptacji wydaje mi się też fragment drugiej rozmowy Jane i Rochestera w Thornfield, tej, która realizacyjnie zaczyna się od sceny moim skromnym zdaniem genialnej, kiedy na krótką i szorstką komendę "Sit!" reaguje pies Pilot, a Rochester po tej reakcji uświadamia sobie, jakim tonem zwrócił się do Jane. Pod jej koniec Jane bardzo w duchu epoki i swojego szkolnego wychowania wygłasza - w ramach tłumaczenia się, dlaczego nie nazwała go przystojnym - dość sztampową formułkę o wewnętrznym pięknie. Rochester pointuje ją ostrzeżeniem, żeby nie zaglądała w jego wnętrze, bo może je znaleźć niepięknym. On wciąż widzi w sobie jedynie odrażającego ogra i może nawet chce ją przed samym sobą chronić, podczas gdy ona już chyba zaczyna widzieć ogra fascynującego w swej ogrowatości, złożoności, niejednoznaczności i niebanalności. Ogra, który dla takiej ogrzycy jak ona jest po prostu piękny. Co więcej - mam wrażenie, że to w tej rozmowie Jane odkrywa nie tylko, że zaczyna się w Rochesterze zakochiwać, ale że może powinna odpowiadać na jego ironię własną, która w niej przecież jest, choć przykryta narzuconymi warstwami pokory i braku ambicji.

I bardzo mi się jeszcze podoba, że w tym filmie oni nawet w ostatniej ważnej scenie (nad potokiem) nie zatracili tej ironii, że nadal się przekomarzają, że wręcz wraca ten ton złagodzonej szorstkości, że nie zmienili się w anielskie postacie dwojga zakochanych. Wiem, że to wszystko brzmi jak pieśń miłosna Drakainy, ale naprawdę - dawno nie widziałam tak pokazanych na ekranie niebanalnych emocji. (No dobra, troszkę kłamię, bo widziałam je przedwczoraj, w innym serialu BBC, mianowicie w finale Merlina, ale to zupełnie inna bajka, choć emocje w jakiś sposób podobne. Może zresztą o tym też napiszę, na razie napisała N, a ja z nią nieco podyskutowałam.)

Och, jeszcze jedno. Nie mam nic przeciwko wyraźnie zaakcentowanemu w tym filmie erotycznemu zauroczeniu, co spotyka się niekiedy z krytyką ze strony fanów (fanek?), którzy lubią adaptacje zgodne z literą książek. Jak dla mnie wymazywanie z dziewiętnastowiecznych historii erotyzmu tylko dlatego, że nie jest on opisywany wprost, jest krzywdą dla ludzi, którzy wówczas żyli. Powieści sióstr Brontë pulsują namiętnością, mimo że konwencja literacka każe brać erotykę w ostre ryzy. A tak jak starożytni Grecy nie przechadzali się jedynie po agorach dyskutując wzniosłym językiem o filozofii, tak i wiktoriańscy dżentelmeni i panny nie tłumili non stop swoich temperamentów myśleniem o Anglii.


czwartek, 15 listopada 2012
Moi romantycy

Drodzy czytelnicy, znów będzie autoreklama, ale co tu ukrywać... chodzę sobie dumna i blada, bom oto opublikowała sporą liczbę przekładów poezji i to w Bardzo Renomowanym Czasopismie (Literatura na Świecie, nr 9-10/2012), a nie - jak dotychczas - pojedyncze utwory w periodyku dość niszowym. I to poezji nie byle jakiej, ale z najwyższej półki. Keats, Shelley i Wordsworth. Nad Keatsa to moim skromnym zdaniem wyrasta niewielu poetów, o ile w ogóle nie jest tak, że na tym najwyższym podium stoją oni równo, bo jak tu na serio porównywać sonety Petrarki czy Szekspira i Odę do urny greckiej? Dla mnie zresztą ta ostatnia jest jednym z ostatecznych punktów dojścia poezji. Nie wiem, czy kiedykolwiek przetłumaczę piękniejszy i mądrzejszy (a może po prostu: ważniejszy dla mnie) wiersz. Ale jedno wiem: chcę znów zabrać się za poezję, bo odkąd już ponad cztery lata temu N namówiła mnie na przełożenie Pieśni ku czci Mitry Kiplinga (a potem, jak to już ktoś zechciał opublikować i zebrało nawet dobre recenzje, popróbowanie sił z Urną właśnie), dość zachorowałam na tłumaczenie wierszy. A dzięki dobrym słowom i zachętom różnych znakomitych osób, które zamęczałam czytaniem tego, co powstawało w ciągu kilku ostatnich lat, mogę teraz cieszyć się swoim nazwiskiem tuż pod nazwiskami poetów, których naprawdę lubię czytać. Bo niełatwo było to posłać do redakcji, naprawdę niełatwo...

Mam w związku z tym wielki plan napisać tu kilka krótkich notek, w których wytłumaczyłabym się sama przed sobą, a i trochę przed czytelnikami, z pewnych decyzji translatorskich, bo aż zbyt często bywają one trudne i bolesne. Ale pracując akurat nad tym zbiorkiem - który, mam nadzieję, kiedyś przybierze kształt niezależnego tomiku, może z angielską poezją romantyczną i wiktoriańską - jednego byłam pewna: na pierwszym miejscu jest melodia wiersza, jego dynamika (zarówno rytm jak i metaforyka, która też przecież może być statyczna lub dynamiczna), jego brzmienie.

W każdym razie - nieskromnie zapraszam do lektury romantycznego tomu Literatury na Świecie...

Rzym, Piazza di Spagna

PS. Kategoria, w której pisuję z rzadka o przekładach, nazywa się po horacjańsku servum pecus czyli trzoda niewolników, bo tak w Sztuce poetyckiej zostali nazwani nie tyle tłumacze, ile naśladowcy (co wówczas było praktycznie tym samym, bo nie rozróżniano takich nowoczesnych kategorii). Tymczasem już tłumaczenie powieści młodzieżowych, które były wymagające językowo (np. trzeba było wymyślić sensowne gry słowne, nie gubiące skojarzeń zawartych w oryginale, a zarazem zabawne po polsku), a co dopiero poezji z najwyższej półki, uświadomiło mi, że tłumaczenie jest jednak sztuką: daje artystyczną satysfakcję, ale jest także efektem iście artystycznych męczarni...

sobota, 29 września 2012
Nowy projekt blogowy...

Na wypadek, gdyby ktoś szykował się z kolejnym komentarzem z serii "kiedy następny wpis", informuję szanownych czytelników, że chwilowo para idzie głównie w ten blog: Wariacje operowe. Trochę dlatego, że czuję rosnącą niechęć do pisania o sprawach aktualnych, a z kolei w sprawach antycznych chwilami pochłaniają mnie jakieś dziwaczne szczegóły ;) Ale gdzieś tam powoli rodzi się kolejne marudzenie o mecenacie sztuki, a raczej jego dziś braku...

poniedziałek, 10 września 2012
Piano, Piano, Pianissimo?

Nie znam oczywiście wyliczeń speców od rynku ani teoretycznych modeli oczekiwanych zysków, które skądinąd nierzadko zaślepiają rozmaitych decydentów. Niemniej jako zwyczajnemu, ale i wymagającemu użytkownikowi internetu wydaje mi się, że "zmowa wydawców", jak już określono to na fejsbuku, znana pod nazwą systemu Piano, będzie cichym strzałem w stopę.

Uzasadnienie powstania Piano jest w takie: "Reklama to doskonały sposób na finansowanie treści popularnych, ale nie sprawdza się tak dobrze w przypadku treści ambitnych, niszowych, potrzebnych, choć nie masowych. Dlatego prosimy o wsparcie." Dalej czytamy, że przecież płaciliśmy za wydania papierowe. Ktoś, kto to pisał, zapomniał jednak o tym, że prasa drukowana ma znacznie wyższe koszty produkcji oraz dystrybucji, więc trudno wszystkie gazety i magazyny rozdawać za darmo albo wypełniać większość ich powierzchni reklamami... Elektroniczną dostawaliśmy niby "za darmo", ale przecież tak naprawdę płacimy za internet - czyli de facto za dystrybucję, za którą z kolei wydawca nie płaci nic. Jeśli na dodatek posiada własne serwery, a poważne portale raczej je posiadają, to ponosi wyłącznie koszty utrzymania tychże, nie płaci drukarni itd. Ba, najwyraźniej, sądząc po poziomie edycji, większość internetowych gazet nie zawraca sobie też głowy korektą, ergo: nie płaci za nią.

Na dodatek portal gazeta.pl, którego tzw. "ambitniejsze" treści są teraz dostępne odpłatnie, na pierwszych stronach wrzuca ostatnio coraz więcej treści "popularnych", wcale nawet tych ambitniejszych nie promując. Konkrety? Proszę bardzo: okienka na wiadomości skurczyły się, kultura została zepchnięta na sam dół, wyeksponowano plotkarską i "lajfstajlową" paplaninę. Wydawałoby się, że ta strategia ma na celu przyciągnięcie do portalu - do niedawna kojarzonego raczej z wykształciuchową częścią społeczeństwa - jak największej liczby czytelników, bo ten, kto świadomie szuka czegoś choćby troszkę ambitniejszego, ma więcej cierpliwości, żeby zajrzeć dalej czy głębiej.

I w porządku, mogę się z taką strategią pogodzić, bo mam tę właśnie cierpliwość, żeby znaleźć artykuł, który mnie interesuje, z pominięciem sensacyjnych wiadomości, co też się wydarzyło u kolejnej polskiej albo i zagranicznej gwiazdeczki, o której nigdy wcześniej nie słyszałam, i od której mężów, ubrań i samochodów zdecydowanie bardziej obchodzą mnie nawet zeszłoroczne śniegi. Zakładam bowiem, że te fascynujące sensacje z życia ludzi znanych z tego, że są znani i dodatkowo w ten sposób lansowanych, służą głównie temu, żeby sfinansować - na przykład poprzez ogólną odwiedzalność portalu - dobrze napisane reportaże oraz mniej lub bardziej ciekawe artykuły na choćby minimalnie ambitniejsze tematy.

Tymczasem ktoś wpadł na pomysł, że nie dość, że do tej ambitniejszej treści trzeba się dokopać przez istny labirynt treści o zerowej wartości poznawczej, to na dodatek należy za to płacić. I tu, obawiam się, ten ktoś mógł się przeliczyć. Od dawna już żadna gazeta (lub czasopismo) nie jest dla mnie na tyle atrakcyjne, żebym je codziennie kupowała, dlatego przeszłam na czytanie wiadomości w internecie. Przy okazji czytałam też reportaże, przeglądałam artykuły historyczne czy popularnonaukowe. Ale nie oszukujmy się: treść tego wszystkiego nie jest aż tak porywająco ciekawa czy dobrze napisana, żeby była warta płacenia w ciemno 20 złotych miesięcznie. Na dodatek za pakiet, z którego może - za darmo - zajrzałabym do dwóch, w porywach trzech czasopism/magazynów.

Nie sądzę, żebym była jedyną osobą, która wzruszy ramionami, kiedy okaże się, że nie doczyta do końca (ba, nie wyjdzie poza pierwsze 5-15%) reportażu o uzależnieniach od wróżek (może i zjawisko ciekawe, ale przeżyję bez czytania), artykułu o bitwie pod Waterloo (jest i wikipedia, jeśli szukam podstawowych danych, i porządne opracowania, jeśli potrzebuję szczegółów) i tak dalej. Poza tym na dodatek od czasu do czasu (średnio raz na miesiąc lub półtora) chodzę do fryzjera czy dentysty i tam mam okazję zapoznać się z archiwalnymi numerami Wysokich Obcasów, Dużego Formatu, a przy okazji jeszcze kilku innych czasopism, niekiedy zawierających nawet ciekawsze materiały. I nierzadko też płatne w internecie, w związku z czym ich na bieżąco nie czytam. Bo tak po prawdzie, jaka różnica, czy nawet najlepiej napisany reportaż przeczytam od razu czy po kilku tygodniach?

Mogłabym jeszcze zrozumieć, gdyby opłatą były obłożone tego rodzaju teksty z numerów najnowszych, znajdujących się w sprzedaży. Drukowanie nakładu papierowego i jednoczesne udostępnianie go za darmo w sieci jest oczywiście mało sensowne. Ale teksty archiwalne? Jeśli czegoś naprawdę potrzebuję, to istnieją wciąż jeszcze biblioteki i ogromna większość z nich funkcjonuje za darmo.

Jak już zasugerowałam, w mojej osobistej sytuacji dostępu do (naprawdę) ambitnych treści oraz kultury, nie stracę wiele na nieczytaniu artykułów dostępnych tylko w Piano. Dziwi mnie natomiast ogólna antykulturotwórcza postawa decydentów z jakiegokolwiek "podmiotu" odpowiedzialnego za pomysł Piano. W kraju, w którym inteligencja jest skandalicznie źle opłacana, a poziom ogólnego wykształcenia społeczeństwa oraz dążenia do udziału w kulturze przerażająco niski, nakładanie dodatkowych opłat na treści, które dla wielu ludzi, zwłaszcza na tzw. prowincji, mogłyby być jedyną szansą kontaktu z czymś nieco bardziej ambitnym niż plotki, desery i widelce, to już nie jest strzał we własną stopę (choć w sumie decydentom, dla których liczy się wyłącznie zwiększenie zysku kosztem pracy u podstaw, życzyłabym, żeby Piano okazało się martwą ciszą), ale - proszę mi wybaczyć patos - w głowę społeczeństwa.

Oczywiście, nie znam statystyk, ile osób zdecydowało się wykupić abonament, i nie mam pojęcia, czy z marketingowego punktu widzenia pomysł ten był zły czy dobry. I po prawdzie nie interesuje mnie to. Chodzi mi tylko o to, że nie tego bym się spodziewała po rzekomych spadkobiercach ludzi pokroju Adama Michnika czy Jacka Kuronia, zwłaszcza w sytuacji, kiedy tak dramatycznie potrzeba nam podniesienia poziomu intelektualnego i kulturalnego społeczeństwa.

Egineta

PS. Kiedy to piszę, gdzieś tam w tle gra sobie pewne krakowskie radio, nadające muzykę plus minus klasyczną. Powstało ono jako niszowy projekt twórcy i dyrektora jednej z największych ściśle komercyjnych rozgłośni w Polsce, projekt, do którego przez lata tenże człowiek sporo dopłacał z wypracowanych na reklamach w "komercji" zysków oraz własnej kieszeni, bo opera, od której się zaczęło, jest jego pasją. Radio rozwinęło skrzydła, ma teraz wpływy z reklam, ale nie jest nimi całkowicie zaśmiecone, i chyba nadal nie przynosi zysków. Ale gra. Obok państwowej Dwójki, która cudem ocalała z rzezi mediów publicznych, jest jedynym, które propaguje pewien określony typ muzyki, praktycznie nieobecnych w innych stacjach. I chwała mu za to. Dodatki do Gazety Wyborczej też mogły zasłużyć na taką pochwałę, niestety, po cichutku to zaprzepaszczono.

Tagi: media
15:50, drakaina , Cottidiana
Link Komentarze (15) »
sobota, 01 września 2012
Veni, vidi, victa sum

Marzenia warto spełniać. Warto stawać na głowie, żeby je spełnić. Przekonałam się o tym chwilę po tym, jak z autentycznym niedowierzaniem zasiadłam w sali salzburskiego Haus für Mozart, żeby wysłuchać (na żywo!!!) wymarzonego spektaklu Giulio Cesare in Egitto Haendla - spektaklu, o którym dowiedziałam się około pół roku temu, kiedy bilety były już wysprzedane, a ja od tego czasu niemal codziennie sprawdzałam, czy są jakieś zwroty... W przystępnej cenie trafiły się na jakieś dwa tygodnie przed spektaklem! Na szczęście Salzburg leży w zasięgu jednodniowej (całodniowej) wyprawy samochodem z Krakowa, a i hotel w okolicy dał się upolować.

Ale i tak nawet jadąc już na miejsce nie do końca wierzyłam, że to się zdarzy naprawdę - jak już głowa rozbita o hotelowe drzwi okazała się wyjątkowo odporna, to byłam pewna, że tuż przed spektaklem wyjdzie na scenę jakiś oficjel i zapowie, że ktoś z tej niewiarygodnej obsady się rozchorował (no dobra, ta obsada byłaby niewiarygodna nawet gdyby jej połowa się rozchorowała...). Nic takiego jednak się nie stało, na Salzburg nie spadła kometa, a śpiewacy byli w doskonałej formie. Mogę zatem przejść do sedna czyli próby recenzji - próby, bo nie wiem, czy nawet prawie tydzień po tym doświadczeniu, które mogę określić jedynie jako pięć godzin totalnego odlotu, jestem w stanie na tyle pozbierać myśli, żeby pisać składnie.

Szanowni czytelnicy, ta recenzja powinna właściwie zacząć się od stwierdzenia, że było to przedstawienie, w którym najbladziej wypadła jego najbardziej utytułowana, podziwiana i uwielbiana gwiazda...

Ale zanim przejdę do obsady, parę słów o samym spektaklu. Na innym blogu spotkałam się z jego totalną krytyką (na podstawie transmisji telewizyjnej), a mnie się on zdecydowanie podobał. Może wyrzuciłabym tylko jeden element scenograficzny: dosłowne unijne gwiazdki na dokumentach Cezara, ponieważ zasadniczo nie przepadam za doraźnymi, aktualnymi akcentami w teatrze - one po prostu starzeją się najszybciej. Zwłaszcza że w tym przedstawieniu akcja umieszczona była w bliżej nieokreślonym kraiku, targanym polityczno-wojennymi niepokojami, ze wskazaniem na Bliski Wschód (szyby naftowe), ale bez dosłowności. Każda postać była pod względem kostiumów dość z innej bajki i takie podejście do komentowania w teatrze rzeczywistości bardzo mi odpowiada. Tutejszy Tolomeo na przykład równie dobrze mógłby być bałkańskim watażką sprzed kilkunastu lat, jak i upojonym władzą bliskowschodnim przywódcą rebeliantów, ale też południowoamerykańskim młodym bossem kartelu (tam zresztą też bywa ropa). Gdyby Curio nie nosił teczki z unijnymi gwiazdkami, to poruszający się czarną limuzyną Cezar mógłby być politykiem dość dowolnego kraju, który jest na tyle potężny, żeby dyktować innym swoje warunki, albo i jakimś capo di tutti capi. I tak dalej. I przez 99,8% spektaklu tak to właśnie grało. Realia były na tyle umowne, że również mogłoby się to dziać w dość dowolnym okresie od drugiej połowy XX wieku poczynając.

Elementy absurdu też mnie nie raziły: te jakieś dziwaczne jaszczury i krokodyle podkreślały umowność tego, co się opowiada, bo przecież barokowe libretta nieszczególnie nadają się do poważnego ich traktowania. Problem z Giulio Cesare jest jednakowoż taki, że spora część materiału muzycznego jest zbyt rozdzierająca i autentycznie smutna, by z całości zrobić wyłącznie komedię. I tu uważam, że realizatorzy wywiązali się z zadania bardzo dobrze, zwłaszcza że w ostatnich latach powstało kilka spektakli tej opery, które wykorzystały już te najbardziej narzucające się konwencje scenograficzne (wojna na poważnie, wojna na groteskowo, magazyny muzealne...). Za znakomite uważam rozegranie poszczególnych postaci, ale o tym za chwilę przy okazji obsady; doskonałym wydaje mi się pomysł na zakończenie: jak już wszystkie vendetty się dokonały, wszyscy bohaterowie (tak, Tolomeo zostaje zaproszony i zmartwychwstaje) upijają się szampanem i tańczą, zachwyceni samymi sobą, podczas gdy kolejni rebelianci po cichutku rozmontowują nowy ład, który upajający się samozadowoleniem bohaterowie budowali przez całą akcję.

A teraz o bohaterach i wykonawcach. Od razu powiem, że pomysły w rodzaju "śpiewa z workiem na głowie" (Kleopatra) albo "śpiewa z wnętrza samochodu" (Cezar) mogą się części krytyków wydać niepotrzebnymi ozdobnikami - ale, na bogów! ta muzyka to jeden wielki popis, ozdobnik i poszukiwanie możliwości ludzkiego głosu i wykonawstwa! Mnie się podobało.

Kleopatra - Cecilia Bartoli

Jak już wzmiankowałam, najsłabsze ogniwo. Cecilia ma umiarkowane warunki na śpiewanie na scenie, w związku z czym w pierwszym akcie pomagała sobie niestety trochę vibratem, co sprawiło, że moja bodaj ulubiona aria Non disperar, chi sa? wypadła dość blado. W pierwszej przerwie ponarzekałam sobie na Cecilię ile wlezie... W drugim akcie partia Kleopatry jest znacznie bardziej wyciszona i liryczna i od razu było lepiej, a w trzecim - a konkretnie w Da tempeste diva dała taki popis techniki, że wybaczyłam ten niezbyt efektowny początek...

Muszę jednocześnie oddać pełną sprawiedliwość aktorstwu Bartoli, a zwłaszcza jej vis comica. Pomysł na Kleopatrę, która jest niezbyt młodą już pańcią, nie - jak w wielu spektaklach - rozkapryszoną siostrzyczką Tolomeo, tylko nieco nawet fajtłapowatą starą panną - świadczy doskonale o tym, że Cecilia potrafi na samą siebie spojrzeć z dystansem, bo pomijając fakt, że ma profil zupełnie jak autentyczna Kleopatra VII na monetach, nijak nie przypomina seksbomb, grywających zazwyczaj tę królową, która wcale szczególnie piękna nie była. Jej nieudolne próby udawania - zupełnie już nieseksownej - Lidii były autentycznie komiczne, ale zarazem wstrząsające arie, a zwłaszcza Piangerò la sorte mia, wypadły naprawdę dramatycznie. Aha, scena z Kleopatrą odlatującą (dosłownie) na bombie na początku drugiego aktu, kiedy taż uwodzi Cezara, jest moim zdaniem rozkoszna. Zawsze jest to rozgrywane w konwencji snu, teatru itp., a tu - kina 3D i filmowej ułudy - więc ta absurdalna scena, na dodatek z Cecilią ucharakeryzowaną na pin-up girl z czasów drugiej wojny światowej, pasowała idealnie.

Tolomeo - Christophe Dumaux

Nie wiem, czy nie najlepszy aktor tego spektaklu... A głosowo również znakomity (wg programu ma w repertuarze rolę tytułową i chętnie bym go w niej zobaczyła), godnie partnerujący gwiazdorskiej reszcie obsady. Przyznam, że uwielbiam arcykomicznego (i jakoś w tym komizmie tragicznego) Tolomeo ze spektaklu kopenhaskiego, którego kawałek linkowałam w poprzednim operowym wpisie, ale to jak Dumaux stworzył złożoną postać bardzo młodego człowieka, któremu dostała się spora władza i który tak naprawdę nie umie sobie z tym poradzić (bo naprawdę nie wyrósł jeszcze z wieku, kiedy najbardziej obchodzą go gołe baby), było naprawdę znakomite. Jego Tolomeo jest okrutny i bezwzględny, ale ma się wrażenie, że w taki sposób, w jaki okrutnym i bezwzględnym może stać się każdy w "sprzyjających" warunkach: kiedy los dał mu dużo pieniędzy i władzę nad innymi w zdecydowanie zbyt młodym wieku i tak naprawdę wbrew predyspozycjom. Ten Tolomeo tak naprawdę jest niepewny swojej pozycji i nadrabia puszeniem się, a pokątnie wyżywa się na rozkładówkach (bogowie nieśmiertelni, jak ten facet to zagrał i przede wszystkim zaśpiewał - scena była, delikatnie mówiąc, odważna, a ja po raz kolejny podziwiałam samokontrolę śpiewaka...)

Kornelia - Anne Sophie von Otter

No dobra, dla mnie to jest jedna wielka legenda muzyki i do dziś przecieram oczy na wspomnienie, że zobaczyłam ją na żywo. Sama kiedyś w latach niemalże dziecięcych śpiewałam kontraltem (w chórze muzycznej podstawówki miałam najniższy głos), więc mam do tego głosu szczególny stosunek (ambiwalentny oczywiście) i podziwiam każdego, kto dochodzi w nim do perfekcji. A duet Kornelii i Sekstusa z finału pierwszego aktu to była doskonałość w jej najczystszej formie. Na dodatek Kornelia była tu również pańcią, co pozornie mogłoby się kłócić z arystokratycznym wyglądem wykonawczyni, ale poradziła sobie znakomicie. Zresztą jej rola była pomyślana absolutnie rewelacyjnie - zwłaszcza relacje z synem, o czym przy okazji tegoż za chwilę. W każdym razie ta pozornie cicha męczennica, rozpaczająca po stracie ukochanego męża, była tu siłą napędową akcji bardziej niż w jakimkolwiek znanym mi przedstawieniu. Charyzma sceniczna von Otter na pewno tu pomogła - nie na darmo to jest jedna z nielicznych kobiet, które toleruję w roli Nerona w Koronacji Poppei Monteverdiego, zarówno głosowo jak i aktorsko.

Sesto - Philippe Jaroussky

No dobra, chyba największe pozytywne zaskoczenie. Nie żebym wcześniej Jaroussky'ego nie lubiła - ogólnie kocham kontratenorów i nawet widziałam go już na dvd w Agrypinie Haendla oraz zdążyłam podejrzeć parę scen z zakupionej tuż przed wyjazdem do Salzburga Poppei, więc niby wiedziałam, że na scenie występuje. Ale kojarzył mi się jednak głównie z recitalami, wykonaniami koncertowymi i emploi, powiedzmy, niekoniecznie dramatycznym. A ponieważ na dodatek ma on (jak mało kto) zarówno wśród melomanów jak i krytyków muzycznych równe liczne grona zagorzałych wielbicieli i zaciekłych wrogów, nie miałam na przykład pewności co do tego, czy nie będzie z nim jak z Cecilią - za mały głos na duży teatr. Zwłaszcza że, co tu dużo mówić, partia Sesta nie jest najłatwiejsza dla mężczyzny, nawet obdarzonego wyjątkowo wysokim głosem w rejestrze kontratenoru. Nawet oryginalnie śpiewała tę partię kobieta, jak się okazuje, przyznaję: nie wiedziałam, więc może powinnam się mniej krzywić na kobiece jej wykonania, ale naprawdę - po wysłuchaniu finału pierwszego aktu, tego jak głęboki kontralt von Otter idealnie zgrywał się z pobrzmiewającym jednak "męską" barwą sopranem Jaroussky'ego, żaden kobiecy duet mnie już nie zadowoli.

A w kwestii zaskoczenia: wydaje mi się, że jako całość (koncepcja postaci, wykonanie aktorskie i muzyczne) była to najciekawsza rola tego spektaklu. Tolomeo był znakomity, jak już wspomniałam, ale pomysł na Sesta naprawdę sięgnął dramatyzmu, którego w tej postaci dotychczas nie widziałam. Sesto był tu młodzieńcem (złotym, chciałoby się powiedzieć, i do końca spektaklu paradującym w - coraz brudniejszym - stroju, w którym mógłby pojawić się latach '20 w eleganckim nadmorskim hotelu), którego żądna zemsty mamuś wpędza w poczucie, że on tej zemsty musi dokonać, więc on pogrąża się w tym przekonaniu, nie radząc sobie z sytuacją w stopniu podobnym jak Tolomeo z władzą. Tyle że tam, gdzie Tolomeo stacza się w niepotrzebne okrucieństwo, Sesto popada w autodestrukcję. Jest całkowicie bierny, kiedy matka i jej niespodziewany sojusznik, sługa Kleopatry Nireno, zakładają mu ładunki wybuchowe; a potem jest porażająca scena, kiedy siedzi nad ciałem Tolomeo (oczywiście obyło się bez zamachu samobójczego, Cezar przyszedł na czas na pomoc), kompletnie nie rozumiejąc, co się stało. Wydaje mi się, że kluczowe dla koncepcji tej postaci są dwie paralelne sceny: na początku Sesto maluje sobie twarz popiołami z urny (no dobra, kubła), w którym wcześniej Cezar spalił nieszczęsną głowę Pompejusza, od której zaczęła się cała vendetta (i akcja) i robi to dość mechanicznie, jakby wmawiał sobie konieczność tej zemsty. W finale powtarza te mechaniczne ruchy, mażąc sobie tym razem twarz krwią pokonanego wroga. Kapelusze z głów dla gry aktorskiej, a przy tym zaśpiewane to zostało fantastycznie i całkowicie bez wysiłku...

Giulio Cesare - Andreas Scholl

Oczywiście, to przez niego trafiłam w ogóle na informację o tym spektaklu i gdyby to tylko on w nim występował, to zapewne tak samo rozbijałabym się o bilety. Szukałam informacji o występach, bo - jak również napisałam w poprzednim wpisie operowym - zakochałam się w jego głosie. Spektakl na żywo tylko to zakochanie wzmocnił - to po prostu jest kawał idealnie czystego głosu o niewiarygodnie pięknym brzmieniu. I na dodatek reżyser zrobił świetną robotę - Scholl był tu aktorsko o niebo lepszy niż w innych spektaklach, w których go widziałam (na dvd). Miewa on w recenzjach opinie "niescenicznego" z przyczyn innych niż Bartoli i rzeczywiście - i w kopenhaskich Giulio Cesare oraz Partenope, i w Rodelindzie z Glyndenbourne daje się miejscami widzieć pewna sceniczna niepewność (self-consciousness, jak doskonale określają to anglofoni), choć w tym ostatnim przypadku całość utrzymana w konwencji międzywojennego kina sprawia, że wszyscy grają celowo nieco sztucznie, więc trudno wyrokować.

Tu od pierwszej sceny - kiedy Cezar śpiewa swoją zwycięską arię i zachwyca się wychwalającymi go gazetowymi nagłówkami (fragmenty tekstu tejże arii), wiedziałam, że zaszła tu aktorska zmiana. A potem było tylko lepiej, na dodatek Scholl ujawnił również vis comica w niewątpliwie łóżkowej scenie z Kleopatrą w drugim akcie... A głosowo? No cóż, bezbłędne przejścia od piano do forte, długo wytrzymywane dźwięki, najlepsze chyba dotychczas wykonanie Va tacito pod względem techniki... Żałować można jedynie, że akurat pomysł na dialog głosu z instrumentem na początku drugiego aktu nie był najbardziej błyskotliwy, zwłaszcza w porównaniu z wersją kopenhaską, kiedy skrzypaczka wychodzi na scenę i dosłownie pogrywa sobie ze śpiewakiem.

Zasadniczo ja poproszę więcej tego pana w teatrze. W Europie jestem skłonna pojechać go oglądać w dość dowolne miejsce. Parę osób z tej obsady zresztą w sumie też...

Sprawiedliwość należy się też wykonawcom ról drugoplanowych, którzy zresztą akurat tutaj mają do zaśpiewania całkiem ładne kawałki. Zarówno oba bas-barytony (Achilla - Ruben Drole, Curio - Peter Kalman) brzmiały bardzo dobrze, jak i świetnie wypadł Jochen Kowalski jako Nireno czy raczej Nirena, bo zmieniono tu płeć Kleopatrowego popychadła. Dlaczego tak zrobiono, nie wiem, ale zważywszy, że tradycyjnie role piastunek grywali śpiewający niskim głosem mężczyźni poprzebierani w damskie ciuszki, mogła to być po prostu zabawa z konwencją: potężnej postury mężczyzna śpiewający kobiecym rejestrem, przebrany za kobietę. Zresztą zważywszy pańciowatą Kleopatrę, starszawa zausznica bardziej do niej pasowała niż kamerdyner.

No, napisałam to z pamięci, zanim zabiorę się za obejrzenie czy choćby wysłuchanie nagrania z telewizji* (i w oczekiwaniu na wydanie na porządnym dvd), bo chciałam oddać wrażenia, a nie pisać recenzję na chłodno. Albowiem, drodzy czytelnicy, obawiam się, że moje operowe życie nigdy już nie będzie takie samo...

Giulio Cesare, Salzburg 2012

PS 1. Takiej standing ovation to chyba w życiu swoim na żywo nie widziałam/słyszałam. A, jak zauważyła N, i tak spora część publiki zajęta była robieniem zdjęć.

PS 2. czyli * - zarejestrowany spektakl jest z maja, a więc jeden z pierwszych, podczas gdy ja widziałam jeden z ostatnich, co może być przyczyną pewnych rozbieżności recenzenckich (bo czytałam i niepochlebne opinie) - w teatrze często niektóre elementy docierają się w miarę grania spektaklu, no i śpiewacy mogli poczuć się pewniej na scenie i w interakcjach. Obejrzę nagranie i zobaczę, czy są zasadnicze różnice.

PS 3. Dla porządku najważniejsze dane spektaklu (oprócz obsady, bo ta już była): orkiestra Il Giardino Armonico, dyr. Giovanni Antonini; reżyseria Moshe Leiser, Patrice Caurier. Obejrzany 27 sierpnia 2012, w ramach Salzburger Festspiele.

sobota, 14 kwietnia 2012
To lubię - muzyka (2)

Nieco ponad dwa lata temu napisałam sobie pierwszą odsłonę wpisu o ulubionej muzyce (i było tylko o operze), a zupełnie niedawno N. napisała o swoich takoż operowych preferencjach. Ponieważ po części zdarzyło nam się wspólnie poznawać nowe operowe światy, uświadomiłam sobie, że dla mnie te dwa lata były czasem wielkich odkryć i przewartościowań, w związku z czym tamten wpis sprzed dwóch lat stracił co nieco na aktualności. No a ponieważ urodzinowo postanowiłam zrobić sobie, jak zazwyczaj, jakiś blogowy prezent, to taka lista całkiem nowych ulubionych operowych kawałków, będzie całkiem nie od rzeczy.

W kwestiach oper już wcześniej ulubionych poznałam nieco nowych fantastycznych wykonań, np. płytowego Tristana z Placido Domingo i Niną Stemme, którego kupiłam trochę jako ciekawostkę, a okazał się jedną z najlepszych znanych mi wersji; widziałam też w kinie nowojorską Walkirię z rewelacyjnym Jonasem Kaufmannem w roli Siegmunda, co było jednym z najwspanialszych muzycznych doznań ostatnich lat; niezwykle podobali mi się Luca Pisaroni i Rene Pape w dwóch różnych obejrzanych spektaklach Wesela Figara; wśród wystawień Don Giovanniego wysoko zawędrowało również nowojorskie z Mariuszem Kwietniem i Pisaronim, choć na pierwszym miejscu jako Komandor pozostaje Matti Salminen; znalazłam nowe ulubione wykonanie Fausta Gounoda. Ergo: skupimy się na czymś w moim repertuarze całkiem nowym. Najpierw zatem czytelnikom należy się wyznanie.

Confiteor: odkryłam barok. Gorzej - pokochałam barok. Żeby było zabawniej, nastąpiło to niemalże z dnia na dzień, do tego stopnia, że kiedy na przełomie marca i kwietnia zeszłego roku jechałyśmy z N. na konferencję operową do Pobierowa na Pomorzu Zachodnim drogą okrężną wprawdzie, ale i tak najszybszą, to wielce byłam zdegustowana faktem, że w Dreźnie grali akurat Koronację Poppei Monteverdiego. Widziałam wcześniej w telewizji i chwilowo nie miałam najmniejszej ochoty powtarzać tego doświadczenia. W Berlinie z kolei obejrzałyśmy Tristana i Izoldę Wagnera (wciąż w kwestii czysto brzmieniowej mój numer jeden, choć w kwestii ogólnomuzycznej dzieli to miejsce z Pierścieniem Nibelunga, ale też Wagner nadal, pomimo pewnej dezaktualizacji wzmiankowanej notki, pozostaje moim bezwzględnie ulubionym kompozytorem). A konferencja w Pobierowie była o operze i historii - niżej podpisana wygłaszała referat o absurdalnych librettach, głównie Haendla, opartych na dziejach rozlicznych Ptolemeuszy oraz umiłowanego wielce Mitrydatesa VI Eupatora i Dionizosa, króla Pontu. I była przekonana, że wygłasza referat o kompozytorze, którego nigdy ale to nigdy nie będzie miała ochoty słuchać w większych dawkach.

Tymczasem w ramach wieczornych dyskusji o historycznych, "historycznych" i ahistorycznych wystawieniach niektórych oper zaprezentowano uczestnikom między innymi przegląd spektakli... Koronacji Poppei. I nagle ta opera nabrała sensu, muzycznego znaczy się, albowiem im lepiej poznaję twórczość barokowych librecistów, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że fabularnie bije ona na głowę wszelkie absurdy świata. Skądinąd zapoznanie się z Haendlem na poziomie muzyki a nie tylko fabuł, od których włos mi się na głowie jeżył, kiedy wzmiankowany referat pisałam, też zawdzięczam tejże konferencji, a konkretnie innej prezentacji - różnych, wokalnych tym razem, wykonań arii "Or la tromba" z Rinalda. W sumie tej prezentacji zawdzięczam nie tylko zachętę do słuchania twórczości Haendla, ale również zakochanie się w kontratenorach.

To tak tytułem wstępu, który tłumaczy dalszy ciąg tej notki czyli listę nowo polubionych i z baroku ulubionych operowych kawałków na kwiecień roku 2012*.

A zatem po pierwsze w ramach korekty do poprzedniego wpisu - "Che farò senz'Euridice" Glucka pozostaje wśród ulubionych, ale w kwestii preferowanych wykonań żegnajcie ciepłe mezzosoprany, oto mężczyzna, w którego głosie zakochałam się bez reszty:

Podobnie korekta należy się lamentowi Dydony - obecnie najbardziej lubię w tej roli panią, w której również się zakochałam:

Jak się już rzekło, Monteverdi z jego Poppeą jest pewnego rodzaju symbolem tego, jak nagle i niespodziewanie można coś polubić pomimo wcześniejszej niechęci (wiem, zabrzmi to jak ostateczny banał, ale ta niechęć rzeczywiście aż nazbyt często wynika z ignorancji, a mi nieodmiennie musi się przypomnieć przeczytane w wenezuelskim dzieciństwie zdanie z wielkiego historyka sztuki Ernsta Gombricha - cytuję w przybliżeniu - że jeśli coś się podoba, to ok, ale jak się nie podoba, to warto spróbować się temu bliżej przyjrzeć, bo może coś się traci). A zatem dwa niewiarygodne kawałki z tego dzieła - finałowy duet Nerona i Poppei (patrzcie państwo, Neron nie jest tu może ideałem, ale nie jest też czarnym charakterem i potworem, któremu należy się sienkiewiczowskie ostateczne potępienie!!!) oraz scena śmierci Seneki. Zupełnie inne klimaty, ale jedno i drugie - fantastyczne.

Tu, w przypadku Seneki, na dodatek jeden ze spektakli, które podobały mi się najbardziej:

 

Po tym Pobierowie oczywiście żałowałam już, że nie wracamy przez Drezno, a w Krakowie zaczęłam przesłuchiwać kolejne Haendle i po roku od konferencji mogę powiedzieć, że najważniejsze dzieła już jako tako znam, mam też swoje ulubione spektakle, wykonawców i arie. Po prawdzie jest to zdecydowanie kompozytor, którego popisowe solowe kawałki cenię sobie najwyżej - wszyscy dziewiętnastowieczni kompozytorzy w rodzaju Verdiego czy Pucciniego ze swoimi pięknymi piosenkami w operach mogą się schować ;)

Proszę bardzo, na początek absolutny hit, "Lascia ch'io pianga" z Rinalda - nie jest to może moje absolutnie ulubione wykonanie, ale przynajmniej wyświetla się bez reklamy na początku i długiej sceny dookoła:

Jedna z ulubionych scen z Giulio Cesare, który skądinąd jest poniekąd o zupełnie innych królach i ma rozkosznie wręcz bezsensowną fabułę, zakończoną obowiązkowym happy endem, w którym Cezar, Kleopatra i Sekstus Pompejusz oraz jego matka żyją długo i szczęśliwie. Klip z przedstawienia, które bardzo lubię, komiczna scena konfrontacji z czarnym charakterem czyli Ptolemeuszem XIV (który w realu był młodszym nastolatkiem); skądinąd ujęcie Cezara akurat wydaje mi się bardzo do tej postaci pasujące:

Semele, "Endless Pleasure" w cudnie lekkiej i beztroskiej interpretacji Danielle de Niese - niestety trzeba odczekać sześć sekund, żeby móc pominąć obrzydliwe reklamy, dlatego nie wklejam klipu. Ale to jest bezwzględnie moje ulubione wykonanie z jednej z moich obecnie ulubionych płyt.

I na koniec mój absolutny barokowy numer jeden w chwili obecnej, duet z Rodelindy - numer jeden zarówno jeśli chodzi o muzykę, wykonanie jak i spektakl. Jak dla mnie - totalny odlot pod każdym względem (płyta ze spektaklem w drodze z Amazona):

* W obecnej histerycznej copyrightowej atmosferze nie mogę zagwarantować, że linki będą się otwierać. Ogromną większość tego, co tu prezentuję, posiadam legalnie (albo zamierzam kupić, jak tylko się ukaże na dvd), ale nic mi to nie daje w kwestii udostępniania... Co skądinąd jest bez sensu, bo np. w cytowanym spektaklu Rodelindy zakochałam się właśnie dzięki klipom i dzięki nim go kupiłam.

niedziela, 01 kwietnia 2012
Nieznane rękopisy...

Rzadko piszę o poezji, ponieważ mam głębokie przekonanie, że nie umiem o niej pisać. Natomiast ostatnio - to nie żart - sporo czasu zajmuje mi tłumaczenie poezji. No dobra, trochę żart, bo część problemu polega na tym, że wcale nie aż tak sporo. Tzn. potrafi pochłonąć całą noc, ale zasadniczo zdarza mi się borykać z wyrzutami sumienia spod znaku "tak szybko", "tak bezboleśnie", ba, wręcz czasem "tak łatwo"? Szkoła z jej nabożnym stosunkiem do romantycznego cierpienia we wszelkich możliwych wymiarach wpaja w nas przekonanie, że twórczość wszelaka powinna być okupiona cierpieniem duszy i nawet utwory pisane w natchnieniu (proszę, oto główny paradoks romantyzmu à la polska szkoła: masz pisać w porywie uczuć i inspiracji, ale zarazem oblewać krwią, potem i łzami każdy wers...) muszą wiązać się z twórczym trudem i zmaganiami z werbalną materią.

Na dodatek - tłumaczę, przynajmniej chwilowo, głównie romantyków (angielskich). Jak już się to drukiem ukaże, nie omieszkam poinformować szanownych czytelników, na razie mogę odesłać tylko do tego, co ukazało się drukiem (żadnych romantyków: Kipling, Embeirikos, Clifton, Piatt) i tego, co sama zanim zaczęłam to traktować poważnie umieściłam w sieci (tu też). I to tyle w kwestii poważnej właśnie.

Beauty is truth

Bo tak naprawdę z okazji pierwszego dnia kwietnia chciałam opowiedzieć o najbardziej dziwacznym zdarzeniu okołopoetyckim w moim życiu*. Nie, jeśli ktokolwiek wie, że zdarzyło mi się opublikować tu i ówdzie kilka limeryków, i już zaciera łapki, że zgadł, to się myli. Nie chodzi ani o towarzyskie zabawy spod tego znaku, ani nawet o zamówienie publiczne pt. Limeryki o Krakowie z okazji rocznicy lokacji. Limeryk - sprawa poważna. Nie chodzi również o bardziej prywatnie towarzyską zabawę w pisanie żartobliwych wierszyków z okazji filmowej wersji Władcy pierścieni.

Nie, drodzy czytelnicy, sprawa byłaby istnie primaaprilisowa, gdyby nie to, że nie miała miejsca w prima aprilis. Otrzymałam mianowicie kilka lat temu pocztą zbiór rękopisów poetyckich w teczce zatytułowanej W zlewie romantyczny tłok. List niestety zaginął w otchłani, więc nie pamiętam, jaka organizacja (tak, to było jakieś coś, co miało nazwę i adres, a zapewne i prezesa) mi to przysłała.

Zasadniczo od razu odesłałam sprawę do limbo, ale potem natura wzięła górę i zajrzałam do szuflady. Było to kilka kartek, które pozwalam sobie tu opublikować z okazji prima aprilis roku, w którym odwołano koniec świata. To niezły pomysł na wywinięcie się z blogowego milczenia, a czytelnik, jeśli ma ochotę, może sobie podumać na dowolnym światowym bruku, nad autorstwem tych utworów, wyglądających jak nieporadne juwenilia największych polskich poetów XX w., niekiedy traktujących zadany w tytule zbioru temat tak podle pretekstowo! (Publikuję w kolejności, w jakiej kartki były ułożone w wzmiankowanej powyżej teczuszce.)

 


 

***

w zlewie romantyczny tłok
ach posuńże się w bok
woła
kogo melancholia kranu
przygniotła do ziemi

brudną ściereczką
do niczego

 


 

W ZLEWIE ROMANTYCZNY TŁOK

obudziłem się
choć nie wiem

za oknem
szary
dym po wczorajszym meczu

zadyma
odbiła się krzykiem
w matowym oku

talerza

w dzieciństwie
jadłem z niego owsiankę

 


 

PORZĄDKI PO PRZYJĘCIU

jakże się tu nie uśmiać

talerzyki kieliszki
łyżeczki widelczyki

tańczą w korowodzie
po przyjęciu na którym
pracowały w milczeniu
jak angielscy służący

jakże się nie zachwycić

plamką na sukni
zagiętym rąbkiem
miseczki która filuternie
zakrywa wciąż twarz
serwetką

nie mogę tak po prostu
włożyć ich do zmywarki

niech się jeszcze nabawią
w zwykłym zlewozmywaku

są bliższe ludziom niż maszynom

 


 

KALISZ

myślałem
nie było ich
kiedy przechodziły tędy karawany
rzymskich kupców

w osadzie Calisia
klepisko zamiast forum
w kramach rozłożone
kryształy bursztynu

słowo electrum
nie przyjęło się
w miejscowym dialekcie

ekwita pożywia się
z glinianej miski

myślałem
nie było ich

spod warstw ziemi
wydobywam
połamane skorupy

nic ich nie różni
od porcelany w fantazyjny wzór
w moim zlewie

 


 

PIOSENKA

Już widzę jak w walca tanecznym porywie
Twarz twoja ku mojej obraca się w takt.
I nie wiem, czy sen to, nadzieją się żywię,
Że będziesz tak moją jak jesteś nią w snach.

Ty śmiejesz się jeszcze, gdy mkniemy przez salę
I w walcu unoszę do ust twych mą dłoń,
By w tańca pomroce, w tym pędzie wciąż dalej
Przez wino w niebytu zanurzyć się toń.

Za oknem majowa noc szumi radosna,
Lecz czuję na twarzy gorącość twych łez:
Ty wiesz już, nie dane nam będzie pozostać,
Tym czasom beztroskim już los znaczy kres.

Przeszli jak burza, pozostały po nich
Ruiny, zgliszcza i więdnący kwiat.
I krzyk jak piorun z wyciągniętej dłoni
Znaczący chwilę, w której umarł świat.

Dziś w dłoni trzymasz, choć minęły wieki
Ten sam kieliszek, którym niegdyś ja...
I jestem z tobą bliski choć daleki
Choć odmieniony, lecz zawsze ten sam...

Spójrz ku mnie, nie pozwól, by zmącił marzenia
Ten obraz przyszłości wśród płaczu i łun.
Ty trwać zawsze będziesz w tych kroków wspomnieniach,
Zaklęta na wieki w rytm walca wśród strun.

 


 

Cmentarz Protestancki w Rzymie

* 3 kwietnia. Do tego, co czcieł, że się tak po staropolsku wyrażę, czyli disclaimer, że się wyrażę bardziej nowocześnie. Historyjka w formie primaaprilisowej jest oczywiście grubymi nićmi szytym powtórzeniem starego jak świat chwytu publikacji fikcyjnych utworów literackich czy dzienników. Ale zarazem historyjka z "W zlewie romantyczny tłok" jest jak najbardziej prawdziwa, tzn. to nie ja wymyśliłam ten tytuł. Autentycznie kilka lat temu dostałam zaproszenie do udziału w konkursie poetyckim pod takim właśnie tytułem, organizowanym przez jakiś naprawdę istniejący Dom Kultury, stowarzyszenie czy sama nie wiem co, bo istotnie mail wylądował dość szybko w koszu. A jak już wylądował, to mnie opanowała pastiszowa wena i tak to w ciągu może dwóch godzin powstał ten zbiorek na zadany temat. Przypomniałam sobie o nim na fali pracy nad Keatsem i Wordsworthem, no i okazał się jak znalazł na Prima Aprilis 2012 :)

czwartek, 23 lutego 2012
Ja, jako twórca (ACTA revisited)

Prawda jest taka, że ci protestujący w życiu nie splamili się i nie splamią pracą twórczą, więc nie są w stanie zrozumieć drugiej strony - tako rzecze Czytelnik krakowskiego dodatku Gazety Wyborczej, zaczynający swą tyradę od przedstawienia się jako "twórca (tłumacz literacki)". Pisałam już na marginesie ACTA z pozycji pirata, więc teraz parę słów z perspektywy podmiotu potencjalnie piraconego.

Otóż jako twórca (czyli tłumaczka literacka: ok. 30 powieści, opowiadania, obecnie też poezja z najwyższej półki, niegdyś również laureatka nagrody w konkursie literackim miesięcznika "Odra", a także przez dobre kilka lat dziennikarka i freelancerka, autorka monografii naukowej i ogólnie osoba, która podatki rozlicza niemal wyłącznie w punkcie "prawa autorskie i inne pokrewne") oświadczam, że tego rodzaju arogancja jest mi obca, a przeciwko ACTA protestowałam. Ba, większość moich protestujących - mniej lub bardziej aktywnie: na demonstracjach, blogach, fejsbuku - znajomych, to osoby zasadniczo twórcze, jako że np. pracownicy naukowi są również twórcami, choć może nie każdemu się to od razu tak kojarzy.

Jako tłumaczka literacka pragnę oświadczyć, że nie czułabym się okradana ani tym bardziej obrażana przez fakt obecności moich przekładów w serwisach udostępniających pliki, ponieważ cieszy mnie popularność książek, które tłumaczę. Mam ten luksus, że pomimo specjalizacji w fantastyce młodzieżowej ostatnio przekładam głównie rzeczy, które również lubię, a na dodatek wydawnictwo, dla którego pracuję, dba również o stronę edytorską (redakcja, korekta, konsultacja specjalisty), w związku z czym mam poczucie, że uczestniczę w wypuszczaniu na rynek pełnowartościowego produktu. Oczywiście zgodnie z logiką autorów projektu ACTA oraz jego zwolenników powinnam czuć oburzenie na myśl, że ktoś mógłby ten pełnowartościowy produkt powielać za darmo. No ale nie, wcale się tak nie czuję... Obecność książki na Chomiku czy przesyłanie sobie plików na forach fanowskich byłyby dla mnie dowodem na jej popularność, a ta skutkuje większą sprzedażą, bo większość fanów woli mieć prawdziwy egzemplarz na półce. Na dodatek popularyzowanie książek wydanych dobrze ma szanse wpłynąć na poziom języka ich czytelników. Ergo: z umiarkowanego piractwa płyną korzyści, bo już samo zwiększanie poziomu czytelnictwa w Polsce jest wielką korzyścią. Zważywszy zresztą, że popularność i sprzedaż są duże, a piractwo stosunkowo małe, może po prostu wydawnictwo stosuje rozsądną politykę cenową, nad czym inne powinny się zastanowić?

Oświadczam też, że jako osoba kupująca książki rozważam bojkot wydawnictw opisanych w innym artykule, jako że praktyki w rodzaju zastraszania czytających (!!!) małolatów i ściągania od nich sum w rodzaju 900 zł (z czego połowę zapewne pożerają honoraria kancelarii windykującej) czyli odpowiednika honorarium tłumacza za - najwyżej - dwa arkusze przekładu uważam za najzwyklejsze pod słońcem draństwo, a i to tylko dlatego, że publicznie nie używam mocniejszych słów. Dodam, że przeciętna książka dla młodzieży ma co najmniej dziesięć arkuszy. I dodam też, że na miejscu opisanego tam wydawnictwa prowadziłabym "walkę" z piracącymi małolatami zupełnie inaczej: zaproponowałabym im kupno książek po bardzo atrakcyjnie obniżonych cenach albo też zrobiłabym akcję "zachomikuj na półce" i rozdała sporą liczbę egzemplarzy za darmo osobom, które wylegitymują się tym, że plik ściągnęły. I zamiast  nazywać to "walką", zaproponowałabym dialog.

Każda forma promowania czytelnictwa w kraju, który ma tak skandalicznie niskie statystyki czytania, powinna być chwalona i nagradzana. I to właśnie my, twórcy, ludzie uczestniczący w procesie wydawniczym, w jakikolwiek sposób przykładający się do ukazywania się na rynku dóbr kultury, powinniśmy być orędownikami przystępnego udostępniania książek (filmów i muzyki) i innych sposobów walki z szeroko zakrojonym autentycznym piractwem (np. sprzedaż podróbek nastawiona na realny zysk) niż prawne zakazy i represje.

PS. Disclaimer: w związku z pojawieniem się notki na Wykopie z nagłówkiem "tłumaczka, autorka, dziennikarka przeciw ACTA i za piractwem", w związku również z niejednoznacznością określenia "piractwo" i jego negatywnymi konotacjami, oświadczam również, że nie nazwałabym mojej postawy "za piractwem", albowiem tym, co popieram przede wszystkim jest wolny obieg kultury, a nie np. sprzedaż nielegalnych wersji/kopii/podróbek czegokolwiek. Dopóki dobra kultury, przez wydawców i producentów sprzedawane po zawyżonych cenach, są rozprowadzane w internecie za darmo, popieram to, ponieważ zwiększa uczestnictwo w kulturze, a to uważam za wartość nadrzędną wobec np. zysków kogokolwiek z osób w tworzenie kultury zaangażowanych, siebie wliczając. Innymi słowy, wartość naddaną z uczestnictwa w kulturze, choćby pobieżnego, osoby, która czy to z braku środków czy lenistwa, nie przeczytałaby książki bądź nie oglądnęła filmu/nie posłuchała muzyki, uważam za znacznie wyższą od strat finansowych, jakie (rzekomo) powoduje tzw. piractwo.

środa, 08 lutego 2012
Smutny chichot Duchampa

Prawie sto lat temu (w roku 1917) Marcel Duchamp zbulwersował świat sztuki, wysyłając do amerykańskiej Society of Independent Artists rzeźbę (?) zatytułowaną "Fountain", a składającą się w odwróconego pisuaru i podpisu artysty (pseudonimem). Towarzystwo, znane z tego, że nie dokonywało selekcji dzieł nadesłanych na wystawy, złamało tę zasadę i Duchampa, który zresztą miał już wówczas jakąś tam pozycję w świecie sztuki, odrzuciło. Duchamp w odpowiedzi zrezygnował z uczestnictwa w radzie artystycznej Towarzystwa, a kilka lat później zradykalizował swoje dotychczasowe surrealistyczne podejście do świata, tworząc dada.

I pisuar, i dadaizm odegrały ważną rolę w historii sztuki, jako że w owym czasie już nawet fin-de-siècle z jego wszelkimi odmianami stawał się sztuką salonową, uznaną, a niedawny bunt wobec głównego nurtu staczał się w dekoracyjność, przestając pod tym względem różnić się od akademizmu czy realizmu. Duchamp miał jeszcze kogo szokować, miał komu pokazywać, co instytucjonalizacja i komercjalizacja robi ze sztuką. No i jeszcze nie zamknęło się okienko czasowe oryginalności takich gestów. Dwa lata wcześniej Kazimierz Malewicz wystawił "Czarny kwadrat na białym tle", co też było rewolucyjne. Bo jeszcze mogło. Takich dzieł nie widziały wcześniej galerie, nie mówiąc już o salonach.

Nie mam pojęcia, czy w jednym albo drugim przedsięwzięciu była jakakolwiek głębsza myśl poza tym, że oto powstaje pewna nowa jakość w sztuce. Choćbym długo myślała, tak naprawdę nie jestem w stanie wymyślić - ba, co więcej nie widzę takiej potrzeby - intelektualnych pokładów w czarnych kwadratach czy też odwróconych przedmiotach codziennego użytku. Mam wręcz wrażenie, że funkcja pokazania, że "tak też można" całkowicie wystarcza. Problem polega jedynie na tym, że coś takiego da się zrobić tylko raz. Oczywiście, można malować kolejne różnokolorowe kwadraty na różnych tłach. Jedne z nich będą estetycznie lepsze, drugie gorsze - zależeć to będzie od proporcji oraz doboru barw. W sumie nawet mam na ścianie trofeum z jednej z licealnych olimpiad z historii sztuki w postaci grafiki przedstawiającej czarny kwadrat na białym tle, dodatkowo podzielony na cztery kwadraty liniami wklęsłymi oraz z odciśniętymi powiększonymi palcami, zapewne autora. Nie jest to najwybitniejsze dzieło wiszące w moim domu, ale akurat ten pomysł z odciskiem palców dość mi się podoba, bo coś tam dodaje do zapewne świadomego powtórzenia. W każdym razie na pewno była to najbardziej mi odpowiadająca estetycznie i artystycznie grafika z tych, które jeszcze były do wyboru.

Można też oczywiście wstawiać do galerii najróżniejsze przedmioty, można też samemu się w nich ustawiać: żywcem, przy wykonywaniu rozmaitych czynności, albo też w postaci obrazu na taśmie. Tylko że niezależnie od tego, czy przedmiotem tym będzie wiadro ziemniaków, krzesło, łóżko czy but, tak naprawdę będzie to nadal pisuar Duchampa.

Piszę o tym wszystkim, kiedy ucichły już wrzaski obu stron - przeciwników i zwolenników - po wystawie Katarzyny Kozyry w krakowskim Muzeum Narodowym. Kiedy jeszcze trwały i karierę w necie robiło zdjęcie kilku ponurych młodzieńców pikietujących muzeum z narodowo-prawicowymi hasłami, zadałam na fejsbuku dramatyczne pytanie: co ma zrobić w tej sytuacji człowiek, który Kozyrę uważa za humbug a pikietujących za oszołomów?

Bo właśnie tak: Katarzynę Kozyrę, Dorotę Nieznalską, jak również cały anonimowy (dla mnie, bo nawet nie zadaję sobie trudu czytania tabliczek, nie mówiąc już o ich zapamiętywaniu) tłum artystów od wideoinstalacji, a i w dużej mierze zwykłych instalacji, i tym podobnych gałęzi sztuki, uważam za humbug, stratę czasu i miejsca w galeriach. Damiena Hirsta z jego rekinami i czaszkami również; cytowałam już tu kiedyś wypowiedź z sondy ulicznej, przeczytaną w angielskiej gazecie, że "ten, kto płaci milion funtów za rekina w formalinie, zasługuje na zjedzenie przez rekina". Nic się pod tym względem przez ostatnie trzy lata nie zmieniło: nadal uważam, że ten anonimowy przechodzień podsumował Hirsta lepiej niż całe grono krytyków.

Ten Hirst straszy tu ponownie nie bez kozery (gra słów zamierzona). Lecąc niedawno z Paryża niemieckimi liniami Lufthansa, wybrałam w ramach pokładowej lektury "The International Herald Tribune". Mało, że zaskoczył mnie wysoki poziom i rzadko spotykana wyważona centrowość tej gazety - największą niespodzianką był absolutnie perfekcyjny artykuł krytyczny poświęcony najnowszemu przedsięwzięciu Hirsta: globalnej wystawie obrazów w kropki. Krytyk w dość ostrych słowach najpierw nie pozostawił na realnej artystycznej wartości dzieł Damiena H. suchej nitki, obnażając zarówno płytkość akwarium, w którym pływa zakonserwowany rekin, jak i pustkę zionącą z diamentowych oczodołów czaszki, a następnie bardzo zgrabnie pokazał, na czym polega jakaś jednak pomysłowość najnowszego projektu, pomimo artystycznej mizerii większości kropkowanych obrazów. A raczej, na czym mogłaby polegać, gdyby galerie zdecydowały się na krok dalej, czyli otwarcie przez cały tydzień i całą dobę - żeby dać poczucie autentycznego globalnego odbioru. Ogólnie ton tej recenzji był taki: zmarnowano potencjał, który tkwił w pomyśle, rezultatem jest kilka wystaw raczej przeciętnej sztuki w kilku miastach świata. Aha, nowojorska ma ten plus (aranżacja), że fajnie jest tam zabrać dzieciaki, bo będą się nieźle bawić.

Po powrocie do Krakowa przypadkiem trafiłam na artykuł o tej samej wystawie na portalu gazeta.pl. Pierwsze zdanie brzmiało: O tej wystawie mówi się od dawna. O'rly? - chciałoby się zapytać internetowym memem. Pomijając wątpliwą prawdziwość tego stwierdzenia, jest ono utrzymane w tym samym duchu co tytuły czy leady artykułów plotkarskich w rodzaju "XX - mężczyzna, którego pragnęłaby każda kobieta". Następnie polski artykuł skupia się na rynkowej wartości kropek oraz problemie autorstwa: większości obrazów Hirst nie namalował osobiście, a jedynie firmuje całemu przedsięwzięciu. Amerykański artykuł też o tym wspomina, ale w kontekście tego, że obrazy są bardzo nierówne pod względem czysto estetycznym: na jednych kropki tworzą harmonijną całość dzięki dobrze dobranej wielkości (średnica wyznacza odległość) oraz kolorom, inne mają niedobre proporcje. Konkluzja dotycząca tego aspektu w recenzji IHT jest następująca: [Te kropki] są dziełem nie tylko różnych rąk, ale również różnych umysłów, i to może być w nich najbardziej interesujące. W polskim artykule jedynie sensacyjny ton "czy to jest jeszcze dzieło Hirsta??" A kilka dni później zestawienie krytycznych głosów wobec wystawy z głosami obrońców - z naciskiem na te drugie, choćby poprzez ułożenie ich w zbijanie argumentów strony przeciwnej. Tak jakby polski krytyk nie był w stanie przyjąć do wiadomości, że coś, co jest sławne (głównie z racji bycia sławnym) może być poddane ocenie biorącej pod uwagę na przykład wartość artystyczną.

Pozwoliłam sobie zrobić to zestawienie recenzji znów nie bez kozery, a raczej tym razem Kozyry. Mam bowiem wrażenie, że w Polsce zabrakło krytyki sztuki z prawdziwego zdarzenia - i nie mam na myśli ewentualnie istniejących czasopism branżowych, choć obawiam się, że i tam może panować kult (po)nowoczesności. Mam na myśli właśnie duże i poważne gazety codzienne, bo to one są naprawdę opiniotwórcze. Polska krytyka nie odważy się powiedzieć, że król jest nagi, ponieważ próba obnażenia pustki, wtórności czy choćby miernej wartości artystycznej dzieł Kozyry czy Nieznalskiej może zostać odczytana jako stawanie po stronie oszołomów, którzy te dzieła atakują z pozycji niemających nic wspólnego z walorami artystycznymi. Moja recepta byłaby taka: brońmy, bezwzględnie brońmy wolności wyrazu, ale nie dajmy się zwariować, że wszystko, co budzi sprzeciw strony, która ideowo jest nam obca i chciałaby artyście zamknąć usta (a raczej wystawę), jest eo ipso wielką sztuką bądź też, co chyba jeszcze gorsze, że nie wypada tego krytykować.

Żeby było zabawniej, chciałam sobie tę Kozyrę blogowo odpuścić, bo w sumie dość mi piórkiem powiewa jej sztuka i zamieszanie wokół niej. Nie lubię, nie polubię. Ale na wspomnianym portalu pojawił się artykulik reklamujący kolejnego "szokującego" artystę pod hasłami "najbardziej absurdalna wystawa?" i "Magazyn osobliwości? Zdecydowanie, ale podniesiony do rangi sztuki". Co jest przedmiotem wystawy? Między innymi to samo, co przyniosło sławę Kozyrze, czyli wypchane zwierzęta. Pomijając ogólne kwestie etyczne związane z takimi wystawami, z dwojga złego wolę pana Davida Shrigleya z jego makabreskami (choć nie do końca rozumiem, dlaczego nie mógłby ich malować - jak dla mnie miałyby wtedy nawet większą siłę wyrazu), np. wiewiórką trzymającą w łapkach własną głowę (nawiasem mówiąc, w przeciwieństwie do gazetowego recenzenta nie kojarzy mi się to ze wystawianiem tej głowy na sprzedaż, ale ze średniowieczna legendą św. Dionizym, który miał przejść całą trasę z centrum Paryża do obecnego St. Denis, trzymając swoją ściętą głowę w rękach) od nadętego i napuszonego komentarza pani Kozyry do "Piramidy zwierząt", mętnie tłumaczącego, że chodziło jej o powtórzenie aktu zabijania itd. w celu pokazania hipokryzji społecznej, odwznioślenia procesu produkcyjnego mięsa i jakieś tym podobne brednie.

Nie mam nic przeciwko sztuce, która coś znaczy - choć uwielbiam dobrą abstrakcję - ale niech ona znaczy sama w sobie albo w przyjętej konwencji (jak starożytne malarstwo egipskie czy siedemnastowieczne holenderskie), a nie wyłącznie w mętnych intencjach autora, bez których osobnego wyłuszczenia przekaz jest nieczytelny. A już bardzo źle jest, kiedy mętność udaje wieloznaczność. Bo to się świetnie sprzedaje: nie tylko w sztuce, ale również np. w filmie i filozofii.

Dobrze, przyznam się, że wyjątkowo nie lubię sztuki, która zanadto musi tłumaczyć sama siebie w długaśnych objaśnieniach artysty bądź też jego kumpla teoretyka. Mogę doczytać, "co artysta miał na myśli", jeśli ogólny zarys tego zamiaru jest czytelny w dziele, a komentarz (krótki i treściwy!) co najwyżej wyjaśni mi np. szczegółowy kontekst, niekoniecznie mi dostępny np. z racji różnic kulturowych. Pan Shrigley przynajmniej niczego nie tłumaczy w podniosłych słowach, a mnie co najwyżej może nie podobać się materiał, jaki wykorzystuje w sztuce, którą - sądząc chociażby po innych dziełach oraz wypowiedziach - traktuje jako zabawę. Zapałka z domalowaną buzią czy też podstawka pod doniczkę z brodatym filozoficznym obliczem może nie są wielką sztuką, ale są przynajmniej zabawne. Może nadają się raczej do niezbyt drogiej galerii z zabawnymi gadżetami produkowanymi przez absolwentów akademii sztuk pięknych niż do muzeów, ale przynajmniej nie pretendują do odsłaniania Prawdy o Wszechświecie, Kondycji Ludzkiej i Naszych Strasznych Czasach.

Takie właśnie zacięcie czy też taka persona mnie najbardziej irytuje u dwóch wspomnianych polskich artystek, które - niestety mam takie wrażenie - szukają na siłę "szokujących" tematów i sposobów ich pokazywania, bo w Polsce krytyka upadła tak nisko, że prostackie epatowanie burżuja wystarcza, żeby zdobyć parę minut (a nawet lat) sławy i zasłużyć na wystawę retrospektywną w narodowym muzeum. Problem w tym, że możliwości realnego i oryginalnego epatowania burżuja skończyły się jakieś sto lat temu. Dzisiaj "burżuj" będzie stał w kolejce, żeby obejrzeć coś, co pozbawiona pazura krytyka wepchnie mu jako dzieła skandalizujące i szokujące. Dlatego właśnie artykuł na gazeta.pl o Shrigleyu uważam za niemalże szkodliwy, no bo jak można na serio napisać w drugiej dekadzie XXI wieku (sto lat po Duchampie, przypominam) coś takiego: Pół makabryczne, pół humorystyczne instalacje to twory Davida Shrigleya*, którego wystawa (...) wywołuje sporo zamieszania w świecie sztuki. Bo czy wstawionego do galerii strusia bez głowy, poustawiane na schodach buty różnej wielkości, albo jajo z napisem "jajo" można traktować poważnie?

O'rly? - powtórzę. Przecież to wszystko już było, nawet wiele razy, w różnych wcieleniach. Wystawy nie widziałam, może jako całość jest ciekawie zaaranżowana, może właśnie część tych gadżetów jest po prostu fajnie pomyślana. Ale, na litość wszystkich bogów, oryginalności jest w tym wszystkim tyle co trucizny w zapałce! Wniosek: muszę poszukać i poczytać, co o Shrigleyu piszą krytycy z prawdziwego zdarzenia. Swoją drogą nie sądzę, żeby cokolwiek jeszcze było w stanie spowodować autentycznie "zamieszanie w świecie sztuki". No chyba że będzie to odnalezienie nieznanego obrazu Leonarda albo oryginału rzeźby Fidiasza, zwłaszcza gdyby takie dzieła przewracały nasze wyobrażenia o twórczości wielkich artystów - ale to przecież wydarzenia zupełnie innej rangi. Prawdziwego, zmieniającego oblicze sztuki nowatorstwa już raczej nie będzie.

Może być jeszcze dużo niezłej (a może i wybitnej) sztuki, zwłaszcza w tradycyjnych technikach, choć właśnie skonstatowałam, że ostatni malarze, których dzieła naprawdę mnie zachwycają albo przynajmniej je autentycznie cenię, urodzili się przed rokiem 1930 i zasadniczo już wszyscy nie żyją... Żyje jeszcze nieco młodszy David Hockney, za którym nie przepadam, ale niewątpliwie warsztatowo doceniam. A pewna młodsza ode mnie absolwentka krakowskiej ASP, której kiedyś wynajmowałam mieszkanie, i nabyłam jeden jej obraz (sympatyczna, ciekawie skomponowana abstrakcja), bo autentycznie podobała mi się jej sztalugowa twórczość, ponoć jednak przerzuciła się na happeningi, instalacje i sztukę użytkową. Szkoda.

 Co to takiego, koteczku?

PS. Dowiedziałam się niedawno od N. (i na wszelki wypadek sprawdziłam, choć N. ma fenomenalną pamięć do takich szczegółów), że pani Kozyra swoją Łaźnię filmowała na Węgrzech. Przyznam, że było to dla mnie szokiem: do niedawna naiwnie myślałam, że przynajmniej miała tyle odwagi, żeby zrobić to w Polsce, żeby następnie przyznać się do zastosowanego podstępu i przekonać swoich bohaterów do swojej "artystycznej wizji". Wybór ludzi, którzy de facto nawet nie mają szans dowiedzieć się o tym, że ich nagie wizerunki zostały bez ich wiedzy wykorzystane w kontrowersyjnym projekcie artystycznym (np. polski bezdomny miałby jednak takie szanse), uważam za najzwyczajniejsze pod słońcem... no, może lepiej zachowam dla siebie słowa, które cisną mi się na klawiaturę.

* Zastosowałam tu korektę: w oryginale było "Shrigley'a", a nagminne, zwłaszcza w mediach, niepoprawne używanie apostrofu w odmianie nazwisk obcojęzycznych doprowadza mnie do białej gorączki i nie ścierpiałam, nawet w cytacie.

czwartek, 02 lutego 2012
Na tej plus minus Atlantydzie

Wszyscy cytują Nagrobek i Kota w pustym pokoju, ewentualnie Nic dwa razy. A mnie z dzieciństwa w pamięci utkwiły dwa wiersze z tomiku Wołanie do Yeti (rodzice mają pierwsze wydanie, takie broszurkowe, w szarej minimalistycznej okładce, z żółtawymi kartkami - pamiętam dokładnie ich odcień i grubość...) i to one wciąż, po latach kolejnych znakomitych wierszy, są tymi moimi wierszami. A może inaczej: z tych wierszy pamiętam spore fragmenty tekstu i obrazy, skojarzenia, jakie wywoływały. A zatem, po pierwsze, Z nieodbytej wyprawy w Himalaje, ten fragment: "Yeti, Szekspira mamy / Yeti, na skrzypcach gramy / Yeti, po zmroku zapalamy światło." Kiedy przywołuję te słowa (wszystkie cytaty w tym wpisie z niedoskonałej pamięci, więc interpunkcja i szczegóły mogą być niedokładne, ale to jest przecież notka o pamiętaniu), przed oczami mam wciąż ten sam obraz, który zobaczyłam, czytając ten wiersz po raz pierwszy: bezkresna biel śniegu o zmierzchu, oświetlona światłem ni to świeczki, ni to księżyca, i gdzieś na skraju tego kręgu światła jakieś cienie, słowa, muzyka, taka synestezja w jakiejś przedziwnej pustce. To chyba było jedno z pierwszych doświadczeń o charakterze egzystencjalnym...

I drugi wiersz, Atlantyda. Właściwie powinnam przytoczyć cały, bo fascynował mnie wszystkim: formą urwanych zdań, nastrojem, tajemniczą tytułową nazwą i niepojętym, jak to "istnieli albo nie istnieli"? W jakiś sposób zainteresowanie, o co tu chodzi, musiało się przyczynić do mojej fascynacji antykiem, ale także fantastyką: światami, które w podobny sposób są dla nas nieuchwytne, bo zarazem istnieją i nie istnieją. No i co to znaczy "Nie mogący na serio pozować do przestróg"? Czemu "nie wyjęci z powietrza, z ognia, z wody, z ziemi"? Dziś dużo więcej rozumiem z tego wiersza, mam cały aparat skojarzeń, które (zapewne) powinien wywoływać, ale pamiętam tę ciekawość, którą budził, gdy czytałam go w kółko i w kółko.

A poza tym zawsze będzie mi towarzyszyć garstka anegdot, też jakoś tam prywatnych. Moja prababcia grała z ciotką Wisławy Szymborskiej w wista, bezika czy w co tam grały krakowskie mieszczki w pierwszej połowie wieku XX... no więc jakieś związane z tym urywki zapamiętanych przez dziadka czy mamę opowiastek rodzinnych, że "ta Wisia taka szalona". A potem w moim mieszkaniu odbywały się pierwsze spotkania Loży Limerykowej, jeszcze przed Noblem, i pewnego wieczora przyszła noblistka wraz z prof. Henrykiem Markiewiczem wpadli do kanapy, która z niewiadomych powodów postanowiła się zapaść... Zapewne w dobie fotografii cyfrowej zostałoby to uwiecznione na zdjęciu: pierwsze zaskoczenie i potem radosny śmiech. Nie zostało, kanapa już też nie stoi tam, gdzie stała.

Działo się wszystko albo nic
tam albo nie tam
.

Animula vagula blandula

poniedziałek, 30 stycznia 2012
Z wyspy skarbów

Nie znam się na szczegółowych zapisach ACTA, ich konsekwencjach prawnych itp., choć na zdrowy ludzki rozum widzę, podobnie jak np. Pfg, różnicę między panem Iksińskim zbijającym mająteczek na taniej produkcji i następnie sprzedaży podrobionych markowych ciuchów albo skopiowanych płyt ze skserowanymi okładkami a panem Ygrekowskim, który posiada w domu legalną kablówkę, nagrywa film i następnie udostępnia go za darmo w sieci. Ten drugi nie zarabia na tym, że oferuje ludziom niepełnowartościowy towar pod znaną marką. Tak naprawdę z punktu widzenia zarobków rozmaitych firm fonograficzno-filmowych ten drugi przyczynia się do wzrostu ich sprzedaży w krajach tego drugiego i pół świata, w którym przyszło mi mieszkać.

Dlatego ponieważ nie znam się na różnych prawnych aspektach, postanowiłam jednak włączyć się w konfesyjny nurt "jestem piratem i to dzięki mnie zarabiacie", którego kolejne odsłony pojawiają się obecnie na różnych blogach i portalach społecznościowych.

Początki mojego piractwa sięgają oczywiście czasów, kiedy zakupy w Amazonie były dla mnie nieosiągalnym finansowo (a i po części logistycznie) luksusem, a polskie sklepy nie oferowały filmów czy muzyki wydawanej za granicą. Dość wcześnie zaczęłam sprowadzać za pośrednictwem krakowskiego Music Cornera legalne płyty cd z operą, ale powiedzmy sobie szczerze, iż w porównaniu z ówczesnymi cenami filmów, a zwłaszcza seriali telewizyjnych, były one dość tanie. Powodem tego wczesnego piractwa była przede wszystkim mierność i zasadnicza nieoglądalność polskiej produkcji telewizyjnej, a także bardzo długi czas oczekiwania na wydanie - zwłaszcza w Polsce - płyt dvd z filmami, które spodobały mi się w kinie. Przypominam, że obecnie żyjemy w świecie, w którym film schodzi z ekranów w najlepszym razie po kilku tygodniach, w związku z czym nie da się go obejrzeć w kinie po na przykład trzech miesiącach, kiedy to człowiekowi zamarzy się sprawdzenie jakiegoś szczegółu bądź też zobaczenie jeszcze raz ulubionej sceny.

Mam wrażenie, że pierwszym świadomie ściągniętym filmem, jaki posiadałam, była Drużyna Pierścienia Petera Jacksona. Producentom i dystrybutorom spieszę donieść, że wcześniej byłam na tym filmie w kinie dziewięć (tak 9!) razy, w związku z czym wrzuciłam do ich kieszeni całkiem pokaźną sumę. Więcej razy nie zdążyłam z wspomnianego wyżej powodu: film w końcu zniknął z ekranów. Spieszę również donieść, że pierwsze legalne dvd z tym filmem przywiozłam z Niemiec przed polską premierą, a następnie już w Polsce kupiłam rozszerzoną wersję. Pirat służył tak naprawdę wyłącznie wypełnieniu luki między kinem a dvd.

Potem zaczęła się era seriali. A konkretnie era czytania w internecie o amerykańskich hitach, które wedle wszelkich poszlak miały szanse mi się spodobać - w przeciwieństwie do papki oferowanej przez polską telewizję. Niekiedy też zdarzało się, że po prostu będąc gdzieś na zachodzie oglądałam w hotelu pojedynczy odcinek serialu, w którym się zakochiwałam, ale w Polsce nie miałam żadnej szansy go obejrzeć. Albo, w wyjątkowych przypadkach czegoś, co jakaś rodzima stacja postanowiłaby jednak zakupić (zapewne na podstawie internetowego szumu wokół danego tytułu - szumu, dodajmy, kreowanego głównie przez ludzi, którzy widzieli już pirackie wersje), miałabym szanse zobaczyć go z kilkuletnim opóźnieniem i zmasakrowany przez lektora - w kinie przynajmniej normą stały się napisy, a i daty premier już jakiś czas temu zrównały się ze światową średnią.

Tak, większość ulubionych obecnie seriali (proszę spojrzeć na listę na prawej szpalcie tego bloga) oglądałam oryginalnie w wersjach ściągniętych z netu - choć w niektórych przypadkach zaczynało się od legalnej kopii z wypożyczalni, tyle że zazwyczaj były tam tylko pierwsze sezony, a na ciąg dalszy nie można było liczyć w żadnej przewidywalnej przyszłości. Niemniej jak sobie sama na tę listę spojrzałam, to na około trzydziestu tytułów ponad połowę mam obecnie na legalnych płytach, a następne kilka zamierzam w najbliższym czasie kupić.

Z domu pirata - seriale

Przechodząc do sedna: jeśli jakaś nieprzemyślana ustawa miałaby zablokować mi możliwość ściągania nowości z sieci, to części z tych filmów zapewne bym nie kupiła. Nie kupiłabym, bo bym ich nie znała - same opinie recenzentów i internautów to czasem jednak trochę mało, o czym wielokrotnie przekonałam się w obie strony, rozczarowując się co do rzeczy okrzyczanych arcydziełami i zachwycając czymś, co miało zaledwie przeciętne oceny. A jeśli na dodatek nie znałabym nikogo z obsady (ulubiony aktor jest bardzo silnym magnesem dla kupna legalnej kopii), to nie ryzykowałabym moich niezbyt spektakularnych dochodów na kupowanie przysłowiowego kota w worku.

Nie znam się na prawnych ani ekonomicznych aspektach sprawy, ale wiem jedno: "piractwo" takich osób jak ja sprzyja sprzedawalności legalnych płyt, zarówno z muzyką jak i z filmami. Oczywiście pod warunkiem, że wytwórnie nie będą sobie liczyć jakichś kosmicznych cen za swoje produkty, co do niedawno stanowiło bardzo poważną zaporę - i dla części skądinąd całkiem przeze mnie lubianych seriali, zwłaszcza amerykańskich, nadal ją stanowi. Znacznie lepiej ma się sytuacja z produkcjami brytyjskimi, które na dodatek całkowicie zdeklasowały na mojej liście ulubieńców wszystkie inne. Brytyjczycy redukują ostatnio przerwę między emisją telewizyjną a wydaniem na dvd do naprawdę takiego minimum (dwa tygodnie, plus przystępna cena oryginalna), że jeśli jestem pewna, że coś chcę obejrzeć, to mogę zamówić z wyprzedzeniem na Amazonie i zaczekać aż znajdzie się w moim domu dwa dni po płytowej premierze.

I w podobnej praktyce - a nie restrykcyjnych zakazach i jednoczesnym windowaniu cen produktów legalnych - upatruję autentyczną szansę na walkę z niekontrolowanym udostępnianiem plików w internecie. Jeszcze bardziej podobałoby mi się, gdybym za rozsądną cenę (np. pakietu danych z serwisów w rodzaju Chomika) mogła ściągnąć sobie legalny plik dobrej jakości ze strony wytwórni/dystrybutora - oczywiście globalnie, bo co mi ze streamingów dostępnych jedynie dla mieszkańców USA? W wielu przypadkach następnie i tak kupiłabym sobie "prawdziwą" płytę dvd, bo ulubione rzeczy po prostu chce się mieć na półce! Może co najwyżej w niektórych przypadkach zaczekałabym na jakąś promocję, przecenę albo poszukała taniej okazji na eBayu.

Dlatego marzy mi się serwis jakiegoś porozumienia wytwórni filmowo-telewizyjnych, udostępniający na całym świecie swoje produkcje, gwarantujący mi dobrą jakość obrazu i dźwięku już w tym pierwszym podejściu do oglądania, ale przede wszystkim dający mi możliwość zapoznawania się z maksymalnie jednodniowym opóźnieniem z tym wszystkim, co ludzie na świecie oglądają w telewizji. Jest bowiem jeszcze jeden aspekt piractwa, który bywał już poruszany: my, fani różnych seriali, chcemy być globalnie na bieżąco, nie chcemy spojlerów, a internet w zasadzie nie  pozwala ich uniknąć. Dlatego za taki serwis byłabym chętna i gotowa płacić - a chwilowo płacę jak głupia za polską telewizję publiczną i kablówkę, z której jakiś zaledwie marny procent uważam za wart moich osobistych pieniędzy. Marzy mi się globalna telewizja, w której realnie płacę za to, co oglądam albo abonuję i co sobie mogę nagrać na płytę. Gdzie naprawdę mam wybór, a nie narzucony przez jakiegoś mędrka z działu marketingu pakiet, w którym 90% to jak dla mnie tylko zapychacze kanałów.

Póki co z Amazonu idzie do mnie kilka kolejnych niedrogich płyt, a dwie następne czekają na swoje premiery płytowe, żeby powędrować do Krakowa. Tytuł wpisu zaś jest nieprzypadkowy - jednym z ostatnich filmów, jakie ściągnęłam, jest najnowsza adaptacja Wyspy skarbów Stevensona; opowieści, jakby nie było, o piratach. Gra w niej jeden z moich ulubionych aktorów, a data premiery płytowej jest jeszcze nieustalona - w innym przypadku zapewne bym poczekała. A i tak, jeśli nie będzie to kosztować majątku w dniu premiery, to kupię jak tylko się ukaże...

Z domu pirata - opery

PS 1. Część tych spektakli też najpierw widziałam w wersjach sieciowych...

PS2. Z tekstów o samej ACTA ten wydaje mi się najrozsądniejszy.

poniedziałek, 26 grudnia 2011
Humanizdycha

(Z góry przepraszam za to, że dzisiejszy wpis sponsorują nawiasy.)

Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Sądząc z kilku petycji i głosów w różnych mediach, dopiero kwestie finansowania (p)obudziły polskich humanistów do dyskusji o stanie i przyszłości akademickiej humanistyki. Dyskusji, która powinna się była przetoczyć przez nasz kraj z dziesięć lat temu, jeśli nie wcześniej. Jest to bowiem dyskusja tylko pozornie niszowa i oderwana od rzeczywistości, w której problemem jest na przykład kryzys Unii Europejskiej czy też wzajemne obrzucanie się błotem przez rozliczne odłamy polskiej tak zwanej "prawicy", które można by spokojnie zignorować, gdyby nie to, że ta opcja ma wciąż dość spory elektorat i jest wspierana przez potęgę medialną.

Otóż uważam, że w dyskusji o tym, w jakim kierunku powinna zdążać polska humanistyka - a konkretnie, czy standardem powinny być publikacje anglojęzyczne czy też polskojęzyczne -  słychać echo tych nieco bardziej globalnych problemów. Bo tak naprawdę dyskusja jest o tym, czy chcemy 'być w Europie' (świecie) na takich prawach jak inni (a także z taką samą odpowiedzialnością), czy też wolimy okopać się we własnym grajdole i (w jego otwartej wersji) czekać aż reszta świata nad grajdołem się pochyli z zachwytem i grajdoł wreszcie doceni, na co czekamy od stuleci. W wersji zamkniętej można od razu nad grajdołem usypać kopiec i postawić na nim symbole religijno-narodowe.

Proszę mnie nie zrozumieć źle. Nie chcę wykreślić języka polskiego z literatury naukowej, ale wydaje mi się, że trwanie na pozycji (szkolnie interpretowanej) "walki o język polski" w wykonaniu (szkolnie interpretowanego) Reja et consortes (ale pod modnym hasłem walki z neokolonializmem), trochę jest nieaktualne. Tak naprawdę renesansowi humaniści doskonale wiedzieli, w jakich sytuacjach szukać środków wyrazu w językach narodowych, a kiedy jednak używać łaciny, w związku z czym np. korespondencję z kolegami z innych ośrodków prowadzili w lingua franca ówczesnego świata. A tak się składa, że jak łacina dominowała jako język powszechnie znany przez ludzi wykształconych w wieku XVI, francuski w XVIII, niemiecki w dziewiętnastowiecznych naukach historyczno-filologicznych, tak we współczesnym świecie tę pałeczkę przejął angielski i rozdzieranie szat nie ma tu sensu. Na pocieszenie mogę dodać, że lingua franca nie jest nawet wymysłem świata średniowiecznego czy nowożytnego, o nowoczesnym czy ponowoczesnym nie wspominając: na terytorium ogromnego imperium Achemenidów językiem wspólnym dla ludzi interesu, dyplomatów itp. nie był bynajmniej perski ani też grecki - wydawałoby się, że dwa języki dominujących w tym świecie kultur - tylko odmiana aramejskiego. Powody były po części ekonomiczne, po części praktyczne (wygodny zapis), ale nie będziemy się nad tym tu rozwodzić.

A zatem w zasadzie każdy język ma teoretyczne szanse na to, żeby stać się lingua franca, choć oczywiście na to, który w danej epoce zostaje, ma wpływ wiele czynników. Jednym z nich jest to, jak wiele treści przekazywanych w danym języku jest interesujące/ważne dla dużego grona odbiorców lub zostaje jako takie pokazane. Oczywiście we współczesnym świecie te interesujące rzeczy są szybko tłumaczone na inne języki (zwłaszcza angielski jako dostępny największej liczbie czytelników), ale i tak gdyby nagle (np. w wyniku jakiejś katastrofy demograficznej) wiodącym ośrodkiem cywilizacyjnym stały się Włochy, Polska czy Tajlandia, to uzyskałyby narzędzie do narzucania reszcie świata posługiwania się ich językiem na poziomie oficjalnym. Lingua franca jest warunkowana po części ekonomicznie, a nie tylko kulturowo (tu na dodatek pewną rolę odgrywają mody), i jest to chyba dość logiczne, na dodatek wbrew pozorom jest procesem dość naturalnym.

Wróćmy jednak do kwestii języka polskiego w sytuacji zastanej. I w literaturze naukowej. Widzę co najmniej dwa obszary, na których powinien zdecydowanie dominować. Pierwszy to literatura popularnonaukowa (skądinąd u nas dość skandalicznie zaniedbywana, spychana na margines działalności akademickiej i niedoceniana w rankingach i ocenach, podczas gdy to od jej jakości w dużej mierze zależy zainteresowanie najmłodszych pokoleń nauką), drugi - tradycyjnie rozumiana polonistyka, zajmująca się problematyką związaną z literaturą i językiem polskim. Jest całkowicie uzasadnione, żeby od osób, które chcą zgłębiać szczegółowe zagadnienia Pana Tadeusza czy poezji Micińskiego, wymagać znajomości języka, w którym ta literatura została napisana. Podobnie jeśli amerykański, japoński czy dowolny inny uczony postanowi zająć się np. badaniem języka polonii chicagowskiej, to możemy od niego wymagać, żeby nauczył się polskiego i był w stanie przeczytać artykuły językoznawcze napisane po polsku o polskich dialektach czy gwarach - bo to stanowi podstawę jego warsztatu.

Nie widzę jednak powodu, żeby artykuły na takie tematy pisać jedynie po polsku - wiedza o przynajmniej części zagadnień pozornie niszowych może być przydatna również dla specjalistów z innych dziedzin, chociażby jako materiał porównawczy. Charakterystyka twórczości nawet tak hermetycznie polskich poetów jak Leśmian może być przydatna dla badaczy podobnych zjawisk w modernizmie europejskim itd. Dlatego wydaje mi się, że niezłym rozwiązaniem praktycznym byłoby wprowadzenie w polskich czasopismach wydawanych po polsku obowiązkowych streszczeń w jednym z języków powszechnie używanych w światowej literaturze naukowej, a odwrócenie sytuacji - umieszczanie polskich streszczeń artykułów obcojęzycznych (w czasopismach wydawanych w Polsce) mogłoby też być nie od rzeczy.

Natomiast dopóki Polska nie uzyska dominującej cywilizacyjnie pozycji w świecie (a zważywszy, jakie formacje by tego chciały, wolałabym, żeby to nigdy nie nastąpiło), to nie mamy prawa wymagać od innych, żeby dostrzegali i doceniali publikacje po polsku pisane. W bieżącej dyskusji Tadeusz Bartoś powołuje się na niemieckich filozofów (z dorobkiem), oraz na Umberto Eco jako piszących w swoich językach, zapominając, że niemiecki wciąż jest do pewnego stopnia przynajmniej językiem filozofii (dziedzictwo XIX  i  pierwszych dekad XX wieku), tzn. językiem, którego filozofowie uczą się powszechnie, chociażby ze względu na to, że mnóstwo ważnej dla nich klasycznej literatury jest w tym języku napisane. A w przypadku tekstów filozoficznych lektura oryginału może być warunkiem koniecznym dla poprawnego zrozumienia rozważań w nim zawartych. Umberto Eco z kolei ma pozycję w świecie literackim i literaturoznawczym na tyle wysoką (nieważne, czy słusznie, czy nie; moim skromnym zdaniem cała ecomania to odcinanie kuponów od jednej wybitnej powieści), że cokolwiek napisze w dowolnym języku, zostanie na pniu przełożone na inne. Jeśli natomiast w jakiejś Wyższej Szkole Czegokolwiek w Dowolnym Polskim Mieście pracuje i pisze wiekopomne dzieła zapoznany polski geniusz, to żeby zaistnieć w obiegu naukowym musi te dzieła zaprezentować światu, inaczej bowiem pozostanie geniuszem zapoznanym, o którym za kilka(naście/dziesiąt) lat ktoś napisze pracę magisterską. A może nawet doktorską.

Problem w tym, że jeśli nawet ktoś w końcu wyda jego dzieła i napisze monografię, a wszystko to razem nadal będzie po polsku, to zapoznany geniusz wciąż pozostanie zapoznanym geniuszem. I co najwyżej tym razem przy okazji nagrody Nobla, którą dostanie ktoś, kto niezależnie od naszego zapoznanego geniusza dokona tych samych odkryć ("wszystko, co daje się pomyśleć, zostaje kiedyś pomyślane", że zacytuję moich ulubionych Fizyków Dürrenmatta), jakiś (polski, acz niekoniecznie nacjonalistycznie nastawiony) dziennikarz oburzy się, że przecież "Polak odkrył to [wstaw odpowiednią liczbę] lat temu".

Wracając jednak do głównego problemu, czyli humanistyki, której naukowy Nobel nie grozi, pozwolę sobie na drobne uwagi z własnego doświadczenia. W związku z pierwszymi studiami opublikowałam co nieco w naukowym periodyku uważanym za najbardziej prestiżowy w Polsce, obdarzony przez Ministerstwo wysokim dziewięciopunktowym indeksem. Periodyk ten zajmuje się szeroko pojętym literaturoznawstwem, ale bynajmniej nie jest to czasopismo polonistyczne, a teksty w nim publikowane dotyczą najróżniejszych zjawisk - również to, co ja sama tam popełniłam, odnosiło się raczej do zagadnień metodologicznych, a zatem istotnych globalnie. Niemniej gdybym nawet umieściła mój artykuł powiedzmy na portalu academia.edu, w wersji do ściągnięcia, to korzyść z niego byłaby nikła, bo mało kto na poważnie by go zacytował, nie mając pojęcia o tym, co w nim naprawdę zostało zawarte. Czasem po słowach brzmiących "międzynarodowo" w tytule można się czegoś o zawartości domyślić, ale użytkownik wzmiankowanego portalu byłby w podobnej sytuacji jak ja, kiedy usiłowałam przegryźć się przez tekst po duńsku - a i tak w sumie byłam w o tyle lepszej sytuacji, że nawet szczątkowa znajomość niemieckiego coś tam z niderlandzkiego i skandynawskich pozwala się domyślić. Ale w poważnie traktowanej publikacji zacytuję jedynie artykuł tego samego Duńczyka napisany po angielsku, bo mogę się do niego odnieść, podczas gdy z artykułu duńskiego mogę co najwyżej wynieść ogólne wrażenie, że jest raczej o tym niż o tamtym.

W związku z drugimi studiami publikuję w zasadzie wyłącznie po angielsku i mogę natychmiast podać zasadniczą (subiektywną) różnicę: jest nią odpowiedzialność. Pisząc po polsku niewiele ryzykuję, w związku z czym samodyscyplina może łatwo ulec obniżeniu, podczas gdy pisząc po angielsku znacznie dokładniej muszę sprawdzić źródła, cytowania, wreszcie - własne tezy. Można to zapewne porównać do występu w lokalnej telewizji kablowej i w programie transmitowanym na cały świat, nawet jeśli nie mówimy o największych stacjach czy prime time. Można to też porównać do opowiadania o czymś, czym się zajmuję naukowo, cioci na imieninach, a opowiadaniem o tym samym grupie studentów - w tym drugim przypadku muszę się pilnować, żeby pół żartem zrobione porównanie nie zapadło w pamięć na tyle, że następnie zostanie na całkiem poważnie powtórzone na egzaminie.

Oczywiście w naukowym pisaniu po polsku można też wymagać najwyższej rzetelności, ale mała szansa, że taki proces uruchomią wydawnictwa powstające jak grzyby po deszczu przy Wyższych Szkołach Czegokolwiek w celu wypełniania przez ich pracowników norm publikacji. Wrócę zatem do wcześniejszego postulatu: doceńmy działalność popularyzatorską. To jest dziedzina, która nie dość, że jest trudna sama w sobie, to na dodatek wymaga naprawdę dużej rzetelności, a zarazem naprawdę powinna być uprawiana we własnym języku, bo ma dotrzeć do szerokiego czytelnika, od którego nie możemy żądać ani rozumienia kwestii akademickich, ani też znakomitej znajomości języków obcych. Ministerstwa Edukacji i Nauki powinny wspólnie stworzyć program wspierania działalności popularyzatorskiej, zarówno w formie aktywizowania młodzieży (czy ogólnie: odbiorców spoza sfer akademickich) jak i wydawnictw. Książka popularnonaukowa, wydana w dobrym wydawnictwie, powinna liczyć się jako ważna publikacja na koncie pracownika akademickiego (a napisanie jej dobrą polszczyzną powinno być dodatkowo punktowane ;)

Kolejnym krokiem byłoby uczestnictwo środowiska akademickiego w tworzeniu czasopism popularnonaukowych - też pisanych po polsku. Artykuły tam publikowane powinny liczyć się do dorobku, nie widzę też problemu w nadaniu takim czasopismom ich własnego rankingu ministerialnego. Bo oczywiście podobnie jak istnieje różnica między publikacją w Zeszytach Wyższej Szkoły Czegokolwiek a recenzowanym periodykiem, tak też nie ma równości między w założeniu popularyzatorskim Biuletynem Koła Naukowego Studentów Czegokolwiek a np. Wiedzą i Życiem, są też spore różnice między "naukowymi" blogami na portalach rozmaitych tygodników i innych mediów: w jednych utalentowani popularyzatorsko naukowcy piszą przystępnie rzeczy ciekawe, w innych niestety różni aspirujący geniusze - medialnie atrakcyjni - wypisują (nierzadko modne*) bzdury, od których nóż się w kieszeni otwiera.

Natomiast artykuły czy monografie, które powinny wejść do naukowego obiegu międzynarodowego, piszmy w językach powszechnie znanych w naszej dziedzinie. To nie zawsze musi być angielski: niemiecki i francuski wciąż są dostatecznie popularne w wielu naukach, żeby poważne czasopisma o zasięgu światowym je akceptowały. W przypadku monografii ideałem byłoby wydawanie równolegle wersji międzynarodowej i polskiej, bo przecież wciąż - i na szczęście - tłumaczymy ważne teksty naukowe, jako że nawet dla osób znających świetnie język oryginału lektura we własnym języku jest łatwiejsza, choć już gdy przychodzi do cytowania, musimy odwołać się do wersji pierwotnej - ze względu na komunikatywność, ale też po to, żeby sprawdzić, czy tłumacz czegoś nie namieszał. Niestety nierzadko poziom przekładów literatury naukowej na polski woła o pomstę do nieba: tłumaczami bywają ludzie nie mający pojęcia o treści przekładanej książki, co więcej - nie czujący potrzeby skonsultowania czegokolwiek ze specjalistą (opłakane efekty w przypadku jednej książki popularnonaukowej kiedyś nawet opisywałam).

Niemniej liczenie na to, że jeśli napiszemy coś fenomenalnego w języku, który dla zabieganego świata jest niedostępny, to ktoś to odkryje, przeczyta (zlecając na ślepo, wiedziony instynktem, tłumaczenie albo też ucząc się w przyspieszonym trybie piekielnie trudnego języka) i doceni, jest równą mrzonką jak to, że reklamując Kraków jako miasto taniego piwa przyciągniemy tu kulturalnych turystów, pragnących poznać naszą historię i kulturę. A niestety kilka lat temu w londyńskim metrze jako stolica kultury reklamowała się Praga, podczas gdy Kraków obecny był w gazetkach linii lotniczych oraz darmowych pisemkach rozdawanych na londyńskiej ulicy jako właśnie miasto długo otwartych tanich pubów. Efekty są widoczne i ich diagnoza wbrew pozorom nie jest całkiem niezwiązana z tym, o czym traktuje dzisiejszy wpis. Forma publikacji też jest rodzajem autoprezentacji: pisząc wyłącznie po polsku, w obiegu zamkniętym, prezentuję się jako osoba niezainteresowana dzieleniem się tym, o czym piszę, z innymi, dyskusją, a więc w rezultacie również poznawaniem opinii innych.

Podsumowując: postulowałabym rozdzielenie pewnego rodzaju "rejestrów" publikacji na te, które powinny być pisane w językach obcych i  po polsku, wyznaczenie strefy, gdzie te zalecenia się przenikają, docenienie jako twórczości naukowej tekstów popularyzatorskich, dla których naturalnym językiem jest język lokalny, czyli de facto szukanie drogi pośredniej. Nie zamykanie się na to, że pisanie po polsku może mieć duże znaczenie i wpływ, tylko zrozumienie, że pisząc po polsku ten wpływ możemy wywierać na grupę, którą dramatycznie zaniedbujemy: młodzież i osoby bez wykształcenia specjalistycznego (albo w ogóle akademickiego), a nie na międzynarodowe środowisko naukowe. Co więcej, uważam, podkreślę to jeszcze raz, że stworzenie platformy popularyzacji nauki (która jednocześnie byłaby platformą szerzenia poprawnej polszczyzny) powinno stać się jednym z priorytetów dla połączonych sił ministerstw zajmujących się edukacją i nauką.

Jeśli natomiast chcemy z nauką sensu stricto wyjść na świat i zaistnieć w obiegu międzynarodowym, to musimy dostosować się do tego, jak ten świat obecnie działa. Przyjmowanie postawy obrażonego dziecka nic tu nie pomoże. Pisania nawet świetnych artykułów o charakterze specjalistycznym nie uważam też za element promujący czy też mający dowartościować język polski - przecież ich odbiór w Polsce jest marginalny, więc fakt ich napisania po polsku nie zwiększy ich poczytności wśród rodaków!

Ponadto jakość i zasięg publikacji (pomińmy kwestię dobrego lub niedobrego czy raczej niedoskonałego systemu ich oceniania) jest jednak kryterium w miarę obiektywnym, pozwalającym uniknąć takich sytuacji jak krążący niedawno po sieci mem "należy mi się habilitacja, bo w latach siedemdziesiątych byłem gospodarzem klasy", mający swoje źródło w oficjalnym serwisie związanym z nowym procesem habilitacyjnym. Jak najbardziej trzeba się zastanawiać nad doskonaleniem kryteriów oceny, poddawać je (wraz z listami czasopism) nieustannej weryfikacji, dopuszczać przypadki niemieszczące się w ostro zarysowanych wytycznych, którym zdarza się automatycznie dawać punkty za niczym niepopartą autopromocję, podczas gdy autentyczne osiągnięcia nie zawsze podpadają pod biurokratyczny system. Żeby rzucić przykładem pierwszym z brzegu: dość absurdalne jest to, że we wnioskach grantowych liczą się tylko publikacje z kilku ostatnich lat - o ile w przypadku artykułów można to uznać za zasadne, bo jest to kwestia aktywności, o tyle opublikowanie ważnej i cytowanej monografii nie powinno ulegać takiemu przedawnieniu. Ale przecież takie drobiazgi można by korygować niemal od ręki.

Trochę odeszłam od kwestii humanistyki, więc pozwolę sobie do niej jednak wrócić. Raz za czas tu i ówdzie odbywają się debaty co do jej naukowości, a także co do tego, czy humanista powinien zdawać maturę z matematyki (na co niezmiennie ktoś z przyrodników rzuci w końcu prowokacyjnie hasło bezzasadności zdawania przez przyszłych inżynierów czy biologów matury z polskiego) itd. Nauki przyrodnicze, zwłaszcza współcześnie, niewątpliwie różnią się od tzw. humanistyki - dawno skończyły się czasy, kiedy jeden człowiek mógł naukowo ogarnąć całość współczesnej sobie ludzkiej wiedzy (abstrahując od jej poprawności), jak taki Arystoteles czy nawet jeszcze niekiedy renesansowi humaniści, którzy nierzadko zajmowali się wciąż jeszcze zagadnieniami filozofii naturalnej. Rozwój nauki sprawił, że już w XVI/XVII w. widzimy postępującą specjalizację: pomijając ich własne przekonania o tym, czym się zajmowali, my dziś Keplera nazwiemy astronomem, a Newtona - fizykiem, ze względu na dziedziny, w których dokonali przełomowych odkryć. Obecnie możemy co najwyżej mówić o wymierającej klasie erudytów, którzy zainteresowaniami i wiedzą wychodzą poza ramy swojej dziedziny. Wymieraniu zresztą po części winna jest szkoła, stawiająca na produkcję wyspecjalizowanych ludzkich maszyn, a nie na szeroką wiedzę i ciekawość świata. (Co skądinąd zasadniczo sprawia, póki co, że mój postulat wspierania popularyzacji nauki jest również pięknym marzeniem bez szans na spełnienie.)

Na początku wspomniałam również o kwestii finansowania, która poniekąd wywołała tę dyskusję. Jestem jak najbardziej za finansowaniem z zarówno polskiego jak i unijnego budżetu działalności, która powinna być prowadzona po polsku dla zwiększenia potencjału intelektualnego Polaków (ceterum censeo: wspierajmy popularyzację), ale nie łudźmy się, że startując po pieniądze europejskie czy światowe, mamy szanse z projektami specjalistycznymi, stricte naukowymi, które z góry zakładają, iż adresatem takich prac powinni być czytelnicy polscy oraz interesujący się Polską (cytat z listu prof. Czubaja i innych naukowców, na który odpowiedzią jest przywołany na początku artykuł). Poza wszystkim na to, żeby ci czytelnicy zainteresowali się Polską, to my musimy ich tą Polską zainteresować. Nie zrobimy tego, pisząc po polsku artykuły o polskiej kulturze czy popkulturze. Chyba że celem polskiej humanistyki ma być wygodne życie w towarzystwie wzajemnej adoracji (zjawisko wyśmiane lata temu na gruncie literatury brytyjskiej przez Davida Lodge'a i ogólnie tzw. powieść akademicką).

Neapol 2011

*Aluzja do polskiego tytułu "Intellectual Impostures" Brickmonta/Sokala w pełni zamierzona, ponieważ większość tych portalowych wannabe ekspertów zachłystuje się postnowoczesną terminologią i stylistyką, produkując banalne porównania i płytkie analizy. I niestety do tej kategorii wrzucam określanie pisania po angielsku jako "neokolonializmu akademickiego". Jak już napisałam, zjawisko lingua franca istniało od tysiącleci i nie ma co na nie utyskiwać - jest sprawdzającym się w praktyce rozwiązaniem i tyle.

wtorek, 29 listopada 2011
Noc listopadowa

Nie mam pamięci do rocznic: nieustannie zapominam o imieninach, urodzinach (co bym robiła bez podpowiedzi fejsbuka...), no i oczywiście o rocznicach historycznych - chyba po prostu mój mózg nie jest kompatybilny z "polityką historyczną", mimo że w oderwaniu od codziennego kalendarza rocznic z datami jako takimi nie mam problemów. Ale dziś coś na jakimś portalu uświadomiło mi, że mamy historyczną rocznicę, która jednakowoż dla mnie niesie skojarzenia wcale nie patriotyczne tylko jak najbardziej osobiste, związane z młodzieńczymi zachwytami...

Otóż jednym z moich najwcześniejszych, dziecięcych w zasadzie wspomnień jest absolutna fascynacja obejrzanym w telewizji spektaklem "Nocy Listopadowej" Wyspiańskiego w reżyserii Wajdy. Najwyraźniej już wówczas nie miałam zadatków na przyszłego wyborcę pisu, ponieważ tym, co mnie zachwyciło, były oczywiście sceny mitologiczne, w tym spektaklu na dodatek śpiewane. Ponieważ były to przaśne czasy sprzed ery wideo (w każdym razie w Polsce), mogłam jedynie marzyć o oglądaniu tego w kółko, w związku z czym jednym z moich największych skarbów stała się później wyczarowana przez mojego ojca , jak mi się wydawało, a w rzeczywistości kupiona w o dziwo wciąż istniejącej na linii A-B krakowskiego Rynku księgarni muzycznej, czarna płyta z nagraniem audio całości spektaklu (chyba w wersji teatralnej, a nie telewizyjnej, ale nie jestem pewna). Efekt jest zasadniczo taki, że do dziś znam praktycznie cały ten tekst na pamięć, włącznie z partiami mówionymi...

Proszę sobie też wyobrazić moje skrajne szczęście, kiedy na fali wznawiania przez Teatr Stary najsłynniejszych spektakli z lat '70 w celu pokazywania ich na różnych rocznicowych festiwalach udało mi się dostać na przedstawienie! (O ile pamiętam, to wręcz na kilka przedstawień, bo grali to przez jakiś czas z pełną widownią.) Oczywiście, wszystko się zmieniło. Zabójczo przystojny Jan Nowicki (Książę Konstanty) z wersji telewizyjnej (zwłaszcza kiedy pojawia się jako Ares w greckiej zbroi pod koniec) był już szpakowatym starszym panem z "Wielkiego Szu", Anna Dymna dawno nie była już dziewczęcą studentką, w związku z czym Kora wyglądała jak żoną Hadesa z pewnym stażem, co zresztą w sumie ma jakiś przewrotny sens w tekście Wyspiańskiego, gdzie ona jest jednocześnie panną młodą po raz pierwszy schodzącą do podziemi i boginią, która powtarza to od tysiącleci... Demeter Zofii Jaroszewskiej była jeszcze bardziej kruchą starowinką niż w telewizji, ale przecież ta aktorka musiała mieć wtedy już koło dziewięćdziesiątki i niesamowite jest to, że grała wciąż równie przejmująco jak w wersji telewizyjnej. W Teresie Budzisz-Krzyżanowskiej (Joanna) to się w ogóle wtedy niemalże kochałam, więc nie miało znaczenia, czy ma o te kilkanaście lat więcej, czy nie. Jakoś to było najmniej zauważalne. Fenomenalna Barbara Bosak (Atena) od dawna nie żyła, zastąpiła ją Monika Niemczyk, głosowo mniej dramatyczna, ale na scenie całkiem dobrze sobie radząca. Jerzy Stuhr (Wysocki) był już dla mnie przede wszystkim Wodzirejem, co wraz z lekko zmienionym głosem i niezbyt już młodzieńczymi gabarytami nieco psuło zamierzony efekt pokazania powstania jako organizowanego przez kompletnie niedojrzałych i nieodpowiedzialnych młodzików, ale co tam. I tak siedziałam z otwartą buzią, delektując się na żywo tym, co zapamiętałam sprzed lat, wiedząc doskonale jaka będzie każda następna kwestia, i niemalże podśpiewując razem z aktorami.

Gdzieś w międzyczasie przeczytałam całość tekstu, antyk Wyspiańskiego był nawet moim tematem na eliminacje centralne olimpiady polonistycznej, choć tak naprawdę to kochałam ten spektakl, a sztukę nieco mniej, no i zdążyłam się już zakochać np. w "Powrocie Odysa". Także gdzieś w międzyczasie niby z hukiem, a jakoś tak niepostrzeżenie zmieniły się czasy, a sporo później z kolei ja wyzwoliłam się z licealnej niechęci do historii i oprócz kultury pokochałam również historię starożytną. I nagle, oglądając sobie na YouTubie kawałki spektaklu telewizyjnego (mam też już dvd z całością, kupione natychmiast jak się ukazało), uświadomiłam sobie, że...

... na ostatnich zajęciach ze sztuki greckiej wspomniałam "Noc Listopadową" w kontekście dekoracji balustrady wokół świątyni Ateny Nike na ateńskiej Akropolis, ponieważ wbrew tekstowi Wyspiańskiego słynna płaskorzeźbiona Nike (znacie tę Nike Fidiaszową, jak sandał wiąże szybka...) po pierwsze nie jest dziełem Fidiasza, po drugie sandał rozwiązuje, a nie zawiązuje...

... że zmieniłabym tam akcenty, bo kontekst historii naj-najnowszej pokazuje, że Nike spod Cheronei nie powinna wlec się w żałobnych szatach (posępna weszła i cmentarna), tylko potrząsnąć Polską tak jak Filip Macedoński potrząsnął skłóconymi państwami greckimi... (O czym już zresztą pisałam kilka lat temu w kontekście innego zastosowania tego motywu w polskiej literaturze.)

... że nadal bardzo lubię ten spektakl, że nic a nic się dla mnie nie zestarzał, no i że nadal najbardziej lubię w nim te sceny mitologiczne, bo dzięki nim sztuka Wyspiańskiego nie jest partykularna, nie balansuje na granicy politycznej agitki, tylko nabiera uniwersalizmu...

... że jakkolwiek dynamiczny, tryumfalistyczny początek nadal robi wielkie wrażenie, to podobnie jak kiedyś moją ulubioną muzycznie i teatralnie sceną jest pożegnanie bogów w teatrze w Łazienkach - Zygmunt Konieczny napisał do tego stonowaną muzykę, nie gubiąc przy tym swojego stylu - bo jest ono najbardziej "wyspiańskie" w tym dziwacznym pesymizmie i uniwersalizmie wpisanym w ściśle polskie konteksty...

... że przedstawienie w tej sztuce mitu Demeter i Persefony jest na miarę misteryjnego tekstu antycznego...

Czyli, zbierając to wszystko w kilku zwykłych słowach: stara miłość nie rdzewieje.

Nike rozwiązująca sandał

PS. Jedyny klip, jaki na razie znalazłam na YT.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright