niedziela, 13 października 2013
Uciąć jej głowę!

Tak, te właśnie słowa, jakże umiłowane przez Królową Kier w Alicji w Krainie Czarów towarzyszyły mi przez prawie dwie godziny filmu o innej królowej. Jak na ironię, film ten powinien kończyć się spełnieniem mojego marzenia, ale się nie kończy. Kończy się za to boleśnie pretensjonalnym obrazem rozbitego żyrandola w splądrowanym pokoju.

Tak, przez prawie dwie godziny filmu o Marii Antoninie, który wyszykowała - to w sumie nawet niezłe określenie, zważywszy, że kostiumy są jedynym, co się tam broni - niejaka Sofia Coppola (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa), marzyłam tylko o tym, żeby wreszcie na ekranie pojawił się jakiś Robespierre (albo choćby Królowa Kier) i poucinał łby wszystkim, komu by się dało: parze głównych bohaterów, parze głównych aktorów, reżyserce, autorce książki, która posłużyła za kanwę scenariusza, pomysłodawcy podkładu muzycznego do tej pretensjonalnej szmiry.

Tak, użyłam tego słowa świadomie. Film Sofii C. nie jest po prostu zły ani pretensjonalny: to jest szmira w najgorszym gatunku: mdła, ckliwa, nudna, usłodzona do rzygania (pardon my language). Na dodatek fatalnie zagrana; jeśli powiem, że aktorsko najlepsza jest występująca jedynie w kilku niewielkich epizodach Marianne Faithful jako Maria Teresa, to chyba wystawię odpowiednią laurkę reszcie obsady. No dobrze, nieznany mi poza tym kompletnie pan, który gra Ludwika XV, przynajmniej ma kawałek ekranowej prezencji. Szkoda tylko, że nie ma nic do zagrania, podobnie zresztą jak wszyscy pozostali snujący się po ekranie aktorzy. Siostrzeniec Francisa F., ojca reżyserki, grający Ludwika XVI (dzięki, N, za info!) wygląda jak włoski sprzedawca ryb ewentualnie smutny Meksykanin i nijak do znanych portretów rumianego i zadowolonego z siebie króla nie pasuje. Grać też nie umie, dla jasności. Kirsten Dunst w roli głównej zachowuje się zaś tak, jakby zapomniała, że od czasu Wywiadu z wampirem minęło dobre parę lat, a ona nie jest już słodką dziewczynką, której rola polega na tupaniu nóżką i strojeniu dziecięcych minek. Ja wiem, że jej bohaterka poziomem intelektualnym od Klaudii zapewne jakoś zasadniczo nie odbijała, ale...

Tak, przyznaję, że Maria Antonina należy do tego szeregu postaci historycznych, do których mam wyjątkowo mało sympatii (mówiąc oględnie), a zatem byłam zapewne uprzedzona, zabierając się do oglądania tego wątpliwego arcydzieła. Intencją niejakiej Antonii Fraser (wspomniana wyżej autorka fabularyzowanej biografii) oraz Sofii Coppoli było zaś niewątpliwie jakby się to dziś powiedziało ocieplenie wizerunku królowej, ba - pokazanie jej jako osoby miłej, pełnej wrodzonej dobroci, spontanicznej i niezrozumianej przez wściekle sformalizowany i na dodatek ksenofobiczny dwór. Takiej, co to chciała dobrze, męża kochała nad życie, ludziom (i zwierzętom) nieba by przychyliła. I właściwie nie wiadomo dlaczego nagle pod koniec filmu w Wersalu zbiera się jakiś motłoch, żądny królewskiej krwi.

Tak, ten pomysł, że przez ogromną większość filmu lud nie istnieje - życie głównej bohaterki składa się wyłącznie z dworskich rytuałów (jakże jałowych i pustych), dworskich intryg (jak wyżej), dworskich zabaw (jak wyżej), okraszonych wieloletnimi staraniami o utrzymanie pozycji dzięki powiciu nareszcie potomka płci męskiej - mógłby być nawet niezły. To nagłe pojawienie się żądnego krwi tłumu stanowiłoby pojawiający się w życiu bohaterów stanowczo za późno potencjalny punkt zwrotny, który w fikcji literackiej miałby szanse uratować im życie i zapobiec różnym strasznym wydarzeniom. W filmie historycznym stanowiłby zaś ładne i nagłe zamknięcie tej półtoragodzinnej parady strojów, biżuterii, rozmówek o niczym i ogólnie życia w całkowitym oderwaniu od zewnętrznego świata. To naprawdę mogłaby być mocna scena.

Nie, nie była. Po prawdzie miałam wrażenie, że w tej bajce o dobrej ale nieszczęśliwej księżniczce odpowiedzią na gniewne okrzyki tłumu szykującego się do plądrowania pałacu będzie jakaś nowa wersja Don't cry for me, Argentina. I w sumie prawie była - królowa wyszła na balkon, stając oko w oko z tłumem (długo nie postała, bo najpierw wykonała jakąś dziwaczną baletową figurę, pochylając się nad balustradą i niemal się na niej kładąc, a potem wróciła do środka - i to zresztą było na tyle w kwestii udziału ludu w fabule), po czym nastąpiła kolejna (straciłam rachubę, która) scena królewskiego posiłku.

Nie, całkowicie nie wyszedł ten pomysł z ocieplaniem wizerunku. Maria Antonina jest w tym filmie tak niemożebnie głupia i pusta, że to aż boli, nawet jeśli pierwowzoru się nie lubi. Najzabawniejsze (ehem, nie wiem, czy to jest tak naprawdę zabawne, raczej żałosne) jest zresztą to, że autorka/reżyserka chyba zupełnie nie dostrzega, że część jej zabiegów scenariuszowo-realizacyjnych działa na niekorzyść intencji, z jaką robiła ten film. Na przykład impreza (nie da się tego inaczej określić) z okazji osiemnastych urodzin królowej, odbywająca się w filmowej narracji natychmiast po podniosłej scenie koronacji, to najzwyklejsza pod słońcem pijacko-narkotyczna orgietka okraszona dodatkowo hazardem. Ma być zapewne cool, ale wychodzi na to, że jak tylko stary król (dziadek nowego) wreszcie kopnął w kalendarz, to młode pokolenie - obdarzone właśnie niemal absolutną władzą w kraju - ma w głębokim poważaniu rządy i państwo, z entuzjazmem natomiast rzuca się w wir zabawy. Po nas choćby i potop.

Nie, nie udała się też sekwencja z Marią Antoniną bawiącą się w agroturystykę. Ponoć historyczna również w ramach wszechogarniającej nudy zabawiała się w Wersalu w dojenie czyściutko umytych kózek i tym podobne fanaberie miała, ale nie jest to wcale rys przydający jej sympatii, a raczej świadczący po raz kolejny o całkowitej sztuczności jej życia i oderwaniu od rzeczywistości, co musiało skończyć się katastrofą. Marie Antoinette Sofii C. czyta w swojej wersalskiej wiosce Rousseau (no dobra, ponoć grała Zuzannę w dworskim przedstawieniu Wesela Figara, co na moje oko świadczy znów o totalnym braku zdolności poznawczych wszystkich, którzy wzięli udział w tym przedsięwzięciu, więc można założyć, że z innych pisarzy Oświecenia cały dwór zrozumiał tyle samo, co z Beaumarchais), karmi jagnięta, spaceruje wśród wiejskich kwiatów i uczy córeczkę życia w zgodzie z naturą. Kicz, ziew i propaganda.

Nie, nijak nie gra również wprowadzony na parę minut pomysł z czarnym piarem Marii A. Kiedy już gdzieś tam coś tam domyślamy się, że źle się dzieje w państwie francuskim, widzimy nagle przebitkę na roznegliżowaną królową z umalowanymi na ciemno wiśniowo ustami wypowiadającą swoją najsłynniejszą kwestię: "niech jedzą ciastka". Nie no, przecież ona tego na serio powiedzieć nie mogła. Zaraz potem sceny należące do akcji (a raczej jej namiastki, bo w tym filmie właściwie nic się przez większość czasu nie dzieje) przeplatane są przebitkami na takie memo-plakaty oczerniające królową. Ogólnie nie ma w tym filmie nikogo ani niczego, co mogłoby rzucić cień na postać głównej bohaterki, zwłaszcza w oczach dzisiejszego liberalnego widza. Nie ma ukochanej szwagierki, Madame Élisabeth, prywatnie poza tym dewotki najgorszego sortu; nie ma obu cud braciszków pana męża, zwłaszcza przyszłego Karolka X, który za królowania brata urządzał sobie libacje w ossuarium (bo przyszły Ludwik XVIII zapewne już wówczas był śmiertelnie nudny, więc może lepiej, że jeszcze jego na dodatek do całej nudy nie było). Nie ma całej sprawy z oskarżeniem o seksualne molestowanie (mówiąc dzisiejszym językiem) własnego syna, skądinąd w towarzystwie kilku dworskich przyjaciółek. Nie ma ani jednego kontrowersyjnego elementu - pozostaje czysta hagiografia. Cała krytyka jest ujęta, jak już wspomniałam, w nawias niesprawiedliwej czarnej legendy.

Tak, bywają w tym filmie ładne, wysmakowane kadry. Niestety przeważają ujęcia przedumane, a montaż to już w ogóle jest jakiś koszmarny sen wannabe dadaisty. Trochę tu maniery paradokumentalnej: urywane dialogi, że niby mikrofon krąży po sali, podsłuchując coraz to inne osoby (ma to chyba pokazywać, że te rozmowy dworskie to one o niczym są, same plotki i intrygi, panie), przejścia między scenami chaotyczne, niedopowiedziane, przeskakujące o nie wiadomo ile czasu do przodu. Pewnie, można zrobić jednym cięciem przeskok o parę milionów lat, ale trzeba się na to nazywać Stanley Kubrick i być autentycznym wizjonerem kina. Dodajmy, że do tego mamy powtórki przywodzące na myśl Dzień świstaka (ma to chyba pokazywać, jak bardzo rutynowe jest życie na dworze, a dodatkowo budzić w nas współczucie dla nieszczęsnej bohaterki, której mąż nie jest zainteresowany płodzeniem dzieci), co bywa zabawne w dobrze zrobionych komediach, ale tylko tam. Pomysłu z muzyką pop jako tłem większości scen balowych (choć raz gdzieś tam jakiś menuet się przewija, a i parę scen z opery wklejono, żeby móc pokazać spontaniczną i idącą wbrew skostniałym obyczajom naturę Marii Antoniny) nie kupuję.

Nie, nie mylisz się czytelniku. Austriacka księżniczka jest w tym filmie ucieleśnieniem naturalnej i niczym nieskrępowanej (do czasu przybycia do Wersalu - bo akcja prawie się stamtąd nie rusza) swobody, niemalże bezstresowego wychowania w liberalnej atmosferze. W sumie może Sofia C. powinna była zrobić film o Dianie Spencer - wyszedłby pewnie podobny gniot, ale może przynajmniej nieco mniej ahistoryczny. Nieco mniej też arogancki w tej ahistoryczności, w tym całkowitym pominięciu kontekstu. A nowoczesne fryzury głównej bohaterki nie raziłyby nachalnym anachronizmem, mającym nam powiedzieć, że to przecież zwykła miła dziewczyna była, zupełnie taka jak my. Skądinąd dzieje księżnej Walii nie są tu jedynym wtrętem z dwudziestowiecznej historii Anglii: zachowanie Ludwika XVI i Marii Antoniny już podczas rewolucji (zamarkowanej jednym zgromadzeniem ludu w Wersalu, przypomnijmy, oraz mało konkretną wzmianką o tym, że w jakimś tam domu służba przejęła władzę - nie wiem, może to zresztą subtelna aluzja do wspomnianego Beaumarchais) wzorowane jest, idę o zakład, na Jerzym VI i Królowej Matce podczas bombardowań Londynu (co wydaje mi się wyjątkowym nadużyciem). Para królewska bohatersko zostaje we Francji, pożegnawszy wszystkich bliskich, którzy udali się na emigrację. No dobra, można by i tak, bo w końcu akurat oni zwiali dość późno i nieudacznie, tylko że bohaterowie tego filmidła nijak zadatków na heroiczną parę, która pozostaje wierna jakimkolwiek ideałom, nie mają - ba, oni w tym filmie żywcem nie mają żadnych ideałów. Nie są nawet bezgranicznie oddani idei etykiety, noblesse oblige czy czegoś w tym rodzaju. Są przez cały czas parą rozwydrzonych i rozpuszczonych nastolatków (przypomnijmy, że kiedy kończy się film, oboje mają około czterdziestki), a scena, w której pomimo rozgrywającej się za ich oknami rewolucji jedzą najspokojniej pod słońcem dworskie śniadanie - w zamierzeniu chyba mająca robić za tę wierność ideałom - jest ilustracją popisowej wręcz arogancji.

Tak, to mógł być dobry film o ludziach władzy, którzy tańczą sobie w najlepsze na tonącym Titanicu (wybaczcie tę wariację na temat oklepanej metafory nawy państwowej). Ale na to musiałby on być zrobiony na podstawie innej książki, z innym scenarzystą, reżyserem, no i koniecznie inną obsadą. Autorka kostiumów może zostać. Wedle informacji w paryskiej Conciergerie (gdzie i nasza bohaterka spędziła nieco czasu, a za Restauracji wystawiono jej tam nawet kaplicę) Trybunał Rewolucyjny skazywał na śmierć tylko pięć procent sądzonych, więc i my postąpmy łaskawie wobec osoby, która sprawiła, że na tę nieziemską nudę przynajmniej czasami dało się patrzeć. Nawiasem mówiąc, skoro już o Trybunale mowa: skoro Sofia C. chciała zrobić film o sztywnych obyczajach dworskich, o strasznym świecie, który tłamsi wrażliwe kwiatuszki, to czemu u diabła nie zamknęła tego klamrą, w której pokazałaby, że ten idealizowany przez bohaterkę (tak, obawiam się, że dopisuję filmowi i postaci coś, czego w nich nie ma) austriacki dwór wcale nie był lepszy i nie upomniał się o aresztowaną arcyksiężniczkę, na co ponoć po cichu liczyli rewolucjoniści, mający nadzieję, że kupią sobie w ten sposób pokój z Austrią.

Tak, muszę powiedzieć jeszcze jedno. Uważam, że ten film jest nie tylko głupi, nudny i pretensjonalny. Uważam, że on jest przede wszystkim arogancki i niesmaczny. Zgadzam się, że kino jest sztuką, a twórca ma prawo do swoich wizji oraz do lubienia lub nielubienia swoich bohaterów. Jest jednak pewna cienka granica, za którą traktowanie faktów z totalną dezynwolturą, sprawiającą na dodatek wrażenie całkowitej ignorancji, staje się niesmaczne właśnie. Może to jest kwestia tego, że Sofia Coppola nie pozostawia widzowi pola do refleksji nad portretowaną postacią? Widziałam przecież sporo ahistorycznych filmów oraz filmy, w których niekoniecznie lubiane przeze mnie postacie są pokazane z odautorską sympatią lub na odwrót. Żaden jednak nie pozostawił we mnie tego uczucia niesmaku, co Maria Antonina Sofii Coppoli. Aleksander Stone'a zeźlił mnie lekceważącym stosunkiem do anachronizmów, paskudnymi fryzurami i makijażem, ale głównie jednak mnie niemożebnie znudził. Obejrzane wczoraj filmidło ukazało mi zupełnie nowe obszary twórczej arogancji, ale i indolencji.

Nie, nie jest tak, że odmawiam autorce lubienia późnych Burbonów oraz Habsburgów en masse (choć uważam, że portret Józefa II jest zdecydowanie lepszy w okropnie poza tym zestarzałym Amadeuszu). Nie rozumiem, ale jej prawo. Sęk w tym, że nawet lubiąc tytułową bohaterkę i współczując jej, można by zapytać, opowiadając jej historię, jak to się stało, że uwielbiana przez kilka pierwszych lat żona następcy tronu zaczęła budzić wśród swoich poddanych tak skrajnie negatywne uczucia, że tłum najchętniej by ją rozszarpał. Co zabawne, to jest w tym filmie - patrząc na Kirsten D. w tej roli naprawdę ma się ochotę bohaterkę ukatrupić. Niestety, nie jest to autorska intencja.

I jeszcze jedno Nie. W kwestii zakończenia, o którym wspomniałam na początku notki. Ten żyrandol roztrzaskany na posadzce małżeńskiej komnaty. To zamknięcie otwarte z powozami odjeżdżającymi w stronę Varennes. Nie, to nie jest jedna z tych opowieści z otwartym zakończeniem, które prowokują myśl, marzenie, że może ten jeden raz historia potoczy się inaczej i wszyscy przeżyją. Nie, nie i jeszcze raz nie. Historia opowiedziana przez Sofię C. wywołuje, we mnie w każdym razie, jedynie reakcję Królowej Kier: Uciąć jej głowę! Jak najszybciej! Niech już będzie na full ahistorycznie!


niedziela, 25 sierpnia 2013
Kto zabił marzenia?

Kiedy byłam mała, znaczy się w podstawówce, jednym z pytań, które powtarzały się we wszystkich młodszych klasach, było „kim chciałbyś zostać, jak będziesz dorosły”. I snuło się fantazje. Mniej lub bardziej fantastyczne, ja na przykład chciałam być astronautą i archeologiem i to drugie w sumie w końcu udało mi się nawet zrealizować, pomimo popełnionych po drodze pomyłek życiowych. Astronautą chciałam być oczywiście dlatego, że czytałam Lema oraz książki popularnonaukowe kupowane przez Tatę Fizyka i oglądałam seriale fantastyczne, archeologiem chciałam być dlatego, że w wieku lat sześciu zakochałam się w starożytnej Grecji. Piszę to dlatego, żeby dodatkowo podkreślić, że moje marzenia życiowe były osadzone głęboko w przekonaniach, że to właśnie chcę robić i czynniki zewnętrzne miały na nie nikły wpływ, a już na pewno nie miała na nie wpływu opinia publiczna wskazująca na to, co jest cool a co nie.

Nie pamiętam dokładnie, co chcieli robić wszyscy moi koledzy z wczesnej podstawówki, ale na pewno ten, który chciał być lekarzem, dzisiaj nim jest (i to dobrym), a ten, który chciał być razem ze mną astronautą jest już uznanym genetykiem na niezłej uczelni. W sumie bardziej trzymałam się (i biłam) wtedy z chłopakami, więc o dziewczynach pamiętam głównie, że chciały być piosenkarkami lub aktorkami, ale ta jedna, która miała na to drugie realne szanse (czytaj: autentyczny talent) nie nauczyła się wiersza na pamięć i oblała przez to egzamin na PWST, mimo że komisja stawała na głowie, żeby ją przepchnąć dalej.

W liceum niestety trochę zaniedbano kwestię "co byś chciał robić w życiu" na rzecz korowodu osób, które przychodziły reklamować nam swoje kierunki studiów, a że byłam wówczas urzeczona teatrem, dałam się zwieść, że teatrologia to kierunek dla mnie. A w sumie to roiłam wówczas również, że chciałabym być reżyserem, ale warsztaty teatralne na wzmiankowanym kierunku dość mnie do tego zniechęciły (w sumie to do dziś sobie myślę, że przynajmniej klasykę dramatu rozumiałabym znacznie lepiej od młodego pokolenia, które jej nie rozumie wcale). Nie będę się rozpisywać o moim dalszym skomplikowanym życiorysie studentki wszystkich możliwych stopni studiów, bo nie o to tu chodzi.

Chodzi o to, że nawet jak studiowałam niewłaściwy kierunek, to starałam się robić coś, co mi sprawiało przyjemność, na przykład kończąc polonistykę (to ten błąd) pracowałam w krakowskiej Gazecie Wyborczej, za wierszówkę. Z gadżetów dostałam może kiedyś długopis. O co chodzi z tymi gadżetami? Ano o to, że w jednym z najnowszych tekstów w dyskusji o biedactwach "millenialsach" przeczytałam, że w latach '90 to było lepiej, bo w korpo na wejściu dostawało się gadżety, a teraz nie ma. Czyli w pracy chodzi o to, żeby dostać telefon za darmo. Hmmm. Jak ja poszłam do Gazety, to dlatego, że chciałam spróbować dziennikarstwa. I do dziś mam satysfakcję, że dostałam nagrodę dnia ogólnopolskiego wydania za to, że udało mi się dostać po wywiad do Giulio Andreottiego, mimo że konkurencja teoretycznie zaklepała sobie wyłączność... Nie wiem jak dla millenalsów, ale dla mnie coś takiego jest więcej warte niż smartfon od firmy (niezależnie od oceny Andreottiego jako polityka - pokazałam sama sobie, że potrafię).

Zastanawiam się, czytając tak te teksty z prawa i lewa o biedactwach millenialsach, czy to pokolenie ktokolwiek kiedykolwiek pytał, co chcieliby w życiu robić. W sensie takim naprawdę osobistym: co lubisz, co cię interesuje, co cię pasjonuje. Wiadomo, że nasze marzenia z podstawówki (ci astronauci i piosenkarki) zazwyczaj pozostają w sferze marzeń. Ale ważne jest, żeby rozwijać poczucie, że marzyć warto i że warto mieć pasje. Bo jakoś nie jestem w stanie uwierzyć, że większość ludzkości fascynuje wyścig w sprzedawaniu produktów i korpo projekty. Oczywiście nie jest tak, że zawsze studiowanie tego, co się lubi robić, ma sens - mój osobisty przykład "lubię czytać książki, więc skończę polonistykę (w sensie literaturoznawstwo) i jakoś to będzie" jest najlepszym dowodem, jak złudna bywa taka perspektywa. Dobry psycholog powiedziałby mi, że mam lepszą pamięć do obrazów niż tekstów i z kilku fascynacji (literatura, sztuka, muzyka) sztuką będzie mi się najłatwiej zajmować. Dobry psycholog powiedziałby mi pewnie też, że tak naprawdę pasjonuję się historią i epizod fatalnej nauki w liceum nie powinien tego zniweczyć. Na szczęście w końcu sama doszłam do tych wniosków.

Mam natomiast wrażenie, czytając zwłaszcza te narzekania millenialistyczne, że autorów kolejnych łzawych listów nie interesuje nic poza zarabianiem pieniędzy, żeby móc wziąć kredyt, oraz pakietem socjalnym i gadżetami od firmy.

Proszę nie zrozumieć mnie źle: ja też lubię mieć pieniądze. Do tego stopnia, że robiąc dwa lata studiów magisterskich na archeologii w jednym roku i pisząc długą, ambitną pracę magisterską, przetłumaczyłam równolegle osiem (tak 8, w jednym roku, plus kilka trudnych egzaminów i magisterka) książek, bo 250 zł stypendium naukowego zdecydowanie nie wystarczało mi na maleńki nawet procent potrzeb, nie mówiąc o realizacji marzeń.

I byłabym nawet skłonna pochylić się z sympatią nad pokoleniowym lamentem, który u podstaw miałby właśnie niemożność realizacji marzeń. Gdyby autorzy tych płaczliwych manifestów pokoleniowych pisali, że chcą latać szybowcem, zwiedzić całą Syberię albo Amerykę Południową, zebrać kolekcję pamiątek związanych z wojną secesyjną... Ba, gdyby ktoś nawet wprost napisał, że marzy o małym domku z białym płotem, dwójką dzieci i psem na trawniku, to miałby szanse wzbudzić we mnie sympatię. Ale niestety z tych listów i narzekań wyziera widmo rozwalonego w łamiącym cały kodeks drogowy bmw byznesmena z najnowszym smarfonem w ręku, planującego wakacje w najdroższym hotelu w Hurghadzie. Z tych listów wyziera widmo korporacyjnej urawniłowki jako ostatecznego celu, do którego należy dążyć. Żeby mieć dokładnie tak, jak wszyscy zamożni dyrektorzy i prezesi. Bo nawet nie jak ci najbogatsi, których stać na prawdziwe fantazje, i którzy je realizują, nawet jeśli są podpowiedziane przez doradcę.

Tak sobie myślę, że gdyby ci millenialsi mieli jakieś autentyczne fascynacje czy hobby, gdyby interesowało ich cokolwiek poza wmówioną im koniecznością stanięcia w blokach do wyścigu szczurów, który ma im zapewnić jakieś niejasne szczęście w przyszłości, to jednak chcieliby podejmować pracę za nawet minimalną pensję bez socjalu, bo to jest jakiś punkt wyjścia do realizacji tego, co naprawdę daje smak życiu, czyli własnych marzeń. Zapewne do tej marnej pensji dorabialiby po nocach, bo jeśli czegoś się naprawdę chce, jeżeli to coś jest dla nas naprawdę ważne, to większość z nas jest w stanie dla tego czegoś wiele poświęcić i wiele włożyć wysiłku w osiągnięcie tego celu. Pomińmy już nawet takich wariatów jak ja, których marzenia obejmują specyficzny rodzaj podróży, tworzenie dziwacznych kolekcji i uczestnictwo w kulturze. Myślę, że ci, którzy naprawdę marzą o spokojnym życiu rodzinnym, tworzą je sobie za "te polskie dwa tysiące". Wiem, że na szczęście istnieją również wciąż bardzo młodzi ludzie, którzy chcą być lekarzami, żeby pomagać ludziom, prawnikami, bo interesuje ich prawo, inżynierami, bo fascynują ich nowe możliwości techniki, nauczycielami, bo wierzą w edukację i wykształcenie, naukowcami w dowolnej dziedzinie, bo ciekawi ich świat. Ale oni nie zabierają głosu w dyskusji o millenialsach, bo się nimi nie czują i zapewne szkoda im czasu na pisanie listów do gazet - świat i życie są na to zbyt ciekawe. A oni mają coś więcej niż sztucznie kreowaną i napędzaną więź pokoleniową, opartą na wspólnym narzekaniu. Choć oczywiście, oni też woleliby mieć pensje na poziomie zachodnich krajów Unii Europejskiej, na przykład po to, żeby podróżując po Europie nie musieć oszczędzać na wszystkim. Tylko że jak mają do wyboru: podróżować oszczędzając czy siedzieć w domu narzekając, że mogliby podróżować nie oszczędzając, wybierają to pierwsze.

Niestety mam wrażenie, że dzisiejsza szkoła z wydatną pomocą mediów oraz wszelkiego innego przekazu publicznego, zabija indywidualne marzenia. Pokazuje się raptem kilka pożądanych ścieżek kariery, w sklepach internetowych bombardują nas masowe produkty sprzedawane jako "oryginalne" i "podkreślające indywidualność", przedmioty są jednorazowego albo bardzo krótkiego użytku, więc się do nich nie przywiązujemy i nie tworzymy poprzez nie swojej indywidualności... I można by tak wyliczać dalej. Nic dziwnego, że aspiracją staje się bycie takim samym, posiadanie tego samego. No, w najlepszym razie: nieco nowszego modelu. Który zaraz zostanie przebity jeszcze nowszym. I tak ewig... usque ad finem. (A tymczasem pierwsza połowa tego mojego ulubionego cytatu z Lorda Jima brzmi "To follow the dream, and again to follow the dream...")

Dziś zamiast obrazka muzyczna dedykacja dla millenialsów (choć nie jestem pewna, czy zrozumieją, o co mi z tą dedykacją chodzi):

PS. Jeszcze jedno: wielka prośba do dziennikarzy i blogerów, żeby wreszcie przestali udawać/wmawiać, że społeczeństwo składa się z pracowników korporacji/narybku korporacji. To produkuje samonapędzający się mechanizm: czytelnik zaczyna wierzyć, że poza korporacją nie ma życia, nie ma szczęścia, nie ma świata. A na dodatek politycy mogą sobie dzięki temu spokojnie zapominać o tym, że istnieją również inne grupy, które od transformacji nie mogą się doprosić poprawy swojego bytu. Grupy naiwnych wykształciuchów, którzy - taki przekaz płynie z mediów - są biedni na własne życzenie, bo sami chcieli być tym, czym są.

piątek, 23 sierpnia 2013
Słoń a sprawa polska

Poszerzenie horyzontu zainteresowań historycznych sprawiło, że w wakacje dyskutowałyśmy z N dużo o tym jak się w Polsce uczy historii i dlaczego źle. Wiem, wiem, wakacje nie są od tego rodzaju dyskusji, ale te nasze wakacje są zawsze historyczne i zawsze prowokujące do niewakacyjnych dysput i tak już pewnie zostanie. A że tym razem leitmotivem była epoka napoleońska (Elba i Korsyka plus nieco północnych Włoch oraz powrót przez Austrię i Czechy), wyszłyśmy zasadniczo poza utyskiwanie na temat tego, że o antyku to przeciętny maturzysta wie tyle co nic, a jak już wie, to zazwyczaj z bezsensownej perspektywy. I tak skacząc od starożytności po przełom XVIII i XIX wieku (ten ostatni od jakiegoś czasu ostro sobie przewartościowujemy, w różnorakich fascynacjach nieco się czasem rozmijając, ale w sumie dochodząc do podobnych odkryć i wniosków) uznałyśmy, że chyba wszystkich epok uczy się w Polsce źle. I zrodził się z tego pomysł na notkę: grzechy główne nauki o kolejnych epokach. Są to przemyślenia subiektywne i oparte na niezbyt wielkiej próbie bezpośredniej (N, ja i parę osób, z którymi się o tym rozmawiało), ale również na tym, co obserwowałam niedawno kończąc drugie studia (na Wydziale Historycznym, jakby nie patrzeć) oraz następnie rozmawiając ze studentami. Poniżej zatem lista owych grzechów głównych, a chwilami to raczej może nawet bezsensownych ale wszędobylskich memów, które zatruły mi osobiście naukę historii na etapie zwłaszcza liceum - czyli tym, który dla wielu wyborów jest decydujący. Ponieważ na większości opisywanych epok znam się za mało, żeby pokusić się o pełniejszą argumentację, opiszę jedynie to, co rzuca mi się w oczy jako błąd w nauczaniu.

1. Starożytność.

Grzech główny: Atenocentryzm. Jest to grzech dość globalny, bo dziewiętnastowieczna historiografia w połączeniu z tradycyjną historią sztuki zrobiły z greckiego (czytaj: ateńskiego) V w. p.n.e. złoty wiek nie tylko w antyku, ale ogólnie w dziejach ludzkości i bardzo trudno z tym memem walczyć. Zapatrzeni w hasło "demokracja" nie widzimy, że z naszym współczesnym rozumieniem tego słowa nie miała ona wiele wspólnego. I że wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu mało kto w "Atenach Peryklesa" miał wszelkie obywatelskie prawa (sam Perykles miał przecież z tym cudownym systemem osobiste kłopoty).

Grzechy poboczne: zaniedbanie epoki hellenistycznej, która jest okresem największych osiągnięć kulturalnych i naukowych starożytności; w przypadku historii Rzymu skupienie się na podbojach (zarówno republikańskich jak i cesarskich), w związku z czym ze świeczką szukać nauczyciela, który potrafiłby wyjaśnić, na czym polegało znaczenie okresu augustowskiego, a to powinien być ten moment, na którym nauka szkolna się skupia, bo wtedy zmienia się oblicze świata.

2. Średniowiecze.

Grzech główny: jak ujęła to N "średniowiecze było w Polsce" (i po prawdzie stosuje się to do większości kolejnych epok, a do starożytności tylko dlatego nie, że Polski jeszcze nie było, ale za to na lekcjach literatury będzie o Sarmacji, więc to nadrobimy). Wiadomo, wszędzie uczy się w sporej mierze o "dziejach ojczystych", ale polska szkoła wpaja w człowieka przekonanie, że po "upadku cesarstwa rzymskiego" (spuśćmy zasłonę miłosierdzia na zasadność tego określenia) mamy zaraz rok 966, bo od "chrztu Polski" zaczyna się na serio nauczanie o średniowieczu. I ten polonocentryzm rzuca się następnie cieniem na wszystko inne, w związku z czym kończymy szkołę przekonani, że a ekspansja Krzyżaków stanowiła największy problem epoki, a bitwa pod Grunwaldem była najważniejsza na skalę europejską. Aha, a jedyną istotną zasługą Ottona III było to, że przyjechał na zjazd gnieźnieński i lubił Bolesława Chrobrego.

Grzechy poboczne: przemknięcie się nad całym wczesnym średniowieczem włącznie z epoką karolińską (kto pamięta jedynie wkuwanie kolejnych "renesansów", z czego absolutnie nic nie wynikało?), kompletny brak kontekstu (jeśli nie liczyć podkreślanego w kółko czeskiego pochodzenie Dąbrówki, choć nie wiedzieć czemu całkowicie pomija się prawdopodobne dynastyczne powiązania z Kanutem Wielkim, co byłoby znacznie ciekawsze i jest znacznie ważniejsze), kompletny brak pokazania, że pewne mechanizmy i procesy (np. "rozbicia dzielnicowe") były powszechne na pewnym etapie kształtowania się państwowości.

3. XVI w./"Renesans" (tak, polska szkoła uwielbia przypisywać epoki kultury do konkretnych wieków, co oczywiście nie ma sensu od samego początku)

Grzech główny: oderwanie od kontekstu europejskiego, który ogranicza się do Jagiellonów na tronach środkowoeuropejskich, Bony Sforzy oraz ewentualnie, jeśli nauczyciel jest ambitny, to jeszcze Elżbiety Habsburżanki. Konia z rzędem temu, kto po przeciętnej nauce szkolnej, nie zaglądając do wikipedii, powie, dlaczego Henryk Walezy "uciekł z Polski", zasługując sobie na miano nieudacznika w polskiej szkole. A konia ze srebrnym rzędem temu, kto po rzeczonej polskiej szkole ma pojęcie, czym następnie Henryk III zasłużył się we Francji...

Grzechy poboczne: brak pokazania linii rozwojowej renesansu w Europie, w tym podkreślenia, że w Italii XVI w. to już schyłek. Jestem przekonana, że dla rzesz absolwentów Michał Anioł jest współczesnym Jana Kochanowskiego.

4. XVII w./"Barok"

Grzech główny: litania królów elekcyjnych (do nauczenia się na pamięć z datami panowania). O połowie z nich można ograniczyć się do stwierdzenia, że byli i dać im (a zwłaszcza uczniom) spokój.

Grzechy poboczne: niestety do stwierdzenia, że "był" ogranicza się wiedza np. o Ludwiku XIV i potem człowiek nijak nie rozumie, dlaczego w tej Francji tak go wszędzie pełno. Ja już pominę fakt, który może być moim osobistym problemem, że ze szkoły wyniosłam przekonanie, że Richelieu był ministrem Ludwika XIV właśnie i długo nie mogłam w związku z tym uporządkować sobie fabuły Trzech muszkieterów. O braku jakiejkolwiek wiedzy o sukcesji brytyjskiej, Stuartach i Cromwellu (skąd, dlaczego, o co chodziło, poza tym, że "był") to już przez litość nie wspomnę. Dodam tylko, że w tej ostatniej kwestii znacznie więcej nauczyłam się w swoim czasie ze słynnej piosenki Monty Pythona.

5. XVIII w./"Oświecenie"

Grzech główny: praktyczne nieistnienie pierwszej połowy XVIII wieku, bo chyba polska szkoła nie wie, co z tym zrobić, jako że okres panowania Wettynów w Polsce nie niesie ze sobą żadnych spektakularnych wydarzeń, w których słoń a sprawa polska mogłyby znaleźć się na pierwszym miejscu w programie edukacji. Oczywiście sytuacja zmienia się w momencie, kiedy w drugiej połowie stulecia osiągamy rok 1772 i można już przez pięć lekcji lżyć oświecony absolutyzm za rozbiory Polski. Gdzieś po drodze miga nam amerykańska wojna o niepodległość (Kościuszko i Pułaski, no może jeszcze Waszyngton) oraz Rewolucja Francuska, ale o tym za chwilę.

Grzechy poboczne: jak zwykle brak kontekstu europejskiego. I wyliczanka wielkich umysłów oświeceniowych, która właściwie służy głównie temu, żeby podkreślić, że Krasicki et consortes i my też mieliśmy dobre chęci i wszystko byłoby super, gdyby Katarzyna nie uwiodła króla Stasia. A potem jedzie człowiek w Europę i widzi Katarzynę i Marię Teresę na piedestałach, ale w uszach brzmi mu jedynie, że to straszne kobiety były, bo cały czas zaprzątało im robienie Polakom wbrew. I - wiem to ze słyszenia - że wielu osobom bardzo trudno zmienić perspektywę nawet stojąc w Wiedniu czy Kazaniu.

6. XVIII/XIX w./"rewolucja i epoka napoleońska" oraz pierwsza połowa XIX w.

Grzech główny: po wzmiance o upadku Bastylii oraz ścięciu króla (w wykonaniu polskiej szkoły tych dwóch wydarzeń nie rozdziela bynajmniej trzy i pół roku, nad terrorem przemykamy wzmiankując Robespierre'a) przechodzimy do litanii bitew i obowiązkowego zapamiętywania dat oraz wskazywania na mapie. Fajnie, jeśli nauczyciel się zająknie o Kodeksie Napoleona. Potem następuje "o roku ów", Somosierra, Berezyna i Kongres Wiedeński, studnie i Waterloo. A następnie Powstanie Listopadowe. Ot tak, ni stąd, ni zowąd. Za to przez kilka lekcji.

Grzechy poboczne: powtórzmy to jak mantrę - brak kontekstu. Mamy wielką armię włóczącą się nieco bez ładu i składu po Europie od bitwy do bitwy, i mamy również Księstwo Warszawskie, oczywiście, ale nie mamy ani słowa o północnej Italii, Związku Reńskim czy królestwie Holandii. Zero o reformach społecznych, dziedzictwie rewolucji i powodach oporu kolejnych koalicji. Nie mamy nic o tym, że Kongres Wiedeński przypieczętował zwycięstwo konserwatyzmu i reakcji w Europie, nie mamy w zasadzie nic o niepokojach społecznych przed Wiosną Ludów. Nie mamy nic z tego, co w dziejach pierwszej połowy XIX w. jest fascynujące, tylko jakąś taką niestrawną papkę.

7. XIX w. (druga połowa do I wojny światowej)

Grzech główny: litania niepowiązanych ze sobą wydarzeń powybieranych na chybił trafił z historii Europy i Ameryki - obowiązkowo co nieco o wojnie secesyjnej (za to nie żebym po szkole wiedziała cokolwiek o wojnie krymskiej, wojnie francusko-pruskiej czy skąd u diabła wzięło się II cesarstwo), wśród których czołowe miejsce zajmuje Powstanie Styczniowe. Pozbawione skądinąd kontekstu społecznego, co nieco utrudnia następnie zrozumienie choćby Lalki Prusa.

Grzechy poboczne: całkowite zepchnięcie na margines kwestii "epoki wiktoriańskiej" - wszelkie sprawy społeczne załatwia się (a w każdym razie załatwiało, kiedy chodziłam do szkoły, bo w sumie w ramach kontestacji PRL to akurat mogło się zmienić) historią ruchu robotniczego, który trochę nie wiadomo przeciwko czemu występował (poza wyzyskiem w fabrykach, oczywiście). Obok powstania na plan pierwszy wybija się Otto von Bismarck jako kolejne wcielenie Katarzyny i Marii Teresy, Kulturkampf definiowany jest jako działania antypolskie, a jedna lekcja musi być o Drzymale i dzieciach z Wrześni. (I jak fajnie by było, gdyby nauczyciel potrafił tu przeprowadzić analogię do antypolskich nastrojów na dawnych kresach...)

8. XX w.

Grzech główny: skupienie się na dwudziestoleciu międzywojennym (w Polsce) z litanią prezydentów i premierów, nie mówiąc już o niekończących się mutacjach głównych partii politycznych (do wyuczenia się na pamięć z datami kolejnych metamorfoz). Nuda taka, że chce się wyjść z klasy. Grzech główny jeśli w klasie maturalnej starczy czasu na II wojnę i historię najnowszą: litania dowódców polskiego podziemia zbrojnego oraz mutacji różnych oddziałów tegoż.

Grzechy poboczne: brak kontekstu, to już chyba oczywiste. Dobrze, jeśli wspomni się o Republice Weimarskiej, Wielkim Kryzysie i Anschlussie. Ciekawam wielce, jak obecnie uczy się o Rewolucji Październikowej. Brak jakiejkolwiek wyniesionej ze szkoły wiedzy o organizacji państwa podziemnego, jeśli nie liczyć partyzantki; w kontekście II wojny brak właściwie jakichkolwiek informacji o tym,  w czym choćby trochę nie brali udziału Polacy. Ponieważ zaś w klasie maturalnej nie wyszliśmy prawie poza II wojnę, o reszcie nie napiszę, ale nie sądzę, żeby było lepiej. Zapewne jest gorzej.

Taak, jak już wspomniałam, jest oczywiste, że trzeba uczyć o "ojczystych dziejach", ale z tego pobieżnego przeglądu wiedzy, jaką wyniosła absolwentka klasy humanistycznej renomowanego krakowskiego liceum, wyłania się portret niewyobrażalnej wręcz zaściankowości. Polskiej edukacji nie obchodzą nie tylko naprawdę wielkie wydarzenia ani procesy historyczne, ale co gorsza - nie obchodzi jej, jak polska historia sytuuje się choćby w kontekście europejskim. Co gorsza, słyszałam, że w innych dziedzinach edukacji humanistycznej bywa podobnie - znajoma mówiła np. o szkole muzycznej, że uczyła się o mnóstwie czwartorzędnych kompozytorów, ponieważ mieli jakieś śladowe choćby powiązania z Polską. I fajnie, ale nadawałoby się to na monograficzny wykład na muzykologii, a nie na pierwszy czy nawet drugi poziom edukacji.

Chciałabym to jakoś podsumować, ale nie wiem jak. Oryginalnie notka miała mieć inny tytuł, ale doszłam do wniosku, że jeśli nie oderwiemy się od tej sprawy polskiej wszędzie, gdzie tylko się da, to będziemy uczyć źle i głupio. Na dodatek każdy słoń a sprawa polska nadaje się na wzmiankowany wykład monograficzny na odpowiednim kierunku studiów, ale żeby go zrozumieć, trzeba mieć najpierw ogólną wiedzę o tym, do czego się ta sprawa polska może w szerszej perspektywie odnosić.

PS. Zwierz Popkulturalny, która poza byciem Zwierzem jest również/głównie historykiem, podpowiedziała mi na fejsbuku, że "grzechem głównym najgłówniejszym uczenia historii w szkołach jest uczenie historii politycznej z jakimiś strzępkami historii gospodarczej (tu dopiero jest nie powiązany nie wyjaśniony misz masz który w żaden sposób nie składa się w całość) i kompletnie olanie historii społecznej która winna być dla uczniów, historią najważniejszą bo najlepiej tłumaczy świat" i ja się z tym jako podsumowaniem bardzo bardzo zgadzam. Dodam tylko, że ujęłabym to wręcz tak: w szkole mamy co gorsza sieczkę z historii politycznej i niewiele więcej...

środa, 15 maja 2013
Trzy pieczenie na jednym ogniu

Dziś będzie mały przerywnik od kultury wysokiej. Jeżdżąc i chodząc mianowicie sobie po Krakowie doszłam do wniosku, że istnieje niezwykle prosty sposób uzdrowienia polskiej gospodarki i dziedzin przyległych, a przynajmniej dania temu wszystkiemu potężnego kopa energetycznego finansowego. Wymagałoby to wprawdzie wytężonej pracy jednej grupy społecznej, ale długofalowe korzyści powinny zrekompensować nawet duże premie poszczególnych osób za skuteczność.

Mianowicie mamy w Polsce dość sensowny i zarazem bardzo szczegółowy kodeks drogowy (nazywa się to konkretnie "Ustawa prawo o ruchu drogowym", co jak dla mnie nie brzmi po polsku, ale prawnicy tak mają i trzeba się z tym pogodzić, bo się ich nie zmieni), którego przepisy jednakowoż są nagminnie łamane przez wszystkich użytkowników ruchu uliczno-drogowego, jacy istnieją. I nawet nie mówię tu o przekraczaniu prędkości czy też wymuszaniu pierwszeństwa, mówię o całej masie zdroworozsądkowych ustaleń, które nawet nie powinny być przedmiotem regulacji prawnych, ale właśnie pomyślunku. Ale są w kodeksie - i słusznie, bo Polska niestety nie Anglia, gdzie widziałam żart o tym, że kiedy kilku kierowców wjeżdża na rondo w tym samym czasie, to stoją tam do dziś, ponieważ każdy ustępuje pierwszeństwa temu z lewej.

Weźmy na przykład taki przepis, który każdemu kto robił prawo jazdy w czasach, kiedy jeszcze na kursach uczono rozsądnej i przepisowej jazdy, a nie wygibasów między pachołkami, wyda się on oczywisty: "Kierujący pojazdem jest obowiązany zawczasu i wyraźnie sygnalizować zamiar zmiany kierunku jazdy lub pasa ruchu oraz zaprzestać sygnalizowania niezwłocznie po wykonaniu manewru." (rozdz. 5, oddz. 4, art. 22, ust. 5)

N. zapytała mnie kiedyś, czy z ulicy Zacisze w Krakowie da się jechać na wprost, bo jeśli nie, to wszyscy kierowcy, których zaobserwowała podczas kilku minut czekania tam na mnie, złamali przepisy, nie sygnalizując kierunku, w którym zamierzali skręcać. Zaczęłam wówczas obserwować to zjawisko - i bingo! Ok. 2/3 do 3/4 krakowskich kierowców (a sądzę, iż jest to trend ogólnokrajowy) nie uznaje za stosowne poinformować innych, że zmieniają pas, będą skręcać, zamierzają zjechać na pobocze itd. Są też tacy, którzy najpierw bez kierunkowskazu zjeżdżają na pas do skrętu, stoją następnie na światłach również nie migając, a następnie włączają na parę sekund kierunkowskaz, kiedy już znajdują się na łuku skrętu. Jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości co do ich zamiarów.

Z kolei rozdz. 5, oddz. 2, art. 49 określa bardzo jasno, gdzie i w jakich warunkach nie wolno zatrzymywać samochodu, i są tam między innymi wymienione wszelkie sytuacje blokowania ruchu kołowego przez taki zatrzymany pojazd. Wystarczy zaś przejść się lub przejechać po dowolnym mieście, żeby naliczyć dziesiątki przypadków, kiedy ktoś na dłużej lub krócej zostawia sobie samochód po prostu na środku ulicy i idzie do sklepu albo w ogóle znika. Czasem zostawia taki samochód na migających światłach - że to niby tak na chwilkę, no i w ogóle przecież ostrzega, że stoi.

Przytoczę jeszcze jeden paragraf: "Kierującemu pojazdem zabrania się ... wjeżdżania na skrzyżowanie, jeżeli na skrzyżowaniu lub za nim nie ma miejsca do kontynuowania jazdy" (rozdz. 5, oddz. 7, art. 25, ust. 4). No z tego malutkiego przepisu to chyba by trzeba zrobić osobny kurs z osobnym egzaminem, którego zaliczenie byłoby warunkiem przystąpienia do egzaminu na prawo jazdy...

Przyjrzyjmy się teraz drugiej grupie, rowerzystom. "Kierujący rowerem, korzystając z drogi dla rowerów i pieszych, jest obowiązany zachować szczególną ostrożność i ustępować miejsca pieszym." (rozdz. 5, oddz. 11, art. 33, ust. 1, powtórzone w bardzo podobnym brzmieniu w par. 6). Doświadczenie zwracania uwagi osobom na rowerach podpowiada mi, że ich reakcja na odczytanie im tego paragrafu streszczałaby się następująco: "Ustąpić miejsca? Ja, rowerzysta?? Chyba was p*o!"

I jeszcze to: "Korzystanie z chodnika lub drogi dla pieszych przez kierującego rowerem jednośladowym jest dozwolone wyjątkowo, gdy, 1) opiekuje się on osobą w wieku do lat 10 kierującą rowerem; 2) szerokość chodnika wzdłuż drogi, po której ruch pojazdów jest dozwolony z prędkością większą niż 50 km/h, wynosi co najmniej 2 m i brakuje wydzielonej drogi dla rowerów lub pasa ruchu dla rowerów; 3) warunki pogodowe zagrażają bezpieczeństwu rowerzysty na jezdni (śnieg, silny wiatr, ulewa, gołoledź, gęsta mgła)." (rozdz. 5, oddz. 11, art. 33, ust. 5). O tym staram się uprzejmie informować spotykanych na chodnikach rowerzystów, ale w odpowiedzi dostaję do wyboru: udawanie głuchego; wiązankę bluzgów; wymijające "wiem" (w domyśle: i co z tego).

Najbardziej kontrowersyjne są oczywiście regulacje dotyczące pieszych, bo tu zgadzam się z Brytyjczykami, którzy pieszym pozwalają robić co im się żywnie podoba - ale na własną odpowiedzialność. Wolno ci wbiec przed jadące szybko ruchliwą ulicą samochody, ale jeśli nie będziesz dość szybki i zwinny, żeby przebiec na drugą stronę, to sam jesteś winny swojemu stanowi po konfrontacji z ruchem kołowym. Pieszych więc penalizowałabym wyłącznie za wykroczenia przeciwko przepisom dotyczącym "kolumn pieszych" (rozdz. 5, art. 12), ponieważ tu mamy do czynienia z narażaniem życia innych, zwłaszcza grup dzieci itp.

Dobra, poprzytaczałam sobie paragrafy, ale o co mi właściwie chodzi? Otóż, gdyby na rok, dwa lata zaprząc do porządnej codziennej żmudnej roboty policyjną drogówkę, a nie tylko kazać jej stać z radarem w dni wzmożonego ruchu oraz jeździć do kolizji i wypadków, to codzienne wpływy do kasy policyjnej przekraczałyby zapewne to, co obecnie na mandatach zarabia przez miesiąc. Zwłaszcza gdyby wprowadzić fiński system mandatowania, w którym płaci się odpowiedni procent od dochodów (czy przychodów - to nawet byłoby lepsze) wykazywanych w zeznaniach podatkowych. Chodzi o to, żeby mandat uderzał po kieszeni każdego, bo przecież jeśli facet w służbowym czarnym audi czy bmw ma zapłacić 200 czy nawet 500 zł za parkowanie poza dozwolonym obszarem czy wjazd na krakowski Rynek, nie mówiąc już o takich bzdurach jak zablokowanie ruchu tramwajowego, to jemu się to bardziej opłaca niż szukanie miejsca parkingowego w centrum miasta albo kłopotanie się z ustawieniem limuzyny poprawnie na chodniku. Ale jakby parę razy zapłacił kilka lub kilkanaście tysięcy, to może jednak by w końcu zaczął myśleć.

Podobnie zresztą niepotrzebne byłyby wszelkie debaty o ograniczeniu ruchu samochodowego w ścisłym centrum Krakowa, gdyby z kolei Straż Miejska konsekwentnie pilnowała tego, żeby do stref o ograniczonym ruchu nie wjeżdżały pojazdy nieuprawnione. Przydałoby się również zmniejszenie liczby abonamentów wydawanych "na firmę" oraz urzędnikom, ale to osobna sprawa.

Wracając do moich pieczeni. Wyobraźmy sobie, że przez ten rok, dwa a może i trzy drogówka ciężko pracuje i konsekwentnie, nieustępliwie daje mandaty wszystkim tym, którzy wyraźnie naruszyli któryś z przytoczonych przeze mnie paragrafów. Liczba kierowców niesygnalizujących zmiany kierunku ruchu, wjeżdżających na skrzyżowanie na samych Alejach Trzech Wieszczów w Krakowie, mimo że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że zablokują w ten sposób przejazd z ulic prostopadłych, a także rowerzystów śmigających po chodnikach jest tak wielka, że wpływy do budżetu będą ogromne. Wpływy te powinny następnie zasilić finanse policji oraz budowy dróg, zwalniając wielkie sumy w budżecie państwa na finansowanie nauki, kultury, zdrowia i innych skandalicznie niedofinansowanych dziedzin, które niestety nie mają na wyciągnięcie ręki tak łatwego i stałego źródła dochodów. Mamy więc już dwie pieczenie: dodatkowe pieniądze w budżecie i możliwość dofinansowania w związku z tym innych sfer. Powiedzmy, że za mandaty budujemy drogi i finansujemy badania naukowe.

Oczywiście należy założyć, że ten model się w końcu wyczerpie, to znaczy po tych kilku latach wychowamy wreszcie użytkowników dróg i dochody się zmniejszą. Ale pamiętajmy, że w międzyczasie dofinansowaliśmy innowacyjne badania naukowe, w związku z czym de facto dostajemy nawet cztery pieczenie. Trzecia: przestrzegające przepisów drogowych społeczeństwo (co dodatkowo zwiększa bezpieczeństwo, pieczeń trzecia i pół). Czwarta: wzrost gospodarczy dzięki dofinansowaniu badań i innowacji, nowe miejsca pracy, i tak dalej i tak dalej. Policyjna drogówka zostaje bohaterem narodowym.

Londyn, Russell Square 2011

PS 1. Oczywiście nie można po tych kilku latach zrezygnować z kontroli, co zapewne wymyśliłby ktoś światły w Polsce. Prawo Kopernika-Greshama zadziała i tu: zły kierowca wyprze dobrego.

PS 2. Korzystałam z Kodeksu drogowego, Ustawa prawo o ruchu drogowym, Stan prawny: styczeń 2013 r

PS 3. Jeżdżąc dużo po całej Europie, jeżdżę wszędzie jak kameleon, tzn. dostosowuję się do panującego w danym kraju wzorca. I ze smutkiem zauważyłam, że jak w Wielkiej Brytanii czy Niemczech jeżdżę przepisowo, a w Grecji - po wariacku, tak w Polsce mam skłonności przede wszystkim do jazdy nieuprzejmej, bo wiem na przykład, że zasada "na zamek błyskawiczny" nie działa i wpuszczenie jednego samochodu chcącego włączyć się do ruchu skutkuje wymuszeniem tego samego przez cały sznurek stojący na podporządkowaniu... Skądinąd, uprzedzając pewne argumenty czy zarzuty oraz czyniąc uwagę w kwestii schamienia społeczeństwa: obserwacja i trochę statystycznego pomyślunku upewnia mnie, że wśród kierowców i rowerzystów jest dokładnie taki sam odsetek chamów, ponieważ obie te grupy odzwierciedlają ogólny stan społeczny. Tylko że kierowców jest po prostu znacznie więcej i nie mają za sobą ekologicznego lobby. 

PS. 4. Dzisiejszy obrazek dedykuję polskiemu lobby rowerowemu właśnie, które wmawia nam, że w krajach takich jak Wielka Brytania, czyli przyjaznym rowerom, rowerzystom wolno wszystko i w związku z tym u nas też tak powinno być. Nie, nie wolno. Głównie ze względu na bezpieczeństwo wszystkich zainteresowanych, zwłaszcza jednak pieszych.

PS 5. Tak, zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę chodzi o coś, o co różne światłe umysły w Polsce upominają się od XVII jeśli nie XVI w. - egzekucję praw...

poniedziałek, 29 kwietnia 2013
Dilectissimo poetae

N poinformowała mnie, że dziś jest rocznica zarówno urodzin (sto pięćdziesiąta) jak i śmierci (osiemdziesiąta) mojego ulubionego poety, Konstandinosa Kawafisa. Odkryłam go nie aż tak bardzo dawno, ale szybko się zakochałam. Głównie oczywiście w wierszach "hellenistycznych". A potem nagle odkryłam, zapoznawszy się nieco z nowożytną greką, że istniejący polski przekład nijak nie oddaje melodii tych wierszy, tego, że one są zazwyczaj wersyfikacyjnie regularne, albo bardzo regularności bliskie. I tak jakoś, na fali sukcesu angielskich romantyków, postanowiłam z tym Kawafisem się zmierzyć, zwłaszcza że już wcześniej opublikowałam przekład jednego wiersza jego rodaka, Andreasa Embeirikosa.

Teraz więc, z okazji tych aż dwóch okrągłych rocznic, pozwalam sobie wkleić tu jeden z moich ulubionych wierszy w moim przekładzie. Jest on o mieście, którego nigdy nie zobaczę takim, jakie bym je chciała zobaczyć. O czasach, o których napisałam kilka artykułów. A gdyby mi zaproponowano podróż w czasie, to tam - choć może o dwa stulecia wcześniej - najbardziej chciałabym wylądować.

BÓG OPUSZCZA ANTONIUSZA

Kiedy nagle w północnej godzinie usłyszysz,
jak orszak idzie niewidzialny
przy dźwiękach świetnej muzyki i głosów –
los, który się od ciebie odwrócił, uczynki
niespełnione, a także zamiarów życiowych
ułudę nie na darmo będziesz opłakiwał.
Od dawna jesteś gotowy i mężny,
żegnaj więc Aleksandrię, żegnaj odchodzącą.
Przede wszystkim zaś nie oszukuj siebie, nie mów
że to są mary, że słuch cię omamił
i do daremnej nie zniż się nadziei.
Od dawna jesteś gotowy i mężny,
bo byłeś przecież godny tego miasta,
podejdź zatem do okna pewnym krokiem,
słuchaj pełen emocji, lecz nie pozwól sobie
na błagania ani żale tchórzliwe;
słuchaj w ostatnim zachwycie tych głosów
tajemnego orszaku instrumentów świetnych
i żegnaj Aleksandrię, żegnaj utraconą.

1911

Harpokrates z Aleksandrii

niedziela, 17 marca 2013
Nie spełniać marzeń!

Nigdy nie przypuszczałam, że napiszę notkę pod takim tytułem, ja, która wśród ulubionych cytatów na jednym z pierwszych miejsc (jeśli nie pierwszym ex aequo z patronującym temu blogowi Keatsem) mam Conradowskie "To follow the dream, and again to follow the dream – and so – ewig – usque ad finem..."

Ale zastanawiając się nad różnymi możliwymi tytułami i początkami dla tego wpisu ten właśnie uznałam za najsłuszniejszy. Alternatywą było przede wszystkim retoryczne zapytanie PT Czytelników, co łączy Tannhäusera Wagnera, Szeherezadę Rimskiego Korsakowa oraz musical Les Misérables. Po którym to pytaniu nastąpiłby wykład o tym, że nie chodzi mi o powracające tematy muzyczne, choć, co zabawne, akurat to łączy. Ale oczywiście retoryczność tego pytania polegałaby na tym, że jest na świecie chyba tylko jedna osoba, która byłaby w stanie poprawnie nań odpowiedzieć, bo wie, że elementem łączącym są moje osobiste doświadczenia, które na dodatek należą w sumie do dwóch zbiorów. Dobra, dość tego bełkotu, przejdźmy do rzeczy.

Zacznę od końca i spróbuję jakoś ruchem spiralnym dojść do sedna, tytułu i początku. Część czytelników zna zapewne moje odczucia po obejrzeniu filmu Les Misérables, które ujęłam w takiej mniej więcej mini-recenzji: nudna muzyka, nijakie recytatywy przerywane popowymi piosenkami, a na dodatek nikt nie umie śpiewać. No i film wydał mi się jako film bardzo nierówny, a w kinie siedziałam marząc głównie o tym, żeby wreszcie przestali mnie katować nieczysto śpiewaną nieciekawą muzyką. Co zabawne, kiedy do tegoż kina weszłam - lekko spóźniona z powodu korków w pięknym mieście Krakowie - właśnie brzmiała uwertura i zaczynało się "Look Down", które chwyciło mnie za serce. Niestety potem zaczęli śpiewać aktorzy i z minuty na minutę moje zniechęcenie rosło, ledwie ożywione powrotem początkowego motywu jakoś w połowie tej drogi przez mękę.

Kiedy następnie N. jednak dostała ostrej fazy fanostwa, uznałam, że tak bywa, bo w końcu jej ulubioną operą jest Wesele Figara a moją Tristan i Izolda, więc jakkolwiek gusta muzyczne mamy zasadniczo podobne, w szczegółach wariactwa na jakiś konkretny temat często się rozmijamy. Zasadniczo odmówiłam zatem wspominania koszmaru. Ale ta podstępna kobieta małymi kroczkami podsuwała mi pewne sugestie, głównie z jubileuszowych koncertów w 1995 i 2010: a to puściła "Master of the House" w wykonaniu aktora, który grał ważną - i całkowicie niemusicalową - rolę w jednym z moich ulubionych brytyjskich seriali (Garrow's Law), a to puściła "Stars" (2010) z niewinnym na pozór pytaniem, jak mi się - niezależnie od muzyki - podoba wykonawca, a to podesłała youtubowe kawałki zaśpiewane przez panów, których widziałyśmy wcześniej w jubileuszowym Upiorze w operze i bardzo nam się spodobali. Po krótkim okresie takiej nadprogowej reklamy doprowadziła do tego, że sama zaczęłam odsłuchiwać coraz więcej kawałków i odkryłam, że całość może brzmieć zupełnie inaczej niż w filmie. Ba, że przy całej prostocie pomysłu, żeby wszystko oprzeć na kilku powtarzających się i powracajcych melodiach, tej muzyki całkiem fajnie się słucha.

Teraz będzie dygresja, tłumacząca, o co chodzi z resztą przywołanej tu wcześniej muzyki, do której powinnam jeszcze dorzucić IX symfonię "Z nowego świata" Dvořaka oraz Błękitną rapsodię Gershwina. Otóż te dwie ostatnie znałam w dzieciństwie z takich sobie, w najlepszym razie przyzwoitych nagrań i nie tyle nie lubiłam, ile trafiły do mnie naprawdę dopiero kiedy odkryłam nagrania bardziej dynamiczne, wydobywające naturę tej muzyki. Z Szeherezadą było podobnie, tyle że winną była tu krakowska Filharmonia i jej orkiestra, która zagrała ten śliczny przecież utwór tak, jakby muzykom płacili od czasu trwania utworu, a na dodatek tak, jakby w partyturze nie istniały oznaczenia głośności, o tempie już nie mówiąc.

Tannhäuser to z kolei nieco inna bajka: jak już kiedyś pisałam, zupełnie nieoczekiwanie zakochałam się w tej operze od pierwszego wejrzenia, a raczej odsłuchania fragmentów, a następnie pełna zapału poszłam obejrzeć gościnny występ Opery Śląskiej w Krakowie. Jasne, Teatr Słowackiego ma bardzo taką sobie akustykę, zwłaszcza dla muzyki, ale nie sądzę, żeby teatr w Bayreuth z jego custom made wagnerowską akustyką był w stanie uratować to wykonanie, ba, obawiam się, że pogrążyłby je dodatkowo. Nie dość, że zwłaszcza wykonawcę tytułowej partii ledwie było słychać, nie dość, że śpiewano po polsku (!!!), to jeszcze na dodatek znów w tempie czterogodzinnego marsza pogrzebowego i bez jakiejkolwiek modulacji tempa czy natężenia dźwięku. Pamiętam ten spektakl jako jakąś ogólną bezkształtną masę dźwięków, w której nawet nie bardzo słychać główne motywy muzyczne.

I teraz powrót do Les Misérables. Film wywołał we podobne wrażenie: jakieś orkiestrowe, niezbyt wyraźne dźwięki plus mamrotanie wykonawców. A na okrasę coś, czego wyjątkowo nie znoszę w śpiewaniu, mianowicie piszczenie. Wszystkie jak jeden mąż panie w tym filmie śpiewają na granicy (albo i poza nią) swojego rejestru i w sumie nie ma znaczenia, czy Anne Hathaway (Fantine), jak mówią, odebrała wykształcenie muzyczne, a Amanda Seyfried (Cosette) śpiewała w Mamma Mia! - w obu przypadkach ich głosy atakowały moje bębenki nieznośnym piskiem à la "księżniczki Disneya", że posłużę się trafnym porównaniem N. Na dodatek również Hugh Jackman (Valjean), aktor, którego nie dość, że lubię, to jeszcze znałam z kilku musicalowych klipów, w których był świetny (i w rodzinnej Australii był przede wszystkim aktorem śpiewającym), został tu ustawiony zdecydowanie powyżej swojego naturalnego rejestru, w związku z czym męczył się niemiłosiernie z każdą frazą i niestety często fałszował, a jego Valjean głosowo sprawiał wrażenie odwiecznego suchotnika a przynajmniej astmatyka, zamiast potężnego zarówno ciałem jak i duchem siłacza.

Co więcej, nie to wszystko było w tym wykonaniu najgorsze. Helena Bonham Carter, aktorka wybitna zarówno w rolach poważnych jak i komediowych, jak również Sasha Baron Cohen, komik może nie w moim guście ale wyrazisty, nie powinni zabierać się na serio za śpiewanie, nawet jeśli chodzi o role groteskowe. A skoro już reżyser uznał ich za idealnych odtwórców koszmarnej rodzinki Thénardierów (aktorsko i ruchowo w bardzo ładnie zainscenizowanej sekwencji "Master of the House" są rzeczywiście dobrzy) to należało ich przekonać - co udało się w przypadku Minnie Driver w filmowym Upiorze - że śpiewać powinien ktoś inny.

A i oni nie są największą katastrofą muzyczną tego filmu. Jest nią aktor, którego marzenia o muzycznej karierze zainspirowały tytuł niniejszej notki. Szanowni państwo, oto zdobywca statuetki, Russell Crowe w roli inspektora Javerta. Na pierwszy rzut oka duet Jackman-Crowe wydawał się do dwóch głównych ról całkiem dobry; nie jestem wielbicielką Crowe'a, ale kilkoma rolami pokazał, że daje sobie radę z postaciami charyzmatycznymi i mającymi na ekranie efektownie się prezentować. Niestety, zamiast kontynuować pełną sukcesów karierę specjalisty od szlachetnych bohaterów z problemami, Russell C. postanowił spełnić swoje marzenie i co więcej, przekonał do tego osoby od castingu do Les Misérables, które całą obsadę kompletowały chyba w stanie pomroczności jasnej. Russell C. nadaje się bowiem na aktora musicalowego mniej więcej tak jak ja na zdobywcę biegunów. Russell C. nie umie śpiewać w stopniu wręcz katastrofalnym, w związku z czym to wszystko, co muzycznie jest jedną z dwóch najmocniejszych (obok scen zbiorowych) stron omawianego dzieła, czyli konfrontacje Javerta z Valjeanem, wzięło kompletnie w łeb. Z jednej strony mamy bowiem przesterowanego, zadyszanego i mocującego się z własnym falsetem Jackmana, z drugiej - mamroczącego w miejscami dość dalekich okolicach melodii Crowe'a.

Na szczęście są inne wykonania, w których główne role śpiewają ludzie umiejący śpiewać, a muzyka nie jest zarżnięta przez zmianę sporych kawałków z melodyjnych recytatywów w partie mówione (tego pomysłu w filmie już całkowicie nie ogarniam) ani też spowolniona; osobiście moim chwilowo bezwzględnie ulubionym jest londyński koncert z okazji dwudziestopięciolecia (2010). I wszystko byłoby w tej właśnie wersji w porządku, nie musiałabym wykreślać tego przysłówka z poprzedniego zdania, gdyby nie jeden drobny szczegół: również w tym przypadku realizatorzy postanowili spełnić czyjeś marzenie i skończyło się to (muzyczną) katastrofą. Tym razem marzycielem był niejaki Nick Jonas (Marius), na co dzień wokalista boysbandu, chłopak może i śladowo muzykalny, ale potrafiący śpiewająć wyłącznie w manierze boysbandowej, zapewne chwytającej za serce spore rzesze nastolatek, ale do poważnego musicalu nienadającej się w sposób dramatyczny. Między innymi dlatego, że wszelkie partie liryczne natychmiast staczają się w specyficzny zaśpiew i charakterystyczne niewykończone, jakby połknięte frazy. Z innym Mariusem przełknęłabym w tym spektaklu całą niekoniecznie jak na mój gust idealną reszę (Eponine, Cosette i Thénardier - ten ostatni głównie dlatego, że rewelacyjny jest gdzie indziej), bo duet Valjean/Javert wynagrodziłby mi wszystko, a i rewolucjoniści są jeden w drugiego znakomici.

Przyznam bowiem, że niezbyt podoba mi się również to, jak w tym konkretnym wykonaniu oraz w filmie śpiewa Samantha Barks (Eponine), choć niewątpliwie z osób występujących w filmie jest najlepsza technicznie. Niestety jej maniera z kolei jest raczej w stylu r&b, za którym w ogóle nie przepadam, a poza tym średnio się sprawdza w dziele, które oparte jest jednak na tradycjach muzyki klasycznej, z aranżacją na dużą orkiestrę itd. Ani boysband, ani r&b mi do tego musicalu nie pasują (nie pasowałyby takoż do Upiora), za to sprawdza się tu zarówno śpiew operowy jak i śpiewający aktorzy, w związku z czym zachwycają (tak, zachwycają) mnie zarówno występujący wcześniej głównie w English National Opera Alfie Boe (Valjean 2010), jak i nowocześni aktorzy musicalowi Norm Lewis (Javert 2010), Ramin Karimloo (Enjolras 2010) oraz Lea Salonga (Fantine 2010, Eponine 1995), a nawet umiejący śpiewać aktorzy dramatyczni, jak przywołany wcześniej bez nazwiska Alun Armstrong (Thénardier 1995 - jedyny, który nie jest tylko groteskowy, ale również kiedy trzeba - przerażający).

Nadal w warstwie muzycznej nie przekonują mnie postacie kobiece - ich solówki za bardzo jak na mój osobisty gust wyrywają się z dramatycznej całości i brzmią zanadto jak popowe piosenki wplecione w dramatyczną fabułę, która jednak jest przede wszystkim o Valjeanie i Javercie z jednej strony, a o nieudanej i idealistycznej rewolucji z drugiej, i na szczęście w obu tych przypadkach muzyka staje na wysokości zadania. W związku z tym na moim osobistym soundtracku, sklejonym z dwóch wersji koncertowych (a właściwie trzech, jako że "Empty Chairs" wzięłam z kolei z solowego występu Johna Barrowmana, bo Marius jest nieznośny w obu koncertach - w 1995 Michael Ball śpiewa go zbyt manierycznie, jak liryczne role z lat '80, a o 2010 pisałam) role kobiece ograniczyłam do minimum i to raczej scen dramatycznych a nie solówek.

Wrócę sobie teraz do samego początku. Nie mam pojęcia, czy etatowi artyści Opery Śląskiej marzyli o zaśpiewaniu Wagnera, ale na pewno nie powinni byli się na niego porywać. Nie mogę też mieć pretensji do przyzwoitych, choć nieporywających wykonań Gershwina czy Dvořaka. Stanowczo natomiast protestuję przeciwko spełnianiu takich marzeń aktorów, które skutkują takimi sytuacjami jak opisana: że mało brakowało, a obraziłabym się na Les Misérables na wieki i tylko pewnej polytropos gyne zawdzięczam, że tak się nie stało, a nawet zawdzięczam jej pewien stopień fangirlingu. O ścieżce dźwiękowej filmu staram się zapomnieć, aczkolwiek "Stars" z tejże może powinnam sobie puszczać, kiedy na przykład wydaje mi się, że coś, co robię - zwłaszcza z tego powodu, że lubię lub chcę to robić - jest do niczego. Zawsze przecież może być gorzej.

gladiator

PS. Ukułam nawet termin "russelizm" na coś wyjątkowo nieudacznego.

PS 2 (pół dnia później). Przekonana przez jednego z komentatorów zmieniam :"russelizm" na "krowizm", z przeproszeniem wszystkich krów.

środa, 06 marca 2013
Cesarzowi, co cesarskie!

Nie należę do zażartych krytyków obecnego rządu: ani z powodów ideowych, ani też z powodów praktycznych. Po prostu uważam, że nie jest to z pewnością rząd doskonały, ale i tak najsensowniejszy od roku 1989, a może 1990, bo rząd Mazowieckiego to zupełnie inna bajka i jego niedoskonałość była czymś zupełnie innym. Czymś, co se ne vrati.

Napisałam poprzedni akapit, ponieważ teraz przystąpię do krytyki, nawet nie tyle rządu, ile sytuacji, jaka nam lada moment zostanie zafundowana. Sytuacji lepszej od obecnej, ale i tak moim skromnym zdaniem fatalnej. I nie, chwilowo nie będę pisać o sytuacji nauki w Polsce, choć taka notka wśród niedokończonych sobie leży i kwiczy mniej więcej tak jak finanse humanistyki polskiej z nadania Ministerstwa. Nie, na razie będzie o "kompromisie" czyli zapowiedzianym odpisywaniu 0,5% podatku na "kościoły i związki wyznaniowe" (ze wskazaniem). Kompromisie, bo rząd chciał 0,3%, a kościół katolicki 1%, więc te 0,5% to jakaś tam wygrana. W każdym razie tak się to przedstawia.

No dobra, będę przynajmniej nareszcie miała świadomość, że wypracowane przeze mnie pieniądze budżetu państwa nie pójdą na finansowanie działalności instytucji, którą uważam za szkodliwą i gorszącą, a jej doktrynę za niespójny patchwork niekompatybilnych elementów, sprzedawanych jako jedyna słuszna ideologia, na dodatek rzekomo dowiedziona historycznie. I może by mi to nawet wystarczyło, gdyby nie kilka zastrzeżeń.

Pominę tu niestosowność proponowania czegokolwiek w zamian za Fundusz Kościelny, który był rekompensatą za odebrany majątek, a ten z kolei nie powinien był zostać zwrócony, skoro była rekompensata, na dodatek bardzo duża... Pominę skandal, jakim była Komisja Majątkowa. Pominę pazerność i roszczeniowość, bo nie mam ochoty czuć, jak mi się nóż w kieszeni otwiera, nic przyjemnego. Przejdę od razu do spraw ogólnych.

Przede wszystkim nie uważam, żeby finansowanie jakichkolwiek działań o charakterze religijnym było obowiązkiem państwa, które w Konstytucji określa się jako neutralne światopoglądowo. Choćby dlatego, że chyba nie istnieje na świecie kraj, w którym jakaś religia nie byłaby dominująca w sensie statystycznym, w związku z czym oczywistym jest, że z budżetowych dotacji ktoś się obłowi, a ktoś będzie nadal klepał biedę, bo statystyka wiernych nijak nie przekłada się na rzeczywiste potrzeby instytucji, zwłaszcza kiedy ta statystyka jest fałszowana a przynajmniej naciągana i grubymi nićmi szyta, jak w Polsce. Uważam, że wiara i religia powinny być prywatnymi sprawami ludzi, którym są one potrzebne, i przez tych prywatnych ludzi, którzy chcą je finansować, utrzymywane w formie instytucjonalnej. Bo również dla wielu wierzących instytucja jest niepotrzebna, więc nawet wiara nie musi oznaczać chęci finansowania religijnych urzędników.

No dobra, powie ktoś, przecież do tego właśnie dążymy z tym odpisem. No właśnie niezupełnie. Bo odpis podatku to jednak wyrwanie jakichś pieniędzy z budżetu, pieniędzy, które nie zostaną w związku z tym przeznaczone na istotne potrzeby państwa i społeczeństwa. (Przyjmujemy tu oczywiście model teoretyczny czyli idealny, w którym nie zostaną one tak czy siak przejedzone, jak nie przez urzędników kościelnych, to państwowych.) Istnieje coś takiego jak "model niemiecki", który ujmuję w cudzysłów z tego powodu, że raz za czas słyszy się, że "w tych Niemczech to niezupełnie tak działa", a ponieważ nie wiem, jak działa w szczegółach formalno-prawnych, więc odwołuję się do pewnego postulatu, modelem niemieckim nazywanego. Mianowicie postulatu faktycznego finansowania kościołów i związków wyznaniowych bezpośrednio z kieszeni wiernych, w postaci dodatkowego podatku kościelnego. Jak wiadomo, Polakom nie w smak takie rozwiązanie, bo płacić nie lubią (i przez niepłacenie w Niemczech miewali następnie kłopoty z kościołem w Polsce, bo byli skreślani w tychże Niemczech z listy) - choć przecież tak naprawdę praktykujący katolicy już taki "dobrowolny" podatek płacą w postaci coniedzielnej tacy, corocznej kolędy (w tym drugim przypadku płaci nawet spory odsetek ludzi skądinąd niepraktykujących). opłat za śluby, chrzty i pogrzeby, i tak dalej.

Ale ten model jest tak naprawdę jedynym sensownym. Tylko że jeszcze bardziej niż statystycznemu polskiemu katolikowi nie jest on w smak hierarchii kościelnej, bo może się okazać, że wierni nie mają ochoty płacić na audi proboszcza i limuzynę biskupa... Nie mówiąc już o tym, że model ten mógłby pokazać, jaki jest prawdziwy odsetek praktykujących katolików, którym zależy na kościele, w Polsce, i obalić mit "95%". Oczywiście w założonym modelu niepłacenie równa się wykluczeniu z instytucjonalnej wspólnoty, a więc adieu śluby i pogrzeby, więc tak naprawdę w naszym tradycyjnym społeczeństwie kościół nie miałby się czego obawiać - statystyczny Polak zapłaci jeśli nie dlaczego innego, to chociażby dla świętego spokoju i żeby tradycji stało się zadość. Ale kler się boi, że jednak takie rozwiązanie mogłoby namieszać w statystykach, więc upiera się przy odpisie od podatku - czyli żąda części pieniędzy, których obywatel i tak nie ogląda na własne oczy, tylko wpłaca do kasy państwowej.

Tylko że w ten sposób kościół sprzeniewierza się własnym naukom - nie żeby stanowiło to wyjątek, ale jest to przypadek dość drastyczny. Jest bowiem napisane w Ewangelii, żeby oddawać cesarzowi, co cesarskie, czyli płacić podatki. Przypomnijmy, że w czasach, kiedy działał Jezus i podobni mu prorocy (pomińmy miłosiernie kwestię historyczności konkretnych postaci), jednym z głównych powodów zatargów Żydów z Rzymianami były właśnie odmowy płacenia podatków, uczestniczenia w obywatelskim życiu imperium. Przypomnijmy również, że akurat do Judei i okolic Rzymianie nie wleźli z własnej rzymskiej woli, ale zostali tam zaproszeni przez Judę Machabeusza i jego popleczników, aby wspomóc jego powstanie przeciwko Antiochowi IV z dynastii Seleukidów. Tyle że Juda się przeliczył, bo na knowaniach z Rzymianami nikt dobrze nie wychodził, i jak tylko Rzymianie powstaniu Machabeuszy pomogli, to postanowili zadomowić się w Syropalestynie, a z czasem zażądali podatków.

Podatek jest zatem sprawą cesarską i należy go płacić. Nie należy go państwu zabierać, bo on do państwa należy. Do państwa - czyli w dzisiejszym rozumieniu do wszystkich obywateli, do społeczeństwa. Do nas. Kościołowi i religii nic do tego.

Ale jest jak jest i "modelu niemieckiego" nie przeforsujemy, więc należy się przyjrzeć temu wypracowanemu "kompromisowi". Dobra, pół procent to lepsze niż cały procent. I mogłabym nawet temu całemu pomysłowi z odpisem podatków przyklasnąć - choć nie entuzjastycznie - gdyby rząd, ministerstwo finansów czy ktokolwiek jest za to odpowiedzialny, zdecydowali się na odważny krok.

Gdyby się mianowicie zdecydowali wprowadzić "celowane pół procent podatku" dla wszystkich podatników. Gdyby nie było tylko tak, że tylko do kościołów i związków wyznaniowych możemy skierować cząstkę wypracowanych przez nas pieniędzy. Gdyby było tak, że w formularzu podatkowym dostajemy wybór, na jaki konkretny cel chcemy przeznaczyć nasze 0,5%. Żeby było tam jasno napisane, że do wyboru mamy - oprócz kościołów itd. - edukację, zdrowie, naukę, kulturę, sport, bezpieczeństwo, infrastrukturę i pewnie coś jeszcze. Żeby obywatel wypełniając takie zeznanie miał świadomość, że pieniądze dane kościołowi (bo nie oszukujmy się, głównym beneficjentem będzie kościół katolicki, pozostałe związki wyznaniowe się w tych negocjacjach w ogóle nie liczą, ich głosu w ogóle nie słyszymy) zostaną odebrane pozostałym sferom budżetu. Może wtedy komuś ręka by zadrżała i jednak zamiast na audi proboszcza (czy nawet jego emeryturę) albo nowy pomnik katolickiego triumfalizmu zdecydowałby się przeznaczyć ten swój grosz na szkoły, szpitale, laboratoria czy policję.

Takie ujęcie przybliżyłoby ten niezbyt zdrowy kompromis do "modelu niemieckiego", a poza wszystkim innym stanowiłoby znakomite darmowe referendum, w którym corocznie społeczeństwo wskazywałoby - demokratycznie - swoje priorytety. Dla polityków mogłoby to stanowić cenną wskazówkę.

Berlin, Antikensammlungen

PS. Ten tekst napisałam już jakiś czas temu, ale nie publikowałam, bo - jak już jakiś czas temu wspominałam - czuję niechęć do pisania o sprawach aktualnych i zahaczających o politykę. Dziś jednak do jego publikacji zachęcił mnie artykuł o lękach samorządów w związku z odpisem podatkowym - lęk właśnie o odpływ pieniędzy, które dotychczas były dla nich przeznaczone. Lęk ten spowodowany jest oczywiście w dużej mierze owymi mitycznymi 95 procentami, więc może okazać się przedwczesny, ale rozwiązanie, które tu opisałam, wydaje się w tym kontekście szczególnie aktualne.

sobota, 26 stycznia 2013
Poezja. Przekłady. Przedmowa.

Trzy wpisy temu zapowiedziałam, że w ramach reaktywacji napiszę krótkie wytłumaczenia dotyczące tłumaczeń poezji. Bo tłumaczenie poezji to jest walka z materią językową i wersyfikacyjną (czyli tak zwaną po szkolnemu "formą"), z samym sobą, z obrazem, który wiersz w człowieku wywołuje, z epoką, w której powstał, i językiem, w którym ma być czytany. Z pokusami, że współcześnie do wiersza, który się tłumaczy, pisali przecież w języku, na który się tłumaczy, jacyś poeci, czasem nawet wybitni, więc może by nimi "pojechać".

Przekładanie poezji - a zapewne wysoko artystycznej prozy również - jest sztuką wyboru i kompromisu, głównie z sobą samym, wbrew pozorom. Procesem dokonywania nieustannych bolesnych wyborów. O tych wyborach i o towarzyszących im niepokojach oraz - wybaczcie patos - cierpieniach chciałabym kilka notatek napisać. Bo ten proces gdzieś ginie, a jego efekty spotykają się niekiedy z głosami krytycznymi. Dlatego kusi mnie próba opisania, z czego świadomie - i nierzadko z bólem i trudem - rezygnowałam. I z jakich powodów. Teraz napiszę do tych notatek wstępik teoretycznawy, żeby pewnych rzeczy nie powtarzać za każdym razem.

W czasach, kiedy jeszcze mocowałam się z konsekwencjami błędnych decyzji dotyczących wyboru pierwszych studiów, miałam przejściową ideę zajmowania się teorią przekładu oraz konkretami tłumaczenia dawnej angielskiej poezji (XVI-XVII w.) na język polski. Nic z tego zajmowania się nie wyszło, bo szybko odkryłam, że teorie teorii to jest zjadania ogona nawet nie własnego, ale cudzego, i to zazwyczaj wyliniałego. Ale poczytałam sporo przekładów "poetów metafizycznych" i zapamiętałam na całe życie jedno: nawet jeśli Kochanowski w plus minus tym samym czasie napisał, że "ale to wszystko za jaje, kiedy Hanny nie dostaje", to pisanie w XX wieku plus minus czegoś takiego: "nie pusz się śmierci, za jaje twa groza", nie jest dobrym pomysłem. Bo jest jeszcze coś takiego jak czytelniczy dystans do języka i jego archaiczności: bez trudu akceptujemy ją w tekście naprawdę napisanym dawno, ale w nowoczesnym przekładzie razi.

Poczytałam wówczas również rozmaite teksty mniej lub bardziej teoretyczne lub metodologiczne i z tej lektury z kolei wyniosłam naukę, że umieszczanie w manifestach translatologicznych uwag ad personam, kiedy samemu jest się krytykowanego tłumacza konkurencją, jest mało eleganckie. Spowodowało to u mnie niewątpliwy dysonans: z jednej strony nie do końca da się wytłumaczyć swoje własne wybory bez odniesienia się do przekładów wcześniej istniejących, zwłaszcza jeśli się je znało i własne wybory podejmowało po części przynajmniej w odpowiedzi na to, co we wcześniejszych przekładach człowiekowi nie odpowiadało. Z drugiej zaś strony chciałabym uniknąć wytykania palcem innym tłumaczom: o, tu nie zrozumiał, o, tu nie miał słuchu. To powinien robić krytyk zewnętrzny, który również sine ira et studio przyjrzałby się moim wyborom i ich rezultatom.

Już wiem, że bez odniesień do innych przekładów się nie obejdę, ale postaram się nawiązywać do nich tylko w tych konkretnych sytuacjach, kiedy rzeczywiście przekonanie o popełnieniu przez innego tłumacza błędu bądź też podjęciu niedobrej decyzji artystycznej było elementem mojego własnego namysłu nad konkretnym tekstem i związanymi z nim wyborami. Od razu jednakowoż uprzedzam, że jest jeden przykład tłumaczenia wybitnego wiersza, od którego może nawet i zacznę ten cykl, od pastwienia się nad którym prawdopodobnie nie zdołam się powstrzymać.

Albowiem oprócz przekładów publikowanych przez poważne wydawnictwa - przekładów, które mogą się podobać albo nie, analogicznie do adaptacji filmowych wielkiej literatury, niemniej zostały przynajmniej poddane jakiejś weryfikacji (nawet jeśli w niektórych przypadkach jej podstawą bywa pozycja i wcześniejszy dorobek tłumacza) - istnieje jeszcze tłumaczeniowa grafomania, która ujawnia się zazwyczaj w internecie, niekiedy przyjmując pozory poważnej pracy literackiej. W takim przypadku z jednej strony chciałoby się machnąć ręką, bo to w sumie coś w rodzaju twórczości spod znaku fan fiction czyli nastolatek piszących o romansach Hermiony Granger z profesorem Snapem. Po namyśle doszłam jednakowoż do wniosku, że w przypadku publikowania w sieci autentycznie grafomańskich przekładów wielkiej poezji czyni się szkodę nie tylko własnej reputacji, bo ta jest problemem osoby publikującej. Publikując potworki przekładowe wyrządza się jednakowoż również krzywdę utworom tłumaczonym, a mowa tu będzie o poezji z najwyższej półki. Dla czegoś takiego nie zamierzam być pobłażliwa i tu już nie będzie dyskusji z tłumaczem. Twórczość poetów dziewiętnastowiecznych należy do domeny publicznej, ale to jeszcze nie znaczy, że wolno bezkarnie ją kaleczyć i ośmieszać.

Zwłaszcza że jest jeszcze jedno, że powołam się znów na analogię z filmowymi adaptacjami powieści, ponieważ poza wszystkim innym rozpisywałam się na ten temat dwa wpisy temu, więc jestem na bieżąco z przemyśleniami. O ile ośmieszająca, okaleczona adaptacja filmowa klasyki literackiej zazwyczaj dość szybko i łatwo zostanie zweryfikowana przez krytykę, publicznie obnażona i napiętnowana - a następnie co najwyżej trafi do kategorii kultowych dziwactw i potworków czyli stanie się obiektem campowym - o tyle krążący po sieci przekład wiersza takiej weryfikacji nie podlega, a na dodatek na przykład maturzyści w swoich prezentacjach zapewne go zacytują w dobrej wierze, ponieważ będzie najłatwiej dostępny...

To tyle właściwie tytułem wstępu do cyklu, który zapewne będzie nieregularny i przetykany innymi notkami, ale który bardzo chcę napisać - jeśli nie dla kogokolwiek innego, to chociażby dla samej siebie, żeby wytłumaczyć się z tłumaczeń przed samą sobą i duchami poetów. Zwłaszcza że planuję wiktoriańską kontynuację i za jakiś czas może tomik dziewiętnastowieczny, może więc nawet będą to czasem cierpienia tłumacza na żywo, zapisy zmagań z materią znajdującą się akurat na warsztacie.

poniedziałek, 21 stycznia 2013
O godności

Drodzy czytelnicy, miałam szczere postanowienie nie pisać na tym blogu więcej o polityce i sprawach pokrewnych, bo zbyt dużo rzeczy mnie irytuje (mówiąc bardzo delikatnie), a wałkowanie głupoty, wredności i cynizmu coponiektórych uważam na dłuższą metę za stratę czasu. Ale nie zdzierżyłam, kiedy przeczytałam parę dni temu artykuł o tym, że były senator i wicemarszałek Romaszewski, będący również byłym i obecnym opozycjonistą, zażądał odszkodowania za to, że za PRL siedział w więzieniu. Po prawdzie nie sam ten fakt mnie zbulwersował, choć uważam go za sporą bezczelność, ale uzasadnienie, jakie dla swoich roszczeń podał pan były senator. Otóż oznajmił on ponoć, że te wydarte z budżetu państwa 240 tysięcy "pozwolą jemu i żonie na godne życie" - a dziennikarz ujawnił, że obecne dochody państwa byłych marszałkostwa wynoszą 6 tysięcy miesięcznie.

Sześć (a raczej osiem, jeśli te 240 tys. rozłożyć na dziesięć lat) tysięcy na dwie osoby bez dzieci na utrzymaniu to trzy (cztery) tysiące na głowę. Więcej niż zarabia większość Polaków zatrudnionych w sferze budżetowej, będących w tzw. wieku rozwojowym. Nie wiem, jakie dokładnie są pensje np. urzędników zwyczajnego szczebla, ale wiem, jakie są zarówno pensje tzw. młodszych pracowników naukowo-dydaktycznych na wyższych uczelniach jak i emerytury profesorskie tamże, a że były senator Romaszewski wywodzi się ze środowiska akademickiego, więc to powinno być porównaniem dla jego obecnego statusu finansowego. Ale nie zajęłabym się tą sprawą, gdyby nie wątek osobisty i poczucie zobowiązania do zabrania głosu, resztę wpisu popełnię zatem w formie listu do byłego senatora, a PT Czytelnikom obiecuję szybki powrót do tematyki (nowa notka jest już nawet gotowa), którą znacznie bardziej chcę się zajmować.

Panie Senatorze,

w latach '80, po tym, jak został pan zwolniony z więzienia, to mój ojciec załatwił panu fikcyjną pracę na Uniwersytecie Jagiellońskim, żeby chronić pana przed ustawą o pasożytnictwie. Nie bywał pan w Krakowie więcej niż było konieczne, żeby tę etatową fikcję podtrzymywać, co zresztą rozumiem - pańska działalność była gdzie indziej. Ale pamiętam, choć w sumie byłam jeszcze dzieckiem, że bardzo przeżywałam pańską wizytę w naszym domu. Słuchałam opowieści i miałam poczucie uczestnictwa w czymś ważnym: oto w moim mieszkaniu pojawia się ktoś, kto prowadzi prawdziwą konspiracyjną działalność, ktoś o czyjej wizycie nie mogę powiedzieć w szkole... Miałam też wrażenie kontaktu z surowym moralistą, człowiekiem na wskroś uczciwym, jak z wierszy Herberta - dziś niestety mam smutne wrażenie, że była to nieskazitelność spod znaku Robespierre'a.

Najmniej w tym kontekście dziwi mnie domaganie się odszkodowania od III Rzeczpospolitej za krzywdy wyrządzone przez PRL (nie mam zresztą żadnych podstaw do tego, żeby dyskutować o zasadności tego rodzaju odszkodowań jako takich), choć uważam, że samym faktem bycia senatorem - a może powinnam powiedzieć: sprawowania godności senatora - w wolnej Polsce odegrał się pan na komunie, a i z diet senatorskich można sporo na "godne życie" odłożyć.

Zbulwersowała mnie natomiast wypowiedź, z której wynika, że za 6 tysięcy nie da się godnie żyć w dwie osoby. I na to, żeby "godnie żyć" wydziera pan z kieszeni podatnika - bo tym są pieniądze budżetu - sporą sumę, którą dołoży pan do dochodów znacznie przekraczających uposażenia pańskich byłych kolegów po fachu, nie mówiąc już o ich emeryturach. Panie senatorze, emerytura mojego ojca, profesora UJ, który kiedyś pomógł panu przetrwać bardzo trudny okres, jest śmiesznie mała w porównaniu z tym, co pan uważa za gwarantujące zaledwie życie poniżej godności. Zapewniam pana jednak, że wiedzie on życie znacznie godniejsze niż pan, ponieważ nie wyciąga z budżetu państwa pieniędzy potrzebnych chociażby na rozwój polskiej nauki, którą niegdyś na niewielką skalę pan współtworzył, a także na szpitale, szkoły, drogi, bezpieczeństwo.

Panie senatorze, pensje nauczycieli, wykładowców akademickich, pielęgniarek i całej rzeszy obywateli, których praw niegdyś pan bronił, też są śmiesznie małe w porównaniu do pańskich dochodów. Panie senatorze, pańskie odszkodowanie za dwa lata w więzieniu to równowartość stu pensji adiunkta na UJ czyli ośmiu lat jego wynagrodzeń - oznacza to utrzymanie pracownika naukowo-dydaktycznego między doktoratem a habilitacją. Coś, z czego pan zrezygnował, wybierając karierę polityka. Polityka, który mimo swoich korzeni, mimo posiadanego doktoratu z fizyki i mimo wsparcia udzielonego panu przez środowisko akademickie w trudnej sytuacji życiowej nie zajął się ani przez chwilę w swojej karierze senatorsko-marszałkowskiej kwestią uposażeń pracowników akademickich czy finansowania polskiej nauki. Zastanawia mnie, jak pan - wielki moralista - będzie w stanie spojrzeć takim ludziom w oczy po tej wypowiedzi o sześciu tysiącach złotych niewystarczających do godnego życia dwóch osób - jedynie w kontekście prywaty.

Chciałabym, żeby po tej wypowiedzi spojrzał pan w oczy mojemu ojcu.

Panie senatorze, uważam, że mam moralne prawo zadać panu to jedno krótkie pytanie: jak panu nie wstyd?

Demostenes

sobota, 12 stycznia 2013
Edward Rochester był ogrem

Autorka niniejszego bloga jest wyznawczynią tezy, iż życiem rządzą przypadki. Poniższy wpis zaś jest efektem pewnego szeregu dość przypadkowych zdarzeń. Na początku był czytnik ebooków. Ot, kaprys - nie jest to urządzenie, bez którego bezwzględnie nie potrafiłabym żyć, ale przyznaję, że jest fajne. Model wybrałam dość przypadkowo, choć oczywiście trochę ocen poczytałam i znajomych podręczyłam o opinie. Model okazał się wyposażony w całkiem pokaźny zbiór całkiem sensownych darmowych ebooków, wśród których była również Jane Eyre Charlotte Brontë - a ponieważ od dawna zamierzałam odnowić znajomość z tą powieścią (skądinąd miałam ją nawet w pewnym momencie tłumaczyć na nowo, ale nie wyszło, a i wydawnictwo było beznadziejne, więc poniekąd lepiej, bo byłby to przekład niezredagowany), oczywiście ją przeczytałam, a raczej połknęłam, rozkoszując się przy okazji nowoczesną techniką.

A jak przeczytałam, to bardzo mocno zapragnęłam obejrzeć jakąś adaptację filmową - nie wiem nawet w sumie, dlaczego. Ale była to tak silna potrzeba, że gotowa byłam zawiesić na kołku moje opinie dotyczące męskiej urody i obejrzeć na początek wersję z Michaelem Fassbenderem, którego - w przeciwieństwie do większości moich koleżanek - nie uważam za atrakcyjnego. Wersja ta była nawet dostępna na wyciągnięcie ręki, albowiem w posiadaniu N. Po prawdzie u tejże była również wersja z Ciaranem Hindsem, którego z kolei uważam za niekiedy (np. w Rzymie) zdecydowanie atrakcyjnego, ale jakoś zdjęcie na okładce, krzyczące na odległość taniością produkcji i fatalną charakteryzacją, też mnie nie zachęcało.

Przypadek zaś zrządził inaczej: idąc w stronę działu operowego w Empiku zobaczyłam przeceniony serial BBC z 2006 roku - i wcale od razu go nie kupiłam, bo jakkolwiek zasadniczo uważam BBC za jednego z najlepszych producentów seriali, miałam wrażenie, że skoro nigdy o tej konkretnej wersji nie słyszałam, to pewnie jest nieważna i nieciekawa (obsada nie była wypisana na pudełku, ale i tak moja pamięć do nazwisk jest tak marna, że pewnie niewiele bym z tego skorzystała). Na dodatek nadal rozważałam pożyczenie któregoś z filmów od N. Ale jakoś się tak złożyło, że właśnie nadchodził listopadowy długi weekend, zapomniałam w końcu coś pożyczyć i zorientowałam się, że na kilka dni wolnych zostałam bez wymarzonej filmowej Jane. Popędziłam więc w ostatniej chwili do otwartego długo Empiku i kupiłam rzeczony serial. Tego samego wieczora zasiadłam do oglądania pierwszego odcinka - na dodatek w wersji łączącej po dwa godzinne odcinki w jeden - i zatonęłam w nim całkowicie. W środku nocy musiałam z trudem wyperswadować sobie, że oglądanie kolejnych dwóch godzin i pójście spać nad ranem to jednak nie jest dobry pomysł.

I w taki to właśnie sposób w moim życiu zaczęła się nowa era fangirlingu po pierwsze, albowiem pan Rochester Toby'ego Stephensa podbił moje serce całkowicie zarówno koncepcją postaci jak i tejże koncepcji realizacją, a po drugie - znalazłam filmową Jane idealną, po której żadna już nie miała najmniejszych szans mnie zachwycić, a nawet na poważnie uwieść. Z samego początku drażniły mnie niektóre zmiany w stosunku do materiału powieściowego, brakowało mi jakichś konkretnych rozwiązań fabularnych - aczkolwiek natychmiast kupiłam zamianę przebieranki Rochestera za Cygankę w zaproszenie autentycznej Cyganki i przysłuchiwanie się zza parawanu, ponieważ scena ta nigdy nie wydawała mi się w powieści wiarygodna, a obejrzana później wersja serialowa z Timothym Daltonem potwierdziła moje przeczucia, że filmowo może z tego wyjść jedynie groteska, jeśli jest potraktowane na poważnie. Po kilkunastu obejrzeniach uznałam jednak, że za wyjątkiem drobiazgów, które bym troszkę zmodyfikowała, zmiany wychodzą filmowi na dobre, a nie stoją w sprzeczności z duchem powieści i epoki.

Ale miało być o ograch. I będzie. Ponieważ po zaangażowaniu się w rozmaite dyskusje na forach i blogach nagle odkryłam, co takiego - oprócz naprawdę świetnie napisanego scenariusza i dialogów - uwiodło mnie w koncepcji postaci. Otóż myli się ten, kto uważa, że uznałam Rochestera za ogra z powodu powierzchowności, opisywanej przez Jane piórem Charlotte w niezbyt pochlebnych słowach, którym - moim skromnym zdaniem - nie do końca należy dawać wiarę. Takie czasy, że zależna od swego chlebodawcy uboga dziewczyna nie może przyznać się do fascynacji jego osobą, a tym bardziej wyglądem fizycznym, bo byłoby to zaproszeniem do uwiedzenia. Dlatego Jane na pytanie Rochestera, czy uważa go za przystojnego, musi odpowiedzieć, że nie, choćby nawet uważała wręcz przeciwnie. I jeszcze jedno: to epoka, w której piękno wciąż jest mierzone "profilami greckich bogów", jak opisany jest St. John Rivers, a cokolwiek, co od tego ideału w jakikolwiek sposób odbiega, może być fascynujące, ale nie zostanie nazwane pięknym. To również epoka, w której nie da się być pięknym w szarej, niemodnej i prostej sukience, toteż tak rozumiane "piękno" odbiera Rochesterowi również fakt, że będąc zgorzkniałym i szorstkim po prostu zaniedbuje nieco te zewnętrzne oznaki tego, co dziś określono by zapewne słówkiem glamour.

Spoza sfery bogatej arystokracji "piękna" mogła być w oczach Jane panna Temple w Lowood - ale ona jak na owe warunki bardzo dbała o elegancję, a nawet posiadała wyróżnik nieco większej zamożności: zegarek przy pasku. Zaryzykowałabym więc stwierdzenie, że jakkolwiek powieściowa Jane od początku widzi w Rochesterze przede wszystkim piękną wbrew pozorom duszę, ale ona również wie, że wystarczyłby niewielki wysiłek i on byłby glamorous. I tak właśnie jest: kiedy przyjeżdżają arystokratyczni znajomi, Rochester nie odbiega od nich ubiorem, choć zdecydowanie odbiega duchem.

Dlatego też Jane - od początku partnerka Rochestera jeśli chodzi o wykształcenie, głód wiedzy, poznania i podróży, oraz wrażliwość - staje mu się równa dopiero kiedy sama odziedziczy majątek, który pozwoli jej stać się "piękną". Nawet jeśli będzie nadal miała zwyczajne rysy (wcale nie jestem o tym przekonana), to podobnie jak inne panie z towarzystwa będzie mogła bez poczucia niestosowności dodać sobie blasku piękną suknią, biżuterią, czy choćby uśmiechem. W przeciwieństwie do ponowoczesnych Amerykanek z kilku forów, które w finale powieści widzą opowieść o kastracji (tak, kastracji), uważam, że kalectwo Rochestera - bardzo szybko przez Charlotte złagodzone: bohater odzyskuje wzrok w dość krótkim czasie - jest mniej istotne dla kwestii ich małżeńskiego partnerstwa niż wzbogacenie się Jane.

Ba, byłabym skłonna nawet zaryzykować, że może w kwestii genezy tego kalectwa Charlotte błąkała się po głowie podobna idea co mnie, tylko w jej epoce taka decyzja literacka mogłaby ponownie pogrążyć bohatera. Ja sobie bowiem zawsze myślę, że z tym pożarem Thornfield Hall to mogło być inaczej niż nam się do wierzenia podaje: że tak naprawdę nie wiemy, co go wywołało. Może istotnie Bertha wymknęła się wreszcie Grace Poole na dobre, a nie było nikogo, kto dostatecznie wcześnie zauważyłby ogień (brakło Jane). Ale może to Rochester, który po ucieczce Jane popadł w najczarniejszą rozpacz, w głębi duszy marzył o tym, żeby ten koszmar się skończył - roił o unicestwieniu Berthy, licząc się z tym, ze i sam zginie - bo przecież nie miał już po co żyć. I niezależnie od tego, czy byłoby to tylko zdarzenie z gatunku "nie mów, bo się stanie", czy też celowe zlekceważenie wypadku - i otrzeźwienie w ostatniej chwili, stąd próba ratunku Berthy i ocalenie samego siebie - chciałabym mieć tę niepewność, czy on po prostu nie pragnął takiego finału. Zwłaszcza że wtedy ślepota byłaby blizną po utracie Jane, znikającą w jej obecności.

Dobra, wróćmy do ogrów. Nie powierzchowność zatem i takoż nie zachowanie, ja bowiem nie uważam Rochestera za gbura czy brutala. On jest po prostu w równym stopniu co Jane dzieckiem epoki, tylko dzieckiem zupełnie innym. Ma majątek, żyje zasadniczo samotnie, jeśli nie liczyć koniecznych kontaktów ze służbą i sporadycznych wizyt u sąsiadów, więc przyzwyczaił się do wydawania rozkazów z jednej strony, a do pełnych uwielbienia spojrzeń panien na wydaniu (ze względu na majątek oczywiście) z drugiej. Na dodatek do rodzaju ludzkiego ma stosunek cyniczny, co jest wynikiem zarówno historii z rodziną Masonów, jak i przygody z Cecilią Varens. Z tych powodów jest szorstki i poza sytuacjami towarzyskimi, w których maniery - będące jak mniemam odruchem Pawłowa - nieco tę szorstkość maskują (zauważmy, że nie do końca) - traktuje ludzi jak istoty od siebie zależne.

Okej, kwestia manier i szorstkości znacznie bardziej zbliża mnie do głównej tezy tej notki, bo w sumie zwłaszcza sposób bycia Rochestera uważam za maskę lub nawet cały kostium, który Jane powolutku, warstwa po warstwie, pomaga mu zdjąć, choć jest to proces bolesny (zakończeniu tego procesu służy, moim zdaniem, finałowe kalectwo jako punkt, od którego zaczyna się tworzenie nowej persony).

A zatem w kwestii ogrów. Ogry, jak wiadomo - wreszcie dochodzimy do sedna - są jak cebula. I takoż jak cebula jest Edward Rochester. Zupełnie jak w Shreku, że zacytuję in extenso:

- Ogry są... jak cebula!
– Śmierdzą?!
[Wygląd]
– Tak... nie!
– Bo się od nich płacze?
[Zachowanie]
– Nie!
– Bo jak się zostawi je na słońcu to robią się brązowe i rosną im włoski?
[Zaniedbanie fizyczne i społeczne wynikające z samotniczego trybu życia]
– NIE! Ogry mają WARSTWY! Rozumiesz, ogry mają warstwy – cebula ma warstwy. Ogry mają warstwy.

Zachowanie i styl bycia Rochestera, jak również jego cynizm, niewiara w ludzi, wreszcie wyobrażenia o sposobie naprawienia błędów młodości - to właśnie te warstwy, które z ogra/cebuli zdejmuje Jane, księżniczka Fiona tej opowieści. Wydawałoby się, że Fiona à rebours, ale nie: przecież w Shreku chodzi o to, że ona jest dla ogra ładniejsza jako ogrzyca niż jako "piękna" dziewczyna. Biedna i zależna od niego Jane nie jest partnerką dla Rochestera tak samo jak wiotka księżniczka nie jest partnerką dla Shreka. Zamożna Jane to zupełnie co innego, zupełnie jak wielka zielonoskóra Fiona.

Ponieważ wpis ten krąży sobie dość chaotycznie wokół kilku punktów, pozwolę sobie teraz wyjaśnić, po co był ten przydługi wstęp o adaptacjach filmowych. Otóż serial, w którym się zakochałam, pokazał mi to, co czytając powieść przeczuwałam - tę właśnie ogrowatość Rochestera. Uświadomił mi - postacią i rolą, która podbiła mój umysł i serce, oraz niewiarygodną chemią między głównymi bohaterami (to coś, czego nie uzyskała żadna inna adaptacja) - że "mój" Rochester z lektury powieści (ergo taki, jakiego szukałam na ekranie) to człowiek przede wszystkim zmienny, nieprzewidywalny, chimeryczny, przeskakujący z nastroju w nastrój i z tonu rozkazu w ton czułości - wszystko na przestrzeni kilku minut. Bezwzględny w krytyce i momentami nieprzyjemny w rozmowie aż do bólu, po to żeby w następnym zdaniu żartować, flirtować - po czym znów wpadać w ton sarkazmu i ironii. A zarazem człowiek absolutnie przekonany jednocześnie o swojej atrakcyjności jak i jej braku, ponieważ złe doświadczenia podpowiadają mu, że atrakcyjny może być jedynie jego majątek. Co nie jest prawdą i on to podskórnie (pod tą stwardniałą czy pociemniałą skórką cebuli) czuje.

I to zostało bezbłędnie pokazane w rzeczonym serialu: po raz kolejny BBC pokazała, że potrafi za niewielkie pieniądze robić z adaptacji literackich filmowe perły. Wszystkie sceny między Jane a Rochesterem są tu właśnie niejednoznaczne emocjonalnie: sarkazm, niekiedy na granicy szyderstwa, miesza się z melancholijną czułością, żart z próbą wyrażenia autentycznych uczuć, naturalne w istniejącej sytuacji traktowanie Jane jak jednej ze służących z przebijającym przez tę warstwę zachowania wzrastającym poczuciem, że jest ona partnerką nie tylko w rozmowie.

I kluczowa scena, w której również Jane pokazuje, że ma w sobie coś z ogra: oświadczyny Rochestera wywołane są przecież wybuchem jej wrodzonego temperamentu (pierwszym od wyjazdu z Gateshead), doskonale przez lata maskowanego zasadami i przekonaniami wpojonymi jej w Lowood, a wzmocnionymi przez przykład Helenki Burns: że są sytuacje, w których bunt i manifestacja swojej indywidualności nic nie dają. Kiedy Jane zrzuca maskę cichej, potulnej i nieulegającej emocjom guwernantki, i w płomiennej mowie przez łzy (fenomenalna Ruth Wilson w tej scenie bije wszystkie inne filmowe Jane na głowę) oznajmia, że jest człowiekiem i ma uczucia - wtedy dopiero Rochester decyduje się jej oświadczyć. Konsekwencje są wiadomo jakie - pozostała przecież taka warstwa, której nie da się po prostu odrzucić - ale od tej chwili ten proces odkrywania samych siebie będzie znacznie bardziej świadomy.

Kluczowy w tej konkretnej adaptacji wydaje mi się też fragment drugiej rozmowy Jane i Rochestera w Thornfield, tej, która realizacyjnie zaczyna się od sceny moim skromnym zdaniem genialnej, kiedy na krótką i szorstką komendę "Sit!" reaguje pies Pilot, a Rochester po tej reakcji uświadamia sobie, jakim tonem zwrócił się do Jane. Pod jej koniec Jane bardzo w duchu epoki i swojego szkolnego wychowania wygłasza - w ramach tłumaczenia się, dlaczego nie nazwała go przystojnym - dość sztampową formułkę o wewnętrznym pięknie. Rochester pointuje ją ostrzeżeniem, żeby nie zaglądała w jego wnętrze, bo może je znaleźć niepięknym. On wciąż widzi w sobie jedynie odrażającego ogra i może nawet chce ją przed samym sobą chronić, podczas gdy ona już chyba zaczyna widzieć ogra fascynującego w swej ogrowatości, złożoności, niejednoznaczności i niebanalności. Ogra, który dla takiej ogrzycy jak ona jest po prostu piękny. Co więcej - mam wrażenie, że to w tej rozmowie Jane odkrywa nie tylko, że zaczyna się w Rochesterze zakochiwać, ale że może powinna odpowiadać na jego ironię własną, która w niej przecież jest, choć przykryta narzuconymi warstwami pokory i braku ambicji.

I bardzo mi się jeszcze podoba, że w tym filmie oni nawet w ostatniej ważnej scenie (nad potokiem) nie zatracili tej ironii, że nadal się przekomarzają, że wręcz wraca ten ton złagodzonej szorstkości, że nie zmienili się w anielskie postacie dwojga zakochanych. Wiem, że to wszystko brzmi jak pieśń miłosna Drakainy, ale naprawdę - dawno nie widziałam tak pokazanych na ekranie niebanalnych emocji. (No dobra, troszkę kłamię, bo widziałam je przedwczoraj, w innym serialu BBC, mianowicie w finale Merlina, ale to zupełnie inna bajka, choć emocje w jakiś sposób podobne. Może zresztą o tym też napiszę, na razie napisała N, a ja z nią nieco podyskutowałam.)

Och, jeszcze jedno. Nie mam nic przeciwko wyraźnie zaakcentowanemu w tym filmie erotycznemu zauroczeniu, co spotyka się niekiedy z krytyką ze strony fanów (fanek?), którzy lubią adaptacje zgodne z literą książek. Jak dla mnie wymazywanie z dziewiętnastowiecznych historii erotyzmu tylko dlatego, że nie jest on opisywany wprost, jest krzywdą dla ludzi, którzy wówczas żyli. Powieści sióstr Brontë pulsują namiętnością, mimo że konwencja literacka każe brać erotykę w ostre ryzy. A tak jak starożytni Grecy nie przechadzali się jedynie po agorach dyskutując wzniosłym językiem o filozofii, tak i wiktoriańscy dżentelmeni i panny nie tłumili non stop swoich temperamentów myśleniem o Anglii.


czwartek, 15 listopada 2012
Moi romantycy

Drodzy czytelnicy, znów będzie autoreklama, ale co tu ukrywać... chodzę sobie dumna i blada, bom oto opublikowała sporą liczbę przekładów poezji i to w Bardzo Renomowanym Czasopismie (Literatura na Świecie, nr 9-10/2012), a nie - jak dotychczas - pojedyncze utwory w periodyku dość niszowym. I to poezji nie byle jakiej, ale z najwyższej półki. Keats, Shelley i Wordsworth. Nad Keatsa to moim skromnym zdaniem wyrasta niewielu poetów, o ile w ogóle nie jest tak, że na tym najwyższym podium stoją oni równo, bo jak tu na serio porównywać sonety Petrarki czy Szekspira i Odę do urny greckiej? Dla mnie zresztą ta ostatnia jest jednym z ostatecznych punktów dojścia poezji. Nie wiem, czy kiedykolwiek przetłumaczę piękniejszy i mądrzejszy (a może po prostu: ważniejszy dla mnie) wiersz. Ale jedno wiem: chcę znów zabrać się za poezję, bo odkąd już ponad cztery lata temu N namówiła mnie na przełożenie Pieśni ku czci Mitry Kiplinga (a potem, jak to już ktoś zechciał opublikować i zebrało nawet dobre recenzje, popróbowanie sił z Urną właśnie), dość zachorowałam na tłumaczenie wierszy. A dzięki dobrym słowom i zachętom różnych znakomitych osób, które zamęczałam czytaniem tego, co powstawało w ciągu kilku ostatnich lat, mogę teraz cieszyć się swoim nazwiskiem tuż pod nazwiskami poetów, których naprawdę lubię czytać. Bo niełatwo było to posłać do redakcji, naprawdę niełatwo...

Mam w związku z tym wielki plan napisać tu kilka krótkich notek, w których wytłumaczyłabym się sama przed sobą, a i trochę przed czytelnikami, z pewnych decyzji translatorskich, bo aż zbyt często bywają one trudne i bolesne. Ale pracując akurat nad tym zbiorkiem - który, mam nadzieję, kiedyś przybierze kształt niezależnego tomiku, może z angielską poezją romantyczną i wiktoriańską - jednego byłam pewna: na pierwszym miejscu jest melodia wiersza, jego dynamika (zarówno rytm jak i metaforyka, która też przecież może być statyczna lub dynamiczna), jego brzmienie.

W każdym razie - nieskromnie zapraszam do lektury romantycznego tomu Literatury na Świecie...

Rzym, Piazza di Spagna

PS. Kategoria, w której pisuję z rzadka o przekładach, nazywa się po horacjańsku servum pecus czyli trzoda niewolników, bo tak w Sztuce poetyckiej zostali nazwani nie tyle tłumacze, ile naśladowcy (co wówczas było praktycznie tym samym, bo nie rozróżniano takich nowoczesnych kategorii). Tymczasem już tłumaczenie powieści młodzieżowych, które były wymagające językowo (np. trzeba było wymyślić sensowne gry słowne, nie gubiące skojarzeń zawartych w oryginale, a zarazem zabawne po polsku), a co dopiero poezji z najwyższej półki, uświadomiło mi, że tłumaczenie jest jednak sztuką: daje artystyczną satysfakcję, ale jest także efektem iście artystycznych męczarni...

sobota, 29 września 2012
Nowy projekt blogowy...

Na wypadek, gdyby ktoś szykował się z kolejnym komentarzem z serii "kiedy następny wpis", informuję szanownych czytelników, że chwilowo para idzie głównie w ten blog: Wariacje operowe. Trochę dlatego, że czuję rosnącą niechęć do pisania o sprawach aktualnych, a z kolei w sprawach antycznych chwilami pochłaniają mnie jakieś dziwaczne szczegóły ;) Ale gdzieś tam powoli rodzi się kolejne marudzenie o mecenacie sztuki, a raczej jego dziś braku...

poniedziałek, 10 września 2012
Piano, Piano, Pianissimo?

Nie znam oczywiście wyliczeń speców od rynku ani teoretycznych modeli oczekiwanych zysków, które skądinąd nierzadko zaślepiają rozmaitych decydentów. Niemniej jako zwyczajnemu, ale i wymagającemu użytkownikowi internetu wydaje mi się, że "zmowa wydawców", jak już określono to na fejsbuku, znana pod nazwą systemu Piano, będzie cichym strzałem w stopę.

Uzasadnienie powstania Piano jest w takie: "Reklama to doskonały sposób na finansowanie treści popularnych, ale nie sprawdza się tak dobrze w przypadku treści ambitnych, niszowych, potrzebnych, choć nie masowych. Dlatego prosimy o wsparcie." Dalej czytamy, że przecież płaciliśmy za wydania papierowe. Ktoś, kto to pisał, zapomniał jednak o tym, że prasa drukowana ma znacznie wyższe koszty produkcji oraz dystrybucji, więc trudno wszystkie gazety i magazyny rozdawać za darmo albo wypełniać większość ich powierzchni reklamami... Elektroniczną dostawaliśmy niby "za darmo", ale przecież tak naprawdę płacimy za internet - czyli de facto za dystrybucję, za którą z kolei wydawca nie płaci nic. Jeśli na dodatek posiada własne serwery, a poważne portale raczej je posiadają, to ponosi wyłącznie koszty utrzymania tychże, nie płaci drukarni itd. Ba, najwyraźniej, sądząc po poziomie edycji, większość internetowych gazet nie zawraca sobie też głowy korektą, ergo: nie płaci za nią.

Na dodatek portal gazeta.pl, którego tzw. "ambitniejsze" treści są teraz dostępne odpłatnie, na pierwszych stronach wrzuca ostatnio coraz więcej treści "popularnych", wcale nawet tych ambitniejszych nie promując. Konkrety? Proszę bardzo: okienka na wiadomości skurczyły się, kultura została zepchnięta na sam dół, wyeksponowano plotkarską i "lajfstajlową" paplaninę. Wydawałoby się, że ta strategia ma na celu przyciągnięcie do portalu - do niedawna kojarzonego raczej z wykształciuchową częścią społeczeństwa - jak największej liczby czytelników, bo ten, kto świadomie szuka czegoś choćby troszkę ambitniejszego, ma więcej cierpliwości, żeby zajrzeć dalej czy głębiej.

I w porządku, mogę się z taką strategią pogodzić, bo mam tę właśnie cierpliwość, żeby znaleźć artykuł, który mnie interesuje, z pominięciem sensacyjnych wiadomości, co też się wydarzyło u kolejnej polskiej albo i zagranicznej gwiazdeczki, o której nigdy wcześniej nie słyszałam, i od której mężów, ubrań i samochodów zdecydowanie bardziej obchodzą mnie nawet zeszłoroczne śniegi. Zakładam bowiem, że te fascynujące sensacje z życia ludzi znanych z tego, że są znani i dodatkowo w ten sposób lansowanych, służą głównie temu, żeby sfinansować - na przykład poprzez ogólną odwiedzalność portalu - dobrze napisane reportaże oraz mniej lub bardziej ciekawe artykuły na choćby minimalnie ambitniejsze tematy.

Tymczasem ktoś wpadł na pomysł, że nie dość, że do tej ambitniejszej treści trzeba się dokopać przez istny labirynt treści o zerowej wartości poznawczej, to na dodatek należy za to płacić. I tu, obawiam się, ten ktoś mógł się przeliczyć. Od dawna już żadna gazeta (lub czasopismo) nie jest dla mnie na tyle atrakcyjne, żebym je codziennie kupowała, dlatego przeszłam na czytanie wiadomości w internecie. Przy okazji czytałam też reportaże, przeglądałam artykuły historyczne czy popularnonaukowe. Ale nie oszukujmy się: treść tego wszystkiego nie jest aż tak porywająco ciekawa czy dobrze napisana, żeby była warta płacenia w ciemno 20 złotych miesięcznie. Na dodatek za pakiet, z którego może - za darmo - zajrzałabym do dwóch, w porywach trzech czasopism/magazynów.

Nie sądzę, żebym była jedyną osobą, która wzruszy ramionami, kiedy okaże się, że nie doczyta do końca (ba, nie wyjdzie poza pierwsze 5-15%) reportażu o uzależnieniach od wróżek (może i zjawisko ciekawe, ale przeżyję bez czytania), artykułu o bitwie pod Waterloo (jest i wikipedia, jeśli szukam podstawowych danych, i porządne opracowania, jeśli potrzebuję szczegółów) i tak dalej. Poza tym na dodatek od czasu do czasu (średnio raz na miesiąc lub półtora) chodzę do fryzjera czy dentysty i tam mam okazję zapoznać się z archiwalnymi numerami Wysokich Obcasów, Dużego Formatu, a przy okazji jeszcze kilku innych czasopism, niekiedy zawierających nawet ciekawsze materiały. I nierzadko też płatne w internecie, w związku z czym ich na bieżąco nie czytam. Bo tak po prawdzie, jaka różnica, czy nawet najlepiej napisany reportaż przeczytam od razu czy po kilku tygodniach?

Mogłabym jeszcze zrozumieć, gdyby opłatą były obłożone tego rodzaju teksty z numerów najnowszych, znajdujących się w sprzedaży. Drukowanie nakładu papierowego i jednoczesne udostępnianie go za darmo w sieci jest oczywiście mało sensowne. Ale teksty archiwalne? Jeśli czegoś naprawdę potrzebuję, to istnieją wciąż jeszcze biblioteki i ogromna większość z nich funkcjonuje za darmo.

Jak już zasugerowałam, w mojej osobistej sytuacji dostępu do (naprawdę) ambitnych treści oraz kultury, nie stracę wiele na nieczytaniu artykułów dostępnych tylko w Piano. Dziwi mnie natomiast ogólna antykulturotwórcza postawa decydentów z jakiegokolwiek "podmiotu" odpowiedzialnego za pomysł Piano. W kraju, w którym inteligencja jest skandalicznie źle opłacana, a poziom ogólnego wykształcenia społeczeństwa oraz dążenia do udziału w kulturze przerażająco niski, nakładanie dodatkowych opłat na treści, które dla wielu ludzi, zwłaszcza na tzw. prowincji, mogłyby być jedyną szansą kontaktu z czymś nieco bardziej ambitnym niż plotki, desery i widelce, to już nie jest strzał we własną stopę (choć w sumie decydentom, dla których liczy się wyłącznie zwiększenie zysku kosztem pracy u podstaw, życzyłabym, żeby Piano okazało się martwą ciszą), ale - proszę mi wybaczyć patos - w głowę społeczeństwa.

Oczywiście, nie znam statystyk, ile osób zdecydowało się wykupić abonament, i nie mam pojęcia, czy z marketingowego punktu widzenia pomysł ten był zły czy dobry. I po prawdzie nie interesuje mnie to. Chodzi mi tylko o to, że nie tego bym się spodziewała po rzekomych spadkobiercach ludzi pokroju Adama Michnika czy Jacka Kuronia, zwłaszcza w sytuacji, kiedy tak dramatycznie potrzeba nam podniesienia poziomu intelektualnego i kulturalnego społeczeństwa.

Egineta

PS. Kiedy to piszę, gdzieś tam w tle gra sobie pewne krakowskie radio, nadające muzykę plus minus klasyczną. Powstało ono jako niszowy projekt twórcy i dyrektora jednej z największych ściśle komercyjnych rozgłośni w Polsce, projekt, do którego przez lata tenże człowiek sporo dopłacał z wypracowanych na reklamach w "komercji" zysków oraz własnej kieszeni, bo opera, od której się zaczęło, jest jego pasją. Radio rozwinęło skrzydła, ma teraz wpływy z reklam, ale nie jest nimi całkowicie zaśmiecone, i chyba nadal nie przynosi zysków. Ale gra. Obok państwowej Dwójki, która cudem ocalała z rzezi mediów publicznych, jest jedynym, które propaguje pewien określony typ muzyki, praktycznie nieobecnych w innych stacjach. I chwała mu za to. Dodatki do Gazety Wyborczej też mogły zasłużyć na taką pochwałę, niestety, po cichutku to zaprzepaszczono.

Tagi: media
15:50, drakaina , Cottidiana
Link Komentarze (15) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright