sobota, 01 września 2012
Veni, vidi, victa sum

Marzenia warto spełniać. Warto stawać na głowie, żeby je spełnić. Przekonałam się o tym chwilę po tym, jak z autentycznym niedowierzaniem zasiadłam w sali salzburskiego Haus für Mozart, żeby wysłuchać (na żywo!!!) wymarzonego spektaklu Giulio Cesare in Egitto Haendla - spektaklu, o którym dowiedziałam się około pół roku temu, kiedy bilety były już wysprzedane, a ja od tego czasu niemal codziennie sprawdzałam, czy są jakieś zwroty... W przystępnej cenie trafiły się na jakieś dwa tygodnie przed spektaklem! Na szczęście Salzburg leży w zasięgu jednodniowej (całodniowej) wyprawy samochodem z Krakowa, a i hotel w okolicy dał się upolować.

Ale i tak nawet jadąc już na miejsce nie do końca wierzyłam, że to się zdarzy naprawdę - jak już głowa rozbita o hotelowe drzwi okazała się wyjątkowo odporna, to byłam pewna, że tuż przed spektaklem wyjdzie na scenę jakiś oficjel i zapowie, że ktoś z tej niewiarygodnej obsady się rozchorował (no dobra, ta obsada byłaby niewiarygodna nawet gdyby jej połowa się rozchorowała...). Nic takiego jednak się nie stało, na Salzburg nie spadła kometa, a śpiewacy byli w doskonałej formie. Mogę zatem przejść do sedna czyli próby recenzji - próby, bo nie wiem, czy nawet prawie tydzień po tym doświadczeniu, które mogę określić jedynie jako pięć godzin totalnego odlotu, jestem w stanie na tyle pozbierać myśli, żeby pisać składnie.

Szanowni czytelnicy, ta recenzja powinna właściwie zacząć się od stwierdzenia, że było to przedstawienie, w którym najbladziej wypadła jego najbardziej utytułowana, podziwiana i uwielbiana gwiazda...

Ale zanim przejdę do obsady, parę słów o samym spektaklu. Na innym blogu spotkałam się z jego totalną krytyką (na podstawie transmisji telewizyjnej), a mnie się on zdecydowanie podobał. Może wyrzuciłabym tylko jeden element scenograficzny: dosłowne unijne gwiazdki na dokumentach Cezara, ponieważ zasadniczo nie przepadam za doraźnymi, aktualnymi akcentami w teatrze - one po prostu starzeją się najszybciej. Zwłaszcza że w tym przedstawieniu akcja umieszczona była w bliżej nieokreślonym kraiku, targanym polityczno-wojennymi niepokojami, ze wskazaniem na Bliski Wschód (szyby naftowe), ale bez dosłowności. Każda postać była pod względem kostiumów dość z innej bajki i takie podejście do komentowania w teatrze rzeczywistości bardzo mi odpowiada. Tutejszy Tolomeo na przykład równie dobrze mógłby być bałkańskim watażką sprzed kilkunastu lat, jak i upojonym władzą bliskowschodnim przywódcą rebeliantów, ale też południowoamerykańskim młodym bossem kartelu (tam zresztą też bywa ropa). Gdyby Curio nie nosił teczki z unijnymi gwiazdkami, to poruszający się czarną limuzyną Cezar mógłby być politykiem dość dowolnego kraju, który jest na tyle potężny, żeby dyktować innym swoje warunki, albo i jakimś capo di tutti capi. I tak dalej. I przez 99,8% spektaklu tak to właśnie grało. Realia były na tyle umowne, że również mogłoby się to dziać w dość dowolnym okresie od drugiej połowy XX wieku poczynając.

Elementy absurdu też mnie nie raziły: te jakieś dziwaczne jaszczury i krokodyle podkreślały umowność tego, co się opowiada, bo przecież barokowe libretta nieszczególnie nadają się do poważnego ich traktowania. Problem z Giulio Cesare jest jednakowoż taki, że spora część materiału muzycznego jest zbyt rozdzierająca i autentycznie smutna, by z całości zrobić wyłącznie komedię. I tu uważam, że realizatorzy wywiązali się z zadania bardzo dobrze, zwłaszcza że w ostatnich latach powstało kilka spektakli tej opery, które wykorzystały już te najbardziej narzucające się konwencje scenograficzne (wojna na poważnie, wojna na groteskowo, magazyny muzealne...). Za znakomite uważam rozegranie poszczególnych postaci, ale o tym za chwilę przy okazji obsady; doskonałym wydaje mi się pomysł na zakończenie: jak już wszystkie vendetty się dokonały, wszyscy bohaterowie (tak, Tolomeo zostaje zaproszony i zmartwychwstaje) upijają się szampanem i tańczą, zachwyceni samymi sobą, podczas gdy kolejni rebelianci po cichutku rozmontowują nowy ład, który upajający się samozadowoleniem bohaterowie budowali przez całą akcję.

A teraz o bohaterach i wykonawcach. Od razu powiem, że pomysły w rodzaju "śpiewa z workiem na głowie" (Kleopatra) albo "śpiewa z wnętrza samochodu" (Cezar) mogą się części krytyków wydać niepotrzebnymi ozdobnikami - ale, na bogów! ta muzyka to jeden wielki popis, ozdobnik i poszukiwanie możliwości ludzkiego głosu i wykonawstwa! Mnie się podobało.

Kleopatra - Cecilia Bartoli

Jak już wzmiankowałam, najsłabsze ogniwo. Cecilia ma umiarkowane warunki na śpiewanie na scenie, w związku z czym w pierwszym akcie pomagała sobie niestety trochę vibratem, co sprawiło, że moja bodaj ulubiona aria Non disperar, chi sa? wypadła dość blado. W pierwszej przerwie ponarzekałam sobie na Cecilię ile wlezie... W drugim akcie partia Kleopatry jest znacznie bardziej wyciszona i liryczna i od razu było lepiej, a w trzecim - a konkretnie w Da tempeste diva dała taki popis techniki, że wybaczyłam ten niezbyt efektowny początek...

Muszę jednocześnie oddać pełną sprawiedliwość aktorstwu Bartoli, a zwłaszcza jej vis comica. Pomysł na Kleopatrę, która jest niezbyt młodą już pańcią, nie - jak w wielu spektaklach - rozkapryszoną siostrzyczką Tolomeo, tylko nieco nawet fajtłapowatą starą panną - świadczy doskonale o tym, że Cecilia potrafi na samą siebie spojrzeć z dystansem, bo pomijając fakt, że ma profil zupełnie jak autentyczna Kleopatra VII na monetach, nijak nie przypomina seksbomb, grywających zazwyczaj tę królową, która wcale szczególnie piękna nie była. Jej nieudolne próby udawania - zupełnie już nieseksownej - Lidii były autentycznie komiczne, ale zarazem wstrząsające arie, a zwłaszcza Piangerò la sorte mia, wypadły naprawdę dramatycznie. Aha, scena z Kleopatrą odlatującą (dosłownie) na bombie na początku drugiego aktu, kiedy taż uwodzi Cezara, jest moim zdaniem rozkoszna. Zawsze jest to rozgrywane w konwencji snu, teatru itp., a tu - kina 3D i filmowej ułudy - więc ta absurdalna scena, na dodatek z Cecilią ucharakeryzowaną na pin-up girl z czasów drugiej wojny światowej, pasowała idealnie.

Tolomeo - Christophe Dumaux

Nie wiem, czy nie najlepszy aktor tego spektaklu... A głosowo również znakomity (wg programu ma w repertuarze rolę tytułową i chętnie bym go w niej zobaczyła), godnie partnerujący gwiazdorskiej reszcie obsady. Przyznam, że uwielbiam arcykomicznego (i jakoś w tym komizmie tragicznego) Tolomeo ze spektaklu kopenhaskiego, którego kawałek linkowałam w poprzednim operowym wpisie, ale to jak Dumaux stworzył złożoną postać bardzo młodego człowieka, któremu dostała się spora władza i który tak naprawdę nie umie sobie z tym poradzić (bo naprawdę nie wyrósł jeszcze z wieku, kiedy najbardziej obchodzą go gołe baby), było naprawdę znakomite. Jego Tolomeo jest okrutny i bezwzględny, ale ma się wrażenie, że w taki sposób, w jaki okrutnym i bezwzględnym może stać się każdy w "sprzyjających" warunkach: kiedy los dał mu dużo pieniędzy i władzę nad innymi w zdecydowanie zbyt młodym wieku i tak naprawdę wbrew predyspozycjom. Ten Tolomeo tak naprawdę jest niepewny swojej pozycji i nadrabia puszeniem się, a pokątnie wyżywa się na rozkładówkach (bogowie nieśmiertelni, jak ten facet to zagrał i przede wszystkim zaśpiewał - scena była, delikatnie mówiąc, odważna, a ja po raz kolejny podziwiałam samokontrolę śpiewaka...)

Kornelia - Anne Sophie von Otter

No dobra, dla mnie to jest jedna wielka legenda muzyki i do dziś przecieram oczy na wspomnienie, że zobaczyłam ją na żywo. Sama kiedyś w latach niemalże dziecięcych śpiewałam kontraltem (w chórze muzycznej podstawówki miałam najniższy głos), więc mam do tego głosu szczególny stosunek (ambiwalentny oczywiście) i podziwiam każdego, kto dochodzi w nim do perfekcji. A duet Kornelii i Sekstusa z finału pierwszego aktu to była doskonałość w jej najczystszej formie. Na dodatek Kornelia była tu również pańcią, co pozornie mogłoby się kłócić z arystokratycznym wyglądem wykonawczyni, ale poradziła sobie znakomicie. Zresztą jej rola była pomyślana absolutnie rewelacyjnie - zwłaszcza relacje z synem, o czym przy okazji tegoż za chwilę. W każdym razie ta pozornie cicha męczennica, rozpaczająca po stracie ukochanego męża, była tu siłą napędową akcji bardziej niż w jakimkolwiek znanym mi przedstawieniu. Charyzma sceniczna von Otter na pewno tu pomogła - nie na darmo to jest jedna z nielicznych kobiet, które toleruję w roli Nerona w Koronacji Poppei Monteverdiego, zarówno głosowo jak i aktorsko.

Sesto - Philippe Jaroussky

No dobra, chyba największe pozytywne zaskoczenie. Nie żebym wcześniej Jaroussky'ego nie lubiła - ogólnie kocham kontratenorów i nawet widziałam go już na dvd w Agrypinie Haendla oraz zdążyłam podejrzeć parę scen z zakupionej tuż przed wyjazdem do Salzburga Poppei, więc niby wiedziałam, że na scenie występuje. Ale kojarzył mi się jednak głównie z recitalami, wykonaniami koncertowymi i emploi, powiedzmy, niekoniecznie dramatycznym. A ponieważ na dodatek ma on (jak mało kto) zarówno wśród melomanów jak i krytyków muzycznych równe liczne grona zagorzałych wielbicieli i zaciekłych wrogów, nie miałam na przykład pewności co do tego, czy nie będzie z nim jak z Cecilią - za mały głos na duży teatr. Zwłaszcza że, co tu dużo mówić, partia Sesta nie jest najłatwiejsza dla mężczyzny, nawet obdarzonego wyjątkowo wysokim głosem w rejestrze kontratenoru. Nawet oryginalnie śpiewała tę partię kobieta, jak się okazuje, przyznaję: nie wiedziałam, więc może powinnam się mniej krzywić na kobiece jej wykonania, ale naprawdę - po wysłuchaniu finału pierwszego aktu, tego jak głęboki kontralt von Otter idealnie zgrywał się z pobrzmiewającym jednak "męską" barwą sopranem Jaroussky'ego, żaden kobiecy duet mnie już nie zadowoli.

A w kwestii zaskoczenia: wydaje mi się, że jako całość (koncepcja postaci, wykonanie aktorskie i muzyczne) była to najciekawsza rola tego spektaklu. Tolomeo był znakomity, jak już wspomniałam, ale pomysł na Sesta naprawdę sięgnął dramatyzmu, którego w tej postaci dotychczas nie widziałam. Sesto był tu młodzieńcem (złotym, chciałoby się powiedzieć, i do końca spektaklu paradującym w - coraz brudniejszym - stroju, w którym mógłby pojawić się latach '20 w eleganckim nadmorskim hotelu), którego żądna zemsty mamuś wpędza w poczucie, że on tej zemsty musi dokonać, więc on pogrąża się w tym przekonaniu, nie radząc sobie z sytuacją w stopniu podobnym jak Tolomeo z władzą. Tyle że tam, gdzie Tolomeo stacza się w niepotrzebne okrucieństwo, Sesto popada w autodestrukcję. Jest całkowicie bierny, kiedy matka i jej niespodziewany sojusznik, sługa Kleopatry Nireno, zakładają mu ładunki wybuchowe; a potem jest porażająca scena, kiedy siedzi nad ciałem Tolomeo (oczywiście obyło się bez zamachu samobójczego, Cezar przyszedł na czas na pomoc), kompletnie nie rozumiejąc, co się stało. Wydaje mi się, że kluczowe dla koncepcji tej postaci są dwie paralelne sceny: na początku Sesto maluje sobie twarz popiołami z urny (no dobra, kubła), w którym wcześniej Cezar spalił nieszczęsną głowę Pompejusza, od której zaczęła się cała vendetta (i akcja) i robi to dość mechanicznie, jakby wmawiał sobie konieczność tej zemsty. W finale powtarza te mechaniczne ruchy, mażąc sobie tym razem twarz krwią pokonanego wroga. Kapelusze z głów dla gry aktorskiej, a przy tym zaśpiewane to zostało fantastycznie i całkowicie bez wysiłku...

Giulio Cesare - Andreas Scholl

Oczywiście, to przez niego trafiłam w ogóle na informację o tym spektaklu i gdyby to tylko on w nim występował, to zapewne tak samo rozbijałabym się o bilety. Szukałam informacji o występach, bo - jak również napisałam w poprzednim wpisie operowym - zakochałam się w jego głosie. Spektakl na żywo tylko to zakochanie wzmocnił - to po prostu jest kawał idealnie czystego głosu o niewiarygodnie pięknym brzmieniu. I na dodatek reżyser zrobił świetną robotę - Scholl był tu aktorsko o niebo lepszy niż w innych spektaklach, w których go widziałam (na dvd). Miewa on w recenzjach opinie "niescenicznego" z przyczyn innych niż Bartoli i rzeczywiście - i w kopenhaskich Giulio Cesare oraz Partenope, i w Rodelindzie z Glyndenbourne daje się miejscami widzieć pewna sceniczna niepewność (self-consciousness, jak doskonale określają to anglofoni), choć w tym ostatnim przypadku całość utrzymana w konwencji międzywojennego kina sprawia, że wszyscy grają celowo nieco sztucznie, więc trudno wyrokować.

Tu od pierwszej sceny - kiedy Cezar śpiewa swoją zwycięską arię i zachwyca się wychwalającymi go gazetowymi nagłówkami (fragmenty tekstu tejże arii), wiedziałam, że zaszła tu aktorska zmiana. A potem było tylko lepiej, na dodatek Scholl ujawnił również vis comica w niewątpliwie łóżkowej scenie z Kleopatrą w drugim akcie... A głosowo? No cóż, bezbłędne przejścia od piano do forte, długo wytrzymywane dźwięki, najlepsze chyba dotychczas wykonanie Va tacito pod względem techniki... Żałować można jedynie, że akurat pomysł na dialog głosu z instrumentem na początku drugiego aktu nie był najbardziej błyskotliwy, zwłaszcza w porównaniu z wersją kopenhaską, kiedy skrzypaczka wychodzi na scenę i dosłownie pogrywa sobie ze śpiewakiem.

Zasadniczo ja poproszę więcej tego pana w teatrze. W Europie jestem skłonna pojechać go oglądać w dość dowolne miejsce. Parę osób z tej obsady zresztą w sumie też...

Sprawiedliwość należy się też wykonawcom ról drugoplanowych, którzy zresztą akurat tutaj mają do zaśpiewania całkiem ładne kawałki. Zarówno oba bas-barytony (Achilla - Ruben Drole, Curio - Peter Kalman) brzmiały bardzo dobrze, jak i świetnie wypadł Jochen Kowalski jako Nireno czy raczej Nirena, bo zmieniono tu płeć Kleopatrowego popychadła. Dlaczego tak zrobiono, nie wiem, ale zważywszy, że tradycyjnie role piastunek grywali śpiewający niskim głosem mężczyźni poprzebierani w damskie ciuszki, mogła to być po prostu zabawa z konwencją: potężnej postury mężczyzna śpiewający kobiecym rejestrem, przebrany za kobietę. Zresztą zważywszy pańciowatą Kleopatrę, starszawa zausznica bardziej do niej pasowała niż kamerdyner.

No, napisałam to z pamięci, zanim zabiorę się za obejrzenie czy choćby wysłuchanie nagrania z telewizji* (i w oczekiwaniu na wydanie na porządnym dvd), bo chciałam oddać wrażenia, a nie pisać recenzję na chłodno. Albowiem, drodzy czytelnicy, obawiam się, że moje operowe życie nigdy już nie będzie takie samo...

Giulio Cesare, Salzburg 2012

PS 1. Takiej standing ovation to chyba w życiu swoim na żywo nie widziałam/słyszałam. A, jak zauważyła N, i tak spora część publiki zajęta była robieniem zdjęć.

PS 2. czyli * - zarejestrowany spektakl jest z maja, a więc jeden z pierwszych, podczas gdy ja widziałam jeden z ostatnich, co może być przyczyną pewnych rozbieżności recenzenckich (bo czytałam i niepochlebne opinie) - w teatrze często niektóre elementy docierają się w miarę grania spektaklu, no i śpiewacy mogli poczuć się pewniej na scenie i w interakcjach. Obejrzę nagranie i zobaczę, czy są zasadnicze różnice.

PS 3. Dla porządku najważniejsze dane spektaklu (oprócz obsady, bo ta już była): orkiestra Il Giardino Armonico, dyr. Giovanni Antonini; reżyseria Moshe Leiser, Patrice Caurier. Obejrzany 27 sierpnia 2012, w ramach Salzburger Festspiele.

sobota, 14 kwietnia 2012
To lubię - muzyka (2)

Nieco ponad dwa lata temu napisałam sobie pierwszą odsłonę wpisu o ulubionej muzyce (i było tylko o operze), a zupełnie niedawno N. napisała o swoich takoż operowych preferencjach. Ponieważ po części zdarzyło nam się wspólnie poznawać nowe operowe światy, uświadomiłam sobie, że dla mnie te dwa lata były czasem wielkich odkryć i przewartościowań, w związku z czym tamten wpis sprzed dwóch lat stracił co nieco na aktualności. No a ponieważ urodzinowo postanowiłam zrobić sobie, jak zazwyczaj, jakiś blogowy prezent, to taka lista całkiem nowych ulubionych operowych kawałków, będzie całkiem nie od rzeczy.

W kwestiach oper już wcześniej ulubionych poznałam nieco nowych fantastycznych wykonań, np. płytowego Tristana z Placido Domingo i Niną Stemme, którego kupiłam trochę jako ciekawostkę, a okazał się jedną z najlepszych znanych mi wersji; widziałam też w kinie nowojorską Walkirię z rewelacyjnym Jonasem Kaufmannem w roli Siegmunda, co było jednym z najwspanialszych muzycznych doznań ostatnich lat; niezwykle podobali mi się Luca Pisaroni i Rene Pape w dwóch różnych obejrzanych spektaklach Wesela Figara; wśród wystawień Don Giovanniego wysoko zawędrowało również nowojorskie z Mariuszem Kwietniem i Pisaronim, choć na pierwszym miejscu jako Komandor pozostaje Matti Salminen; znalazłam nowe ulubione wykonanie Fausta Gounoda. Ergo: skupimy się na czymś w moim repertuarze całkiem nowym. Najpierw zatem czytelnikom należy się wyznanie.

Confiteor: odkryłam barok. Gorzej - pokochałam barok. Żeby było zabawniej, nastąpiło to niemalże z dnia na dzień, do tego stopnia, że kiedy na przełomie marca i kwietnia zeszłego roku jechałyśmy z N. na konferencję operową do Pobierowa na Pomorzu Zachodnim drogą okrężną wprawdzie, ale i tak najszybszą, to wielce byłam zdegustowana faktem, że w Dreźnie grali akurat Koronację Poppei Monteverdiego. Widziałam wcześniej w telewizji i chwilowo nie miałam najmniejszej ochoty powtarzać tego doświadczenia. W Berlinie z kolei obejrzałyśmy Tristana i Izoldę Wagnera (wciąż w kwestii czysto brzmieniowej mój numer jeden, choć w kwestii ogólnomuzycznej dzieli to miejsce z Pierścieniem Nibelunga, ale też Wagner nadal, pomimo pewnej dezaktualizacji wzmiankowanej notki, pozostaje moim bezwzględnie ulubionym kompozytorem). A konferencja w Pobierowie była o operze i historii - niżej podpisana wygłaszała referat o absurdalnych librettach, głównie Haendla, opartych na dziejach rozlicznych Ptolemeuszy oraz umiłowanego wielce Mitrydatesa VI Eupatora i Dionizosa, króla Pontu. I była przekonana, że wygłasza referat o kompozytorze, którego nigdy ale to nigdy nie będzie miała ochoty słuchać w większych dawkach.

Tymczasem w ramach wieczornych dyskusji o historycznych, "historycznych" i ahistorycznych wystawieniach niektórych oper zaprezentowano uczestnikom między innymi przegląd spektakli... Koronacji Poppei. I nagle ta opera nabrała sensu, muzycznego znaczy się, albowiem im lepiej poznaję twórczość barokowych librecistów, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że fabularnie bije ona na głowę wszelkie absurdy świata. Skądinąd zapoznanie się z Haendlem na poziomie muzyki a nie tylko fabuł, od których włos mi się na głowie jeżył, kiedy wzmiankowany referat pisałam, też zawdzięczam tejże konferencji, a konkretnie innej prezentacji - różnych, wokalnych tym razem, wykonań arii "Or la tromba" z Rinalda. W sumie tej prezentacji zawdzięczam nie tylko zachętę do słuchania twórczości Haendla, ale również zakochanie się w kontratenorach.

To tak tytułem wstępu, który tłumaczy dalszy ciąg tej notki czyli listę nowo polubionych i z baroku ulubionych operowych kawałków na kwiecień roku 2012*.

A zatem po pierwsze w ramach korekty do poprzedniego wpisu - "Che farò senz'Euridice" Glucka pozostaje wśród ulubionych, ale w kwestii preferowanych wykonań żegnajcie ciepłe mezzosoprany, oto mężczyzna, w którego głosie zakochałam się bez reszty:

Podobnie korekta należy się lamentowi Dydony - obecnie najbardziej lubię w tej roli panią, w której również się zakochałam:

Jak się już rzekło, Monteverdi z jego Poppeą jest pewnego rodzaju symbolem tego, jak nagle i niespodziewanie można coś polubić pomimo wcześniejszej niechęci (wiem, zabrzmi to jak ostateczny banał, ale ta niechęć rzeczywiście aż nazbyt często wynika z ignorancji, a mi nieodmiennie musi się przypomnieć przeczytane w wenezuelskim dzieciństwie zdanie z wielkiego historyka sztuki Ernsta Gombricha - cytuję w przybliżeniu - że jeśli coś się podoba, to ok, ale jak się nie podoba, to warto spróbować się temu bliżej przyjrzeć, bo może coś się traci). A zatem dwa niewiarygodne kawałki z tego dzieła - finałowy duet Nerona i Poppei (patrzcie państwo, Neron nie jest tu może ideałem, ale nie jest też czarnym charakterem i potworem, któremu należy się sienkiewiczowskie ostateczne potępienie!!!) oraz scena śmierci Seneki. Zupełnie inne klimaty, ale jedno i drugie - fantastyczne.

Tu, w przypadku Seneki, na dodatek jeden ze spektakli, które podobały mi się najbardziej:

 

Po tym Pobierowie oczywiście żałowałam już, że nie wracamy przez Drezno, a w Krakowie zaczęłam przesłuchiwać kolejne Haendle i po roku od konferencji mogę powiedzieć, że najważniejsze dzieła już jako tako znam, mam też swoje ulubione spektakle, wykonawców i arie. Po prawdzie jest to zdecydowanie kompozytor, którego popisowe solowe kawałki cenię sobie najwyżej - wszyscy dziewiętnastowieczni kompozytorzy w rodzaju Verdiego czy Pucciniego ze swoimi pięknymi piosenkami w operach mogą się schować ;)

Proszę bardzo, na początek absolutny hit, "Lascia ch'io pianga" z Rinalda - nie jest to może moje absolutnie ulubione wykonanie, ale przynajmniej wyświetla się bez reklamy na początku i długiej sceny dookoła:

Jedna z ulubionych scen z Giulio Cesare, który skądinąd jest poniekąd o zupełnie innych królach i ma rozkosznie wręcz bezsensowną fabułę, zakończoną obowiązkowym happy endem, w którym Cezar, Kleopatra i Sekstus Pompejusz oraz jego matka żyją długo i szczęśliwie. Klip z przedstawienia, które bardzo lubię, komiczna scena konfrontacji z czarnym charakterem czyli Ptolemeuszem XIV (który w realu był młodszym nastolatkiem); skądinąd ujęcie Cezara akurat wydaje mi się bardzo do tej postaci pasujące:

Semele, "Endless Pleasure" w cudnie lekkiej i beztroskiej interpretacji Danielle de Niese - niestety trzeba odczekać sześć sekund, żeby móc pominąć obrzydliwe reklamy, dlatego nie wklejam klipu. Ale to jest bezwzględnie moje ulubione wykonanie z jednej z moich obecnie ulubionych płyt.

I na koniec mój absolutny barokowy numer jeden w chwili obecnej, duet z Rodelindy - numer jeden zarówno jeśli chodzi o muzykę, wykonanie jak i spektakl. Jak dla mnie - totalny odlot pod każdym względem (płyta ze spektaklem w drodze z Amazona):

* W obecnej histerycznej copyrightowej atmosferze nie mogę zagwarantować, że linki będą się otwierać. Ogromną większość tego, co tu prezentuję, posiadam legalnie (albo zamierzam kupić, jak tylko się ukaże na dvd), ale nic mi to nie daje w kwestii udostępniania... Co skądinąd jest bez sensu, bo np. w cytowanym spektaklu Rodelindy zakochałam się właśnie dzięki klipom i dzięki nim go kupiłam.

niedziela, 01 kwietnia 2012
Nieznane rękopisy...

Rzadko piszę o poezji, ponieważ mam głębokie przekonanie, że nie umiem o niej pisać. Natomiast ostatnio - to nie żart - sporo czasu zajmuje mi tłumaczenie poezji. No dobra, trochę żart, bo część problemu polega na tym, że wcale nie aż tak sporo. Tzn. potrafi pochłonąć całą noc, ale zasadniczo zdarza mi się borykać z wyrzutami sumienia spod znaku "tak szybko", "tak bezboleśnie", ba, wręcz czasem "tak łatwo"? Szkoła z jej nabożnym stosunkiem do romantycznego cierpienia we wszelkich możliwych wymiarach wpaja w nas przekonanie, że twórczość wszelaka powinna być okupiona cierpieniem duszy i nawet utwory pisane w natchnieniu (proszę, oto główny paradoks romantyzmu à la polska szkoła: masz pisać w porywie uczuć i inspiracji, ale zarazem oblewać krwią, potem i łzami każdy wers...) muszą wiązać się z twórczym trudem i zmaganiami z werbalną materią.

Na dodatek - tłumaczę, przynajmniej chwilowo, głównie romantyków (angielskich). Jak już się to drukiem ukaże, nie omieszkam poinformować szanownych czytelników, na razie mogę odesłać tylko do tego, co ukazało się drukiem (żadnych romantyków: Kipling, Embeirikos, Clifton, Piatt) i tego, co sama zanim zaczęłam to traktować poważnie umieściłam w sieci (tu też). I to tyle w kwestii poważnej właśnie.

Beauty is truth

Bo tak naprawdę z okazji pierwszego dnia kwietnia chciałam opowiedzieć o najbardziej dziwacznym zdarzeniu okołopoetyckim w moim życiu*. Nie, jeśli ktokolwiek wie, że zdarzyło mi się opublikować tu i ówdzie kilka limeryków, i już zaciera łapki, że zgadł, to się myli. Nie chodzi ani o towarzyskie zabawy spod tego znaku, ani nawet o zamówienie publiczne pt. Limeryki o Krakowie z okazji rocznicy lokacji. Limeryk - sprawa poważna. Nie chodzi również o bardziej prywatnie towarzyską zabawę w pisanie żartobliwych wierszyków z okazji filmowej wersji Władcy pierścieni.

Nie, drodzy czytelnicy, sprawa byłaby istnie primaaprilisowa, gdyby nie to, że nie miała miejsca w prima aprilis. Otrzymałam mianowicie kilka lat temu pocztą zbiór rękopisów poetyckich w teczce zatytułowanej W zlewie romantyczny tłok. List niestety zaginął w otchłani, więc nie pamiętam, jaka organizacja (tak, to było jakieś coś, co miało nazwę i adres, a zapewne i prezesa) mi to przysłała.

Zasadniczo od razu odesłałam sprawę do limbo, ale potem natura wzięła górę i zajrzałam do szuflady. Było to kilka kartek, które pozwalam sobie tu opublikować z okazji prima aprilis roku, w którym odwołano koniec świata. To niezły pomysł na wywinięcie się z blogowego milczenia, a czytelnik, jeśli ma ochotę, może sobie podumać na dowolnym światowym bruku, nad autorstwem tych utworów, wyglądających jak nieporadne juwenilia największych polskich poetów XX w., niekiedy traktujących zadany w tytule zbioru temat tak podle pretekstowo! (Publikuję w kolejności, w jakiej kartki były ułożone w wzmiankowanej powyżej teczuszce.)

 


 

***

w zlewie romantyczny tłok
ach posuńże się w bok
woła
kogo melancholia kranu
przygniotła do ziemi

brudną ściereczką
do niczego

 


 

W ZLEWIE ROMANTYCZNY TŁOK

obudziłem się
choć nie wiem

za oknem
szary
dym po wczorajszym meczu

zadyma
odbiła się krzykiem
w matowym oku

talerza

w dzieciństwie
jadłem z niego owsiankę

 


 

PORZĄDKI PO PRZYJĘCIU

jakże się tu nie uśmiać

talerzyki kieliszki
łyżeczki widelczyki

tańczą w korowodzie
po przyjęciu na którym
pracowały w milczeniu
jak angielscy służący

jakże się nie zachwycić

plamką na sukni
zagiętym rąbkiem
miseczki która filuternie
zakrywa wciąż twarz
serwetką

nie mogę tak po prostu
włożyć ich do zmywarki

niech się jeszcze nabawią
w zwykłym zlewozmywaku

są bliższe ludziom niż maszynom

 


 

KALISZ

myślałem
nie było ich
kiedy przechodziły tędy karawany
rzymskich kupców

w osadzie Calisia
klepisko zamiast forum
w kramach rozłożone
kryształy bursztynu

słowo electrum
nie przyjęło się
w miejscowym dialekcie

ekwita pożywia się
z glinianej miski

myślałem
nie było ich

spod warstw ziemi
wydobywam
połamane skorupy

nic ich nie różni
od porcelany w fantazyjny wzór
w moim zlewie

 


 

PIOSENKA

Już widzę jak w walca tanecznym porywie
Twarz twoja ku mojej obraca się w takt.
I nie wiem, czy sen to, nadzieją się żywię,
Że będziesz tak moją jak jesteś nią w snach.

Ty śmiejesz się jeszcze, gdy mkniemy przez salę
I w walcu unoszę do ust twych mą dłoń,
By w tańca pomroce, w tym pędzie wciąż dalej
Przez wino w niebytu zanurzyć się toń.

Za oknem majowa noc szumi radosna,
Lecz czuję na twarzy gorącość twych łez:
Ty wiesz już, nie dane nam będzie pozostać,
Tym czasom beztroskim już los znaczy kres.

Przeszli jak burza, pozostały po nich
Ruiny, zgliszcza i więdnący kwiat.
I krzyk jak piorun z wyciągniętej dłoni
Znaczący chwilę, w której umarł świat.

Dziś w dłoni trzymasz, choć minęły wieki
Ten sam kieliszek, którym niegdyś ja...
I jestem z tobą bliski choć daleki
Choć odmieniony, lecz zawsze ten sam...

Spójrz ku mnie, nie pozwól, by zmącił marzenia
Ten obraz przyszłości wśród płaczu i łun.
Ty trwać zawsze będziesz w tych kroków wspomnieniach,
Zaklęta na wieki w rytm walca wśród strun.

 


 

Cmentarz Protestancki w Rzymie

* 3 kwietnia. Do tego, co czcieł, że się tak po staropolsku wyrażę, czyli disclaimer, że się wyrażę bardziej nowocześnie. Historyjka w formie primaaprilisowej jest oczywiście grubymi nićmi szytym powtórzeniem starego jak świat chwytu publikacji fikcyjnych utworów literackich czy dzienników. Ale zarazem historyjka z "W zlewie romantyczny tłok" jest jak najbardziej prawdziwa, tzn. to nie ja wymyśliłam ten tytuł. Autentycznie kilka lat temu dostałam zaproszenie do udziału w konkursie poetyckim pod takim właśnie tytułem, organizowanym przez jakiś naprawdę istniejący Dom Kultury, stowarzyszenie czy sama nie wiem co, bo istotnie mail wylądował dość szybko w koszu. A jak już wylądował, to mnie opanowała pastiszowa wena i tak to w ciągu może dwóch godzin powstał ten zbiorek na zadany temat. Przypomniałam sobie o nim na fali pracy nad Keatsem i Wordsworthem, no i okazał się jak znalazł na Prima Aprilis 2012 :)

czwartek, 23 lutego 2012
Ja, jako twórca (ACTA revisited)

Prawda jest taka, że ci protestujący w życiu nie splamili się i nie splamią pracą twórczą, więc nie są w stanie zrozumieć drugiej strony - tako rzecze Czytelnik krakowskiego dodatku Gazety Wyborczej, zaczynający swą tyradę od przedstawienia się jako "twórca (tłumacz literacki)". Pisałam już na marginesie ACTA z pozycji pirata, więc teraz parę słów z perspektywy podmiotu potencjalnie piraconego.

Otóż jako twórca (czyli tłumaczka literacka: ok. 30 powieści, opowiadania, obecnie też poezja z najwyższej półki, niegdyś również laureatka nagrody w konkursie literackim miesięcznika "Odra", a także przez dobre kilka lat dziennikarka i freelancerka, autorka monografii naukowej i ogólnie osoba, która podatki rozlicza niemal wyłącznie w punkcie "prawa autorskie i inne pokrewne") oświadczam, że tego rodzaju arogancja jest mi obca, a przeciwko ACTA protestowałam. Ba, większość moich protestujących - mniej lub bardziej aktywnie: na demonstracjach, blogach, fejsbuku - znajomych, to osoby zasadniczo twórcze, jako że np. pracownicy naukowi są również twórcami, choć może nie każdemu się to od razu tak kojarzy.

Jako tłumaczka literacka pragnę oświadczyć, że nie czułabym się okradana ani tym bardziej obrażana przez fakt obecności moich przekładów w serwisach udostępniających pliki, ponieważ cieszy mnie popularność książek, które tłumaczę. Mam ten luksus, że pomimo specjalizacji w fantastyce młodzieżowej ostatnio przekładam głównie rzeczy, które również lubię, a na dodatek wydawnictwo, dla którego pracuję, dba również o stronę edytorską (redakcja, korekta, konsultacja specjalisty), w związku z czym mam poczucie, że uczestniczę w wypuszczaniu na rynek pełnowartościowego produktu. Oczywiście zgodnie z logiką autorów projektu ACTA oraz jego zwolenników powinnam czuć oburzenie na myśl, że ktoś mógłby ten pełnowartościowy produkt powielać za darmo. No ale nie, wcale się tak nie czuję... Obecność książki na Chomiku czy przesyłanie sobie plików na forach fanowskich byłyby dla mnie dowodem na jej popularność, a ta skutkuje większą sprzedażą, bo większość fanów woli mieć prawdziwy egzemplarz na półce. Na dodatek popularyzowanie książek wydanych dobrze ma szanse wpłynąć na poziom języka ich czytelników. Ergo: z umiarkowanego piractwa płyną korzyści, bo już samo zwiększanie poziomu czytelnictwa w Polsce jest wielką korzyścią. Zważywszy zresztą, że popularność i sprzedaż są duże, a piractwo stosunkowo małe, może po prostu wydawnictwo stosuje rozsądną politykę cenową, nad czym inne powinny się zastanowić?

Oświadczam też, że jako osoba kupująca książki rozważam bojkot wydawnictw opisanych w innym artykule, jako że praktyki w rodzaju zastraszania czytających (!!!) małolatów i ściągania od nich sum w rodzaju 900 zł (z czego połowę zapewne pożerają honoraria kancelarii windykującej) czyli odpowiednika honorarium tłumacza za - najwyżej - dwa arkusze przekładu uważam za najzwyklejsze pod słońcem draństwo, a i to tylko dlatego, że publicznie nie używam mocniejszych słów. Dodam, że przeciętna książka dla młodzieży ma co najmniej dziesięć arkuszy. I dodam też, że na miejscu opisanego tam wydawnictwa prowadziłabym "walkę" z piracącymi małolatami zupełnie inaczej: zaproponowałabym im kupno książek po bardzo atrakcyjnie obniżonych cenach albo też zrobiłabym akcję "zachomikuj na półce" i rozdała sporą liczbę egzemplarzy za darmo osobom, które wylegitymują się tym, że plik ściągnęły. I zamiast  nazywać to "walką", zaproponowałabym dialog.

Każda forma promowania czytelnictwa w kraju, który ma tak skandalicznie niskie statystyki czytania, powinna być chwalona i nagradzana. I to właśnie my, twórcy, ludzie uczestniczący w procesie wydawniczym, w jakikolwiek sposób przykładający się do ukazywania się na rynku dóbr kultury, powinniśmy być orędownikami przystępnego udostępniania książek (filmów i muzyki) i innych sposobów walki z szeroko zakrojonym autentycznym piractwem (np. sprzedaż podróbek nastawiona na realny zysk) niż prawne zakazy i represje.

PS. Disclaimer: w związku z pojawieniem się notki na Wykopie z nagłówkiem "tłumaczka, autorka, dziennikarka przeciw ACTA i za piractwem", w związku również z niejednoznacznością określenia "piractwo" i jego negatywnymi konotacjami, oświadczam również, że nie nazwałabym mojej postawy "za piractwem", albowiem tym, co popieram przede wszystkim jest wolny obieg kultury, a nie np. sprzedaż nielegalnych wersji/kopii/podróbek czegokolwiek. Dopóki dobra kultury, przez wydawców i producentów sprzedawane po zawyżonych cenach, są rozprowadzane w internecie za darmo, popieram to, ponieważ zwiększa uczestnictwo w kulturze, a to uważam za wartość nadrzędną wobec np. zysków kogokolwiek z osób w tworzenie kultury zaangażowanych, siebie wliczając. Innymi słowy, wartość naddaną z uczestnictwa w kulturze, choćby pobieżnego, osoby, która czy to z braku środków czy lenistwa, nie przeczytałaby książki bądź nie oglądnęła filmu/nie posłuchała muzyki, uważam za znacznie wyższą od strat finansowych, jakie (rzekomo) powoduje tzw. piractwo.

środa, 08 lutego 2012
Smutny chichot Duchampa

Prawie sto lat temu (w roku 1917) Marcel Duchamp zbulwersował świat sztuki, wysyłając do amerykańskiej Society of Independent Artists rzeźbę (?) zatytułowaną "Fountain", a składającą się w odwróconego pisuaru i podpisu artysty (pseudonimem). Towarzystwo, znane z tego, że nie dokonywało selekcji dzieł nadesłanych na wystawy, złamało tę zasadę i Duchampa, który zresztą miał już wówczas jakąś tam pozycję w świecie sztuki, odrzuciło. Duchamp w odpowiedzi zrezygnował z uczestnictwa w radzie artystycznej Towarzystwa, a kilka lat później zradykalizował swoje dotychczasowe surrealistyczne podejście do świata, tworząc dada.

I pisuar, i dadaizm odegrały ważną rolę w historii sztuki, jako że w owym czasie już nawet fin-de-siècle z jego wszelkimi odmianami stawał się sztuką salonową, uznaną, a niedawny bunt wobec głównego nurtu staczał się w dekoracyjność, przestając pod tym względem różnić się od akademizmu czy realizmu. Duchamp miał jeszcze kogo szokować, miał komu pokazywać, co instytucjonalizacja i komercjalizacja robi ze sztuką. No i jeszcze nie zamknęło się okienko czasowe oryginalności takich gestów. Dwa lata wcześniej Kazimierz Malewicz wystawił "Czarny kwadrat na białym tle", co też było rewolucyjne. Bo jeszcze mogło. Takich dzieł nie widziały wcześniej galerie, nie mówiąc już o salonach.

Nie mam pojęcia, czy w jednym albo drugim przedsięwzięciu była jakakolwiek głębsza myśl poza tym, że oto powstaje pewna nowa jakość w sztuce. Choćbym długo myślała, tak naprawdę nie jestem w stanie wymyślić - ba, co więcej nie widzę takiej potrzeby - intelektualnych pokładów w czarnych kwadratach czy też odwróconych przedmiotach codziennego użytku. Mam wręcz wrażenie, że funkcja pokazania, że "tak też można" całkowicie wystarcza. Problem polega jedynie na tym, że coś takiego da się zrobić tylko raz. Oczywiście, można malować kolejne różnokolorowe kwadraty na różnych tłach. Jedne z nich będą estetycznie lepsze, drugie gorsze - zależeć to będzie od proporcji oraz doboru barw. W sumie nawet mam na ścianie trofeum z jednej z licealnych olimpiad z historii sztuki w postaci grafiki przedstawiającej czarny kwadrat na białym tle, dodatkowo podzielony na cztery kwadraty liniami wklęsłymi oraz z odciśniętymi powiększonymi palcami, zapewne autora. Nie jest to najwybitniejsze dzieło wiszące w moim domu, ale akurat ten pomysł z odciskiem palców dość mi się podoba, bo coś tam dodaje do zapewne świadomego powtórzenia. W każdym razie na pewno była to najbardziej mi odpowiadająca estetycznie i artystycznie grafika z tych, które jeszcze były do wyboru.

Można też oczywiście wstawiać do galerii najróżniejsze przedmioty, można też samemu się w nich ustawiać: żywcem, przy wykonywaniu rozmaitych czynności, albo też w postaci obrazu na taśmie. Tylko że niezależnie od tego, czy przedmiotem tym będzie wiadro ziemniaków, krzesło, łóżko czy but, tak naprawdę będzie to nadal pisuar Duchampa.

Piszę o tym wszystkim, kiedy ucichły już wrzaski obu stron - przeciwników i zwolenników - po wystawie Katarzyny Kozyry w krakowskim Muzeum Narodowym. Kiedy jeszcze trwały i karierę w necie robiło zdjęcie kilku ponurych młodzieńców pikietujących muzeum z narodowo-prawicowymi hasłami, zadałam na fejsbuku dramatyczne pytanie: co ma zrobić w tej sytuacji człowiek, który Kozyrę uważa za humbug a pikietujących za oszołomów?

Bo właśnie tak: Katarzynę Kozyrę, Dorotę Nieznalską, jak również cały anonimowy (dla mnie, bo nawet nie zadaję sobie trudu czytania tabliczek, nie mówiąc już o ich zapamiętywaniu) tłum artystów od wideoinstalacji, a i w dużej mierze zwykłych instalacji, i tym podobnych gałęzi sztuki, uważam za humbug, stratę czasu i miejsca w galeriach. Damiena Hirsta z jego rekinami i czaszkami również; cytowałam już tu kiedyś wypowiedź z sondy ulicznej, przeczytaną w angielskiej gazecie, że "ten, kto płaci milion funtów za rekina w formalinie, zasługuje na zjedzenie przez rekina". Nic się pod tym względem przez ostatnie trzy lata nie zmieniło: nadal uważam, że ten anonimowy przechodzień podsumował Hirsta lepiej niż całe grono krytyków.

Ten Hirst straszy tu ponownie nie bez kozery (gra słów zamierzona). Lecąc niedawno z Paryża niemieckimi liniami Lufthansa, wybrałam w ramach pokładowej lektury "The International Herald Tribune". Mało, że zaskoczył mnie wysoki poziom i rzadko spotykana wyważona centrowość tej gazety - największą niespodzianką był absolutnie perfekcyjny artykuł krytyczny poświęcony najnowszemu przedsięwzięciu Hirsta: globalnej wystawie obrazów w kropki. Krytyk w dość ostrych słowach najpierw nie pozostawił na realnej artystycznej wartości dzieł Damiena H. suchej nitki, obnażając zarówno płytkość akwarium, w którym pływa zakonserwowany rekin, jak i pustkę zionącą z diamentowych oczodołów czaszki, a następnie bardzo zgrabnie pokazał, na czym polega jakaś jednak pomysłowość najnowszego projektu, pomimo artystycznej mizerii większości kropkowanych obrazów. A raczej, na czym mogłaby polegać, gdyby galerie zdecydowały się na krok dalej, czyli otwarcie przez cały tydzień i całą dobę - żeby dać poczucie autentycznego globalnego odbioru. Ogólnie ton tej recenzji był taki: zmarnowano potencjał, który tkwił w pomyśle, rezultatem jest kilka wystaw raczej przeciętnej sztuki w kilku miastach świata. Aha, nowojorska ma ten plus (aranżacja), że fajnie jest tam zabrać dzieciaki, bo będą się nieźle bawić.

Po powrocie do Krakowa przypadkiem trafiłam na artykuł o tej samej wystawie na portalu gazeta.pl. Pierwsze zdanie brzmiało: O tej wystawie mówi się od dawna. O'rly? - chciałoby się zapytać internetowym memem. Pomijając wątpliwą prawdziwość tego stwierdzenia, jest ono utrzymane w tym samym duchu co tytuły czy leady artykułów plotkarskich w rodzaju "XX - mężczyzna, którego pragnęłaby każda kobieta". Następnie polski artykuł skupia się na rynkowej wartości kropek oraz problemie autorstwa: większości obrazów Hirst nie namalował osobiście, a jedynie firmuje całemu przedsięwzięciu. Amerykański artykuł też o tym wspomina, ale w kontekście tego, że obrazy są bardzo nierówne pod względem czysto estetycznym: na jednych kropki tworzą harmonijną całość dzięki dobrze dobranej wielkości (średnica wyznacza odległość) oraz kolorom, inne mają niedobre proporcje. Konkluzja dotycząca tego aspektu w recenzji IHT jest następująca: [Te kropki] są dziełem nie tylko różnych rąk, ale również różnych umysłów, i to może być w nich najbardziej interesujące. W polskim artykule jedynie sensacyjny ton "czy to jest jeszcze dzieło Hirsta??" A kilka dni później zestawienie krytycznych głosów wobec wystawy z głosami obrońców - z naciskiem na te drugie, choćby poprzez ułożenie ich w zbijanie argumentów strony przeciwnej. Tak jakby polski krytyk nie był w stanie przyjąć do wiadomości, że coś, co jest sławne (głównie z racji bycia sławnym) może być poddane ocenie biorącej pod uwagę na przykład wartość artystyczną.

Pozwoliłam sobie zrobić to zestawienie recenzji znów nie bez kozery, a raczej tym razem Kozyry. Mam bowiem wrażenie, że w Polsce zabrakło krytyki sztuki z prawdziwego zdarzenia - i nie mam na myśli ewentualnie istniejących czasopism branżowych, choć obawiam się, że i tam może panować kult (po)nowoczesności. Mam na myśli właśnie duże i poważne gazety codzienne, bo to one są naprawdę opiniotwórcze. Polska krytyka nie odważy się powiedzieć, że król jest nagi, ponieważ próba obnażenia pustki, wtórności czy choćby miernej wartości artystycznej dzieł Kozyry czy Nieznalskiej może zostać odczytana jako stawanie po stronie oszołomów, którzy te dzieła atakują z pozycji niemających nic wspólnego z walorami artystycznymi. Moja recepta byłaby taka: brońmy, bezwzględnie brońmy wolności wyrazu, ale nie dajmy się zwariować, że wszystko, co budzi sprzeciw strony, która ideowo jest nam obca i chciałaby artyście zamknąć usta (a raczej wystawę), jest eo ipso wielką sztuką bądź też, co chyba jeszcze gorsze, że nie wypada tego krytykować.

Żeby było zabawniej, chciałam sobie tę Kozyrę blogowo odpuścić, bo w sumie dość mi piórkiem powiewa jej sztuka i zamieszanie wokół niej. Nie lubię, nie polubię. Ale na wspomnianym portalu pojawił się artykulik reklamujący kolejnego "szokującego" artystę pod hasłami "najbardziej absurdalna wystawa?" i "Magazyn osobliwości? Zdecydowanie, ale podniesiony do rangi sztuki". Co jest przedmiotem wystawy? Między innymi to samo, co przyniosło sławę Kozyrze, czyli wypchane zwierzęta. Pomijając ogólne kwestie etyczne związane z takimi wystawami, z dwojga złego wolę pana Davida Shrigleya z jego makabreskami (choć nie do końca rozumiem, dlaczego nie mógłby ich malować - jak dla mnie miałyby wtedy nawet większą siłę wyrazu), np. wiewiórką trzymającą w łapkach własną głowę (nawiasem mówiąc, w przeciwieństwie do gazetowego recenzenta nie kojarzy mi się to ze wystawianiem tej głowy na sprzedaż, ale ze średniowieczna legendą św. Dionizym, który miał przejść całą trasę z centrum Paryża do obecnego St. Denis, trzymając swoją ściętą głowę w rękach) od nadętego i napuszonego komentarza pani Kozyry do "Piramidy zwierząt", mętnie tłumaczącego, że chodziło jej o powtórzenie aktu zabijania itd. w celu pokazania hipokryzji społecznej, odwznioślenia procesu produkcyjnego mięsa i jakieś tym podobne brednie.

Nie mam nic przeciwko sztuce, która coś znaczy - choć uwielbiam dobrą abstrakcję - ale niech ona znaczy sama w sobie albo w przyjętej konwencji (jak starożytne malarstwo egipskie czy siedemnastowieczne holenderskie), a nie wyłącznie w mętnych intencjach autora, bez których osobnego wyłuszczenia przekaz jest nieczytelny. A już bardzo źle jest, kiedy mętność udaje wieloznaczność. Bo to się świetnie sprzedaje: nie tylko w sztuce, ale również np. w filmie i filozofii.

Dobrze, przyznam się, że wyjątkowo nie lubię sztuki, która zanadto musi tłumaczyć sama siebie w długaśnych objaśnieniach artysty bądź też jego kumpla teoretyka. Mogę doczytać, "co artysta miał na myśli", jeśli ogólny zarys tego zamiaru jest czytelny w dziele, a komentarz (krótki i treściwy!) co najwyżej wyjaśni mi np. szczegółowy kontekst, niekoniecznie mi dostępny np. z racji różnic kulturowych. Pan Shrigley przynajmniej niczego nie tłumaczy w podniosłych słowach, a mnie co najwyżej może nie podobać się materiał, jaki wykorzystuje w sztuce, którą - sądząc chociażby po innych dziełach oraz wypowiedziach - traktuje jako zabawę. Zapałka z domalowaną buzią czy też podstawka pod doniczkę z brodatym filozoficznym obliczem może nie są wielką sztuką, ale są przynajmniej zabawne. Może nadają się raczej do niezbyt drogiej galerii z zabawnymi gadżetami produkowanymi przez absolwentów akademii sztuk pięknych niż do muzeów, ale przynajmniej nie pretendują do odsłaniania Prawdy o Wszechświecie, Kondycji Ludzkiej i Naszych Strasznych Czasach.

Takie właśnie zacięcie czy też taka persona mnie najbardziej irytuje u dwóch wspomnianych polskich artystek, które - niestety mam takie wrażenie - szukają na siłę "szokujących" tematów i sposobów ich pokazywania, bo w Polsce krytyka upadła tak nisko, że prostackie epatowanie burżuja wystarcza, żeby zdobyć parę minut (a nawet lat) sławy i zasłużyć na wystawę retrospektywną w narodowym muzeum. Problem w tym, że możliwości realnego i oryginalnego epatowania burżuja skończyły się jakieś sto lat temu. Dzisiaj "burżuj" będzie stał w kolejce, żeby obejrzeć coś, co pozbawiona pazura krytyka wepchnie mu jako dzieła skandalizujące i szokujące. Dlatego właśnie artykuł na gazeta.pl o Shrigleyu uważam za niemalże szkodliwy, no bo jak można na serio napisać w drugiej dekadzie XXI wieku (sto lat po Duchampie, przypominam) coś takiego: Pół makabryczne, pół humorystyczne instalacje to twory Davida Shrigleya*, którego wystawa (...) wywołuje sporo zamieszania w świecie sztuki. Bo czy wstawionego do galerii strusia bez głowy, poustawiane na schodach buty różnej wielkości, albo jajo z napisem "jajo" można traktować poważnie?

O'rly? - powtórzę. Przecież to wszystko już było, nawet wiele razy, w różnych wcieleniach. Wystawy nie widziałam, może jako całość jest ciekawie zaaranżowana, może właśnie część tych gadżetów jest po prostu fajnie pomyślana. Ale, na litość wszystkich bogów, oryginalności jest w tym wszystkim tyle co trucizny w zapałce! Wniosek: muszę poszukać i poczytać, co o Shrigleyu piszą krytycy z prawdziwego zdarzenia. Swoją drogą nie sądzę, żeby cokolwiek jeszcze było w stanie spowodować autentycznie "zamieszanie w świecie sztuki". No chyba że będzie to odnalezienie nieznanego obrazu Leonarda albo oryginału rzeźby Fidiasza, zwłaszcza gdyby takie dzieła przewracały nasze wyobrażenia o twórczości wielkich artystów - ale to przecież wydarzenia zupełnie innej rangi. Prawdziwego, zmieniającego oblicze sztuki nowatorstwa już raczej nie będzie.

Może być jeszcze dużo niezłej (a może i wybitnej) sztuki, zwłaszcza w tradycyjnych technikach, choć właśnie skonstatowałam, że ostatni malarze, których dzieła naprawdę mnie zachwycają albo przynajmniej je autentycznie cenię, urodzili się przed rokiem 1930 i zasadniczo już wszyscy nie żyją... Żyje jeszcze nieco młodszy David Hockney, za którym nie przepadam, ale niewątpliwie warsztatowo doceniam. A pewna młodsza ode mnie absolwentka krakowskiej ASP, której kiedyś wynajmowałam mieszkanie, i nabyłam jeden jej obraz (sympatyczna, ciekawie skomponowana abstrakcja), bo autentycznie podobała mi się jej sztalugowa twórczość, ponoć jednak przerzuciła się na happeningi, instalacje i sztukę użytkową. Szkoda.

 Co to takiego, koteczku?

PS. Dowiedziałam się niedawno od N. (i na wszelki wypadek sprawdziłam, choć N. ma fenomenalną pamięć do takich szczegółów), że pani Kozyra swoją Łaźnię filmowała na Węgrzech. Przyznam, że było to dla mnie szokiem: do niedawna naiwnie myślałam, że przynajmniej miała tyle odwagi, żeby zrobić to w Polsce, żeby następnie przyznać się do zastosowanego podstępu i przekonać swoich bohaterów do swojej "artystycznej wizji". Wybór ludzi, którzy de facto nawet nie mają szans dowiedzieć się o tym, że ich nagie wizerunki zostały bez ich wiedzy wykorzystane w kontrowersyjnym projekcie artystycznym (np. polski bezdomny miałby jednak takie szanse), uważam za najzwyczajniejsze pod słońcem... no, może lepiej zachowam dla siebie słowa, które cisną mi się na klawiaturę.

* Zastosowałam tu korektę: w oryginale było "Shrigley'a", a nagminne, zwłaszcza w mediach, niepoprawne używanie apostrofu w odmianie nazwisk obcojęzycznych doprowadza mnie do białej gorączki i nie ścierpiałam, nawet w cytacie.

czwartek, 02 lutego 2012
Na tej plus minus Atlantydzie

Wszyscy cytują Nagrobek i Kota w pustym pokoju, ewentualnie Nic dwa razy. A mnie z dzieciństwa w pamięci utkwiły dwa wiersze z tomiku Wołanie do Yeti (rodzice mają pierwsze wydanie, takie broszurkowe, w szarej minimalistycznej okładce, z żółtawymi kartkami - pamiętam dokładnie ich odcień i grubość...) i to one wciąż, po latach kolejnych znakomitych wierszy, są tymi moimi wierszami. A może inaczej: z tych wierszy pamiętam spore fragmenty tekstu i obrazy, skojarzenia, jakie wywoływały. A zatem, po pierwsze, Z nieodbytej wyprawy w Himalaje, ten fragment: "Yeti, Szekspira mamy / Yeti, na skrzypcach gramy / Yeti, po zmroku zapalamy światło." Kiedy przywołuję te słowa (wszystkie cytaty w tym wpisie z niedoskonałej pamięci, więc interpunkcja i szczegóły mogą być niedokładne, ale to jest przecież notka o pamiętaniu), przed oczami mam wciąż ten sam obraz, który zobaczyłam, czytając ten wiersz po raz pierwszy: bezkresna biel śniegu o zmierzchu, oświetlona światłem ni to świeczki, ni to księżyca, i gdzieś na skraju tego kręgu światła jakieś cienie, słowa, muzyka, taka synestezja w jakiejś przedziwnej pustce. To chyba było jedno z pierwszych doświadczeń o charakterze egzystencjalnym...

I drugi wiersz, Atlantyda. Właściwie powinnam przytoczyć cały, bo fascynował mnie wszystkim: formą urwanych zdań, nastrojem, tajemniczą tytułową nazwą i niepojętym, jak to "istnieli albo nie istnieli"? W jakiś sposób zainteresowanie, o co tu chodzi, musiało się przyczynić do mojej fascynacji antykiem, ale także fantastyką: światami, które w podobny sposób są dla nas nieuchwytne, bo zarazem istnieją i nie istnieją. No i co to znaczy "Nie mogący na serio pozować do przestróg"? Czemu "nie wyjęci z powietrza, z ognia, z wody, z ziemi"? Dziś dużo więcej rozumiem z tego wiersza, mam cały aparat skojarzeń, które (zapewne) powinien wywoływać, ale pamiętam tę ciekawość, którą budził, gdy czytałam go w kółko i w kółko.

A poza tym zawsze będzie mi towarzyszyć garstka anegdot, też jakoś tam prywatnych. Moja prababcia grała z ciotką Wisławy Szymborskiej w wista, bezika czy w co tam grały krakowskie mieszczki w pierwszej połowie wieku XX... no więc jakieś związane z tym urywki zapamiętanych przez dziadka czy mamę opowiastek rodzinnych, że "ta Wisia taka szalona". A potem w moim mieszkaniu odbywały się pierwsze spotkania Loży Limerykowej, jeszcze przed Noblem, i pewnego wieczora przyszła noblistka wraz z prof. Henrykiem Markiewiczem wpadli do kanapy, która z niewiadomych powodów postanowiła się zapaść... Zapewne w dobie fotografii cyfrowej zostałoby to uwiecznione na zdjęciu: pierwsze zaskoczenie i potem radosny śmiech. Nie zostało, kanapa już też nie stoi tam, gdzie stała.

Działo się wszystko albo nic
tam albo nie tam
.

Animula vagula blandula

poniedziałek, 30 stycznia 2012
Z wyspy skarbów

Nie znam się na szczegółowych zapisach ACTA, ich konsekwencjach prawnych itp., choć na zdrowy ludzki rozum widzę, podobnie jak np. Pfg, różnicę między panem Iksińskim zbijającym mająteczek na taniej produkcji i następnie sprzedaży podrobionych markowych ciuchów albo skopiowanych płyt ze skserowanymi okładkami a panem Ygrekowskim, który posiada w domu legalną kablówkę, nagrywa film i następnie udostępnia go za darmo w sieci. Ten drugi nie zarabia na tym, że oferuje ludziom niepełnowartościowy towar pod znaną marką. Tak naprawdę z punktu widzenia zarobków rozmaitych firm fonograficzno-filmowych ten drugi przyczynia się do wzrostu ich sprzedaży w krajach tego drugiego i pół świata, w którym przyszło mi mieszkać.

Dlatego ponieważ nie znam się na różnych prawnych aspektach, postanowiłam jednak włączyć się w konfesyjny nurt "jestem piratem i to dzięki mnie zarabiacie", którego kolejne odsłony pojawiają się obecnie na różnych blogach i portalach społecznościowych.

Początki mojego piractwa sięgają oczywiście czasów, kiedy zakupy w Amazonie były dla mnie nieosiągalnym finansowo (a i po części logistycznie) luksusem, a polskie sklepy nie oferowały filmów czy muzyki wydawanej za granicą. Dość wcześnie zaczęłam sprowadzać za pośrednictwem krakowskiego Music Cornera legalne płyty cd z operą, ale powiedzmy sobie szczerze, iż w porównaniu z ówczesnymi cenami filmów, a zwłaszcza seriali telewizyjnych, były one dość tanie. Powodem tego wczesnego piractwa była przede wszystkim mierność i zasadnicza nieoglądalność polskiej produkcji telewizyjnej, a także bardzo długi czas oczekiwania na wydanie - zwłaszcza w Polsce - płyt dvd z filmami, które spodobały mi się w kinie. Przypominam, że obecnie żyjemy w świecie, w którym film schodzi z ekranów w najlepszym razie po kilku tygodniach, w związku z czym nie da się go obejrzeć w kinie po na przykład trzech miesiącach, kiedy to człowiekowi zamarzy się sprawdzenie jakiegoś szczegółu bądź też zobaczenie jeszcze raz ulubionej sceny.

Mam wrażenie, że pierwszym świadomie ściągniętym filmem, jaki posiadałam, była Drużyna Pierścienia Petera Jacksona. Producentom i dystrybutorom spieszę donieść, że wcześniej byłam na tym filmie w kinie dziewięć (tak 9!) razy, w związku z czym wrzuciłam do ich kieszeni całkiem pokaźną sumę. Więcej razy nie zdążyłam z wspomnianego wyżej powodu: film w końcu zniknął z ekranów. Spieszę również donieść, że pierwsze legalne dvd z tym filmem przywiozłam z Niemiec przed polską premierą, a następnie już w Polsce kupiłam rozszerzoną wersję. Pirat służył tak naprawdę wyłącznie wypełnieniu luki między kinem a dvd.

Potem zaczęła się era seriali. A konkretnie era czytania w internecie o amerykańskich hitach, które wedle wszelkich poszlak miały szanse mi się spodobać - w przeciwieństwie do papki oferowanej przez polską telewizję. Niekiedy też zdarzało się, że po prostu będąc gdzieś na zachodzie oglądałam w hotelu pojedynczy odcinek serialu, w którym się zakochiwałam, ale w Polsce nie miałam żadnej szansy go obejrzeć. Albo, w wyjątkowych przypadkach czegoś, co jakaś rodzima stacja postanowiłaby jednak zakupić (zapewne na podstawie internetowego szumu wokół danego tytułu - szumu, dodajmy, kreowanego głównie przez ludzi, którzy widzieli już pirackie wersje), miałabym szanse zobaczyć go z kilkuletnim opóźnieniem i zmasakrowany przez lektora - w kinie przynajmniej normą stały się napisy, a i daty premier już jakiś czas temu zrównały się ze światową średnią.

Tak, większość ulubionych obecnie seriali (proszę spojrzeć na listę na prawej szpalcie tego bloga) oglądałam oryginalnie w wersjach ściągniętych z netu - choć w niektórych przypadkach zaczynało się od legalnej kopii z wypożyczalni, tyle że zazwyczaj były tam tylko pierwsze sezony, a na ciąg dalszy nie można było liczyć w żadnej przewidywalnej przyszłości. Niemniej jak sobie sama na tę listę spojrzałam, to na około trzydziestu tytułów ponad połowę mam obecnie na legalnych płytach, a następne kilka zamierzam w najbliższym czasie kupić.

Z domu pirata - seriale

Przechodząc do sedna: jeśli jakaś nieprzemyślana ustawa miałaby zablokować mi możliwość ściągania nowości z sieci, to części z tych filmów zapewne bym nie kupiła. Nie kupiłabym, bo bym ich nie znała - same opinie recenzentów i internautów to czasem jednak trochę mało, o czym wielokrotnie przekonałam się w obie strony, rozczarowując się co do rzeczy okrzyczanych arcydziełami i zachwycając czymś, co miało zaledwie przeciętne oceny. A jeśli na dodatek nie znałabym nikogo z obsady (ulubiony aktor jest bardzo silnym magnesem dla kupna legalnej kopii), to nie ryzykowałabym moich niezbyt spektakularnych dochodów na kupowanie przysłowiowego kota w worku.

Nie znam się na prawnych ani ekonomicznych aspektach sprawy, ale wiem jedno: "piractwo" takich osób jak ja sprzyja sprzedawalności legalnych płyt, zarówno z muzyką jak i z filmami. Oczywiście pod warunkiem, że wytwórnie nie będą sobie liczyć jakichś kosmicznych cen za swoje produkty, co do niedawno stanowiło bardzo poważną zaporę - i dla części skądinąd całkiem przeze mnie lubianych seriali, zwłaszcza amerykańskich, nadal ją stanowi. Znacznie lepiej ma się sytuacja z produkcjami brytyjskimi, które na dodatek całkowicie zdeklasowały na mojej liście ulubieńców wszystkie inne. Brytyjczycy redukują ostatnio przerwę między emisją telewizyjną a wydaniem na dvd do naprawdę takiego minimum (dwa tygodnie, plus przystępna cena oryginalna), że jeśli jestem pewna, że coś chcę obejrzeć, to mogę zamówić z wyprzedzeniem na Amazonie i zaczekać aż znajdzie się w moim domu dwa dni po płytowej premierze.

I w podobnej praktyce - a nie restrykcyjnych zakazach i jednoczesnym windowaniu cen produktów legalnych - upatruję autentyczną szansę na walkę z niekontrolowanym udostępnianiem plików w internecie. Jeszcze bardziej podobałoby mi się, gdybym za rozsądną cenę (np. pakietu danych z serwisów w rodzaju Chomika) mogła ściągnąć sobie legalny plik dobrej jakości ze strony wytwórni/dystrybutora - oczywiście globalnie, bo co mi ze streamingów dostępnych jedynie dla mieszkańców USA? W wielu przypadkach następnie i tak kupiłabym sobie "prawdziwą" płytę dvd, bo ulubione rzeczy po prostu chce się mieć na półce! Może co najwyżej w niektórych przypadkach zaczekałabym na jakąś promocję, przecenę albo poszukała taniej okazji na eBayu.

Dlatego marzy mi się serwis jakiegoś porozumienia wytwórni filmowo-telewizyjnych, udostępniający na całym świecie swoje produkcje, gwarantujący mi dobrą jakość obrazu i dźwięku już w tym pierwszym podejściu do oglądania, ale przede wszystkim dający mi możliwość zapoznawania się z maksymalnie jednodniowym opóźnieniem z tym wszystkim, co ludzie na świecie oglądają w telewizji. Jest bowiem jeszcze jeden aspekt piractwa, który bywał już poruszany: my, fani różnych seriali, chcemy być globalnie na bieżąco, nie chcemy spojlerów, a internet w zasadzie nie  pozwala ich uniknąć. Dlatego za taki serwis byłabym chętna i gotowa płacić - a chwilowo płacę jak głupia za polską telewizję publiczną i kablówkę, z której jakiś zaledwie marny procent uważam za wart moich osobistych pieniędzy. Marzy mi się globalna telewizja, w której realnie płacę za to, co oglądam albo abonuję i co sobie mogę nagrać na płytę. Gdzie naprawdę mam wybór, a nie narzucony przez jakiegoś mędrka z działu marketingu pakiet, w którym 90% to jak dla mnie tylko zapychacze kanałów.

Póki co z Amazonu idzie do mnie kilka kolejnych niedrogich płyt, a dwie następne czekają na swoje premiery płytowe, żeby powędrować do Krakowa. Tytuł wpisu zaś jest nieprzypadkowy - jednym z ostatnich filmów, jakie ściągnęłam, jest najnowsza adaptacja Wyspy skarbów Stevensona; opowieści, jakby nie było, o piratach. Gra w niej jeden z moich ulubionych aktorów, a data premiery płytowej jest jeszcze nieustalona - w innym przypadku zapewne bym poczekała. A i tak, jeśli nie będzie to kosztować majątku w dniu premiery, to kupię jak tylko się ukaże...

Z domu pirata - opery

PS 1. Część tych spektakli też najpierw widziałam w wersjach sieciowych...

PS2. Z tekstów o samej ACTA ten wydaje mi się najrozsądniejszy.

poniedziałek, 26 grudnia 2011
Humanizdycha

(Z góry przepraszam za to, że dzisiejszy wpis sponsorują nawiasy.)

Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Sądząc z kilku petycji i głosów w różnych mediach, dopiero kwestie finansowania (p)obudziły polskich humanistów do dyskusji o stanie i przyszłości akademickiej humanistyki. Dyskusji, która powinna się była przetoczyć przez nasz kraj z dziesięć lat temu, jeśli nie wcześniej. Jest to bowiem dyskusja tylko pozornie niszowa i oderwana od rzeczywistości, w której problemem jest na przykład kryzys Unii Europejskiej czy też wzajemne obrzucanie się błotem przez rozliczne odłamy polskiej tak zwanej "prawicy", które można by spokojnie zignorować, gdyby nie to, że ta opcja ma wciąż dość spory elektorat i jest wspierana przez potęgę medialną.

Otóż uważam, że w dyskusji o tym, w jakim kierunku powinna zdążać polska humanistyka - a konkretnie, czy standardem powinny być publikacje anglojęzyczne czy też polskojęzyczne -  słychać echo tych nieco bardziej globalnych problemów. Bo tak naprawdę dyskusja jest o tym, czy chcemy 'być w Europie' (świecie) na takich prawach jak inni (a także z taką samą odpowiedzialnością), czy też wolimy okopać się we własnym grajdole i (w jego otwartej wersji) czekać aż reszta świata nad grajdołem się pochyli z zachwytem i grajdoł wreszcie doceni, na co czekamy od stuleci. W wersji zamkniętej można od razu nad grajdołem usypać kopiec i postawić na nim symbole religijno-narodowe.

Proszę mnie nie zrozumieć źle. Nie chcę wykreślić języka polskiego z literatury naukowej, ale wydaje mi się, że trwanie na pozycji (szkolnie interpretowanej) "walki o język polski" w wykonaniu (szkolnie interpretowanego) Reja et consortes (ale pod modnym hasłem walki z neokolonializmem), trochę jest nieaktualne. Tak naprawdę renesansowi humaniści doskonale wiedzieli, w jakich sytuacjach szukać środków wyrazu w językach narodowych, a kiedy jednak używać łaciny, w związku z czym np. korespondencję z kolegami z innych ośrodków prowadzili w lingua franca ówczesnego świata. A tak się składa, że jak łacina dominowała jako język powszechnie znany przez ludzi wykształconych w wieku XVI, francuski w XVIII, niemiecki w dziewiętnastowiecznych naukach historyczno-filologicznych, tak we współczesnym świecie tę pałeczkę przejął angielski i rozdzieranie szat nie ma tu sensu. Na pocieszenie mogę dodać, że lingua franca nie jest nawet wymysłem świata średniowiecznego czy nowożytnego, o nowoczesnym czy ponowoczesnym nie wspominając: na terytorium ogromnego imperium Achemenidów językiem wspólnym dla ludzi interesu, dyplomatów itp. nie był bynajmniej perski ani też grecki - wydawałoby się, że dwa języki dominujących w tym świecie kultur - tylko odmiana aramejskiego. Powody były po części ekonomiczne, po części praktyczne (wygodny zapis), ale nie będziemy się nad tym tu rozwodzić.

A zatem w zasadzie każdy język ma teoretyczne szanse na to, żeby stać się lingua franca, choć oczywiście na to, który w danej epoce zostaje, ma wpływ wiele czynników. Jednym z nich jest to, jak wiele treści przekazywanych w danym języku jest interesujące/ważne dla dużego grona odbiorców lub zostaje jako takie pokazane. Oczywiście we współczesnym świecie te interesujące rzeczy są szybko tłumaczone na inne języki (zwłaszcza angielski jako dostępny największej liczbie czytelników), ale i tak gdyby nagle (np. w wyniku jakiejś katastrofy demograficznej) wiodącym ośrodkiem cywilizacyjnym stały się Włochy, Polska czy Tajlandia, to uzyskałyby narzędzie do narzucania reszcie świata posługiwania się ich językiem na poziomie oficjalnym. Lingua franca jest warunkowana po części ekonomicznie, a nie tylko kulturowo (tu na dodatek pewną rolę odgrywają mody), i jest to chyba dość logiczne, na dodatek wbrew pozorom jest procesem dość naturalnym.

Wróćmy jednak do kwestii języka polskiego w sytuacji zastanej. I w literaturze naukowej. Widzę co najmniej dwa obszary, na których powinien zdecydowanie dominować. Pierwszy to literatura popularnonaukowa (skądinąd u nas dość skandalicznie zaniedbywana, spychana na margines działalności akademickiej i niedoceniana w rankingach i ocenach, podczas gdy to od jej jakości w dużej mierze zależy zainteresowanie najmłodszych pokoleń nauką), drugi - tradycyjnie rozumiana polonistyka, zajmująca się problematyką związaną z literaturą i językiem polskim. Jest całkowicie uzasadnione, żeby od osób, które chcą zgłębiać szczegółowe zagadnienia Pana Tadeusza czy poezji Micińskiego, wymagać znajomości języka, w którym ta literatura została napisana. Podobnie jeśli amerykański, japoński czy dowolny inny uczony postanowi zająć się np. badaniem języka polonii chicagowskiej, to możemy od niego wymagać, żeby nauczył się polskiego i był w stanie przeczytać artykuły językoznawcze napisane po polsku o polskich dialektach czy gwarach - bo to stanowi podstawę jego warsztatu.

Nie widzę jednak powodu, żeby artykuły na takie tematy pisać jedynie po polsku - wiedza o przynajmniej części zagadnień pozornie niszowych może być przydatna również dla specjalistów z innych dziedzin, chociażby jako materiał porównawczy. Charakterystyka twórczości nawet tak hermetycznie polskich poetów jak Leśmian może być przydatna dla badaczy podobnych zjawisk w modernizmie europejskim itd. Dlatego wydaje mi się, że niezłym rozwiązaniem praktycznym byłoby wprowadzenie w polskich czasopismach wydawanych po polsku obowiązkowych streszczeń w jednym z języków powszechnie używanych w światowej literaturze naukowej, a odwrócenie sytuacji - umieszczanie polskich streszczeń artykułów obcojęzycznych (w czasopismach wydawanych w Polsce) mogłoby też być nie od rzeczy.

Natomiast dopóki Polska nie uzyska dominującej cywilizacyjnie pozycji w świecie (a zważywszy, jakie formacje by tego chciały, wolałabym, żeby to nigdy nie nastąpiło), to nie mamy prawa wymagać od innych, żeby dostrzegali i doceniali publikacje po polsku pisane. W bieżącej dyskusji Tadeusz Bartoś powołuje się na niemieckich filozofów (z dorobkiem), oraz na Umberto Eco jako piszących w swoich językach, zapominając, że niemiecki wciąż jest do pewnego stopnia przynajmniej językiem filozofii (dziedzictwo XIX  i  pierwszych dekad XX wieku), tzn. językiem, którego filozofowie uczą się powszechnie, chociażby ze względu na to, że mnóstwo ważnej dla nich klasycznej literatury jest w tym języku napisane. A w przypadku tekstów filozoficznych lektura oryginału może być warunkiem koniecznym dla poprawnego zrozumienia rozważań w nim zawartych. Umberto Eco z kolei ma pozycję w świecie literackim i literaturoznawczym na tyle wysoką (nieważne, czy słusznie, czy nie; moim skromnym zdaniem cała ecomania to odcinanie kuponów od jednej wybitnej powieści), że cokolwiek napisze w dowolnym języku, zostanie na pniu przełożone na inne. Jeśli natomiast w jakiejś Wyższej Szkole Czegokolwiek w Dowolnym Polskim Mieście pracuje i pisze wiekopomne dzieła zapoznany polski geniusz, to żeby zaistnieć w obiegu naukowym musi te dzieła zaprezentować światu, inaczej bowiem pozostanie geniuszem zapoznanym, o którym za kilka(naście/dziesiąt) lat ktoś napisze pracę magisterską. A może nawet doktorską.

Problem w tym, że jeśli nawet ktoś w końcu wyda jego dzieła i napisze monografię, a wszystko to razem nadal będzie po polsku, to zapoznany geniusz wciąż pozostanie zapoznanym geniuszem. I co najwyżej tym razem przy okazji nagrody Nobla, którą dostanie ktoś, kto niezależnie od naszego zapoznanego geniusza dokona tych samych odkryć ("wszystko, co daje się pomyśleć, zostaje kiedyś pomyślane", że zacytuję moich ulubionych Fizyków Dürrenmatta), jakiś (polski, acz niekoniecznie nacjonalistycznie nastawiony) dziennikarz oburzy się, że przecież "Polak odkrył to [wstaw odpowiednią liczbę] lat temu".

Wracając jednak do głównego problemu, czyli humanistyki, której naukowy Nobel nie grozi, pozwolę sobie na drobne uwagi z własnego doświadczenia. W związku z pierwszymi studiami opublikowałam co nieco w naukowym periodyku uważanym za najbardziej prestiżowy w Polsce, obdarzony przez Ministerstwo wysokim dziewięciopunktowym indeksem. Periodyk ten zajmuje się szeroko pojętym literaturoznawstwem, ale bynajmniej nie jest to czasopismo polonistyczne, a teksty w nim publikowane dotyczą najróżniejszych zjawisk - również to, co ja sama tam popełniłam, odnosiło się raczej do zagadnień metodologicznych, a zatem istotnych globalnie. Niemniej gdybym nawet umieściła mój artykuł powiedzmy na portalu academia.edu, w wersji do ściągnięcia, to korzyść z niego byłaby nikła, bo mało kto na poważnie by go zacytował, nie mając pojęcia o tym, co w nim naprawdę zostało zawarte. Czasem po słowach brzmiących "międzynarodowo" w tytule można się czegoś o zawartości domyślić, ale użytkownik wzmiankowanego portalu byłby w podobnej sytuacji jak ja, kiedy usiłowałam przegryźć się przez tekst po duńsku - a i tak w sumie byłam w o tyle lepszej sytuacji, że nawet szczątkowa znajomość niemieckiego coś tam z niderlandzkiego i skandynawskich pozwala się domyślić. Ale w poważnie traktowanej publikacji zacytuję jedynie artykuł tego samego Duńczyka napisany po angielsku, bo mogę się do niego odnieść, podczas gdy z artykułu duńskiego mogę co najwyżej wynieść ogólne wrażenie, że jest raczej o tym niż o tamtym.

W związku z drugimi studiami publikuję w zasadzie wyłącznie po angielsku i mogę natychmiast podać zasadniczą (subiektywną) różnicę: jest nią odpowiedzialność. Pisząc po polsku niewiele ryzykuję, w związku z czym samodyscyplina może łatwo ulec obniżeniu, podczas gdy pisząc po angielsku znacznie dokładniej muszę sprawdzić źródła, cytowania, wreszcie - własne tezy. Można to zapewne porównać do występu w lokalnej telewizji kablowej i w programie transmitowanym na cały świat, nawet jeśli nie mówimy o największych stacjach czy prime time. Można to też porównać do opowiadania o czymś, czym się zajmuję naukowo, cioci na imieninach, a opowiadaniem o tym samym grupie studentów - w tym drugim przypadku muszę się pilnować, żeby pół żartem zrobione porównanie nie zapadło w pamięć na tyle, że następnie zostanie na całkiem poważnie powtórzone na egzaminie.

Oczywiście w naukowym pisaniu po polsku można też wymagać najwyższej rzetelności, ale mała szansa, że taki proces uruchomią wydawnictwa powstające jak grzyby po deszczu przy Wyższych Szkołach Czegokolwiek w celu wypełniania przez ich pracowników norm publikacji. Wrócę zatem do wcześniejszego postulatu: doceńmy działalność popularyzatorską. To jest dziedzina, która nie dość, że jest trudna sama w sobie, to na dodatek wymaga naprawdę dużej rzetelności, a zarazem naprawdę powinna być uprawiana we własnym języku, bo ma dotrzeć do szerokiego czytelnika, od którego nie możemy żądać ani rozumienia kwestii akademickich, ani też znakomitej znajomości języków obcych. Ministerstwa Edukacji i Nauki powinny wspólnie stworzyć program wspierania działalności popularyzatorskiej, zarówno w formie aktywizowania młodzieży (czy ogólnie: odbiorców spoza sfer akademickich) jak i wydawnictw. Książka popularnonaukowa, wydana w dobrym wydawnictwie, powinna liczyć się jako ważna publikacja na koncie pracownika akademickiego (a napisanie jej dobrą polszczyzną powinno być dodatkowo punktowane ;)

Kolejnym krokiem byłoby uczestnictwo środowiska akademickiego w tworzeniu czasopism popularnonaukowych - też pisanych po polsku. Artykuły tam publikowane powinny liczyć się do dorobku, nie widzę też problemu w nadaniu takim czasopismom ich własnego rankingu ministerialnego. Bo oczywiście podobnie jak istnieje różnica między publikacją w Zeszytach Wyższej Szkoły Czegokolwiek a recenzowanym periodykiem, tak też nie ma równości między w założeniu popularyzatorskim Biuletynem Koła Naukowego Studentów Czegokolwiek a np. Wiedzą i Życiem, są też spore różnice między "naukowymi" blogami na portalach rozmaitych tygodników i innych mediów: w jednych utalentowani popularyzatorsko naukowcy piszą przystępnie rzeczy ciekawe, w innych niestety różni aspirujący geniusze - medialnie atrakcyjni - wypisują (nierzadko modne*) bzdury, od których nóż się w kieszeni otwiera.

Natomiast artykuły czy monografie, które powinny wejść do naukowego obiegu międzynarodowego, piszmy w językach powszechnie znanych w naszej dziedzinie. To nie zawsze musi być angielski: niemiecki i francuski wciąż są dostatecznie popularne w wielu naukach, żeby poważne czasopisma o zasięgu światowym je akceptowały. W przypadku monografii ideałem byłoby wydawanie równolegle wersji międzynarodowej i polskiej, bo przecież wciąż - i na szczęście - tłumaczymy ważne teksty naukowe, jako że nawet dla osób znających świetnie język oryginału lektura we własnym języku jest łatwiejsza, choć już gdy przychodzi do cytowania, musimy odwołać się do wersji pierwotnej - ze względu na komunikatywność, ale też po to, żeby sprawdzić, czy tłumacz czegoś nie namieszał. Niestety nierzadko poziom przekładów literatury naukowej na polski woła o pomstę do nieba: tłumaczami bywają ludzie nie mający pojęcia o treści przekładanej książki, co więcej - nie czujący potrzeby skonsultowania czegokolwiek ze specjalistą (opłakane efekty w przypadku jednej książki popularnonaukowej kiedyś nawet opisywałam).

Niemniej liczenie na to, że jeśli napiszemy coś fenomenalnego w języku, który dla zabieganego świata jest niedostępny, to ktoś to odkryje, przeczyta (zlecając na ślepo, wiedziony instynktem, tłumaczenie albo też ucząc się w przyspieszonym trybie piekielnie trudnego języka) i doceni, jest równą mrzonką jak to, że reklamując Kraków jako miasto taniego piwa przyciągniemy tu kulturalnych turystów, pragnących poznać naszą historię i kulturę. A niestety kilka lat temu w londyńskim metrze jako stolica kultury reklamowała się Praga, podczas gdy Kraków obecny był w gazetkach linii lotniczych oraz darmowych pisemkach rozdawanych na londyńskiej ulicy jako właśnie miasto długo otwartych tanich pubów. Efekty są widoczne i ich diagnoza wbrew pozorom nie jest całkiem niezwiązana z tym, o czym traktuje dzisiejszy wpis. Forma publikacji też jest rodzajem autoprezentacji: pisząc wyłącznie po polsku, w obiegu zamkniętym, prezentuję się jako osoba niezainteresowana dzieleniem się tym, o czym piszę, z innymi, dyskusją, a więc w rezultacie również poznawaniem opinii innych.

Podsumowując: postulowałabym rozdzielenie pewnego rodzaju "rejestrów" publikacji na te, które powinny być pisane w językach obcych i  po polsku, wyznaczenie strefy, gdzie te zalecenia się przenikają, docenienie jako twórczości naukowej tekstów popularyzatorskich, dla których naturalnym językiem jest język lokalny, czyli de facto szukanie drogi pośredniej. Nie zamykanie się na to, że pisanie po polsku może mieć duże znaczenie i wpływ, tylko zrozumienie, że pisząc po polsku ten wpływ możemy wywierać na grupę, którą dramatycznie zaniedbujemy: młodzież i osoby bez wykształcenia specjalistycznego (albo w ogóle akademickiego), a nie na międzynarodowe środowisko naukowe. Co więcej, uważam, podkreślę to jeszcze raz, że stworzenie platformy popularyzacji nauki (która jednocześnie byłaby platformą szerzenia poprawnej polszczyzny) powinno stać się jednym z priorytetów dla połączonych sił ministerstw zajmujących się edukacją i nauką.

Jeśli natomiast chcemy z nauką sensu stricto wyjść na świat i zaistnieć w obiegu międzynarodowym, to musimy dostosować się do tego, jak ten świat obecnie działa. Przyjmowanie postawy obrażonego dziecka nic tu nie pomoże. Pisania nawet świetnych artykułów o charakterze specjalistycznym nie uważam też za element promujący czy też mający dowartościować język polski - przecież ich odbiór w Polsce jest marginalny, więc fakt ich napisania po polsku nie zwiększy ich poczytności wśród rodaków!

Ponadto jakość i zasięg publikacji (pomińmy kwestię dobrego lub niedobrego czy raczej niedoskonałego systemu ich oceniania) jest jednak kryterium w miarę obiektywnym, pozwalającym uniknąć takich sytuacji jak krążący niedawno po sieci mem "należy mi się habilitacja, bo w latach siedemdziesiątych byłem gospodarzem klasy", mający swoje źródło w oficjalnym serwisie związanym z nowym procesem habilitacyjnym. Jak najbardziej trzeba się zastanawiać nad doskonaleniem kryteriów oceny, poddawać je (wraz z listami czasopism) nieustannej weryfikacji, dopuszczać przypadki niemieszczące się w ostro zarysowanych wytycznych, którym zdarza się automatycznie dawać punkty za niczym niepopartą autopromocję, podczas gdy autentyczne osiągnięcia nie zawsze podpadają pod biurokratyczny system. Żeby rzucić przykładem pierwszym z brzegu: dość absurdalne jest to, że we wnioskach grantowych liczą się tylko publikacje z kilku ostatnich lat - o ile w przypadku artykułów można to uznać za zasadne, bo jest to kwestia aktywności, o tyle opublikowanie ważnej i cytowanej monografii nie powinno ulegać takiemu przedawnieniu. Ale przecież takie drobiazgi można by korygować niemal od ręki.

Trochę odeszłam od kwestii humanistyki, więc pozwolę sobie do niej jednak wrócić. Raz za czas tu i ówdzie odbywają się debaty co do jej naukowości, a także co do tego, czy humanista powinien zdawać maturę z matematyki (na co niezmiennie ktoś z przyrodników rzuci w końcu prowokacyjnie hasło bezzasadności zdawania przez przyszłych inżynierów czy biologów matury z polskiego) itd. Nauki przyrodnicze, zwłaszcza współcześnie, niewątpliwie różnią się od tzw. humanistyki - dawno skończyły się czasy, kiedy jeden człowiek mógł naukowo ogarnąć całość współczesnej sobie ludzkiej wiedzy (abstrahując od jej poprawności), jak taki Arystoteles czy nawet jeszcze niekiedy renesansowi humaniści, którzy nierzadko zajmowali się wciąż jeszcze zagadnieniami filozofii naturalnej. Rozwój nauki sprawił, że już w XVI/XVII w. widzimy postępującą specjalizację: pomijając ich własne przekonania o tym, czym się zajmowali, my dziś Keplera nazwiemy astronomem, a Newtona - fizykiem, ze względu na dziedziny, w których dokonali przełomowych odkryć. Obecnie możemy co najwyżej mówić o wymierającej klasie erudytów, którzy zainteresowaniami i wiedzą wychodzą poza ramy swojej dziedziny. Wymieraniu zresztą po części winna jest szkoła, stawiająca na produkcję wyspecjalizowanych ludzkich maszyn, a nie na szeroką wiedzę i ciekawość świata. (Co skądinąd zasadniczo sprawia, póki co, że mój postulat wspierania popularyzacji nauki jest również pięknym marzeniem bez szans na spełnienie.)

Na początku wspomniałam również o kwestii finansowania, która poniekąd wywołała tę dyskusję. Jestem jak najbardziej za finansowaniem z zarówno polskiego jak i unijnego budżetu działalności, która powinna być prowadzona po polsku dla zwiększenia potencjału intelektualnego Polaków (ceterum censeo: wspierajmy popularyzację), ale nie łudźmy się, że startując po pieniądze europejskie czy światowe, mamy szanse z projektami specjalistycznymi, stricte naukowymi, które z góry zakładają, iż adresatem takich prac powinni być czytelnicy polscy oraz interesujący się Polską (cytat z listu prof. Czubaja i innych naukowców, na który odpowiedzią jest przywołany na początku artykuł). Poza wszystkim na to, żeby ci czytelnicy zainteresowali się Polską, to my musimy ich tą Polską zainteresować. Nie zrobimy tego, pisząc po polsku artykuły o polskiej kulturze czy popkulturze. Chyba że celem polskiej humanistyki ma być wygodne życie w towarzystwie wzajemnej adoracji (zjawisko wyśmiane lata temu na gruncie literatury brytyjskiej przez Davida Lodge'a i ogólnie tzw. powieść akademicką).

Neapol 2011

*Aluzja do polskiego tytułu "Intellectual Impostures" Brickmonta/Sokala w pełni zamierzona, ponieważ większość tych portalowych wannabe ekspertów zachłystuje się postnowoczesną terminologią i stylistyką, produkując banalne porównania i płytkie analizy. I niestety do tej kategorii wrzucam określanie pisania po angielsku jako "neokolonializmu akademickiego". Jak już napisałam, zjawisko lingua franca istniało od tysiącleci i nie ma co na nie utyskiwać - jest sprawdzającym się w praktyce rozwiązaniem i tyle.

wtorek, 29 listopada 2011
Noc listopadowa

Nie mam pamięci do rocznic: nieustannie zapominam o imieninach, urodzinach (co bym robiła bez podpowiedzi fejsbuka...), no i oczywiście o rocznicach historycznych - chyba po prostu mój mózg nie jest kompatybilny z "polityką historyczną", mimo że w oderwaniu od codziennego kalendarza rocznic z datami jako takimi nie mam problemów. Ale dziś coś na jakimś portalu uświadomiło mi, że mamy historyczną rocznicę, która jednakowoż dla mnie niesie skojarzenia wcale nie patriotyczne tylko jak najbardziej osobiste, związane z młodzieńczymi zachwytami...

Otóż jednym z moich najwcześniejszych, dziecięcych w zasadzie wspomnień jest absolutna fascynacja obejrzanym w telewizji spektaklem "Nocy Listopadowej" Wyspiańskiego w reżyserii Wajdy. Najwyraźniej już wówczas nie miałam zadatków na przyszłego wyborcę pisu, ponieważ tym, co mnie zachwyciło, były oczywiście sceny mitologiczne, w tym spektaklu na dodatek śpiewane. Ponieważ były to przaśne czasy sprzed ery wideo (w każdym razie w Polsce), mogłam jedynie marzyć o oglądaniu tego w kółko, w związku z czym jednym z moich największych skarbów stała się później wyczarowana przez mojego ojca , jak mi się wydawało, a w rzeczywistości kupiona w o dziwo wciąż istniejącej na linii A-B krakowskiego Rynku księgarni muzycznej, czarna płyta z nagraniem audio całości spektaklu (chyba w wersji teatralnej, a nie telewizyjnej, ale nie jestem pewna). Efekt jest zasadniczo taki, że do dziś znam praktycznie cały ten tekst na pamięć, włącznie z partiami mówionymi...

Proszę sobie też wyobrazić moje skrajne szczęście, kiedy na fali wznawiania przez Teatr Stary najsłynniejszych spektakli z lat '70 w celu pokazywania ich na różnych rocznicowych festiwalach udało mi się dostać na przedstawienie! (O ile pamiętam, to wręcz na kilka przedstawień, bo grali to przez jakiś czas z pełną widownią.) Oczywiście, wszystko się zmieniło. Zabójczo przystojny Jan Nowicki (Książę Konstanty) z wersji telewizyjnej (zwłaszcza kiedy pojawia się jako Ares w greckiej zbroi pod koniec) był już szpakowatym starszym panem z "Wielkiego Szu", Anna Dymna dawno nie była już dziewczęcą studentką, w związku z czym Kora wyglądała jak żoną Hadesa z pewnym stażem, co zresztą w sumie ma jakiś przewrotny sens w tekście Wyspiańskiego, gdzie ona jest jednocześnie panną młodą po raz pierwszy schodzącą do podziemi i boginią, która powtarza to od tysiącleci... Demeter Zofii Jaroszewskiej była jeszcze bardziej kruchą starowinką niż w telewizji, ale przecież ta aktorka musiała mieć wtedy już koło dziewięćdziesiątki i niesamowite jest to, że grała wciąż równie przejmująco jak w wersji telewizyjnej. W Teresie Budzisz-Krzyżanowskiej (Joanna) to się w ogóle wtedy niemalże kochałam, więc nie miało znaczenia, czy ma o te kilkanaście lat więcej, czy nie. Jakoś to było najmniej zauważalne. Fenomenalna Barbara Bosak (Atena) od dawna nie żyła, zastąpiła ją Monika Niemczyk, głosowo mniej dramatyczna, ale na scenie całkiem dobrze sobie radząca. Jerzy Stuhr (Wysocki) był już dla mnie przede wszystkim Wodzirejem, co wraz z lekko zmienionym głosem i niezbyt już młodzieńczymi gabarytami nieco psuło zamierzony efekt pokazania powstania jako organizowanego przez kompletnie niedojrzałych i nieodpowiedzialnych młodzików, ale co tam. I tak siedziałam z otwartą buzią, delektując się na żywo tym, co zapamiętałam sprzed lat, wiedząc doskonale jaka będzie każda następna kwestia, i niemalże podśpiewując razem z aktorami.

Gdzieś w międzyczasie przeczytałam całość tekstu, antyk Wyspiańskiego był nawet moim tematem na eliminacje centralne olimpiady polonistycznej, choć tak naprawdę to kochałam ten spektakl, a sztukę nieco mniej, no i zdążyłam się już zakochać np. w "Powrocie Odysa". Także gdzieś w międzyczasie niby z hukiem, a jakoś tak niepostrzeżenie zmieniły się czasy, a sporo później z kolei ja wyzwoliłam się z licealnej niechęci do historii i oprócz kultury pokochałam również historię starożytną. I nagle, oglądając sobie na YouTubie kawałki spektaklu telewizyjnego (mam też już dvd z całością, kupione natychmiast jak się ukazało), uświadomiłam sobie, że...

... na ostatnich zajęciach ze sztuki greckiej wspomniałam "Noc Listopadową" w kontekście dekoracji balustrady wokół świątyni Ateny Nike na ateńskiej Akropolis, ponieważ wbrew tekstowi Wyspiańskiego słynna płaskorzeźbiona Nike (znacie tę Nike Fidiaszową, jak sandał wiąże szybka...) po pierwsze nie jest dziełem Fidiasza, po drugie sandał rozwiązuje, a nie zawiązuje...

... że zmieniłabym tam akcenty, bo kontekst historii naj-najnowszej pokazuje, że Nike spod Cheronei nie powinna wlec się w żałobnych szatach (posępna weszła i cmentarna), tylko potrząsnąć Polską tak jak Filip Macedoński potrząsnął skłóconymi państwami greckimi... (O czym już zresztą pisałam kilka lat temu w kontekście innego zastosowania tego motywu w polskiej literaturze.)

... że nadal bardzo lubię ten spektakl, że nic a nic się dla mnie nie zestarzał, no i że nadal najbardziej lubię w nim te sceny mitologiczne, bo dzięki nim sztuka Wyspiańskiego nie jest partykularna, nie balansuje na granicy politycznej agitki, tylko nabiera uniwersalizmu...

... że jakkolwiek dynamiczny, tryumfalistyczny początek nadal robi wielkie wrażenie, to podobnie jak kiedyś moją ulubioną muzycznie i teatralnie sceną jest pożegnanie bogów w teatrze w Łazienkach - Zygmunt Konieczny napisał do tego stonowaną muzykę, nie gubiąc przy tym swojego stylu - bo jest ono najbardziej "wyspiańskie" w tym dziwacznym pesymizmie i uniwersalizmie wpisanym w ściśle polskie konteksty...

... że przedstawienie w tej sztuce mitu Demeter i Persefony jest na miarę misteryjnego tekstu antycznego...

Czyli, zbierając to wszystko w kilku zwykłych słowach: stara miłość nie rdzewieje.

Nike rozwiązująca sandał

PS. Jedyny klip, jaki na razie znalazłam na YT.

wtorek, 01 listopada 2011
O dyniach i szkodliwych memach

Come back na bloga ma dwie bezpośrednie przyczyny. Pierwszą z nich jest moje osobiste lenistwo (wrócimy do tego na końcu), drugą - felietony zamieszczane w necie, do których nie da się napisać komentarza. I lenistwo, i felieton dotyczą dyni. Dyni halloweenowej, oczywiście.

Felieton napisał niejaki Rafał A. Ziemkiewicz (powszechnie i dalej w tym tekście zwany RAZem), z którym zresztą kiedyś w zamierzchłych czasach aktywności fandomowej byłam na ty, jak właściwie wszyscy w fandomie, a teraz mam wrażenie, że żyjemy na innych planetach... Ale do rzeczy. Rzeczony felieton - mimo zasadniczo słusznej tezy - jest jak dla mnie klinicznym przykładem katolicko-prawicowej demagogii, bo niby sporo rzeczy pisze w miarę rozsądnie (chwała RAZowi za to, że nie zabrania swoim dzieciom robić dyń), ale zarazem powiela i szerzy szkodliwe, błędne memy.

Tako pisze na przykład RAZ: "Nasza, chrześcijańska kultura − i w tym zresztą jej wyższość − każe nam odwiedzać groby przodków, jeśli nie częściej, to przynajmniej w tym jednym dniu." Cóż, odwiedzin przy grobach przodków jako żywo nie wymyśliło chrześcijaństwo, wystarczy popatrzeć sobie na greckie wazy związane z obrządkiem pogrzebowym: dominującą tematyką są odwiedziny przy grobach, ozdabianie ich wstążkami, pozostawianie dodatkowych darów. Spotkanie z siostrą przy grobie Agamemnona jest ważnym elementem fabularnym literackich wersji mitu Orestesa, pojawia się też w sztuce. I można by wymieniać dalej. (Skądinąd mem/mit chrześcijaństwa jako wynalazcy moralności, równouprawnienia kobiet, miłosierdzia i innych błogosławieństw cywilizacyjnych to nie temat na notkę na blogu, ale naukową monografię.)

W dalszym ciągu tego samego akapitu RAZ wytyka współczesnej kulturze: "W krajach, z których zaimportowaliśmy Halloween i walentynki nikt już grobów przodków nie odwiedza, bo grobów nie ma. Przepuszcza się człowieka przez komin i rozsypuje na wietrze." Tu już wkraczamy na grząski grunt niezupełnej prawdy i demagogii. Grób nie jest jedyną formą pamięci o zmarłych przodkach czy przyjaciołach. Dla takich Rzymian na przykład większe znaczenie niż grobowiec (który też odwiedzano) miały przechowywane w domach maski przodków, które np. noszono w procesjach na kolejnych rodzinnych pogrzebach, a na co dzień otaczano wielką czcią. Otóż idę o zakład, że w domach tych okropnych Amerykanów, którzy swoich zmarłych rozsypują na wietrze (zazwyczaj zresztą spełniając ich ostatnią wolę bądź też wybierając miejsce szczególnie przez zmarłego ulubione...), stoją fotografie, przypominające o tych, którzy odeszli. Czy to naprawdę tak bardzo gorsze od wycieczki w miejsce, w którym złożono doczesne szczątki? Ludzie zachowani na portretach, a współcześnie zdjęciach czy filmach w jakiś sposób są wciąż wśród nas, nawet jeśli fizyczne pozostałości po ich ciałach krążą sobie gdzieś po wszechświecie. (Nawiasem mówiąc, sceny odwiedzin na cmentarzach są w amerykańskich serialach na tyle popularne, że nie bardzo chce mi się wierzyć w całkowitą nieobecność takiej tradycji.)

W nieco innym wątku czytamy z kolei: "Nasza kultura uczy od wieków: pamiętaj o śmierci, memento mori (...) Natomiast nowoczesne pop-pogaństwo powiada: nie myśl o śmierci, śmiej się z tego. Baw się, używaj, konsumuj i czniaj, co ma być potem." Tu niestety spotykamy się z problemem, że kościół nijak nie jest w stanie zrozumieć (a jeszcze mniej pogodzić się z faktem), że ludzie po prostu niekoniecznie już wierzą w cokolwiek po śmierci, w związku z czym sankcja religijna przestaje mieć znaczenie. Kościół, jego wyznawcy i apologeci nie są w stanie zaakceptować także tak prostego faktu, że w kontekście globalnym ich wizja jest tylko jedną z wielu (wiem, wiem, światopogląd religijny tej konkretnej religii to implikuje, więc robi się błędne koło), a jej nieakceptowanie może oznaczać, że jednak człowiek woli po epikurejsku cieszyć się każdą chwilą życia. I że może robić to z refleksją, sensownie, etycznie i dobrze, nie popadając od razu w tani i płytki hedonizm. A tak przy okazji: to, że się nie jest przekonanym co do istnienia czegoś, nie oznacza koniecznie, że jest się przekonanym co do tego czegoś nieistnienia - postawa agnostyczna przeczy logice dwubiegunowej i prawu wyłączonego środka, tymczasem zarówno fanatycy religijni jak i ateistyczni najwyraźniej żyją wciąż w świecie tymi zasadami rządzonym.

I jeszcze jedno: nie znam epoki, która tak doskonale łączyłaby dwie - zdaniem RAZa najwyraźniej rozbieżne - tendencje: ponurego memento mori i rozpasanego hedonizmu oraz niemal instytucjonalnego wyśmiewania się ze śmierci jak XVII w. (w Polsce jest to szczególnie wyraźnie widoczne), wiek kontrreformacji. Śmiech był sposobem na oswojenie, ale zastanawia mnie - tu RAZ mimowolnie podsunął mi pewną refleksję - rola opresyjnej religijności w rozwoju takich postaw. Siedemnasty wiek zrodził osiemnastowieczny libertynizm, dzisiejsze mieszanie się kościoła we wszelkie dziedziny życia rodzi równie skrajne postawy.

A jednak nie to wszystko najbardziej razi mnie w felietonie RAZa (żart słowny niezamierzony). Najbardziej nie podoba mi się w nim powielanie wyjątkowo kłamliwego kościelnego memu: że religie przedchrześcijańskie pozbawione były duchowości i głębi - pozbawione religijności, chciałoby się powiedzieć. Nie, RAZ tego wprost nie pisze, bo też nie o tym pisze. Ale skacząc dość dowolnie między historycznym "pogaństwem" a tym, co nazywa współczesnym "pop-pogaństwem" popełnia nadużycie intelektualne, zawarte już zresztą w samym określeniu "pop-pogaństwo" (na dodatek jedno i drugie jest traktowane w kontekście walki z zagrożeniem, co dodatkowo implicite zrównuje oba pojęcia).

RAZ słusznie - i zgodnie z linią, którą kościół musiał przyjąć w obliczu ustaleń nauk historycznych - zauważa, że "Święto zimowego przesilenia, narodzin Słońca, stało się Bożym Narodzeniem, nabrały chrześcijańskiego sensu pisanki i święcenie pokarmów, ochrzczone zostały zapusty i ostatkowi przebierańcy. Przecież i nagrobne światła, które dziś zapalamy, też wzięły się z pogańskiego obyczaju." To wszystko prawda (choć osobiście zapewne inaczej bym to opisała, bo też warunki, w jakich to się działo, nie były tak naturalne i pokojowe, a metamorfoza płynna, jak wynika z użytych sformułowań), ale niestety poprzedza ją takie zdanie: "W swych dziejach Kościół wielokrotnie wygrywał z pogaństwem − i nie ma powodu, by nie wygrał i z pop-pogaństwem naszych czasów." Tu już włącza nam się retoryka walki, a implicite dostajemy informację, że to wszystko, z czym kościół wygrał w dawnych wiekach było równie płytkie i pozbawione wartości jak współczesna kultura konsumpcji.

"Ale rzadko [wygrywał z pogaństwem] w drodze prostego zakazu. Przeważnie po prostu oswajał pogańskie przyzwyczajenia, albo nadawał im nowe znaczenia." No to już jest szczyt demagogii, ponieważ całe to oswajanie wcale nie było pokojowym oswajaniem. Niestety, Rafale A., zaczęło się od bardzo prostego zakazu. Wydał go pod koniec IV w. cesarz Teodozjusz: zabronił wyznawania w cesarstwie rzymskim (a to oznaczało wówczas wciąż jeszcze spory kawał Europy i przyległości) jakichkolwiek innych religii oprócz chrześcijaństwa, nakazał burzenie świątyń i wycinanie świętych gajów (ofiarą padł np. dębowy gaj w Dodonie, znany już Homerowi, a także mnóstwo wspaniałych zabytków architektury i sztuki). Równocześnie armia duchownych zajęła się przekonywaniem ludzkości, że ich bogowie są kłamstwem, złymi demonami itd. Na temat "oswajania" i "nadawania znaczeń" pisano traktaty, nie przypadkiem naginając rok liturgiczny i jednocześnie każąc zapominać o wcześniejszych znaczeniach "oswajanych" świąt. To była walka ideologiczna zakrojona na nieznaną dotychczas skalę, wynikająca z cesarskiego edyktu, a nie żaden naturalny proces (jak drzewiej bywało, bo fuzje wierzeń i bóstw były na porządku dziennym). Nawiasem mówiąc, te same metody (niszczenie posągów, wycinanie świętych gajów) stosowano w procesie chrystianizacji barbaricum w średniowieczu. Aż nachodzi człowieka smutna refleksja, że chrześcijaństwo od IV w. było narzędziem politycznym, więc we współczesnej Polsce nie mamy do czynienia z niczym nowym.

I jeszcze jedno, tym razem gruby kaliber: "Takie są najgłębsze kulturowe − czy, właściwie, antykulturowe − znaczenia, ukryte pod wesołą zabawą, którą ochoczo naśladujemy." Nie jestem wcale przekonana, czy nawet zabawowe nawiązanie do starej - i bardzo duchowej - tradycji można określać jako antykulturowe. Kultura to nie jakiś monolit na piedestale; to, nawiasem mówiąc, jeden z głównych błędów popełnianych, kiedy popularnie mówi się o kulturze starożytnej. Szkoła rzuca nam ochłapy z górnej półki, że posłużę się taką mieszaną metaforą: usłyszymy coś o Platonie, Fidiaszu, Homerze i Safonie. A tymczasem kultura antyczna to także mim o wysoce niewyrafinowanym humorze, żartobliwie nieprzyzwoite bądź wręcz sprośne wierszyki, komiczne malunki na wazach czy ścianach domów (o lupanarach już nie wspominając), rzeźby gnomów, romanse przygodowe itd.

Być może póki chrześcijaństwo było jedną z licznych niewielkich mesjańskich sekt w obrębie judaizmu i trzymało się wiary w niechybny bliski koniec świata, jego wyznawcy mogli istotnie ascetycznie stronić od różnych spraw świata tego. Może jeszcze bezpośredni wyznawcy nauk Pawła z Tarsu mieli szanse na takie - sekciarskie - zachowania. Ale już w III/IV w., w okresie poprzedzającym edykt mediolański, wśród zwykłych chrześcijan byli zapewne zarówno ascetyczni fanatycy jak i zwykli ludzie, nie różniący się swym sposobem życia od wyznawców Mitry czy Izydy. Ci pierwsi wzięli następnie górę jako przewodnicy duchowi i jeśli kiedyś w historii zaistniała działalność antykulturowa, to uprawiali ją rozmaici Tertulianowie i Tacjanowie oraz ich anonimowi uczniowie i naśladowcy - zakazując zawodów sportowych, przedstawień teatralnych. Ukoronowaniem tego trendu było kolejno zniszczenie Biblioteki w Aleksandrii (IV w.) i zamknięcie Akademii Platońskiej w Atenach (VI w.). Bodajże właśnie Tacjan został świętym m. in. za skuteczną walkę z posągami - czyli ze sztuką.

No a w średniowieczu do kultury niewątpliwie chrześcijańskiej należały rubaszne piosenki żakowskie, prześmiewcze traktaty, niepoważne przedstawienia rybałtów i tak dalej. Nie, na szczęście nawet chrześcijaństwo nie zdołało zaszczepić w człowieku ponurej, posępnej wizji świata, w której działalność kulturowa może być wyłącznie ambitna, na koturnie, a już najlepiej powiązana wyłącznie z refleksją o sprawach wyższych. (Kolejny mem do utłuczenia: mit złotego wieku w sensie kulturowym, tzn. kiedyś to ludzie tworzyli tylko wysoką sztukę,i mówili wyrafinowanym językiem, a my mamy zalew popkultury.)

Już na marginesie felietonu a nie bezpośrednio w związku z nim: może zamiast z dyniami katolicy raczej powalczyliby z ohydnymi, niemającymi już nic wspólnego ani z duchowością, ani z tradycją ludową, kiermaszami odpustowymi (popularnie zwanymi  po prostu odpustami, co samo w sobie świadczy o laicyzacji tradycji religijnych), odbywającymi się przy polskich kościołach? Z dzieciństwa pamiętam naszyjniki z ciasta chlebowego, drewniane zabawki, papierowe wiatraczki - a potem stopniowe pojawianie się plastikowego paskudztwa rodem z Chin, aż po dzisiejsze stragany z tym, co jest w każdym tanim sklepie z zabawkami i supermarkecie? One z pewnością degradują kulturę (religijność zresztą też) i są najbardziej jaskrawym przejawem płytkiego konsumpcjonizmu, jaki znam z własnego podwórka - i to nie tego celebryckiego, ale powszechnego.

Tym sposobem doszłam mniej więcej do końca tego, co w felietonie RAZa chciałam zdekonstruować, że posłużę się tym paskudnym terminem. Po prawdzie wynikło to z dyskusji na fejsbuku - i po prawdzie muszę tu z przykrością wyznać, że rzeczony fejsbuk zadał nieco cios w plecy blogowi, bo dyskusje różnorakie tam się przeniosły. I to jest niewątpliwie lenistwo intelektualne, z którym postaram się powalczyć. Ale jedną rzecz okołofejsbukową wytłumaczę: zarzucono mi tam między innymi, że dzielę felieton RAZa na czworo. Może. Ale wydaje mi się, że takie umiarkowane felietony, w których jest sporo sensownych uwag ("nie sądzę, aby wytaczanie przeciwko halloweenowej dyni ciężkich dział miało sens", "moje córki, a jakże, ustawiły swoje haloweenowe dynie na balkonie, bardzo z nich dumne, i nie widzę w tym żadnego dla nich niebezpieczeństwa") są bardziej demagogiczne od prymitywnego ideologizowania za pomocą łopaty.

Nie chodzi mi oczywiście o to, że RAZ pisze z punktu widzenia katolika, bo ma do tego prawo, katolikiem będąc ("duchowni, którzy podnosząc przeciw zabawie poważne argumenty usiłują powstrzymać modę zakazami, popełniają taktyczny błąd", "dopóki [moje córki] wiedzą, że o zmarłych dziadkach trzeba pamiętać, odwiedzać ich groby, przyozdabiać je i modlić się na nich ... to żadna moda i zabawa im nie zaszkodzi"). Chodzi mi na przykład o to, że w wykropkowanym środku ostatniego zacytowanego zdania mamy paskudną generalizację "a nie, jak Amerykanie, traktować zmarłego jak starą kanapę, którą trzeba po prostu usunąć z domu i pozbyć się kłopotu". Oraz o to, że taki skądinąd rozsądny głos powielający fałszywe memy powiela je skuteczniej niż wściekły, zajadły bełkot. Bo bardzo łatwo pomyśleć, że oto mamy wreszcie rozsądny głos ze strony katolickiej i nie zauważyć, że może i nie celowo, ale jest on nasycony płytką demagogią. Dlatego właśnie postanowiłam jednak podzielić go na czworo.

A teraz w kwestii mojego lenistwa: właściwie to powinnam ideowo wystawić sobie gdzieś jakąś dynię. Ale dni okołoświąteczne spędzam sobie w dużej mierze zacisznie u rodziców, którzy wprawdzie dynię mieli, ale przerobili ją w tempie ekspresowym na konfiturę. A mnie nie przyszło do głowy, że w ramach demonstracji przeciwko fanatycznym antydyniowym ekscesom powinnam solidarność z dynią zamanifestować. Dlatego postaram się w przyszłym roku wywiesić jakieś ładne dynie na balkonie - poza wszystkim jest szansa, że okażą się dobrym odstraszaczem gołębi.

Lekyty białogruntowane (V w. p.n.e.), sceny odwiedzin przy grobie

PS 1. "To zakrawa na paradoks − w 'cywilizacji śmierci' śmierć nie istnieje, jest kompletnie wypychana ze świadomości, podczas gdy w cywilizacji życia stanowi centrum. Oczywiście, paradoks jest, jak się nad tym zastanowić, pozorny." Przyznam, że nie do końca chwytam, o co RAZowi chodzi z tą pozornością (nie wytłumaczył), ale autorom i propagatorom memu cywilizacja śmierci vs cywilizacja życia dałabym pod rozwagę, że może te określenia po prostu nie mają sensu i są z gruntu demagogiczne, skoro jest dokładnie na odwrót? Przypomina się stara zasada, że jeśli teoria nie pasuje do faktów, to jednak coś nie w porządku jest z teorią...

PS 2. Na fejsbuku pisałam jeszcze o tryumfalistycznym tonie zawartym w tym RAZowym tekście (znów niezamierzona gra słów...), co spotkało się z protestami obrońców felietonu - utrzymuję tę tezę. Te sformułowania o wyższości "naszej" religii, te zapewnienia, że znów pokonamy wroga - to wszystko trąci kontrreformacją i jej duchem.  Niesympatycznym duchem księdza Skargi, który dość nieszczęśliwie ma patronować w tym roku naszemu parlamantowi.

środa, 15 czerwca 2011
Discamus latine!

Od jakiegoś czasu trwa akcja "Polska w Europie - łacina w szkole". Bardzo słuszna akcja, popieram ją wszystkimi łapkami gdzie się da, w związku z czym postanowiłam zrobić to również na blogu, choć jego stali czytelnicy chyba nie wątpią, że popieram. Oto krótka lista powodów, dla których warto się uczyć łaciny - powodów o charakterze autobiograficznym i subiektywnym, bo w różnych mediach różne osoby piszą mądrze, przekonująco i poważnie.

1. Bo łacina jest fajna. Naprawdę. Nawet taka - a może właśnie taka - jakiej uczy się powszechnie w szkołach, czyli martwa. I mówię to ja, która w kwestii metod uczenia języków obcych zdecydowanie preferuję bycie wrzuconym między native speakerów i konieczność uczenia się ze słuchu oraz przez naśladowanie i tworzenie konstrukcji na wzór zasłyszanych (tak, tak, jestem tym rzadko ponoć występującym w przyrodzie modelem Chomsky'ego...). Mówię to, ponieważ w liceum uczenie się łaciny było fajne. I to, paradoksalnie, dość od początku, ponieważ już w pierwszej klasie zaczęła się np. nauka metryki, a heksametr zrozumiałam natychmiast i bawienie się nim sprawiało mi autentyczną radość. Do dziś zresztą sprawia, lubię porozkoszować się brzmieniem Metamorfoz Owidiusza czy Eneidy Wergiliusza w oryginale. Inna metryka, która ma ustalone układy stóp, jest mniej fajna jako łamigłówka, ale za to jak pięknie brzmi! Tak samo łamigłówką są tłumaczenia prozy, zwłaszcza takiego Cycerona - można czasem spędzić pół godziny na próbie rozszyfrowania, co z czym łączy się w zajmującym kilka linijek zdaniu - a jak się to rozwiąże (samemu albo i z pomocą specjalistów), to jaka radość! Zabawa lepsza niż z jolką, a satysfakcja moim skromnym zdaniem większa.

2. Bo fajnie jest rozumieć różne tajemnicze napisy. Największą zachętą do uczenia się jakichkolwiek języków była dla mnie zawsze irytacja, kiedy czegoś nie rozumiałam. Objawienia doznałam mając sześć lat, kiedy usłyszałam mojego Tatę rozmawiającego w informacji turystycznej w Grecji po angielsku. Pal diabli, że ludzie w tejże informacji go rozumieli - na to nieszczególnie zwróciłam uwagę. Poczułam się urażona, ponieważ ja NIE rozumiałam! Zażądałam natychmiastowego zapisania mnie na kurs angielskiego, co rodzice zrobili, zapewniając mi w ten sposób chleb na życie, bo trochę na tych tłumaczeniach zarobiłam. A łacina? No dobrze, głównym bodźcem do pójścia do klasy klasycznej była greka, ponieważ Grecję kochałam zawsze bardziej niż Rzym, ale szybko okazało się, że to łacina wchodzi mi do głowy z zaskakującą łatwością, a z greką tak naprawdę walczę do dziś (i kocham ją miłością niezupełnie odwzajemnioną, chciałoby się powiedzieć). A łacina mnie uwiodła, bo nagle okazało się, że różne napisy na starych murach, skróty na nagrobkach, a także inskrypcje w muzeach, które wcześniej mijałam obojętnie, mają sens i czasem nawet bywają ciekawe!

3. Bo czasem fajnie jest móc się pośmiać z ignorancji. Wchodzę ja sobie na takie forum portalu gazeta.pl i widzę taki oto cymesik: Forum Humorum. Jako native speaker polskiego bez trudu domyślam się, co autor tej nazwy miał na myśli. Ale znacznie bardziej bawi mnie to, że tak naprawdę ta nazwa oznacza Rynek/Targ Płynów (aż by się chciało za bohaterem jednego z moich ulubionych filmów - Doktora Strangelove - powiedzieć: ustrojowych). Tu muszę uczciwie przyznać, że radosnemu rechotowi z ignorancji nader często towarzyszy irytacja, bo wiele pseudołacińsko brzmiących pseudomakaronizmów można by ująć równie zgrabnie z punktu widzenia ich bycia zrozumianym po polsku, ale zarazem poprawniej. Fajnie jest też wiedzieć, że wprawdzie najbardziej znana forma pewnego wyrażenia brzmi "pro domo sua", ale kiedy mówimy o sobie samych, to powinniśmy powiedzieć "pro domo mea". Nie mówiąc już o rozróżnianiu między "stricte" a "sensu stricto".

To takie małe, życiowe, codzienne powody, dla których fajnie jest znać łacinę. Ale oczywiście, jak nietrudno się domyślić, łacina daje mi wgląd w to, jak kiedyś myślano, mówiono, pisano. Jest jednym z wielu kluczy do mojej ukochanej starożytności, pozwalających zajrzeć w przeszłość, otworzyć kilka okienek na tamten świat. Świat, z którego nasz wyrósł w stopniu znacznie większym niż z jakiejkolwiek innej tradycji. Nawiązując do tytułu akcji - nauka łaciny powinna być powinnością każdego Europejczyka. Po prawdzie greka też, ale wyznajmy to szczerze: jest dużo trudniejsza, więc niech już przynajmniej będzie ta łacina.

Rzymskie dyplomy militarne

Link do petycji w sprawie pozostawienia łaciny w szkole.

wtorek, 26 kwietnia 2011
Tłumacz recenzentem

Tłumacz często ma mało czasu na czytanie wielu książek poza tymi, które tłumaczy, zwłaszcza jeśli poza byciem tłumaczem usiłuje jeszcze być czymś innym - a tak naprawdę to jest na odwrót, bo tłumaczem jest dla chleba...

Ale Agora ogłosiła konkurs, który ma wspierać czytelnictwo, więc nawet nie ze względu na sam konkurs, ale jego szczytny cel dość bezczelnie pozwolę sobie zrecenzować książkę, którą sama przetłumaczyłam - ponieważ zahacza o to, czym się zajmuję poza tym zawodowo, a na dodatek w kwestii oceny tłumaczenia mogę przynajmniej częściowo powołać się na zdanie kogoś innego.

Ostatnimi czasy wyspecjalizowałam się w przekładaniu książek plus minus fantastycznych dla młodzieży - co jest i przyjemne, i pożyteczne, bo ma szanse czytelnictwo zwiększyć, wszak czym skorupka za młodu nasiąknie... Miałam do tego takie szczęście, że trafił mi się autor, który po latach pisania kryminałów dla dorosłych postanowił spróbować sił w literaturze przeznaczonej mniej więcej dla swoich dorastających synów. Nie bez znaczenia była również oczywiście popularność Harry'ego Pottera i czysto marketingowe wyczucie, że otwiera się wielka przestrzeń dla tego rodzaju książek, trzeba tylko znaleźć sobie odpowiednio atrakcyjną niszę w sensie przedstawianego świata. Klony książek o młodych czarodziejach raczej się nie sprawdzą, dopóki ktoś nie wpadnie na kolejny rewolucyjny pomysł.

Rick Riordan, bo o nim mowa, postanowił zagospodarować mitologię i nadprzyrodzony świat, który w niej znajdujemy. Na początek wziął się za mity greckie - powstała pięciotomowa seria Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy (w Polsce wydana w latach 2009-2010), której tłumaczenie sprawiło mi wielką przyjemność, ponieważ powieści te w sposób pomysłowy i niebanalny, choć czasem uproszczony ze względu na wiek zamierzonych odbiorców, przedstawiały opowieści, które kochałam od moich najwcześniejszych lat. Kolejne tomy stanowiły nawiązania do przygód Odyseusza, Heraklesa, Tezeusza bądź też prezentowały kompilacje różnych mitów bez wyraźnej linii fabularnej zaczerpniętej z podań greckich.

Druga seria autorstwa Riordana, której pierwszy tom (Czerwona piramida) ukazał się na początku 2011 r., wykorzystuje mitologię egipską, co jest o tyle trudniejsze, że w tej tradycji znacznie mniej jest literacko przetworzonych, powszechnie znanych opowieści, które miałyby ten potencjał, co legendy o greckich herosach. W przeciwieństwie do Grecji Egipt nie wytworzył zaawansowanej literatury, która przeniosłaby mit czyli opowieść o silnych związkach z sacrum w sferę bliższą profanum czy nawet rozrywce. Dlatego w serii egipskiej Riordana nawiązania do wykorzystywanej kultury mają charakter bardziej "scenograficzny" i epizodyczny niż fabularny: więcej tu elementów kultury materialnej, które odgrywają kluczową rolę (ożywające posążki uszebti, znaczenie ustawionych na całym świecie obelisków, święte teksty i hieroglify - fizycznie obecne w książce!), inna koncepcja związku bogów z ludźmi: w serii o Percym Jacksonie bohaterowie byli współczesnymi herosami czyli potomkami Olimpijczyków i śmiertelników, podczas gdy w serii o Sadie i Carterze Kane'ach nastoletni bohaterowie pochodzą z (pozornie) zwykłej ludzkiej rodziny, a ingerencja egipskich bóstw w ich życie ma zupełnie odmienny charakter.

Starożytność to dla popkultury jedna wielka pułapka. Mało które dzieła - literackie czy filmowe jednako - dają sobie z nią radę. Poczynając od ideologicznych "produkcyjniaków" w rodzaju Quo vadis w wersji zarówno książkowej jak filmowej przez różnego rodzaju Kleopatry, Aleksandry i Troje, w których nie ma grama sensu historycznego czy mitycznego, po całkowicie pretekstowe Xeny - autorzy uważają starożytność za jeszcze jeden kostium, w który można przebrać postacie/aktorów, nie zważając na pewnego rodzaju odpowiedzialność wobec materiału, który się wykorzystuje. Nieco ambitniejsze próby mierzenia się z tym materiałem (dylogia macedońska Davida Gemmella czy powieści Judith Tarr) nie wychodzą właściwie poza niszowość. W rezultacie zazwyczaj dostajemy najczęściej lepiej lub gorzej strawną papkę, która równie dobrze mogłaby się ubrać w całkiem inny kostium. Bronią się nieliczne seriale telewizyjne: Ja, Klaudiusz (pomimo archaiczności realizacji i sensacyjno-plotkarskiej fabuły), Odyseja Konczałowskiego (bardzo poprawna) i Rzym produkcji HBO (rzeczywiście olśniewający pod względem rekonstrukcji epoki).

Na tym tle książki Riordana stanowią chlubny wyjątek - głównie dlatego, że autor konsekwentnie korzystał z pomocy specjalistów z najlepszych amerykańskich uczelni. Fabuły są nie zanadto skomplikowane (choć przyznam, że niektóre zwroty akcji zdołały mnie nieźle zaskoczyć), ale sądząc po reakcjach młodych czytelników atrakcyjne dla osób, dla których są przeznaczone, a główni bohaterowie dobrze skonstruowani pomimo sporej typowości. Ja ich w każdym razie lubię, dzieciaki z forów też, więc jest dobrze.

W obrębie starożytności popkulturowej Egipt to chyba jeszcze większa pułapka niż Grecja - choć ta ostatnia zaliczyła w sumie więcej spektakularnych wpadek: wspomniane filmy Troja i Aleksander, a także, wbrew pozorom - wszystkie kolejne Kleopatry, których twórcy zapominają ewidentnie, że Ptolemeusze byli Macedończykami a nie Egipcjanami. I na tym właśnie polega problem z Egiptem, że dla wielu osób przytłacza on całą wizję starożytnosci. Ma on bowiem, z nie do końca dla mnie zrozumiałych powodów, opinię najbardziej fascynującej cywilizacji w dziejach: mumie w British Museum są oblegane przez turystów pstrykających pamiątkowe fotki, a Nefretete w Berlinie zakazano fotografować, bo nie dało się do niej podejść. Skądinąd w sali obok jest przepiękny relief przedstawiający Echnatona i Nefretete z córkami, a także śliczne "szkice" rzeźbiarskie z życia rodziny królewskiej, ale mało kto na nie zwraca uwagę. Bo Nefretete (ta Nefretete) jest gwiazdą, a reszta to tylko tło. Drugą gwiazdą, tyle że przebywającą nieco dalej od Europy, jest oczywiście Tutanchamon - King Tut, jak nazywają go pieszczotliwie Anglosasi - król z punktu widzenia historii mało istotny, ale z punktu widzenia archeologii bardzo. Trzecia gwiazda to Kleopatra... i zapominamy, że to już zupełnie inny Egipt. Grecki Egipt, który na dodatek lada moment przemieni się w Egipt rzymski. A "prawdziwy", faraoński Egipt gdzieś się w tym wszystkim gubi, przytłoczony rekwizytami: perukami, biżuterią, łysymi głowami kapłanów i ewentualnie ciężkim losem fellacha.

Riordan nie zapomina, że ponad trzy tysiące lat dziejów starożytnego Egiptu to wbrew pozorom nie monolit, i jakkolwiek moją ukochaną Kleopatrę (kobietę inteligentną, nieładną, ale fascynującą) czyni w sumie negatywną bohaterką dziejów swojego świata, to przynajmniej podkreśla zmiany, jakie na przestrzeni dziejów zachodziły w Egipcie. Co więcej, on ten Egipt ewidentnie zrozumiał, bo nie ma tu obiegowych bzdur - wręcz przeciwnie, młody czytelnik ma szanse sporo się nauczyć, zarówno o mitologii jak i o obyczajach. Ładnie fabularnie wykorzystana zostało specyficzna pozycja i rola króla (faraona) w kulturze egipskiej, a zwłaszcza jego związek ze sferą sacrum; ciekawie potraktowano niejednoznaczność praktycznie wszystkich bóstw, jak chociażby to, że żadne z nich nie jest wyłącznie złe albo dobre. Podobnie jak w Percym Jacksonie nieźle wyszło połączenie starożytności ze współczesnością, a drobne ukłony w kierunku mód w literaturze młodzieżowej (Anubis jako mroczny emo młodzieniec, do którego wzdycha bohaterka) są w sumie zabawne. Akcja wartka, momentami nawet zbyt wiele fajerwerków, ale w sumie wszystkie mają swoje uzasadnienie i żadna strzelba nie wystrzela na darmo, że sparafrazuję klasyczne teatralne powiedzonko.

Na koniec dwa słowa o tłumaczeniu, a raczej o jego recenzji. Książka poszła do adiustacji do specjalisty od hieroglifów, które w dużej liczbie pojawiają się w tekście - nie tylko jako ozdobniki. Egiptolog ów napisał następnie do mnie list, który zaczynał się tak: "Szanowna Pani Agnieszko, Przede wszystkim proszę przyjąć gratulacje za znakomite tłumaczenie. Sam tłumaczyłem parę rzeczy, więc trochę „czuję bluesa” i potrafię docenić umiejętności translatorskie, najlepiej widoczne  w przekładach gier słownych. A Narmer plate jako patera Narmera, to po prostu mistrzostwo świata :) Przede wszystkim jednak rozkoszą dla egiptologa jest zetknięcie z tłumaczem, który wie, że Middle Kingdom to Średnie Państwo, a nie Środkowe Królestwo, i że Nephthys to Neftyda. Nie uwierzyłaby Pani, jakie kwiatki można spotkać."

Oczywiście, było mi miło, ale odpisałam uczciwie: "bardzo dziekuję za miły list - ale muszę 'rozczarowac' ;) Z wyksztalcenia jestem miedzy innymi... archeologiem klasycznym, specjalizuję się w epoce hellenistycznej, a pracę licencjacką napisalam o Egipcie ptolemejskim, więc Średnie Państwo itd. to dla mnie oczywistość."

Przytaczam to po trochu dlatego, że zawsze fajnie jest się pochwalić pochwałami, ale także dlatego, żeby w tych dniach promocji czytelnictwa zwrócić też uwagę na kwestię przekładów - również książek dla dzieci i młodzieży. To, jak przekłada się nawet literaturę popularną, jest ważne, naprawdę. I jeszcze jedno: to nie jest tylko kwestia tłumacza. Wzorem anglosaskich autorów pozwalam sobie w tym miejscu podziękować serdecznie pani Ewie, redaktorce, z którą pracowałam przy wszystkich Riordanach - ostateczny kształt tekstu to w wielkiej mierze jej zasługa, to z nią odbywamy burze mózgów, żeby wymyślić w miarę sensowne gry słów, to ona bywa autorką niektórych błyskotliwych pomysłów. Dlatego pozwalam sobie na pewnego rodzaju apel do wydawnictw specjalizujących się w literaturze młodzieżowej i popularnej: nie oszczędzajcie na redakcji i korekcie, bo czytanie książek, w których styl drapie po oczach i mózgu, a interpunkcja woła o pomstę do nieba, jest udręką, a wydawanie ich w takiej formie - zbrodnią. Dobry przekład to wspólna robota tłumacza i redaktora, piszę to z pełnym przekonaniem. W trosce o pożytki z czytelnictwa powinniśmy upomnieć się o książki dobrze pisane i dobrze tłumaczone - czyli dobrze redagowane.

Echnaton i Nefretete w ogrodzie

czwartek, 14 kwietnia 2011
Moje życie teatralne

Przyjęło się uważać, że dni takie jak czyjeś urodziny/imieniny itp. dają szczególne prawa. Dlatego będzie nieco autobiograficznie, choć temat został wywołany przez dyskusję bardzo aktualną i, co więcej, dotyczącą jednostkowego zdarzenia. Ale o tym za chwilę.

Mogłabym napisać o tym, jak zostałam de facto wyrzucona ze studiów teatrologicznych, do których z moim zainteresowaniem antykiem żywcem nie pasowałam (nie interesował mnie jakoś szczególnie ani Lupa, ani Jarzyna, ani Grotowski, nie omdlewałam na myśl o wycieczce do Gardzienic). Mogłabym też napisać o pierwszym teatralnym olśnieniu, którymi były bajka Cucurbita Story w krakowskiej Grotesce, kiedy miałam raptem parę lat (niewiele pamiętam z akcji, było to o dyni, na pewno zachwyciła mnie scenografia). W sumie ogólnie pamiętam, że uwielbiałam spektakle w Grotesce, byłam na pewno na czymś na motywach bodajże Turandot oraz na Karlssonie z dachu. Moja rodzina kochała teatr od pokoleń, więc zapewne nawet nie mam szans pamiętać, na czym byłam w tym magicznym miejscu po raz pierwszy. Pamiętam też pierwsze olśnienie "dorosłym" teatrem, choć nastąpiło ono w bardzo niedorosłym wieku - była to Oresteja Ajschylosa, kilkugodzinny spektakl, który pamiętam niemalże scena po scenie.

Mogłabym też napisać o tym, jak w liceum zostałam "łączniczką teatralną" i ciągałam klasę na przedstawienia w Starym. I o tym, jak potrafiłam zdobyć - tym razem dla rodziny - bilety na spektakle, na które praktycznie nie dało się wejść: Stary Teatr przygotowywał wznowienia najsłynniejszych spektakli z lat 70 dla jakiegoś jubileuszu bodaj w Edynburgu i w Krakowie pokazywał je "dla rozgrzewki" dosłownie raz czy dwa razy. Dzięki temu widziałam np. Biesy i Nastazję Filipownę Dostojewskiego-Wajdy, te pierwsze oczywiście nie w premierowej obsadzie, ale zawsze. Jako smarkula zobaczyłam też wznowienia Nocy listopadowejWyzwolenie Wyspiańskiego-Swinarskiego. I co było najbardziej zadziwiające - oglądałam te reaktywowane przedstawienia po wielu latach od ich premier, a nic a nic nie straciły one ze świeżości (w przypadku Wyspiańskiego widziałam potem starsze nagrania telewizyjne i mogę to z całą pewnością stwierdzić). Wyspiańskiego-Wajdy i

Grali w nich wielcy aktorzy - i wprawdzie Jerzy Trela jako Konrad w Wyzwoleniu był dużo starszy od tego, którego znałam ze zdjęć w albumach i zobaczyłam potem w telewizji, ale nadal magnetyzował głosem. Wprawdzie Jan Nowicki jako Wielki Książę w widzianej przeze mnie na scenie Nocy listopadowej był już starszym, posiwiałym panem, a nie młodym przystojniakiem z wersji sfulmowanej w warszawskich plenerach, ale w tych podszytych erotyzmem scenach z niemłodą już też Teresą Budzisz-Krzyżanowską było więcej chemii niż w czymkolwiek, co widziałam w wykonaniu polskich aktorów w latach ostatnich. Wspomniany Nowicki i Jerzy Radziwiłowicz - dwaj panowie w pewnym wieku we wznowionej Nastazji nadal skakali po scenie i niemalże łazili po ścianach. Było to niesamowite.

Mogłabym też napisać o cudownych przedstawieniach polskiego Teatru Telewizji, który nagle kompletnie stracił wyraz, ale to chyba na osobny wpis.

Bo potem nagle straciłam serce dla polskiego teatru. Przyczynił się do tego wzmiankowany Krystian Lupa, który zachwycił mnie spektaklem zrobionym w PWST jako dyplom studentów aktorstwa - nazywało się to Siedem snów w państwie Snu i było według książki, która wcześniej mnie zachwyciła, Po tamtej stronie Alfreda Kubina. Nieco później Lupa przeniósł ten tekst do Teatru Kameralnego, rozciągnął krótki spektakl, składający się z małych epizodów punktowanych inscenizacjami niesamowitych grafik Kubina, do kilku godzin, zrobił z tego smęt o snujących się po scenie aktorach - omal nie zasnęłam w teatrze. Kolejne spektakle Starego rozczarowywały mnie (Tadeusz Bradecki trzymał poziom, ale znikł; Jerzy Jarocki robił jeszcze świetne przedstawienia, ale też znikł, chyba z powodu choroby).

Mogłabym też wspomnieć, że miałam szczęście podczas dość regularnych wizyt w Warszawie w dzieciństwie i wczesnej młodości zobaczyć na teatralnych deskach autentyczne tuzy aktorskie starszego, dziś już w dużej mierze wymarłego, pokolenia: Aleksandrę Śląską, Gustawa Holoubka, Andrzeja Łapickiego. Śląska była już bardzo wiekowa, grała tytułową rolę w Matce Witkacego, ale co to było za aktorstwo!

Tak, jako dziecko i nastolatka kochałam teatr miłością gorącą, namiętną i niemal bezwarunkową. Potrafiłam być na kilku przedstawieniach tygodniowo, a kilka razy w miesiącu to była konieczność. Teatr był jak narkotyk. Z ówczesną najbliższą przyjaciółką zbierałyśmy oczywiście również autografy - miałam w zasadzie komplet zespołu Starego. Dlatego poszłam w pierwszym odruchu serca na teatrologię, z której, jak już wspomniałam, zostałam następnie de facto wyrzucona za brak stadnych zachowań.

Wizyty w teatrze w kilku ostatnich latach mogłabym policzyć na palcach. Zobaczyłam Miarkę za miarkę w krakowskim Teatrze Słowackiego. Dało się przeżyć: spektakl umiarkowanie przemyślany, panowie byli znośni, gorzej z aktorstwem pań. Do sporej liczby lokalnych produkcji zniechęciły mnie same opisy w recenzjach - doświadczenia z podobnymi "eksperymentami" w teatrze telewizji nie zachęcały mnie do wydawania sporych sum na bilety. Widziałam w gazetach informacje o jakichś przedstawieniach w Warszawie, które może nawet bym i zobaczyła, chociażby dla aktorów, ale żadne nie pociągało mnie tak, żeby wsiąść w pociąg i pojechać.

Nie znaczy to, że do policzenia, na czym byłam, wystarczyłby mi jeden palec u jednej ręki. Oprócz zapamiętanego krakowskiego Szekspira mogę wyliczyć jeszcze cztery spektakle, które widziałam w ciągu ostatnich lat. A konkretnie trzy z nich widziałam w ciągu jednego tygodnia, a jeden kilka lat później. Te trzy były w Londynie, a jeden w Grecji. Wszystkie mnie w mojej teatralnej pasji całkowicie zaspokoiły, choć za każdym razem doświadczenie było innego rodzaju.

Edyp, Argos

W Londynie zrobiłam sobie maraton aktorski: Makbet z Seanem Beanem i Samanthą Bond w rolach głównych (dwa w jednym: jeden z ulubionych filmowych aktorów oraz ukochany tekst Szekspira, na dodatek w świetnym spektaklu) i dwie sztuki, których tytułów i autorów nawet nie pamiętam, ale grały w nich trzy aktorki, które z ogromną przyjemnością zobaczyłam na żywo. W komedyjce w rodzaju Dwojga na huśtawce grała gwiazda ukochanego Archiwum X, Gillian Anderson czyli Agentka Scully, w związku z czym było to doświadczenie de facto fanowskie: na pewno nie poszłabym na tę sztukę, napisaną jako popis dla dwójki aktorów, gdyby wykonawcy byli mi obojętni. Z kolei w obyczajowej tragikomedii, z której akcji jeszcze mniej pamiętam, występowały dwie wielkie damy brytyjskiego filmu i teatru, Judy Dench i Maggie Smith - to też był tak naprawdę koncert na dwie aktorki, a nie sztuka, którą by się zapamiętywało dla niej samej.

W Grecji skusiłyśmy się z N na Króla Edypa i Edypa w Kolonos Sofoklesa w antycznym teatrze w Argos - spektakl przeniesiony tam z festiwalu w Epidauros. Fantastyczny spektakl, łączący obie sztuki, odwracający ich kolejność, tak że Król Edyp stał się jakby wspomnieniem snutym przez starego Edypa, a sceniczne rozwiązanie chóru (z którym ewidentnie nijak nie są w stanie poradzić sobie młodzi polscy reżyserzy), plączącego się wężowym ruchem między aktorami było po prostu genialne.

Efekt jest taki, że ilekroć wybieram się do Londynu - sprawdzam, czy przypadkiem ktoś, kogo lubię, nie gra w jakimś przedstawieniu. Oczywiście zdarza się, że prowadzi to do frustracji, bo np. rozminęłam się dwa lata temu o dosłownie kilka dni z końcem sezonu Hamleta z Judem Law. Ale wiem, że tam warto pójść zarówno na spektakl teatru repertuarowego jak Royal Shakespeare Company, jak i przedstawienie zrobione dla aktora - czyli sporą część produkcji West Endu.

I tu dochodzę do wątku aktualnego, którym jest oczywiście spór Jana Englerta (w roli dyrektora Teatru Narodowego) z Grażyną Szapołowską (gwiazdą, która zerwała spektakl w tymże Narodowym, ponieważ wolała wystąpić w telewizyjnym show). Niezależnie od prawnych okoliczności (gwiazda powołuje się na to, że dawała wcześniej znać o konflikcie terminów) stoję całym sercem po stronie Englerta i teatru. Przede wszystkim dlatego, że aktorka miary i klasy Szapołowskiej nie potrzebuje już pokazywać się w komercyjnym programie po to, żeby zabłysnąć, ani nawet po to, żeby utrzymać rodzinę. Gdyby taki krok podjęła zaproszona do udziału w reklamie czy serialu aktorka z zespołu teatru publicznego, która nie ma szans na zagranie czegokolwiek więcej niż trzecioplanowa rola, zrozumiałabym. W przypadku wybitnych aktorów, którzy na dodatek są gwiazdami - noblesse oblige. Skoro pani Szapołowska pokazała, że od publiczności teatralnej (tej kurczącej się grupy, która wciąż chce sięgać po kulturę wysoką) wyżej sobie ceni telewizyjną publisię, to znaczy, że nie ma dla niej miejsca w Teatrze Narodowym.

A tak w ogóle to na marginesie tego wszystkiego myślę sobie, że może warto by skopiować u nas model brytyjski. Narodowy to nasz odpowiednik Royal Shakespeare Company i w stałym zespole powinien zatrudniać głównie wyróżniających się dość świeżych absolwentów szkół teatralnych, którzy będą się tam uczyć rzemiosła scenicznego. Oczywiście w takim zespole konieczna jest rotacja, konieczny jest też udział wybitnych aktorów średniego i starszego pokolenia. Niekoniecznie wielkich gwiazd - po prawdzie większość obecnych tuzów filmu i teatru brytyjskiego epizod w RSC ma już za sobą. Poza tym teatry powinny postawić na krótkie sezony spektakli robionych pod gwiazdy. Przykładowo wspomniany wyżej Makbet, którego miałam przyjemność widzieć, był oryginalnie pomysłem aktora, który podczas kręcenia filmu w Ameryce uznał nagle, że warto by wrócić do klasyki i zagrać Makbeta. Agent załatwił teatr, dobrego reżysera, dobrych aktorów do reszty obsady - efekt był taki, że sezon przedłużono o dwa miesiące w stosunku do pierwotnych planów, dzięki czemu się załapałam.

Bywa też tak, że producent z reżyserem wymyśla sobie wymarzony spektakl, a następnie zatrudnia do niego gwiazdy, które przyciągną publiczność. Tak było np. z Frankensteinem w londyńskim National Theatre - obejrzałam go z kolei dzięki transmisjom kinowym, dostępnym w krakowskim kinie Mikro (skądinąd kolejnym miejscem, w którym spędziłam sporą część licealnych popołudni).

Niestety na koniec tego wszystkiego przychodzi mi do głowy ponura refleksja: czy są jeszcze w Polsce aktorzy, dla których poszłabym do teatru na cokolwiek? Albo tacy, na których poszłaby duża publiczność, a którzy potrafiliby naprawdę dobrze zagrać w teatrze? Oglądanie zajawek polskich filmów w kinie napawa mnie podejrzeniami, że ogromna większość "gwiazd" telewizyjno-filmowych nie byłaby w stanie po prostu podać tekstu ze sceny, co dość zabija ideę teatru aktorskiego. Po prawdzie w tym Londynie nieco wątpiłam, czy Agentka Scully da sobie radę w teatrze (w pozostałą trójkę, na którą poszłam z przyczyn fanowskich nie wątpiłam ani przez chwilę, to wszystko starzy teatralni wyjadacze) i byłam pozytywnie zaskoczona. Ale też Gillian Anderson nigdy w telewizji nie była tak sztuczna i nie mówiła tak drewnianym głosem jak polskie aktorki. I to chyba zresztą mnie zmyliło: anglosaska telewizja ma aktorów grających tak naturalnie, że czasem trudno ich sobie wyobrazić w wymagającym jednak zupełnie innej ekspresji teatrze. Niestety obawiam się, że przeniesienie drewnianej maniery polskich aktorów średniego i młodego pokolenia na scenę nie będzie miało pozytywnego efektu.

Dlatego nie bardzo wiem, co musiałoby się wydarzyć, żebym w Krakowie pobiegła do teatru z wypiekami na twarzy.

Makbet Londyn

Tagi: teatr
13:43, drakaina , Humanitas
Link Komentarze (11) »
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright