środa, 06 marca 2013
Cesarzowi, co cesarskie!

Nie należę do zażartych krytyków obecnego rządu: ani z powodów ideowych, ani też z powodów praktycznych. Po prostu uważam, że nie jest to z pewnością rząd doskonały, ale i tak najsensowniejszy od roku 1989, a może 1990, bo rząd Mazowieckiego to zupełnie inna bajka i jego niedoskonałość była czymś zupełnie innym. Czymś, co se ne vrati.

Napisałam poprzedni akapit, ponieważ teraz przystąpię do krytyki, nawet nie tyle rządu, ile sytuacji, jaka nam lada moment zostanie zafundowana. Sytuacji lepszej od obecnej, ale i tak moim skromnym zdaniem fatalnej. I nie, chwilowo nie będę pisać o sytuacji nauki w Polsce, choć taka notka wśród niedokończonych sobie leży i kwiczy mniej więcej tak jak finanse humanistyki polskiej z nadania Ministerstwa. Nie, na razie będzie o "kompromisie" czyli zapowiedzianym odpisywaniu 0,5% podatku na "kościoły i związki wyznaniowe" (ze wskazaniem). Kompromisie, bo rząd chciał 0,3%, a kościół katolicki 1%, więc te 0,5% to jakaś tam wygrana. W każdym razie tak się to przedstawia.

No dobra, będę przynajmniej nareszcie miała świadomość, że wypracowane przeze mnie pieniądze budżetu państwa nie pójdą na finansowanie działalności instytucji, którą uważam za szkodliwą i gorszącą, a jej doktrynę za niespójny patchwork niekompatybilnych elementów, sprzedawanych jako jedyna słuszna ideologia, na dodatek rzekomo dowiedziona historycznie. I może by mi to nawet wystarczyło, gdyby nie kilka zastrzeżeń.

Pominę tu niestosowność proponowania czegokolwiek w zamian za Fundusz Kościelny, który był rekompensatą za odebrany majątek, a ten z kolei nie powinien był zostać zwrócony, skoro była rekompensata, na dodatek bardzo duża... Pominę skandal, jakim była Komisja Majątkowa. Pominę pazerność i roszczeniowość, bo nie mam ochoty czuć, jak mi się nóż w kieszeni otwiera, nic przyjemnego. Przejdę od razu do spraw ogólnych.

Przede wszystkim nie uważam, żeby finansowanie jakichkolwiek działań o charakterze religijnym było obowiązkiem państwa, które w Konstytucji określa się jako neutralne światopoglądowo. Choćby dlatego, że chyba nie istnieje na świecie kraj, w którym jakaś religia nie byłaby dominująca w sensie statystycznym, w związku z czym oczywistym jest, że z budżetowych dotacji ktoś się obłowi, a ktoś będzie nadal klepał biedę, bo statystyka wiernych nijak nie przekłada się na rzeczywiste potrzeby instytucji, zwłaszcza kiedy ta statystyka jest fałszowana a przynajmniej naciągana i grubymi nićmi szyta, jak w Polsce. Uważam, że wiara i religia powinny być prywatnymi sprawami ludzi, którym są one potrzebne, i przez tych prywatnych ludzi, którzy chcą je finansować, utrzymywane w formie instytucjonalnej. Bo również dla wielu wierzących instytucja jest niepotrzebna, więc nawet wiara nie musi oznaczać chęci finansowania religijnych urzędników.

No dobra, powie ktoś, przecież do tego właśnie dążymy z tym odpisem. No właśnie niezupełnie. Bo odpis podatku to jednak wyrwanie jakichś pieniędzy z budżetu, pieniędzy, które nie zostaną w związku z tym przeznaczone na istotne potrzeby państwa i społeczeństwa. (Przyjmujemy tu oczywiście model teoretyczny czyli idealny, w którym nie zostaną one tak czy siak przejedzone, jak nie przez urzędników kościelnych, to państwowych.) Istnieje coś takiego jak "model niemiecki", który ujmuję w cudzysłów z tego powodu, że raz za czas słyszy się, że "w tych Niemczech to niezupełnie tak działa", a ponieważ nie wiem, jak działa w szczegółach formalno-prawnych, więc odwołuję się do pewnego postulatu, modelem niemieckim nazywanego. Mianowicie postulatu faktycznego finansowania kościołów i związków wyznaniowych bezpośrednio z kieszeni wiernych, w postaci dodatkowego podatku kościelnego. Jak wiadomo, Polakom nie w smak takie rozwiązanie, bo płacić nie lubią (i przez niepłacenie w Niemczech miewali następnie kłopoty z kościołem w Polsce, bo byli skreślani w tychże Niemczech z listy) - choć przecież tak naprawdę praktykujący katolicy już taki "dobrowolny" podatek płacą w postaci coniedzielnej tacy, corocznej kolędy (w tym drugim przypadku płaci nawet spory odsetek ludzi skądinąd niepraktykujących). opłat za śluby, chrzty i pogrzeby, i tak dalej.

Ale ten model jest tak naprawdę jedynym sensownym. Tylko że jeszcze bardziej niż statystycznemu polskiemu katolikowi nie jest on w smak hierarchii kościelnej, bo może się okazać, że wierni nie mają ochoty płacić na audi proboszcza i limuzynę biskupa... Nie mówiąc już o tym, że model ten mógłby pokazać, jaki jest prawdziwy odsetek praktykujących katolików, którym zależy na kościele, w Polsce, i obalić mit "95%". Oczywiście w założonym modelu niepłacenie równa się wykluczeniu z instytucjonalnej wspólnoty, a więc adieu śluby i pogrzeby, więc tak naprawdę w naszym tradycyjnym społeczeństwie kościół nie miałby się czego obawiać - statystyczny Polak zapłaci jeśli nie dlaczego innego, to chociażby dla świętego spokoju i żeby tradycji stało się zadość. Ale kler się boi, że jednak takie rozwiązanie mogłoby namieszać w statystykach, więc upiera się przy odpisie od podatku - czyli żąda części pieniędzy, których obywatel i tak nie ogląda na własne oczy, tylko wpłaca do kasy państwowej.

Tylko że w ten sposób kościół sprzeniewierza się własnym naukom - nie żeby stanowiło to wyjątek, ale jest to przypadek dość drastyczny. Jest bowiem napisane w Ewangelii, żeby oddawać cesarzowi, co cesarskie, czyli płacić podatki. Przypomnijmy, że w czasach, kiedy działał Jezus i podobni mu prorocy (pomińmy miłosiernie kwestię historyczności konkretnych postaci), jednym z głównych powodów zatargów Żydów z Rzymianami były właśnie odmowy płacenia podatków, uczestniczenia w obywatelskim życiu imperium. Przypomnijmy również, że akurat do Judei i okolic Rzymianie nie wleźli z własnej rzymskiej woli, ale zostali tam zaproszeni przez Judę Machabeusza i jego popleczników, aby wspomóc jego powstanie przeciwko Antiochowi IV z dynastii Seleukidów. Tyle że Juda się przeliczył, bo na knowaniach z Rzymianami nikt dobrze nie wychodził, i jak tylko Rzymianie powstaniu Machabeuszy pomogli, to postanowili zadomowić się w Syropalestynie, a z czasem zażądali podatków.

Podatek jest zatem sprawą cesarską i należy go płacić. Nie należy go państwu zabierać, bo on do państwa należy. Do państwa - czyli w dzisiejszym rozumieniu do wszystkich obywateli, do społeczeństwa. Do nas. Kościołowi i religii nic do tego.

Ale jest jak jest i "modelu niemieckiego" nie przeforsujemy, więc należy się przyjrzeć temu wypracowanemu "kompromisowi". Dobra, pół procent to lepsze niż cały procent. I mogłabym nawet temu całemu pomysłowi z odpisem podatków przyklasnąć - choć nie entuzjastycznie - gdyby rząd, ministerstwo finansów czy ktokolwiek jest za to odpowiedzialny, zdecydowali się na odważny krok.

Gdyby się mianowicie zdecydowali wprowadzić "celowane pół procent podatku" dla wszystkich podatników. Gdyby nie było tylko tak, że tylko do kościołów i związków wyznaniowych możemy skierować cząstkę wypracowanych przez nas pieniędzy. Gdyby było tak, że w formularzu podatkowym dostajemy wybór, na jaki konkretny cel chcemy przeznaczyć nasze 0,5%. Żeby było tam jasno napisane, że do wyboru mamy - oprócz kościołów itd. - edukację, zdrowie, naukę, kulturę, sport, bezpieczeństwo, infrastrukturę i pewnie coś jeszcze. Żeby obywatel wypełniając takie zeznanie miał świadomość, że pieniądze dane kościołowi (bo nie oszukujmy się, głównym beneficjentem będzie kościół katolicki, pozostałe związki wyznaniowe się w tych negocjacjach w ogóle nie liczą, ich głosu w ogóle nie słyszymy) zostaną odebrane pozostałym sferom budżetu. Może wtedy komuś ręka by zadrżała i jednak zamiast na audi proboszcza (czy nawet jego emeryturę) albo nowy pomnik katolickiego triumfalizmu zdecydowałby się przeznaczyć ten swój grosz na szkoły, szpitale, laboratoria czy policję.

Takie ujęcie przybliżyłoby ten niezbyt zdrowy kompromis do "modelu niemieckiego", a poza wszystkim innym stanowiłoby znakomite darmowe referendum, w którym corocznie społeczeństwo wskazywałoby - demokratycznie - swoje priorytety. Dla polityków mogłoby to stanowić cenną wskazówkę.

Berlin, Antikensammlungen

PS. Ten tekst napisałam już jakiś czas temu, ale nie publikowałam, bo - jak już jakiś czas temu wspominałam - czuję niechęć do pisania o sprawach aktualnych i zahaczających o politykę. Dziś jednak do jego publikacji zachęcił mnie artykuł o lękach samorządów w związku z odpisem podatkowym - lęk właśnie o odpływ pieniędzy, które dotychczas były dla nich przeznaczone. Lęk ten spowodowany jest oczywiście w dużej mierze owymi mitycznymi 95 procentami, więc może okazać się przedwczesny, ale rozwiązanie, które tu opisałam, wydaje się w tym kontekście szczególnie aktualne.

sobota, 26 stycznia 2013
Poezja. Przekłady. Przedmowa.

Trzy wpisy temu zapowiedziałam, że w ramach reaktywacji napiszę krótkie wytłumaczenia dotyczące tłumaczeń poezji. Bo tłumaczenie poezji to jest walka z materią językową i wersyfikacyjną (czyli tak zwaną po szkolnemu "formą"), z samym sobą, z obrazem, który wiersz w człowieku wywołuje, z epoką, w której powstał, i językiem, w którym ma być czytany. Z pokusami, że współcześnie do wiersza, który się tłumaczy, pisali przecież w języku, na który się tłumaczy, jacyś poeci, czasem nawet wybitni, więc może by nimi "pojechać".

Przekładanie poezji - a zapewne wysoko artystycznej prozy również - jest sztuką wyboru i kompromisu, głównie z sobą samym, wbrew pozorom. Procesem dokonywania nieustannych bolesnych wyborów. O tych wyborach i o towarzyszących im niepokojach oraz - wybaczcie patos - cierpieniach chciałabym kilka notatek napisać. Bo ten proces gdzieś ginie, a jego efekty spotykają się niekiedy z głosami krytycznymi. Dlatego kusi mnie próba opisania, z czego świadomie - i nierzadko z bólem i trudem - rezygnowałam. I z jakich powodów. Teraz napiszę do tych notatek wstępik teoretycznawy, żeby pewnych rzeczy nie powtarzać za każdym razem.

W czasach, kiedy jeszcze mocowałam się z konsekwencjami błędnych decyzji dotyczących wyboru pierwszych studiów, miałam przejściową ideę zajmowania się teorią przekładu oraz konkretami tłumaczenia dawnej angielskiej poezji (XVI-XVII w.) na język polski. Nic z tego zajmowania się nie wyszło, bo szybko odkryłam, że teorie teorii to jest zjadania ogona nawet nie własnego, ale cudzego, i to zazwyczaj wyliniałego. Ale poczytałam sporo przekładów "poetów metafizycznych" i zapamiętałam na całe życie jedno: nawet jeśli Kochanowski w plus minus tym samym czasie napisał, że "ale to wszystko za jaje, kiedy Hanny nie dostaje", to pisanie w XX wieku plus minus czegoś takiego: "nie pusz się śmierci, za jaje twa groza", nie jest dobrym pomysłem. Bo jest jeszcze coś takiego jak czytelniczy dystans do języka i jego archaiczności: bez trudu akceptujemy ją w tekście naprawdę napisanym dawno, ale w nowoczesnym przekładzie razi.

Poczytałam wówczas również rozmaite teksty mniej lub bardziej teoretyczne lub metodologiczne i z tej lektury z kolei wyniosłam naukę, że umieszczanie w manifestach translatologicznych uwag ad personam, kiedy samemu jest się krytykowanego tłumacza konkurencją, jest mało eleganckie. Spowodowało to u mnie niewątpliwy dysonans: z jednej strony nie do końca da się wytłumaczyć swoje własne wybory bez odniesienia się do przekładów wcześniej istniejących, zwłaszcza jeśli się je znało i własne wybory podejmowało po części przynajmniej w odpowiedzi na to, co we wcześniejszych przekładach człowiekowi nie odpowiadało. Z drugiej zaś strony chciałabym uniknąć wytykania palcem innym tłumaczom: o, tu nie zrozumiał, o, tu nie miał słuchu. To powinien robić krytyk zewnętrzny, który również sine ira et studio przyjrzałby się moim wyborom i ich rezultatom.

Już wiem, że bez odniesień do innych przekładów się nie obejdę, ale postaram się nawiązywać do nich tylko w tych konkretnych sytuacjach, kiedy rzeczywiście przekonanie o popełnieniu przez innego tłumacza błędu bądź też podjęciu niedobrej decyzji artystycznej było elementem mojego własnego namysłu nad konkretnym tekstem i związanymi z nim wyborami. Od razu jednakowoż uprzedzam, że jest jeden przykład tłumaczenia wybitnego wiersza, od którego może nawet i zacznę ten cykl, od pastwienia się nad którym prawdopodobnie nie zdołam się powstrzymać.

Albowiem oprócz przekładów publikowanych przez poważne wydawnictwa - przekładów, które mogą się podobać albo nie, analogicznie do adaptacji filmowych wielkiej literatury, niemniej zostały przynajmniej poddane jakiejś weryfikacji (nawet jeśli w niektórych przypadkach jej podstawą bywa pozycja i wcześniejszy dorobek tłumacza) - istnieje jeszcze tłumaczeniowa grafomania, która ujawnia się zazwyczaj w internecie, niekiedy przyjmując pozory poważnej pracy literackiej. W takim przypadku z jednej strony chciałoby się machnąć ręką, bo to w sumie coś w rodzaju twórczości spod znaku fan fiction czyli nastolatek piszących o romansach Hermiony Granger z profesorem Snapem. Po namyśle doszłam jednakowoż do wniosku, że w przypadku publikowania w sieci autentycznie grafomańskich przekładów wielkiej poezji czyni się szkodę nie tylko własnej reputacji, bo ta jest problemem osoby publikującej. Publikując potworki przekładowe wyrządza się jednakowoż również krzywdę utworom tłumaczonym, a mowa tu będzie o poezji z najwyższej półki. Dla czegoś takiego nie zamierzam być pobłażliwa i tu już nie będzie dyskusji z tłumaczem. Twórczość poetów dziewiętnastowiecznych należy do domeny publicznej, ale to jeszcze nie znaczy, że wolno bezkarnie ją kaleczyć i ośmieszać.

Zwłaszcza że jest jeszcze jedno, że powołam się znów na analogię z filmowymi adaptacjami powieści, ponieważ poza wszystkim innym rozpisywałam się na ten temat dwa wpisy temu, więc jestem na bieżąco z przemyśleniami. O ile ośmieszająca, okaleczona adaptacja filmowa klasyki literackiej zazwyczaj dość szybko i łatwo zostanie zweryfikowana przez krytykę, publicznie obnażona i napiętnowana - a następnie co najwyżej trafi do kategorii kultowych dziwactw i potworków czyli stanie się obiektem campowym - o tyle krążący po sieci przekład wiersza takiej weryfikacji nie podlega, a na dodatek na przykład maturzyści w swoich prezentacjach zapewne go zacytują w dobrej wierze, ponieważ będzie najłatwiej dostępny...

To tyle właściwie tytułem wstępu do cyklu, który zapewne będzie nieregularny i przetykany innymi notkami, ale który bardzo chcę napisać - jeśli nie dla kogokolwiek innego, to chociażby dla samej siebie, żeby wytłumaczyć się z tłumaczeń przed samą sobą i duchami poetów. Zwłaszcza że planuję wiktoriańską kontynuację i za jakiś czas może tomik dziewiętnastowieczny, może więc nawet będą to czasem cierpienia tłumacza na żywo, zapisy zmagań z materią znajdującą się akurat na warsztacie.

poniedziałek, 21 stycznia 2013
O godności

Drodzy czytelnicy, miałam szczere postanowienie nie pisać na tym blogu więcej o polityce i sprawach pokrewnych, bo zbyt dużo rzeczy mnie irytuje (mówiąc bardzo delikatnie), a wałkowanie głupoty, wredności i cynizmu coponiektórych uważam na dłuższą metę za stratę czasu. Ale nie zdzierżyłam, kiedy przeczytałam parę dni temu artykuł o tym, że były senator i wicemarszałek Romaszewski, będący również byłym i obecnym opozycjonistą, zażądał odszkodowania za to, że za PRL siedział w więzieniu. Po prawdzie nie sam ten fakt mnie zbulwersował, choć uważam go za sporą bezczelność, ale uzasadnienie, jakie dla swoich roszczeń podał pan były senator. Otóż oznajmił on ponoć, że te wydarte z budżetu państwa 240 tysięcy "pozwolą jemu i żonie na godne życie" - a dziennikarz ujawnił, że obecne dochody państwa byłych marszałkostwa wynoszą 6 tysięcy miesięcznie.

Sześć (a raczej osiem, jeśli te 240 tys. rozłożyć na dziesięć lat) tysięcy na dwie osoby bez dzieci na utrzymaniu to trzy (cztery) tysiące na głowę. Więcej niż zarabia większość Polaków zatrudnionych w sferze budżetowej, będących w tzw. wieku rozwojowym. Nie wiem, jakie dokładnie są pensje np. urzędników zwyczajnego szczebla, ale wiem, jakie są zarówno pensje tzw. młodszych pracowników naukowo-dydaktycznych na wyższych uczelniach jak i emerytury profesorskie tamże, a że były senator Romaszewski wywodzi się ze środowiska akademickiego, więc to powinno być porównaniem dla jego obecnego statusu finansowego. Ale nie zajęłabym się tą sprawą, gdyby nie wątek osobisty i poczucie zobowiązania do zabrania głosu, resztę wpisu popełnię zatem w formie listu do byłego senatora, a PT Czytelnikom obiecuję szybki powrót do tematyki (nowa notka jest już nawet gotowa), którą znacznie bardziej chcę się zajmować.

Panie Senatorze,

w latach '80, po tym, jak został pan zwolniony z więzienia, to mój ojciec załatwił panu fikcyjną pracę na Uniwersytecie Jagiellońskim, żeby chronić pana przed ustawą o pasożytnictwie. Nie bywał pan w Krakowie więcej niż było konieczne, żeby tę etatową fikcję podtrzymywać, co zresztą rozumiem - pańska działalność była gdzie indziej. Ale pamiętam, choć w sumie byłam jeszcze dzieckiem, że bardzo przeżywałam pańską wizytę w naszym domu. Słuchałam opowieści i miałam poczucie uczestnictwa w czymś ważnym: oto w moim mieszkaniu pojawia się ktoś, kto prowadzi prawdziwą konspiracyjną działalność, ktoś o czyjej wizycie nie mogę powiedzieć w szkole... Miałam też wrażenie kontaktu z surowym moralistą, człowiekiem na wskroś uczciwym, jak z wierszy Herberta - dziś niestety mam smutne wrażenie, że była to nieskazitelność spod znaku Robespierre'a.

Najmniej w tym kontekście dziwi mnie domaganie się odszkodowania od III Rzeczpospolitej za krzywdy wyrządzone przez PRL (nie mam zresztą żadnych podstaw do tego, żeby dyskutować o zasadności tego rodzaju odszkodowań jako takich), choć uważam, że samym faktem bycia senatorem - a może powinnam powiedzieć: sprawowania godności senatora - w wolnej Polsce odegrał się pan na komunie, a i z diet senatorskich można sporo na "godne życie" odłożyć.

Zbulwersowała mnie natomiast wypowiedź, z której wynika, że za 6 tysięcy nie da się godnie żyć w dwie osoby. I na to, żeby "godnie żyć" wydziera pan z kieszeni podatnika - bo tym są pieniądze budżetu - sporą sumę, którą dołoży pan do dochodów znacznie przekraczających uposażenia pańskich byłych kolegów po fachu, nie mówiąc już o ich emeryturach. Panie senatorze, emerytura mojego ojca, profesora UJ, który kiedyś pomógł panu przetrwać bardzo trudny okres, jest śmiesznie mała w porównaniu z tym, co pan uważa za gwarantujące zaledwie życie poniżej godności. Zapewniam pana jednak, że wiedzie on życie znacznie godniejsze niż pan, ponieważ nie wyciąga z budżetu państwa pieniędzy potrzebnych chociażby na rozwój polskiej nauki, którą niegdyś na niewielką skalę pan współtworzył, a także na szpitale, szkoły, drogi, bezpieczeństwo.

Panie senatorze, pensje nauczycieli, wykładowców akademickich, pielęgniarek i całej rzeszy obywateli, których praw niegdyś pan bronił, też są śmiesznie małe w porównaniu do pańskich dochodów. Panie senatorze, pańskie odszkodowanie za dwa lata w więzieniu to równowartość stu pensji adiunkta na UJ czyli ośmiu lat jego wynagrodzeń - oznacza to utrzymanie pracownika naukowo-dydaktycznego między doktoratem a habilitacją. Coś, z czego pan zrezygnował, wybierając karierę polityka. Polityka, który mimo swoich korzeni, mimo posiadanego doktoratu z fizyki i mimo wsparcia udzielonego panu przez środowisko akademickie w trudnej sytuacji życiowej nie zajął się ani przez chwilę w swojej karierze senatorsko-marszałkowskiej kwestią uposażeń pracowników akademickich czy finansowania polskiej nauki. Zastanawia mnie, jak pan - wielki moralista - będzie w stanie spojrzeć takim ludziom w oczy po tej wypowiedzi o sześciu tysiącach złotych niewystarczających do godnego życia dwóch osób - jedynie w kontekście prywaty.

Chciałabym, żeby po tej wypowiedzi spojrzał pan w oczy mojemu ojcu.

Panie senatorze, uważam, że mam moralne prawo zadać panu to jedno krótkie pytanie: jak panu nie wstyd?

Demostenes

sobota, 12 stycznia 2013
Edward Rochester był ogrem

Autorka niniejszego bloga jest wyznawczynią tezy, iż życiem rządzą przypadki. Poniższy wpis zaś jest efektem pewnego szeregu dość przypadkowych zdarzeń. Na początku był czytnik ebooków. Ot, kaprys - nie jest to urządzenie, bez którego bezwzględnie nie potrafiłabym żyć, ale przyznaję, że jest fajne. Model wybrałam dość przypadkowo, choć oczywiście trochę ocen poczytałam i znajomych podręczyłam o opinie. Model okazał się wyposażony w całkiem pokaźny zbiór całkiem sensownych darmowych ebooków, wśród których była również Jane Eyre Charlotte Brontë - a ponieważ od dawna zamierzałam odnowić znajomość z tą powieścią (skądinąd miałam ją nawet w pewnym momencie tłumaczyć na nowo, ale nie wyszło, a i wydawnictwo było beznadziejne, więc poniekąd lepiej, bo byłby to przekład niezredagowany), oczywiście ją przeczytałam, a raczej połknęłam, rozkoszując się przy okazji nowoczesną techniką.

A jak przeczytałam, to bardzo mocno zapragnęłam obejrzeć jakąś adaptację filmową - nie wiem nawet w sumie, dlaczego. Ale była to tak silna potrzeba, że gotowa byłam zawiesić na kołku moje opinie dotyczące męskiej urody i obejrzeć na początek wersję z Michaelem Fassbenderem, którego - w przeciwieństwie do większości moich koleżanek - nie uważam za atrakcyjnego. Wersja ta była nawet dostępna na wyciągnięcie ręki, albowiem w posiadaniu N. Po prawdzie u tejże była również wersja z Ciaranem Hindsem, którego z kolei uważam za niekiedy (np. w Rzymie) zdecydowanie atrakcyjnego, ale jakoś zdjęcie na okładce, krzyczące na odległość taniością produkcji i fatalną charakteryzacją, też mnie nie zachęcało.

Przypadek zaś zrządził inaczej: idąc w stronę działu operowego w Empiku zobaczyłam przeceniony serial BBC z 2006 roku - i wcale od razu go nie kupiłam, bo jakkolwiek zasadniczo uważam BBC za jednego z najlepszych producentów seriali, miałam wrażenie, że skoro nigdy o tej konkretnej wersji nie słyszałam, to pewnie jest nieważna i nieciekawa (obsada nie była wypisana na pudełku, ale i tak moja pamięć do nazwisk jest tak marna, że pewnie niewiele bym z tego skorzystała). Na dodatek nadal rozważałam pożyczenie któregoś z filmów od N. Ale jakoś się tak złożyło, że właśnie nadchodził listopadowy długi weekend, zapomniałam w końcu coś pożyczyć i zorientowałam się, że na kilka dni wolnych zostałam bez wymarzonej filmowej Jane. Popędziłam więc w ostatniej chwili do otwartego długo Empiku i kupiłam rzeczony serial. Tego samego wieczora zasiadłam do oglądania pierwszego odcinka - na dodatek w wersji łączącej po dwa godzinne odcinki w jeden - i zatonęłam w nim całkowicie. W środku nocy musiałam z trudem wyperswadować sobie, że oglądanie kolejnych dwóch godzin i pójście spać nad ranem to jednak nie jest dobry pomysł.

I w taki to właśnie sposób w moim życiu zaczęła się nowa era fangirlingu po pierwsze, albowiem pan Rochester Toby'ego Stephensa podbił moje serce całkowicie zarówno koncepcją postaci jak i tejże koncepcji realizacją, a po drugie - znalazłam filmową Jane idealną, po której żadna już nie miała najmniejszych szans mnie zachwycić, a nawet na poważnie uwieść. Z samego początku drażniły mnie niektóre zmiany w stosunku do materiału powieściowego, brakowało mi jakichś konkretnych rozwiązań fabularnych - aczkolwiek natychmiast kupiłam zamianę przebieranki Rochestera za Cygankę w zaproszenie autentycznej Cyganki i przysłuchiwanie się zza parawanu, ponieważ scena ta nigdy nie wydawała mi się w powieści wiarygodna, a obejrzana później wersja serialowa z Timothym Daltonem potwierdziła moje przeczucia, że filmowo może z tego wyjść jedynie groteska, jeśli jest potraktowane na poważnie. Po kilkunastu obejrzeniach uznałam jednak, że za wyjątkiem drobiazgów, które bym troszkę zmodyfikowała, zmiany wychodzą filmowi na dobre, a nie stoją w sprzeczności z duchem powieści i epoki.

Ale miało być o ograch. I będzie. Ponieważ po zaangażowaniu się w rozmaite dyskusje na forach i blogach nagle odkryłam, co takiego - oprócz naprawdę świetnie napisanego scenariusza i dialogów - uwiodło mnie w koncepcji postaci. Otóż myli się ten, kto uważa, że uznałam Rochestera za ogra z powodu powierzchowności, opisywanej przez Jane piórem Charlotte w niezbyt pochlebnych słowach, którym - moim skromnym zdaniem - nie do końca należy dawać wiarę. Takie czasy, że zależna od swego chlebodawcy uboga dziewczyna nie może przyznać się do fascynacji jego osobą, a tym bardziej wyglądem fizycznym, bo byłoby to zaproszeniem do uwiedzenia. Dlatego Jane na pytanie Rochestera, czy uważa go za przystojnego, musi odpowiedzieć, że nie, choćby nawet uważała wręcz przeciwnie. I jeszcze jedno: to epoka, w której piękno wciąż jest mierzone "profilami greckich bogów", jak opisany jest St. John Rivers, a cokolwiek, co od tego ideału w jakikolwiek sposób odbiega, może być fascynujące, ale nie zostanie nazwane pięknym. To również epoka, w której nie da się być pięknym w szarej, niemodnej i prostej sukience, toteż tak rozumiane "piękno" odbiera Rochesterowi również fakt, że będąc zgorzkniałym i szorstkim po prostu zaniedbuje nieco te zewnętrzne oznaki tego, co dziś określono by zapewne słówkiem glamour.

Spoza sfery bogatej arystokracji "piękna" mogła być w oczach Jane panna Temple w Lowood - ale ona jak na owe warunki bardzo dbała o elegancję, a nawet posiadała wyróżnik nieco większej zamożności: zegarek przy pasku. Zaryzykowałabym więc stwierdzenie, że jakkolwiek powieściowa Jane od początku widzi w Rochesterze przede wszystkim piękną wbrew pozorom duszę, ale ona również wie, że wystarczyłby niewielki wysiłek i on byłby glamorous. I tak właśnie jest: kiedy przyjeżdżają arystokratyczni znajomi, Rochester nie odbiega od nich ubiorem, choć zdecydowanie odbiega duchem.

Dlatego też Jane - od początku partnerka Rochestera jeśli chodzi o wykształcenie, głód wiedzy, poznania i podróży, oraz wrażliwość - staje mu się równa dopiero kiedy sama odziedziczy majątek, który pozwoli jej stać się "piękną". Nawet jeśli będzie nadal miała zwyczajne rysy (wcale nie jestem o tym przekonana), to podobnie jak inne panie z towarzystwa będzie mogła bez poczucia niestosowności dodać sobie blasku piękną suknią, biżuterią, czy choćby uśmiechem. W przeciwieństwie do ponowoczesnych Amerykanek z kilku forów, które w finale powieści widzą opowieść o kastracji (tak, kastracji), uważam, że kalectwo Rochestera - bardzo szybko przez Charlotte złagodzone: bohater odzyskuje wzrok w dość krótkim czasie - jest mniej istotne dla kwestii ich małżeńskiego partnerstwa niż wzbogacenie się Jane.

Ba, byłabym skłonna nawet zaryzykować, że może w kwestii genezy tego kalectwa Charlotte błąkała się po głowie podobna idea co mnie, tylko w jej epoce taka decyzja literacka mogłaby ponownie pogrążyć bohatera. Ja sobie bowiem zawsze myślę, że z tym pożarem Thornfield Hall to mogło być inaczej niż nam się do wierzenia podaje: że tak naprawdę nie wiemy, co go wywołało. Może istotnie Bertha wymknęła się wreszcie Grace Poole na dobre, a nie było nikogo, kto dostatecznie wcześnie zauważyłby ogień (brakło Jane). Ale może to Rochester, który po ucieczce Jane popadł w najczarniejszą rozpacz, w głębi duszy marzył o tym, żeby ten koszmar się skończył - roił o unicestwieniu Berthy, licząc się z tym, ze i sam zginie - bo przecież nie miał już po co żyć. I niezależnie od tego, czy byłoby to tylko zdarzenie z gatunku "nie mów, bo się stanie", czy też celowe zlekceważenie wypadku - i otrzeźwienie w ostatniej chwili, stąd próba ratunku Berthy i ocalenie samego siebie - chciałabym mieć tę niepewność, czy on po prostu nie pragnął takiego finału. Zwłaszcza że wtedy ślepota byłaby blizną po utracie Jane, znikającą w jej obecności.

Dobra, wróćmy do ogrów. Nie powierzchowność zatem i takoż nie zachowanie, ja bowiem nie uważam Rochestera za gbura czy brutala. On jest po prostu w równym stopniu co Jane dzieckiem epoki, tylko dzieckiem zupełnie innym. Ma majątek, żyje zasadniczo samotnie, jeśli nie liczyć koniecznych kontaktów ze służbą i sporadycznych wizyt u sąsiadów, więc przyzwyczaił się do wydawania rozkazów z jednej strony, a do pełnych uwielbienia spojrzeń panien na wydaniu (ze względu na majątek oczywiście) z drugiej. Na dodatek do rodzaju ludzkiego ma stosunek cyniczny, co jest wynikiem zarówno historii z rodziną Masonów, jak i przygody z Cecilią Varens. Z tych powodów jest szorstki i poza sytuacjami towarzyskimi, w których maniery - będące jak mniemam odruchem Pawłowa - nieco tę szorstkość maskują (zauważmy, że nie do końca) - traktuje ludzi jak istoty od siebie zależne.

Okej, kwestia manier i szorstkości znacznie bardziej zbliża mnie do głównej tezy tej notki, bo w sumie zwłaszcza sposób bycia Rochestera uważam za maskę lub nawet cały kostium, który Jane powolutku, warstwa po warstwie, pomaga mu zdjąć, choć jest to proces bolesny (zakończeniu tego procesu służy, moim zdaniem, finałowe kalectwo jako punkt, od którego zaczyna się tworzenie nowej persony).

A zatem w kwestii ogrów. Ogry, jak wiadomo - wreszcie dochodzimy do sedna - są jak cebula. I takoż jak cebula jest Edward Rochester. Zupełnie jak w Shreku, że zacytuję in extenso:

- Ogry są... jak cebula!
– Śmierdzą?!
[Wygląd]
– Tak... nie!
– Bo się od nich płacze?
[Zachowanie]
– Nie!
– Bo jak się zostawi je na słońcu to robią się brązowe i rosną im włoski?
[Zaniedbanie fizyczne i społeczne wynikające z samotniczego trybu życia]
– NIE! Ogry mają WARSTWY! Rozumiesz, ogry mają warstwy – cebula ma warstwy. Ogry mają warstwy.

Zachowanie i styl bycia Rochestera, jak również jego cynizm, niewiara w ludzi, wreszcie wyobrażenia o sposobie naprawienia błędów młodości - to właśnie te warstwy, które z ogra/cebuli zdejmuje Jane, księżniczka Fiona tej opowieści. Wydawałoby się, że Fiona à rebours, ale nie: przecież w Shreku chodzi o to, że ona jest dla ogra ładniejsza jako ogrzyca niż jako "piękna" dziewczyna. Biedna i zależna od niego Jane nie jest partnerką dla Rochestera tak samo jak wiotka księżniczka nie jest partnerką dla Shreka. Zamożna Jane to zupełnie co innego, zupełnie jak wielka zielonoskóra Fiona.

Ponieważ wpis ten krąży sobie dość chaotycznie wokół kilku punktów, pozwolę sobie teraz wyjaśnić, po co był ten przydługi wstęp o adaptacjach filmowych. Otóż serial, w którym się zakochałam, pokazał mi to, co czytając powieść przeczuwałam - tę właśnie ogrowatość Rochestera. Uświadomił mi - postacią i rolą, która podbiła mój umysł i serce, oraz niewiarygodną chemią między głównymi bohaterami (to coś, czego nie uzyskała żadna inna adaptacja) - że "mój" Rochester z lektury powieści (ergo taki, jakiego szukałam na ekranie) to człowiek przede wszystkim zmienny, nieprzewidywalny, chimeryczny, przeskakujący z nastroju w nastrój i z tonu rozkazu w ton czułości - wszystko na przestrzeni kilku minut. Bezwzględny w krytyce i momentami nieprzyjemny w rozmowie aż do bólu, po to żeby w następnym zdaniu żartować, flirtować - po czym znów wpadać w ton sarkazmu i ironii. A zarazem człowiek absolutnie przekonany jednocześnie o swojej atrakcyjności jak i jej braku, ponieważ złe doświadczenia podpowiadają mu, że atrakcyjny może być jedynie jego majątek. Co nie jest prawdą i on to podskórnie (pod tą stwardniałą czy pociemniałą skórką cebuli) czuje.

I to zostało bezbłędnie pokazane w rzeczonym serialu: po raz kolejny BBC pokazała, że potrafi za niewielkie pieniądze robić z adaptacji literackich filmowe perły. Wszystkie sceny między Jane a Rochesterem są tu właśnie niejednoznaczne emocjonalnie: sarkazm, niekiedy na granicy szyderstwa, miesza się z melancholijną czułością, żart z próbą wyrażenia autentycznych uczuć, naturalne w istniejącej sytuacji traktowanie Jane jak jednej ze służących z przebijającym przez tę warstwę zachowania wzrastającym poczuciem, że jest ona partnerką nie tylko w rozmowie.

I kluczowa scena, w której również Jane pokazuje, że ma w sobie coś z ogra: oświadczyny Rochestera wywołane są przecież wybuchem jej wrodzonego temperamentu (pierwszym od wyjazdu z Gateshead), doskonale przez lata maskowanego zasadami i przekonaniami wpojonymi jej w Lowood, a wzmocnionymi przez przykład Helenki Burns: że są sytuacje, w których bunt i manifestacja swojej indywidualności nic nie dają. Kiedy Jane zrzuca maskę cichej, potulnej i nieulegającej emocjom guwernantki, i w płomiennej mowie przez łzy (fenomenalna Ruth Wilson w tej scenie bije wszystkie inne filmowe Jane na głowę) oznajmia, że jest człowiekiem i ma uczucia - wtedy dopiero Rochester decyduje się jej oświadczyć. Konsekwencje są wiadomo jakie - pozostała przecież taka warstwa, której nie da się po prostu odrzucić - ale od tej chwili ten proces odkrywania samych siebie będzie znacznie bardziej świadomy.

Kluczowy w tej konkretnej adaptacji wydaje mi się też fragment drugiej rozmowy Jane i Rochestera w Thornfield, tej, która realizacyjnie zaczyna się od sceny moim skromnym zdaniem genialnej, kiedy na krótką i szorstką komendę "Sit!" reaguje pies Pilot, a Rochester po tej reakcji uświadamia sobie, jakim tonem zwrócił się do Jane. Pod jej koniec Jane bardzo w duchu epoki i swojego szkolnego wychowania wygłasza - w ramach tłumaczenia się, dlaczego nie nazwała go przystojnym - dość sztampową formułkę o wewnętrznym pięknie. Rochester pointuje ją ostrzeżeniem, żeby nie zaglądała w jego wnętrze, bo może je znaleźć niepięknym. On wciąż widzi w sobie jedynie odrażającego ogra i może nawet chce ją przed samym sobą chronić, podczas gdy ona już chyba zaczyna widzieć ogra fascynującego w swej ogrowatości, złożoności, niejednoznaczności i niebanalności. Ogra, który dla takiej ogrzycy jak ona jest po prostu piękny. Co więcej - mam wrażenie, że to w tej rozmowie Jane odkrywa nie tylko, że zaczyna się w Rochesterze zakochiwać, ale że może powinna odpowiadać na jego ironię własną, która w niej przecież jest, choć przykryta narzuconymi warstwami pokory i braku ambicji.

I bardzo mi się jeszcze podoba, że w tym filmie oni nawet w ostatniej ważnej scenie (nad potokiem) nie zatracili tej ironii, że nadal się przekomarzają, że wręcz wraca ten ton złagodzonej szorstkości, że nie zmienili się w anielskie postacie dwojga zakochanych. Wiem, że to wszystko brzmi jak pieśń miłosna Drakainy, ale naprawdę - dawno nie widziałam tak pokazanych na ekranie niebanalnych emocji. (No dobra, troszkę kłamię, bo widziałam je przedwczoraj, w innym serialu BBC, mianowicie w finale Merlina, ale to zupełnie inna bajka, choć emocje w jakiś sposób podobne. Może zresztą o tym też napiszę, na razie napisała N, a ja z nią nieco podyskutowałam.)

Och, jeszcze jedno. Nie mam nic przeciwko wyraźnie zaakcentowanemu w tym filmie erotycznemu zauroczeniu, co spotyka się niekiedy z krytyką ze strony fanów (fanek?), którzy lubią adaptacje zgodne z literą książek. Jak dla mnie wymazywanie z dziewiętnastowiecznych historii erotyzmu tylko dlatego, że nie jest on opisywany wprost, jest krzywdą dla ludzi, którzy wówczas żyli. Powieści sióstr Brontë pulsują namiętnością, mimo że konwencja literacka każe brać erotykę w ostre ryzy. A tak jak starożytni Grecy nie przechadzali się jedynie po agorach dyskutując wzniosłym językiem o filozofii, tak i wiktoriańscy dżentelmeni i panny nie tłumili non stop swoich temperamentów myśleniem o Anglii.


czwartek, 15 listopada 2012
Moi romantycy

Drodzy czytelnicy, znów będzie autoreklama, ale co tu ukrywać... chodzę sobie dumna i blada, bom oto opublikowała sporą liczbę przekładów poezji i to w Bardzo Renomowanym Czasopismie (Literatura na Świecie, nr 9-10/2012), a nie - jak dotychczas - pojedyncze utwory w periodyku dość niszowym. I to poezji nie byle jakiej, ale z najwyższej półki. Keats, Shelley i Wordsworth. Nad Keatsa to moim skromnym zdaniem wyrasta niewielu poetów, o ile w ogóle nie jest tak, że na tym najwyższym podium stoją oni równo, bo jak tu na serio porównywać sonety Petrarki czy Szekspira i Odę do urny greckiej? Dla mnie zresztą ta ostatnia jest jednym z ostatecznych punktów dojścia poezji. Nie wiem, czy kiedykolwiek przetłumaczę piękniejszy i mądrzejszy (a może po prostu: ważniejszy dla mnie) wiersz. Ale jedno wiem: chcę znów zabrać się za poezję, bo odkąd już ponad cztery lata temu N namówiła mnie na przełożenie Pieśni ku czci Mitry Kiplinga (a potem, jak to już ktoś zechciał opublikować i zebrało nawet dobre recenzje, popróbowanie sił z Urną właśnie), dość zachorowałam na tłumaczenie wierszy. A dzięki dobrym słowom i zachętom różnych znakomitych osób, które zamęczałam czytaniem tego, co powstawało w ciągu kilku ostatnich lat, mogę teraz cieszyć się swoim nazwiskiem tuż pod nazwiskami poetów, których naprawdę lubię czytać. Bo niełatwo było to posłać do redakcji, naprawdę niełatwo...

Mam w związku z tym wielki plan napisać tu kilka krótkich notek, w których wytłumaczyłabym się sama przed sobą, a i trochę przed czytelnikami, z pewnych decyzji translatorskich, bo aż zbyt często bywają one trudne i bolesne. Ale pracując akurat nad tym zbiorkiem - który, mam nadzieję, kiedyś przybierze kształt niezależnego tomiku, może z angielską poezją romantyczną i wiktoriańską - jednego byłam pewna: na pierwszym miejscu jest melodia wiersza, jego dynamika (zarówno rytm jak i metaforyka, która też przecież może być statyczna lub dynamiczna), jego brzmienie.

W każdym razie - nieskromnie zapraszam do lektury romantycznego tomu Literatury na Świecie...

Rzym, Piazza di Spagna

PS. Kategoria, w której pisuję z rzadka o przekładach, nazywa się po horacjańsku servum pecus czyli trzoda niewolników, bo tak w Sztuce poetyckiej zostali nazwani nie tyle tłumacze, ile naśladowcy (co wówczas było praktycznie tym samym, bo nie rozróżniano takich nowoczesnych kategorii). Tymczasem już tłumaczenie powieści młodzieżowych, które były wymagające językowo (np. trzeba było wymyślić sensowne gry słowne, nie gubiące skojarzeń zawartych w oryginale, a zarazem zabawne po polsku), a co dopiero poezji z najwyższej półki, uświadomiło mi, że tłumaczenie jest jednak sztuką: daje artystyczną satysfakcję, ale jest także efektem iście artystycznych męczarni...

sobota, 29 września 2012
Nowy projekt blogowy...

Na wypadek, gdyby ktoś szykował się z kolejnym komentarzem z serii "kiedy następny wpis", informuję szanownych czytelników, że chwilowo para idzie głównie w ten blog: Wariacje operowe. Trochę dlatego, że czuję rosnącą niechęć do pisania o sprawach aktualnych, a z kolei w sprawach antycznych chwilami pochłaniają mnie jakieś dziwaczne szczegóły ;) Ale gdzieś tam powoli rodzi się kolejne marudzenie o mecenacie sztuki, a raczej jego dziś braku...

poniedziałek, 10 września 2012
Piano, Piano, Pianissimo?

Nie znam oczywiście wyliczeń speców od rynku ani teoretycznych modeli oczekiwanych zysków, które skądinąd nierzadko zaślepiają rozmaitych decydentów. Niemniej jako zwyczajnemu, ale i wymagającemu użytkownikowi internetu wydaje mi się, że "zmowa wydawców", jak już określono to na fejsbuku, znana pod nazwą systemu Piano, będzie cichym strzałem w stopę.

Uzasadnienie powstania Piano jest w takie: "Reklama to doskonały sposób na finansowanie treści popularnych, ale nie sprawdza się tak dobrze w przypadku treści ambitnych, niszowych, potrzebnych, choć nie masowych. Dlatego prosimy o wsparcie." Dalej czytamy, że przecież płaciliśmy za wydania papierowe. Ktoś, kto to pisał, zapomniał jednak o tym, że prasa drukowana ma znacznie wyższe koszty produkcji oraz dystrybucji, więc trudno wszystkie gazety i magazyny rozdawać za darmo albo wypełniać większość ich powierzchni reklamami... Elektroniczną dostawaliśmy niby "za darmo", ale przecież tak naprawdę płacimy za internet - czyli de facto za dystrybucję, za którą z kolei wydawca nie płaci nic. Jeśli na dodatek posiada własne serwery, a poważne portale raczej je posiadają, to ponosi wyłącznie koszty utrzymania tychże, nie płaci drukarni itd. Ba, najwyraźniej, sądząc po poziomie edycji, większość internetowych gazet nie zawraca sobie też głowy korektą, ergo: nie płaci za nią.

Na dodatek portal gazeta.pl, którego tzw. "ambitniejsze" treści są teraz dostępne odpłatnie, na pierwszych stronach wrzuca ostatnio coraz więcej treści "popularnych", wcale nawet tych ambitniejszych nie promując. Konkrety? Proszę bardzo: okienka na wiadomości skurczyły się, kultura została zepchnięta na sam dół, wyeksponowano plotkarską i "lajfstajlową" paplaninę. Wydawałoby się, że ta strategia ma na celu przyciągnięcie do portalu - do niedawna kojarzonego raczej z wykształciuchową częścią społeczeństwa - jak największej liczby czytelników, bo ten, kto świadomie szuka czegoś choćby troszkę ambitniejszego, ma więcej cierpliwości, żeby zajrzeć dalej czy głębiej.

I w porządku, mogę się z taką strategią pogodzić, bo mam tę właśnie cierpliwość, żeby znaleźć artykuł, który mnie interesuje, z pominięciem sensacyjnych wiadomości, co też się wydarzyło u kolejnej polskiej albo i zagranicznej gwiazdeczki, o której nigdy wcześniej nie słyszałam, i od której mężów, ubrań i samochodów zdecydowanie bardziej obchodzą mnie nawet zeszłoroczne śniegi. Zakładam bowiem, że te fascynujące sensacje z życia ludzi znanych z tego, że są znani i dodatkowo w ten sposób lansowanych, służą głównie temu, żeby sfinansować - na przykład poprzez ogólną odwiedzalność portalu - dobrze napisane reportaże oraz mniej lub bardziej ciekawe artykuły na choćby minimalnie ambitniejsze tematy.

Tymczasem ktoś wpadł na pomysł, że nie dość, że do tej ambitniejszej treści trzeba się dokopać przez istny labirynt treści o zerowej wartości poznawczej, to na dodatek należy za to płacić. I tu, obawiam się, ten ktoś mógł się przeliczyć. Od dawna już żadna gazeta (lub czasopismo) nie jest dla mnie na tyle atrakcyjne, żebym je codziennie kupowała, dlatego przeszłam na czytanie wiadomości w internecie. Przy okazji czytałam też reportaże, przeglądałam artykuły historyczne czy popularnonaukowe. Ale nie oszukujmy się: treść tego wszystkiego nie jest aż tak porywająco ciekawa czy dobrze napisana, żeby była warta płacenia w ciemno 20 złotych miesięcznie. Na dodatek za pakiet, z którego może - za darmo - zajrzałabym do dwóch, w porywach trzech czasopism/magazynów.

Nie sądzę, żebym była jedyną osobą, która wzruszy ramionami, kiedy okaże się, że nie doczyta do końca (ba, nie wyjdzie poza pierwsze 5-15%) reportażu o uzależnieniach od wróżek (może i zjawisko ciekawe, ale przeżyję bez czytania), artykułu o bitwie pod Waterloo (jest i wikipedia, jeśli szukam podstawowych danych, i porządne opracowania, jeśli potrzebuję szczegółów) i tak dalej. Poza tym na dodatek od czasu do czasu (średnio raz na miesiąc lub półtora) chodzę do fryzjera czy dentysty i tam mam okazję zapoznać się z archiwalnymi numerami Wysokich Obcasów, Dużego Formatu, a przy okazji jeszcze kilku innych czasopism, niekiedy zawierających nawet ciekawsze materiały. I nierzadko też płatne w internecie, w związku z czym ich na bieżąco nie czytam. Bo tak po prawdzie, jaka różnica, czy nawet najlepiej napisany reportaż przeczytam od razu czy po kilku tygodniach?

Mogłabym jeszcze zrozumieć, gdyby opłatą były obłożone tego rodzaju teksty z numerów najnowszych, znajdujących się w sprzedaży. Drukowanie nakładu papierowego i jednoczesne udostępnianie go za darmo w sieci jest oczywiście mało sensowne. Ale teksty archiwalne? Jeśli czegoś naprawdę potrzebuję, to istnieją wciąż jeszcze biblioteki i ogromna większość z nich funkcjonuje za darmo.

Jak już zasugerowałam, w mojej osobistej sytuacji dostępu do (naprawdę) ambitnych treści oraz kultury, nie stracę wiele na nieczytaniu artykułów dostępnych tylko w Piano. Dziwi mnie natomiast ogólna antykulturotwórcza postawa decydentów z jakiegokolwiek "podmiotu" odpowiedzialnego za pomysł Piano. W kraju, w którym inteligencja jest skandalicznie źle opłacana, a poziom ogólnego wykształcenia społeczeństwa oraz dążenia do udziału w kulturze przerażająco niski, nakładanie dodatkowych opłat na treści, które dla wielu ludzi, zwłaszcza na tzw. prowincji, mogłyby być jedyną szansą kontaktu z czymś nieco bardziej ambitnym niż plotki, desery i widelce, to już nie jest strzał we własną stopę (choć w sumie decydentom, dla których liczy się wyłącznie zwiększenie zysku kosztem pracy u podstaw, życzyłabym, żeby Piano okazało się martwą ciszą), ale - proszę mi wybaczyć patos - w głowę społeczeństwa.

Oczywiście, nie znam statystyk, ile osób zdecydowało się wykupić abonament, i nie mam pojęcia, czy z marketingowego punktu widzenia pomysł ten był zły czy dobry. I po prawdzie nie interesuje mnie to. Chodzi mi tylko o to, że nie tego bym się spodziewała po rzekomych spadkobiercach ludzi pokroju Adama Michnika czy Jacka Kuronia, zwłaszcza w sytuacji, kiedy tak dramatycznie potrzeba nam podniesienia poziomu intelektualnego i kulturalnego społeczeństwa.

Egineta

PS. Kiedy to piszę, gdzieś tam w tle gra sobie pewne krakowskie radio, nadające muzykę plus minus klasyczną. Powstało ono jako niszowy projekt twórcy i dyrektora jednej z największych ściśle komercyjnych rozgłośni w Polsce, projekt, do którego przez lata tenże człowiek sporo dopłacał z wypracowanych na reklamach w "komercji" zysków oraz własnej kieszeni, bo opera, od której się zaczęło, jest jego pasją. Radio rozwinęło skrzydła, ma teraz wpływy z reklam, ale nie jest nimi całkowicie zaśmiecone, i chyba nadal nie przynosi zysków. Ale gra. Obok państwowej Dwójki, która cudem ocalała z rzezi mediów publicznych, jest jedynym, które propaguje pewien określony typ muzyki, praktycznie nieobecnych w innych stacjach. I chwała mu za to. Dodatki do Gazety Wyborczej też mogły zasłużyć na taką pochwałę, niestety, po cichutku to zaprzepaszczono.

Tagi: media
15:50, drakaina , Cottidiana
Link Komentarze (15) »
sobota, 01 września 2012
Veni, vidi, victa sum

Marzenia warto spełniać. Warto stawać na głowie, żeby je spełnić. Przekonałam się o tym chwilę po tym, jak z autentycznym niedowierzaniem zasiadłam w sali salzburskiego Haus für Mozart, żeby wysłuchać (na żywo!!!) wymarzonego spektaklu Giulio Cesare in Egitto Haendla - spektaklu, o którym dowiedziałam się około pół roku temu, kiedy bilety były już wysprzedane, a ja od tego czasu niemal codziennie sprawdzałam, czy są jakieś zwroty... W przystępnej cenie trafiły się na jakieś dwa tygodnie przed spektaklem! Na szczęście Salzburg leży w zasięgu jednodniowej (całodniowej) wyprawy samochodem z Krakowa, a i hotel w okolicy dał się upolować.

Ale i tak nawet jadąc już na miejsce nie do końca wierzyłam, że to się zdarzy naprawdę - jak już głowa rozbita o hotelowe drzwi okazała się wyjątkowo odporna, to byłam pewna, że tuż przed spektaklem wyjdzie na scenę jakiś oficjel i zapowie, że ktoś z tej niewiarygodnej obsady się rozchorował (no dobra, ta obsada byłaby niewiarygodna nawet gdyby jej połowa się rozchorowała...). Nic takiego jednak się nie stało, na Salzburg nie spadła kometa, a śpiewacy byli w doskonałej formie. Mogę zatem przejść do sedna czyli próby recenzji - próby, bo nie wiem, czy nawet prawie tydzień po tym doświadczeniu, które mogę określić jedynie jako pięć godzin totalnego odlotu, jestem w stanie na tyle pozbierać myśli, żeby pisać składnie.

Szanowni czytelnicy, ta recenzja powinna właściwie zacząć się od stwierdzenia, że było to przedstawienie, w którym najbladziej wypadła jego najbardziej utytułowana, podziwiana i uwielbiana gwiazda...

Ale zanim przejdę do obsady, parę słów o samym spektaklu. Na innym blogu spotkałam się z jego totalną krytyką (na podstawie transmisji telewizyjnej), a mnie się on zdecydowanie podobał. Może wyrzuciłabym tylko jeden element scenograficzny: dosłowne unijne gwiazdki na dokumentach Cezara, ponieważ zasadniczo nie przepadam za doraźnymi, aktualnymi akcentami w teatrze - one po prostu starzeją się najszybciej. Zwłaszcza że w tym przedstawieniu akcja umieszczona była w bliżej nieokreślonym kraiku, targanym polityczno-wojennymi niepokojami, ze wskazaniem na Bliski Wschód (szyby naftowe), ale bez dosłowności. Każda postać była pod względem kostiumów dość z innej bajki i takie podejście do komentowania w teatrze rzeczywistości bardzo mi odpowiada. Tutejszy Tolomeo na przykład równie dobrze mógłby być bałkańskim watażką sprzed kilkunastu lat, jak i upojonym władzą bliskowschodnim przywódcą rebeliantów, ale też południowoamerykańskim młodym bossem kartelu (tam zresztą też bywa ropa). Gdyby Curio nie nosił teczki z unijnymi gwiazdkami, to poruszający się czarną limuzyną Cezar mógłby być politykiem dość dowolnego kraju, który jest na tyle potężny, żeby dyktować innym swoje warunki, albo i jakimś capo di tutti capi. I tak dalej. I przez 99,8% spektaklu tak to właśnie grało. Realia były na tyle umowne, że również mogłoby się to dziać w dość dowolnym okresie od drugiej połowy XX wieku poczynając.

Elementy absurdu też mnie nie raziły: te jakieś dziwaczne jaszczury i krokodyle podkreślały umowność tego, co się opowiada, bo przecież barokowe libretta nieszczególnie nadają się do poważnego ich traktowania. Problem z Giulio Cesare jest jednakowoż taki, że spora część materiału muzycznego jest zbyt rozdzierająca i autentycznie smutna, by z całości zrobić wyłącznie komedię. I tu uważam, że realizatorzy wywiązali się z zadania bardzo dobrze, zwłaszcza że w ostatnich latach powstało kilka spektakli tej opery, które wykorzystały już te najbardziej narzucające się konwencje scenograficzne (wojna na poważnie, wojna na groteskowo, magazyny muzealne...). Za znakomite uważam rozegranie poszczególnych postaci, ale o tym za chwilę przy okazji obsady; doskonałym wydaje mi się pomysł na zakończenie: jak już wszystkie vendetty się dokonały, wszyscy bohaterowie (tak, Tolomeo zostaje zaproszony i zmartwychwstaje) upijają się szampanem i tańczą, zachwyceni samymi sobą, podczas gdy kolejni rebelianci po cichutku rozmontowują nowy ład, który upajający się samozadowoleniem bohaterowie budowali przez całą akcję.

A teraz o bohaterach i wykonawcach. Od razu powiem, że pomysły w rodzaju "śpiewa z workiem na głowie" (Kleopatra) albo "śpiewa z wnętrza samochodu" (Cezar) mogą się części krytyków wydać niepotrzebnymi ozdobnikami - ale, na bogów! ta muzyka to jeden wielki popis, ozdobnik i poszukiwanie możliwości ludzkiego głosu i wykonawstwa! Mnie się podobało.

Kleopatra - Cecilia Bartoli

Jak już wzmiankowałam, najsłabsze ogniwo. Cecilia ma umiarkowane warunki na śpiewanie na scenie, w związku z czym w pierwszym akcie pomagała sobie niestety trochę vibratem, co sprawiło, że moja bodaj ulubiona aria Non disperar, chi sa? wypadła dość blado. W pierwszej przerwie ponarzekałam sobie na Cecilię ile wlezie... W drugim akcie partia Kleopatry jest znacznie bardziej wyciszona i liryczna i od razu było lepiej, a w trzecim - a konkretnie w Da tempeste diva dała taki popis techniki, że wybaczyłam ten niezbyt efektowny początek...

Muszę jednocześnie oddać pełną sprawiedliwość aktorstwu Bartoli, a zwłaszcza jej vis comica. Pomysł na Kleopatrę, która jest niezbyt młodą już pańcią, nie - jak w wielu spektaklach - rozkapryszoną siostrzyczką Tolomeo, tylko nieco nawet fajtłapowatą starą panną - świadczy doskonale o tym, że Cecilia potrafi na samą siebie spojrzeć z dystansem, bo pomijając fakt, że ma profil zupełnie jak autentyczna Kleopatra VII na monetach, nijak nie przypomina seksbomb, grywających zazwyczaj tę królową, która wcale szczególnie piękna nie była. Jej nieudolne próby udawania - zupełnie już nieseksownej - Lidii były autentycznie komiczne, ale zarazem wstrząsające arie, a zwłaszcza Piangerò la sorte mia, wypadły naprawdę dramatycznie. Aha, scena z Kleopatrą odlatującą (dosłownie) na bombie na początku drugiego aktu, kiedy taż uwodzi Cezara, jest moim zdaniem rozkoszna. Zawsze jest to rozgrywane w konwencji snu, teatru itp., a tu - kina 3D i filmowej ułudy - więc ta absurdalna scena, na dodatek z Cecilią ucharakeryzowaną na pin-up girl z czasów drugiej wojny światowej, pasowała idealnie.

Tolomeo - Christophe Dumaux

Nie wiem, czy nie najlepszy aktor tego spektaklu... A głosowo również znakomity (wg programu ma w repertuarze rolę tytułową i chętnie bym go w niej zobaczyła), godnie partnerujący gwiazdorskiej reszcie obsady. Przyznam, że uwielbiam arcykomicznego (i jakoś w tym komizmie tragicznego) Tolomeo ze spektaklu kopenhaskiego, którego kawałek linkowałam w poprzednim operowym wpisie, ale to jak Dumaux stworzył złożoną postać bardzo młodego człowieka, któremu dostała się spora władza i który tak naprawdę nie umie sobie z tym poradzić (bo naprawdę nie wyrósł jeszcze z wieku, kiedy najbardziej obchodzą go gołe baby), było naprawdę znakomite. Jego Tolomeo jest okrutny i bezwzględny, ale ma się wrażenie, że w taki sposób, w jaki okrutnym i bezwzględnym może stać się każdy w "sprzyjających" warunkach: kiedy los dał mu dużo pieniędzy i władzę nad innymi w zdecydowanie zbyt młodym wieku i tak naprawdę wbrew predyspozycjom. Ten Tolomeo tak naprawdę jest niepewny swojej pozycji i nadrabia puszeniem się, a pokątnie wyżywa się na rozkładówkach (bogowie nieśmiertelni, jak ten facet to zagrał i przede wszystkim zaśpiewał - scena była, delikatnie mówiąc, odważna, a ja po raz kolejny podziwiałam samokontrolę śpiewaka...)

Kornelia - Anne Sophie von Otter

No dobra, dla mnie to jest jedna wielka legenda muzyki i do dziś przecieram oczy na wspomnienie, że zobaczyłam ją na żywo. Sama kiedyś w latach niemalże dziecięcych śpiewałam kontraltem (w chórze muzycznej podstawówki miałam najniższy głos), więc mam do tego głosu szczególny stosunek (ambiwalentny oczywiście) i podziwiam każdego, kto dochodzi w nim do perfekcji. A duet Kornelii i Sekstusa z finału pierwszego aktu to była doskonałość w jej najczystszej formie. Na dodatek Kornelia była tu również pańcią, co pozornie mogłoby się kłócić z arystokratycznym wyglądem wykonawczyni, ale poradziła sobie znakomicie. Zresztą jej rola była pomyślana absolutnie rewelacyjnie - zwłaszcza relacje z synem, o czym przy okazji tegoż za chwilę. W każdym razie ta pozornie cicha męczennica, rozpaczająca po stracie ukochanego męża, była tu siłą napędową akcji bardziej niż w jakimkolwiek znanym mi przedstawieniu. Charyzma sceniczna von Otter na pewno tu pomogła - nie na darmo to jest jedna z nielicznych kobiet, które toleruję w roli Nerona w Koronacji Poppei Monteverdiego, zarówno głosowo jak i aktorsko.

Sesto - Philippe Jaroussky

No dobra, chyba największe pozytywne zaskoczenie. Nie żebym wcześniej Jaroussky'ego nie lubiła - ogólnie kocham kontratenorów i nawet widziałam go już na dvd w Agrypinie Haendla oraz zdążyłam podejrzeć parę scen z zakupionej tuż przed wyjazdem do Salzburga Poppei, więc niby wiedziałam, że na scenie występuje. Ale kojarzył mi się jednak głównie z recitalami, wykonaniami koncertowymi i emploi, powiedzmy, niekoniecznie dramatycznym. A ponieważ na dodatek ma on (jak mało kto) zarówno wśród melomanów jak i krytyków muzycznych równe liczne grona zagorzałych wielbicieli i zaciekłych wrogów, nie miałam na przykład pewności co do tego, czy nie będzie z nim jak z Cecilią - za mały głos na duży teatr. Zwłaszcza że, co tu dużo mówić, partia Sesta nie jest najłatwiejsza dla mężczyzny, nawet obdarzonego wyjątkowo wysokim głosem w rejestrze kontratenoru. Nawet oryginalnie śpiewała tę partię kobieta, jak się okazuje, przyznaję: nie wiedziałam, więc może powinnam się mniej krzywić na kobiece jej wykonania, ale naprawdę - po wysłuchaniu finału pierwszego aktu, tego jak głęboki kontralt von Otter idealnie zgrywał się z pobrzmiewającym jednak "męską" barwą sopranem Jaroussky'ego, żaden kobiecy duet mnie już nie zadowoli.

A w kwestii zaskoczenia: wydaje mi się, że jako całość (koncepcja postaci, wykonanie aktorskie i muzyczne) była to najciekawsza rola tego spektaklu. Tolomeo był znakomity, jak już wspomniałam, ale pomysł na Sesta naprawdę sięgnął dramatyzmu, którego w tej postaci dotychczas nie widziałam. Sesto był tu młodzieńcem (złotym, chciałoby się powiedzieć, i do końca spektaklu paradującym w - coraz brudniejszym - stroju, w którym mógłby pojawić się latach '20 w eleganckim nadmorskim hotelu), którego żądna zemsty mamuś wpędza w poczucie, że on tej zemsty musi dokonać, więc on pogrąża się w tym przekonaniu, nie radząc sobie z sytuacją w stopniu podobnym jak Tolomeo z władzą. Tyle że tam, gdzie Tolomeo stacza się w niepotrzebne okrucieństwo, Sesto popada w autodestrukcję. Jest całkowicie bierny, kiedy matka i jej niespodziewany sojusznik, sługa Kleopatry Nireno, zakładają mu ładunki wybuchowe; a potem jest porażająca scena, kiedy siedzi nad ciałem Tolomeo (oczywiście obyło się bez zamachu samobójczego, Cezar przyszedł na czas na pomoc), kompletnie nie rozumiejąc, co się stało. Wydaje mi się, że kluczowe dla koncepcji tej postaci są dwie paralelne sceny: na początku Sesto maluje sobie twarz popiołami z urny (no dobra, kubła), w którym wcześniej Cezar spalił nieszczęsną głowę Pompejusza, od której zaczęła się cała vendetta (i akcja) i robi to dość mechanicznie, jakby wmawiał sobie konieczność tej zemsty. W finale powtarza te mechaniczne ruchy, mażąc sobie tym razem twarz krwią pokonanego wroga. Kapelusze z głów dla gry aktorskiej, a przy tym zaśpiewane to zostało fantastycznie i całkowicie bez wysiłku...

Giulio Cesare - Andreas Scholl

Oczywiście, to przez niego trafiłam w ogóle na informację o tym spektaklu i gdyby to tylko on w nim występował, to zapewne tak samo rozbijałabym się o bilety. Szukałam informacji o występach, bo - jak również napisałam w poprzednim wpisie operowym - zakochałam się w jego głosie. Spektakl na żywo tylko to zakochanie wzmocnił - to po prostu jest kawał idealnie czystego głosu o niewiarygodnie pięknym brzmieniu. I na dodatek reżyser zrobił świetną robotę - Scholl był tu aktorsko o niebo lepszy niż w innych spektaklach, w których go widziałam (na dvd). Miewa on w recenzjach opinie "niescenicznego" z przyczyn innych niż Bartoli i rzeczywiście - i w kopenhaskich Giulio Cesare oraz Partenope, i w Rodelindzie z Glyndenbourne daje się miejscami widzieć pewna sceniczna niepewność (self-consciousness, jak doskonale określają to anglofoni), choć w tym ostatnim przypadku całość utrzymana w konwencji międzywojennego kina sprawia, że wszyscy grają celowo nieco sztucznie, więc trudno wyrokować.

Tu od pierwszej sceny - kiedy Cezar śpiewa swoją zwycięską arię i zachwyca się wychwalającymi go gazetowymi nagłówkami (fragmenty tekstu tejże arii), wiedziałam, że zaszła tu aktorska zmiana. A potem było tylko lepiej, na dodatek Scholl ujawnił również vis comica w niewątpliwie łóżkowej scenie z Kleopatrą w drugim akcie... A głosowo? No cóż, bezbłędne przejścia od piano do forte, długo wytrzymywane dźwięki, najlepsze chyba dotychczas wykonanie Va tacito pod względem techniki... Żałować można jedynie, że akurat pomysł na dialog głosu z instrumentem na początku drugiego aktu nie był najbardziej błyskotliwy, zwłaszcza w porównaniu z wersją kopenhaską, kiedy skrzypaczka wychodzi na scenę i dosłownie pogrywa sobie ze śpiewakiem.

Zasadniczo ja poproszę więcej tego pana w teatrze. W Europie jestem skłonna pojechać go oglądać w dość dowolne miejsce. Parę osób z tej obsady zresztą w sumie też...

Sprawiedliwość należy się też wykonawcom ról drugoplanowych, którzy zresztą akurat tutaj mają do zaśpiewania całkiem ładne kawałki. Zarówno oba bas-barytony (Achilla - Ruben Drole, Curio - Peter Kalman) brzmiały bardzo dobrze, jak i świetnie wypadł Jochen Kowalski jako Nireno czy raczej Nirena, bo zmieniono tu płeć Kleopatrowego popychadła. Dlaczego tak zrobiono, nie wiem, ale zważywszy, że tradycyjnie role piastunek grywali śpiewający niskim głosem mężczyźni poprzebierani w damskie ciuszki, mogła to być po prostu zabawa z konwencją: potężnej postury mężczyzna śpiewający kobiecym rejestrem, przebrany za kobietę. Zresztą zważywszy pańciowatą Kleopatrę, starszawa zausznica bardziej do niej pasowała niż kamerdyner.

No, napisałam to z pamięci, zanim zabiorę się za obejrzenie czy choćby wysłuchanie nagrania z telewizji* (i w oczekiwaniu na wydanie na porządnym dvd), bo chciałam oddać wrażenia, a nie pisać recenzję na chłodno. Albowiem, drodzy czytelnicy, obawiam się, że moje operowe życie nigdy już nie będzie takie samo...

Giulio Cesare, Salzburg 2012

PS 1. Takiej standing ovation to chyba w życiu swoim na żywo nie widziałam/słyszałam. A, jak zauważyła N, i tak spora część publiki zajęta była robieniem zdjęć.

PS 2. czyli * - zarejestrowany spektakl jest z maja, a więc jeden z pierwszych, podczas gdy ja widziałam jeden z ostatnich, co może być przyczyną pewnych rozbieżności recenzenckich (bo czytałam i niepochlebne opinie) - w teatrze często niektóre elementy docierają się w miarę grania spektaklu, no i śpiewacy mogli poczuć się pewniej na scenie i w interakcjach. Obejrzę nagranie i zobaczę, czy są zasadnicze różnice.

PS 3. Dla porządku najważniejsze dane spektaklu (oprócz obsady, bo ta już była): orkiestra Il Giardino Armonico, dyr. Giovanni Antonini; reżyseria Moshe Leiser, Patrice Caurier. Obejrzany 27 sierpnia 2012, w ramach Salzburger Festspiele.

sobota, 14 kwietnia 2012
To lubię - muzyka (2)

Nieco ponad dwa lata temu napisałam sobie pierwszą odsłonę wpisu o ulubionej muzyce (i było tylko o operze), a zupełnie niedawno N. napisała o swoich takoż operowych preferencjach. Ponieważ po części zdarzyło nam się wspólnie poznawać nowe operowe światy, uświadomiłam sobie, że dla mnie te dwa lata były czasem wielkich odkryć i przewartościowań, w związku z czym tamten wpis sprzed dwóch lat stracił co nieco na aktualności. No a ponieważ urodzinowo postanowiłam zrobić sobie, jak zazwyczaj, jakiś blogowy prezent, to taka lista całkiem nowych ulubionych operowych kawałków, będzie całkiem nie od rzeczy.

W kwestiach oper już wcześniej ulubionych poznałam nieco nowych fantastycznych wykonań, np. płytowego Tristana z Placido Domingo i Niną Stemme, którego kupiłam trochę jako ciekawostkę, a okazał się jedną z najlepszych znanych mi wersji; widziałam też w kinie nowojorską Walkirię z rewelacyjnym Jonasem Kaufmannem w roli Siegmunda, co było jednym z najwspanialszych muzycznych doznań ostatnich lat; niezwykle podobali mi się Luca Pisaroni i Rene Pape w dwóch różnych obejrzanych spektaklach Wesela Figara; wśród wystawień Don Giovanniego wysoko zawędrowało również nowojorskie z Mariuszem Kwietniem i Pisaronim, choć na pierwszym miejscu jako Komandor pozostaje Matti Salminen; znalazłam nowe ulubione wykonanie Fausta Gounoda. Ergo: skupimy się na czymś w moim repertuarze całkiem nowym. Najpierw zatem czytelnikom należy się wyznanie.

Confiteor: odkryłam barok. Gorzej - pokochałam barok. Żeby było zabawniej, nastąpiło to niemalże z dnia na dzień, do tego stopnia, że kiedy na przełomie marca i kwietnia zeszłego roku jechałyśmy z N. na konferencję operową do Pobierowa na Pomorzu Zachodnim drogą okrężną wprawdzie, ale i tak najszybszą, to wielce byłam zdegustowana faktem, że w Dreźnie grali akurat Koronację Poppei Monteverdiego. Widziałam wcześniej w telewizji i chwilowo nie miałam najmniejszej ochoty powtarzać tego doświadczenia. W Berlinie z kolei obejrzałyśmy Tristana i Izoldę Wagnera (wciąż w kwestii czysto brzmieniowej mój numer jeden, choć w kwestii ogólnomuzycznej dzieli to miejsce z Pierścieniem Nibelunga, ale też Wagner nadal, pomimo pewnej dezaktualizacji wzmiankowanej notki, pozostaje moim bezwzględnie ulubionym kompozytorem). A konferencja w Pobierowie była o operze i historii - niżej podpisana wygłaszała referat o absurdalnych librettach, głównie Haendla, opartych na dziejach rozlicznych Ptolemeuszy oraz umiłowanego wielce Mitrydatesa VI Eupatora i Dionizosa, króla Pontu. I była przekonana, że wygłasza referat o kompozytorze, którego nigdy ale to nigdy nie będzie miała ochoty słuchać w większych dawkach.

Tymczasem w ramach wieczornych dyskusji o historycznych, "historycznych" i ahistorycznych wystawieniach niektórych oper zaprezentowano uczestnikom między innymi przegląd spektakli... Koronacji Poppei. I nagle ta opera nabrała sensu, muzycznego znaczy się, albowiem im lepiej poznaję twórczość barokowych librecistów, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że fabularnie bije ona na głowę wszelkie absurdy świata. Skądinąd zapoznanie się z Haendlem na poziomie muzyki a nie tylko fabuł, od których włos mi się na głowie jeżył, kiedy wzmiankowany referat pisałam, też zawdzięczam tejże konferencji, a konkretnie innej prezentacji - różnych, wokalnych tym razem, wykonań arii "Or la tromba" z Rinalda. W sumie tej prezentacji zawdzięczam nie tylko zachętę do słuchania twórczości Haendla, ale również zakochanie się w kontratenorach.

To tak tytułem wstępu, który tłumaczy dalszy ciąg tej notki czyli listę nowo polubionych i z baroku ulubionych operowych kawałków na kwiecień roku 2012*.

A zatem po pierwsze w ramach korekty do poprzedniego wpisu - "Che farò senz'Euridice" Glucka pozostaje wśród ulubionych, ale w kwestii preferowanych wykonań żegnajcie ciepłe mezzosoprany, oto mężczyzna, w którego głosie zakochałam się bez reszty:

Podobnie korekta należy się lamentowi Dydony - obecnie najbardziej lubię w tej roli panią, w której również się zakochałam:

Jak się już rzekło, Monteverdi z jego Poppeą jest pewnego rodzaju symbolem tego, jak nagle i niespodziewanie można coś polubić pomimo wcześniejszej niechęci (wiem, zabrzmi to jak ostateczny banał, ale ta niechęć rzeczywiście aż nazbyt często wynika z ignorancji, a mi nieodmiennie musi się przypomnieć przeczytane w wenezuelskim dzieciństwie zdanie z wielkiego historyka sztuki Ernsta Gombricha - cytuję w przybliżeniu - że jeśli coś się podoba, to ok, ale jak się nie podoba, to warto spróbować się temu bliżej przyjrzeć, bo może coś się traci). A zatem dwa niewiarygodne kawałki z tego dzieła - finałowy duet Nerona i Poppei (patrzcie państwo, Neron nie jest tu może ideałem, ale nie jest też czarnym charakterem i potworem, któremu należy się sienkiewiczowskie ostateczne potępienie!!!) oraz scena śmierci Seneki. Zupełnie inne klimaty, ale jedno i drugie - fantastyczne.

Tu, w przypadku Seneki, na dodatek jeden ze spektakli, które podobały mi się najbardziej:

 

Po tym Pobierowie oczywiście żałowałam już, że nie wracamy przez Drezno, a w Krakowie zaczęłam przesłuchiwać kolejne Haendle i po roku od konferencji mogę powiedzieć, że najważniejsze dzieła już jako tako znam, mam też swoje ulubione spektakle, wykonawców i arie. Po prawdzie jest to zdecydowanie kompozytor, którego popisowe solowe kawałki cenię sobie najwyżej - wszyscy dziewiętnastowieczni kompozytorzy w rodzaju Verdiego czy Pucciniego ze swoimi pięknymi piosenkami w operach mogą się schować ;)

Proszę bardzo, na początek absolutny hit, "Lascia ch'io pianga" z Rinalda - nie jest to może moje absolutnie ulubione wykonanie, ale przynajmniej wyświetla się bez reklamy na początku i długiej sceny dookoła:

Jedna z ulubionych scen z Giulio Cesare, który skądinąd jest poniekąd o zupełnie innych królach i ma rozkosznie wręcz bezsensowną fabułę, zakończoną obowiązkowym happy endem, w którym Cezar, Kleopatra i Sekstus Pompejusz oraz jego matka żyją długo i szczęśliwie. Klip z przedstawienia, które bardzo lubię, komiczna scena konfrontacji z czarnym charakterem czyli Ptolemeuszem XIV (który w realu był młodszym nastolatkiem); skądinąd ujęcie Cezara akurat wydaje mi się bardzo do tej postaci pasujące:

Semele, "Endless Pleasure" w cudnie lekkiej i beztroskiej interpretacji Danielle de Niese - niestety trzeba odczekać sześć sekund, żeby móc pominąć obrzydliwe reklamy, dlatego nie wklejam klipu. Ale to jest bezwzględnie moje ulubione wykonanie z jednej z moich obecnie ulubionych płyt.

I na koniec mój absolutny barokowy numer jeden w chwili obecnej, duet z Rodelindy - numer jeden zarówno jeśli chodzi o muzykę, wykonanie jak i spektakl. Jak dla mnie - totalny odlot pod każdym względem (płyta ze spektaklem w drodze z Amazona):

* W obecnej histerycznej copyrightowej atmosferze nie mogę zagwarantować, że linki będą się otwierać. Ogromną większość tego, co tu prezentuję, posiadam legalnie (albo zamierzam kupić, jak tylko się ukaże na dvd), ale nic mi to nie daje w kwestii udostępniania... Co skądinąd jest bez sensu, bo np. w cytowanym spektaklu Rodelindy zakochałam się właśnie dzięki klipom i dzięki nim go kupiłam.

niedziela, 01 kwietnia 2012
Nieznane rękopisy...

Rzadko piszę o poezji, ponieważ mam głębokie przekonanie, że nie umiem o niej pisać. Natomiast ostatnio - to nie żart - sporo czasu zajmuje mi tłumaczenie poezji. No dobra, trochę żart, bo część problemu polega na tym, że wcale nie aż tak sporo. Tzn. potrafi pochłonąć całą noc, ale zasadniczo zdarza mi się borykać z wyrzutami sumienia spod znaku "tak szybko", "tak bezboleśnie", ba, wręcz czasem "tak łatwo"? Szkoła z jej nabożnym stosunkiem do romantycznego cierpienia we wszelkich możliwych wymiarach wpaja w nas przekonanie, że twórczość wszelaka powinna być okupiona cierpieniem duszy i nawet utwory pisane w natchnieniu (proszę, oto główny paradoks romantyzmu à la polska szkoła: masz pisać w porywie uczuć i inspiracji, ale zarazem oblewać krwią, potem i łzami każdy wers...) muszą wiązać się z twórczym trudem i zmaganiami z werbalną materią.

Na dodatek - tłumaczę, przynajmniej chwilowo, głównie romantyków (angielskich). Jak już się to drukiem ukaże, nie omieszkam poinformować szanownych czytelników, na razie mogę odesłać tylko do tego, co ukazało się drukiem (żadnych romantyków: Kipling, Embeirikos, Clifton, Piatt) i tego, co sama zanim zaczęłam to traktować poważnie umieściłam w sieci (tu też). I to tyle w kwestii poważnej właśnie.

Beauty is truth

Bo tak naprawdę z okazji pierwszego dnia kwietnia chciałam opowiedzieć o najbardziej dziwacznym zdarzeniu okołopoetyckim w moim życiu*. Nie, jeśli ktokolwiek wie, że zdarzyło mi się opublikować tu i ówdzie kilka limeryków, i już zaciera łapki, że zgadł, to się myli. Nie chodzi ani o towarzyskie zabawy spod tego znaku, ani nawet o zamówienie publiczne pt. Limeryki o Krakowie z okazji rocznicy lokacji. Limeryk - sprawa poważna. Nie chodzi również o bardziej prywatnie towarzyską zabawę w pisanie żartobliwych wierszyków z okazji filmowej wersji Władcy pierścieni.

Nie, drodzy czytelnicy, sprawa byłaby istnie primaaprilisowa, gdyby nie to, że nie miała miejsca w prima aprilis. Otrzymałam mianowicie kilka lat temu pocztą zbiór rękopisów poetyckich w teczce zatytułowanej W zlewie romantyczny tłok. List niestety zaginął w otchłani, więc nie pamiętam, jaka organizacja (tak, to było jakieś coś, co miało nazwę i adres, a zapewne i prezesa) mi to przysłała.

Zasadniczo od razu odesłałam sprawę do limbo, ale potem natura wzięła górę i zajrzałam do szuflady. Było to kilka kartek, które pozwalam sobie tu opublikować z okazji prima aprilis roku, w którym odwołano koniec świata. To niezły pomysł na wywinięcie się z blogowego milczenia, a czytelnik, jeśli ma ochotę, może sobie podumać na dowolnym światowym bruku, nad autorstwem tych utworów, wyglądających jak nieporadne juwenilia największych polskich poetów XX w., niekiedy traktujących zadany w tytule zbioru temat tak podle pretekstowo! (Publikuję w kolejności, w jakiej kartki były ułożone w wzmiankowanej powyżej teczuszce.)

 


 

***

w zlewie romantyczny tłok
ach posuńże się w bok
woła
kogo melancholia kranu
przygniotła do ziemi

brudną ściereczką
do niczego

 


 

W ZLEWIE ROMANTYCZNY TŁOK

obudziłem się
choć nie wiem

za oknem
szary
dym po wczorajszym meczu

zadyma
odbiła się krzykiem
w matowym oku

talerza

w dzieciństwie
jadłem z niego owsiankę

 


 

PORZĄDKI PO PRZYJĘCIU

jakże się tu nie uśmiać

talerzyki kieliszki
łyżeczki widelczyki

tańczą w korowodzie
po przyjęciu na którym
pracowały w milczeniu
jak angielscy służący

jakże się nie zachwycić

plamką na sukni
zagiętym rąbkiem
miseczki która filuternie
zakrywa wciąż twarz
serwetką

nie mogę tak po prostu
włożyć ich do zmywarki

niech się jeszcze nabawią
w zwykłym zlewozmywaku

są bliższe ludziom niż maszynom

 


 

KALISZ

myślałem
nie było ich
kiedy przechodziły tędy karawany
rzymskich kupców

w osadzie Calisia
klepisko zamiast forum
w kramach rozłożone
kryształy bursztynu

słowo electrum
nie przyjęło się
w miejscowym dialekcie

ekwita pożywia się
z glinianej miski

myślałem
nie było ich

spod warstw ziemi
wydobywam
połamane skorupy

nic ich nie różni
od porcelany w fantazyjny wzór
w moim zlewie

 


 

PIOSENKA

Już widzę jak w walca tanecznym porywie
Twarz twoja ku mojej obraca się w takt.
I nie wiem, czy sen to, nadzieją się żywię,
Że będziesz tak moją jak jesteś nią w snach.

Ty śmiejesz się jeszcze, gdy mkniemy przez salę
I w walcu unoszę do ust twych mą dłoń,
By w tańca pomroce, w tym pędzie wciąż dalej
Przez wino w niebytu zanurzyć się toń.

Za oknem majowa noc szumi radosna,
Lecz czuję na twarzy gorącość twych łez:
Ty wiesz już, nie dane nam będzie pozostać,
Tym czasom beztroskim już los znaczy kres.

Przeszli jak burza, pozostały po nich
Ruiny, zgliszcza i więdnący kwiat.
I krzyk jak piorun z wyciągniętej dłoni
Znaczący chwilę, w której umarł świat.

Dziś w dłoni trzymasz, choć minęły wieki
Ten sam kieliszek, którym niegdyś ja...
I jestem z tobą bliski choć daleki
Choć odmieniony, lecz zawsze ten sam...

Spójrz ku mnie, nie pozwól, by zmącił marzenia
Ten obraz przyszłości wśród płaczu i łun.
Ty trwać zawsze będziesz w tych kroków wspomnieniach,
Zaklęta na wieki w rytm walca wśród strun.

 


 

Cmentarz Protestancki w Rzymie

* 3 kwietnia. Do tego, co czcieł, że się tak po staropolsku wyrażę, czyli disclaimer, że się wyrażę bardziej nowocześnie. Historyjka w formie primaaprilisowej jest oczywiście grubymi nićmi szytym powtórzeniem starego jak świat chwytu publikacji fikcyjnych utworów literackich czy dzienników. Ale zarazem historyjka z "W zlewie romantyczny tłok" jest jak najbardziej prawdziwa, tzn. to nie ja wymyśliłam ten tytuł. Autentycznie kilka lat temu dostałam zaproszenie do udziału w konkursie poetyckim pod takim właśnie tytułem, organizowanym przez jakiś naprawdę istniejący Dom Kultury, stowarzyszenie czy sama nie wiem co, bo istotnie mail wylądował dość szybko w koszu. A jak już wylądował, to mnie opanowała pastiszowa wena i tak to w ciągu może dwóch godzin powstał ten zbiorek na zadany temat. Przypomniałam sobie o nim na fali pracy nad Keatsem i Wordsworthem, no i okazał się jak znalazł na Prima Aprilis 2012 :)

czwartek, 23 lutego 2012
Ja, jako twórca (ACTA revisited)

Prawda jest taka, że ci protestujący w życiu nie splamili się i nie splamią pracą twórczą, więc nie są w stanie zrozumieć drugiej strony - tako rzecze Czytelnik krakowskiego dodatku Gazety Wyborczej, zaczynający swą tyradę od przedstawienia się jako "twórca (tłumacz literacki)". Pisałam już na marginesie ACTA z pozycji pirata, więc teraz parę słów z perspektywy podmiotu potencjalnie piraconego.

Otóż jako twórca (czyli tłumaczka literacka: ok. 30 powieści, opowiadania, obecnie też poezja z najwyższej półki, niegdyś również laureatka nagrody w konkursie literackim miesięcznika "Odra", a także przez dobre kilka lat dziennikarka i freelancerka, autorka monografii naukowej i ogólnie osoba, która podatki rozlicza niemal wyłącznie w punkcie "prawa autorskie i inne pokrewne") oświadczam, że tego rodzaju arogancja jest mi obca, a przeciwko ACTA protestowałam. Ba, większość moich protestujących - mniej lub bardziej aktywnie: na demonstracjach, blogach, fejsbuku - znajomych, to osoby zasadniczo twórcze, jako że np. pracownicy naukowi są również twórcami, choć może nie każdemu się to od razu tak kojarzy.

Jako tłumaczka literacka pragnę oświadczyć, że nie czułabym się okradana ani tym bardziej obrażana przez fakt obecności moich przekładów w serwisach udostępniających pliki, ponieważ cieszy mnie popularność książek, które tłumaczę. Mam ten luksus, że pomimo specjalizacji w fantastyce młodzieżowej ostatnio przekładam głównie rzeczy, które również lubię, a na dodatek wydawnictwo, dla którego pracuję, dba również o stronę edytorską (redakcja, korekta, konsultacja specjalisty), w związku z czym mam poczucie, że uczestniczę w wypuszczaniu na rynek pełnowartościowego produktu. Oczywiście zgodnie z logiką autorów projektu ACTA oraz jego zwolenników powinnam czuć oburzenie na myśl, że ktoś mógłby ten pełnowartościowy produkt powielać za darmo. No ale nie, wcale się tak nie czuję... Obecność książki na Chomiku czy przesyłanie sobie plików na forach fanowskich byłyby dla mnie dowodem na jej popularność, a ta skutkuje większą sprzedażą, bo większość fanów woli mieć prawdziwy egzemplarz na półce. Na dodatek popularyzowanie książek wydanych dobrze ma szanse wpłynąć na poziom języka ich czytelników. Ergo: z umiarkowanego piractwa płyną korzyści, bo już samo zwiększanie poziomu czytelnictwa w Polsce jest wielką korzyścią. Zważywszy zresztą, że popularność i sprzedaż są duże, a piractwo stosunkowo małe, może po prostu wydawnictwo stosuje rozsądną politykę cenową, nad czym inne powinny się zastanowić?

Oświadczam też, że jako osoba kupująca książki rozważam bojkot wydawnictw opisanych w innym artykule, jako że praktyki w rodzaju zastraszania czytających (!!!) małolatów i ściągania od nich sum w rodzaju 900 zł (z czego połowę zapewne pożerają honoraria kancelarii windykującej) czyli odpowiednika honorarium tłumacza za - najwyżej - dwa arkusze przekładu uważam za najzwyklejsze pod słońcem draństwo, a i to tylko dlatego, że publicznie nie używam mocniejszych słów. Dodam, że przeciętna książka dla młodzieży ma co najmniej dziesięć arkuszy. I dodam też, że na miejscu opisanego tam wydawnictwa prowadziłabym "walkę" z piracącymi małolatami zupełnie inaczej: zaproponowałabym im kupno książek po bardzo atrakcyjnie obniżonych cenach albo też zrobiłabym akcję "zachomikuj na półce" i rozdała sporą liczbę egzemplarzy za darmo osobom, które wylegitymują się tym, że plik ściągnęły. I zamiast  nazywać to "walką", zaproponowałabym dialog.

Każda forma promowania czytelnictwa w kraju, który ma tak skandalicznie niskie statystyki czytania, powinna być chwalona i nagradzana. I to właśnie my, twórcy, ludzie uczestniczący w procesie wydawniczym, w jakikolwiek sposób przykładający się do ukazywania się na rynku dóbr kultury, powinniśmy być orędownikami przystępnego udostępniania książek (filmów i muzyki) i innych sposobów walki z szeroko zakrojonym autentycznym piractwem (np. sprzedaż podróbek nastawiona na realny zysk) niż prawne zakazy i represje.

PS. Disclaimer: w związku z pojawieniem się notki na Wykopie z nagłówkiem "tłumaczka, autorka, dziennikarka przeciw ACTA i za piractwem", w związku również z niejednoznacznością określenia "piractwo" i jego negatywnymi konotacjami, oświadczam również, że nie nazwałabym mojej postawy "za piractwem", albowiem tym, co popieram przede wszystkim jest wolny obieg kultury, a nie np. sprzedaż nielegalnych wersji/kopii/podróbek czegokolwiek. Dopóki dobra kultury, przez wydawców i producentów sprzedawane po zawyżonych cenach, są rozprowadzane w internecie za darmo, popieram to, ponieważ zwiększa uczestnictwo w kulturze, a to uważam za wartość nadrzędną wobec np. zysków kogokolwiek z osób w tworzenie kultury zaangażowanych, siebie wliczając. Innymi słowy, wartość naddaną z uczestnictwa w kulturze, choćby pobieżnego, osoby, która czy to z braku środków czy lenistwa, nie przeczytałaby książki bądź nie oglądnęła filmu/nie posłuchała muzyki, uważam za znacznie wyższą od strat finansowych, jakie (rzekomo) powoduje tzw. piractwo.

środa, 08 lutego 2012
Smutny chichot Duchampa

Prawie sto lat temu (w roku 1917) Marcel Duchamp zbulwersował świat sztuki, wysyłając do amerykańskiej Society of Independent Artists rzeźbę (?) zatytułowaną "Fountain", a składającą się w odwróconego pisuaru i podpisu artysty (pseudonimem). Towarzystwo, znane z tego, że nie dokonywało selekcji dzieł nadesłanych na wystawy, złamało tę zasadę i Duchampa, który zresztą miał już wówczas jakąś tam pozycję w świecie sztuki, odrzuciło. Duchamp w odpowiedzi zrezygnował z uczestnictwa w radzie artystycznej Towarzystwa, a kilka lat później zradykalizował swoje dotychczasowe surrealistyczne podejście do świata, tworząc dada.

I pisuar, i dadaizm odegrały ważną rolę w historii sztuki, jako że w owym czasie już nawet fin-de-siècle z jego wszelkimi odmianami stawał się sztuką salonową, uznaną, a niedawny bunt wobec głównego nurtu staczał się w dekoracyjność, przestając pod tym względem różnić się od akademizmu czy realizmu. Duchamp miał jeszcze kogo szokować, miał komu pokazywać, co instytucjonalizacja i komercjalizacja robi ze sztuką. No i jeszcze nie zamknęło się okienko czasowe oryginalności takich gestów. Dwa lata wcześniej Kazimierz Malewicz wystawił "Czarny kwadrat na białym tle", co też było rewolucyjne. Bo jeszcze mogło. Takich dzieł nie widziały wcześniej galerie, nie mówiąc już o salonach.

Nie mam pojęcia, czy w jednym albo drugim przedsięwzięciu była jakakolwiek głębsza myśl poza tym, że oto powstaje pewna nowa jakość w sztuce. Choćbym długo myślała, tak naprawdę nie jestem w stanie wymyślić - ba, co więcej nie widzę takiej potrzeby - intelektualnych pokładów w czarnych kwadratach czy też odwróconych przedmiotach codziennego użytku. Mam wręcz wrażenie, że funkcja pokazania, że "tak też można" całkowicie wystarcza. Problem polega jedynie na tym, że coś takiego da się zrobić tylko raz. Oczywiście, można malować kolejne różnokolorowe kwadraty na różnych tłach. Jedne z nich będą estetycznie lepsze, drugie gorsze - zależeć to będzie od proporcji oraz doboru barw. W sumie nawet mam na ścianie trofeum z jednej z licealnych olimpiad z historii sztuki w postaci grafiki przedstawiającej czarny kwadrat na białym tle, dodatkowo podzielony na cztery kwadraty liniami wklęsłymi oraz z odciśniętymi powiększonymi palcami, zapewne autora. Nie jest to najwybitniejsze dzieło wiszące w moim domu, ale akurat ten pomysł z odciskiem palców dość mi się podoba, bo coś tam dodaje do zapewne świadomego powtórzenia. W każdym razie na pewno była to najbardziej mi odpowiadająca estetycznie i artystycznie grafika z tych, które jeszcze były do wyboru.

Można też oczywiście wstawiać do galerii najróżniejsze przedmioty, można też samemu się w nich ustawiać: żywcem, przy wykonywaniu rozmaitych czynności, albo też w postaci obrazu na taśmie. Tylko że niezależnie od tego, czy przedmiotem tym będzie wiadro ziemniaków, krzesło, łóżko czy but, tak naprawdę będzie to nadal pisuar Duchampa.

Piszę o tym wszystkim, kiedy ucichły już wrzaski obu stron - przeciwników i zwolenników - po wystawie Katarzyny Kozyry w krakowskim Muzeum Narodowym. Kiedy jeszcze trwały i karierę w necie robiło zdjęcie kilku ponurych młodzieńców pikietujących muzeum z narodowo-prawicowymi hasłami, zadałam na fejsbuku dramatyczne pytanie: co ma zrobić w tej sytuacji człowiek, który Kozyrę uważa za humbug a pikietujących za oszołomów?

Bo właśnie tak: Katarzynę Kozyrę, Dorotę Nieznalską, jak również cały anonimowy (dla mnie, bo nawet nie zadaję sobie trudu czytania tabliczek, nie mówiąc już o ich zapamiętywaniu) tłum artystów od wideoinstalacji, a i w dużej mierze zwykłych instalacji, i tym podobnych gałęzi sztuki, uważam za humbug, stratę czasu i miejsca w galeriach. Damiena Hirsta z jego rekinami i czaszkami również; cytowałam już tu kiedyś wypowiedź z sondy ulicznej, przeczytaną w angielskiej gazecie, że "ten, kto płaci milion funtów za rekina w formalinie, zasługuje na zjedzenie przez rekina". Nic się pod tym względem przez ostatnie trzy lata nie zmieniło: nadal uważam, że ten anonimowy przechodzień podsumował Hirsta lepiej niż całe grono krytyków.

Ten Hirst straszy tu ponownie nie bez kozery (gra słów zamierzona). Lecąc niedawno z Paryża niemieckimi liniami Lufthansa, wybrałam w ramach pokładowej lektury "The International Herald Tribune". Mało, że zaskoczył mnie wysoki poziom i rzadko spotykana wyważona centrowość tej gazety - największą niespodzianką był absolutnie perfekcyjny artykuł krytyczny poświęcony najnowszemu przedsięwzięciu Hirsta: globalnej wystawie obrazów w kropki. Krytyk w dość ostrych słowach najpierw nie pozostawił na realnej artystycznej wartości dzieł Damiena H. suchej nitki, obnażając zarówno płytkość akwarium, w którym pływa zakonserwowany rekin, jak i pustkę zionącą z diamentowych oczodołów czaszki, a następnie bardzo zgrabnie pokazał, na czym polega jakaś jednak pomysłowość najnowszego projektu, pomimo artystycznej mizerii większości kropkowanych obrazów. A raczej, na czym mogłaby polegać, gdyby galerie zdecydowały się na krok dalej, czyli otwarcie przez cały tydzień i całą dobę - żeby dać poczucie autentycznego globalnego odbioru. Ogólnie ton tej recenzji był taki: zmarnowano potencjał, który tkwił w pomyśle, rezultatem jest kilka wystaw raczej przeciętnej sztuki w kilku miastach świata. Aha, nowojorska ma ten plus (aranżacja), że fajnie jest tam zabrać dzieciaki, bo będą się nieźle bawić.

Po powrocie do Krakowa przypadkiem trafiłam na artykuł o tej samej wystawie na portalu gazeta.pl. Pierwsze zdanie brzmiało: O tej wystawie mówi się od dawna. O'rly? - chciałoby się zapytać internetowym memem. Pomijając wątpliwą prawdziwość tego stwierdzenia, jest ono utrzymane w tym samym duchu co tytuły czy leady artykułów plotkarskich w rodzaju "XX - mężczyzna, którego pragnęłaby każda kobieta". Następnie polski artykuł skupia się na rynkowej wartości kropek oraz problemie autorstwa: większości obrazów Hirst nie namalował osobiście, a jedynie firmuje całemu przedsięwzięciu. Amerykański artykuł też o tym wspomina, ale w kontekście tego, że obrazy są bardzo nierówne pod względem czysto estetycznym: na jednych kropki tworzą harmonijną całość dzięki dobrze dobranej wielkości (średnica wyznacza odległość) oraz kolorom, inne mają niedobre proporcje. Konkluzja dotycząca tego aspektu w recenzji IHT jest następująca: [Te kropki] są dziełem nie tylko różnych rąk, ale również różnych umysłów, i to może być w nich najbardziej interesujące. W polskim artykule jedynie sensacyjny ton "czy to jest jeszcze dzieło Hirsta??" A kilka dni później zestawienie krytycznych głosów wobec wystawy z głosami obrońców - z naciskiem na te drugie, choćby poprzez ułożenie ich w zbijanie argumentów strony przeciwnej. Tak jakby polski krytyk nie był w stanie przyjąć do wiadomości, że coś, co jest sławne (głównie z racji bycia sławnym) może być poddane ocenie biorącej pod uwagę na przykład wartość artystyczną.

Pozwoliłam sobie zrobić to zestawienie recenzji znów nie bez kozery, a raczej tym razem Kozyry. Mam bowiem wrażenie, że w Polsce zabrakło krytyki sztuki z prawdziwego zdarzenia - i nie mam na myśli ewentualnie istniejących czasopism branżowych, choć obawiam się, że i tam może panować kult (po)nowoczesności. Mam na myśli właśnie duże i poważne gazety codzienne, bo to one są naprawdę opiniotwórcze. Polska krytyka nie odważy się powiedzieć, że król jest nagi, ponieważ próba obnażenia pustki, wtórności czy choćby miernej wartości artystycznej dzieł Kozyry czy Nieznalskiej może zostać odczytana jako stawanie po stronie oszołomów, którzy te dzieła atakują z pozycji niemających nic wspólnego z walorami artystycznymi. Moja recepta byłaby taka: brońmy, bezwzględnie brońmy wolności wyrazu, ale nie dajmy się zwariować, że wszystko, co budzi sprzeciw strony, która ideowo jest nam obca i chciałaby artyście zamknąć usta (a raczej wystawę), jest eo ipso wielką sztuką bądź też, co chyba jeszcze gorsze, że nie wypada tego krytykować.

Żeby było zabawniej, chciałam sobie tę Kozyrę blogowo odpuścić, bo w sumie dość mi piórkiem powiewa jej sztuka i zamieszanie wokół niej. Nie lubię, nie polubię. Ale na wspomnianym portalu pojawił się artykulik reklamujący kolejnego "szokującego" artystę pod hasłami "najbardziej absurdalna wystawa?" i "Magazyn osobliwości? Zdecydowanie, ale podniesiony do rangi sztuki". Co jest przedmiotem wystawy? Między innymi to samo, co przyniosło sławę Kozyrze, czyli wypchane zwierzęta. Pomijając ogólne kwestie etyczne związane z takimi wystawami, z dwojga złego wolę pana Davida Shrigleya z jego makabreskami (choć nie do końca rozumiem, dlaczego nie mógłby ich malować - jak dla mnie miałyby wtedy nawet większą siłę wyrazu), np. wiewiórką trzymającą w łapkach własną głowę (nawiasem mówiąc, w przeciwieństwie do gazetowego recenzenta nie kojarzy mi się to ze wystawianiem tej głowy na sprzedaż, ale ze średniowieczna legendą św. Dionizym, który miał przejść całą trasę z centrum Paryża do obecnego St. Denis, trzymając swoją ściętą głowę w rękach) od nadętego i napuszonego komentarza pani Kozyry do "Piramidy zwierząt", mętnie tłumaczącego, że chodziło jej o powtórzenie aktu zabijania itd. w celu pokazania hipokryzji społecznej, odwznioślenia procesu produkcyjnego mięsa i jakieś tym podobne brednie.

Nie mam nic przeciwko sztuce, która coś znaczy - choć uwielbiam dobrą abstrakcję - ale niech ona znaczy sama w sobie albo w przyjętej konwencji (jak starożytne malarstwo egipskie czy siedemnastowieczne holenderskie), a nie wyłącznie w mętnych intencjach autora, bez których osobnego wyłuszczenia przekaz jest nieczytelny. A już bardzo źle jest, kiedy mętność udaje wieloznaczność. Bo to się świetnie sprzedaje: nie tylko w sztuce, ale również np. w filmie i filozofii.

Dobrze, przyznam się, że wyjątkowo nie lubię sztuki, która zanadto musi tłumaczyć sama siebie w długaśnych objaśnieniach artysty bądź też jego kumpla teoretyka. Mogę doczytać, "co artysta miał na myśli", jeśli ogólny zarys tego zamiaru jest czytelny w dziele, a komentarz (krótki i treściwy!) co najwyżej wyjaśni mi np. szczegółowy kontekst, niekoniecznie mi dostępny np. z racji różnic kulturowych. Pan Shrigley przynajmniej niczego nie tłumaczy w podniosłych słowach, a mnie co najwyżej może nie podobać się materiał, jaki wykorzystuje w sztuce, którą - sądząc chociażby po innych dziełach oraz wypowiedziach - traktuje jako zabawę. Zapałka z domalowaną buzią czy też podstawka pod doniczkę z brodatym filozoficznym obliczem może nie są wielką sztuką, ale są przynajmniej zabawne. Może nadają się raczej do niezbyt drogiej galerii z zabawnymi gadżetami produkowanymi przez absolwentów akademii sztuk pięknych niż do muzeów, ale przynajmniej nie pretendują do odsłaniania Prawdy o Wszechświecie, Kondycji Ludzkiej i Naszych Strasznych Czasach.

Takie właśnie zacięcie czy też taka persona mnie najbardziej irytuje u dwóch wspomnianych polskich artystek, które - niestety mam takie wrażenie - szukają na siłę "szokujących" tematów i sposobów ich pokazywania, bo w Polsce krytyka upadła tak nisko, że prostackie epatowanie burżuja wystarcza, żeby zdobyć parę minut (a nawet lat) sławy i zasłużyć na wystawę retrospektywną w narodowym muzeum. Problem w tym, że możliwości realnego i oryginalnego epatowania burżuja skończyły się jakieś sto lat temu. Dzisiaj "burżuj" będzie stał w kolejce, żeby obejrzeć coś, co pozbawiona pazura krytyka wepchnie mu jako dzieła skandalizujące i szokujące. Dlatego właśnie artykuł na gazeta.pl o Shrigleyu uważam za niemalże szkodliwy, no bo jak można na serio napisać w drugiej dekadzie XXI wieku (sto lat po Duchampie, przypominam) coś takiego: Pół makabryczne, pół humorystyczne instalacje to twory Davida Shrigleya*, którego wystawa (...) wywołuje sporo zamieszania w świecie sztuki. Bo czy wstawionego do galerii strusia bez głowy, poustawiane na schodach buty różnej wielkości, albo jajo z napisem "jajo" można traktować poważnie?

O'rly? - powtórzę. Przecież to wszystko już było, nawet wiele razy, w różnych wcieleniach. Wystawy nie widziałam, może jako całość jest ciekawie zaaranżowana, może właśnie część tych gadżetów jest po prostu fajnie pomyślana. Ale, na litość wszystkich bogów, oryginalności jest w tym wszystkim tyle co trucizny w zapałce! Wniosek: muszę poszukać i poczytać, co o Shrigleyu piszą krytycy z prawdziwego zdarzenia. Swoją drogą nie sądzę, żeby cokolwiek jeszcze było w stanie spowodować autentycznie "zamieszanie w świecie sztuki". No chyba że będzie to odnalezienie nieznanego obrazu Leonarda albo oryginału rzeźby Fidiasza, zwłaszcza gdyby takie dzieła przewracały nasze wyobrażenia o twórczości wielkich artystów - ale to przecież wydarzenia zupełnie innej rangi. Prawdziwego, zmieniającego oblicze sztuki nowatorstwa już raczej nie będzie.

Może być jeszcze dużo niezłej (a może i wybitnej) sztuki, zwłaszcza w tradycyjnych technikach, choć właśnie skonstatowałam, że ostatni malarze, których dzieła naprawdę mnie zachwycają albo przynajmniej je autentycznie cenię, urodzili się przed rokiem 1930 i zasadniczo już wszyscy nie żyją... Żyje jeszcze nieco młodszy David Hockney, za którym nie przepadam, ale niewątpliwie warsztatowo doceniam. A pewna młodsza ode mnie absolwentka krakowskiej ASP, której kiedyś wynajmowałam mieszkanie, i nabyłam jeden jej obraz (sympatyczna, ciekawie skomponowana abstrakcja), bo autentycznie podobała mi się jej sztalugowa twórczość, ponoć jednak przerzuciła się na happeningi, instalacje i sztukę użytkową. Szkoda.

 Co to takiego, koteczku?

PS. Dowiedziałam się niedawno od N. (i na wszelki wypadek sprawdziłam, choć N. ma fenomenalną pamięć do takich szczegółów), że pani Kozyra swoją Łaźnię filmowała na Węgrzech. Przyznam, że było to dla mnie szokiem: do niedawna naiwnie myślałam, że przynajmniej miała tyle odwagi, żeby zrobić to w Polsce, żeby następnie przyznać się do zastosowanego podstępu i przekonać swoich bohaterów do swojej "artystycznej wizji". Wybór ludzi, którzy de facto nawet nie mają szans dowiedzieć się o tym, że ich nagie wizerunki zostały bez ich wiedzy wykorzystane w kontrowersyjnym projekcie artystycznym (np. polski bezdomny miałby jednak takie szanse), uważam za najzwyczajniejsze pod słońcem... no, może lepiej zachowam dla siebie słowa, które cisną mi się na klawiaturę.

* Zastosowałam tu korektę: w oryginale było "Shrigley'a", a nagminne, zwłaszcza w mediach, niepoprawne używanie apostrofu w odmianie nazwisk obcojęzycznych doprowadza mnie do białej gorączki i nie ścierpiałam, nawet w cytacie.

czwartek, 02 lutego 2012
Na tej plus minus Atlantydzie

Wszyscy cytują Nagrobek i Kota w pustym pokoju, ewentualnie Nic dwa razy. A mnie z dzieciństwa w pamięci utkwiły dwa wiersze z tomiku Wołanie do Yeti (rodzice mają pierwsze wydanie, takie broszurkowe, w szarej minimalistycznej okładce, z żółtawymi kartkami - pamiętam dokładnie ich odcień i grubość...) i to one wciąż, po latach kolejnych znakomitych wierszy, są tymi moimi wierszami. A może inaczej: z tych wierszy pamiętam spore fragmenty tekstu i obrazy, skojarzenia, jakie wywoływały. A zatem, po pierwsze, Z nieodbytej wyprawy w Himalaje, ten fragment: "Yeti, Szekspira mamy / Yeti, na skrzypcach gramy / Yeti, po zmroku zapalamy światło." Kiedy przywołuję te słowa (wszystkie cytaty w tym wpisie z niedoskonałej pamięci, więc interpunkcja i szczegóły mogą być niedokładne, ale to jest przecież notka o pamiętaniu), przed oczami mam wciąż ten sam obraz, który zobaczyłam, czytając ten wiersz po raz pierwszy: bezkresna biel śniegu o zmierzchu, oświetlona światłem ni to świeczki, ni to księżyca, i gdzieś na skraju tego kręgu światła jakieś cienie, słowa, muzyka, taka synestezja w jakiejś przedziwnej pustce. To chyba było jedno z pierwszych doświadczeń o charakterze egzystencjalnym...

I drugi wiersz, Atlantyda. Właściwie powinnam przytoczyć cały, bo fascynował mnie wszystkim: formą urwanych zdań, nastrojem, tajemniczą tytułową nazwą i niepojętym, jak to "istnieli albo nie istnieli"? W jakiś sposób zainteresowanie, o co tu chodzi, musiało się przyczynić do mojej fascynacji antykiem, ale także fantastyką: światami, które w podobny sposób są dla nas nieuchwytne, bo zarazem istnieją i nie istnieją. No i co to znaczy "Nie mogący na serio pozować do przestróg"? Czemu "nie wyjęci z powietrza, z ognia, z wody, z ziemi"? Dziś dużo więcej rozumiem z tego wiersza, mam cały aparat skojarzeń, które (zapewne) powinien wywoływać, ale pamiętam tę ciekawość, którą budził, gdy czytałam go w kółko i w kółko.

A poza tym zawsze będzie mi towarzyszyć garstka anegdot, też jakoś tam prywatnych. Moja prababcia grała z ciotką Wisławy Szymborskiej w wista, bezika czy w co tam grały krakowskie mieszczki w pierwszej połowie wieku XX... no więc jakieś związane z tym urywki zapamiętanych przez dziadka czy mamę opowiastek rodzinnych, że "ta Wisia taka szalona". A potem w moim mieszkaniu odbywały się pierwsze spotkania Loży Limerykowej, jeszcze przed Noblem, i pewnego wieczora przyszła noblistka wraz z prof. Henrykiem Markiewiczem wpadli do kanapy, która z niewiadomych powodów postanowiła się zapaść... Zapewne w dobie fotografii cyfrowej zostałoby to uwiecznione na zdjęciu: pierwsze zaskoczenie i potem radosny śmiech. Nie zostało, kanapa już też nie stoi tam, gdzie stała.

Działo się wszystko albo nic
tam albo nie tam
.

Animula vagula blandula

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright