piątek, 29 października 2010
Julianna!

Od ogłoszenia wyników tegorocznego Konkursu Chopinowskiego minął ponad tydzień, a media wciąż miętolą z uporem godnym lepszej sprawy, że jury było be, bo nie dało nagrody ulubieńcowi publiczności. Oczywiście, na powierzchni argumenty są inne, pozornie merytoryczne - w każdym razie w oficjalnych przekazach, bo już w komentarzach pod kolejnymi artykułami wypowiedzi sięgają bruku w postaci teorii spiskowych o ruskich czerwonych rublach oraz Układach, które zapewniły Awdiejewej wygraną. Dziś przeczytałam jeszcze kilka rewelacji: komuś wydało się "podejrzane", że pianistka mieszkała i uczyła się przez jakiś czas w Szwajcarii, a pewien dziennikarz uznał za naganne, że uczestniczyła w kursie, w którym jednym z nauczycieli był przewodniczący jury. Ktoś z forumowiczów obdarzonych trzeźwym umysłem wydobył informację, że mentorski związek laureatki z jurorem trwał bodaj sześć godzin, ktoś inny wyczytał w protokołach konkursu, że akurat przewodniczący nie głosował za Awdiejewą... Ale internauci swoje: spisek, korupcja, jury się nie zna.

Wiadomo, o gustach i tak dalej, ale jakoś nikt nie przypomina, że dziewczyna dostała osobiste nagrody od dwojga najwybitniejszych interpretatorów Chopina w XX wieku: Marthy Argerich i Krystiana Zimmermana. Gdybyż bowiem dyskusja toczyła się wokół tego, że komuś podobał się inny pianista, to wszystko byłoby okej. Osobiście nie znam się na muzyce fortepianowej w stopniu dostatecznym, żeby ocenić różnice pomiędzy wszystkimi świetnymi pianistami, którzy wystąpili w konkursie, poczynając od etapu pierwszego. Mój ojciec miał swoje typy, część z nich odpadła, ale on jest autentycznym melomanem, no i oglądał bardzo dużo występów od samego początku, podczas gdy ja niestety tylko "z doskoku". Ale akurat słyszałam, jak Awdiejewa grała sonatę. Siedziałam przy komputerze u rodziców, tłumacząc książkę albo przygotowując prezentację na zajęcia, a w drugim pokoju oni oglądali konkurs, więc jak zwykle, kiedy u nich byłam, słuchałam sobie pół uchem. I nagle usłyszałam, jak ona zaczęła marsza żałobnego... Przeszłam do telewizora i już tam zostałam, całkowicie zafascynowana. To wykonanie mnie totalnie poraziło, mimo że jest to kawałek Chopina, który znam dobrze i nawet kiedyś usiłowałam grać.

Potem oglądałam, jak grała koncert w finale. Skupiona, ale w jej oczach i oszczędnych gestach było widać, że  nawiązywała autentyczny kontakt z pozostałymi muzykami. Myślę, że nie przypadkiem Antoni Wit uściskał ją po zakończeniu gry - on chyba najlepiej wie, który pianista "dogaduje się" z dyrygentem i orkiestrą... a to przecież ważny atut. Wtedy pomyślałam sobie, że jak znam życie, ta dziewczyna nie dostanie nagrody - nie dlatego, że publiczność ma innych faworytów, Konkurs Chopinowski to szczęśliwie nie audiotele - w sumie to nawet nie wiem, dlaczego tak pomyślałam, może podziałało na mnie malkontenctwo beznadziejnych skądinąd komentatorów telewizyjnych. Werdykt mnie zatem mile zaskoczył.

Przykrym zaskoczeniem były natomiast reakcje mediów, które za jedyny słuszny uznały osąd... internautów na Facebooku i na forach, i zaczęło się ujadanie oraz powoływanie na dość dziwaczne "autorytety". Tymczasem wszyscy znani mi ludzie, którzy muzyką się zajmują zawodowo bądź też autentycznie ją znają i lubią, bardzo chwalą grę Awdiejewej. A czytając komentarze w internecie coraz bardziej odnosze wrażenie, że większości internautów Konkurs Chopinowski wydaje się kolejnym "Idolem" czy "Top Model". I nie ma w tym kraju nikogo, kto by im głośno powiedział, że się mylą.


PS. Cieszy mnie jeszcze taki drobiazg, że na koncercie laureatów pojawiła się para prezydencka i ewidentnie nie zrobiła tego z przymusu, bo wypada. Zawsze lepiej mieć prezydenta, który popiera kulturę wysoką. A wyśmiewaną na forach wpadkę z "armatami w krzakach" uważam za zabawny epizod, zwłaszcza że prezydent natychmiast poprawił to przejęzyczenie - a umiejętność przyznania się do błędu i potraktowania go z humorem to rzadka cecha naszych polityków.

piątek, 03 września 2010
Lans zabytkowy

Przeczytałam sobie artykuł o tym, jak to dyrekcja Muzeów Watykańskich ubolewa nad tym, że tłumy turystów zagrażają Kaplicy Sykstyńskiej. Co sądzę o dyrekcji Muzeów Watykańskich napisałam już ponad rok temu, więc nie będę się powtarzać. Ale po przeczytaniu tego artykułu przypomniały mi się snute z N. refleksje na temat tłumów w zabytkowych "hitach".

Zaczęło się od wspomnianej w poprzedniej notki niemożności kupienia normalnie biletów do Alhambry, a konkretnie do Palacios Nazaries, pałacu Nasrydów (ostatniej mauretańskiej dynastii rządzącej Granadą), czyli tego najwspanialszego architektonicznie i zdobniczo kawałka całego kompleksu architektonicznego. No bo niewątpliwie najwspanialszy to on jest, ale jeśli chodzi o zdobnictwo, to np. sewilski alkazar niewiele mu ustępuje... A Patio de los Leones w tym roku i tak było w remoncie. Ale to nieistotne.

O tym, że bilety warto kupić wcześniej (w bankomatach jednego z banków lub przez internet można to zrobić), wiedziałyśmy z przewodnika. Trudno jednak jest kupować z dużym wyprzedzeniem bilet na konkretną godzinę - z dokładnością do pół godziny na dodatek, a jak się człowiek spóźni, to nie wejdzie - zwłaszcza kiedy podróżuje się samochodem i na samym niemalże wstępie zaliczyło się awarię, która zmieniła diametralnie plan podróży. A na dodatek ma się tendencję do zjeżdżania w bok, jeśli okaże się, że pięć kilometrów od zaplanowanej trasy jest np. niewymieniony w przewodniku rzymski akwedukt...

Postanowiłyśmy więc bilety kupić dnia poprzedniego. Szybko okazało się jednakowoż, że godziny podane w przewodnikach i w internecie nijak się mają do rzeczywistości i w niedzielę kasy zamykają się dużo wcześniej niż się spodziewałyśmy. Trudno, pomyślałyśmy, kupimy w banku - tu czas, wedle zapewnień, miał być do północy. Niestety, wszystkie bankomaty odmówiły współpracy. No dobrze, w takim razie można jeszcze zrobić jedno: zostać o dzień dłużej i w poniedziałek w południe kupić bilety na wieczór... Nic podobnego. W południe okazało się, że bilety na ten dzień są wyprzedane, a na następny sprzedaży nie ma. Pani w kasie (nawiasem mówiąc, znająca jedynie hiszpański, błogosławiony niech więc będzie mój roczny pobyt w Wenezueli w dzieciństwie...) poradziła bankomaty oraz rezerwację telefoniczną. Ponieważ bankomaty przez noc nie zmieniły zdania w kwestii współpracy, zadzwoniłam. Odebrał pan, który poinformował mnie, że on bilety ma wyprzedane na tydzień do przodu i radzi jedynie udanie się pod kasy o godzinie siódmej rano, bo co rano jest pula biletów na dany dzień.

I tu robi się zdziwniej i zdziwniej, bo jako osoby urodzone w PRL powinnyśmy niby wiedzieć, co to są kolejki... A jednak to, co N. zastała, kiedy przed siódmą udała się pod kasy, opisała następnie w krótkich żołnierskich słowach, które można w bardziej cywilizowany sposób streścić jako dantejskie sceny. Ludzie albowiem koczowali już od mniej więcej czwartej rano, w związku z czym o doradzonej nam siódmej kolejka była już taka, że nie miało się pewności, czy biletów starczy. Dalsza historia mniej jest pasjonująca, jako że po rozlicznych bojach i pomocy Włoszki z kolejki N. zdołała kupić bilety (żadnego wyboru godziny, trzeba brać, co dają) i pałac zwiedziłyśmy.

Ale wszystko to sprawiło, że przez kilka następnych dni wracałyśmy do socjologiczno-psychologicznych rozważań na temat zwiedzactwa. No bo w sumie zwiedzanie takiego hitu jak Alhambra wygląda tak: z jednego kąta wygląda opisana również w poprzedniej notce scenka ze zblazowaną polską młodzieżą z wycieczki, z innego - tłumy ludzi czekających wyłącznie na to, żeby zrobić sobie w szczególnie atrakcyjnym zdjęciu fotkę, na której będzie widać ich, ale nie to miejsce, a wszędzie snują się grupy wycieczkowe - do tego stopnia, że zwykły człowiek jest osaczony jazgotem dziesięciu przewodników na raz, a większość z nich na dodatek duby smalone bredzi.

Niestety nie należymy do tego odmiennego gatunku snobów, który Palacios Nazaries by sobie odpuścił, znalazł nikomu nieznany zabyteczek w nieznanej wiosce i następnie po powrocie opowiadał wszem i wobec, że jest to miejsce znacznie bardziej godne uwagi niż Alhambra. Nie, zobaczenie pałacu było na topie naszej listy, podobnie jak paru innych zabytków. A to, że z równym zapałem nadłożymy drogi, żeby zobaczyć "zdechłe kolumny" w Numancji (z powodu Scypiona), nijak się z chęcią zwiedzenia hitów nie kłóci.

Z socjologiczno-psychologicznego punktu widzenia ciekawsze jest co innego. Obserwacja tłumów przemierzających Alhambrę czy pędzących do Kaplicy Sykstyńskiej daje obraz dziwacznego przemieszania bezrefleksyjności (proszę wybaczyć, ale ogromna większość osób oznakowanych tak czy inaczej przez biuro podróży i słuchających katarynkowej przewodniczki ma miny świadczące o bardzo nikłym zainteresowaniu czymkolwiek poza zrobieniem sobie pamiątkowej fotki) i poczucia ważności. Bo przecież teraz będzie można odhaczyć sobie kolejny punkt w życiorysie - byłem i widziałem.

Niby żaden powód, żeby coś zobaczyć i poznać, nie jest zły. Problem leży, jak sądzę, gdzie indziej: w dziwacznej machinie napędzającej niezdrowy snobizm, że zobaczyć tak naprawdę trzeba bardzo wybrane miejsca, a potem już się będzie cool. Bo na przykład we wzmiankowanym alkazarze w Sewilli bilety kupuje się z marszu. Podobnie w absolutnie zachwycającym wielkim meczecie (z ohydną katedrą wstawioną do środka) w Kordobie. Kłopoty z nabyciem biletów zdarzają się do Koloseum (ale już na Forum Romanum, nie mówiąc o Palatynie, które zazwyczaj nabywa się w zestawie, idzie raptem nikły procent tłumu walącego do Amfiteatru Flawiuszy, który zdaniem zapewne 99% odwiedzających stał już za Nerona). Jeśli zaś o mauretańską Andaluzję chodzi, to w przepięknej Medina Alzahra pod Kordobą - spore fragmenty zachowanego miasta, cudnie na dodatek położonego - ludzi jest raptem tyle, że nie trzeba nawet naczekać się na zdjęcia bez obcych twarzy, nóg i innych części ciała.

Oczywiście, powtórzę, iż zgadzam się, że Palacios Nazaries są niepowtarzalnym cudem świata i nie dziwi mnie, że są numerem jeden na liście mauretańskich zabytków Hiszpanii. Nie przekonuje mnie jednak dystans - ba, otchłań dzieląca ich popularność od popularności innych wspaniałych miejsc, jak chociażby położonego na przeciwległym wzgórzu Generalife, do którego bilety kupuje się kiedy się zechce i bez ograniczeń. Podobnie jest w Muzeach Watykańskich z Sykstyną i np. Grupą Laokoona, a nawet stanzami Rafaela, gdzie spora część zwiedzających trafia ewidentnie wyłącznie dlatego, że są po drodze... Tak samo w Luwrze jest z Giocondą i całą resztą kolekcji, a po prawdzie chyba i z Giocondą i całą resztą malarstwa na świecie, włącznie z innymi dziełami Leonarda. Tylko przed Moną Lizą stoi tłum zaliczających i usiłujących jakoś ją przez tę szybę sfotografować. Ta otchłań nijak nie ma się do tego, jak co jest ciekawe czy piękne, nijak też nie oddaje rzeczywistego zainteresowania zwiedzających zabytkami. Śmiem zaryzykować twierdzenie, że otchłań ta ma korzenie wyłącznie marketingowe, a raczej lanserskie.

I o ile pewne odmiany snobizmu uważam za pozytywne - znam wystarczająco dużo ludzi, dla których snobizm był pierwszym krokiem do autentycznego zainteresowania się danym zjawiskiem, o tyle irytuje mnie ten płytki lans, który sprowadza się do tego, że zaliczyć należy miejsce, do którego najtrudniej dostać bilety, a całą resztę można olać. To jest sztuczne tworzenie mody, którego rezultatem są te upiorne kolejki, dantejskie sceny i potem całkowity brak komfortu w zwiedzaniu. A im większe kolejki, tym większa moda - i mamy perpetuum mobile.

Wracając do Sykstyny: z ostatniej tam wizyty pamiętam głównie katarynkę powtarzającą z głośników, że nie wolno tam hałasować. Sęk w tym, że przy tej hałasującej katarynce i przy konieczności przeciskania się między jedną wycieczką a drugą, to ja tracę ochotę na kontemplowanie fresków. Obejrzałam sobie Sybille na sklepieniu, po czym szybko poszłam dalej. By zagłębić się w koszmarnie niedogrzane, wilgotne i ponure zakątki, w których przez mało kogo oglądane stoją rzymskie kopie arcydzieł Fidiasza, Polikleta, Myrona, Skopasa, Lizypa i Praksytelesa. To wszystko ma wartość artystyczną i kulturową co najmniej równą dziełu Michała Anioła, ale zarówno dyrekcja jak i zwiedzający mają to w głębokim poważaniu, bo nie należy do lansu.

I szczerze? Mam nadzieję, że tak pozostanie. Chcę móc to sobie oglądać do woli, w spokoju, choćby i w tym piekielnym, dantejsko wręcz piekielnym zimnie.

Generalife

środa, 01 września 2010
Polonica

Kiedy wyjeżdżam za granicę, nie ogarnia mnie nostalgia za ojczyzną. Nie rozczulam się, słysząc polską mowę na dalekim krańcu Europy - szczerze mówiąc, poziom wypowiedzi w tym języku najczęściej jest taki, że mam ochotę uciec byle daleko i na wszelki wypadek nawet z N. porozumiewam się po angielsku. Choć muszę przyznać, że była jakaś dziwaczna poezja w wypowiedzi pewnego potężnie zbudowanego młodziana o wygodnej rekruckiej fryzurze, którego rozmowy przez komórkę byłam świadkiem w londyńskim autobusie: młodzian ten mianowicie refrenicznie po każdym wypowiedzianym słowie dodawał powszechnie znany pięcioliterowy przerywnik na k. Naprawdę. Wyjątek zrobił jedynie dla zbitki nie+czasownik, które wymówił jednym tchem. Byłam pod wrażeniem.

Jednym z wielkich plusów wyjazdów za granicę jest oderwanie się od problemów w rodzaju liczby krzyży i kopców stojących na Krakowskim Przedmieściu, a także bezcenny czas, w którym nie słyszy się bełkotu polskich polityków. Bełkot zagranicznych polityków, nawet w językach, które znam, jakoś mniej mnie irytuje. Pewnie dlatego, że w mniejszym stopniu wpływa na to, jak mi się będzie na co dzień żyło.

W odbytym niedawno prawie-że-Grand-Tour z przymusowym przystankiem w regionie Poitou miałam jednakowoż okazje zadumać się na niemiecko-angielsko-francusko-hiszpańskim bruku nad zagadnieniem polskości. W różnych aspektach.

Były zaskoczenia miłe: pan przy sąsiednim stoliku w restauracji o literackiej nazwie "Bâteau ivre" w La Rochelle (wizyta będąca hołdem dla zupełnie innej literatury, mianowicie bohaterów Aleksandra Dumasa ojca, związana z wyżwym przymusowym przystankiem itd.), rozmawiający ze swoim towarzyszem nienaganną brytyjską angielszczyzną, zwrócił się nagle do nas z pytaniem, czy mówimy po polsku. I, o dziwo, nie powiedział następnie, że zgadł dzięki temu, że Polka sprząta mu mieszkanie/Polak przetyka zlew/Polacy remontowali dom/Polacy go okradli (to pierwsze było przedmiotem mojej niegdysiejszej rozmowy z ateńskim taksówkarzem imieniem Kostas, który zdziwił się - i bardzo mnie potem przepraszał - że przyjechałam do Aten zobaczyć zabytki, a nie szukać pracy). Nie, okazało się, że pan ten ma polskie korzenie i jakkolwiek już jego ojciec nie bardzo po polsku mówił, on jako nauczyciel historii pod Manchesterem zaczął się niedawno interesować rodzinnymi korzeniami.

Były też wątki muzyczne, aczkolwiek wcale nie chopinowskie i "nie-oficjalne". W andaluzyjskiej Rondzie - skądinąd jednym z największych zachwytów tej podróży - kupiłam gitarową płytę naprawdę świetnego gitarzysty. Człowiek ten, występujący jako po prostu Eugen - i pod takim imieniem również komponujący własne hiszpańskie kawałki - okazał się Białorusinem od ćwierć wieku zamieszkałym w Rondzie i będącym tam profesorem gitary w konserwatorium. Jak usłyszał, że jesteśmy z Polski, to natychmiast pochwalił lokalną profesorkę fortepianu - Polkę. Polskiego nauczyciela gry na skrzypcach miał też leczący skołatane nerwy młodzian, napotkany w miasteczku Alange pod Meridą - kurorcie, jak się okazało, w którym bywają niemal wyłącznie Hiszpanie, w związku z czym nasza nie tak w końcu egzotyczna, bo francuska rejestracja (efekt wyżwym przymusowego...) budziła tam spore zdumienie. A właścicielka hoteliku, w którym się zatrzymałyśmy i poznały znerwicowanego skrzypka, była niegdyś w Krakowie, jako że jej siostrzeniec ożenił się z Polką, i nawet całkiem dużo o tym Krakowie wiedziała.

Samych rodaków na szczęście nie spotkałyśmy w nadmiarze, za to rozrzut ich zainteresowania światem był dość skrajny. W ogrodach Generalife w Granadzie podsłuchałam monolog, który wygłaszał zblazowany młodzian do podrywanej wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi panny, poznanej na wycieczce. Para jednak ewidentnie zaszyła się w ciemnym kącie ogrodów wcale nie w celu, o który można by ją podejrzewać - nie, oni najwyraźniej po prostu nie mieli najmniejszej ochoty zwiedzać tego, co im zwiedzać kazano (nawiasem mówiąc, przez takich typków z biur podróży, którym wciska się bilety w ramach "wycieczek fakultatywnych", na które "wypada" pojechać, N. stała od godziny 7 rano po bilety do Alhambry, a i tak mogło to być za późno). Z monologu młodziana wynikało mianowicie, że prawdziwe wakacje to są w Lloret del Mar, bo tam jest "rano plaża, potem miasto wymarłe, potem znów plaża", a poza tym sklepy i dyskoteki... Dziewczę towarzyszące młodzianowi, z retoryki sądząc, dopiero co poznane, wydawało jedynie westchnienia, które - gdybym nie rozumiała języka monologu - zapewne wzięłabym za objawy gry wstępnej.

Na szczęście dzień później, kiedy udało nam się zwiedzić Alhambrę, w autobusie spotkałyśmy zupełnie inne Polki. Trzy panie, trzy pokolenia, przyjechały do Hiszpanii do pustego w wakacje mieszkania rodziny i zamiast smażyć się na plaży w mieście, w którym mieszkały, wynajęły samochód i jeździły zwiedzać. Ba, jako że nie miały szans dostać się do Alhambry w dniu, w którym przyjechały do Granady, kupiły bilety na za tydzień i postanowiły raz jeszcze pokonać sto pięćdziesiąt kilometrów w jedną stronę od miejsca swojego pobytu, byle zobaczyć pałac Nasrydów. I jakkolwiek w autobusie słowa "och, nareszcie ktoś mówi po polsku" raczej mnie przeraziły niż ucieszyły, chwilę później jadłyśmy razem obiad rozmawiając o tym, co jeszcze warto zobaczyć w Andaluzji. Mam nadzieję, że zachęciłyśmy do odwiedzenia Rondy. Na dodatek okazało się, że panie mieszkają kilkadziesiąt metrów ode mnie w Krakowie...

A teraz czas na wątek drugi czyli Unii Europejskiej drugiej kategorii.

Zaczęło się od zjazdu z promu w bretońskiej miejscowości Roscoff. Tam jeszcze miałyśmy polską rejestrację i kiedy wyjeżdżałyśmy w sznurze Anglików i Francuzów, czuwający nad wszystkim policjanto-wopista nagle ożywił się i zatrzymał nas (nikogo poza tym nie zatrzymywał), po czym - jak za komuny - odpytał, jak długo zamierzamy zostać we Francji, dokąd jedziemy i co zamierzamy w tejże Francji robić. Była 7 rano i właśnie spędziłyśmy noc na promie, który upiornie kołysał, a na dodatek miejsca do spania miał nieodgrodzone od części kawiarnianej, toteż dopiero kilka kilometrów dalej uświadomiłam sobie, że powinnam była temu panu odparować, że nie mam żadnego obowiązku odpowiadać mu na te pytania, albowiem podobnie jak on jestem obywatelką strefy Schengen Unii Europejskiej i mam prawo siedzieć we Francji ile mi się podoba, a nawet starać się podjąć tam pracę, gdyby mi się zachciało. Niestety jedynym, na co we wzmiankowanych warunkach było mnie stać, była odpowiedź, że we Francji zostawać nie zamierzam (o ironio), albowiem jadę do Hiszpanii...

Tak się złożyło, że jadąc wcześniej przez Niemcy i Belgię, i zatrzymując się po drodze w Kassel (muzeum) i Brugii (miasto), rozmawiałyśmy o tym, że nasza część unijnej Europy jest traktowana jako obszar drugiej kategorii, ponieważ na przykład nawet sieciówki produkujące ubrania ze średniej półki, a także firmy od butów czy kosmetyków, nie sprowadzają do Polski całego asortymentu, a jedynie jego mniej atrakcyjną część - co gorsza, jak się kiedyś dowiedziałam, nie mogę sobie sprowadzić sportowych butów, które spodobały mi się w Rzymie, tylko nie było mojego numeru, ponieważ "do tej części Europy" firma ich nie wyśle... Podobnie w wielkim koncernie wysyłającym na cały świat książki, płyty i inne takie wciąż nie jesteśmy, jeśli chodzi o koszty wysyłki, w UE, tylko "reszcie Europy".

Było jeszcze ewidentne zetknięcie z mentalnością typu "Polak to złodziej, który w najlepszym razie przyjeżdża tu myć gary", ale to osobna historia i może kiedyś doczeka się notki.

Efekt jest taki, że jak na chwilę osiądę w kraju, kiedy już uda mi się wyjechać na Cypr i z niego wrócić, to mam ochotę napisać do odpowiedniego europosła, na którego kiedyś oddałam głos, żeby zajął się sprawą "drugiej kategorii" w Parlamencie Europejskim. Ktoś może powiedzieć, że to wszystko drobiazgi - bo sobie butów kupić nie mogłam. Ale to nie są drobiazgi. Jestem niezwykle daleka od ulegania modom i kupowania ciuchów dlatego, że są modne - może być supermodne, ale jeśli mi się nie podoba albo źle w tym wyglądam, to niech sobie wisi na wieszaku. Ale to, że u nas na wystawach sklepów ze średniej półki - czyli tych dla zwykłego obywatela z klasy średniej - nie ma ostatnich trendów, tylko kolekcje sprzed roku albo też jakieś nędzne ogony kolekcji europejskich, świadczy o tym, że pozwalamy traktować się ochłapami. A to, wbrew pozorom, przekłada się na ogólną mentalność. Nie można się godzić z traktowaniem, które jest niezgodne ze stanem de iure. A de iure jesteśmy równorzędnymi obywatelami Unii. I jeśli nie będziemy walczyć o drobiazgi, to nigdy nie wyrównamy pensji i poziomu życia. I nie zmienimy opinii o sobie na świecie.

A jeśli o to nie zadbamy, to w następnych latach możemy sobie co najwyżej powtarzać słowa wieszcza: "Chcieliście Polski, no to ją macie. Skumbrie w tomacie, pstrąg."

Calais-Dover

PS. Kilka zdjęć z Alhambry - tutaj.

wtorek, 04 maja 2010
Słabość człowieka przejmuje

Mój szacowny, uczony i poniekąd były - znaczy się nadal rozmawiamy, jak się na ulicy spotkamy, ale już nie muszę udawać, że interesuje mnie to, co on robi w pracy - kolega wydał książkę. I uwaga: książka jest Bardzo Ważna dla horyzontu (po)nowoczesności w Polsce! Ba, książka traktuje o "ważnym zjawisku w dzisiejszej panoramie myślowej"! Zjawisko nazywa się myśl słaba, zostało wymyślone przez dwóch facetów... przepraszam, filozofów... o których nigdy bym nie usłyszała, gdyby nie to, że przez pewien czas dzieliłam z Uczonym Kolegą biurko.

Wywikipediowanie ich dało mi wiedzę - nieposiadaną wcześniej, bo wszyscy w mojej byłej pracy uważali ją za przedustawną - że jeden z nich był zapoznanym rumuńskim filozofem o trudnym życiorysie, marzącym o szkolnej utopii, w której nie ma nauczycieli, a "nauką będzie dialog, spór, uwolnienie własnych myśli i idei na podstawie przeczytanych arcydzieł filozoficznych" (i ktoś mówi, że marksizm był filozofią nierealistyczną), drugi zaś jest nadal typowo włoskim kuriozum: jednocześnie komunistą, praktykującym katolikiem wyznającym zarazem "śmierć Boga" i gejowskim ideologiem. A do tego wszystkiego byłym europosłem i teoretykiem myśli słabej.

Może i ci panowie są/byli sympatycznymi ludźmi, podobnie jak mój Uczony Kolega - w sumie zazwyczaj lubię ludzi z fantazją jak ten Włoch, byle przy okazji nie mącili mi w głowie. A zapodane mi przez N streszczenie książki Uczonego Kolegi niestety sprawiło, że myśl słaba (a już z całą pewnością metatekst jej poświęcony) wydała mi się klinicznym przykładem bełkotu. Pozwolę sobie zatem zacytować co smakowitsze kąski z tego streszczenia celem poznęcania się nad nimi, jako że już dawno nie miałam - w sumie na szczęście - okazji pastwić się nad postmodernizmem.

Otóż przede wszystkim dowiedziałam się, że myśl słabą "cechuje zwrócenie szczególnej uwagi na to wszystko, co bytowo kruche, ułomne, kalekie, wybrakowane". Hmm. Co to właściwie znaczy? Dlaczego nigdzie nie ma choćby jednego przykładu (z referatów UczK również nie pamiętam konkretów)? No dobrze, jedyny niby konkret, który jestem w stanie wyłowić ze spisu treści (niech nikt się nie spodziewa, że wydam na tę książkę 40 zł), to cytat z Różewicza w części analitycznej, gdzie UczK najwyraźniej wiwisekcjonuje konkretne utwory za pomocą myśli słabej. Cytat brzmi: Słabnie poeta / obrazy tracą siłę i na moje oko jest po prostu metaforą starości i nie ma w tym żadnej wielkiej filozofii, bo poza wszystkim nie bardzo by mi to do Różewicza pasowało. Skądinąd chyba na podstawie tego właśnie cytatu mój inny eks UczK wykonał niegdyś ekwilibrystykę intelektualną, z której w dyskusji wynikł mój umiłowany "eksces jako miara wyporności wiersza".

Jeśli na dodatek połączyć tezy owego referatu (Różewicz publikuje coraz gorsze wiersze, których kiedyś nie zamieściłby w zbiorku, ponieważ w ten sposób celowo chce pokazać degradację swojego starzejącego się umysłu) z myślą słabą to wychodziłoby na to, że myśl słaba stanowi usprawiedliwienie dla publikowania rzeczy... no dobra, nomen omen: słabych. W sensie: niedobrych. Nieudanych. Oczywiście, wolno i można. Ale po co? Chyba że dla chleba. Tylko nie wydymajmy tego w wielką filozofię. Choć osobiście uważam, że nawet jeżeli starość ma coś wspólnego z pogorszeniem jakości wierszy Różewicza (moim skromnym zdaniem był to również przypadek Miłosza i Herberta, nie dotyczy zaś Szymborskiej, która nadal publikuje bardzo mało i są to rzeczy niezmiennie dobre), to jest to raczej kwestia utraty umiejętności krytycznej oceny własnych utworów i publikowania wszystkiego, co się napisało, jak leci.

Wróćmy jednak do streszczenia, bo najlepsze dopiero przed nami. Cytuję większy kawałek in extenso: "W myśli słabej istotne jest założenie, że sposób manifestowania się bytu słabego, czy też 'osłabionego', można wyrazić najlepiej za pomocą pojęcia śladu. Pewne wątki myśli słabej - a szczególnie właśnie pojęcie śladu - zastosowane zostały w książce do próby reinterpretacji podstawowych pojęć poetyki: pojęcia mimesis, tu traktowanego jako naśladowanie, ze szczególnym akcentem położonym właśnie na śladowość, pojęcia podmiotu tekstowego jako śladu-rysy..."

Jak to przeczytałam, to włosy zjeżyły mi się na głowie, a szczęka opadła na ziemię, wraz z wszystkim, co opaść może. Po pierwsze, o ile wiem, mimesis zawsze była tłumaczona i traktowana jako "naśladowanie", aczkolwiek w różnych epokach miało ono dotyczyć różnych rzeczy, toteż brak dopełnienia, czego naśladowanie dotyczy, pozostawia ten problem niewyjaśnionym. Po drugie - i to jest to horribile lectu - jak człowiek z wykształceniem filologicznym, ba, po części klasycznym, może tak naginać rzeczywistość językową, żeby uważać, że polskie naśladowanie jest kalką greckiej mimesis czy nawet łacińskiej imitatio, i wyciągać z podstawowego znaczenia tego polskiego wyrazu, czy raczej znaczenia jednego z jego składników, wnioski dotyczące znaczenia pojęcia oryginalnego? Mówiąc jaśniej: ani w greckim słowie mimesis, ani w łacińskim imitatio nie ma składowej cząstki znaczącej tyle co ślad*, umieszczanie go więc w polu znaczeniowym oryginalnego pojęcia jest, delikatnie mówiąc, nadużyciem intelektualnym. A na dodatek pojęcie śladowości, cokolwiek w zamyśle UczK ma znaczyć, odchodzi semantycznie dość daleko od samego śladu...

No ale cóż, najwyraźniej niedaleko pada jabłko od jabłoni, jako że na podobnym - choć mimo wszystko mniejszej wagi - nadużyciu przyłapałam jakiś czas temu jednego z czołowych guru polskiego postmodernizmu. W pewnym artykule dokonał on również niezłej ekwilibrystyki językowo-intelektualnej na podstawie faktu, że polskim odpowiednikiem francuskiego słowa lieutenant jest porucznik, mimo że językowo kalką lieutenanta jest namiestnik. Guru jednak uznał, że można wyciągać wnioski filozoficzno-literaturoznawcze z faktu, iż dwa znaczeniowo różne słowa oznaczają w dwóch językach tę samą funkcję wojskową.

Wszystkie te wygibasy przypominają mi rozbrajającą odpowiedź Uczonej Koleżanki z tejże byłej pracy, która na zarzut nierzetelności intelektualnej, również na gruncie językowym, odpowiedziała, że no niby tak, w sumie mam rację, ale jej to "tak ładnie pasuje do wywodu"... Myśl słaba myślą słabą, ale od takiego sposobu myślenia mnie osobiście robi się słabo.

I mam tylko nadzieję, że do przechadzającego się po Polach Elizejskich czy też przebywającego w jakichkolwiek innych zaświatach Arystotelesa nie docierają echa tych bredni, które jego kosztem wypisują różni Uczeni Koledzy. Bo jakkolwiek te jego pisma, które równie niecnie wykorzystał niegdyś Tomasz z Akwinu dla swojej ekwilibrystyki teologicznej, straciły w dużej mierze naukową aktualność, tak moim skromnym zdaniem Poetyka pozostaje wciąż najważniejszym tekstem o literaturze, jaki wydała ludzkość, pomimo archaicznej formy oraz zakorzenienia w konkretnej sytuacji kulturowej. Jeśli zaś docierają, to biednemu duchowi Arystotelesa zapewne robi się słabo.

Arystoteles, Narodowe Muzeum Archeologiczne w Atenach

* Na wszelki wypadek podaję dla podejrzliwych, żeby oszczędzić im szukania: ślad, trop to po grecku ichnion (ιχνιον), po łacinie zaś signum, vestigium lub indicium.

sobota, 24 kwietnia 2010
A niech to piorun...

Jak zapewne wiedzą niektórzy czytelnicy tego bloga, moją ulubioną serią z tych, które tłumaczę, jest "Percy Jackson i bogowie olimpijscy" Ricka Riordana. Pisałam o tych książkach już chyba ze dwa razy, ale przypomnę: na fali popularności młodzieżowej literatury z magią czy innymi siłami nadprzyrodzonymi w tle człowiek zajmujący się dotychczas z powodzeniem pisaniem kryminałów dla dorosłych (to dość istotne) wymyślił świat, w którym greccy bogowie - niemalże jak w moim ulubionym wierszu Kawafisa - nie odeszli, ale mają się świetnie, umieścili dwudziestowieczny Olimp nad Nowym Jorkiem i po staremu zajmują się między innymi romansami ze śmiertelnikami/śmiertelniczkami, a z takich związków jak dawniej rodzą się herosi.

Problem oczywiście w tym, że wiele śmiertelnych mam (i rzadziej ojców) takich herosów, nie ma pojęcia, kto jest drugim rodzicem i dlaczego ich dzieci mają kłopoty w szkole - i w życiu. A te kłopoty biorą się przede wszystkim z faktu, że heros - jak wiadomo z mitologii - zajmuje się głównie polowaniem na potwory i uwalnianiem od nich ludzkości, potwory tymczasem nie giną naprawdę, tylko raz ubite znów po jakimś czasie wyłażą z otchłani Tartaru, żeby prześladować ludzi. Współcześni herosi (w sensie: półbogowie) wyposażeni są więc jak i dawniej w szybki refleks przydający się walce - stąd powszechne wśród nich ADHD - a także ze względu na dziedziczoną po jednym z rodziców predylekcję do klasycznej greki a nie współczesnej angielszczyzny często cierpią dodatkowo na dysleksję.

Jednym z takich dzieci jest tytułowy Percy, syn Posejdona. Ma on dodatkowy kłopot: mniej więcej pół wieku temu trzej najpotężniejsi bogowie, synowie Kronosa i Rei - Zeus, Posejdon i Hades - zawarli pakt, że nie będą więcej płodzić dzieci ze śmiertelniczkami, ponieważ ich potomkowie robili zbyt wiele chaosu na świecie. Oczywiście obietnica obietnicą, a nieposkromione apetyty Zeusa i Posejdona to zupełnie inna sprawa. Ergo: przyrzeczenie bywa łamane, a takie dzieci w większym jeszcze stopniu narażone na ataki potworów.

Seria jest pięcioczęściowa, właśnie zabieram się za tłumaczenie tomu czwartego, a całość spaja główny wątek związany z knowaniami strąconych do Tartaru tytanów i przepowiedni dotyczącej jakiegoś dziecka "Wielkiej Trójki". Fabuły nie są bardzo skomplikowane - to w końcu książki dla młodzieży od lat 12, sądząc ze startowego wieku głównych bohaterów - aczkolwiek tom drugi i trzeci kończą się twistami, w których widać rękę specjalisty od kryminałów. Postacie, zarówno młodych bohaterów jak i niektórych bardzo starych bogów czy centaurów, mają poza tym złożone motywacje, a wątki romansowe i rodzinne dalekie są od stereotypu. Kolejnym ogromnym plusem książek Riordana jest nienachalne wplatanie sporej dawki wiedzy mitologicznej: tytułowy bohater, który prowadzi narrację pierwszoosobową, nie jest najbardziej oczytanym młodzieńcem, toteż bardzo często na ratunek jego wiedzy musi spieszyć przyjaciółka, córka Ateny.

Zaraz, zaraz, zapyta ktoś - córka Ateny? Pomijając fakt, że wedle mitologii Atena była wspólnie z Gają matką Erichtoniosa, a więc nie jest tak, że nie miała żadnych dzieci jak Artemida, Riordan sprytnie rozwiązuje ten problem: dzieci Ateny są "dziećmi umysłu", tak jak ona sama narodziła się z Zeusowej myśli, wyskakując ojcu z głowy w pełnej zbroi. Nie, wbrew temu, co wypisują recenzenci, którzy wyłącznie widzieli film Złodziej pioruna wg pierwszego tomu serii, w książkach nie ma mitologicznych bzdur. Wręcz przeciwnie, osoba nieco się na rzeczy znająca, czasami przeciera oczy ze zdumienia na widok mało znanych wersji mitów, włącznie - w tomie trzecim - z opowieścią znaną wyłącznie z Fasti Owidiusza, a i tam wspomnianą tylko mimochodem*. Nie na darmo konsultantami serii byli filologowie klasyczni z najlepszych amerykańskich uniwersytetów...

Tyle o książce. A teraz o tym, co zrobił z nią niejaki Chris Columbus, wydawać by się mogło sprawny fachman od filmów dla młodzieży. Po pierwsze wbrew wcześniejszym zapowiedziom fabuła została całkowicie zmieniona, mimo że akurat pierwszy tom wydawałby się gotowym niemal scenariuszem (można by nawet ze względu na zawsze wątpliwą kwestię kontynuacji pominąć wątek przepowiedni i wpleść go dopiero w drugiej części), co sprawia, że filmowa akcja istotnie - tu nie sposób nie zgodzić się z częścią recenzji - przypomina bardziej grę komputerową niż cokolwiek innego. Po drugie całkowicie zmienione zostały psychologiczne punkty ciężkości, w związku z czym na samym końcu Posejdon okazuje się toksycznym tatusiem, który tak naprawdę chciałby mieć super układy z ukochanym synkiem, ale ma trudny temperament i nie jest w stanie usiedzieć w domu.

No to był moment, kiedy już całkiem nie wytrzymałam. Jedną z wielkich zalet powieści Riordana jest to, że jego bogowie są całkowicie od ludzi odmienni: inaczej myślą (trochę trudno myśleć tak samo jak się ma kilka tysięcy lat i posiada nadprzyrodzone moce, a zarazem jest się skrępowanym najróżniejszymi prawami rządzącymi stosunkami ze śmiertelnymi), inne i inaczej warunkowane mają emocje - polecam w tym względzie świetną scenę narady bogów w tomie trzecim, gdzie Atena, skądinąd postrzegana przez swoją córkę jako dobra choć odległa opiekunka, z zimną krwią rozważa pozbycie się niewygodnych herosów. To nie są dwudziesto- czy dwudziestopierwszowieczni rodzice z całym bagażem współczesności, psychologii rozwojowej i wrażliwości, ale znacznie potężniejsze od ludzi istoty, które wprawdzie aby móc poruszać się niezauważenie wśród śmiertelników założyły garnitury i sukienki, ale wciąż należą do innego świata i porządku. I to jest w tych książkach bardzo fajne - a sprowadzenie boskiego ojca do roli faceta, który wprawdzie w swojej naturalnej postaci mierzy kilka metrów wzrostu, ale poza tym zachowuje się jak każdy współczesny nie radzący sobie z rolą ojca facet, jest niewybaczalnym grzechem wobec oryginału. Podobnie jak skontaminowanie w jednej postaci dwóch spośród kilku głównych bohaterek, w związku z czym nominalna córka Ateny zachowuje się jak godna potomkini Aresa.

Punkt trzeci - gadżety. W książkach wprawdzie część herosów chodzi (albo usiłuje chodzić) do szkoły i tylko na lato przyjeżdża na Long Island, gdzie Chejron prowadzi obóz dla półbogów: tu  są oni bezpieczni i mogą uczyć się jak przeżyć w świecie (w filmie obóz jest jedynie miejscem wojennych treningów i zniknęła z niego cała stylizacja na antyk), a zatem zna z pewnością wynalazki takie jak telefony komórkowe czy komputery, ale kiedy są razem w swoim świecie, kontaktują się z innymi istotami do tego świata należącymi za pomocą specjalnych gadżetów, jak chociażby iryfon czyli porozumiewanie się na odległość dzięki tęczy (bogini Iris, jak wiadomo, zajmowała się między innymi noszeniem wiadomości). Oczywiście tacy bogowie jak Ares czy Hermes z radością korzystają ze współczesnej techniki - moim ukochanym pomysłem jest kaduceusz zamieniający się w komórkę, po której antence pełzają, kłócąc się nieustannie, dwa zminiaturyzowane węże, z których jeden jest przemądrzałą wężycą, a drugi zblazowanym samcem, powtarzającym w kółko, że szczury są pyszne. I co? I w filmie tego wszystkiego nie ma. Za to jeden z bohaterów, bardzo skądinąd ważny, ale tu pozbawiony wszelkiej komplikacji psychologicznej, ma w obozie herosów przemycone mnóstwo sprzętu komputerowego. Po co?

Bez sensu są też zmiany w tożsamości tytułowych "złodziei pioruna" i przypisanie Hadesowi dość skądinąd niejasnych złych intencji. W serii powieściowej Hades jest bodaj czy nie najciekawszą - w sensie najbardziej złożoną - postacią spośród bogów (Hermes, Ares, Afrodyta, Apollo czy Artemida - mimo że również dobrze pomyślani i rozegrani - to inna liga, mimo wszystko nieco łatwiej dogadują się z ludźmi niż dzieci Kronosa) , a spotkanie bohaterów z Królem Umarłych w pierwszym tomie to jedna z najbardziej nastrojowych scen w literaturze młodzieżowej, jakie znam. W filmie postawiono na ni to komiczny, ni to dramatyczny wątek toksycznego małżeństwa Hadesa i Persefony, który jakkolwiek ma potencjał na ciekawe ujęcie, w wykonaniu filmowym nie ma sensu ani mitologicznego, ani fabularnego. A już Hades zmieniający się w ni to Balroga, ni to Lucyfera z jakiejś podróbki rycin Blake'a, to kompletne nieporozumienie.

Po tym filmie widać przede wszystkim, że w przeciwieństwie do Ricka Riordana scenarzyści i realizatorzy kompletnie nie czują greckiej mentalności i mitologii. Nie mają pojęcia, że świat klasyczny nie zna pojęcia "złych bogów" - Hades czy Persefona są bóstwami przerażającymi, wszyscy bogowie bywają okrutni, ale żadne z nich nie jest immanentnie złe. Greccy bogowie nie są też wszechpotężni - są w podobnym stopniu co śmiertelnicy ograniczeni przez los i inne siły stojące ponad nimi - ani wszechwiedzący. W książkach jest to oczywiste, w filmie nie. Co więcej, na forach amerykańskich znalazłam wiele recenzji zaczynających się mniej więcej od prześmiewczego stwierdzenia "co to za bóg z tego Zeusa, skoro nie wie, kto mu ukradł piorun". Film wg książki Riordana niestety zmarnował szansę wytłumaczenia tego przeciętnemu amerykańskiemu widzowi.

Jedynym właściwie plusem filmu jest obsada. Młodzi bohaterowie grani są przez niezwykle utalentowaną czwórkę młodych aktorów - sporo starszych niż oryginalne dzieciaki z powieści, ale to akurat najmniej razi, mimo że w czasie realizacji filmu wydawało się największym zgrzytem. W rolach pomniejszych występują gwiazdy: Pierce Brosnan jako Chejron, Uma Thurman jako Meduza. Najlepszą moim skromnym zdaniem sceną całego filmu jest rozmowa Zeusa z Posejdonem na samym początku (aczkolwiek powinna być ucięta w połowie, a jej druga część podana dopiero później) - wybór Seana Beana, którego od czasów Boromira we Władcy Pierścieni uważam za aktora najlepiej ze współczesnych gwiazd wyglądającego w historycznych kostiumach (zwłaszcza nie przebierajcie, proszę, nigdy więcej w nic, co ma ponad pięćdziesiąt lat Brada Pitta!) na Zeusa i Kevina McKidda (jedna z głównych ról w moim ukochanym serialu Rzym) na Posejdona to majstersztyk. Pięknie i bardzo seksownie wygląda Rosario Dawson jako Persefona, aczkolwiek podobnie jak w przypadku upiornego Aleksandra Olivera Stone'a nie jestem przekonana, czy ta skądinąd niezwykle atrakcyjna i urodziwa Portorykanko-Kubanka jest najlepszym wyborem na akurat persko-greckie piękności. Steve Coogan w roli Hadesa dobry ma głównie głos - mógłby spokojnie zastąpić Jamesa Earla Jonesa w roli Dartha Vadera.

I jeszcze jedna uwaga, zakrawająca niemal na teorię spiskową. Tuż po obejrzeniu filmu przypomniał mi się nastrojowy pierwszy trailer. Sceny tam przedstawionej, bardzo zgodnej z fabułą powieściową, nie ma w Złodzieju pioruna. Ogłoszona obsada przewidywała ponadto Raya Winstone'a, aktora z silnej hollywoodzko-brytyjskiej drugiej ligi, a więc nie byle kogo, w roli Aresa, a tymczasem boga wojny - w oryginale grającego bardzo ważną rolę - w ogóle nie widzimy na ekranie. W obsadzie był również Dionizos, książkowo wręcz pierwszoplanowy, ale w filmie nie pojawił się wcale. Jak zatem brzmi moja teoria spiskowa? Ano tak, że gdzieś w połowie prac nad filmem ktoś - producent? scenarzysta? - nagle zmienił zdanie i to, co widzimy jako efekt końcowy, jest jakimś poronionym dzieckiem pierwotnego scenariusza i wprowadzanych na chybcika i dość na chybił-trafił zmian. Pierwsza część filmu: szkoła, muzeum, dom nijak nie składa się z resztą, jakby pochodziła z tego oryginalnego projektu. A szkoda, bo mogło być tak fajnie... To, co wyszło, Zeus powinien szybko trafić odzyskanym piorunem, a jakiś dobry reżyser niechby zrealizował na przykład miniserial - obecnie telewizja dysponuje możliwościami efektów specjalnych nie gorszymi niż film, a wyliczanie tego, co niepotrzebnie wycięto z książki - fabularnie i psychologicznie - pokazuje, że jest nawet tylko w pierwszym tomie potencjał na więcej niż dwugodzinny film.

Zeus/Posejdon z przylądka Artemizjon

* Nieco więcej na ten temat napisała w swojej recenzji z trzeciego tomu N.

wtorek, 20 kwietnia 2010
Nie płakałam po Kaczyńskim

I nie zamierzam udawać, że było inaczej. Co więcej, zgadzam się z prawicowymi publicystami i blogerami w jednym: ja też uważam, że byliśmy świadkami przelewania hektolitrów krokodylich łez. Różnica jest tylko taka, że wyciągam z tego zupełnie inne wnioski. Nie uważam mianowicie, że naród nie docenił za życia kolejnego Wielkiego Polaka, którego zesłał nam los, by następnie go okrutnie odebrać, a my za późno się zorientowaliśmy, kto żył wśród nas. Nie. Podobnie jak pięć lat, rok, pół roku, miesiąc i tydzień temu uważam, że Lech Kaczyński był nieudolnym prezydentem, fatalnym politykiem, któremu przede wszystkim brakowało niezbędnej w polityce i dyplomacji powściągliwości i dystansu, do tego człowiekiem małostkowym, a jego zasługi dla Polski są zerowe. Nigdy nie był moim prezydentem, ponieważ zarówno w przypadku wyborów prezydenckich jak i parlamentarnych głosowałam przede wszystkim przeciwko niemu oraz partii jego brata. I zrobię tak samo w najbliższych wyborach.

Owszem, kiedy otwarłam portal gazeta.pl w sobotę 10 kwietnia, to uderzyła mnie czarna oprawa głównego newsa i zamurowało mnie na widok podpisu. Owszem, do teraz czuję taki ogólnoludzki smutek i żal w związku z tragedią (ale dokładnie tak samo pamiętam, jak szczenięciem będąc przeżyłam moment grozy, kiedy rozbił się Ił pod Warszawą i nie uważam, żeby ostatnia katastrofa była straszniejsza), a najbardziej mi żal tych wszystkich, którzy na pokładzie tego samolotu po prostu pracowali, bo akurat wypadła ich kolej czy dyżur: pilotów, stewardes, borowców. Nie wiem, może ktoś z nich też starał się dostać na ten konkretny wyjazd, ale jeśli nawet były jakieś przepychanki, to przynajmniej nie na pierwszych stronach gazet, jak w przypadku polityków.

A potem media bardzo szybko zgasiły we mnie poczucie narodowej żałoby. Bardzo szybko poczułam się oszukana. Tak, oszukana. Kiedy bowiem zobaczyłam same nagłówki, w których najczęściej powtarzały się dwa sformułowania: "najważniejsi politycy w państwie" i "elita", to będąc jeszcze zaspana myślałam nielogicznie, że oprócz prezydenta na pokładzie był również premier (i jakkolwiek Platforma nie jest dla mnie partią pierwszego wyboru, to do Tuska nabrałam dużo niekłamanej sympatii i szacunku przez ostatnie kilka lat). Oszustwo polegało na tym, że "najważniejsi politycy" to prezydent, premier, marszałek Sejmu i ministrowie. Z całej tej listy na pokładzie Tupolewa była tylko jedna osoba. A więc sformułowanie "głowa państwa" byłoby na miejscu, ale liczba mnoga "najważniejsi"  nie była nijak uprawomocniona. Na dodatek do tego zaczęłam czytać w prasie peany na cześć wspaniałomyślności, dobrych intencji i życzliwości ludzi, o ocenę których pod kątem tych cech najchętniej poprosiłabym człowieka, który usłyszał słynne "spieprzaj dziadu" oraz nieszczęsną matkę speca od hydrauliki. Wtedy narodził się we mnie bunt przeciwko wszelkim aut bene, aut nihil, ale o tym będzie następnym razem i w lżejszym tonie.

A potem pojawiła się kwestia Wawelu. Nie będę powtarzać tego wszystkiego, co o tym napisali różni zacni, z którymi się w tym względzie zgadzam, chociażby Andrzej Wajda z Krystyną Zachwatowicz czy też poseł Jan Widacki. Ja też pisałam o tym dużo i obszernie w dyskusjach na Facebooku, mimo że z początku chciałam w ogóle nie zabierać głosu. Niestety, sprawa wawelska do poczucia oszukania dołożyła poczucie upokorzenia. Bo tak to odebrałam: jako osobistą zemstę Jarosława K. za to, że protestowaliśmy przeciwko nadaniu honorowego obywatelstwa jego bratu. Wawel pokazał też głupotę, małość i arogancję władz Krakowa, zarówno świeckich jak i kościelnych. Arogancją wobec społeczeństwa zresztą episkopat wykazywał się z uporem godnym lepszej sprawy, a sformułowania o "marginalnych grupkach" oraz wezwania do zaakceptowania decyzji, skoro została podjęta, jako żywo przywodziły na myśl największe retoryczne osiągnięcia Jerzego Urbana.

A potem przyszły pierwsze cyniczne wypowiedzi działaczy PiS-u i wróciliśmy ostatecznie do normalności. A ja czasem sobie myślę, że może społeczeństwu przydałoby się przypomnienie, czym była władza partii braci Kaczyńskich, i przeciwko czemu zorganizował się największy po 1989 roku elektorat. Problem tylko w tym, że Polski na to nie stać.

wtorek, 06 kwietnia 2010
Szczepienia przeciwko reklamie

Przeczytałam właśnie kolejny dramatyczny raport o tym, jak to Polacy naiwnie ulegają reklamom. Nie ironizuję z tym dramatyzmem, bo wygląda na to, że niczym w dziewiętnastowiecznej powieści o drapieżnym kapitalizmie, która by wyszła spod pióra jakiegoś Balzaca czy Zoli, dosięgła nas teraz spóźniona fala nieszczęść i wręcz samobójstw z powodu długów. Przy okazji zaś socjologowie i dziennikarze zaczęli przyglądać się polskiej psyche, która najwyraźniej ogólnie podatna jest na perswazję bez pokrycia.

W kwestii samych reklam przyszło mi do głowy jedno: może warto by gdzieś na marginecie lekcji przedsiębiorczości, które ponoć są w programie szkolnym, dodać "krótki kurs opierania się socjotechnice"? Miałam w życiu epizod uczenia kulturoznawców retoryki (z elementami socjologii) mediów i reklamy i nie wiem jak im, ale mnie się to o tyle przydało, że teraz telefonicznych komiwojażerów bez większego trudu i w pełni świadomie spuszczam po brzytwie: jak mi taki/taka zacznie od "pani Agnieszko" i dalej wtrąca moje imię co trzy słowa swego inicjalnego monologu, to jak tylko zaczerpnie oddechu, a czasem - w przypadku osób o szczególnie dużej pojemności płuc - przerywając słowotok, mówię spokojnie "proszę pana/pani, wiem, że panu/pani za to płacą, ale może pan/pani sobie darować te socjotechniczne sztuczki z powtarzaniem mojego imienia, ponieważ na mnie to nie działa".

Jeśli telekomiwojażer jest szczególnie uparty i dalej recytuje swoje formułki, to - ponieważ nie chcę być chamska i po prostu odkładać słuchawki - staram się go jak najszybciej wyrwać z akwizytorskiego transu. Na przykład mówiąc, tak, domyślam się, że ma pan/pani dla mnie wspaniałą ofertę, ale albo daruje sobie pan/pani te mające mnie ogłupić wstępy i przejdzie do meritum, albo ja się rozłączam. I wiecie co: oni po prostu nie potrafią przejść do meritum nie wyrecytowawszy uprzednio wszystkiego, czego się nauczyli na pamięć albo też mają na kartce! (Ponieważ zakładam, że być może nie wolno im samowolnie odejść od schematu, zapewniam ich, że jako klient zwalniam ich z narzuconego przez pracodawcę obowiązku wyrecytowania mi tych wstępów, ale to też nic nie daje. I tak, przyznaję, jest w tym jakiś element misji pokazania tym ludziom, że ich praca ogłupia obie strony.)

Czasami bierze mnie na litość - cóż, obawiam się, że jeśli nadzorcy istotnie przesłuchują rozmowy prowadzone przez swoich pracowników, to jedna pani mogła przeze mnie stracić pracę, albowiem wyprowadziłam ją z akwizytorskiej równowagi do tego stopnia, że na mnie nakrzyczała za to, że nie jestem zainteresowana jej wspaniałą ofertą, dzięki której rzekomo mogę płacić mniejsze rachunki. Powiedziała mi dosłownie, że chyba jestem nienormalna, że nie chcę płacić mniej za bodajże telefon - warunkiem było oczywiście przepisanie się do jakiejś firmy, której nazwę słyszałam pierwszy raz w życiu. No więc czasami bierze mnie na litość i mówię takiemu nieszczęśnikowi czy nieszczęśnicy, że próbując ze mną dalej rozmawiać marnuje czas swój i mój, bo na mnie i tak nie zarobi. Dobrym trikiem jest też suche "tak?", kiedy się słyszy wyćwiczone radosne "dzień dobry" w słuchawce - doskonale zbija z tropu i potem jest łatwiej utrzymać się na założonej pozycji.

W sumie wbrew pozorom ważniejsze jest wyrobienie w sobie postawy "nie jestem zainteresowany", "nie dam się złapać na haczyk" (lub ewentualnie: podchodzę do oferty zdroworozsądkowo i zadaję wszystkie konieczne pytania, nie dając się zagadać sprzedawcy) niż konkretne działania. Równie dobrze, zamiast pogrywać sobie bezlitośnie z telekomiwojażerami, można od razu mówić "cokolwiek to jest, nie interesuje mnie to" - tak robię, kiedy nie mam czasu nawet na krótkie rozmowy. Nie mogę sobie niestety pozwolić na nieodbieranie telefonów od nieznanych osób, bo czasem bywa to wydawnictwo, które proponuje tłumaczenie... Ale lepiej do nieznanego numeru podchodzić na początek nieufnie.

Przyznaję, zdarza mi się ulegać czarowi reklam, to znaczy zachwycać się nimi: treścią lub stroną plastyczną, prawie nigdy jednak nie sprawia to, że coś kupuję. Rzadko jednak  podobają mi się reklamy w Polsce - 99% to siermiężna łopatologia i aż mi czasem wstyd za kolegów i koleżanki, którzy w tej branży pracują, a wiem, że są ludźmi inteligentnymi. A czasem mi ich żal, bo takich mają klientów, którzy nie dają się przekonać, że reklama może być zabawna, lekka, błyskotliwa, niedopowiedziana - i też działać. Szczerze mówiąc, gdybym w ramach jakiegoś eksperymentu socjologicznego miała wybierać ofertę po reklamach - na zasadzie reklamowego przetargu, nie mając dostępu do innych danych - to oczywiście wybrałabym produkt reklamujący się inteligentnie, niebanalnie czy absurdalne, ponieważ na plus jego producenta mogłabym policzyć to, że nie boi się niezrozumienia przekazu, odwołuje się do ludzkiego intelektu, a nie tylko najprostszych emocji, stawia na grę z odbiorcą, a nie tylko prostacką perswazję.

A wracając do punktu wyjścia: wiem doskonale, że polska szkoła jest przeładowana programowo w sposób wręcz patologiczny, i że co gorsza nie znam specjalisty od danej dziedziny, który uważałby, że "jego" przedmiot uczony jest dobrze. (Na marginesie: większość tych ludzi, którzy są światli i wiedzą, jak szkoła wygląda, wcale nie uważa, że lekarstwem byłoby zwiększenie liczby godzin na tenże przedmiot, wręcz przeciwnie: obłożenie godzinowe można zmniejszyć, byle programy były mądre i ciekawe, ogólno-problemowe, a nie szczegółowo nudne.) Ale mimo to może warto by pomyśleć o jakiejś "szczepionce" jeszcze w wieku szkolnym na reklamy i ogólnie perswazję medialną. Niechby to były warsztaty organizowane raz w roku niczym społeczno-psychologiczne rekolekcje. Pożytek mógłby się okazać naprawdę wymierny.

Bo problem z łatwowiernością wobec słowa widzianego na billboardzie czy też słyszanego z telewizji, estrady czy ambony dotyka nie tylko kredytobiorców czy robiących zakupy w hipermarkecie. On dotyka również wyborców - populistyczne hasła trafiają do ludzi nieodpornych na retoryczne i socjotechniczne sztuczki. A potem, kiedy przychodzi rozczarowanie, wstyd się do niego przyznać - podobnie jak do kupna bezsensownego, nieprzydatnego a czasem w ogóle lipnego produktu od komiwojażera czy z powodu reklamy. Chodzi tak naprawdę o to, o czym wspominałam w recenzji z "Agory" w poprzednim wpisie pisząc o postawie Hypatii: żeby wyrobić w sobie nawyk zadawania pytań, nie uważać wątpliwości za objaw słabości czy niezdecydowania. Kto pyta, ten przecież nie błądzi.

Produkty o antycznych nazwach w Reiss-Engelhorn Museum w Mannheim

PS. W trakcie pisania tej notki zadzwonił pan z telewizji kablowej. Powiedziałam mu zaraz na wstępie, że jestem w tej chwili tak zajęta innymi sprawami, że nie byłabym w stanie zastanawiać się nad ofertami i podjąć rozsądnej decyzji. Pan ewidentnie uznał, miał to zapewne na kursie, że jako osoba zagoniona stanowię doskonałą potencjalną ofiarę, ponieważ natychmiast przeszedł do ataku: "ale ja mam właśnie świetną ofertę..." Efekt - n+1:0 dla mnie :)

środa, 31 marca 2010
Agora

Nie mogłam nie pójść na "Agorę", nie mogłabym też o tym filmie nie napisać. I jakkolwiek ogólna ocena wypada pozytywnie, ma on mnóstwo wad zarówno filmów o antyku jak i kina europejskiego. Te pierwsze to przede wszystkim niewiara realizatorów w to, że warto by sięgnąć do źródeł i odtworzyć epokę w zgodzie z nimi - faraońsko-świątynna architektura Biblioteki z Ramzesem II z Abu Simbel poutykanym, gdzie się da, irytowała mnie przez cały seans. Ale to w sumie temat na osobny wpis. Do tych drugich należy natrętne pokazywanie nam symulacji Ziemi widzianej z kosmosu, która następnie niczym przez naciśnięcie plusika na google-maps przybliża się, a widok skupia się na zachodniej części delty Nilu i położonej tam Aleksandrii.

Na samym początku filmu zabieg ten jest bardzo udany, zwłaszcza że temu schodzeniu z kosmosu na Ziemię towarzyszy wykład Hypatii o ruchach ciał niebieskich. Wykład, w którym nawet laik natychmiast wychwyci mnóstwo błędów - bo jest on zgodny z ptolemejską wizją wszechświata. Dociekania głównej bohaterki, prowadzące ją do odkrycia eliptycznych orbit planet krążących wokół Słońca, są jednym z leitmotivów spajających ten film - i kilkakrotnie jeszcze będziemy oglądać Ziemię z kosmosu itd. Problem, jak dla mnie, polega na tym, że im dalej w film, tym ten zabieg coraz mniej się czymkolwiek tłumaczy. Gdyby jeszcze realizatorzy mieli jakiś pomysł na to, żeby kolejne odsłony stanowiły ilustrację dla kolejnych etapów rozumowania Hypatii i jej pomocników, gdyby ten obraz kosmosu i Ziemi zmieniał perspektywę, stawał się coraz bardziej czytelny, wyraźny, gdyby na początku był powyginany i nie taki jak należy, a dopiero kiedy bohaterka dochodzi do swojego odkrycia, ukazywał nam się zgodny ze współczesną nauką... Niestety w istniejącej formie jest on dla mnie klasyczną "kieślowszczyzną" czyli niewiele ze sobą niosącą pseudogłęboką symboliką.

Na szczęście takich mętnych płycizn kuszących pozorną głębią jest w tym filmie mało - Amenábar jest zbyt dobrym rzemieślnikiem od trzymających w napięciu fabuł (Abre los ojos, Inni - ten ostatni film spokojnie znajdzie się w dwudziestce moich ulubionych), żeby kusiły go mielizny. Fabularnie "Agora" jest filmem spójnym, mającym dobre tempo i świetnie skrojone postacie. Drobne przesunięcia historyczne (prefekt Orestes nie był Aleksandryjczykiem ani uczniem Hypatii, ale poznał ją dopiero po przyjeździe do miasta, gdzie być może była jego główną informatorką o tym, co się w mieście dzieje; uczynienie Theona przełożonym Biblioteki) nie są rażące, zwłaszcza że dodają dramatyzmu fabule, pozwalając skupić ją na kilku głównych postaciach.

Co ciekawe, film jest najwierniejszy historii, kiedy opowiada dzieje aleksandryjskich chrześcijan - zapewne dlatego, że są to karty tak ponure, iż autorzy musieli uznać, że jedynie wierne odtworzenie tego, co znamy ze źródeł historycznych może zamknąć usta histerycznym przeciwnikom jakichkolwiek głosów krytycznych wobec kościoła. Opowiadając dzieje Ammoniusza, który został następnie (szczęśliwie dość zapomnianym) świętym Thaumazjuszem, a także biskupów Teofila i Cyryla z Aleksandrii oraz Synezjusza z Cyreny, zburzenia Serapejonu i wygnania Żydów, Amenábar niemalże cytuje historyków - i to także współczesnych historyków chrześcijaństwa. W bardzo ostrożnie i pobożnie traktującej ten temat książce z początków XX w. znalazłam taki cytat o Cyrylu: "Jakkolwiek oskarżanie naszego świętego o ten straszliwy czyn [udział lub przyzwolenie na zamordowanie Hypatii] jest poważnym oszczerstwem, niewątpliwie na wiele innych sposobów sprawiał on kłopoty rządowi." Udział Cyryla jest chyba najbardziej kłopotliwym dla kościoła epizodem tej historii - "Agora" ukazuje go jako dającego to przyzwolenie, ba, wręcz inicjatora pozbycia się niewygodnej filozofki, i jakkolwiek to się ma do historii, jest zapewne głosem we współczesnej kwestii w najlepszym razie milczenia wyższego kleru w kwestii tego, co wyprawiają podwładni. Parabolanie bowiem byli nieoficjalną gwardią biskupa i nie sposób uwierzyć, że nie miał on pojęcia o ich praktykach.

W tym filmie, wchodzącym akurat teraz na ekrany, niewątpliwie słychać echo aktualnych problemów, ale mnie osobiście uderzyło co innego: powracający obraz Biblioteki Aleksandryjskiej, w której po pogromie pogan, wygnaniu ich i zniszczeniu znajdujących się w budynku dzieł sztuki, stoją zagrody dla owiec i przechadzają się kury, a zdobywcy wciąż palą ogniska z bezcennych papirusów. To jest obraz jakby żywcem wzięty z dowolnego powojennego kraju komunistycznego, gdzie w dworach, wśród poniszczonych, roztrzaskanych, zrujnowanych mebli, obrazów i książek wałęsają się zwierzęta gospodarskie, a komisarz z grupą pijanych chłoporobotników pali w koksowniku resztką dobytku. To jest także obraz, który można zobaczyć w filmach o Rewolucji Francuskiej. I to jest znakomita paralela: każda rewolucja zaczyna się w imię pokrzywdzonych, w każdej do głosu dochodzą głównie fanatycy, każda przeradza się bardzo szybko w niszczycielską siłę. I w każdej w końcu głównym zwycięzcą okazuje się motłoch.

Trudno powiedzieć, czy Hypatia istotnie odkryła eliptyczny ruch planet; nie wiemy, czego konkretnie dotyczyły jej pisma i badania. Film kończy się stwierdzeniem, że trzeba było czekać ponad tysiąc lat, zanim Kepler dokonał swojego odkrycia - być może z punktu widzenia historycznego jest to naciągane, ale symbolicznie niezwykle prawdziwe, a trudno byłoby wyobrazić sobie inne zagadnienie, którym mogła zajmować się Hypatia, równie dobrze nadające się dla materii filmowej: dociekania naukowe są w tym filmie bardzo efektownie sfilmowane.

Przy całej sympatii realizatorów, leżącej po stronie głównej bohaterki, nie jest to film, w którym konflikty byłyby uproszczone, a racja wyłącznie po jednej stronie. Zamieszki w Aleksandrii niewątpliwie prowokują rosnący w potęgę chrześcijanie, którzy szydzą z innych religii i wyzywają przeciwników na "sądy boże", ale to hellenowie (tak nazywa się w tekstach z epoki "pogan") pierwsi postanawiają chwycić za broń. Cesarz odpowiada pozorną amnestią dla hellenów, ale tak naprawdę odbiera im wszystko, co stanowiło ich chwałę: Bibliotekę i Serapejon. Wkrótce nakaże też ochrzcić się wszystkim ubiegającym się o urzędy, eliminując w ten sposób religijnych rywali z życia publicznego.

Tu pojawia się kolejny bardzo ważny problem, poruszony przez ten film - jeśli jest on oskarżeniem czegoś oprócz fanatyzmu i rewolucji, to przede wszystkim hipokryzji. Hypatia Amenabara ginie przede wszystkim za niechęć do sprzeniewierzenia się własnym przekonaniom - i nie chodzi nawet o wiarę w dawnych bogów, w których moc zapewne wątpi, ale o niemożność przyjęcia znaków innej religii, do której prawdziwości również nie jest przekonana. Hypatia umiera za prawo do wątpliwości i zadawania pytań. To wartości, które nowoczesny świat nauczył się szanować i cenić, ale wciąż istnieją liczni, którzy chcieliby ich zakazać.

Najbardziej w całym filmie zachwyciła mnie scena, w której w trakcie realistycznego ukazywania zniszczeń dokonywanych przez motłoch w Muzajonie i Bibliotece kamera unosi się i nagle widzimy świat do góry nogami, z ruchem w lekko zwolnionym tempie (skądinąd równie duże wrażenie robią sceny przyspieszone, kiedy oglądamy palenie ksiąg) - jakby oko obserwatora nie dowierzało szaleństwu, jakie opętało ludzi. Jest to bodaj najmocniejsza i najprawdziwsza symboliczna scena, jaką widziałam w kinie w ostatnich latach.

Wielką zaletą "Agory" są też postacie i aktorzy. Nie przepadam za Rachel Weisz, ale tu sprawdziła się bardzo dobrze, zwłaszcza ze swoim wyrafinowanym angielskim akcentem, który doskonale pasuje do wykształconej przedstawicielki elity miasta sztuk i nauk, Aleksandrii Najjaśniejszej, perły świata starożytnego. Świetni są też nieznani poza tym szerzej aktorzy we wszystkich pozostałych rolach - kto wie zresztą, czy zatrudnienie gwiazdy do roli głównej, a żadnych znanych nazwisk do pozostałych, nie ma też wymowy symbolicznej: tak naprawdę z wszystkich uczestników tamtych zdarzeń, mimo że Cyryl i Synezjusz zostali świętymi, a Cyryl nawet doktorem kościoła, imię Hypatii świeci wciąż najjaśniej. Skądinąd Synezjusz, ten mniej wywyższony, dla współczesnego człowieka jest chyba jednak sympatyczniejszy: już jako dostojnik kościelny korespondował ze swoją dawną nauczycielką i nie zarzucił całkowicie zainteresowania nauką; to dzięki jego listowi wiemy, że Hypatię zajmowała między innymi kwestia gęstości cieczy i konstrukcja areometru.

Dobrze pomyślane są też postacie, zarówno te historyczne, o których wspominałam, jak i fikcyjny niewolnik Dawos, młodzieniec uzdolniony naukowo i za to doceniany, który jednakowoż potajemnie kocha się w swojej pani, a nie wierząc w możliwość spełnienia swoich marzeń, zostaje z rozgoryczenia i złości fanatycznym chrześcijaninem, członkiem gwardii parabolan. Szkoda tylko, że w jego postaci nie wygrał scenarzysta możliwego paralelizmu: Dawos w jednej z pierwszych scen, nie będąc jeszcze chrześcijaninem, wstawia się za niewolnicą, która ma zostać wychłostana, i przyjmuje za nią karę. Dopełnieniem jego losu byłaby decyzja, żeby następnie umrzeć razem z Hypatią, której w ostatnich chwilach może zaoferować jedynie zmniejszenie cierpienia - w finałowej scenie dusi ją, zanim jego towarzysze zasypią ją gradem kamieni, a następnie rozszarpią jej ciało. Zgodnie z historią w pontyfikalnym kościele biskupa Cyryla, przed samym ołtarzem. Ironia dziejów o tyle ciekawa, że edykt Teodozjusza pogan składających ofiary ze zwierząt kazał karać śmiercią.
Może jednak istotnie, jak zostało mi to zasugerowane po seansie, jego karą ma być to, że do końca dni swoich będzie żył ze świadomością, że przyczynił się do upadku tego, co tak naprawdę kochał - nie tylko uwielbianej kobiety, ale również nauki. Dawos zresztą dość wcześnie, kiedy musi palić ciała pomordowanych przez parabolan Żydów (tu też brawa dla scenarzysty i reżysera za to, że nie bali się pokazać wzajemnej niechęci i aktów agresji), zdradza się wśród współbraci tym, że ośmiela się zadawać pytania i poddawać wiarę próbie wątpliwości. Być może gdyby nie śmierć Ammoniusza w zamieszkach, spotkałby go los taki, jak jego dawną panią.

A może scenarzysta pozostawił go przy życiu po to, żeby podkreślić paralelizm tej postaci z Orestesem, który przecież w tej wersji opowieści oświadczył się Hypatii i został odrzucony. Obaj ci mężczyźni, choć z innych pobudek, zostają chrześcijanami "okazyjnymi", żaden nie jest człowiekiem naprawdę wierzącym. A może właśnie są: bo to oni dwaj może niedoskonale i tchórzliwie, ale jednak przechowują wiarę w przyzwoitość człowieka, równość kobiet i mężczyzn (fenomenalna scena czytania mizoginicznego listu Pawła - sugestia odchodzenia kościoła od jego egalitarystycznych początków) i wartość myślenia. Jeden i drugi ponoszą klęskę, bo - jak mówi Hypatia swoich w ostatnich słowach, skierowanych do usiłującego ją ratować środkami administracyjnymi Orestesa (Dawos będzie ją później usiłował ostrzec przed poszukującymi jej mordercami): "Cyryl już zwyciężył".

Szkoła ateńska

PS. Ponieważ nie lubię się sugerować opiniami innych, dopiero teraz przeczytałam zasugerowaną przez Anuszkę recenzję. I po prawdzie trochę mi ręce opadły, bo powinnam właściwie kolejną notkę napisać i to chyba w kategorii "contra postmodernitatem". Ograniczę się więc do kilku, moim zdaniem najbardziej absurdalnych sformułowań autorki.

1) By funkcjonować na tytułowej agorze, to znaczy - wspierać radą najpierw ojca, wysokiego urzędnika, a następnie zaprzyjaźnionego prefekta w rozgrywkach z mało rozgarniętym „rządem” (chyba senatem?) miasta - Hypatia poświęciła swoją cielesność, do której wedle twórców filmu czuła niejakie obrzydzenie.

- Tym zdaniem autorka na wstępie przekreśla swoje kompetencje. Po pierwsze bowiem Senat to był w Rzymie, a  prowincjami i miastami prowincjonalnymi rządzili zazwyczaj odpowiedniej rangi urzędnicy z grupą doradców. Po drugie anegdotę o zakrwawionej chustce można znaleźć we wszystkich naukowych opracowaniach dotyczących Hypatii, a zważywszy, że taż była zwolenniczką platonizmu bądź neoplatonizmu, niechęć lub wręcz pogarda dla cielesności była u niej całkowicie na miejscu, a nie jest żadnym wymysłem twórców filmu.

2) Bohaterka nie robi ani jednego gestu w stronę innych kobiet. Nie szuka żadnej zdolnej następczyni, nie interesuje się też ukaranymi niewolnicami, choć do wybatożonego niewolnika przychodzi nocą, żeby opatrzyć mu plecy.

- Hypatia  przedstawiona w filmie jest filozofem i uczoną, dla której liczy się "arystokracja intelektu" i wedle takich kryteriów ocenia ludzi, a płeć i urodzenie mają dla niej drugorzędne znaczenie. Docenia osiągnięcia naukowe swojego niewolnika, doceniłaby też kobietę, która chciałaby słuchać jej wykładów i dyskutować. Swoją drogą, nie mamy pojęcia, czy interesuje się niewolnikami w stopniu większym niż niewolnicami - w filmie karę ponosi chłopak, więc to jego należy opatrzyć - ten fabularny szczegół najwyraźniej umknął recenzentce, zaślepionej pisaniem o "wielkiej feministycznej ściemie" (tytuł).

3) Film Amenabara mógłby stać  się interesującą analizą kolonialnej arogancji tradycyjnie pogańskich Rzymian jako czynnika, który napędzał rozwój chrześcijaństwa w IV w. n.e., gdyby chociaż w większym stopniu skupiony był wokół wątku równości.

- Tylko że to byłby zupełnie inny film i o czymś innym, i (pomijając postmodernistyczną retorykę) gdyby miał być o znaczeniu rzymskiej gospodarki dla szerzenia się chrześcijaństwa u warstw najniższych, to powinien dziać się w drugiej połowie III w., a nie na przełomie IV/V. W dodatku ten film jest jak najbardziej o równości. Tylko tej trudniejszej - tej, którą daje  współuczestnictwo w wiedzy i kulturze. Nawiasem mówiąc, gospodarcza arogancja Rzymian bynajmniej nie skończyła się z nastaniem chrześcijaństwa, ale wraz z wpływami barbarzyńskimi wyprodukowała średniowieczny feudalizm.

4)  Nie jest zresztą pewne, czy w Aleksandrii istniały jeszcze jakieś inne Rzymianki.

- Zakładam, że recenzentce chodzi o "rzymskich kolonizatorów uciskających rdzenną ludność" (a nie "obywateli rzymskich", vide Paweł z Tarsu) - czym ta ostatnia miałaby zresztą być w dawno zhellenizowanym Egipcie? - czyli osoby pochodzące z Italii. A tu niespodzianka: Hypatia wywodziła się właśnie ze zhellenizowanej rodziny egipskiej, etnicznie z Rzymem nie miała zatem nic wspólnego. A na marginesie: myślę, że Rzymianek było nadal w Aleksandrii bardzo dużo, chociażby z rodzin urzędników imperialnych.

Jeśli cokolwiek zasługuje więc na miano ściemy, to ta recenzja - niekompetentna, ideologiczna, wskazująca na całkowite niezrozumienie filmu i, jeszcze większe, jego kontekstu.

niedziela, 28 marca 2010
Muzyka w starym Krakowie

Jak już pisałam jakiś czas temu, Parsifal Wagnera należy do moich ulubionych dzieł muzycznych, bezustannie zadziwiając mnie poza wszystkim kolejnymi pokładami znaczeń i symboliki. Paradoksalnie uważam, że dzieło to doskonale sumuje absurdalna historyjka z niezbyt skądinąd udanej powieści Philipa K. Dicka Valis: "Parsifal jest jednym z tych spiralnie pokrętnych dzieł kultury, po kontakcie z którym człowiek ma poczucie, że czegoś się dowiedział, czegoś cennego, a może nawet bezcennego, ale po głębszej analizie nagle drapie się w głowę i powiada: 'Chwileczkę, przecież to nie ma sensu.' Już widzę, jak Ryszard Wagner stoi przed bramą do Raju. 'Wpuśćcie mnie, powiada. Jestem autorem Parsifala. Jest tam o świętym Graalu, Chrystusie, cierpieniu, litości i uzdrowieniu.' A oni na to: 'Wiemy, czytaliśmy i to się nie trzyma kupy.' I TRZASK mu bramę przed nosem. Wagner ma rację i oni mają rację. To kolejna chińska pułapka na palec."

Nie jestem aż tak krytyczna wobec tekstu: jest on pokrętny, złożony i wielowarstwowy, a już z pewnością niejednoznaczny, ale sensu jest w nim na moje oko aż za dużo, a nie za mało. Co więcej, Dick myli się w jednym względzie: jakkolwiek jest to dzieło o Graalu, cierpieniu, litości (tłumaczu Valisa, kimkowiek byłeś, raczej: współczuciu) i uzdrowieniu, to nie sposób powiedzieć, czy jest to dzieło o Chrystusie, ponieważ wprawdzie wiele się tu mówi o Zbawcy (Erlöser), to nigdy nie pada jego imię, a mnóstwo elementów dzieła odbiega daleko od doktryny chrześcijańskiej. I nie jest to moje odkrycie, ale kogoś bardziej fachowego - jak N odzyska link do właściwego artykułu, to go tu umieszczę. Być może dzieje się tak dlatego, że, jak się również dopiero dziś dowiedziałam i to między innymi z tekstu napisanego przez osobę, o której wiem, że jest ortodoksyjną katoliczką, jedną z inspiracji Wagnera był tu buddyzm. Jeśli wziąć to pod uwagę, to wiele niejasnych fragmentów, np. dziwaczne utożsamienie wielu postaci mitycznych z bohaterami, a także eklektyzm mitologiczny, nabiera sensu. Wątki chrześcijańskie, wraz z mnóstwem innym, tworzą tu mityczne universum, którego żadna konkretna religia nie mogłaby zawłaszczyć. Może po prostu Dick nie wysłuchał Parsifala, jednocześnie czytając libretto, wystarczająco wiele razy, bo moje osobiste odczucie jest takie, że dopiero wielokrotne obcowanie z tym dziełem pozwala wyjść poza zachwyt samą muzyką. Dopiero dziś na przykład odkryłam, jak ładnie grają tam bardzo drobne motywy muzyczne, jak pewne paralelizmy treści są podkreślone przez użycie tych samych fraz. Co więcej - wskazane przez to elementy dotychczas wcale nie wydawały mi się łączyć, a jak już się połączyły, to nagle pojawiły się wspomniane nowe pokłady znaczeń.

To zresztą jest zapewne jedna z głównych przyczyn mojej fascynacji muzyką Wagnera, czy raczej jego twórczością: jak wiadomo wierzę przede wszystkim w mit, a mało kto - zwłaszcza w czasach nowożytnych, ba, nowoczesnych przecież, tak fenomenalnie rozumiał jego istotę. Wielu poetów romantycznych zbliżało się do tego (ogólnie pisarzom się to niekiedy udaje), ale najwyraźniej dopiero synteza sztuk, jaką zaproponował Wagner pozwoliła na realizację myślenia mitycznego w całej jego pełni. Bo problem z mitem, zwłaszcza dla człowieka współczesnego, pooświeceniowego a może już porenesansowego, polega na tym, że mitu nie da się opowiedzieć jednoznacznie, jego istotą jest konsekwentna niekonsekwencja - i tu fantastycznie w sukurs przychodzi muzyka, która z natury swojej nie jest jednoznaczna, określona i niosąca czytelne treści.

No dobrze, napisałam sobie te luźne uwagi o samym dziele - ale można by właściwie zapytać, czemu do niego wracam tak niespodziewanie, poruszając przy tym wiele wątków, które obsesyjnie powracają na tym blogu. Ano dlatego, że byłam wczoraj wieczorem na estradowym wykonaniu drugiego aktu Parsifala w Filharmonii Krakowskiej i oprócz odkrycia niedostrzeganych wcześniej szczegółów w samym dziele, odkryłam również śpiewaczkę, w której głosie i ekspresji scenicznej zakochałam się od pierwszego wejrzenia, a konkretnie od pierwszych zaśpiewanych przez nią dźwięków, którymi w drugim akcie są jęki wzywanej przez Klingsora Kundry.

Odkrycie nazywa się Marjorie Elinor Dix, jest dość młodą Amerykanką, zatrudnioną w Metropolitan Opera, śpiewającą coraz poważniejsze partie, więc istnieje szansa, że zrobi karierę i będę sobie mogła kupić jej nagrania. Bo jest ona niezwykła: po estradowym wykonaniu zasadniczo nie spodziewa się człowiek gry aktorskiej, a ona oprócz tego, że ma olśniewający głos, to jeszcze stojąc w miejscu potrafiła przekazać wszystkie emocje targające bohaterką, a kiedy śpiewała ostatni fragment roli to wydawało się, że dach Filharmonii uleci w niebo, ponieważ ten głos i ta ekspresja nie zmieszczą się w sali.

Muszę przyznać, że nie spodziewałam się usłyszeć czegoś takiego w Krakowie. Choć ponoć nawet nasza opera dźwignęła się z niebytu, jaki pamiętam z czasów dzieciństwa (Skołuba, którego nie było słychać i tym podobne cuda), więc może idą lepsze czasy. Ponieważ jest to quasi-recenzja, z obowiązku dodam, że panowie (John Cheek jako Klingsor i Thomas Mohr jako Parsifal) byli co najmniej poprawni, choć Parsifal w pierwszej połowie jakby nie był w stanie wczuć się dobrze w emocje bohatera - ale od połowy, kiedy z lirycznego tonu przechodzi się w dramatyczny, było bardzo dobrze. Głosowo wszyscy - włącznie z młodymi polskimi śpiewaczkami w rolach Dziewcząt-Kwiatów - byli świetni, zważywszy, że występowali na estradzie, mając orkiestrę tuż obok siebie, a nie w kanale. Orkiestra Filharmonii Krakowskiej spisała się całkiem nieźle, tylko raz bardzo nieznacznie kiksowały waltornie, będące niestety najsłabszym ogniwem wielu orkiestr średniej klasy.

Jednym słowem - jest nadzieja. Także na to, że i w Polsce będzie można posłuchać na żywo Wagnera w naprawdę dobrym wykonaniu. Bo to, co widziałam kilka lat temu w wykonaniu Opery Śląskiej, stało na podobnym poziomie jak Opera Krakowska z czasów mojego dzieciństwa.

PS. Obowiązkiem recenzenta jest również napisanie o tym, co było źle. A źle przede wszystkim była broszurka z librettem. Znaczy się, pomysł dobry, że można słuchać śledząc jednocześnie tekst, projekt graficzny bardzo ładny. Ale w środku... katastrofa. Po pierwsze ktoś, kto wklepywał tekst (albo też przepuścił go przez jakiegoś sprawdzacza błędów, ewidentnie anglojęzyczny zamiast niemieckojęzycznego) nie wiedział, że w języku niemieckim istnieją słowa takie jak Tor (głupiec) i Tat (czyn), albowiem zamiast tego w tekście z uporem godnym lepszej sprawy występują Thor i That. Ten Thor to nawet jest zabawny, bo przez przypadek dodaje co nieco do kwestii mitu.  Po drugie tłumaczka  (z Opery Narodowej w Warszawie, więc niby nie wina Krakowa, ale w Krakowie adiustowały teksty aż dwie panie, które skądinąd Thorów i Thatów też nie dostrzegły) z niewiadomych powodów potraktowała czytelnika jak idiotę, w związku z czym w tekście polskim pojawiły się idiotyczne uproszczenia, np. zamiast Herodiady pojawia się "bohaterka" (aż strach pomyśleć, że to równie dobrze może być ignorancja, a imię skojarzyło się z heroiną...), a sens całego wezwania Kundry przez Klingsora na samym początku bierze kompletnie w łeb. Kwiatków przekładowych było więcej, ale nie będę szanownych czytelników zanudzać przykładami. Ciekawi mnie jednak, za co wzięły pieniądze te dwie adiustatorki, wymienione w podpisie zaraz po tłumaczce...

Apollo

niedziela, 14 marca 2010
Liczba Pi i maszyna parowa

Dziś, jak się dowiedziałam, dzień liczby Pi (π). Matematyka to w moim życiu dość skomplikowane zjawisko: nie mam mianowicie pojęcia, czy mam do niej zdolności, czy też nie. Zważywszy, że pochodzę z rodzin, w których zainteresowania przyrodniczo-ścisło-techniczno-medyczne były i są w przytłaczającej większości, powinnam coś tam odziedziczyć w genach. Szkoła podstawowa na początku uraczyła mnie natomiast fatalnymi nauczycielkami, a następnie (po interwencji klasowych rodziców, wśród których było sporo profesorów nauk ścisło-przyrodniczych) świetną ponoć nauczycielką, którą jednakowoż mając dwanaście lat bardzo trudno było nam polubić, ponieważ była wymagająca, a przy tym sucha i opryskliwa w sposobie bycia. Z kolei w liceum, w klasie o profilu klasycznym (łacina i greka) miałam fenomenalnego nauczyciela, który z bardzo okrojonego programu potrafił zrobić fascynujące lekcje - skądinąd okrojenie programu mogło być tego przyczyną: rozsądny nauczyciel uznał, że nie warto w takiej sytuacji katować nas zadaniami, ale przybliżał problemy. Niezależnie od nauczycieli jednak przez cały czas edukacji miałam spore problemy z zagadnieniami pozornie prostymi (procenty i ułamki, to tylko przez te ostatnie nie mam na świadectwie maturalnym piątki z matematyki - tak się pilnowałam, żeby na decydującej klasówce nie zrobić jakiegoś głupstwa, że w końcu mając za dużo czasu skróciłam 16/25 do 4/5; jest mi do dziś wstyd), podczas gdy te uważane - przynajmniej przez system edukacyjny - za bardziej abstrakcyjne i trudniejsze, jak chociażby zbiory, nie stanowiły żadnego problemu. A kiedy przyszło zdawać statystykę, to też nie okazało się to horrorem, pomimo zmarnowania wcześniej dobrych kilku lat na toksyczny romans z "czystą humanistyką", na dodatek w wydaniu postmodernistycznym.

Wracając do liczby Pi: ten przydługi wstęp miał po części za zadanie wyjaśnienie mojej matematycznej ambiwalencji. Z jednej strony bezwzględnie uważam, że przedmiot ten powinien być obowiązkowy na maturze, z drugiej - pamiętam własną bezradność wobec pewnych typów zagadnień i zadań, więc wiem, że niekoniecznie byłoby mi łatwo. (Uprzedzając ewentualne głosy krytyki: tymi trudnościami bynajmniej się nie chwalę, wręcz przeciwnie, irytują mnie jak mało co.)

Dzień liczby Pi i poczytanie sobie o niej uświadomił mi jednak coś, co wcześniej nie przyszło mi do głowy: dlaczego mianowicie w ramach powszechnej edukacji matematycznej nie uczy się choć trochę więcej o historii tej nauki? Dla mnie na przykład cała ściśle (pardonnez le mot) rachunkowa  istotność Pi jest tylko do pewnego stopnia pojmowalna, bo nie posiadam właściwych narzędzi do zrozumienia wszystkich niuansów. Natomiast absolutnie fascynująca jest dla mnie świadomość, że tak zaawansowane problemy matematyczne znane były już starożytnym Egipcjanom, a pierwszymi, którzy podali zaawansowane przybliżenie Pi byli Archimedes w III w. BC (2 miejsca po przecinku) i Klaudiusz Ptolemeusz w II w. CE (4 miejsca po przecinku, czyli tyle, ile jak sądzę pamięta przeciętnie wykształcony człowiek).

Mam ponure wrażenie, że Archimedesa poza tym przeciętny maturzysta kojarzy w najlepszym razie z jego prawem o wyporności oraz okrzykiem "eureka" (skądinąd powinno być heureka). Tymczasem to naprawdę fascynująca postać, nawet jeśliby się przyjrzeć wyłącznie jego osiągnięciom matematyczno-fizycznym. Co więcej, w przeciwieństwie do mnóstwa wynalazców swojej epoki był również praktykiem: potrafił znaleźć zastosowanie dla swoich maszyn, chociażby podczas obrony Syrakuz przed Rzymianami w 214-212 roku. Nawiasem mówiąc, zginął, kiedy Rzymianie zdobyli miasto - wedle legendy dlatego, że pochłonięty obliczeniami odmówił poddania się legioniście rzymskiemu. Se non è vero, è ben trovato - ta anegdota stanowi zbyt piękną ilustrację różnicy między duchem greckim i rzymskim, żeby chciało się wierzyć w jej prawdziwość, a poza tym wiemy, że Archimedes brał czynny udział w obronie, więc jakoś mała szansa, żeby w decydujących i dramatycznych chwilach nagle postanowił oddać się rozważaniom teoretycznym. No chyba, że słynne koła, które rysował na piasku (noli turbare circulos meos - wypowiedziane skądinąd raczej po grecku), były szkicem kolejnej machiny, mającej na celu dokonanie kolejnych zniszczeń wśród floty lub piechoty rzymskiej.

Archimedes, wbrew przeświadczeniu, które można wynieść ze szkoły, nie był przypadkiem odosobnionym. I nie mam tu na myśli Pitagorasa czy Talesa z Miletu, żyjących o kilka stuleci wcześniej wybitnych matematyków, których twierdzeń nadal uczymy się powszechnie w szkole, czy nawet bliższego Archimedesowi epoką  Euklidesa, który również był przede wszystkim teoretykiem. Mam na myśli rzeszę uczonych inżynierów, działających głównie w Aleksandrii, ale też w innych hellenistycznych ośrodkach, wynajdujących takie cuda jak maszyna parowa, organy hydrauliczne czy niezwykle precyzyjne machiny miotające, nie mówiąc już o automatonach. Problemem wszystkich tych wynalazków było to, że pozostały de facto na etapie prototypów czy wręcz niemalże zabawek, nie znaleziono dla nich szerszego zastosowania. Stało się tak między innymi dlatego, że świat grecki został podbity przez Rzym, który już wówczas - po części za sprawą podbojów terytorialnych czyli zapewniania sobie spiżarni - szybkim krokiem zmierzał ku gospodarce latyfundialnej, opartej niemal wyłącznie na pracy niewolników i imporcie z prowincji. W takim świecie, gdzie do wioseł okrętów posadzono niewolników zamiast wolnych obywateli, statki napędzane maszyną parową nie byłyby opcją tańszą i opłacalną, więc nie było komu szukać tego rodzaju rozwiązań. (Fascynujące jest skądinąd to, że ewidentnie podobny mechanizm cywilizacyjny zadziałał po drugiej stronie Atlantyku: ludy Mezoameryki znały koło, wiemy to z zachowanych zabawek na kółkach, posiadały też zaawansowaną technikę budowania dróg-grobli, niemniej cały transport odbywał się pieszo, ponieważ tragarzami byli niewolnicy.)

I tak od liczby Pi doszłam znów do historycznego gdybania. A wszystko przez to, że wczoraj wieczorem, zanim jeszcze dowiedziałam się z porannych portali, że dziś mamy taki właśnie dzień, zastanawiałam się, ile czasu byłoby trzeba, żeby maszyna parowa aleksandryjczyków stała się tym, czym stała się maszyna parowa Watta, gdyby Rzym nie podbił ówczesnego świata. Gdyby Pyrrus nie uznał Peloponezu za ważniejszy od Italii, gdyby machiny Archimedesa zmusiły Rzymian do odwrotu spod Syrakuz, gdyby Attalos III nie zapisał w testamencie królestwa Pergamonu Rzymianom, gdyby Juda Machabeusz nie wezwał Rzymian na pomoc dla swojego mało popularnego powstania, gdyby Mitrydates VI zdołał trwale poderwać do oporu miasta greckie, gdyby pod Akcjum dowodził cierpiący na chorobę morską Oktawian, a nie genialny Agryppa...

Oczywiście, za dużo tego gdybania, ale każda zmiana miałaby szansę uruchomić zupełnie inną machinę dziejową. A wtedy - ile czasu potrzebowaliby Grecy, żeby uznać, że do Indii lepiej byłoby pływać mechanicznym statkiem niż samemu wiosłować? Czy mielibyśmy początki cywilizacji industrialnej już w okolicy kładącej kres światu greckiemu bitwy pod Akcjum (31 BC) - więc gdyby nawet do niej doszło, to flota Oktawiana zostałaby zmiażdżona przez żelazne pływające automatony Kleopatry? A czy gdyby tak się stało, to dziś mielibyśmy kolonie na Księżycu i loty międzyplanetarne?

No tak, pomyślałam sobie nagle, patrząc na to całe gdybanie i myśląc o jego potencjalnych skutkach, może dlatego właśnie we współczesnej szkole niechętnie przeprowadza się takie mosty między wkuwanym na fizyce prawem Archimedesa a historią, w której powinien on symbolizować to, na jak długo zapomnieliśmy o osiągnięciach naukowych i inżynierskich antyku. Przecież (mam nadzieję, że monsieur Voltaire mi wybaczy takie nadużycie cytatu) żyjemy ponoć w najlepszym ze światów. Cóż z tego, że zapomniał on o maszynie parowej na dwa tysiące lat.

Rekonstrukcja hellenistycznych organów hydraulicznych

poniedziałek, 08 marca 2010
Na dzień kobiet

Nie jestem feministką, ponieważ pomimo błędów, czasem wręcz karygodnych, popełnionych w życiu (przede wszystkim: wybór pierwszego kierunku studiów, a następnie jeszcze gorszy wybór tego, na co się przenieść po jednym roku) oraz iluśtam zmarnowanych mało produktywnie lat uważam się za człowieka sukcesu. Właśnie człowieka, a nie kobietę sukcesu. Nie jestem feministką, ponieważ dla mojego poczucia życiowego sukcesu lub też - przez czas jakiś - jego braku płeć nie ma żadnego znaczenia.

Nie jestem również feministką, pomimo iż napisałam pracę o kobietach. A napisałam ją, ponieważ ogólny temat był ciekawy, a nie dlatego, że moje bohaterki były kobietami, a ograniczenie materiału przez kryterium płci było równie dobre jak wiele innych, np. chronologicznych.

Nie jestem feministką, ponieważ nie uważam, że wszyscy ludzie są "równi" - w sensie "tacy sami". Biologia człowieka sprawia, że do pewnych zajęć mężczyźni są lepiej przystosowani, a do innych kobiety, podobnie jak biologicznym faktem jest to, że przedstawiciele odmiany czarnej (bo biała, czarna i żółta to są odmiany, a nie rasy) są ewolucyjnie bardziej rozwinięci pod względem pewnych możliwości fizycznych i dlatego czarni są statystycznie lepszymi biegaczami niż inni. Oczywiście uważam, że jak kobieta koniecznie chce pracować na przodku albo podnosić ciężary, to niech sobie to robi, zwłaszcza jeśli ma po temu fizyczne warunki. Ale świętej sprawy bym z tego nie robiła, bo sama nie mam ochoty zajmować się żadną z tych dziedzin, a będąc feministką musiałabym walczyć w imieniu nieznanej mi amatorki któregoś z rzeczonych zajęć. Moja zgoda na to, że jeśli pani X chce wykonywać jakiś silnie zmaskulinizowany zawód, to niech go wykonuje, wynika z ogólnie liberalnych poglądów, a nie feminizmu.

Nie jestem ponadto feministką, ponieważ nie uważam, żeby parytety cokolwiek były w stanie załatwić. Co więcej, znam mężczyzn, którzy znacznie lepiej broniliby praw kobiet i równouprawnienia niż niejedna wojująca feministka, toteż wolałabym, żeby to oni wbrew parytetom zasiedli w parlamencie. Parytety jakoś dziwnie kojarzą mi się z punktami za pochodzenie, a to nigdy na dobre nie wychodzi, w żadnym systemie.

Ale przede wszystkim nie jestem feministką dlatego, że nie czuję się urażona jakimikolwiek wyrazami staroświeckiej uprzejmości mężczyzn wobec kobiet. Znam przypadki dystyngowanych pań z zagranicy, które były zachwycone polskim zwyczajem całowania w rękę. Nie mam nic przeciwko takim gestom, jeśli towarzyszy im właśnie tradycyjna uprzejmość i szacunek. A z chamstwem można się spotkać zarówno ze strony mężczyzn jak i kobiet. No i jeszcze jedno - nijak nie przeszkadza mi wykorzystywanie kobiecej (męskiej zresztą też) urody na przykład w reklamach. Lubię piękne rzeczy i jeśli modelka jest piękna, to chętnie na nią patrzę, podobnie jak na przystojnego mężczyznę, a w wyjątkowych przypadkach nawet na metroseksualnego chłopaka. Obcowanie z kulturą klasyczną uczy, że piękno ciała ludzkiego jest niedoścignione - dałam temu niepoprawny politycznie wyraz na Antiquitates i daję też tu. Na złość ideolo.

Hermafrodyta

PS. W związku z zaistniałą sytuacją niezrozumienia intencji autorki oświadczam, co następuje:

1. Liberalizm rozumiem inaczej niż Janusz Korwin-Mikke i jemu podobni, zwłaszcza gdy chodzi o sferę obyczajową.

2. Uważam, że wyznawane idee należy przede wszystkim wcielać w życie na własnym małym podwórku, toteż najlepszą metodą na propagowanie większego udziału kobiet w życiu publicznym jest dawanie dobrego przykładu poprzez konkretne działania i współzawodnictwo z mężczyznami, a nie poprzez głoszenie idei i domaganie się parytetów oraz ogólnie lepszego traktowania. Co więcej, nieskromnie uważam, że realizuję to w swoim życiu i o tym zasadniczo jest pierwszy akapit: robiąc swoje nie przejmuję się tym, kto ma łatwiej, bądź może być preferowany z takich czy innych względów, ale jak mi na czymś zależy, to po prostu staram się być najlepsza i swój cel osiągnąć.

3. Wynikające z 2: uważam, że polskie feministki znacznie lepiej by zrobiły, gdyby zajęły się niewdzięczną pracą u podstaw, jako w tym pozytywizmie, a nie lansowały się w mediach. Swoją drogą są kobiety sołtysowie, wójtowie i burmistrzowie, czyli jak się chce, to się da, i na pokazywaniu, że można chcieć i w rezultacie być równie dobrą powinna ta praca u podstaw polegać. Ale nie można też nikogo zmuszać, żeby chciał.

poniedziałek, 15 lutego 2010
Nagroda i wyzwanie

Kreativ Blogger Award

Dziękuję Ninedin za wyróżnienie mnie nagrodą Kreativ Blogger Award, a przy okazji zrealizuję wreszcie jej wyzwanie dotyczące czytelniczej zabawy - łańcuszka. Nominacje KBA - na końcu notki.

Oto pytania Ninedin:

1. Czy zdarzyło Ci się przeczytać książkę, która w sumie była słaba, ale miała jeden element - postać, motyw, element świata przedstawionego - który Cię zachwycił?

W sumie częściej zdarza mi się na odwrót (po części ostatnio dlatego, że z powodu chronicznego braku czasu czytam głównie rzeczy polecone przez osoby, z którymi mam dość zbieżne gusta): że książka mi się bardzo podoba, ale chciałabym zamordować autora za jakieś szczegóły, bezsensowne rozwiązania fabularne czy idiotycznie skonstruowane postacie. Ale udało mi się w końcu skompletować trzy przykłady ilustrujące różne doświadczenia lekturowe postulowane przez to pytanie.

Doświadczenie czytelnika. Oczywiście Quo vadis - znienawidzony i zakłamany historycznie kicz, który jednakowoż zawiera jedną z moich ulubionych postaci czyli Petroniusza.

Doświadczenie tłumacza. Uczennica maga - prequel do Trylogii Czarnego Maga Trudi Canavan. Jest to typowe dzieło "na zamówienie" fanowsko-wydawnicze, napisane niestety na kolanie, do czego zresztą autorka poniekąd się kiedyś przyznała w wywiadzie - czas ją gonił, wydawca naglił, a pani Canavan akurat się przeprowadzała i remontowała dom. To wszystko dramatycznie wręcz widać w tej książce. A zarazem przedstawiony tam wątek niewolnika oraz rozwiązanie pod sam koniec jednego z motywów ważnych dla fabularnie późniejszych książek (stworzenie spustoszenia na granicy) są naprawdę świetne i jakby wyjęte z zupełnie innej bajki. Ta końcowa scena z zupełnie oszalałym magiem i jego sługą, scena zawierająca w sobie cały ładunek starej prawdy, że "historię piszą zwycięzcy", jest naprawdę wielka, mimo że poza tym akcja powieści jest momentami do bólu sztampowa, a naprawdę ciekawe wątki potraktowane po macoszemu.

Na specjalne wyróżnienie w tej kategorii zasługuje Wywiad z wampirem Anne Rice - literacko jest to dość marne, a na dodatek histeryczne i manieryczne w sposób, którego nie znoszę, ale rewolucja, jaka za sprawą tego kiczu - oraz jego filmowej adaptacji - dokonała się w wyobrażeniach o wampiryzmie jest nie do przecenienia.  No i ten Lestat...

2. Czy zdarza Ci się sięgać po pojedyncze powieści z gatunków, których normalnie nie czytasz?

Tak, aczkolwiek dość rzadko (i tu pominę doświadczenie tłumacza, który czasem chałturzy). Jakkolwiek prędzej pójdę na komedię romantyczną do kina niż przeczytam romans, tak zdarza mi się czytać z przyjemnością np. kryminały, których pożeraczką poza tym nie jestem (tu z kolei nie liczę znajomości klasyki). Takoż powieści historyczne bez odcienia fantastyki ;)

3. Czy kiedykolwiek przy lekturze zdarzyło Ci się zapomnieć o świecie zewnętrznym do tego stopnia, że straciłes/-aś poczucie czasu i zapomniałeś/-aś o czymś ważnym?

Ech, wiem, że chcesz, żebym to publicznie wyznała: jak kończyłam Coldfire Trilogy C. S. Friedman to dopiero dym, który z kuchni zawędrował do pokoju przypomniał mi o tym, że w piekarniku odgrzewa(ła) się pizza. Troszkę z niej się uratowało.

Poza tym zupełnie miewam podobne doświadczenia tłumaczeniowe - ostatnio bywało, że trzeci tom Percy'ego Jacksona Ricka Riordana i pierwszy Hex Hall Rachel Hawkins trzymały mnie przy klawiaturze do wczesnych godzin rannych, a ja co mniej więcej pół godziny powtarzałam sobie, że ten akapit jest na pewno ostatni, że już nie zacznę nowego rozdziału, i że tak w ogóle to powinnam iść spać. Wcześniej tak wciągnęło mnie Zmęczenie materiału Seana Williamsa.

A teraz moje pytania - do odpowiedzi wywołuję Maarcusa, Babilasy i Cedra. Zapraszam również PT Komentatorów, a zwłaszcza Ninedin, do swobodnej wymiany myśli.

1.  Czy zdarzyło ci się czytać książkę, której świat byłby opisany tak wyraziście, że masz wrażenie, że byłeś w tym mieście, kraju, kawałku świata - mimo że tak naprawdę nigdy go nie odwiedziłeś (jeśli istnieje naprawdę) albo wręcz świat powieściowy jest całkowicie fikcyjny?

2. Czy zdarzyło ci się czytać książkę, która pod wieloma względami sprawiałaby wrażenie pełnego deja vu, a mimo to była na tyle oryginalna, żeby nie dało się jej nazwać plagiatem, ba - żeby zasługiwała na wysokie oceny krytyczne?

3. Czy w swoim doświadczeniu czytelniczym trafiłeś/aś na książkę, którą milion razy, niemal na każdej stronie, miałeś/aś ochotę rzucić do kąta i więcej do niej nie zajrzeć, a mimo to nie potrafiłeś/aś się od niej oderwać i przeczytałeś/aś do końca?


A teraz, wracając do Kreativ Bloggera - moje nominacje (nie było łatwo - ciekawych blogów jest naprawdę sporo, trzeba tylko dobrze poszukać, no i klikać w linki komentatorów):

Kategoria Nauka: Nic prostszego - naprawdę ciekawy blog młodego naukowca (w tej kategorii miałam dużo kandydatów, ale zdecydowałam się zaproponować blog, który nie jest jeszcze tak szeroko znany i linkowany jak Młody fizyk czy Świat - jak to działa)

Kategoria Historia: Ogólna teoria wszystkiego - za wysoką kulturę pisania o ciekawostkach historycznych oraz filozofujące anegdotki

Kategoria Kultura: Dom nad jeziorem - za to, że ktoś pisze ciekawie i fachowo o operze, a przy okazji o mnóstwie innych rzeczy, które lubię

Olimpia

czwartek, 11 lutego 2010
Historia prawdziwa

Pewnego dnia, jakieś dwa lata temu, wybraliśmy się niewielką grupką do Bielska z jego okolic. Ja (za kierownicą), moja Przyjaciółka, jej Brat i ich Kuzynka. Jechaliśmy dwupasmową obwodnicą miasta, kiedy nagle niezbyt daleko przed nami pojawił się ogromny tir, który przeciął jezdnię w przeciwnym kierunku i wtaczał się właśnie na przełączkę z ewidentnym zamiarem skręcenia na nasz pas. Nie wiem, czy kierowca nas nie widział, czy w ogóle nie przyszło mu do głowy popatrzeć, dość, że ku mojemu absolutnemu przerażeniu nie zatrzymał się na przełączce, ale kontynuował wtaczanie się na pas. Trąbienie nic nie pomogło - facet powolutku ale nieuchronnie pożarł najpierw jedną jezdnię, a następnie zaczął przesuwać się na drugą.

Jeżeli kiedykolwiek w życiu czułam się jak Sherlock Holmes z poprzedniej notki, to wtedy, ponieważ prawie że pamiętam procesy myślowe zachodzące w mojej głowie w ciągu raptem sekund. Ocena, że dalsze hamowanie nic nie da - za blisko. Ocena, że on zajmie oba pasy wcześniej niż ja tam dojadę, nawet gdybym w tej chwili ostro przyspieszyła. Ocena, że niewielka skarpa i krzaki na poboczu są lepszym miejscem na zarycie się maską samochodu niż ciężkie żelastwo. A potem już zupełnie ułamkowosekundowa decyzja: na poboczu jest dość miejsca, żeby po szutrze się prześlizgnąć tuż przed maską tira. Delikatny skręt zamiast ostrzejszego, lekkie przyspieszenie zamiast hamowania, chwilę potem znów gładki asfalt pod kołami, a we wstecznym lusterku tir blokujący oba pasy i pobocze. Jechałam przed siebie, przegapiłam zjazd, gdzie mieliśmy skręcać, a potem, jak już zawróciliśmy, na wszelki wypadek natrąbiłam na jakąś nieszczęsną ciężarówkę, która zbliżała się do drogi od strony prawej. (Skądinąd niech żyją polskie dwupasmówki z kolizyjnymi skrzyżowaniami.) Potem nogi jak z waty na parkingu. I nagłe zdziwienie - jakim cudem nie zatrzymałam się nieco dalej na tym poboczu i nie nawrzeszczałam na tirowca, jak ze wszech miar nakazywałby mój temperament. Może dlatego, że racjonalny umysł, którego tempo myśli zdecydowanie zwolniło, nie wierzył do końca, że się udało, więc po prostu jechałam przed siebie.

Nie opisywałabym tej krew w żyłach mrożącej sceny, gdyby nie pewne okoliczności, które ją poprzedziły. Otóż Kuzynka, etnolożka (i jeszcze parę innych rzeczy, bo przy niej to chyba nawet ja mało kierunków studiowałam), dopiero co nabyła gadżet zwany Pierścieniem Atlantów i przez cały dojazd do obwodnicy nawijała o tym, co jest o nim napisane w ulotce reklamowej czy też co wyczytała w necie - w sumie nie wiem, skąd miała te wszystkie informacje. Opowiadała o tym pół serio, wszyscy się w sumie podśmiewaliśmy, przytaczając różne anegdotki o wizytach w dziwacznych sklepach. Z całego tego wywodu utkwiło mi w pamięci jedno zdanie: "i wiecie, on chroni też przed wypadkami drogowymi". Pewnie dlatego utkwiło, żeśmy sobie z niej żarty robili, że go akurat teraz zabrała.

Nie twierdzę, że Pierścień Atlantów uratował nam życie, daleka jestem od wiary w cudowne własności przedmiotów wszelakich i tak dalej. Kiedyś przez przypadek napiłam się wody święconej i jak widać nadal żyję, a jakkolwiek wszystkie bez wyjątku moje komputery i komórki zachowują się tak, jakby siedziały w nich jakieś wyjątkowo złośliwe stwory psujące, co się da (do tego stopnia, że największy sceptyk wśród moich kolegów powiedział, że "podważam jego wiarę w racjonalność świata") - to pomimo tego wszystkiego nieskromnie uważam, że uratowały nas wtedy właściwe ułamkosekundowe decyzje i refleks. A pierścień? Ot, zbieg okoliczności.

Dlaczego więc w ogóle o tym piszę? Otóż środowiska katolickie w Polsce, najwyraźniej nie mając nic lepszego do roboty, zabrały się ostatnio za kilka krucjat. Jedna z nich dotyczy właśnie Pierścienia Atlantów jako groźnego symbolu okultystycznego, który prowadzi prosto w objęcia szatana i tak dalej. Wszystko przez to, że na blogu "byłej satanistki" ktoś znalazł opis - skądinąd stanowiący parodię problemów Froda z Jedynym Pierścieniem - straszliwych mąk, jakie autorka rzekomo przeżyła po założeniu Pierścienia Atlantów.

A ja tymczasem, gdybym chciała, mogłabym napisać śliczną hagiograficzną historyjkę z Pierścieniem w roli głównej. O uratowaniu życia. Dokładnie taką, jakie można wyczytać na różnych portalach o wszelkiego rodzaju cudownych medalikach i tak dalej. Co tylko potwierdza tezę jednego z komentatorów trzy notki wstecz, że "Kościół walczy z tymi, którzy chcą naruszyć jego monopol na magię... ;)"

Swoją drogą krucjata przeciw Pierścieniowi nie jest jedyną. Po enuncjacjach na najwyższym szczeblu na temat Dana Browna zaczęła się teraz również instytucjonalna walka ze Zmierzchem. Bo wampiry złe one bardzo są, i bardzo źle w złym - choć opiekuńczym, miłym, honorowym i przed ślubem nawet o żadnych tam takich nie myślącym - wampirze się zakochać, oj źle bardzo. Cóż, akurat ten przykład pokazuje, że co kultura to co innego złego w nieszczęsnym Edwardzie Cullenie widzi, albowiem jak pokazała N, amerykańskim feministkom nijak wampirzość nie przeszkadza, za to tradycyjny model rodziny jak najbardziej. Może by tak jakoś dotknięciem - nomen omen - magicznej różdżki sprawić, żeby katoliccy działacze w Polsce i feministki w Ameryce zobaczyli w Zmierzchu to, co widzą ci drudzy? Byłoby po problemie...

Pierścień minojsko-mykeński

Zakładki:
...
Blogi, po części zdechłe
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright