poniedziałek, 10 października 2016
Koniec epoki

90 lat to piękny wiek, zwłaszcza jeśli człowiek do końca jest sprawny umysłowo, czynny zawodowo, a i zdrowie w miarę dopisuje. Niemniej wiadomość o śmierci Andrzeja Wajdy przyjęłam z wielkim smutkiem. To był dla mnie ktoś, kto istniał w mojej świadomości od zawsze, kto patronował moim największym zachwytom teatralnym i filmowym. I mimo że ostatnim jego filmem, który mnie zachwycił, była Zemsta sprzed, bagatela, czternastu lat, będzie mi go brakowało w krajobrazie kulturalnym Krakowa, Polski, Europy, świata.

O tym, że był najważniejszym ambasadorem naszej kultury, przekonałam się jako dziecko: nie dorósłszy jeszcze do większości jego filmów, oglądałam Retrospectiva de Andrzej Wajda w dużym kinie w Caracas, kiedy w Polsce trwał stan wojenny. Jako całkowita smarkula zaliczyłam dzięki temu takie naprawdę dorosłe filmy jak Ziemia obiecana, Wesele czy Popiół i diament. Nie jestem pewna, ile z nich zrozumiałam, ale jedno wiem: zachwyciły mnie robotą filmową, choć wtedy bym pewnie tego tak nie określiła. Wtedy zachwyciły mnie tym, co na tę robotę się składa: kolorem, dynamiką, dźwiękiem - to były dzieła totalne. I zaraziły mnie miłością do kina. Trwającą do dziś, choć teraz w zalewie filmów coraz rzadziej znajduję takie, które zachwycają mnie tak absolutnie.

Potem, już w czasach licealnych, zdołałam wyłowić w krakowskich DKFach i kinach studyjnych w zasadzie wszystkie pozostałe filmy Wajdy. Na Smudze cienia byłyśmy same z moją Mamą, która do dziś pozostała fanką w zasadzie bezkrytyczną Mistrza. Ba, siedziałyśmy w nieogrzewanej sali maleńkiego nowohuckiego kina, którego nazwy nawet nie mogę sobie teraz przypomnieć. To był dla nas drugi koniec Krakowa, środek zimy, tuliłyśmy się w ciepłych kurtkach, nasze oddechy zamieniały sie w parę, a operator projektora zapewne klął po cichu, że w ogóle ktokolwiek na ten seans przyszedł, bo w jego kanciapie musiały panować równie syberyjskie warunki.

Był jeszcze teatr, który zachwycił mnie chyba nawet bardziej niż filmy. Miałam ogromne szczęście, bo na czas mojej największej teatromanii przypadł nie tylko schyłek złotego okresu Starego Teatru w Krakowie, ale również kilka sezonów wznowień najważniejszych spektakli z lat siedemdziesiątych, w związku z jakimiś rocznicami festiwalu w Edynburgu, gdzie te przedstawienia święciły w swoim czasie triumfy. Dzięki temu zobaczyłam na scenie moją miłość absolutną czyli Noc listopadową, którą wcześniej widziałam w wersji telewizyjnej (miałam może jakieś dziesięć lat) i zakochałąm się od pierwszego wejrzenia, a następnie nauczyłam się jej na pamięć dzięki czarnej płycie, którą gdzieś mi wynalazł Tato. W teatrze chodziłam na prawie każde przedstawienie. Tekst w wersji Wajdy pamiętam do dziś, mam praktycznie cały spektakl przed oczami - wydane stosunkowo niedawno dvd jest mi prawie niepotrzebne, a jak sięgam po tekst Wyspiańskiego, to dziwię się, że są tam jeszcze jakieś sceny nieobecne w adaptacji.

Zobaczyłam też, co wymagało naprawdę wielkich zabiegów w organizacji widowni i godzin wystawanych przed teatrem, wznowienia Biesów i Nastasji Filipowny - legendarnych spektakli według Dostojewskiego. Zwłaszcza ten drugi to było naprawdę teatralne objawienie. Oczywiście przez to wszystko popełniłam ten błąd, że poszłam w odruchu serca na teatrologię jako pierwsze studia, gdzie z moim uwielbieniem dla klasyki, tekstu i Wajdy okazałam się rarogiem, bo w modzie była przebrzmiewająca awangarda spod znaku Grotowskiego i dojrzewające eksperymenty spod znaku Gardzienic. A ja ani tego, ani tego. Teatrologię zakończyłam po roku, a stara miłość nie zardzewiała.

Z filmami Wajdy nieco się w ostatnich latach rozchodziłam. O ile również jako może dwunastoletnia smarkula obejrzałam Człowieka z marmuru z wypiekami na twarzy, o ile adaptacje literatury zachwycały mnie niezmiennie i totalnie, o ile widziałam w kinie Dantona około dziesięć razy (a może więcej? dialogi z tego filmu właściwie też znam do dziś prawie na pamięć), o ile doskonale bawiłam się na filmach lżejszych: Polowaniu na muchy, Przekładańcu czy Niewinnych czarodziejach, o tyle jakoś od Miłości w Niemczech (z przerwą na urokliwą Kronikę wypadków miłosnych) miałam wrażenie, że coś się zmieniło, że już te filmy nie trafiają aż tak do mojej wrażliwości. Że tak jednak nie jest, przekonał mnie Pan Tadeusz, mimo zastrzeżeń obsadowych (coś, co właściwie wcześniej mi się w adaptacjach literatury nie zdarzało - dobra, z wyjątkiem teatralnego Hamleta, tego z Jerzym Stuhrem - którego skądinąd bardzo lubię jako aktora - w roli tytułowej), później również Zemsta. A potem byłam okropnie zła na Katyń, po którym spodziewałam się goryczy Popiołu i diamentu, a nie płaskiej hagiografii. I pomyślałam, że może za wyjątkiem adaptacji literatury to już rzeczywiście nie moje kino, że ta różnica pokoleniowa w końcu dała o sobie znać.

Ale jak czytam o Powidokach - filmie o malarzu, który "wygrał" mi licealną olimpiadę z historii sztuki - to mam zdecydowaną ochotę pójść znów do kina na polski film. Mam nadzieję, że okaże się on bliski Czlowiekowi z marmuru, którego uważam za jedno z największych arcydzieł kina wszech czasów. Że to ostatnie dzieło mnie znów zachwyci, jak te pierwsze, które oglądałam.

Noc listopadowa, Stary Teatr Kraków

PS. Bardzo długo nie mogłam znaleźć odpowiedniego zdjęcia: nie pasowały mi żadne nagrobki czy posągi ze zbiorów własnych, nie pasowały mi fotosy z filmów. A to - to jest ta scena, w której odchodząca do Hadesu Kora-Persefona przekonuje swoją żałobną matkę Demeter, że taka jest kolej rzeczy... I dwie cudowne aktorki: nieżyjąca już Zofia Jaroszewska i młodziutka wtedy Anna Dymna. Jaroszewską widziałam w Nocy listopadową niemalże taką, jak na tym zdjęciu, Dymną - sporo starszą, ale nadal dziewczęcą. To jedna z moich ulubionych scen tego dramatu i tego spektaklu. Chyba pasuje.

 

środa, 02 kwietnia 2014
Odszedł Mistrz

Dość okrężną drogą dowiedziałam się, że dziś (kalendarzowo wczoraj, ale dla mnie "dziś" jest do pójścia spać) zmarł Jacques Le Goff. Nie doniosły o tym w sposób wyraźnie widoczny polskie portale, choć ostatnio kilkakrotnie zdarzało się, że śmierć pomniejszego amerykańskiego aktora, którego nazwisko widziałam przy tej okazji po raz pierwszy, trafiała na ich czołówki jako wiadomość dnia. Oczywiście, koło fortuny i w śmierci wszyscy są równi, ale jakoś tak przykro mi się zrobiło, że na to, żeby się przekonać, że jednak jakaś tam noteczka (z rozdzielnika PAP) była, musiałam wpisywać nazwisko w wyszukiwarki portali informacyjnych. Żaden dziennikarz "opiniotwórczych" mediów nie uznał odejścia jednego z najwybitniejszych historyków wszech czasów za informację zasługującą na coś więcej niż przedrukowanie depeszy agencji prasowej.

Dla mnie osobiście Le Goff był bardzo ważny, bo poprzez swoje książki (a zwłaszcza "Kulturę średniowiecznej Europy") należał do tych, którzy przekonali mnie na powrót, że historia nie tylko jest ciekawa, ale może też być interesująco i wciągająco opowiadana. I stało się to w czasach, kiedy z młodzieńczej i związanej głównie z zamiłowaniem do fantasy oraz legend arturiańskich fascynacji średniowieczem wyrosłam. Po tę książkę sięgnęłam jako po lekturę na studiach, zakładając, że jakoś muszę również przez to przebrnąć. I nagle zrozumiałam, że między umownym rokiem 476 - "końcem starożytności" a "odrodzeniem karolińskim" zachodziły jakieś procesy społeczne, gospodarcze i polityczne, że ślady cywilizacji klasycznej po prostu powoli obumierały i popadały w ruinę, bo nie miał z nich kto korzystać - a te, które dało się zaadaptować do nowych warunków, zostały wchłonięte przez powoli podnoszące się z cywilizacyjnego upadku i wzrastające znów liczebnie społeczeństwa.

A przede wszystkim miałam w ręku książkę, która nie popadła w żadną z dwóch skrajności: ani nie widziała w średniowieczu wyłącznie wieków ciemnoty i zacofania, ale śledziła wszelkie przejawy ludzkiej pomysłowości i błyskotliwości oraz przemiany kulturowe w ich szerokim kontekście, ani też nie gloryfikowała religijnego wymiaru tej epoki. W nauce, która jak mało która jest podatna na podszepty subiektywizmu i osobistych sympatii/antypatii, Le Goff potrafił być tak obiektywny (czyli podchodzić z szacunkiem do źródeł), jak to tylko możliwe. Zawdzięczam mu nie tylko poznanie konkretnych aspektów jednej epoki, ale także kawał warsztatu.

A w przyszłym roku jadę na stypendium na uczelnię, w której przez lata wykładał.

Sainte Chapelle, Paryż

sobota, 03 października 2009
Płomyk świeczki

Jakoś tak mam, że wszystkim największym nawet autorytetom coś tam do zarzucenia znajdę: a to nie do końca zgadzam się z poglądami, a to wiem o jakiejś ukrywanej skrzętnie wadzie charakteru, która ujawniona uczyniłaby takiego osobnika znacznie mi bliższym i sympatyczniejszym. Kiedy myślę o Marku Edelmanie, nie potrafię znaleźć takiej rysy. W liceum napisałam na olimpiadę polonistyczną esej o Zdążyć przed Panem Bogiem Hanny Krall, książce, która zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Nie lubię teraz tej pracy za jej emocjonalny ton, ale w wieku kilkunastu lat większość z nas tak pisze. Nie lubię do niej wracać, ale może teraz znów ją przeczytam, żeby przywołać wrażenia i emocje z pierwszej lektury tej niezwykłej książki. Mój esej miał tytuł zaczerpnięty z jej kart: Osłonić płomień świeczki. Kilkanaście minut temu, kiedy jechałam przez nocny Kraków, dostałam od N esemesa, że Marek Edelman nie żyje.

Lampka oliwna

niedziela, 13 lipca 2008
Vale

Parlament Europejski jest jedynym ciałem, w którym zasiada człowiek, na którego głosowałam z pełnym przekonaniem. Bardzo bym chciała kiedyś znów zagłosować z przekonaniem do polskiego parlamentu, chciałabym też, żeby mój kandydat na prezydenta miał jakieś szanse. A tymczasem od paru godzin wciąż nie mogę się pogodzić z tym, że zabrakło kolejnego człowieka, który reprezentował najbliższą mi opcję polityczną. Odkąd w ogóle dorosłam i dojrzałam na tyle, żeby się polską polityką zacząć przejmować, profesor Geremek zawsze gdzieś tam był. Może nie zawsze w szczegółach zgadzałam się z jego poglądami (daleko mi na przykład od dość powszechnej w Polsce fascynacji Francją i wszystkim, co francuskie), ale niewątpliwie należał do grona polityków, w których widziałam autorytety. I im bardziej poniewierane, szargane i znieważane przez nie dorastające im do pięt miernoty, tym większe autorytety. Bo nigdy nie puściły im nerwy, nigdy nie zniżyli się do poziomu swoich oponentów, a czasem wręcz prześladowców. Bardzo to wielka szkoda, że ludzie wielkiego formatu ponieśli w Polsce polityczną klęskę. Dobrze, że niektórzy z nich zdołali dostać się do europarlamentu. Wielka strata, że o jednego z nich ten parlament będzie od dziś uboższy.

Kiedyś dostałam jako nagrodę w szkolnej olimpiadzie książkę "Kultura średniowiecznej Polski", której współautorem był profesor Geremek. Było to dla mnie wtedy zaskoczeniem: to nazwisko kojarzyło mi się z opozycją, polityką, a nie z historią średniowiecza! Na dodatek był to temat nieszczególnie dla mnie interesujący, więc książka sobie stała wysoko na półce. W tym roku się przydała, stanęła w związku z tym w nieco bardziej prominentnym miejscu regału. I myślę, że już tam zostanie.

Muzeum Archeologiczne w Atenach

czwartek, 06 marca 2008
Gustaw Wielki

Dziś z rana powitała mnie wiadomość, że nie żyje Gustaw Holoubek. Mimo natłoku pracy przekładowo-korektorskiej chciałabym tu zapisać moje wielce młodzieńcze wspomnienie - był taki czas, że jeździłam dużo do rodziny w Warszawie i namiętnie chodziłam wtedy, siksa nastoletnia, do teatru. Różne były to doświadczenia, ale kilka z nich niezapomniane. Dwa najsilniej zapamiętane przeżycia związane są z aktorami już nieżyjącymi - Aleksandrą Śląską w "Matce" Witkacego w Ateneum i właśnie Gustawem Holoubkiem w "Romulusie Wielkim" Durrenmatta w Polskim. Na tym ostatnim przedstawieniu byłam dwa razy, ponieważ już wcześniej zakochałam się w sztuce, oglądając ją w telewizji - nie pamiętam jednak w jakiej obsadzie. W pamięci mam bowiem właśnie Holoubka, który już wówczas wydawał mi się starszym panem, jak z niebywałym humorem i ironią gra zmęczonego władzą cesarza, który marzy jedynie o tym, by uprawiać swój ogródek i karmić kury (nazwane imionami wielkich poprzedników; o zgrozo: mój ulubiony Hadrian jako kura!).

Kusi mnie, oczywiście, żeby przy okazji Durrenmatta porozprawiać sobie o upadku zachodniego cesarstwa i tego konsekwencjach albo opowiedzieć anegdotę o świętych wieszczych kurach w Rzymie, ale nie miejsce i nie czas na to. Zamiast tego zajrzałam na filmweb.pl i uświadomiłam sobie, jak dramatycznie polskie kino nie doceniło Holoubka. Jest kilka wielkich ról, zwłaszcza w latach '60, ale za mało... Tadeusz Konwicki miał przebłysk geniuszu, żeby powierzyć mu Wielką Improwizację w "Lawie" - dzięki temu mogłam posłuchać jego głosu we fragmencie tekstu, dzięki któremu aktor stał się cząstką historii. No i zagrał - błyskotliwie - w moim ulubionym polskim filmie wszechczasów (nie wiedzieć czemu uparcie niewydawanym w Polsce na dvd; w USA jest, tylko nie ten region) czyli "Rękopisie znalezionym w Saragossie". W genialnej obsadzie tego filmu Holoubek dostał rolę intelektualisty - zgodnie z opinią krytyki o swoim aktorstwie. I może tego właśnie bali się polscy reżyserzy, preferujący raczej aktorów emocjonalnych?

 Stela aktora z czasów rzymskich, Muzeum Archeologiczne w Thessalonice

piątek, 13 kwietnia 2007
Libros scripserat (

Najbardziej znane rzymskie napisy nagrobne brzmią mniej więcej tak: "domum curavit, lanam fecit" - dbała o dom, przędła wełnę - chodzi oczywiście o rzymską matronę. Rzymianie umieli ludzkie życie zamknąć w kilku słowach. Cóż w tym kontekście mogę napisać o zmarłym wybitnym pisarzu, którego książki na dodatek towarzyszyły mi od wczesnej młodości? Pamiętam, że znacznie bardziej niż Rzeźnią numer pięć zachwyciłam się Kocią kołyską, która do dziś pozostaje dla mnie niedoścignionym wzorem opisania absurdu świata i kondycji ludzkiej. A ponieważ de mortuis nil nisi bene, dodam tylko, że wprawdzie po przeczytaniu iluśtam kolejnych powieści tegoż autora przekonałam się, że są one w kółko o tym samym, a pomysły nie takie już świeże jak w kilku najsłynniejszych, to ich lektura jeśli nawet nie zachwytem, to zawsze pozostawała przyjemnością.

Tytułowi notki informacyjnej o śmierci Kurta Vonneguta w GW towarzyszył komentarz jakby żywcem wyjęty z jego powieści: Zdarza się. Myślę, że pisarz byłby zadowolony z lakonicznego rzymskiego nagrobka: Pisał książki.

 

Fragment (kopii) steli nagrobnej na ateńskim Kerameikosie


 

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright