wtorek, 13 maja 2014
A to Polska właśnie...

Zawsze lubiłam podróżować (skądinąd o tym, dlaczego irytują mnie obecne mody podróżnicze lansowane przez media usiłuję napisać notkę od dłuższego czasu, ale co rusz coś innego mnie od niej odrywa), a ostatnio pasja ta tylko się wzmogła (coraz więcej rzeczy mnie interesuje), na dodatek od prawie roku przestawiłam się praktycznie wyłącznie na tryb samochodowy (lekarskie zalecenie unikania samolotów), więc oglądam mnóstwo rzeczy również po drodze. Oglądam w sensie zwiedzam, ale i w sensie rejestruję. A także nabieram coraz większej wprawy w minimalizowaniu wydatków podróżnych, bo dojazd dokądkolwiek mi się wydłużył (co wbrew pozorom nie oznacza, że już dla dwóch osób bardzo podrożał), więc i w porównaniach cen w Europie jestem coraz lepsza.

I w tych podróżach rośnie mi lista dowodów na to, że wbrew temu, co do wierzenia dają nam media (świetne wyniki gospodarcze, ćwierć wieku od transformacji i różne takie tam), mieszkanie w Polsce jest frustrujące. Frustrujące, bo pomimo wszelkich zmian, popraw i czego tam jeszcze, pozostajemy pawiem o wyliniałych piórach i papugą o marnych talentach imitatorskich. Odrywając się jednak od metafor wieszczów powiedzmy sobie wprost: na tle większości innych krajów Europy Polska jest królestwem bylejakości, prowizorki i nieudolności. Niby wszystko jest, ale jakoś tuż za granicą jest (statystycznie) porządniejsze i sensowniej pomyślane. Dodałam, że statystycznie, bo znam w Polsce świetne restauracje (dobre jedzenie bywa niedrogie) czy miłe proste hoteliki w akceptowalnych cenach (ale już na Węgrzech i to w miasteczkach z wodami termalnymi za ten sam standard płaci się połowę, a w Niemczech kilka kilometrów w bok od autostrady w tej samej cenie jest wyższy standard).

Mam wrażenie, że już kiedyś pisałam (albo tylko zamierzałam) o tym, że do Polski nie sprowadza się pierwszego asortymentu sieciowych sklepów funkcjonujących w Europie. Przekonałam się o tym oglądając w Kopenhadze buty jednej z moich ulubionych firm, od dobrych kilku, jeśli nie kilkunastu lat działających na polskim rynku: w Krakowie (Warszawie też) jej buty są zawsze estetyczne i wygodne, w Kopenhadze oprócz tego są również piękne. W Rzymie znalazłam kiedyś cudne tenisówki, również popularnej firmy, której salonów w Polsce nie zliczysz. Niestety nie było mojego numeru, a ja tego dnia wyjeżdżałam, więc odpisałam numer serii i poszłam do dużego firmowego sklepu w Krakowie, gdzie okazało się, że "tego modelu nie sprowadza się do Polski" i co więcej - nawet na indywidualne zamówienie sprowadzić się nie da. O ubraniach w sieciówkach ze środkowej półki to już w ogóle nie wspomnę - to, co w Londynie kupuje się w takich sklepach, u nas wylądowałoby w drogich butikach. Nawet sklepy z używanymi ciuchami w Paryżu i Londynie, gdzie za parę euro czy funtów można kupić absolutne cuda vintage, zawierają zazwyczaj pojedynczo całą naprawdę atrakcyjną ofertę wszystkich krakowskich sklepów z drugiej ręki.

Ostatnie obserwacje jednak były czysto drogowe. Odkryłam bowiem na przykład, dlaczego w takiej Francji czy w Niemczech trawa naprawdę jest bardziej zielona. Co więcej, odkryłam, że powód tego jest niezwykle prosty: po prostu jadąc nawet autostradą, nie mówiąc już o bocznych drogach, widzi się tę trawę. Nie jest ona zasłonięta milionami billboardów, reklam, reklameczek, banerów, napisów, ogłoszeń, szyldów, strzałek i drogowskazów do setek okolicznych firm, warsztatów, sklepów i salonów łazienek, oraz wszelkiego innego badziewia, którym upstrzona jest każda droga w Polsce.

Ponadto jadąc po nocy z Wiednia wiedziałam natychmiast, nawet nie patrząc na tablicę przy drodze, kiedy wjechałam z Czech do Polski: z jezdni autostrady znikły jakiekolwiek oznaczenia pasów i poboczy za wyjątkiem poblakłych i słabo odblaskowych pasków namalowanych na asfalcie. Ja już nawet nie marzę o autostradach nocą oświetlonych, jak w Belgii, ale o prostym i dobrze widocznym systemie wbitych w nawierzchnię odblaskowych światełek, które ułatwiają jazdę po ciemku. W Anglii są różnokolorowe, kodujące odpowiednio wszystko: wewnętrzną i zewnętrzną krawędź drogi, podział pasów, zjazdy z autostrady, zjazdy na parkingi przy poboczu. W Austrii, Francji, Niemczech i Włoszech są po prostu białe, czerwone, czasem dodatkowo żółte i niebieskie, ale pokazują zakręty i łuki idealnie. W Polsce, w której na dodatek pasy zazwyczaj nie są rozdzielone krzakami czy barierkami zasłaniającymi długie światła (co uniemożliwia ich użycie), rozsądek nakazywałby jazdę maksymalnie pięćdziesiątką, ponieważ trzeba ślepić w poszukiwaniu kierunku jazdy. A przecież nie od tego są autostrady.

Trzecia sprawa: objazdy. Kiedy w Niemczech za Berlinem był remont kawałka autostrady, to (długi) objazd był oznakowany tak, że dało się po sznureczku przejechać przez kilka miasteczek po drodze. W Polsce tuż za granicą okazało się, że dojazd z czeskiej autostrady do katowickiej jest w remoncie i nagle stanęłam przed możliwością jazdy do mnóstwa pobliskich miejscowości, których nazwy nic mi nie mówiły, ale nigdzie nie było napisane, którą z tych opcji wybrać, żeby dojechać do Katowic czy Krakowa. GPS wariował, usiłując wrócić na nieistniejący kawałek autostrady, wybrałam więc opcję Pszczyna, ponieważ przynajmniej w przybliżeniu wiem, gdzie to jest, i jakoś tak po kilometrze nad wielkimi tablicami z różnymi rzeczami pojawiły się maleńkie tabliczki informujące, że jest to również objazd do autostrady Wrocław-Katowice. No dobra, ja przynajmniej wiedziałam, co to Pszczyna, ale co ma z tym zrobić obcokrajowiec? Pomijam już fakt, że te objazdowe tabliczki może miał szanse zobaczyć od razu kierowca tira, ale z perspektywy samochodu osobowego były one na granicy wzroku.

O dziurach na wszystkich nieautostradowych drogach to już nawet nie wspomnę, bo to wiedza powszechna. Oraz o tym, że jakość autostrad jest zasadniczo w całej Europie odwrotnie proporcjonalna do ceny, jaką się płaci za ich użytkowanie, co oczywiście sprawdza się również w Polsce, gdzie wspomniany kawałek Katowice-Kraków jest koszmarnie drogi, a jakość infrastruktury woła o pomstę do nieba.

Jedno, co się poprawia z roku na rok (choć nie wszędzie) i nawet na tle zachodu Europy przestaje wyglądać obciachowo, to jedzenie przy autostradach. Coraz więcej jest ewidentnie lokalnych inicjatyw w rodzaju "domowa kuchnia", gdzie zapewne zatrudniono utalentowane okoliczne gospodynie, które gotują dobre pierogi i umieją przyrządzić kurczaka (pozdrawiam niniejszym osobę, która dla MOP Morawica piecze sernik), ale oczywiście oznacza to również loterię. Na innym MOPie (co za skądinąd cudna nazwa) miałam problem ze znalezieniem w menu czegokolwiek, co nie byłoby unurzane w tłuszczu i nie było rybą; jarskiej opcji nie było w ogóle, bo pierogi ruskie się skończyły (sernik w Morawicy był o północy, a pierogów w tamtym drugim miejscu, którego nazwy szczęśliwie nie pamiętam, zabrakło w porze obiadowej, co zresztą właścicielowi powinno dać do myślenia).

O tym, jak frustrujące są krótkie wizyty w miastach, gdzie non stop są ciekawe wystawy (przyjeżdżam na jedną i czytam, że zaraz po moim wyjeździe zaczyna się następna, która skończy się, zanim zdołam znów przyjechać), konieczność wyboru, na które książki można sobie pozwolić, jest powodem do głębokiej rozpaczy, a targ staroci można by wykupić w połowie, napiszę osobno, bo to osobny temat. Refleksje drogowe jednakowoż również są okołokulturalne: jeśli narzekamy, że turyści nie dość doceniają piękne polskie krajobrazy i nie przyjeżdżają tu dla piękna naszej ukochanej ojczyzny tylko dla taniego piwa, to może by coś zrobić, żeby przejeżdżając przez Polskę nie byli bombardowani wszechobecną szpetotą (dotyczy to również większości przydrożnej architektury), bałaganem, i mnóstwem innych śmieci przysłaniających te krajobrazy. Nawet we Włoszech i Grecji, gdzie billboardy są, nie ma ich aż tak dużo i jednak toskańskie miasteczko czy widok na Olimp da się sfotografować bez akrobacji i fotoszopa. Wiosenne złote pola rzepaku w Turyngii czy Szampanii wyglądają milion razy lepiej od takich samych pól na Dolnym Śląsku głównie dlatego, że je widać. Przepraszam za banał.

Valmy

PS. Na zdjęciu to właśnie bardzo nie Polska. Okolice Valmy, przypadkowy postój w miejscu, gdzie dało się zatrzymać na autostradzie.

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright