poniedziałek, 29 kwietnia 2013
Dilectissimo poetae

N poinformowała mnie, że dziś jest rocznica zarówno urodzin (sto pięćdziesiąta) jak i śmierci (osiemdziesiąta) mojego ulubionego poety, Konstandinosa Kawafisa. Odkryłam go nie aż tak bardzo dawno, ale szybko się zakochałam. Głównie oczywiście w wierszach "hellenistycznych". A potem nagle odkryłam, zapoznawszy się nieco z nowożytną greką, że istniejący polski przekład nijak nie oddaje melodii tych wierszy, tego, że one są zazwyczaj wersyfikacyjnie regularne, albo bardzo regularności bliskie. I tak jakoś, na fali sukcesu angielskich romantyków, postanowiłam z tym Kawafisem się zmierzyć, zwłaszcza że już wcześniej opublikowałam przekład jednego wiersza jego rodaka, Andreasa Embeirikosa.

Teraz więc, z okazji tych aż dwóch okrągłych rocznic, pozwalam sobie wkleić tu jeden z moich ulubionych wierszy w moim przekładzie. Jest on o mieście, którego nigdy nie zobaczę takim, jakie bym je chciała zobaczyć. O czasach, o których napisałam kilka artykułów. A gdyby mi zaproponowano podróż w czasie, to tam - choć może o dwa stulecia wcześniej - najbardziej chciałabym wylądować.

BÓG OPUSZCZA ANTONIUSZA

Kiedy nagle w północnej godzinie usłyszysz,
jak orszak idzie niewidzialny
przy dźwiękach świetnej muzyki i głosów –
los, który się od ciebie odwrócił, uczynki
niespełnione, a także zamiarów życiowych
ułudę nie na darmo będziesz opłakiwał.
Od dawna jesteś gotowy i mężny,
żegnaj więc Aleksandrię, żegnaj odchodzącą.
Przede wszystkim zaś nie oszukuj siebie, nie mów
że to są mary, że słuch cię omamił
i do daremnej nie zniż się nadziei.
Od dawna jesteś gotowy i mężny,
bo byłeś przecież godny tego miasta,
podejdź zatem do okna pewnym krokiem,
słuchaj pełen emocji, lecz nie pozwól sobie
na błagania ani żale tchórzliwe;
słuchaj w ostatnim zachwycie tych głosów
tajemnego orszaku instrumentów świetnych
i żegnaj Aleksandrię, żegnaj utraconą.

1911

Harpokrates z Aleksandrii

sobota, 26 stycznia 2013
Poezja. Przekłady. Przedmowa.

Trzy wpisy temu zapowiedziałam, że w ramach reaktywacji napiszę krótkie wytłumaczenia dotyczące tłumaczeń poezji. Bo tłumaczenie poezji to jest walka z materią językową i wersyfikacyjną (czyli tak zwaną po szkolnemu "formą"), z samym sobą, z obrazem, który wiersz w człowieku wywołuje, z epoką, w której powstał, i językiem, w którym ma być czytany. Z pokusami, że współcześnie do wiersza, który się tłumaczy, pisali przecież w języku, na który się tłumaczy, jacyś poeci, czasem nawet wybitni, więc może by nimi "pojechać".

Przekładanie poezji - a zapewne wysoko artystycznej prozy również - jest sztuką wyboru i kompromisu, głównie z sobą samym, wbrew pozorom. Procesem dokonywania nieustannych bolesnych wyborów. O tych wyborach i o towarzyszących im niepokojach oraz - wybaczcie patos - cierpieniach chciałabym kilka notatek napisać. Bo ten proces gdzieś ginie, a jego efekty spotykają się niekiedy z głosami krytycznymi. Dlatego kusi mnie próba opisania, z czego świadomie - i nierzadko z bólem i trudem - rezygnowałam. I z jakich powodów. Teraz napiszę do tych notatek wstępik teoretycznawy, żeby pewnych rzeczy nie powtarzać za każdym razem.

W czasach, kiedy jeszcze mocowałam się z konsekwencjami błędnych decyzji dotyczących wyboru pierwszych studiów, miałam przejściową ideę zajmowania się teorią przekładu oraz konkretami tłumaczenia dawnej angielskiej poezji (XVI-XVII w.) na język polski. Nic z tego zajmowania się nie wyszło, bo szybko odkryłam, że teorie teorii to jest zjadania ogona nawet nie własnego, ale cudzego, i to zazwyczaj wyliniałego. Ale poczytałam sporo przekładów "poetów metafizycznych" i zapamiętałam na całe życie jedno: nawet jeśli Kochanowski w plus minus tym samym czasie napisał, że "ale to wszystko za jaje, kiedy Hanny nie dostaje", to pisanie w XX wieku plus minus czegoś takiego: "nie pusz się śmierci, za jaje twa groza", nie jest dobrym pomysłem. Bo jest jeszcze coś takiego jak czytelniczy dystans do języka i jego archaiczności: bez trudu akceptujemy ją w tekście naprawdę napisanym dawno, ale w nowoczesnym przekładzie razi.

Poczytałam wówczas również rozmaite teksty mniej lub bardziej teoretyczne lub metodologiczne i z tej lektury z kolei wyniosłam naukę, że umieszczanie w manifestach translatologicznych uwag ad personam, kiedy samemu jest się krytykowanego tłumacza konkurencją, jest mało eleganckie. Spowodowało to u mnie niewątpliwy dysonans: z jednej strony nie do końca da się wytłumaczyć swoje własne wybory bez odniesienia się do przekładów wcześniej istniejących, zwłaszcza jeśli się je znało i własne wybory podejmowało po części przynajmniej w odpowiedzi na to, co we wcześniejszych przekładach człowiekowi nie odpowiadało. Z drugiej zaś strony chciałabym uniknąć wytykania palcem innym tłumaczom: o, tu nie zrozumiał, o, tu nie miał słuchu. To powinien robić krytyk zewnętrzny, który również sine ira et studio przyjrzałby się moim wyborom i ich rezultatom.

Już wiem, że bez odniesień do innych przekładów się nie obejdę, ale postaram się nawiązywać do nich tylko w tych konkretnych sytuacjach, kiedy rzeczywiście przekonanie o popełnieniu przez innego tłumacza błędu bądź też podjęciu niedobrej decyzji artystycznej było elementem mojego własnego namysłu nad konkretnym tekstem i związanymi z nim wyborami. Od razu jednakowoż uprzedzam, że jest jeden przykład tłumaczenia wybitnego wiersza, od którego może nawet i zacznę ten cykl, od pastwienia się nad którym prawdopodobnie nie zdołam się powstrzymać.

Albowiem oprócz przekładów publikowanych przez poważne wydawnictwa - przekładów, które mogą się podobać albo nie, analogicznie do adaptacji filmowych wielkiej literatury, niemniej zostały przynajmniej poddane jakiejś weryfikacji (nawet jeśli w niektórych przypadkach jej podstawą bywa pozycja i wcześniejszy dorobek tłumacza) - istnieje jeszcze tłumaczeniowa grafomania, która ujawnia się zazwyczaj w internecie, niekiedy przyjmując pozory poważnej pracy literackiej. W takim przypadku z jednej strony chciałoby się machnąć ręką, bo to w sumie coś w rodzaju twórczości spod znaku fan fiction czyli nastolatek piszących o romansach Hermiony Granger z profesorem Snapem. Po namyśle doszłam jednakowoż do wniosku, że w przypadku publikowania w sieci autentycznie grafomańskich przekładów wielkiej poezji czyni się szkodę nie tylko własnej reputacji, bo ta jest problemem osoby publikującej. Publikując potworki przekładowe wyrządza się jednakowoż również krzywdę utworom tłumaczonym, a mowa tu będzie o poezji z najwyższej półki. Dla czegoś takiego nie zamierzam być pobłażliwa i tu już nie będzie dyskusji z tłumaczem. Twórczość poetów dziewiętnastowiecznych należy do domeny publicznej, ale to jeszcze nie znaczy, że wolno bezkarnie ją kaleczyć i ośmieszać.

Zwłaszcza że jest jeszcze jedno, że powołam się znów na analogię z filmowymi adaptacjami powieści, ponieważ poza wszystkim innym rozpisywałam się na ten temat dwa wpisy temu, więc jestem na bieżąco z przemyśleniami. O ile ośmieszająca, okaleczona adaptacja filmowa klasyki literackiej zazwyczaj dość szybko i łatwo zostanie zweryfikowana przez krytykę, publicznie obnażona i napiętnowana - a następnie co najwyżej trafi do kategorii kultowych dziwactw i potworków czyli stanie się obiektem campowym - o tyle krążący po sieci przekład wiersza takiej weryfikacji nie podlega, a na dodatek na przykład maturzyści w swoich prezentacjach zapewne go zacytują w dobrej wierze, ponieważ będzie najłatwiej dostępny...

To tyle właściwie tytułem wstępu do cyklu, który zapewne będzie nieregularny i przetykany innymi notkami, ale który bardzo chcę napisać - jeśli nie dla kogokolwiek innego, to chociażby dla samej siebie, żeby wytłumaczyć się z tłumaczeń przed samą sobą i duchami poetów. Zwłaszcza że planuję wiktoriańską kontynuację i za jakiś czas może tomik dziewiętnastowieczny, może więc nawet będą to czasem cierpienia tłumacza na żywo, zapisy zmagań z materią znajdującą się akurat na warsztacie.

czwartek, 15 listopada 2012
Moi romantycy

Drodzy czytelnicy, znów będzie autoreklama, ale co tu ukrywać... chodzę sobie dumna i blada, bom oto opublikowała sporą liczbę przekładów poezji i to w Bardzo Renomowanym Czasopismie (Literatura na Świecie, nr 9-10/2012), a nie - jak dotychczas - pojedyncze utwory w periodyku dość niszowym. I to poezji nie byle jakiej, ale z najwyższej półki. Keats, Shelley i Wordsworth. Nad Keatsa to moim skromnym zdaniem wyrasta niewielu poetów, o ile w ogóle nie jest tak, że na tym najwyższym podium stoją oni równo, bo jak tu na serio porównywać sonety Petrarki czy Szekspira i Odę do urny greckiej? Dla mnie zresztą ta ostatnia jest jednym z ostatecznych punktów dojścia poezji. Nie wiem, czy kiedykolwiek przetłumaczę piękniejszy i mądrzejszy (a może po prostu: ważniejszy dla mnie) wiersz. Ale jedno wiem: chcę znów zabrać się za poezję, bo odkąd już ponad cztery lata temu N namówiła mnie na przełożenie Pieśni ku czci Mitry Kiplinga (a potem, jak to już ktoś zechciał opublikować i zebrało nawet dobre recenzje, popróbowanie sił z Urną właśnie), dość zachorowałam na tłumaczenie wierszy. A dzięki dobrym słowom i zachętom różnych znakomitych osób, które zamęczałam czytaniem tego, co powstawało w ciągu kilku ostatnich lat, mogę teraz cieszyć się swoim nazwiskiem tuż pod nazwiskami poetów, których naprawdę lubię czytać. Bo niełatwo było to posłać do redakcji, naprawdę niełatwo...

Mam w związku z tym wielki plan napisać tu kilka krótkich notek, w których wytłumaczyłabym się sama przed sobą, a i trochę przed czytelnikami, z pewnych decyzji translatorskich, bo aż zbyt często bywają one trudne i bolesne. Ale pracując akurat nad tym zbiorkiem - który, mam nadzieję, kiedyś przybierze kształt niezależnego tomiku, może z angielską poezją romantyczną i wiktoriańską - jednego byłam pewna: na pierwszym miejscu jest melodia wiersza, jego dynamika (zarówno rytm jak i metaforyka, która też przecież może być statyczna lub dynamiczna), jego brzmienie.

W każdym razie - nieskromnie zapraszam do lektury romantycznego tomu Literatury na Świecie...

Rzym, Piazza di Spagna

PS. Kategoria, w której pisuję z rzadka o przekładach, nazywa się po horacjańsku servum pecus czyli trzoda niewolników, bo tak w Sztuce poetyckiej zostali nazwani nie tyle tłumacze, ile naśladowcy (co wówczas było praktycznie tym samym, bo nie rozróżniano takich nowoczesnych kategorii). Tymczasem już tłumaczenie powieści młodzieżowych, które były wymagające językowo (np. trzeba było wymyślić sensowne gry słowne, nie gubiące skojarzeń zawartych w oryginale, a zarazem zabawne po polsku), a co dopiero poezji z najwyższej półki, uświadomiło mi, że tłumaczenie jest jednak sztuką: daje artystyczną satysfakcję, ale jest także efektem iście artystycznych męczarni...

sobota, 23 maja 2009
Pomożecie?

W książce, którą obecnie tłumaczę (napiszę o niej osobno w innym kontekście), jest rozdział "Five Poems Every Boy Should Know". Książka jest angielska, ba, jest wręcz klasycznie brytyjska, nie dziwota więc, że w rozdziale tym znalazły się wiersze poetów angielskich; w tym dwa autorów powszechnie znanych: "If" Kiplinga (który chyba w ogóle jest duchowym patronem tej książki), "Ozymandias" Shelleya (skądinąd rzeczywiście świetny wiersz), oraz trzy poetów poza Anglią w zasadzie całkowicie nieznanych: "Invictus" Henleya, "Vitae Lampada" Newbolta, "Sea-Fever" Masefielda. Dwaj ostatni w polskiej Wikipedii figurują jedynie na listach pisarzy anglojęzycznych, pierwszego w ogóle nie ma. Przyznam, że przeczytanie ich wierszy sprawiło mi pewną przyjemność, są to przyzwoicie napisane wiersze, które zapewne jakoś tam funkcjonują w brytyjskiej tradycji, notki o autorach są ciekawe, ale nie aż tak, żebym miała potrzebę sięgnięcia po tomiki.

No i mam problem. Z autorami już na początku pracy nad tą książką ustaliliśmy, że polskie wydanie będzie nieco zmienione - pomijam takie drobiazgi jak zamiana jednostek metrycznych czy funtów na złotówki - dostosowane zostaną po części rozdziały historyczne. Przyznam - mam wobec tego zabiegu mieszane uczucia, ale z drugiej strony część opowieści tu zamieszczonych nijak nie ma się do wiedzy, którą ma szanse posiadać polski czytelnik. A np. rozdział o wyrażeniach łacińskich stosowanych w życiu codziennym uświadomił mi, jak duże są również pod takim względem różnice kulturowe.

Problem z wierszami jest jednak największy. Bo jakoś nijak sobie nie wyobrażam wrzucenia w to miejsce np. "Ody do młodości". A może to jest właśnie ten wiersz, który powinien się w takim mikrowyborze znaleźć, bo cytuje się z niego mnóstwo kawałków, często nawet nie wiedząc, skąd pochodzą?

Dlatego mam prośbę do czytelników tego bloga: podrzućcie mi swoje pomysły na to, jakie pięć wierszy powinien znać polski czytelnik książki skierowanej głównie do chłopców (o tej właśnie kwestii napiszę osobno, bo wcale nie jest tak, jakby się uczulonym na polityczną poprawność mogło wydawać)?

Byłabym również wdzięczna za sugestie, jakie "extraordinary stories" powinny się tu znaleźć. W oryginale są to: Scott na Antarktydzie, admirał Nelson, Joe Simpson i Simon Yates, bohaterowie tragicznej wyprawy na Siula Grande w 1985 (znani dzięki książce i filmowi "Touching the Void"), Douglas Bader (brytyjski lotnik z II wojny światowej) i Robert the Bruce, bohater szkocki.

I kwestia trzecia: wielkie bitwy. W książce są to: Termopile, Kanny, inwazja Cezara na Brytanię (żadna poważna i ważna bitwa, tak po prawdzie), Hastings, Crécy, Waterloo, Balaclava, Rorke's Drift, Somma. Nie twierdzę, że to muszą być - w przypadku średniowiecza i nowożytności - koniecznie bitwy z udziałem Polaków (choć autorzy w korespondencji sami zasugerowali odsiecz wiedeńską), chyba lepiej, żeby były to po prostu ważne bitwy?

Że zacytuję klasyka: pomożecie?

Termopile

niedziela, 25 listopada 2007
Z lamusa estetyki

Zakończyłam wreszcie pracę nad indiańskimi legendami i zanim rzucę się znów w wir fantasy, mogę sobie co nieco poblogować (zaległości mam straszliwe i na dodatek około dziesięciu zaczętych wpisów, których nie mogę dokończyć... widać jak tylko władza się zmieniła, nic nie wymaga natychmiastowego komentarza) - przez ostatnie tygodnie wolne chwile przed komputerem spędzałam głowiąc się, co zrobić ze słówkami, które nie mają sensownych polskich odpowiedników (np. chipmunk czyli ta piekielna wiewióra z kreskówki) oraz sprawić, żeby baśnie o chłopcu imieniem Indyk (który na dodatek w jednej z nich zamieniał się w indyka) brzmiały po polsku choć trochę mniej komicznie. Nie wiem, jak innym, ale mnie indyk kojarzy się z ptaszyskiem udomowionym, ciężkim i niezgrabnym, a wedle opinii osób znających się na rzeczy na dodatek niewiarygodnie wręcz głupim. Tymczasem w dwóch baśniach zbioru, który właśnie szczęśliwie powędrował w ręce redaktora, indyk jest jednym z totemicznych mądrych zwierząt, na dodatek lekko i bez problemu podfruwa sobie z gałęzi na gałąź. No i nieustannie gulgocze, co już całkiem odejmuje mu resztkę decorum, albowiem bohater jest typowo heroiczny, a po polsku kojarzy się komicznie. Jak widać nieprzetłumaczalność może pojawić się na dość dowolnym poziomie tekstu. 

Decorum czyli stosowność (lub też mniej znane greckie πρεπον) to zresztą kategoria, która wraz z romantyczną rewolucją dosyć poszła do kosza. Kto by bowiem przejmował się, czy np. król może czy też nie może użyć jakiegoś zwrotu? Albo czy takiej czy innej postaci wypada zachowywać się w jakiś określony sposób?

Zarówno Arystoteles jak i Horacy, a za nimi całe rzesze szesnasto- i osiemnastowiecznych autorów poetyk normatywnych, uczyli, że postać powinna postępować, zachowywać się i mówić zgodnie ze swoim ethosem czyli typem. I tak, by powołać się na Horacego, Achilles powinien być porywczy, Medea szalona a Iksjon podły. W naszych czasach wie o tym dobra kultura popularna - dzięki temu oglądając filmy gatunków wiemy, kto będzie czarnym charakterem itd. Ale też dzięki temu można nas zaskoczyć - wprowadzić tropy zgodne z typem, aby je następnie złamać. Zaskoczenie może nastąpić tylko wtedy, gdy dobrze znamy formułę czy stereotyp.

Jest jeszcze kwestia stosowności związanej ze sposobem wysławiania się. W dawnych czasach postacie np. dramatu miały ściśle określony rejestr językowy i stylistyczny, którym mogły się posługiwać - a łamanie tej reguły było zabiegiem komediowym.

I dziś właśnie w języku najbardziej widać, ile straciliśmy zapominając w romantycznej euforii walki z klasycyzmem o zasadzie decorum. Wystarczy popatrzeć na radosną twórczość tłumaczy filmów i książek - ostatnio w jakimś oglądanym przeze mnie thrillerze (oficjalne wydanie na dvd) bohater wyraził się o swojej żonie w napisach per "moja połowica" - a dodam, że kontekst był jak najbardziej zwyczajny, co więcej, w oryginale była mowa o "my perfect half" czyli idealnej partnerce. Tłumacz niestety zapewne poszedł za angielskim "half" - pół (kontekst wskazywał raczej na platońską "drugą połówkę") i sięgnął po archaiczne i obecnie nieco komicznie brzmiące słowo "połowica", w ogóle się nie zastanawiając nad efektem, jaki wywoła u widza.

Przykłady można by mnożyć; wdzięcznym obiektem obserwacji bywa również rodzima twórczość literacka spod znaku literatury popularnej, nie mówiąc już o radosnej twórczości internetowych literatów. A także np. twórców reklam (czyli pożal się Boże świetnie opłacanych tzw. kreatywnych) i autorów dialogów do polskich filmów. W polskiej reklamie rzadko się zdarza, żeby jej bohaterowie mówili językiem naturalnym i autentycznym dla swojej grupy społecznej, co rzuca się w oczy - a raczej w uszy - zwłaszcza gdy reklama w zamierzeniu ma być skierowana do młodzieży. Copywriterzy silą się wtedy na "młodzieżowy" żargon, zapominając, że jest to język, który zmienia się w zawrotnym tempie, w związku z czym to, co dla dwudziestoparolatka z agencji jest jeszcze trendy, dla osiemnastoletniego targetu jest już przebrzmiałe i obciachowe - bo jeszcze nie dość stare, żeby mogło być modne.

Ja już nie wspomnę o wypowiedziach polityków, bo wygląda na to, że ci, dla których język polski był kompletną terra incognita, szczęśliwie odchodzą w niebyt polityczny i do przypisów w podręcznikach do historii.

Już na tym blogu cytowałam kiedyś Potęgę smaku Herberta, więc przypomnę tylko, że "estetyka bywa przydatna w życiu". Stosowność takoż.

Nimfa i satyr

środa, 31 października 2007
Dotknięcie obcości

Dłuuuuga przerwa w blogu spowodowana była m. in. próbą ostatecznego uporania się z tłumaczeniem zbioru legend Indian Seneca (zbieżność z Lucjuszem Anneuszem Seneką całkiem przypadkowa), który mimo że napisany dość przystępną angielszczyzną sprawia mi niejakie kłopoty, ponieważ dość rozpaczliwie nie znam się na kulturze Indian północnoamerykańskich. Po prawdzie zakres mojego zetknięcia z tą kulturą wyznaczało dotychczas te kilka odcinków Z Archiwum X, w których była mowa o Anasazi. Była więc ta moja wiedza wysoce specyficznego rodzaju.

A teraz rzuciło mnie w sam środek opowieści o totemicznych zwierzętach, a także o stworzeniu świata i różnych innych nieco bardziej ogólno-mitycznych sprawach. I pierwsze wrażenie było takie: o, Campbell i wszyscy inni plus minus strukturaliści od mitów mieli rację! To istotnie jest gdzieś tam głęboko podobne do wszystkich innych mitów! A potem przeczytałam (i przepisałam) kilka innych opowiadań i doszłam do wniosku, że są też rzeczy całkowicie odmienne.

Na przykład seria opowieści, w których młody bohater napotyka na swojej drodze taki czy inny zakaz: nie zejdziesz ze ścieżki, choćby nie wiem co cię kusiło, nie zajrzysz do tego konkretnego szałasu w podniebnej wiosce itd. Mój instynkt kulturowy podpowiadał mi, że bohater (a zwłaszcza jeden z bohaterów, gdy było ich dwóch) powinien ten zakaz złamać. O tym przecież jest większość baśni indoeuropejskich (by wymienić z różnych poziomów Czerwonego Kapturka, mit o Pandorze, mit o Orfeuszu - albo i żonie Lota, by wyjść poza czystą indoeuropejskość w inne elementy naszego kręgu kulturowego - czy baśń o Sinobrodym). A tu nic takiego! Mają nie schodzić ze ścieżki, to nie schodzą, mimo że kuszą ich smakiem i zapachem wspaniałe gadające jagody. Mają nie wchodzić do szałasów, w których w odpowiedniku raju mieszkają zmarli, no to nie wchodzą - ba, ten problem w ogóle nie powstaje, żaden z bohaterów nawet nie odczuwa takiej potrzeby. W jednym opowiadaniu, w którym babcia zakazuje wnukowi iść na wschód, gdzie mieszka straszliwy czarownik, który zabił wcześniej jego rodziców, chłopiec nie słucha zakazu - i w przeciwieństwie do większości znanych mi baśni nie spotyka go za to żadna kara. Bez problemu radzi sobie ze złym czarownikiem i jego okrutnymi siostrami przy pomocy sprytu.

I musze przyznać, że nie wiem, co o tym myśleć. Te baśnie są bardzo wyraźnie oparte na pierwotnych mitach, nie są uładzone i odarte z okrucieństwa, mają wreszcie - podobnie jak spajająca je narracja - wyraźny charakter inicjacyjny. Tymczasem brakuje w nich tego, co najsilniej kojarzy mi się z takim typem opowieści - wewnętrznej sprzeczności bohatera, ambiwalencji uczuć, lęku przed obraną ścieżką. I zastanawiam się przede wszystkim, czy ta różnica nie jest ważniejsza niż podobieństwa w tych opowieściach, które mówią np. o stworzeniu świata - podobieństwa do elementów znanych z innych kręgów kulturowych od Egiptu (np. świat wyłaniający się jako wyspa na pierwotnym oceanie) po Skandynawię (np. drzewo świata). Nie rozstrzygnę tego, oczywiście, ale nie przestaje mnie to zdumiewać. I jakkolwiek jest to ciekawe, a opowieści, które tłumaczę, są piękne i mają naprawdę fascynujące elementy, tak utwierdza mnie to tylko w przekonaniu, że mogę sobie oglądać obce kultury, ale moja ojczyzna jest w Europie.

Mozaika z Pelli: gryf polujący na jelenia

PS. A propos Ameryki Północnej i żeby nie było, że jestem jakimś ksenofobem: dziś były u mnie dzieci sąsiadów z halloweenowym "cukierki albo psikus" i oczywiście dostały cukierki.

sobota, 14 lipca 2007
O przekładaniu języka nieistniejącego (uwagi frustrata)

Od kilku tygodni, po szczęśliwym zakończeniu (prawie, jeszcze trwają różne korekty) przygody z pamiętnikiem seksoholiczki, mam na warsztacie bestseller fantasy - raczej zresztą dla młodzieży niż dla dorosłych.

Rzecz jest całkiem sympatyczna, aczkolwiek przez prawie dwieście stron druku niewiele się wydarzyło, bohaterowie dają się lubić, mimo że nie są zbyt skomplikowani, świat jest takoż całkiem całkiem, choć momentami chciałoby się o nim wiedzieć więcej. A z punktu widzenia tłumacza książka jest bezcenna, albowiem niemal sama się tłumaczy - prosty, przezroczysty styl, żadnych konwolutnych zdań i stylistycznych pułapek. Zdawałoby się: żyć, nie umierać.

Gdyby nie to, że autorzy fantastyki uwielbiają wymyślać. Okej, zgadzam się, taka ich profesja - mają wymyślić coś, co nie istnieje. Problem w tym, że jak nie istnieje, to powinno być inne niż jest świat wokół nas, a jeśli nie ma się znakomitych pomysłów na to, jak ten świat ma funkcjonować (a czasami nawet jeśli się ma całkiem niezłe, o czym za chwilę), to wrzuca się do tekstu nieistniejące słówka. I masz, babo, placek, gdyż angielszczyzna pod tym względem znacznie bardziej jest tolerancyjna niż polszczyzna.

W powieści, którą właśnie tłumaczę, autorka postanowiła sprezentować czytelnikowi przede wszystkim obcą faunę i florę oraz tychże pochodne, czyli kulinaria. Miłosiernie na końcu książki dodała słowniczek - ale z mojego punktu widzenia niewiele to pomaga, albowiem problem z przekładem takich rzeczy jest przede wszystkim eufoniczno-fonetyczny. Niektóre autorskie pomysły po prostu po polsku fatalnie brzmią. A niektóre, co gorsza, w ogóle nie wiadomo, jak powinny być zapisane. W słowniczku jest na przykład słówko "jerras" (rodzaj fasoli; szczęśliwie jeszcze nie było w tekście) - no i co z takim zrobić? W założeniu autorki zapewne czyta się to "dżerras", choć zważywszy rosnące wpływy hiszpańskie na potoczną angielszczyznę, zwłaszcza w Stanach, na upór mogłoby to być "herras". Niestety najmniejsze jest prawdopodobieństwo wymowy przez "j". A problem w tym, że "dżerras" wygląda idiotycznie. I nie wiem, co z tym zrobić. Takich fonetycznie kłopotliwych słówek jest więcej, ale to nie koniec problemów.

Nie jestem na przykład przekonana, że "suka" na określenie trunku będzie w przekładzie dobrym pomysłem. Podobnie zresztą jak narkotyk o nazwie "myk". A dokładniej: nie miałabym nic przeciwko tak brzmiącym nazwom, gdyby bohaterowie mówili zdecydowanie slangiem i te słówka ze slangu pochodziły. Sęk w tym, że one należą do, powiedzmy, oficjalnego języka świata powieści.

A tak naprawdę nie byłoby problemu, gdyby te słówka były jakoś związane z angielszczyzną - na dowolnym poziomie. Niestety nie są, w związku z czym nie mam żadnej wskazówki, jak je w razie czego przerabiać. Przez chwilę pocieszałam się, że tłumacze Lema, Dukaja czy Sapkowskiego też nie mieli łatwego zadania, ale potem uświadomiłam sobie, że większość neologizmów w ich książkach miała zakorzenienie w języku polskim - znaczy się można było odtworzyć znaczenia słów, które uległy przetworzeniu, i na tej podstawie tworzyć odpowiedniki (uświadomiłam to sobie wyguglawszy fragmenty przekładu Katedry Dukaja).

No cóż, to właśnie Jacek Dukaj w moich skądinąd ukochanych Innych pieśniach udowodnił, że język jest najlepszym narzędziem do pokazania obcości... niestety nie dodał wskazówek, jak tłumaczyć nieistniejący język na nieistniejący język w innym języku.

Tabliczka z pismem klinowym, Luwr

wtorek, 26 czerwca 2007
Dla dobra tekstu?

Nie chcę wchodzić w teorie spiskowe, dlaczego, ale dowiedziałam się dziś (a właściwie wczoraj) od pewnego redaktora, że "dla dobra tekstu" należy go w tłumaczeniu ulepszać. Konkretnie: jeśli styl autora w oryginale jest, dajmy na to, monotonny, to należy go w przekładzie ożywić, np. przez urozmaicenie słownictwa i dynamizację emocji.

Niestety, zabrakło mi (na razie) odwagi, żeby zapytać, co w takim razie zostanie z oryginału. Zwłaszcza jeśli książka należy do takich, w których fabuła jest miałka - z założenia lub bo tak wyszło.

Zabrakło mi odwagi, by zapytać, co jeśli w rezultacie takich zabiegów w recenzji książki w kraju przekładu przeczytamy, że jej dodatkowym atutem jest żywy styl i bogate słownictwo - podczas gdy w recenzjach oryginału jak byk będzie stało, że autorowi przydałoby się słownictwo wzbogacić, a styl ożywić.

Wyobraziłam sobie ponadto - ale też nie odważyłam się o tym napomknąć - utrzymane w takim duchu przekłady paru książek. No bo weźmy takiego Prousta - aż się prosi, żeby te zdania długie i pokrętne poskracać i poprzycinać, żeby styl był żywszy. Nie mówię już np. o Cyceronie, którego okresy są zmorą każdego tłumacza na dowolnym poziomie nauki łaciny. Nie mówię także o tym, że idąc dalej za tą światłą radą, warto by się zastanowić, czy niektórym powieściom nie należałoby przydać nieco akcji, bo byłoby to przecież "dla dobra tekstu". Albo chociażby te nieszczęsne opisy przyrody w "Nad Niemnem" - też ich nie lubiłam, bo może i ładne, ale lekturę trzeba przecież szybko przeczytać, a potem będą pytać i tak tylko z fabuły. No więc może by tak opisy przyrody z Orzeszkowej wyrzucić - zwłaszcza przy potencjalnym tłumaczeniu na obce języki. Poza wszystkim nazwy połowy roślin i tak nic zagranicznemu czytelnikowi nie powiedzą.

W ten sposób szybkim krokiem zmierzamy ku poetyce bryka. Bryk ma to do siebie, że podaje całość książki w formie streszczenia, które jest łatwiejsze do przeczytania niż cała powieść. W krajach anglosaskich funkcjonują również tzw. "abbreviated versions" - uproszczone słownikowo i skrócone na potrzeby wczesnej edukacji wersje klasyki literackiej. Wyrazy trudne zastępuje się tam takimi, które należą do powszechnego użytku, upraszcza się składnię, czasem nieco skraca fabułę. A wszystko po to, żeby uczniom było łatwiej - tyle że na okładkach takich wydań zawsze jest na ten temat odpowiednia adnotacja.

Żeby było zatem uczciwie, możemy przyjąć zasadę przekładu ulepszającego - ale może wypadałoby wtedy poinformować potencjalnego nabywcę, z czym ma do czynienia, umieszczając na okładce notkę "wersja poprawiona względem oryginału".

Zwłaszcza że istnieje w praktyce przekładowej pojęcie adaptacji oraz imitacji - czyli takich przyswojeń drugiemu językowi, w których ze względów artystycznych wierność literze tekstu schodzi na dalszy plan, a najważniejsze staje się oddanie wartości estetycznych tekstu, nawet jeśli oznacza to wprowadzanie poważnych zmian. Ba, bywa, że takie adaptacje-imitacje artystycznie dorównują oryginałowi (czasem można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że go przewyższają) - na gruncie polskim można wymienić przykłady bardzo czasowo odległe: "Szachy" Jana Kochanowskiego zestawione ze "Scacchiae Ludus" Marca Girolama Vidy oraz "Kubuś Puchatek" A. A. Milne'a/Ireny Tuwim w porównaniu z "Winnie the Pooh" tylko tego pierwszego. Dla mnie osobiście gdzieś w tych obszarach mieści się również przekład obu tomów "Alicji" Lewisa Carolla dokonany przez Macieja Słomczyńskiego, nie mówiąc już o autoryzowanych przekładach powieści Josepha Conrada pióra Anieli Zagórskiej.

Problem polega tylko na tym, czy naprawdę warto aż tak się wysilać dla książki, która jest efemerycznym bestsellerem? I której wartość polega na tym, że w danym momencie narusza pewne tabu i pokazuje jakiś wycinek rzeczywistości, nie pretendując do miana wielkiej literatury. Co więcej, jak w omawianym przypadku, książki wykorzystującej nowe medium, jakim jest... blog. Z natury swej najczęściej pisany językiem potocznym, zwyczajnym, a nie wysokoartystycznym (po prawdzie wszystkie próby tego ostatniego, jakie na polskich blogach znajduję, kończą się popisem nieziemskiej wręcz grafomanii).

Zapewne jest sporo książek, które dla ich dobra należałoby napisać od nowa. Pytanie tylko, czy wtedy byłyby to te same książki? Możliwe, że pod tym czy innym względem byłyby istotnie lepsze. Ale przecież czasem kochamy książki, które wcale dobre nie są. Czy ktoś pokochałby H. P. Lovecrafta, gdyby jego opowieści nie były tak rozkosznie pretensjonalne pod względem stylistycznym? Czy istoty takie jak przedwieczne, bluźniercze i niewypowiedziane pomioty Wielkiego Cthulhu można opisywać językiem Manna i Prousta? Z całym szacunkiem - nie. Nawet gdyby literacko miały być o niebo lepsze.

Wystawa sklepu, Londyn 2006

sobota, 26 maja 2007
Napisy a sprawa polska

Z wywiadu z szefem Grupy Hatak dowiedziałam się, skąd być może biorą się fatalne tłumaczenia na drogich, oficjalnie wydawanych płytach dvd - ponoć tłumacze pracujący dla dystrybutorów "zasysają" napisy z serwisów dla piratów i po kosmetycznych poprawkach (wg wywiadu głównie wyrzuceniu wulgaryzmów) wstawiają na płytę...

Wbrew temu, czym przechwala się szef Hataka, ich tłumaczenia w 90% są fatalne, polszczyzna woła o pomstę do nieba, a i poziom zrozumienia angielszczyzny jest czasem rozpaczliwy.

Dość to frustrujące: w poważnym wydawnictwie, dla którego coś tam robię, redaktorka przyznała mi się ostatnio, że część książek dają do tłumaczenia grupom studentów anglistyki, bo tak wychodzi dużo taniej (ok. 200 zł brutto na arkuszu wydawniczym), a dziś taka potencjalna rewelacja.

Jak sporo już lat temu zaczynałam przygodę z tłumaczeniem w wydawnictwie Pascal - poćwiczenie na początek na tekstach nieliterackich dobrze mi zresztą zrobiło - w przedmiowie do jednego z ich pierwszych przewodników umieścili podziękowania dla wszystkich, którzy brali udział w projekcie. Dla mnie były tam podziękowania "za trzymanie poziomu" - osobie bardzo młodej i stawiającej na tym polu pierwsze kroki trudno byłoby sobie wyobrazić piękniejszy komplement. A jeszcze piękniejsze było to, że dla młodych redaktorów raczkującego wydawnictwa tez było to ważne.

Dziś czasem sobie myślę, że może nie powinnam pokazywać w wydawnictwach pełnego "portfolio", czyli listy wykonanych przekładów - zapłaciliby może mniej za arkusz, ale przynajmniej miałabym pewnie większe szanse na dostanie zlecenia.

A może by tak obrońcy polskości i narodowej dumy (zamiast tropić pedałów, układy i lewicę, nie mówiąc już o agentach) zajęli się stanem, w jakim znalazła się polszczyzna - w mediach, w książkach, w filmach - między innymi z braku profesjonalnych redaktorów, korektorów i tłumaczy?

niedziela, 20 maja 2007
Quousque tandem...

... abutere, leoparde, patientia mea?

Jak długo jeszcze straszyć nas będą opisane milion razy potworki przekładowe? Jak długo jeszcze w redakcjach gazet nie zasiądzie ktoś, kto będzie miał naprawdę pojęcie o językach obcych (a czasem przydałby się i ktoś znający się na polszczyźnie), żeby poprawiać cuda, które wyprawiają dziennikarze? Zadałam sobie te pytania po raz n+1, kiedy w artykule o Sue Townsend (ostatnie Wysokie Obcasy) zobaczyłam tytuł książki Ghost Children przełożony przez autora artykułu jako "dzieci duchy" - ot tak, nawet bez myślnika. Bo myślnik ratowałby sprawę, choć osobiście uważam, że lepiej byłoby powiedzieć "Duchy dzieci" (skoro rzecz jest o nienarodzonych dzieciach pisarki) lub wręcz "Widmowe dzieci", ostatecznie "Dzieci - widma".

Ta w końcu dość niegroźna wpadka (nad tytułem naprawdę będzie musiał się zastanowić potencjalny tłumacz tej książki) przypomniała mi zbierającą od pewnego czasu frustrację. W długi weekend wyczytałam w reportażu o Florence Foster-Jenkins takie zdanie, będące przekładem fragmentu amerykańskiej recenzji: Ledwo zdołała przejść przez scenę, jednak gdy wreszcie się tam znalazła, a akompaniator stłumił swój śmiech i zaczął grać, ona rozpoczęła najbardziej patetyczny pokaz próżności, jaki kiedykolwiek dane mi było oglądać... Stawiam dolary przeciwko orzechom, a nawet łupinom orzechów, że w tekście oryginalnym było "pathetic" czyli "żałosny" - błąd opisywany milion razy w książkach do angielskiego, na rozmaitych forach i witrynach.

No i (prawie) tytułowy "leopard". Ostatnio natknęłam się na artykuł o sportowym samochodzie tej nazwy produkowanym w Polsce. Dobra, jestem w stanie przełknąć ten samochód, bo jest on głównie na eksport. Ale będzie tylko umacniał ludzi w przekonaniu, że to polskie słówko - a ja mam dość artykułów, w których zamiast lamparta straszy ten jego angielski i innojęzyczny odpowiednik. Mam nadzieję, że jakiś ignorant nie wyda wznowienia di Lampedusy pod tytułem "Leopard". Albo co gorsza filmu Viscontiego według powieści. W tym pięknym kraju wszystko jest możliwe.

Na przykład również przekład książki autorstwa australijskiego seryjnego mordercy (usiłuję od tygodnia napisać zamówioną recenzję tejże) z użyciem słownictwa godnego gejowskiego harlequina. Zgoda, każdemu tłumaczowi zdarzają się wpadki (aczkolwiek w przypadku Choppera winiłabym też redakcję za całkowity brak wyczucia), też takową zaliczyłam jakiś czas temu - nie upilnuje się każdego idiomu czy wyrażenia żargonowego, ale naprawdę - robić proste błędy słownikowe? I publikować je w prasie? Chyba nie wypada.

A swoją drogą zastanawiam się, czy nie wytoczyć sprawy sądowej wydawnictwu (dużemu i znanemu, ale oszczędzającemu najwyraźniej na czym się da, ponieważ nie uznaje np. korekty autorskiej) za okaleczenie mojego przekładu i to w taki sposób, że wygląda to na moje niezrozumienie intencji stylistycznej autorki. A może zacznę od napisania do autorki, że powinna wycofać prawa autorskie - czytając przekład innej jej powieści najwyraźniej niesłusznie zwalałam winę na tłumaczkę, tymczasem we własnym przekładzie zobaczyłam takie same interwencje redakcji.

Minerwa na kamienicy w Yorku

sobota, 19 maja 2007
Pod wpływem

Przez tę książkę wszystko kojarzy mi się jeszcze bardziej niż dawniej... choć przyznaję, że zawsze miałam talent zwłaszcza do tzw. Freudian slips. Ale niejaka A.L. doprowadziła mnie do tego, że jak parę dni temu na serwisie IMDB przeczytałam w quizie dnia cytat (skądinąd z Hamleta) następującej treści:

"I have heard, the cock that is the herald to the morn, | Doth with his lofty and shrill-sounding throat | Awake the god of day."

to zanim skojarzyłam styl i źródło, zdążyłam pomyśleć: "o, coś w klimacie mojej Abby"... Nieszczęsny kogut nie przyszedł mi do głowy. Ale na szczęście książkę już kończę - choć z drugiej strony niewiele się chyba zmieni, bo następna, za którą się zabieram, jest wprawdzie tym razem o antyku, ale też m.in. o erotyce.

Nawiasem mówiąc, przejrzałam odpowiedzi na moje posty z prośbą o pomoc na forum "Kobieta" GW. Niestety, mizeria objawiła się w pełni. Dostałam propozycje wszelkiego rodzaju "wilgotnych bobrów", które niestety kojarzą mi się z czytanymi w liceum książkami Johna Irvinga, skądinąd autora będącego jednym z moich największych literackich rozczarowań. Po zainteresowaniu, jakie wywołał słynny Świat według Garpa, po umiarkowanym zachwycie Modlitwą za Owena i po sporej fascynacji Hotelem New Hampshire (najbardziej zaintrygowała mnie postać dziewczyny przebierającej się w skórę niedźwiedzia, granej w filmie bodajże przez Nastassję Kinski) sięgnęłam po inne powieści - i kompletnie się zawiodłam. W kółko to samo, brak już interesujących bohaterów i ni stąd, ni zowąd jakieś dziwaczne moralizatorstwo. Skończyło się tak, że niedawno sprzedałam wszystkie Irvingi na Allegro. Poszły jak ciepłe bułeczki.

Mam swoją drogą nadziej, że mój "światowy bestseller" też się będzie rozchodził i że dostanę dzięki niemu trochę więcej propozycji tłumaczeń niż ostatnio. Nie samym chlebem żyje człowiek: potrzebuję też pieniędzy na 1. wakacje (w tym inwestycja w GPS, ok. 1000 zł), 2. meble w salonie, 3. kilka płyt, o których posiadaniu marzę (m. in. Want One Rufusa Wainwrighta, Jarvis Jarvisa Cockera, Welcome to the Black Parade My Chemical Romance, a z dvd o boksie z pięcioma sezonami 24, Kupcu weneckim, drugiej części Underworldu i paru jeszcze filmach - wszystko to razem podchodzi pod tysiąc złotych). Ale może Pani Fortuna da powodzenie pamiętnikom seksoholiczki :)

 

Moneta hellenistyczna (Smyrna) z przedstawieniem bogini Tyche, , Muz. Numizmatyczne w Atenach

 

środa, 16 maja 2007
Antyafrodyzjak po polsku

"Słownik seksualizmów polskich" okazał się 1) niedostępny, nie tylko w Taniej Książce, ale i na Allegro; 2) autorstwa nie Zbigniewa Lwa-Starowicza, ale Jacka Lewinsona, który zapewne jest polonistą, a nie seksuologiem; 3) sądząc z recenzji w jakiejś księgarni internetowej (gdzie również jest niedostępny) całkowicie nieprzydatny z mojego punktu widzenia. Wygląda na to bowiem, że słownik ten - zgodnie z nieszczęsną zasadą pisania takich publikacji - przytacza wyłącznie słowa i wyrażenia już "poświadczone" w źródłach pisanych, czyli książkach i prasie, a tam właśnie roi się głównie od wulgaryzmów.

Jestem więc w kwestii słownictwa tam, gdzie byłam. Pożyczyłam od mojej Mamy "Dziennik Bridget Jones" po polsku, ale niestety jego erotyczność kończy się mniej więcej tam, gdzie zaczyna się moja książka. Przejrzałam książkę Kobieta i Eros Lwa-Starowicza, ale jest ona sprzed piętnastu lat i zaznacza jedynie, że do naszego słownika wchodzą określenia angielskie (petting i tym podobne)... Przerzuciłam ponadto w Taniej Książce coś co nazywało się mniej więcej "kulturowa historia waginy", ale tam też nie było nic, co nadawałoby się do użycia. Książkę odłożyłam, gdy znalazłam w niej rozważania na temat dróg rodnych pluskwiaków (całkiem miłe i ładne owady, skądinąd), podczas gdy o synonimach tytułowej waginy nic nie było. Pozostaje mi lektura Historii O i próba zdobycia przekładu Seksu w wielkim mieście.

Napisałam wreszcie prośby o pomoc na kilka kobiecych forów, licząc na to, że może ich uczestniczki zdradzą mi sekrety alkowianego języka, ale po godzinie od wysłania postów otrzymałam jedynie poradę... żebym zajrzała do angielsko-polskiego "Słownika przekleństw i wulgaryzmów". Sęk w tym, że ja wiem, co znaczą słówka, które mam w oryginale - nie mam natomiast pomysłu, jak oddać je po polsku, żeby pasowały do bohaterki.

A poza tym, drogie panie, czy wy naprawdę w sytuacjach intymnych używacie słówek z takiego właśnie repertuaru? Mnie by się chyba całkiem odechciało czegokolwiek, gdybym miała mówić tak, jak jest w tych słownikach... Na dodatek mam wrażenie, że większość przytaczanych fraz pochodzi wyłącznie z języka mężczyzn - i to w męskich rozmowach. Feministki krzyczą o obecność kobiet, więc może by się zajęły językiem? I to nie prawem do mówienia wulgarnie, ale właśnie stworzeniem języka erotycznego, który byłby zarazem śmiały i powabny, że tak powiem. Który zachęcałby, a nie zniechęcał. W którym byłyby wszelkie odcienie, a nie tylko medyczna biel i brudne myśli

Swoją drogą, tłumacząc tę książkę przestałam się dziwić, że z moim eks o erotyce rozmawialiśmy głównie po angielsku lub też uciekaliśmy się do terminologii z indyjskiej Kamasutry. Niestety oznacza to, że nie mogę wykorzystać nawet własnych doświadczeń językowych.

Swoją drogą zastanawia mnie, czy to ubóstwo językowe świadczy również o tym, że statystyczny Polak nie uważa erotycznej rozmowy za afrodyzjak. Posługiwanie się zarówno wulgaryzmami, jak i eufemizmami świadczy o niepewności i wstydzie. Wulgaryzmy są niczym agresja będąca częstym wzorem zachowania osób chorobliwie nieśmiałych, eufemizmy to chichotliwe mruganie okiem do czytelnika lub rozmówcy. Brakuje natomiast słownictwa, które nazywałoby rzeczy po imieniu, a zarazem nadawało im erotyczno-intymny wymiar. Co gorsza, nie znajduję nawet pięknych metafor czy porównań, jak chociażby w Kamasutrze. Ale tłumacze tej księgi mają znacznie lepiej - mogą zachowywać hinduskie terminy i przekładać dosłownie metafory. W dodatku właśnie sprawdziłam: pełny tekst Kamasutry mam również wyłącznie po angielsku.

A co do statystycznego Polaka - sądząc z własnych doświadczeń i opowieści znajomych o reakcjiach studentów i uczniów na jakiekolwiek wzmianki o erotyce - chyba rzeczywiście jesteśmy pod tym względem gdzieś w głębokim średniowieczu, gdzie dyktat różnych Orygenesów kazał uważać seks i erotyzm za dzieło Szatana. Na szczęście również wtedy znajdowali się tacy, którzy myśleli inaczej, albo tacy, którzy uznawali, że należy obejść cenzurę i przepisywali np. Owidiusza z obszernym komentarzem moralnym - ale co przemycili, to przemycili. Co ciekawe, tak samo nierzadko postępowali historycy literatury w czasach stalinowskich - żeby wydać nieprawomyślne dzieła, wystarczyło zaopatrzyć je w ideologiczny, nierzadko całkiem absurdalny komentarz. Co skądinąc polecam uwadze panów lustratorów.

 

Lingam. Tiger Cave, Mahabalipuram, Indie południowe

 

czwartek, 10 maja 2007
Polska mizeria słownikowa

Okej. Od marca zajmuję się tłumaczeniem światowego bestsellera. Miłe.

Sęk w tym, że światowy bestseller jest w zasadzie wyłącznie o seksie. Nie, nie, nie mam problemu z tłumaczeniem książki o seksie - ani mnie to nie zawstydza, ani nie obrzydza. Problemem, owszem, jest polskie słownictwo w tej materii: istnieją terminy medyczne, istnieją wulgaryzmy, istnieją eufemizmy, ale porządnej terminologii erotycznej rozpaczliwie brakuje. Bo sorry, ale nie przetłumacze w autotematycznym tekście trzydziestoletniej kobiety (nie będącej Sarą Kane czy inną brutalistką) słowa "pussy" jako "cipka", albowiem nie wyobrażam sobie żadnej mojej koleżanki tak się o sobie samej wyrażającej. I mało mnie obchodzi, że być może (nie wiem) tak mówią bohaterki jakichś polskich romansideł - polska literatura popularna, nie mówiąc już o komediach romantycznych,tak dalece odbiega od polskiej rzeczywistości również pod względem językowym, że nie wierzyłabym ani przez moment w jej funkcję mimetyczną.

A na dodatek od znajomej tłumaczki z niemieckiego dowiedziałam się, że nawet język naszych zachodnich sąsiadów jest bardziej wyrafinowany pod tym względem.

I nie pomagają tu słowniki w rodzaju "polskich eufemizmów" czy "polszczyzny potocznej" - w obu rozsiadły się wyrażenia i słówka w rodzaju "kuciapki", które są brzydkie i nie do zastosowania w tłumaczonej przeze mnie książce. Pozostaje nadzieja, że zauważony przez moją przyjaciółkę w Taniej Książce słownik bodajże seksualizmów polskich Lwa-Starowicza przyniesie jakieś ciekawsze rozwiązania. Choć momentami mam wrażenie, że jest to spes contra spem. Ale nic to, zobaczę. A o erotycznym słowniku Greków i Rzymian jeszcze pewnie napiszę, na razie musiałam gdzieś dać upust frustracji.

 

Afrodyta, Muzeum Narodowe w Atenach

 

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright