poniedziałek, 17 lipca 2017
Ale to już było... (2)

Dziś pewna posłanka napisała (jak następnie tłumaczyła: ironicznie), że nie przewiduje zmiany władzy.

Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy, powiedział ponad pół wieku temu towarzysz Wiesław.

 

piątek, 14 lipca 2017
Suweren

Obecna władza bardzo lubi powoływać się na "wolę Suwerena", którym jest Naród. Władza zapomina, że wybrała ją zaledwie 1/5 uprawnionego do głosowania Suwerena, ale to drobiazg. Skoro połowy uprawnionego Suwerena najwyraźniej nie obchodzi, kto będzie nim rządził, to ma za swoje. A sądząc po reakcjach, a raczej ich braku, nadal go niewiele obchodzi.

Ponieważ na wpis o Bastylii nie mam pomysłu, pozwolę sobie uprzejmie przypomnieć kilka dokumentów z tamtej epoki, odwołujących się do idei Narodu jako Suwerena.

Konstytucja korsykańska Pasquale Paolego (1755, ale jej zręby powstały w latach 1735-45, czyli przed publikacją "O duchu praw" Monteskiusza), tworząca porządek prawny dla "szczęścia narodu", stawia obok władzy wykonawczej kolegialną władzę ustawodawczą oraz osobne sądy.

Konstytucja Stanów Zjednoczonych Ameryki (1787) zaczynająca się od Suwerena (słynne "My, Naród"), bardzo wyraźnie rozgranicza władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądową.

Francuska Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela (1789), która stanowi, że "Źródło wszelkiego zwierzchnictwa spoczywa całkowicie w Narodzie", mówi też jasno, że "Społeczeństwo, w którym nie ma należytej gwarancji praw ani określonego z góry podziału władz, nie ma ustroju konstytucyjnego."

Nawet bardzo niepostępowa, zwłaszcza w rozdziałach I-II, Konstytucja polska 3 Maja poświęca trzem władzom osobne rozdziały (VI-VIII) i mówi wprost: "Władza sądownicza nie może być wykonywanąani przez władzę prawodawczą, ani przezkróla, lecz przez magistratury na ten koniec ustanowione i wybierane."

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że Suweren w końcu sobie o tym przypomni. Choć, wracając jednak do Bastylii, Suweren nader często orientuje się dopiero wtedy, kiedy zabraknie mu chleba.

Save

Save

środa, 12 lipca 2017
Śmiech pusty mnie porwał

W każdym państwie istnieją trzy rodzaje władz [...]

Na mocy pierwszej, panujący lub urzędnik stanowi prawa na przeciąg pewnego czasu lub na stałe, tudzież poprawia lub znosi prawa istniejące. Na mocy drugiej rozstrzyga o wojnie lub pokoju, wyprawia lub przyjmuje poselstwa, strzeże bezpieczeństwa, zapobiega najazdom. Na mocy trzeciej, karze zbrodnie lub sądzi pomiędzy poszczególnymi jednostkami. Tę ostatnią władzę nazwiemy władzą sądowniczą, drugą zaś po prostu wykonawczą państwa.

[...] Gdzie w jednej osobie lub jednym ciele urzędowym władza prawodawcza łączy się z władzą wykonawczą, tam nie masz wolności albowiem istnieje obawa, że ten sam monarcha [...] stanowić będzie prawa tyrańskie, by je wykonywać po tyrańsku.

Nie masz wolności, skoro władza sądownicza nie jest oddzielną od władzy prawodawczej i wykonawczej. Jeśli złączona jest z władzą prawodawczą, powstaje samowolność w stosunku do życia i wolności obywatela, albowiem sędzia będzie zarazem prawodawcą. Jeśli jest złączona z władzą wykonawczą, sędzia będzie posiadać władzę ujarzmiciela. [...].

Monteskiusz,  O duchu praw (1748),
oprac. M.  Szczaniecki, Warszawa 1957

Wiecie, gdzie znalazłam ten tekst? W pliku o nazwie e-biblioteka, który ściągnął się z oficjalnej strony prezydenta Polski.


niedziela, 11 czerwca 2017
Ale to już było...

Tylko najwyraźniej, nie tak jak w piosence, wraca. Wczoraj Władysław Frasyniuk został siłą usunięty przez policję z demonstracji, która wedle najnowszego prawa była nielegalna, ponieważ i tylko dlatego - nie de iure, bo prawo sformułowano sprytnie, ale na pewno de facto - że nie zgadzała się z oficjalną linią rządową. Frasyniuk już to przerabiał, za PRL. Przerabiał też grożące mu za ten czyn więzienie. Myślę, że on się nie boi, że się z tym liczył, wybierając się wczoraj z Wrocławia na Krakowskie Przedmieście.

Przerażające jest w tym wszystkim co innego: absolutny cynizm obecnej władzy. Cynizm oparty na bardzo prostej przesłance: dla wyborcy, który dziś decyduje o wynikach, PRL to już historia, a nazwiska prawdziwych bohaterów tamtych czasów bardzo łatwo zastąpić innymi. Wyobrażałabym sobie, że to, co się wczoraj stało: usunięcie prawdziwej legendy antykomunistycznej opozycji siłą przez policję z demonstracji, to obraz tak mocny, tak wyrazisty, że powinien spowodować gigantyczny protest społeczny. Otworzyć oczy na to, co się wokół nas dzieje.

Tak się nie stało i tak się zapewne nie stanie. I to właśnie mnie przeraża.

PS. Uważam, że Władysław Frasyniuk powinien zostać następnym prezydentem Polski. Zwłaszcza jeśli zostanie skazany za wczorajsze "naruszanie porządku".

Save

piątek, 02 czerwca 2017
Decorum

Jak miałam jakieś najwyżej czternaście lat, moja świętej pamięci Babcia, przedwojenna (powojenna zresztą też) nauczycielka zapomniała chyba o pedagogicznym wykształceniu, że o instynkcie już nie wsponmnę, i uraczyła mnie opowieścią, która żadną miarą nie nadawała się do opowiedzenia osobie w tym wrażliwym wieku. Była to opowieść o opowieści, którą Babci z kolei opowiedziała niegdyś jej koleżanka, pracująca w administracji cmentarza komunalnego w Warszawie. Tego, na który przywieziono szczątki ofiar katastrofy lotniczej Iła na Okęciu w 1980 roku.

Scenę pamiętam do dziś w szczegółach: siedzimy, jak zwykle, w kuchni, ale z opowieści brzmi mi wciąż w głowie tylko jeden fragment: Babcia mówiąca, że ta koleżanka widziała worki, w których kawałki białych ciał przemieszane były z kawałkami czarnych - sporą część reprezentacji bokserskiej USA stanowili, jak by się dziś rzekło, Afroamerykanie (Babcia ani jej koleżanka nie znały jeszcze tego określenia, więc mówiły Murzyni). Ten właśnie szczegół makabrycznej opowieści utkwił mi w pamięci najbardziej. Babci pewnie też, może opowiedziała to szczególnie obrazowo, a może dla jej koleżanki to właśnie symbolizowało rozmiar katastrofy i tragedii. Zapewne Babcia, podobnie jak wcześniej jej koleżanka, potrzebowała się od tego obrazu uwolnić. Nie dziwię im się - mnie on też prześladuje do dziś, mimo że był z drugiej ręki.

Ten obraz wraca teraz do mnie, choć bardzo tego nie chcę, ilekroć czytam wynurzenia osób z rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej, konkretnie tych, które domagają się doprowadzenia do czystości genetycznej szczątków znajdujących się w poszczególnych trumnach, posuwając się do tak nieludzkich stwierdzeń, że nie życzą sobie, żeby ich współmałżonkowie leżeli razem z współmałżonkami innych osób. (Spuśćmy zasłonę miłosierdzia na skojarzenia, jakie ta konkretna wypowiedź może wywoływać, całkiem mimowolnie.)

Ponieważ nigdy nie byłam w podobnej sytuacji i mam nadzieję, że nigdy nie będę, mogę oczywiście jedynie teoretyzować, co uważam za najsensowniejsze wyjście. Ale jest to teoretyzowanie oparte na przesłankach zarówno emocjonalnych jak i intelektualnych, które wydają mi się dość mocno osadzone w moim światopoglądzie. Otóż podobnie jak Paweł Deresz - któremu należy się wielki szacunek za pełną godności postawę w całej tej historii, zwłaszcza że musi wysłuchiwać naprawdę nieprzyjemne rzeczy o swojej nieżyjącej żonie - uważam, że w takich okolicznościach najlepszym wyjściem jest wspólny grób. Demokratyczny, upamiętniający wszystkich, którzy zginęli, nie robiący z nich równych i równiejszych.

I po prawdzie moim skromnym zdaniem wyrażający maksymalny szacunek dla zmarłych, zważywszy, w jakim stanie znajdowały się ich ciała, zob. opowieść koleżanki mojej Babci, nie mówiąc już o wypowiedziach specjalistów. Z niedowierzaniem zatem przeczytałam dalsze enuncjacje jednej z wdów, porównujących taki zbiorowy grób do masowych grobów ofiar mordów.

To są przecież dwie zupełnie odrębne kulturowo sprawy - i zawsze były. Konieczność pochowania jakiejś grupy, najczęściej poległych w bitwie, we wspólnym grobie, jest stara jak świat. Czasem na polu bitwy wystawiano odrębne pomniki dla poszczególnych stron walczących, z czasem zaś - zasadniczo gdzieś w połowie wieku XIX - zaczęto niekiedy stawiać takie pomniki dla wszystkich poległych, słusznie zakładając, że zwykły żołnierz jest ofiarą, niezależnie od tego, po której walczy stronie. A szacunek dla grobów poległych wrogów jest jedną z miar człowieczeństwa danej społeczności.

Od tzw. zawsze też ludzkości zdarzało się cichaczem wymordować jakąś grupę i usiłować zamaskować miejsce zbrodni chowając jej ofiary w nieoznaczonym dole. To jest ta fundamentalna różnica: to wszystko, co zbiorowy pochówek otacza w wymiarze zarówno materialnym (pomnik, miejsce), jak i symbolicznym (celebracja, upamiętnienie z imienia i nazwiska itd.). Jeśli chowa sie ludzi, choćby pozbieranych w kawałkach z pola bitwy albo miejsca katastrofy, z należną pompą i podpisuje grób choćby zbiorowym określeniem o symbolicznym znaczeniu (trudno np. na niewielkim obelisku wypisać tysiące nazwisk), to nie umniejsza to szacunku dla poszczególnych zmarłych.

Na dodatek nawet relatywnie pozbawiony godności pochówek we wspólnej mogile "dla nędzarzy", co bywało niegdyś praktykowane, nie szkodzi prawdziwej wielkości, o czym świadczą przykłady Mozarta czy Norwida. Oczywiście, tym wielkim, nawet docenionym dopiero po śmierci, zazwyczaj robi się potem choćby i symboliczny pochówek indywidualny - i to już jest troszkę nieuczciwe wobec wszystkich innych pochowanych w takich grobach. A w sumie wystarczyłoby, żeby w owych czasach na jakiejś zbiorowej tablicy wypisywano nazwiska wszystkich chowanych w tych zbiorowych mogiłach, żeby rytuałowi stało się zadość.

Na dodatek, jakkolwiek istniały i istnieją nadal kultury, które regularne wyjmowanie zmarłych z grobów uznają za objaw szacunku wobec przodków, to nasza kultura (niezależnie od tego, czy kładziemy większy nacisk na jej klasyczne, czy judeochrześcijańskie korzenie) do nich nie należy. Dlatego osobiście czuję duży dyskomfort, kiedy jestem epatowana przez media nie tylko samymi ekshumacjami, ale przede wszystkim wypowiedziami ludzi domagających się tego wyciągania, analizowania i przerzucania fragmentów ciał z trumny do trumny. Gdyby zdecydowano się na wspólny grób, szacunek dla wszystkich byłby równy. Ale niestety mam wrażenie, że nie wszystkim o to chodzi.

Save

Save

Save

czwartek, 20 kwietnia 2017
Książę Pepi a sprawa pomnikowa

- Jesteśmy realistami. Wiemy, że tam [przed Pałacem Prezydenckim - red.] nie ma na nie miejsca - mówi w "Rzeczpospolitej" poseł PiS i były kandydat na prezydenta stolicy Jacek Sasin. - Choć można sobie wyobrazić przeniesienie pomnika Księcia Poniatowskiego - dodał polityk. 

Taką informacje przeczytałam dziś w gazecie. Równo rok i dwa miesiące temu napisałam pewien wpis w związku z wypowiedzią jakiegoś innego polityka. Z wpisu tamtego niniejszym przytaczam istotne dla nowego kontekstu fragmenty. Pod rozwagę tym, którzy chcą Księcia Pepiego przenosić. Bo to ma specyficzne konotacje historyczne.

DZIEJE JEDNEGO POMNIKA (20 lutego 2016)

(...)

Thorvaldsenowski pomnik Księcia Józefa nie miał szczęścia do tego miejsca, dla którego został oryginalnie zaprojektowany. Najpierw w ogóle nie spodobał się Polakom, bo nie był dość patriotyczny, a za bardzo symboliczny, no bo co to za pomysł przedstawiać bohatera narodowego w stroju rzymskim? Niemniej prace nad jego powstaniem podjęto w roku 1832 i pod Pałacem postawić zamierzano. Tyle że w 1834 roku, na fali represji po powstaniu listopadowym, car Mikołaj I cofnął pozwolenie wydane przez swojego brata, Aleksandra I (którego Poniatowski był bezpośrednim wojennym przeciwnikiem!), na budowę pomnika. Na miejscu przeznaczonym pierwotnie dla księcia Józefa stanął wkrótce pomnik Iwana Paskiewicza, znienawidzonego namiestnika Królestwa Polskiego, w latach 1830/31 głównego odpowiedzialnego za stłumienie powstania, a następnie zasłużonego również w krwawej rozprawie z węgierską Wiosną Ludów.

Sam odlany już według projektu Thorvaldsena pomnik został zresztą Paskiewiczowi podarowany przez cara i to akurat jest zabawne, bo zapewne dzięki rzymskiemu kostiumowi zinterpretowano go w pewnym momencie jako posąg Stanisława Augusta Poniatowskiego, a nie jego bratanka, dzięki czemu ocalał przed przetopieniem. Po I wojnie wrócił wprawdzie do Polski, ale na swoim oryginalnym miejscu przeznaczenia przed Pałacem Namiestnikowskim nie stanął, a na dodatek w 1944 został wysadzony przez Niemców na mocy specjalnego rozkazu. (Warto dodać, że w okresie międzywojennym po kilku przymiarkach do innych miejsc stanął ostatecznie na Placu Saskim, przy pomniku Nieznanego Żołnierza, co skądinąd było - symbolicznie - całkiem ładne, bo idea - symbolicznych - grobów/pomników wszystkich uczestników wojen była francuska, a pomnik polskiego marszałka Francji odsłonił w 1923 francuski marszałek  Polski, Ferdynand Foch.) Stojący obecnie przed Pałacem Prezydenckim posąg to nowoczesna kopia oryginału, który zachował się w Muzeum Thorvaldsena w Kopenhadze i według którego wykonany został pomnik postawiony w Warszawie w roku 1832.

Nie jestem zatem przekonana, czy symboliczny wymiar przenoszenia czy też innej formy postponowania pomnika Księcia Józefa, nie mówiąc już o stawianiu na jego miejscu pomników innych osób, jest tym, w który chciałby się wpisać minister. Habent sua fata monumenta, miewa swoje dzieje również wymiar symboliczny.

(...)

Warszawa 10.12.2014

Save

Save

wtorek, 14 marca 2017
Czas żałować róż

Od jakiegoś czasu - konkretnie odkąd weszła w życie lex Szyszko i zaczęliśmy widzieć jej skutki - zastanawiałam się, skąd w Polsce taka nienawiść do przyrody, że kiedy tylko Polak dostanie zgodę, to wytnie każdy kawałek zieleni. Serce mnie bolało przy każdym kolejnym artykule i nadal nie byłam w stanie zrozumieć, skąd ta orgia wandalizmu pod płaszczykiem prawa, skąd ta agresja, bo trudno to inaczej nazwać.

Mam wrażenie, że dziś dość przypadkiem zrozumiałam, a raczej połączyłam to zjawisko z innym, które dręczy mnie od jeszcze dawniej i o którym poniekąd już pisałam: psucie krajobrazu milionami reklam, banerów, ogłoszeń, plakatów, billboardów i migających światełkami napisów. Bez ładu i składu, paskudnie, byle było widać. To zjawisko występuje i w krajobrazie wiejskim, i miejskim i naturalnym. Występuje - bo żadne prawo tego nie zabrania ani choćby nie reguluje. Na własnym terenie Polak może postawić dowolną reklamę. Na własnym terenie Polak może wyciąć drzewo.

I dotarło do mnie, że nie chodzi o nienawiść do przyrody, nie chodzi też o nienawiść do ładnych budynków czy krajobrazów. Chodzi o prymitywną chciwość, o wulgarny zysk. Bo przecież za reklamę na ohydnym billboardzie ktoś właścicielowi ziemi czy ściany płaci. Za wycięte drzewo właściciel działki może dostać kasę, a jeśli zdoła sprzedać teren deweloperowi, to dopiero się obłowi. Obrońcy wartości są czcicielami mamony i złotego cielca, ot co.

Straty, jakie przynosi lex Szyszko mogą wydawać się niewielkie przy katastrofie, jaką jest rozkład systemu prawnego, nieprzemyślana reforma edukacji i inne pomysły ministrów od rzeczy pozornie ważniejszych. Ale tak naprawdę tylko dwaj ministrowie są władni uczynić rzeczy nieodwracalne: minister środowiska właśnie i minister zdrowia. Złe ustawy będzie można niemal od ręki zastąpić nowymi, przywrócenie Trybunału Konstytucyjnego do prawidłowego funkcjonowania to też będzie kwestia kilku pociągnięć prawnych; ba, podejrzewam, że jeśliby się uprzeć, a dobrzy prawnicy konstytucjonaliści wzięliby się do sprawy, to cały pakiet ustaw przeprowadzonych przez obecny rząd można anulować i wrócić do porządku prawnego sprzed 2015.

Lasów i parków się nie odtworzy w kilka dni, a jeśli na ich miejscu powstaną inwestycje, to utraciliśmy je na zawsze. Podobnie jak nie odwróci się skutków arogancji, z jaką ministerstwo zdrowia odniosło się do kwestii smogu i jego szkodliwości.

Dlatego uważam, że Słowacki nie miał racji. Należy żałować róż, choć płoną lasy.


PS. Zastanawia mnie, gdzie podziali się wszyscy działacze ekologiczni i zieloni aktywiści? Czyżby zależało im jedynie na wyciąganiu z kasy państwowej pieniędzy na infrastrukturę rowerową, z której spora część rowerzystów i tak nie korzysta? Dlaczego nie protestują przeciwko ustawie? (Te pytania są trochę retoryczne: nigdy nie wierzyłam w krzykliwy ekologiczny aktywizm i przekonałam się, że miałam rację.)

Save

piątek, 17 lutego 2017
Dzień kota: Ludwik czyli Zezowate szczęście

Dziś Dzień Kota, a ja poniekąd akurat mam kota. To znaczy jak zwykle w przypadku zwierzątek futerkowych mam kota trochę wirtualnie, tak jak kiedyś miałam króliki. Mam albowiem alergię i jakkolwiek chwilowo dała mi trochę spokój, to nigdy nic nie wiadomo. Kot zatem mieszka u N, która zawsze, ale to zawsze była kocią mamą i nasze wakacyjne rozmowy nader często wyglądały następująco:
N: Jaki piękny koteczek.
D: No, kot jak kot.

Louis 1

A kota mam(y) dlatego, że pewnego sierpniowego dnia znalazłam go w ogrodzie górskiego domku letniego moich Rodziców. Wyglądał zupełnie jak jedno z kociąt mieszkającej po sąsiedzku kotki, która czasami żywi się u nas (i wszystkich wokół, jak się okazało), być może nawet urodziła się pod naszym dachem (dosłownie: kotka poprzedniego pokolenia miała kocięta w naszym dachu), no i czasem przyprowadza podrośnięte dzieci.

Louis 2

Pomaszerowałam więc w poszukiwaniu właściciela kotki, ale jak się okazało, oba kocięta były na miejscu. Tyle że jak wróciłam do domu, to "naszego" kocięcia nie było ani widu, ani słychu. Dobra, pomyślałam, pewnie mały spryciarz przebiegł ogródkami do mamy. I co? I następnego dnia kocię było pod domem. A jak przyszła kotka (sama), to kocię miauczące na trawniku zmierzyła wzrokiem podejrzliwym i nieelegancko mówiąc, olała. Wtedy przypomniało mi się, że poprzedniego dnia za płotem stało nieznane auto, jacyś ludzie pobyli chwilę na drodze i razem z autem znikli.

Louis 3

Zaczęło się polowanie na kocię, ponieważ kocię było wprawdzie ospałe i słabe, ale uciekało w rododendron oraz pod werandę z niebywałą wręcz zwinnością. Nie dawało się skusić na mleczko w miseczkę ani na żadne tam kici kici. I przede wszystkim nie dawało do siebie podejść na wyciągnięcie ręki. W końcu podstępnie się czołgając chwyciłam małego drania, który rozcapierzył łapki i miauknął przeraźliwie, by moment później przytulić się i mruczeć, i prawie że nie złazić z kolan. Dobra, trochę tu licencja poetycka mnie poniosła, bo przez następne parę dni trzeba było go jednak troszkę podstępem łapać, ale raz złapany nie protestował, tylko tulił się i mruczał.

Louis 4

Pojawił się za to - po pierwszym złapaniu - problem. Kocię nie umiało pić z miseczki. A w domu żadnej strzykawki, bo o pipecie w ogóle zapomnijmy. (W sumie moi Rodzice, którzy są farmaceuto-chemiko-fizykami mogliby mieć jakieś chemiczne narzędzia w domu, prawda?) Z palca - nie. Z pyszczkiem w miseczce - nie. Ze źdźbła trawy - nie. Zbawieniem okazał się listek, który na szczęście rozbudził też instynkt i następnie kocię jadło i piło bez problemu.

Louis 5

Kolejny problem - dom. O pozostaniu w tym domku nie było mowy, bo to dom sezonowy. Akcja na fejsbuku i tym podobnych nic nie dała. W końcu powiedziałam N, że trudno, kot póki co będzie miał u niej dom zastępczy i będziemy szukać nadal.

Hortensja zatem, albowiem miała to być koteczka, została przywieziona do Krakowa - podróż zniosła nad wyraz dzielnie, śpiąc u Taty na kolanach przy dźwiękach Toski. W Krakowie jednakowoż wyrokiem lekarskim okazało się, że Hortensja jest chłopcem (taki dżender), została więc Ludwikiem.

Louis 6

Ludwik ma lekkiego zeza. I jest strasznie śmieszny. Uwielbia taplać się w wodzie. I nadal jest wielką przytulanką, i bardzo lubi ludzi. Ma niestety również tryb zwany Wiewiórą (na cześć Ratatoska - potwornej wiewiórki zamieszkującej Yggdrasil w mitologii nordyckiej), kiedy rzuca się na wszystko z zębami i (obcinanymi) pazurkami, oraz tryb Luxtorpedy, kiedy pędzi z końca mieszkania na drugi koniec, sam chyba nie wiedząc, po co i dlaczego. Ale przede wszystkim jest nieskończenie uroczy z tym swoim zezikiem. I wiedziałyśmy to właściwie od pierwszej chwili, w związku z czym Ludwik... no, po prostu został. I chyba nadal lubi operę.

Louis 7

Tagi: kot
17:49, drakaina , Cottidiana
Link Komentarze (4) »
niedziela, 09 października 2016
Płot a sprawa polska

Historia dziewczynki rysującej kredą po chodniku i reakcji współmieszkańców osiedla poruszyła internety. Pomijając bezsensowną formę reakcji mieszkańców i mój ambiwalentny stosunek do całej sprawy (zarówno zdarzenia jak i masowej reakcji na nie), tym, co oczywiście mnie uderzyło, była kolejna bezmyślna i bezrefleksyjna fala hejtu na "grodzone osiedla".

To hasło stało się wytrychem do pokazywania chorób toczących współczesne społeczeństwa, ale jak zwykle u nas wylewa się dziecko z kąpielą oraz usiłuje leczyć objawy, pomijając przyczyny. To nic nie da. Milion artykułów w mediach wszelakich nie sprawi, że ludzie zaczną czuć się bezpiecznie i wspólnotowo na tyle, żeby nie chcieć odgradzać się od zagrożeń albo po prostu bałaganu. Przyczyna bowiem jest taka, że jak komuna (a może i zabory, serio) zniszczyła u nas poczucie dobra wspólnego, pozostawiając jedynie fantom (jakże bolesny i patologiczny) wspólnotowości na poziomie narodowej abstrakcji. Komuna przyzwyczaiła nas do tego, że tym, co nie prywatne, "zajmuje się" państwo - czyli nikt. I jak menele albo chuligani zniszczą, to ktoś ma naprawić. Że nie naprawi? No to nie naprawi. Przewróciło się, niech leży. Przestrzeń publiczna jest ciągle w Polsce przestrzenią niczyją i jakkolwiek mam wrażenie, że to się zmienia, to ta zmiana zachodzi bardzo powolutku i kulawo, bo jednak wiele inicjatyw obywatelskich pada ofiarą wandalizmu i potem nie ma już środków, żeby naprawić szkody.

Powiem szczerze: kiedy ponad dziesięć lat temu kupowałam mieszkanie, celowo wybrałam takie, które jest w bloku z bramą, garażem i portierem. Nie jest to osiedle, blok jest pojedynczy i w sumie kształtem oraz układem bardziej przypomina dawne kamienice, niż cokolwiek innego, tyle że stoi sobie wolno, w otwartej przestrzeni, a nie zabudowie ciągłej. Ale teren jest ogrodzony, są furtki i otwierana na pilota brama wjazdowa. Jest też ogródek, w którym stoi niezdemolowana altanka i fontanna z niepobazgraną i nie rozbitą kamienną figurką. Od razu powiem jeszcze jedno: to nie jest luksusowy blok, większość mieszkań to typowa deweloperka: poniżej 55 m2, sporo wynajmowanych. Mieszkańcy są zwykłymi ludźmi, a metr kwadratowy, jak na prawie centrum dużego miasta był w bardzo przystępnej cenie.

Dlaczego tak wybrałam? Bo miałam dość. Przez lata mieszkałam z rodzicami w szacownej kamienicy będącej własnością uniwersytetu. Jak miałam osiemnaście lat, zostałam tam napadnięta przez zboczeńca (bo tak, bez ogródek się to wówczas nazywało), kilka lat później bardzo bliską mi osobę jakieś bandziory zrzuciły ze schodów, kradnąc jej torebkę. Do samochodu stojącego pod domem włamywano mi się po radio albo po nic, kilka razy wyrwano mi lusterko, raz stłuczono szybę. Podobnie z samochodami rodziców i sąsiadów. (To akurat nieco się ostatnio uspokoiło, po części dlatego, że radia nie nadają się już do montażu do innego samochodu, ale drugi ze wspomnianych napadów na klatce schodowej miał miejsce stosunkowo niedawno.)

A ja chciałam mieć spokój. Wracać do domu o dowolnej porze dnia i nocy bez lęku, który po latach we mnie pozostał, że ktoś wejdzie za mną do klatki i niewinnie rozpocznie rozmowę, ktora przerodzi się w coś zupełnie innego. Tu, gdzie mieszkam, też ktoś może oczywiście wejść - to nie ten typ portierni, gdzie goście się legitymują, aczkolwiek byłam u koleżanki w takim domu i mnie to osobiście nie przeszkadza. Ale samo to, że ktoś jest i potencjalnie obserwuje, i że nad bramką jest kamera przemysłowa, odstraszy takich przypadkowych pomniejszych napastników, jak ten, który zaatakował mnie w otwartej klatce bez żadnych zabezpieczeń. A poza tym - cóż, poczucie, że w przypadku obu napadów w kamienicy moich rodziców policja rozłożyła ręce, bo sprawcy byli naprawdę niewykrywalni, i im wszystkim uszło to na sucho, jest frustrujące.

Mój blok nie jest idealny - zdarzali się okropni sąsiedzi, ale plusem obecności portiera jest też to, że można go poprosić o zwrócenie uwagi hałasującym po nocy, zanim w desperacji zadzwoni się po policję. Z kolei natrętnych akwizytorów można odesłać do dzwonienia na portiernię - w efekcie mamy tu bardzo mało makulatury w postaci ulotek.

Wbrew temu, co wmawiają nam czasem media, takie bloki jak mój, podobnie jak osiedla z bramami i terenem prywatnym oraz tabliczkami o tym informującymi, istnieją na całym świecie i nie zawsze są zamieszkane wyłącznie przez nowobogackich. Myślę, że te, które widziałam w wielu wielkich miastach Europy, są zamieszkane głównie przez takich zwykłych obywateli jak ja i moi sąsiedzi. U mnie mieszkają uniwersyteccy profesorowie (co najmniej dwóch), ale i agenci ubezpieczeniowi, właścicielka biura nieruchomości, inżynierowie i nauczyciele. Samochody są w najlepszym wypadku ze średniej półki cenowej.

Wróćmy jednak od szczegółów do ogółu. To, że ludzie zamykają swoją przestrzeń prywatną, jest wynikiem degradacji przestrzeni publicznej. W wielkich miastach Europy ta ostatnia posiada zazwyczaj większe niż w Polsce enklawy, ale jest tam też więcej miejsc niebezpiecznych. W większości tych miast granice są dość powszechnie znane, a przenikanie się stref ograniczone - choć to akurat się zmienia i stąd zapewne coraz więcej domów czy osiedli zamyka się od zewnątrz. Jak lata temu byłam na stypendium w Oksfordzie, znajoma z college'u zabrała mnie do swojego domku na przedmieściu - zostawiła na ulicy niezamknięty samochód z otwartymi oknami, dom zamykała na jeden zwykły zatrzask typu Yale. Nie jestem pewna, czy dalej tak robi.

Teraz pytanie do tych wszystkich, którzy tak ochoczo podchwycili hasło "grodzonych osiedli" i hejtują je, że hej. Czy kogoś dziwi, że ogradzamy teren, na którym znajdują się wolnostojące domy jednorodzinne? Albo i takież w zabudowie szeregowej? Zamykamy również nasze mieszkania, nikt nie podnosi rwetesu o zamknięte na klucz i zaopatrzone w domofon klatki schodowe w blokach. Dlaczego zatem akurat ogrodzenie osiedla czy terenu wokół bloku budzi takie emocje? To wszystko służy może izolacji w niewielkim odsetku osiedli, tych naprawdę dla nowobogackich, ale myślę, że w ogromnej większości przypadków jest jak u mnie: dla bezpieczeństwa i zachowania porządku. Czasem nieco mniejsze zabezpieczenia służą uniemożliwieniu wjazdu samochodom innym niż mieszkańców - bo w mieście brakuje miejsc postojowych, a mieszkańcy bloku mogą sobie zamknąć swój teren, w przeciwieństwie do tych, którzy mieszkają w centrum miast i parkują na ulicach (za co jak na ironię płacą abonament, w przeciwieństwie do blokowiczów...)

A na koniec apel do mediów: zamiast podsycać podziały i wzbudzać hejt, może by tak zająć się przyczyną i prawdziwą chorobą, czyli wspomnianą degradacją przestrzeni publicznej? Jeśli ludzie poczują, że publiczna znaczy należąca do wszystkich, zaczną ją szanować tak samo jak prywatną. Na razie rozziew między tymi dwiema sferami naszego życia jest tak ogromny, że chronimy to prywatne - nawet jeśli prywatność jest rozłożona na mieszkańców bloku czy osiedla, co nadal pozostaje policzalne i przez to nie anonimowe, nie rozmyte - i odgradzamy je od publicznego czyli niczyjego.

Jeśli ten sposób myślenia się nie zmieni - a nie zmieni się bez inicjatyw i akcji, które nauczą ludzi współodpowiedzialności za publiczne - prywatne będzie stało w opozycji do publicznego, zamiast stanowić jego nieco bardziej intymne przedłużenie.


czwartek, 06 października 2016
Ci z innej planety

Nie jestem zwierzęciem kawiarnianym, ale czasem w przerwie między zajęciami zdarza mi się w takim lokalu posiedzieć. Jakkolwiek zasadniczo nie lubię być zmuszana przez okoliczności do wysłuchiwania cudzych rozmów, przyznam, że czasem bywa to interesujące doświadczenie. W każdym razie krakowska "Bona" dostarcza mi niekiedy naprawdę ciekawych obserwacji. Zwłaszcza kiedy stykam się z ludźmi, którzy wydają mi się pochodzić z innej planety. Raz to było towarzystwo od jakiejś jakości zarządzania czy innych zasobów ludzkich - podobnego stężenia pseudonaukowego bełkotu rzadko zdarza mi się słuchać.

Przedwczoraj to byli dwaj księża, jeden zdecydowanie starszawy, drugi w sile wieku. Nawet sympatyczni w sensie poglądów. Wyrażający się poprawną polszczyzną. Ogólnie raczej na plusie. Gdyby nie to, że raz za razem słuchając ich ukrywałam - mentalnie ale i dosłownie - twarz w dłoniach z zażenowania. Nie, powtórzmy, poglądami w rodzaju księdza Oko na przykład. Nawet nie poziomem wysublimowania i abstrakcji teologicznej dysputy, która miałaby szanse być podobnym pseudonaukowym gadaniem jak zarządzanie. Nie. Tym, co mnie uderzyło, było kompletne oderwanie tych dwóch panów stanu duchownego od życia i otaczającego ich świata.

Po pierwsze sprawiali wrażenie, jakby świat poza kościołem (instytucją) w ogóle nie istniał. Dobra, mogę to jakoś tam usprawiedliwić, bo ja z dawno nie widzianym kolegą po fachu pewnie też rozmawiałabym głównie o wspólnych znajomych po fachu. Ale mam jednak wrażenie, że nie tylko. Niemniej to mały problem.

W pewnym momencie zastrzygłam uszami, ponieważ rozmowa - prowadzona głośno, bez przejmowania się tym, że ktoś jeszcze w sali się znajduje, więc w sumie nawet nie podsłuchiwałam: nie dało się ich nie słyszeć - zeszła na gender. O dziwo żaden z panów nie zaczął pomstować, raczej pochylili się z duszpasterską troską. Ba, skrytykowali nawet jakiegoś kolegę po fachu za to, że bredzi. Zasygnalizowali jedynie, że jakkolwiek demonizować nie należy, tak i nie należy z tym iść na sztandary. Chwała im za to.

Po czym jeden, ten starszy, opowiedział temu drugiemu, skądinąd ewidentnie pracującemu na Ukrainie, o swoim własnym doświadczeniu z gender. Konkretnie o tym, że sam spotkał się z "takim przypadkiem". Mówił bez emocji - wielki plus - i raczej z sympatią o osobie, z którą się zetknął - kolejny plus. Po czym powiedział coś, co nawet nie zaskarbiło mu minusa, tylko pokazało, jak dramatycznie księża nie mają pojęcia, o co chodzi i jak mierzyć się z problemem. Przytoczył mianowicie swoje rozmowy z osobą. Urodzoną jako kobieta, ale czującą się mężczyzną - stop, to moje sformułowanie. On powiedział "dziewczyna, która chciała być chłopakiem". Na litość... ja osobiście przez całą podstawówkę zupełnie całkowicie chciałam być chłopakiem, teraz też w sumie wolałabym być mężczyzną, bo miałabym bez wątpienia łatwiej w wielu aspektach. To jeszcze nie czyni mnie osobą transpłciową, choć wedle radykalnych teorii transseksualności, mieszczę się w spektrum.

No więc mamy pierwszy dowód niezrozumienia problemu. Drugi był bardziej bolesny. Sympatyczny, łagodny i niezideologizowany duchowny usiłował bowiem przekonywać tę osobę, która najwyraźniej przyszła do niego po radę czy też duchowe wsparcie, że... macierzyństwo jest piękne i dlatego warto pozostać kobietą. To był moment, kiedy miałam ochotę podejść do ich stolika i powiedzieć: panowie, to nie tak! Tej osobie, czującej się mężczyzną, inny mężczyzna - urodzony jako mężczyzna (szczęśliwiec), ale który jak by nie patrzeć, odrzucił sporo społecznych ról związanych z byciem mężczyzną - klaruje, że fajnie jest być kobietą!

Potem panowie opowiedzieli kilka budujących historyjek o tym, ile ich koledzy po fachu robią dobrych rzeczy. Trochę to rozmyte było w nowomowie w rodzaju "dzieł parafialnych", ale niech im będzie - wierzę, że w każdej grupie społecznej są ludzie, którzy robią dobre i sensowne rzeczy. Tylko że następnie dwaj panowie przeszli gładko do utyskiwania na to, że źli ludzie tak strasznie nadają na księży, podczas gdy tyle dobra oni robią i tego się nie zauważa. I oni tego nie lubią, że ludzie tak krytykują. Znów bez zacietrzewienia. Taka refleksja miłego starszego pana.

Drodzy ogólnie sympatyczni i światli panowie. Nie podeszłam do waszego stolika, nie wyłożyłam wam, że z tą transpłciowością to jest inaczej, niż wam się wydaje. Nie zrobiłam tego, bo do takiego stopnia sprawialiście wrażenie zamknięcia w jakimś waszym świecie, że nie widziałam szans na przebicie przez dzielące nas mury. Nawet nie ideologiczne, ale wiedzy o świecie.

Żałuję jednak, że nie powiedziałam wam jednego: nikt nie lubi być krytykowany, a tym bardziej być sprawiedliwym padającym ofiarą krytyki wobec grupy. Ale walka z tymi, którzy psują grupie opinię, jest waszym zadaniem. Was, światłych, miłych i mających dobre intencje, nawet jeśli niewiele rozumiecie. To wy możecie sprawić, że grupa zacznie być postrzegana inaczej, jeśli wyraźnie odetniecie się od ksenofobicznych, nienawistnych, krzywdzących innych ludzi wypowiedzi waszych kolegów po fachu. Jeżeli to wy staniecie się twarzami waszej instytucji.

A teraz będzie postscriptum. Przez przypadek przejrzałam wczoraj wydane niedawno "ostatnie rozmowy" z kardynałem Ratzingerem czy też eks-papieżem Benedyktem - przyznam, że nie wiem, jaka jest formalna nomenklatura. I przeczytałam w nich między innymi fragment o II wojnie światowej. Ta rozmowa jest skandaliczna, drodzy panowie. Stanowi nie tylko pokaz pychy hierarchy, ale też bardzo mało eleganckie usprawiedliwianie tchórzostwa. I proszę mnie dobrze zrozumieć: nie mam do nikogo pretensji, że nie był bohaterem. Większość ludzi to nie są bohaterowie. Nie sądzę, żebym ja była potencjalnym bohaterem. Ale usprawiedliwianie tego skamlącym tonem i próba przeniesienia na siebie i swoją grupę całego cierpienia - to jest poniżej krytyki. A wystarczyło powiedzieć: my też się baliśmy i teraz nam głupio, że mogliśmy zrobić więcej, a nie zrobiliśmy. Przyznać się. Tylko tyle.

Wbrew pozorom nie jest to oderwane od wysłuchanej, bo nie podsłuchanej, przedwczoraj rozmowy. Jeśli ci mili panowie potrafiliby zobaczyć źdźbło w oku własnym, może zrozumieliby, że bliźni widzą belkę.


wtorek, 27 września 2016
Nie na czarno

"Bo my Polacy, my lubim pomniki" - pisał wieszcz Gałczyński w jednym ze swoich najbardziej błysktotliwych wierszy i miał rację.

Pomniki, manifestacje z mnóstwem pięknych słów, fejsbukowe akcje, teraz symboliczny "czarny protest" - to są wszystko uspokajacze sumienia. Prześlicznie pokazujące, że tylu nas. Tyle że do niczego nie prowadzące.

Nie założyłam przedwczoraj, wczoraj ani dziś czarnych ciuchów, choć mam ich sporo, a kierunek, w jakim mogą pójść zmiany prawne w Polsce mnie przeraża. Nie założyłam między innymi dlatego, że inicjatorem "protestu" jest partia, która nadal nie przeprosiła za swoją postawę podczas wyborów prezydenckich - za przekonywanie swoich sympatyków, że nie było różnicy między kandydatem Dudą i kandydatem Komorowskim. "Razem" dołożyła swoją cegiełkę do tego, jaką mamy sytuację polityczną w Polsce i odmawiam jej moralnego prawa do krytyki, dopóki nie powie jasno, że w maju 2015 się pomyliła.

W maju stałam ponad godzinę w kolejce do ambasady, żeby zagłosować. W obu turach. Z pełnym przekonaniem, że głosuję słusznie. Nie dlatego, że uważam Bronisława Komorowskiego za wybitnego polityka, nie dlatego, że mamy zbieżne poglądy na wszystko. Głosowałam m.in. dlatego, że podpisał ustawę antyprzemocową - to mi wystarczyło, żeby wiedzieć, że tak będzie dalej. Nie idealnie, ale też nie źle.

W jesieni nadal głosowałam - nie za wskazaniem serca (bo też nie było takiego ugrupowania, które by jego porywom odpowiadało), ale pragmatycznie - na jak najsilniejszą parlamentarną opozycję. To nie wystarczyło, ponieważ rozdrobnienie frakcyjne "naszej" strony było zbyt duże.

Ale przynajmniej mam czyste sumienie. Zrobiłam dokładnie wszystko, co mogłam zrobić. Czyli poszłam na wybory i spełniłam obywatelski obowiązek. Dlatego teraz nie ubieram się na czarno - nie muszę zagłuszać wyrzutów sumienia symbolicznymi gestami.

K. Malewicz, Czarny kwadrat na białym tle

PS. Żeby było całkiem jasno: treść protestu popieram. Nie uważam też, że pomysł porwał wyłącznie tych, którzy nie głosowali i mają podświadome wyrzuty sumienia - dużo ludzi zapewne robi to spontanicznie, wierząc w siłę sprawczą takich symbolicznych gestów. Niemniej uważam, że to po prostu nic nie da poza poczuciem zadowolenia i uspokojonego sumienia (coś zrobiłem) tych, którzy się bardzo małym kosztem przyłączą.

 

sobota, 17 stycznia 2015
I górnicy, i...

Pochodzę z historycznej (tak dziewiętnastowiecznie historycznej, ale niech będzie) Galicji zachodniej. Część mojej rodziny mieszkała jednak czasowo lub na stałe na Górnym Śląsku albo jego pograniczu. Byli wśród nich także ludzie związani z górnictwem - głównie jako sztygarzy i inżynierowie, ale jednak w kopalniach. Wujek mojego Taty miał w Żywcu piękny pogrzeb z orkiestrą górniczą - byłam mała i zachwycały mnie czarne mundury i pióropusze. Ale od dziecka miałam w naturalny sposób ustalone dwa pojęcia o górnictwie: 1) że jest to ciężka praca, zwłaszcza jak się nie jest inżynierem; 2) że na poziomie polskim jest to "sektor", jak się dziś mówi, gwarantujący znacznie wyższy standard życia od przeciętnego, nawet jeśli nie należy się do partii. Bo wujkowie mieli domy jednorodzinne a nie ciasne mieszkania i żadnych kłopotów z kupnem samochodu, a kuzyni zagraniczne narty i różne takie. Tak było za PRL.

Potem jakoś te rodzinne śląskie powiązania osłabły - życie przyspieszyło, dużo się pozmieniało. Ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, że przez te lata w mojej głowie pojawił się zupełnie inny obraz górnika: pieniacza, który zawsze siłą wywalczy swoje.

Bardzo mnie ciekawi, co wspomniany wujek mojego taty - na logikę sztygar zapewne jeszcze przedwojenny - miałby do powiedzenia o tych górnikach, którzy terroryzują Sejm i kosztem reszty społeczeństwa fundują sobie przywileje, o których innym "sektorom" publicznym i budżetowym nawet się nie marzy.

Tak, nie zapomniałam, że praca górnika jest ciężka. Ale, drodzy górnicy, nie myślcie, że inni nie pracują. Że nie mają potrzeb, ambicji i aspiracji. Oczyma duszy widzę już, że po to, żebyście mieli te swoje czternastki, deputaty, gwarancje pracy i co tam jeszcze do tych przywilejów należy, "trzeba będzie", jak zwykle, obciąć budżet nauki, kultury - bo to przecież najmniej ważne dziedziny życia społecznego, prawda? Siedząc za biurkami, usiłując rozdzielić 24 godziny między własną pracę naukową, poprawianie zadań studenckich, obowiązki administracyjne, koszmarną biurokrację systemu finansowania nauki (z coraz mniejszą szansą na sukces, ponieważ mnóstwo pieniędzy pójdzie na spełnienie waszych żądań) i chałtury, żeby mieć z czego żyć i te aspiracje jakoś realizować (bo taka ja na przykład mam chwilowo ok. 1500 zł stałego dochodu miesięcznie), my też musimy spać i jeść. I chcielibyśmy czegoś więcej ponad tę egzystencję. Dlatego nie jestem w stanie się z wami solidaryzować. Nie mogę, bo wy zatraciliście poczucie solidarności społecznej całkowicie.

Podobnie zapewne mogą napisać przedstawiciele innych grup społecznych, których poziom życia uzależniony jest od budżetu państwa. Grup, które nie zastrajkują, bo uważają to za niemoralne, nieprzyzwoite, nieeleganckie.

Tak, pamiętam, że praca górnika jest ciężka. I uważam, że powinna być dobrze płatna. Uważam jednak również, że nieprzyzwoitością jest żądać niebotycznych przywilejów w kraju, w którym tyle grup jest skandalicznie niedofinansowanych.

Miejcie więc te swoje przywileje, ale pamiętajcie, że uzyskaliście je kosztem krzywdy innych.

Biblioteka

czwartek, 08 stycznia 2015
Nous sommes Charlie

Jedną z największych, niewytłumaczalnych zagadek wszechświata i conditio humana jest dla mnie istnienie umysłów tak zamkniętych, że każdą wypowiedź niezgodną z ich poglądami, z tym, w co mniej lub bardziej rozpaczliwie wierzą, uznają za osobisty atak na siebie, a na dodatek sublimują to poczucie w atak na wartości czy też na Boga. Atak, który zasługuje na natychmiastową kontrę, na pognębienie przeciwnika - w dużej mierze przecież wyimaginowanego, bo będącego po prostu człowiekiem, który chce żyć inaczej i nic więcej. Nie przestaje mnie zadziwiać istnienie ludzi, którzy na serio uważają, że satyryczny obrazek czy zrodzona z gniewu (zazwyczaj zasadnego) wypowiedź, narusza jakiś ład we wszechświecie.

Ludzi kurczowo trzymających się idei, najczęściej wypaczonej - tak kurczowo, że dla obrony tej swojej wizji idei są gotowi walić na oślep, a nawet zabijać. Ludzi, którzy wierząc w takiego czy innego boga (zazwyczaj nazywanego przez nich miłosiernym i wszechmogącym) uważają, że to oni są depozytariuszami tego bóstwa opinii i honoru,  muszą więc je bronić przed pragnącym je splugawić motłochem. Ludzi, którzy obraz tego bóstwa tak bardzo kształtują na swoje własne podobieństwo, że czynią z niego karykaturę, sami o tym nie wiedząc. Pokazują je światu jako małostkowe, bezsilne, mściwe i egoistyczne. Broniąc rzekomo praw tego bóstwa czy też instytucji, w którą równie święcie wierzą, bronią tak naprawdę własnego przerażenia, własnej niepewności, własnego poczucia zagrożenia. Fanatyzm jest najczęściej strawą umysłów słabych, nieumiejących samodzielnie myśleć, uciekających przed braniem odpowiedzialności za swoje życie i czyny, składających ją w czyjeś ręce. Słuchają jakiegoś mistrza, guru, przewodnika i dają mu sobą kierować. Przyjmują radykalne poglądy, bo one porządkują świat, ukazując go w w czerni i bieli. Nie zdają sobie zazwyczaj sprawy z tego, że w tym pozornie czarno-białym obrazie kryje się wielka strefa mroku, w którą wepchnięte są różne paskudne szkielety. Strefa, w którą spycha się wszystko to, co niewygodne, co mogłoby rzucić cień na tę białą stronę. W ostrym świetle tego mroku nie widać, ale on czai się gdzieś na granicy.

Ludzkość broni się przed fanatyzmem, przed tymi zadziwającymi zamkniętymi umysłami, między innymi poprzez wolność słowa. Zastanawia mnie zawsze, na ile powinna ona być bezwzględna, czy i gdzie są granice tej wolności. Z jednej strony głębokie przekonanie mówi mi, że jest to wartość absolutna. Z drugiej - wiem, że pewne treści, a raczej ich czynne propagowanie, powinny być zakazane. I że zdarzają się sytuacje, kiedy dla dobra powszechnego pewne treści należy przemilczeć. Że na przykład w czasie wojny nie powinno się podkopywać morale. Ale w sumie wszystkie te przypadki można regulować umową społeczną -oczywiście trzeba mieć do tego społeczeństwo na tyle dojrzałe, żeby umiało odróżnić realne zagrożenia od urojonych.

Taka autocenzura zresztą często działa nawet w społeczeństwach pod tym względem mało dojrzałych. W Polsce powstrzymała ona chociażby nawet tabloidy od drukowania drastycznych zdjęć po katastrofie w Smoleńsku - choć naprawdę, bywały takie chwile, kiedy czytając kolejne jątrzące wypowiedzi różnych prawicowych mędrców smoleńskich, zwłaszcza te rzucające kalumnie na rząd i śledztwo, uświadamiając sobie, że ich fanatyczna gadanina trafia do rzesz pragnących, by ktoś nimi pokierował, myślałam w duchu, że może oni powinni te drastyczne zdjęcia zobaczyć, przekonać się, z czym miała do czynienia na przykład obecna pani premier i gdzie była wówczas prawdziwa odwaga i poświęcenie.

To jest też powód, dla którego nie potrafię jednoznacznie ocenić inicjatyw takich jak wikileaks. Z jednej strony ujawnianie machinacji polityków, służb specjalnych i korporacji jest pożądane, jest jakąś formą społecznej kontroli nad tymi, którzy nami rządzą. Z tego samego powodu uważam na przykład, że w demokratycznym państwie żadna instytucja nie powinna być zwolniona z jawności finansowej. Z drugiej - gdzie jest granica ujawniania informacji, które potencjalnie mogą zaszkodzić bardziej niż pomóc?

Jest też inny aspekt wolności słowa. Dotyczący już samego języka. Ponieważ nie jestem zwolenniczką żadnych radykalizmów, nie popieram również poprawnościowej walki z językiem, a zwłaszcza z tym, co się w nim zakorzeniło. Nie wierzę aż tak bardzo w moc sprawczą słów i w to, że jeśli będziemy mówić (potocznie) "ocyganić" albo "oszwabić" (jako dziecko w ogóle nie widziałam związku tych słów z czymkolwiek konkretnym), to zwiększy to poziom nienawiści społecznej do Romów czy Niemców. Ale jeśli już prowadzi się kampanie na rzecz wycofania takich słów z języka, to bądźmy konsekwentni i przestańmy również używać określenia "pogański" jako przydawki wartościującej. Poganom też może być przykro, kiedy ktoś z niechęcią czy rozpaczą w głosie mówi, że każe mu się wstawać "o pogańskiej godzinie". Że już nie wspomnę o szafowaniu określeniem "pogańskie obyczaje" na obyczaje uznawane za prymitywne i niecywilizowane, które może bez trudu być uznane za obraźliwe. (Powtórzę jednak, że osobiście jestem przeciwko takim czystkom, ale jeśli już je robić, bo taka moda intelektualna zapanowała, to konsekwentnie.)

A dlaczego jestem przeciwko czystkom i tzw. politycznej poprawności? Bo jak dla mnie ona też zbyt łatwo może prowadzić do zachowań o charakterze fanatycznym. Jak każdy radykalizm. Ludzie skupieni na śledzeniu, czy w jakiejś wypowiedzi nie ma przypadkiem sformułowania, które mogłoby naruszyć uczucia - takie czy inne - jakiejś grupy społecznej, przestają czytać teksty. W sensie - ich komunikaty. Nie widzą treści poza zbitką słów. Poza materiałem do prowadzenia śledztwa, czy aby nie narusza to zestawienie słów, to jakieś pojedyncze słowo, praw do dobrego samopoczucia mniej lub bardziej ściśle zdefiniowanej grupy. I naprawdę niczym się to nie różni od naruszania uczuć religijnych tych ludzi, których mentalność tak bardzo mnie zadziwia we wszechświecie.

Nieważne, po której stoi się stronie, fanatyzm zawsze jest zły i należałoby go dusić w zarodku. Zawsze gdzieś u swoich korzeni jest wynikiem niepewności i braku poczucia własnej wartości. Ono może brać się z różnych źródeł: odrzucenia, biedy, krzywdy, ale i z przekonania o tym, że świat będzie lepszy, jeśli wszyscy będą tacy sami. I że dekretem, ustawą, wyrokiem sądu czy zamachem terrorystycznym można do tej jednolitości doprowadzić. Sprawić, że ludzie zaczną wyznawać te same "wartości", które wyznaje ten, kto je narzuca. Problem w tym, że dzieje absolutnie wszystkich rewolucji pokazują, że jeśli nawet radykalny ruch był w miarę jednolity na samym początku, to bardzo szybko zaczynał dzielić się na wrogie sobie frakcje - jednolitość najwyraźniej nie leży w naturze ludzkiej. Pod tym względem pojawienie się chrześcijaństwa niewątpliwie było rewolucyjne: dość spójna początkowo sekta bardzo szybko podzieliła się na zwalczające się wzajemnie odłamy. Skądinąd w tego typu wydarzeniach działa również inny mechanizm - wielkie rewolucje mające na sztandarach sekularyzację i antyklerykalizm bardzo szybko wykształcają własne formy o charakterze sakralnym, nawet jeśli formalnie odrzucają sacrum, bo mentalność rewolucyjna potrzebuje jednoczącej idei. Fanatyzm religijny i fanatyzm rewolucyjny w jednym stoją domu.

Dlatego chciałabym żyć w świecie, w którym nie strzela się do dziennikarzy w obronie żadnych świętych mędrców i niezależnie od tego, czy nam się ich robota dziennikarska podoba czy nie, a sprawy dotyczące światopoglądu i potencjalnych przykrości wyrządzanych sobie wzajemnie przez różne osoby o odmiennych poglądach wyjaśnia się w cywilizowanej rozmowie. W świecie, w którym obrona "wartości", "Boga" czy "honoru" nie staje się bezpardonowym atakiem na drugiego człowieka. W którym ludzie deklarujący nadstawianie drugiego policzka rozumieją znaczenie tego wyrażenia i nie zamieniają go na oddaj, byle zabolało. W którym przyznanie sobie prawa do krytykowania innych oznacza danie tym innym prawa do krytykowania nas i na odwrót - pogodzenie się z tym, że inni nas krytykują, oznacza automatycznie, że my mamy prawo krytykować ich. W świecie, w którym satyra i krytyka są głosem w debacie, a nie głosem, który należy stłumić za każdą cenę.

W świecie ludzi świadomych wartości swojej i wyznawanych przez siebie idei na tyle, że dla ich obrony nie potrzebują sięgać po broń, jakakolwiek by ona była.

I tylko... wysp tych nie ma.

Liberte

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright