czwartek, 22 lutego 2018
Przyczynek olimpijski

Nie oglądam olimpiady, nie czytam doniesień z zawodów - sport znudził mi się wiele lat temu, kiedy skończył być fajną zabawą, a stał się wielką komercyjną machiną. (Tak, przyznaję się bez bicia: irytuje mnie to, że ludzie, którzy często nie mają sensownego pomysłu, na co można wydać wielkie pieniądze, dostają ciężkie miliony za kopanie albo odbijanie piłki. I tak, wiem, że to nie dotyczy wszystkich konkurencji, ale i tak to, co można dostać za udział w olimpiadzie, jest niewspółmierne do tego, co można dostać np. za książkę czy inną działalność kulturalną. Wiem również, że ta różnica wynika z oglądalności - ale jakkolwiek igrzyska zawsze były popularniejsze od czytania, a gladiator zarabiał więcej niż poeta, to jednak to akurat jest po prostu smutne.)

Nie jestem jednak w stanie uciec od tego, że media mnie tą olimpiadą bombardują - nie da się uciec od nagłówków gazet czy serwisów internetowych. (To z nich zresztą wiem, jak bardzo ci najlepiej zarabiający sportowcy nie mają pomysłu, na co wydawać pieniądze, ale i tak stają na głowach, żeby zarobić jeszcze więcej.)

No i nie mogę w związku z tym uciec od kompleksu polskiego. Zwłaszcza że N ogląda olimpiadę, bo sport nadal lubi, i podzieliła się ze mną ciekawą obserwacją. N ogląda sport głównie na Eurosporcie, ma więc niezłą konfrontację z polskimi mediami.

Otóż od prawa do lewa media polskie obchodzi jedynie to, co na olimpiadzie uzyskują / nie uzyskują / mogliby uzyskać Polacy. Jak co dwa lata, a może i częściej, bo przy innych wielkich imprezach sportowych to też działa, mamy taką specyficzną krzywą: od wyliczeń, ile to medali zdobędziemy (przed rozpoczęciem imprezy), przez smętne miny, kiedy okazuje się dzień po dniu, że jednak coś nie wychodzi, po podsumowujące "znowu nie wyszło". A po drodze głównie dramatyczne nagłówki, że miało być tak wspaniale, byliśmy prawie na pozycji medalowej, ale zły wiatr, złe strzelanie, zła trasa, złe warunki. Nigdy po prostu, że np. inni zawodnicy po prostu okazali się lepsi. Do tego wykrzykniki, jakby to wszystko naprawdę była narodowa tragedia.

Na dodatek jak już nie wychodzi i musimy się z tym wśród wykrzykników pogodzić, to w nagłówkach na próżno szukać informacji o tym, kto wygrał, albo zachwytów nad jakimś niezwykłym wyczynem innej nacji. (Jak już było, to o Irance bez realnych olimpijskich szans - bo sprzęt treningowy dostała od Polki! Skądinąd rzeczona Iranka wzbudziła moją autentyczną sympatię, bo jak dla mnie, to sport powinien tak właśnie wyglądać: ludzie, amatorzy, którzy na marginesie swojej zwykłej pracy robią coś, żeby pokazać głównie sobie, że mogą.)

A potem narzekamy, że nikogo na świecie nie obchodzimy*. Ale czy nas obchodzi świat?

* Co zresztą nie jest wcale prawdą. Francuska Biblioteka Narodowa uruchomiła właśnie na swoim ogromnym i bardzo odwiedzanym portalu specjalną stronę poświęconą pięciuset latom stosunków polsko-francuskich, z okazji stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Ale ponieważ nie ma tam nic o widelcach, to pewnie suweren nie będzie zadowolony.

Tagi: sport
14:49, drakaina , Cottidiana
Link Komentarze (1) »
czwartek, 08 lutego 2018
Polak potrafi!

Jak już myślałam, że nic nie zdoła mnie zaskoczyć, to zaskoczyło. Co? Ano to, że obecne kręgi rządowe były w stanie wymyślić własną odmianę politycznej poprawności.

Pewien pan poseł zaproponował właśnie, choć chyba należałoby powiedzieć: zażądał, poprawienia tekstu "Medalionów" Zofii Nałkowskiej, ponieważ znalazło się w nich trefne z punktu widzenia najnowszej wykładni sformułowanie.

Na celowniku wiadomej ustawy jest przede wszystkim jedno konkretne określenie, o którym na dodatek zrobiło się naprawdę głośno dopiero z okazji tej ustawy. Ale sama ustawa mówi ogólniej o szkalowaniu.

A to oznacza, że być może będziemy zmuszeni rozprawić się z ogromną częścią literatury polskiej. I nie tylko polskiej.

Ze względu na nocną porę i chwilowy brak czasu proponuję na początek zająć się trzema szkalującymi autorami i ich wypowiedziami ( zapraszam do zgłaszania kolejnych kandydatur w komentarzach):

1. Juliusz Słowacki o Polsce: "pawiem narodów byłaś i papugą".

2. Alfred Jarry: "w Polsce czyli nigdzie"

i przede wszystkim

3. Jan Kochanowski: "Nowe przysłowie Polak sobie kupi, | Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi."

A że wszyscy autorzy nie żyją? Co to dla nas! Mieliśmy już ministra, których chciał się spotykać z nieżyjącym malarzem, więc możemy mieć i takiego, który będzie karał nieżyjących pisarzy. Polak potrafi!

Le veritable portrait de Monsieur Ubu

Zapisz

Zapisz

piątek, 02 lutego 2018
Kopernik a sprawa polska

Jednym z głównych problemów, jakie ludzkość, a po prawdzie głównie teologowie, bo ogółowi ludzkości było to wówczas zapewne głęboko obojętne, mieli z teorią heliocentryczną, było to, że w jej świetle Ziemia przestała być uprzywilejowanym punktem we wszechświecie. Została przesunięta na bok i zrównana z innymi planetami. A to oznaczało, że człowiek nie jest w centrum stworzenia. Przez stulecia teologowie musieli się pogodzić z tym, że teorii heliocentrycznej nie da się podważyć, a mimo to antropocentryzm ma się nieźle w postaci tzw. hipotezy czy też zasady antropicznej. Jak na ironię, podobno powstała ona z okazji obchodów pięćsetlecia urodzin Kopernika.

Jednym z głównych problemów, jakie mają propagatorzy "polityki historycznej" oraz ostatnio autorzy skandalicznych zapisów w ustawie o IPN, jest najwyraźniej niemożność pogodzenia się z tym, że Polska, podobnie jak Ziemia, nie posiada wyróżnionego miejsca we wszechświecie. Że nie jest jego centrum, z powodu którego i dla którego wszystko inne się kręci.

Podobnie jednak, jak prawa fizyki nie dążyły celowo do tego, żeby mogło powstać ziemskie życie, tak historia nie miała na celu stworzenia Polski i Polaków. Im szybciej się z tym pogodzimy, tym lepiej się nam będzie żyło i tym przyjaźniej spojrzymy na otaczający świat.

Byłoby dobrze, gdybyśmy potrafili zaakceptować, że nasze społeczeństwo, podobnie jak każde inne, składało się, składa i składać będzie z ludzi bardzo różnych. I tak jak nikt nie neguje, że są w nim np. bogaci i biedni albo wykształceni i niewykształceni, tak musimy pogodzić się również z tym to, że są w nim ludzie szlachetni i podli. I że tak jak bogactwo, bieda i poziom wykształcenia niekoniecznie muszą być nam dane na zawsze, tak i postawy ludzkie mogą się zmieniać. Historia zna nie tylko przypadki "od pucybuta do milionera", ale także "od łajdaka do bohatera". Niestety, również na odwrót. Ale to jest normalne, ot, natura ludzka.

Udział procentowy poszczególnych grup w społeczeństwie, a także możliwości zmian, zależą w dużej mierze od edukacji i tego, jakie w jej ramach wzorce moralne są wpajane uczniom. Zależy też od języka władzy, mediów, od tego, co się oficjalnie propaguje. Także od tego, na co się przyzwala. I jak się traktuje przeciwników. Słowem, od całego tego "dyskursu publicznego", którym jesteśmy zewsząd otoczeni. W znacznie mniejszym stopniu natomiast zależy to od zapisów w ustawach.

Andreas Cellarius 1708

Zapisz

Zapisz

poniedziałek, 04 grudnia 2017
Dwa słowa o patronach

Trwa "dekomunizacja" nazw ulic, która zapewne znów nie dość, że wytnie z upamiętnienia kilka osób, którym się ono należy, niezależnie od opcji politycznej (zawsze jestem np. ciekawa, jak długo w Krakowie utrzyma się Ignacy Daszyński, a raczej kiedy i komu i on zacznie wadzić). Przypomina mi to niezmiennie dwie historyjki typu se non è vero, è ben trovato o zmianach nazw ulic: 1) protest prawicowych radnych w nie pamiętam jakim mieście przeciwko ul. Czerwone Wierchy; 2) propozycję, w Krakowie, utworzenia ulicy Obrońców Monte Cassino.

Trwa również wymiana nazw szkół i zapewne mnóstwa innych rzeczy z nieprawomyślnych na zgodne z jedyną słuszną drogą, jaką dziś dyktuje nam partia.

A w cieniu tego wszystkiego, w ramach promowana właściwych wzorców, jakieś miasto organizuje turniej sportowy o puchar im. Janusza Walusia. Prawomocnie w innym kraju skazanego zabójcy.

Mam w związku z tym propozycję: idźcie, cni prawdziwi patrioci, za ciosem i zorganizujcie konkurs plastyczny im. Eligiusza Niewiadomskiego. Wystawa prac nagrodzonych oczywiście w warszawskiej Zachęcie. A jak jej władze nie będą chciały, to się je przecież bez trudu wymieni, co najwyżej jakiś nieprawomyślny artysta pod rękę z intelektualistą zaprotestują.

***

Napisałam powyższe z zamiarem ironicznym, zakładając, że moja wizja nie może się ziścić, że istnieje jednak jakieś powszechne polityczne tabu. Po czym zabrałam się za szukanie odpowiedniego obrazka. I okazało się, że bardzo, ale to bardzo się myliłam. Natychmiast dostałam po głowie artykułem pt. "Dla was zbrodniarz, dla nas bohater" (nie będę linkować, kto ciekaw, może sobie wyguglać), autorstwa  anonimowego oenerowca. Następnie oczom moim ukazały się zdjęcia z jakiejś kieleckiej demonstracji innego odłamu narodowców, z transparentem "Prawdziwy bohater". A także okładka książki "Eligiusz Niewiadomski - człowiek zasad", wydanej przez kolejny odłam.

Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, czy w razie czego urosły w siłę ruch narodowy chwyci za broń przeciwko swoim wrogom ideowym, to ja już nie.


Save

Save

Save

Save

sobota, 04 listopada 2017
Nie sądźcie

Dwa razy w czasach licealnych zostałam wyrzucona z klasy z naganą za ten sam naganny czyn. Raz z lekcji polskiego wyrzucił mnie mający zastępstwo w naszej klasie tzw. szkolny ubek, główny partyjny ideolog mojego znakomitego skądinąd liceum, facet wciąż groźny w czasach, kiedy PRL wydawał ostatnie tchnienie. Drugi raz zostałam wyrzucona z przykościelnej lekcji religii przez panią uczącą "przygotowania do życia w rodzinie". Jak już powiedziałam - w obu przypadkach za to samo.

A za co? Ano za odmowę potępienia uczynków ludzi, którzy znaleźli się w skrajnych sytuacjach. Za to samo, dokładnie to samo wypowiedziane zdanie: "Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, nie wiem, jak sama bym się zachowała, więc nie mogę oceniać tych ludzi". Za pierwszym razem chodziło o jednego z bohaterów Popiołu i diamentu Andrzejewskiego, tego, który w obozie z porządnego człowieka zmienia się w oprawcę współwięźniów. Za drugim razem chodziło ogólnie o kobiety dokonujące aborcji.

Przypomniało mi się to dziś, kiedy przeczytałam reportaż o syryjskich uchodźcach z łodzi, która zatonęła na Morzu Egejskim. A konkretnie komentarze pod tym reportażem. Komentarze w tonie "mogli siedzieć w domu", "mogli nie dać się oszukać przemytnikowi", "mogli postępować mądrzej". Pewnie mogli. Ale idę o zakład, że żaden z komentujących nigdy nie przeżył wojny, realnego, ciagłego zagrożenia życia, więc nie ma pewności, że sam w ich sytuacji zachowałby się inaczej. "Mądrzej." Ja o sobie też tego nie wiem. Ba, myślę, że próbowałabym uciekać za wszelką cenę, nie wiem, czy potrafiłabym na zimno kalkulować szanse.

Wiem, że moja rodzina, dziadkowie z malutkimi dziećmi, uciekali we wrześniu 1939 z Krakowa do Lwowa - wygodnie, własnym samochodem. Po czym kilka miesięcy później, w środku zimy, z babcią w ciąży, uciekali z powrotem ze Lwowa do Krakowa, tym razem przez zieloną granicę i bardzo szybko na piechotę, bo Rosjanie zabrali im samochód, w zamian dając bumagę potwierdzającą ten rekwirunek. Samochodu oczywiście dziadek nigdy więcej nie zobaczył.

Co świadczy o tym, że nawet ludzie mający flegmatyczny charakter i wręcz patologicznie trzeźwo myślący jak mój śp. Dziadek, ulegają presji ucieczki przed wojną oraz są zdolni przebyć kilkaset kilometrów w bardzo trudnych warunkach, byle dostać się w nieco bezpieczniejsze miejsce.

Z tych dwóch powodów nie czuję się uprawniona do oceniania tego, co robią uchodźcy.

I żeby było jasne: mam z kwestią uchodźców spory problem moralny. Nie udaję, że ta ogromna migracja nie niesie ze sobą zagrożeń. Uważam, że są kraje, jak choćby bogate państwa arabskie, ale również Polska, których moralnym obowiązkiem jest wziąć czynny udział w rozwiązywaniu tej katastrofy humanitarnej, a tego nie robią. Mam jednocześnie wrażenie, że Unia Europejska nie opracowała dobrych procedur - ale nie bardzo miała na to czas. A poza tym jeżdżę dużo po Europie, byłam w kilku z miejsc, które media opisywały jako ogniska zapalne problemu z uchodźami i nie widziałam tam zagrażających mojemu bezpieczeństwu tłumów. Owszem, w podparyskim Saint-Denis tabliczki w rękach oblegających samochody żebraków zmieniły się z "famille de Roumanie" albo zwykłego "j'ai faim" na "famille syrienne". Ale to ci sami ludzie, zawodowi żebracy, żerujący teraz na aktualnych emocjach.

Ale jakiekolwiek miałabym problemy z tym problemem, nie mogę potępić Syryjczyków za to, że uciekają. I bardzo bym chciała nigdy nie nabyć prawa moralnego do takiej oceny.


Save

poniedziałek, 17 lipca 2017
Ale to już było... (2)

Dziś pewna posłanka napisała (jak następnie tłumaczyła: ironicznie), że nie przewiduje zmiany władzy.

Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy, powiedział ponad pół wieku temu towarzysz Wiesław.

 

piątek, 14 lipca 2017
Suweren

Obecna władza bardzo lubi powoływać się na "wolę Suwerena", którym jest Naród. Władza zapomina, że wybrała ją zaledwie 1/5 uprawnionego do głosowania Suwerena, ale to drobiazg. Skoro połowy uprawnionego Suwerena najwyraźniej nie obchodzi, kto będzie nim rządził, to ma za swoje. A sądząc po reakcjach, a raczej ich braku, nadal go niewiele obchodzi.

Ponieważ na wpis o Bastylii nie mam pomysłu, pozwolę sobie uprzejmie przypomnieć kilka dokumentów z tamtej epoki, odwołujących się do idei Narodu jako Suwerena.

Konstytucja korsykańska Pasquale Paolego (1755, ale jej zręby powstały w latach 1735-45, czyli przed publikacją "O duchu praw" Monteskiusza), tworząca porządek prawny dla "szczęścia narodu", stawia obok władzy wykonawczej kolegialną władzę ustawodawczą oraz osobne sądy.

Konstytucja Stanów Zjednoczonych Ameryki (1787) zaczynająca się od Suwerena (słynne "My, Naród"), bardzo wyraźnie rozgranicza władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądową.

Francuska Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela (1789), która stanowi, że "Źródło wszelkiego zwierzchnictwa spoczywa całkowicie w Narodzie", mówi też jasno, że "Społeczeństwo, w którym nie ma należytej gwarancji praw ani określonego z góry podziału władz, nie ma ustroju konstytucyjnego."

Nawet bardzo niepostępowa, zwłaszcza w rozdziałach I-II, Konstytucja polska 3 Maja poświęca trzem władzom osobne rozdziały (VI-VIII) i mówi wprost: "Władza sądownicza nie może być wykonywanąani przez władzę prawodawczą, ani przezkróla, lecz przez magistratury na ten koniec ustanowione i wybierane."

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że Suweren w końcu sobie o tym przypomni. Choć, wracając jednak do Bastylii, Suweren nader często orientuje się dopiero wtedy, kiedy zabraknie mu chleba.

Save

Save

środa, 12 lipca 2017
Śmiech pusty mnie porwał

W każdym państwie istnieją trzy rodzaje władz [...]

Na mocy pierwszej, panujący lub urzędnik stanowi prawa na przeciąg pewnego czasu lub na stałe, tudzież poprawia lub znosi prawa istniejące. Na mocy drugiej rozstrzyga o wojnie lub pokoju, wyprawia lub przyjmuje poselstwa, strzeże bezpieczeństwa, zapobiega najazdom. Na mocy trzeciej, karze zbrodnie lub sądzi pomiędzy poszczególnymi jednostkami. Tę ostatnią władzę nazwiemy władzą sądowniczą, drugą zaś po prostu wykonawczą państwa.

[...] Gdzie w jednej osobie lub jednym ciele urzędowym władza prawodawcza łączy się z władzą wykonawczą, tam nie masz wolności albowiem istnieje obawa, że ten sam monarcha [...] stanowić będzie prawa tyrańskie, by je wykonywać po tyrańsku.

Nie masz wolności, skoro władza sądownicza nie jest oddzielną od władzy prawodawczej i wykonawczej. Jeśli złączona jest z władzą prawodawczą, powstaje samowolność w stosunku do życia i wolności obywatela, albowiem sędzia będzie zarazem prawodawcą. Jeśli jest złączona z władzą wykonawczą, sędzia będzie posiadać władzę ujarzmiciela. [...].

Monteskiusz,  O duchu praw (1748),
oprac. M.  Szczaniecki, Warszawa 1957

Wiecie, gdzie znalazłam ten tekst? W pliku o nazwie e-biblioteka, który ściągnął się z oficjalnej strony prezydenta Polski.


niedziela, 11 czerwca 2017
Ale to już było...

Tylko najwyraźniej, nie tak jak w piosence, wraca. Wczoraj Władysław Frasyniuk został siłą usunięty przez policję z demonstracji, która wedle najnowszego prawa była nielegalna, ponieważ i tylko dlatego - nie de iure, bo prawo sformułowano sprytnie, ale na pewno de facto - że nie zgadzała się z oficjalną linią rządową. Frasyniuk już to przerabiał, za PRL. Przerabiał też grożące mu za ten czyn więzienie. Myślę, że on się nie boi, że się z tym liczył, wybierając się wczoraj z Wrocławia na Krakowskie Przedmieście.

Przerażające jest w tym wszystkim co innego: absolutny cynizm obecnej władzy. Cynizm oparty na bardzo prostej przesłance: dla wyborcy, który dziś decyduje o wynikach, PRL to już historia, a nazwiska prawdziwych bohaterów tamtych czasów bardzo łatwo zastąpić innymi. Wyobrażałabym sobie, że to, co się wczoraj stało: usunięcie prawdziwej legendy antykomunistycznej opozycji siłą przez policję z demonstracji, to obraz tak mocny, tak wyrazisty, że powinien spowodować gigantyczny protest społeczny. Otworzyć oczy na to, co się wokół nas dzieje.

Tak się nie stało i tak się zapewne nie stanie. I to właśnie mnie przeraża.

PS. Uważam, że Władysław Frasyniuk powinien zostać następnym prezydentem Polski. Zwłaszcza jeśli zostanie skazany za wczorajsze "naruszanie porządku".

Save

piątek, 02 czerwca 2017
Decorum

Jak miałam jakieś najwyżej czternaście lat, moja świętej pamięci Babcia, przedwojenna (powojenna zresztą też) nauczycielka zapomniała chyba o pedagogicznym wykształceniu, że o instynkcie już nie wsponmnę, i uraczyła mnie opowieścią, która żadną miarą nie nadawała się do opowiedzenia osobie w tym wrażliwym wieku. Była to opowieść o opowieści, którą Babci z kolei opowiedziała niegdyś jej koleżanka, pracująca w administracji cmentarza komunalnego w Warszawie. Tego, na który przywieziono szczątki ofiar katastrofy lotniczej Iła na Okęciu w 1980 roku.

Scenę pamiętam do dziś w szczegółach: siedzimy, jak zwykle, w kuchni, ale z opowieści brzmi mi wciąż w głowie tylko jeden fragment: Babcia mówiąca, że ta koleżanka widziała worki, w których kawałki białych ciał przemieszane były z kawałkami czarnych - sporą część reprezentacji bokserskiej USA stanowili, jak by się dziś rzekło, Afroamerykanie (Babcia ani jej koleżanka nie znały jeszcze tego określenia, więc mówiły Murzyni). Ten właśnie szczegół makabrycznej opowieści utkwił mi w pamięci najbardziej. Babci pewnie też, może opowiedziała to szczególnie obrazowo, a może dla jej koleżanki to właśnie symbolizowało rozmiar katastrofy i tragedii. Zapewne Babcia, podobnie jak wcześniej jej koleżanka, potrzebowała się od tego obrazu uwolnić. Nie dziwię im się - mnie on też prześladuje do dziś, mimo że był z drugiej ręki.

Ten obraz wraca teraz do mnie, choć bardzo tego nie chcę, ilekroć czytam wynurzenia osób z rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej, konkretnie tych, które domagają się doprowadzenia do czystości genetycznej szczątków znajdujących się w poszczególnych trumnach, posuwając się do tak nieludzkich stwierdzeń, że nie życzą sobie, żeby ich współmałżonkowie leżeli razem z współmałżonkami innych osób. (Spuśćmy zasłonę miłosierdzia na skojarzenia, jakie ta konkretna wypowiedź może wywoływać, całkiem mimowolnie.)

Ponieważ nigdy nie byłam w podobnej sytuacji i mam nadzieję, że nigdy nie będę, mogę oczywiście jedynie teoretyzować, co uważam za najsensowniejsze wyjście. Ale jest to teoretyzowanie oparte na przesłankach zarówno emocjonalnych jak i intelektualnych, które wydają mi się dość mocno osadzone w moim światopoglądzie. Otóż podobnie jak Paweł Deresz - któremu należy się wielki szacunek za pełną godności postawę w całej tej historii, zwłaszcza że musi wysłuchiwać naprawdę nieprzyjemne rzeczy o swojej nieżyjącej żonie - uważam, że w takich okolicznościach najlepszym wyjściem jest wspólny grób. Demokratyczny, upamiętniający wszystkich, którzy zginęli, nie robiący z nich równych i równiejszych.

I po prawdzie moim skromnym zdaniem wyrażający maksymalny szacunek dla zmarłych, zważywszy, w jakim stanie znajdowały się ich ciała, zob. opowieść koleżanki mojej Babci, nie mówiąc już o wypowiedziach specjalistów. Z niedowierzaniem zatem przeczytałam dalsze enuncjacje jednej z wdów, porównujących taki zbiorowy grób do masowych grobów ofiar mordów.

To są przecież dwie zupełnie odrębne kulturowo sprawy - i zawsze były. Konieczność pochowania jakiejś grupy, najczęściej poległych w bitwie, we wspólnym grobie, jest stara jak świat. Czasem na polu bitwy wystawiano odrębne pomniki dla poszczególnych stron walczących, z czasem zaś - zasadniczo gdzieś w połowie wieku XIX - zaczęto niekiedy stawiać takie pomniki dla wszystkich poległych, słusznie zakładając, że zwykły żołnierz jest ofiarą, niezależnie od tego, po której walczy stronie. A szacunek dla grobów poległych wrogów jest jedną z miar człowieczeństwa danej społeczności.

Od tzw. zawsze też ludzkości zdarzało się cichaczem wymordować jakąś grupę i usiłować zamaskować miejsce zbrodni chowając jej ofiary w nieoznaczonym dole. To jest ta fundamentalna różnica: to wszystko, co zbiorowy pochówek otacza w wymiarze zarówno materialnym (pomnik, miejsce), jak i symbolicznym (celebracja, upamiętnienie z imienia i nazwiska itd.). Jeśli chowa sie ludzi, choćby pozbieranych w kawałkach z pola bitwy albo miejsca katastrofy, z należną pompą i podpisuje grób choćby zbiorowym określeniem o symbolicznym znaczeniu (trudno np. na niewielkim obelisku wypisać tysiące nazwisk), to nie umniejsza to szacunku dla poszczególnych zmarłych.

Na dodatek nawet relatywnie pozbawiony godności pochówek we wspólnej mogile "dla nędzarzy", co bywało niegdyś praktykowane, nie szkodzi prawdziwej wielkości, o czym świadczą przykłady Mozarta czy Norwida. Oczywiście, tym wielkim, nawet docenionym dopiero po śmierci, zazwyczaj robi się potem choćby i symboliczny pochówek indywidualny - i to już jest troszkę nieuczciwe wobec wszystkich innych pochowanych w takich grobach. A w sumie wystarczyłoby, żeby w owych czasach na jakiejś zbiorowej tablicy wypisywano nazwiska wszystkich chowanych w tych zbiorowych mogiłach, żeby rytuałowi stało się zadość.

Na dodatek, jakkolwiek istniały i istnieją nadal kultury, które regularne wyjmowanie zmarłych z grobów uznają za objaw szacunku wobec przodków, to nasza kultura (niezależnie od tego, czy kładziemy większy nacisk na jej klasyczne, czy judeochrześcijańskie korzenie) do nich nie należy. Dlatego osobiście czuję duży dyskomfort, kiedy jestem epatowana przez media nie tylko samymi ekshumacjami, ale przede wszystkim wypowiedziami ludzi domagających się tego wyciągania, analizowania i przerzucania fragmentów ciał z trumny do trumny. Gdyby zdecydowano się na wspólny grób, szacunek dla wszystkich byłby równy. Ale niestety mam wrażenie, że nie wszystkim o to chodzi.

Save

Save

Save

czwartek, 20 kwietnia 2017
Książę Pepi a sprawa pomnikowa

- Jesteśmy realistami. Wiemy, że tam [przed Pałacem Prezydenckim - red.] nie ma na nie miejsca - mówi w "Rzeczpospolitej" poseł PiS i były kandydat na prezydenta stolicy Jacek Sasin. - Choć można sobie wyobrazić przeniesienie pomnika Księcia Poniatowskiego - dodał polityk. 

Taką informacje przeczytałam dziś w gazecie. Równo rok i dwa miesiące temu napisałam pewien wpis w związku z wypowiedzią jakiegoś innego polityka. Z wpisu tamtego niniejszym przytaczam istotne dla nowego kontekstu fragmenty. Pod rozwagę tym, którzy chcą Księcia Pepiego przenosić. Bo to ma specyficzne konotacje historyczne.

DZIEJE JEDNEGO POMNIKA (20 lutego 2016)

(...)

Thorvaldsenowski pomnik Księcia Józefa nie miał szczęścia do tego miejsca, dla którego został oryginalnie zaprojektowany. Najpierw w ogóle nie spodobał się Polakom, bo nie był dość patriotyczny, a za bardzo symboliczny, no bo co to za pomysł przedstawiać bohatera narodowego w stroju rzymskim? Niemniej prace nad jego powstaniem podjęto w roku 1832 i pod Pałacem postawić zamierzano. Tyle że w 1834 roku, na fali represji po powstaniu listopadowym, car Mikołaj I cofnął pozwolenie wydane przez swojego brata, Aleksandra I (którego Poniatowski był bezpośrednim wojennym przeciwnikiem!), na budowę pomnika. Na miejscu przeznaczonym pierwotnie dla księcia Józefa stanął wkrótce pomnik Iwana Paskiewicza, znienawidzonego namiestnika Królestwa Polskiego, w latach 1830/31 głównego odpowiedzialnego za stłumienie powstania, a następnie zasłużonego również w krwawej rozprawie z węgierską Wiosną Ludów.

Sam odlany już według projektu Thorvaldsena pomnik został zresztą Paskiewiczowi podarowany przez cara i to akurat jest zabawne, bo zapewne dzięki rzymskiemu kostiumowi zinterpretowano go w pewnym momencie jako posąg Stanisława Augusta Poniatowskiego, a nie jego bratanka, dzięki czemu ocalał przed przetopieniem. Po I wojnie wrócił wprawdzie do Polski, ale na swoim oryginalnym miejscu przeznaczenia przed Pałacem Namiestnikowskim nie stanął, a na dodatek w 1944 został wysadzony przez Niemców na mocy specjalnego rozkazu. (Warto dodać, że w okresie międzywojennym po kilku przymiarkach do innych miejsc stanął ostatecznie na Placu Saskim, przy pomniku Nieznanego Żołnierza, co skądinąd było - symbolicznie - całkiem ładne, bo idea - symbolicznych - grobów/pomników wszystkich uczestników wojen była francuska, a pomnik polskiego marszałka Francji odsłonił w 1923 francuski marszałek  Polski, Ferdynand Foch.) Stojący obecnie przed Pałacem Prezydenckim posąg to nowoczesna kopia oryginału, który zachował się w Muzeum Thorvaldsena w Kopenhadze i według którego wykonany został pomnik postawiony w Warszawie w roku 1832.

Nie jestem zatem przekonana, czy symboliczny wymiar przenoszenia czy też innej formy postponowania pomnika Księcia Józefa, nie mówiąc już o stawianiu na jego miejscu pomników innych osób, jest tym, w który chciałby się wpisać minister. Habent sua fata monumenta, miewa swoje dzieje również wymiar symboliczny.

(...)

Warszawa 10.12.2014

Save

Save

wtorek, 14 marca 2017
Czas żałować róż

Od jakiegoś czasu - konkretnie odkąd weszła w życie lex Szyszko i zaczęliśmy widzieć jej skutki - zastanawiałam się, skąd w Polsce taka nienawiść do przyrody, że kiedy tylko Polak dostanie zgodę, to wytnie każdy kawałek zieleni. Serce mnie bolało przy każdym kolejnym artykule i nadal nie byłam w stanie zrozumieć, skąd ta orgia wandalizmu pod płaszczykiem prawa, skąd ta agresja, bo trudno to inaczej nazwać.

Mam wrażenie, że dziś dość przypadkiem zrozumiałam, a raczej połączyłam to zjawisko z innym, które dręczy mnie od jeszcze dawniej i o którym poniekąd już pisałam: psucie krajobrazu milionami reklam, banerów, ogłoszeń, plakatów, billboardów i migających światełkami napisów. Bez ładu i składu, paskudnie, byle było widać. To zjawisko występuje i w krajobrazie wiejskim, i miejskim i naturalnym. Występuje - bo żadne prawo tego nie zabrania ani choćby nie reguluje. Na własnym terenie Polak może postawić dowolną reklamę. Na własnym terenie Polak może wyciąć drzewo.

I dotarło do mnie, że nie chodzi o nienawiść do przyrody, nie chodzi też o nienawiść do ładnych budynków czy krajobrazów. Chodzi o prymitywną chciwość, o wulgarny zysk. Bo przecież za reklamę na ohydnym billboardzie ktoś właścicielowi ziemi czy ściany płaci. Za wycięte drzewo właściciel działki może dostać kasę, a jeśli zdoła sprzedać teren deweloperowi, to dopiero się obłowi. Obrońcy wartości są czcicielami mamony i złotego cielca, ot co.

Straty, jakie przynosi lex Szyszko mogą wydawać się niewielkie przy katastrofie, jaką jest rozkład systemu prawnego, nieprzemyślana reforma edukacji i inne pomysły ministrów od rzeczy pozornie ważniejszych. Ale tak naprawdę tylko dwaj ministrowie są władni uczynić rzeczy nieodwracalne: minister środowiska właśnie i minister zdrowia. Złe ustawy będzie można niemal od ręki zastąpić nowymi, przywrócenie Trybunału Konstytucyjnego do prawidłowego funkcjonowania to też będzie kwestia kilku pociągnięć prawnych; ba, podejrzewam, że jeśliby się uprzeć, a dobrzy prawnicy konstytucjonaliści wzięliby się do sprawy, to cały pakiet ustaw przeprowadzonych przez obecny rząd można anulować i wrócić do porządku prawnego sprzed 2015.

Lasów i parków się nie odtworzy w kilka dni, a jeśli na ich miejscu powstaną inwestycje, to utraciliśmy je na zawsze. Podobnie jak nie odwróci się skutków arogancji, z jaką ministerstwo zdrowia odniosło się do kwestii smogu i jego szkodliwości.

Dlatego uważam, że Słowacki nie miał racji. Należy żałować róż, choć płoną lasy.


PS. Zastanawia mnie, gdzie podziali się wszyscy działacze ekologiczni i zieloni aktywiści? Czyżby zależało im jedynie na wyciąganiu z kasy państwowej pieniędzy na infrastrukturę rowerową, z której spora część rowerzystów i tak nie korzysta? Dlaczego nie protestują przeciwko ustawie? (Te pytania są trochę retoryczne: nigdy nie wierzyłam w krzykliwy ekologiczny aktywizm i przekonałam się, że miałam rację.)

Save

piątek, 17 lutego 2017
Dzień kota: Ludwik czyli Zezowate szczęście

Dziś Dzień Kota, a ja poniekąd akurat mam kota. To znaczy jak zwykle w przypadku zwierzątek futerkowych mam kota trochę wirtualnie, tak jak kiedyś miałam króliki. Mam albowiem alergię i jakkolwiek chwilowo dała mi trochę spokój, to nigdy nic nie wiadomo. Kot zatem mieszka u N, która zawsze, ale to zawsze była kocią mamą i nasze wakacyjne rozmowy nader często wyglądały następująco:
N: Jaki piękny koteczek.
D: No, kot jak kot.

Louis 1

A kota mam(y) dlatego, że pewnego sierpniowego dnia znalazłam go w ogrodzie górskiego domku letniego moich Rodziców. Wyglądał zupełnie jak jedno z kociąt mieszkającej po sąsiedzku kotki, która czasami żywi się u nas (i wszystkich wokół, jak się okazało), być może nawet urodziła się pod naszym dachem (dosłownie: kotka poprzedniego pokolenia miała kocięta w naszym dachu), no i czasem przyprowadza podrośnięte dzieci.

Louis 2

Pomaszerowałam więc w poszukiwaniu właściciela kotki, ale jak się okazało, oba kocięta były na miejscu. Tyle że jak wróciłam do domu, to "naszego" kocięcia nie było ani widu, ani słychu. Dobra, pomyślałam, pewnie mały spryciarz przebiegł ogródkami do mamy. I co? I następnego dnia kocię było pod domem. A jak przyszła kotka (sama), to kocię miauczące na trawniku zmierzyła wzrokiem podejrzliwym i nieelegancko mówiąc, olała. Wtedy przypomniało mi się, że poprzedniego dnia za płotem stało nieznane auto, jacyś ludzie pobyli chwilę na drodze i razem z autem znikli.

Louis 3

Zaczęło się polowanie na kocię, ponieważ kocię było wprawdzie ospałe i słabe, ale uciekało w rododendron oraz pod werandę z niebywałą wręcz zwinnością. Nie dawało się skusić na mleczko w miseczkę ani na żadne tam kici kici. I przede wszystkim nie dawało do siebie podejść na wyciągnięcie ręki. W końcu podstępnie się czołgając chwyciłam małego drania, który rozcapierzył łapki i miauknął przeraźliwie, by moment później przytulić się i mruczeć, i prawie że nie złazić z kolan. Dobra, trochę tu licencja poetycka mnie poniosła, bo przez następne parę dni trzeba było go jednak troszkę podstępem łapać, ale raz złapany nie protestował, tylko tulił się i mruczał.

Louis 4

Pojawił się za to - po pierwszym złapaniu - problem. Kocię nie umiało pić z miseczki. A w domu żadnej strzykawki, bo o pipecie w ogóle zapomnijmy. (W sumie moi Rodzice, którzy są farmaceuto-chemiko-fizykami mogliby mieć jakieś chemiczne narzędzia w domu, prawda?) Z palca - nie. Z pyszczkiem w miseczce - nie. Ze źdźbła trawy - nie. Zbawieniem okazał się listek, który na szczęście rozbudził też instynkt i następnie kocię jadło i piło bez problemu.

Louis 5

Kolejny problem - dom. O pozostaniu w tym domku nie było mowy, bo to dom sezonowy. Akcja na fejsbuku i tym podobnych nic nie dała. W końcu powiedziałam N, że trudno, kot póki co będzie miał u niej dom zastępczy i będziemy szukać nadal.

Hortensja zatem, albowiem miała to być koteczka, została przywieziona do Krakowa - podróż zniosła nad wyraz dzielnie, śpiąc u Taty na kolanach przy dźwiękach Toski. W Krakowie jednakowoż wyrokiem lekarskim okazało się, że Hortensja jest chłopcem (taki dżender), została więc Ludwikiem.

Louis 6

Ludwik ma lekkiego zeza. I jest strasznie śmieszny. Uwielbia taplać się w wodzie. I nadal jest wielką przytulanką, i bardzo lubi ludzi. Ma niestety również tryb zwany Wiewiórą (na cześć Ratatoska - potwornej wiewiórki zamieszkującej Yggdrasil w mitologii nordyckiej), kiedy rzuca się na wszystko z zębami i (obcinanymi) pazurkami, oraz tryb Luxtorpedy, kiedy pędzi z końca mieszkania na drugi koniec, sam chyba nie wiedząc, po co i dlaczego. Ale przede wszystkim jest nieskończenie uroczy z tym swoim zezikiem. I wiedziałyśmy to właściwie od pierwszej chwili, w związku z czym Ludwik... no, po prostu został. I chyba nadal lubi operę.

Louis 7

Tagi: kot
17:49, drakaina , Cottidiana
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright