czwartek, 20 kwietnia 2017
Książę Pepi a sprawa pomnikowa

- Jesteśmy realistami. Wiemy, że tam [przed Pałacem Prezydenckim - red.] nie ma na nie miejsca - mówi w "Rzeczpospolitej" poseł PiS i były kandydat na prezydenta stolicy Jacek Sasin. - Choć można sobie wyobrazić przeniesienie pomnika Księcia Poniatowskiego - dodał polityk. 

Taką informacje przeczytałam dziś w gazecie. Równo rok i dwa miesiące temu napisałam pewien wpis w związku z wypowiedzią jakiegoś innego polityka. Z wpisu tamtego niniejszym przytaczam istotne dla nowego kontekstu fragmenty. Pod rozwagę tym, którzy chcą Księcia Pepiego przenosić. Bo to ma specyficzne konotacje historyczne.

DZIEJE JEDNEGO POMNIKA (20 lutego 2016)

(...)

Thorvaldsenowski pomnik Księcia Józefa nie miał szczęścia do tego miejsca, dla którego został oryginalnie zaprojektowany. Najpierw w ogóle nie spodobał się Polakom, bo nie był dość patriotyczny, a za bardzo symboliczny, no bo co to za pomysł przedstawiać bohatera narodowego w stroju rzymskim? Niemniej prace nad jego powstaniem podjęto w roku 1832 i pod Pałacem postawić zamierzano. Tyle że w 1834 roku, na fali represji po powstaniu listopadowym, car Mikołaj I cofnął pozwolenie wydane przez swojego brata, Aleksandra I (którego Poniatowski był bezpośrednim wojennym przeciwnikiem!), na budowę pomnika. Na miejscu przeznaczonym pierwotnie dla księcia Józefa stanął wkrótce pomnik Iwana Paskiewicza, znienawidzonego namiestnika Królestwa Polskiego, w latach 1830/31 głównego odpowiedzialnego za stłumienie powstania, a następnie zasłużonego również w krwawej rozprawie z węgierską Wiosną Ludów.

Sam odlany już według projektu Thorvaldsena pomnik został zresztą Paskiewiczowi podarowany przez cara i to akurat jest zabawne, bo zapewne dzięki rzymskiemu kostiumowi zinterpretowano go w pewnym momencie jako posąg Stanisława Augusta Poniatowskiego, a nie jego bratanka, dzięki czemu ocalał przed przetopieniem. Po I wojnie wrócił wprawdzie do Polski, ale na swoim oryginalnym miejscu przeznaczenia przed Pałacem Namiestnikowskim nie stanął, a na dodatek w 1944 został wysadzony przez Niemców na mocy specjalnego rozkazu. (Warto dodać, że w okresie międzywojennym po kilku przymiarkach do innych miejsc stanął ostatecznie na Placu Saskim, przy pomniku Nieznanego Żołnierza, co skądinąd było - symbolicznie - całkiem ładne, bo idea - symbolicznych - grobów/pomników wszystkich uczestników wojen była francuska, a pomnik polskiego marszałka Francji odsłonił w 1923 francuski marszałek  Polski, Ferdynand Foch.) Stojący obecnie przed Pałacem Prezydenckim posąg to nowoczesna kopia oryginału, który zachował się w Muzeum Thorvaldsena w Kopenhadze i według którego wykonany został pomnik postawiony w Warszawie w roku 1832.

Nie jestem zatem przekonana, czy symboliczny wymiar przenoszenia czy też innej formy postponowania pomnika Księcia Józefa, nie mówiąc już o stawianiu na jego miejscu pomników innych osób, jest tym, w który chciałby się wpisać minister. Habent sua fata monumenta, miewa swoje dzieje również wymiar symboliczny.

(...)

Warszawa 10.12.2014

Save

Save

wtorek, 14 marca 2017
Czas żałować róż

Od jakiegoś czasu - konkretnie odkąd weszła w życie lex Szyszko i zaczęliśmy widzieć jej skutki - zastanawiałam się, skąd w Polsce taka nienawiść do przyrody, że kiedy tylko Polak dostanie zgodę, to wytnie każdy kawałek zieleni. Serce mnie bolało przy każdym kolejnym artykule i nadal nie byłam w stanie zrozumieć, skąd ta orgia wandalizmu pod płaszczykiem prawa, skąd ta agresja, bo trudno to inaczej nazwać.

Mam wrażenie, że dziś dość przypadkiem zrozumiałam, a raczej połączyłam to zjawisko z innym, które dręczy mnie od jeszcze dawniej i o którym poniekąd już pisałam: psucie krajobrazu milionami reklam, banerów, ogłoszeń, plakatów, billboardów i migających światełkami napisów. Bez ładu i składu, paskudnie, byle było widać. To zjawisko występuje i w krajobrazie wiejskim, i miejskim i naturalnym. Występuje - bo żadne prawo tego nie zabrania ani choćby nie reguluje. Na własnym terenie Polak może postawić dowolną reklamę. Na własnym terenie Polak może wyciąć drzewo.

I dotarło do mnie, że nie chodzi o nienawiść do przyrody, nie chodzi też o nienawiść do ładnych budynków czy krajobrazów. Chodzi o prymitywną chciwość, o wulgarny zysk. Bo przecież za reklamę na ohydnym billboardzie ktoś właścicielowi ziemi czy ściany płaci. Za wycięte drzewo właściciel działki może dostać kasę, a jeśli zdoła sprzedać teren deweloperowi, to dopiero się obłowi. Obrońcy wartości są czcicielami mamony i złotego cielca, ot co.

Straty, jakie przynosi lex Szyszko mogą wydawać się niewielkie przy katastrofie, jaką jest rozkład systemu prawnego, nieprzemyślana reforma edukacji i inne pomysły ministrów od rzeczy pozornie ważniejszych. Ale tak naprawdę tylko dwaj ministrowie są władni uczynić rzeczy nieodwracalne: minister środowiska właśnie i minister zdrowia. Złe ustawy będzie można niemal od ręki zastąpić nowymi, przywrócenie Trybunału Konstytucyjnego do prawidłowego funkcjonowania to też będzie kwestia kilku pociągnięć prawnych; ba, podejrzewam, że jeśliby się uprzeć, a dobrzy prawnicy konstytucjonaliści wzięliby się do sprawy, to cały pakiet ustaw przeprowadzonych przez obecny rząd można anulować i wrócić do porządku prawnego sprzed 2015.

Lasów i parków się nie odtworzy w kilka dni, a jeśli na ich miejscu powstaną inwestycje, to utraciliśmy je na zawsze. Podobnie jak nie odwróci się skutków arogancji, z jaką ministerstwo zdrowia odniosło się do kwestii smogu i jego szkodliwości.

Dlatego uważam, że Słowacki nie miał racji. Należy żałować róż, choć płoną lasy.


PS. Zastanawia mnie, gdzie podziali się wszyscy działacze ekologiczni i zieloni aktywiści? Czyżby zależało im jedynie na wyciąganiu z kasy państwowej pieniędzy na infrastrukturę rowerową, z której spora część rowerzystów i tak nie korzysta? Dlaczego nie protestują przeciwko ustawie? (Te pytania są trochę retoryczne: nigdy nie wierzyłam w krzykliwy ekologiczny aktywizm i przekonałam się, że miałam rację.)

Save

piątek, 17 lutego 2017
Dzień kota: Ludwik czyli Zezowate szczęście

Dziś Dzień Kota, a ja poniekąd akurat mam kota. To znaczy jak zwykle w przypadku zwierzątek futerkowych mam kota trochę wirtualnie, tak jak kiedyś miałam króliki. Mam albowiem alergię i jakkolwiek chwilowo dała mi trochę spokój, to nigdy nic nie wiadomo. Kot zatem mieszka u N, która zawsze, ale to zawsze była kocią mamą i nasze wakacyjne rozmowy nader często wyglądały następująco:
N: Jaki piękny koteczek.
D: No, kot jak kot.

Louis 1

A kota mam(y) dlatego, że pewnego sierpniowego dnia znalazłam go w ogrodzie górskiego domku letniego moich Rodziców. Wyglądał zupełnie jak jedno z kociąt mieszkającej po sąsiedzku kotki, która czasami żywi się u nas (i wszystkich wokół, jak się okazało), być może nawet urodziła się pod naszym dachem (dosłownie: kotka poprzedniego pokolenia miała kocięta w naszym dachu), no i czasem przyprowadza podrośnięte dzieci.

Louis 2

Pomaszerowałam więc w poszukiwaniu właściciela kotki, ale jak się okazało, oba kocięta były na miejscu. Tyle że jak wróciłam do domu, to "naszego" kocięcia nie było ani widu, ani słychu. Dobra, pomyślałam, pewnie mały spryciarz przebiegł ogródkami do mamy. I co? I następnego dnia kocię było pod domem. A jak przyszła kotka (sama), to kocię miauczące na trawniku zmierzyła wzrokiem podejrzliwym i nieelegancko mówiąc, olała. Wtedy przypomniało mi się, że poprzedniego dnia za płotem stało nieznane auto, jacyś ludzie pobyli chwilę na drodze i razem z autem znikli.

Louis 3

Zaczęło się polowanie na kocię, ponieważ kocię było wprawdzie ospałe i słabe, ale uciekało w rododendron oraz pod werandę z niebywałą wręcz zwinnością. Nie dawało się skusić na mleczko w miseczkę ani na żadne tam kici kici. I przede wszystkim nie dawało do siebie podejść na wyciągnięcie ręki. W końcu podstępnie się czołgając chwyciłam małego drania, który rozcapierzył łapki i miauknął przeraźliwie, by moment później przytulić się i mruczeć, i prawie że nie złazić z kolan. Dobra, trochę tu licencja poetycka mnie poniosła, bo przez następne parę dni trzeba było go jednak troszkę podstępem łapać, ale raz złapany nie protestował, tylko tulił się i mruczał.

Louis 4

Pojawił się za to - po pierwszym złapaniu - problem. Kocię nie umiało pić z miseczki. A w domu żadnej strzykawki, bo o pipecie w ogóle zapomnijmy. (W sumie moi Rodzice, którzy są farmaceuto-chemiko-fizykami mogliby mieć jakieś chemiczne narzędzia w domu, prawda?) Z palca - nie. Z pyszczkiem w miseczce - nie. Ze źdźbła trawy - nie. Zbawieniem okazał się listek, który na szczęście rozbudził też instynkt i następnie kocię jadło i piło bez problemu.

Louis 5

Kolejny problem - dom. O pozostaniu w tym domku nie było mowy, bo to dom sezonowy. Akcja na fejsbuku i tym podobnych nic nie dała. W końcu powiedziałam N, że trudno, kot póki co będzie miał u niej dom zastępczy i będziemy szukać nadal.

Hortensja zatem, albowiem miała to być koteczka, została przywieziona do Krakowa - podróż zniosła nad wyraz dzielnie, śpiąc u Taty na kolanach przy dźwiękach Toski. W Krakowie jednakowoż wyrokiem lekarskim okazało się, że Hortensja jest chłopcem (taki dżender), została więc Ludwikiem.

Louis 6

Ludwik ma lekkiego zeza. I jest strasznie śmieszny. Uwielbia taplać się w wodzie. I nadal jest wielką przytulanką, i bardzo lubi ludzi. Ma niestety również tryb zwany Wiewiórą (na cześć Ratatoska - potwornej wiewiórki zamieszkującej Yggdrasil w mitologii nordyckiej), kiedy rzuca się na wszystko z zębami i (obcinanymi) pazurkami, oraz tryb Luxtorpedy, kiedy pędzi z końca mieszkania na drugi koniec, sam chyba nie wiedząc, po co i dlaczego. Ale przede wszystkim jest nieskończenie uroczy z tym swoim zezikiem. I wiedziałyśmy to właściwie od pierwszej chwili, w związku z czym Ludwik... no, po prostu został. I chyba nadal lubi operę.

Louis 7

Tagi: kot
17:49, drakaina , Cottidiana
Link Komentarze (4) »
niedziela, 09 października 2016
Płot a sprawa polska

Historia dziewczynki rysującej kredą po chodniku i reakcji współmieszkańców osiedla poruszyła internety. Pomijając bezsensowną formę reakcji mieszkańców i mój ambiwalentny stosunek do całej sprawy (zarówno zdarzenia jak i masowej reakcji na nie), tym, co oczywiście mnie uderzyło, była kolejna bezmyślna i bezrefleksyjna fala hejtu na "grodzone osiedla".

To hasło stało się wytrychem do pokazywania chorób toczących współczesne społeczeństwa, ale jak zwykle u nas wylewa się dziecko z kąpielą oraz usiłuje leczyć objawy, pomijając przyczyny. To nic nie da. Milion artykułów w mediach wszelakich nie sprawi, że ludzie zaczną czuć się bezpiecznie i wspólnotowo na tyle, żeby nie chcieć odgradzać się od zagrożeń albo po prostu bałaganu. Przyczyna bowiem jest taka, że jak komuna (a może i zabory, serio) zniszczyła u nas poczucie dobra wspólnego, pozostawiając jedynie fantom (jakże bolesny i patologiczny) wspólnotowości na poziomie narodowej abstrakcji. Komuna przyzwyczaiła nas do tego, że tym, co nie prywatne, "zajmuje się" państwo - czyli nikt. I jak menele albo chuligani zniszczą, to ktoś ma naprawić. Że nie naprawi? No to nie naprawi. Przewróciło się, niech leży. Przestrzeń publiczna jest ciągle w Polsce przestrzenią niczyją i jakkolwiek mam wrażenie, że to się zmienia, to ta zmiana zachodzi bardzo powolutku i kulawo, bo jednak wiele inicjatyw obywatelskich pada ofiarą wandalizmu i potem nie ma już środków, żeby naprawić szkody.

Powiem szczerze: kiedy ponad dziesięć lat temu kupowałam mieszkanie, celowo wybrałam takie, które jest w bloku z bramą, garażem i portierem. Nie jest to osiedle, blok jest pojedynczy i w sumie kształtem oraz układem bardziej przypomina dawne kamienice, niż cokolwiek innego, tyle że stoi sobie wolno, w otwartej przestrzeni, a nie zabudowie ciągłej. Ale teren jest ogrodzony, są furtki i otwierana na pilota brama wjazdowa. Jest też ogródek, w którym stoi niezdemolowana altanka i fontanna z niepobazgraną i nie rozbitą kamienną figurką. Od razu powiem jeszcze jedno: to nie jest luksusowy blok, większość mieszkań to typowa deweloperka: poniżej 55 m2, sporo wynajmowanych. Mieszkańcy są zwykłymi ludźmi, a metr kwadratowy, jak na prawie centrum dużego miasta był w bardzo przystępnej cenie.

Dlaczego tak wybrałam? Bo miałam dość. Przez lata mieszkałam z rodzicami w szacownej kamienicy będącej własnością uniwersytetu. Jak miałam osiemnaście lat, zostałam tam napadnięta przez zboczeńca (bo tak, bez ogródek się to wówczas nazywało), kilka lat później bardzo bliską mi osobę jakieś bandziory zrzuciły ze schodów, kradnąc jej torebkę. Do samochodu stojącego pod domem włamywano mi się po radio albo po nic, kilka razy wyrwano mi lusterko, raz stłuczono szybę. Podobnie z samochodami rodziców i sąsiadów. (To akurat nieco się ostatnio uspokoiło, po części dlatego, że radia nie nadają się już do montażu do innego samochodu, ale drugi ze wspomnianych napadów na klatce schodowej miał miejsce stosunkowo niedawno.)

A ja chciałam mieć spokój. Wracać do domu o dowolnej porze dnia i nocy bez lęku, który po latach we mnie pozostał, że ktoś wejdzie za mną do klatki i niewinnie rozpocznie rozmowę, ktora przerodzi się w coś zupełnie innego. Tu, gdzie mieszkam, też ktoś może oczywiście wejść - to nie ten typ portierni, gdzie goście się legitymują, aczkolwiek byłam u koleżanki w takim domu i mnie to osobiście nie przeszkadza. Ale samo to, że ktoś jest i potencjalnie obserwuje, i że nad bramką jest kamera przemysłowa, odstraszy takich przypadkowych pomniejszych napastników, jak ten, który zaatakował mnie w otwartej klatce bez żadnych zabezpieczeń. A poza tym - cóż, poczucie, że w przypadku obu napadów w kamienicy moich rodziców policja rozłożyła ręce, bo sprawcy byli naprawdę niewykrywalni, i im wszystkim uszło to na sucho, jest frustrujące.

Mój blok nie jest idealny - zdarzali się okropni sąsiedzi, ale plusem obecności portiera jest też to, że można go poprosić o zwrócenie uwagi hałasującym po nocy, zanim w desperacji zadzwoni się po policję. Z kolei natrętnych akwizytorów można odesłać do dzwonienia na portiernię - w efekcie mamy tu bardzo mało makulatury w postaci ulotek.

Wbrew temu, co wmawiają nam czasem media, takie bloki jak mój, podobnie jak osiedla z bramami i terenem prywatnym oraz tabliczkami o tym informującymi, istnieją na całym świecie i nie zawsze są zamieszkane wyłącznie przez nowobogackich. Myślę, że te, które widziałam w wielu wielkich miastach Europy, są zamieszkane głównie przez takich zwykłych obywateli jak ja i moi sąsiedzi. U mnie mieszkają uniwersyteccy profesorowie (co najmniej dwóch), ale i agenci ubezpieczeniowi, właścicielka biura nieruchomości, inżynierowie i nauczyciele. Samochody są w najlepszym wypadku ze średniej półki cenowej.

Wróćmy jednak od szczegółów do ogółu. To, że ludzie zamykają swoją przestrzeń prywatną, jest wynikiem degradacji przestrzeni publicznej. W wielkich miastach Europy ta ostatnia posiada zazwyczaj większe niż w Polsce enklawy, ale jest tam też więcej miejsc niebezpiecznych. W większości tych miast granice są dość powszechnie znane, a przenikanie się stref ograniczone - choć to akurat się zmienia i stąd zapewne coraz więcej domów czy osiedli zamyka się od zewnątrz. Jak lata temu byłam na stypendium w Oksfordzie, znajoma z college'u zabrała mnie do swojego domku na przedmieściu - zostawiła na ulicy niezamknięty samochód z otwartymi oknami, dom zamykała na jeden zwykły zatrzask typu Yale. Nie jestem pewna, czy dalej tak robi.

Teraz pytanie do tych wszystkich, którzy tak ochoczo podchwycili hasło "grodzonych osiedli" i hejtują je, że hej. Czy kogoś dziwi, że ogradzamy teren, na którym znajdują się wolnostojące domy jednorodzinne? Albo i takież w zabudowie szeregowej? Zamykamy również nasze mieszkania, nikt nie podnosi rwetesu o zamknięte na klucz i zaopatrzone w domofon klatki schodowe w blokach. Dlaczego zatem akurat ogrodzenie osiedla czy terenu wokół bloku budzi takie emocje? To wszystko służy może izolacji w niewielkim odsetku osiedli, tych naprawdę dla nowobogackich, ale myślę, że w ogromnej większości przypadków jest jak u mnie: dla bezpieczeństwa i zachowania porządku. Czasem nieco mniejsze zabezpieczenia służą uniemożliwieniu wjazdu samochodom innym niż mieszkańców - bo w mieście brakuje miejsc postojowych, a mieszkańcy bloku mogą sobie zamknąć swój teren, w przeciwieństwie do tych, którzy mieszkają w centrum miast i parkują na ulicach (za co jak na ironię płacą abonament, w przeciwieństwie do blokowiczów...)

A na koniec apel do mediów: zamiast podsycać podziały i wzbudzać hejt, może by tak zająć się przyczyną i prawdziwą chorobą, czyli wspomnianą degradacją przestrzeni publicznej? Jeśli ludzie poczują, że publiczna znaczy należąca do wszystkich, zaczną ją szanować tak samo jak prywatną. Na razie rozziew między tymi dwiema sferami naszego życia jest tak ogromny, że chronimy to prywatne - nawet jeśli prywatność jest rozłożona na mieszkańców bloku czy osiedla, co nadal pozostaje policzalne i przez to nie anonimowe, nie rozmyte - i odgradzamy je od publicznego czyli niczyjego.

Jeśli ten sposób myślenia się nie zmieni - a nie zmieni się bez inicjatyw i akcji, które nauczą ludzi współodpowiedzialności za publiczne - prywatne będzie stało w opozycji do publicznego, zamiast stanowić jego nieco bardziej intymne przedłużenie.


czwartek, 06 października 2016
Ci z innej planety

Nie jestem zwierzęciem kawiarnianym, ale czasem w przerwie między zajęciami zdarza mi się w takim lokalu posiedzieć. Jakkolwiek zasadniczo nie lubię być zmuszana przez okoliczności do wysłuchiwania cudzych rozmów, przyznam, że czasem bywa to interesujące doświadczenie. W każdym razie krakowska "Bona" dostarcza mi niekiedy naprawdę ciekawych obserwacji. Zwłaszcza kiedy stykam się z ludźmi, którzy wydają mi się pochodzić z innej planety. Raz to było towarzystwo od jakiejś jakości zarządzania czy innych zasobów ludzkich - podobnego stężenia pseudonaukowego bełkotu rzadko zdarza mi się słuchać.

Przedwczoraj to byli dwaj księża, jeden zdecydowanie starszawy, drugi w sile wieku. Nawet sympatyczni w sensie poglądów. Wyrażający się poprawną polszczyzną. Ogólnie raczej na plusie. Gdyby nie to, że raz za razem słuchając ich ukrywałam - mentalnie ale i dosłownie - twarz w dłoniach z zażenowania. Nie, powtórzmy, poglądami w rodzaju księdza Oko na przykład. Nawet nie poziomem wysublimowania i abstrakcji teologicznej dysputy, która miałaby szanse być podobnym pseudonaukowym gadaniem jak zarządzanie. Nie. Tym, co mnie uderzyło, było kompletne oderwanie tych dwóch panów stanu duchownego od życia i otaczającego ich świata.

Po pierwsze sprawiali wrażenie, jakby świat poza kościołem (instytucją) w ogóle nie istniał. Dobra, mogę to jakoś tam usprawiedliwić, bo ja z dawno nie widzianym kolegą po fachu pewnie też rozmawiałabym głównie o wspólnych znajomych po fachu. Ale mam jednak wrażenie, że nie tylko. Niemniej to mały problem.

W pewnym momencie zastrzygłam uszami, ponieważ rozmowa - prowadzona głośno, bez przejmowania się tym, że ktoś jeszcze w sali się znajduje, więc w sumie nawet nie podsłuchiwałam: nie dało się ich nie słyszeć - zeszła na gender. O dziwo żaden z panów nie zaczął pomstować, raczej pochylili się z duszpasterską troską. Ba, skrytykowali nawet jakiegoś kolegę po fachu za to, że bredzi. Zasygnalizowali jedynie, że jakkolwiek demonizować nie należy, tak i nie należy z tym iść na sztandary. Chwała im za to.

Po czym jeden, ten starszy, opowiedział temu drugiemu, skądinąd ewidentnie pracującemu na Ukrainie, o swoim własnym doświadczeniu z gender. Konkretnie o tym, że sam spotkał się z "takim przypadkiem". Mówił bez emocji - wielki plus - i raczej z sympatią o osobie, z którą się zetknął - kolejny plus. Po czym powiedział coś, co nawet nie zaskarbiło mu minusa, tylko pokazało, jak dramatycznie księża nie mają pojęcia, o co chodzi i jak mierzyć się z problemem. Przytoczył mianowicie swoje rozmowy z osobą. Urodzoną jako kobieta, ale czującą się mężczyzną - stop, to moje sformułowanie. On powiedział "dziewczyna, która chciała być chłopakiem". Na litość... ja osobiście przez całą podstawówkę zupełnie całkowicie chciałam być chłopakiem, teraz też w sumie wolałabym być mężczyzną, bo miałabym bez wątpienia łatwiej w wielu aspektach. To jeszcze nie czyni mnie osobą transpłciową, choć wedle radykalnych teorii transseksualności, mieszczę się w spektrum.

No więc mamy pierwszy dowód niezrozumienia problemu. Drugi był bardziej bolesny. Sympatyczny, łagodny i niezideologizowany duchowny usiłował bowiem przekonywać tę osobę, która najwyraźniej przyszła do niego po radę czy też duchowe wsparcie, że... macierzyństwo jest piękne i dlatego warto pozostać kobietą. To był moment, kiedy miałam ochotę podejść do ich stolika i powiedzieć: panowie, to nie tak! Tej osobie, czującej się mężczyzną, inny mężczyzna - urodzony jako mężczyzna (szczęśliwiec), ale który jak by nie patrzeć, odrzucił sporo społecznych ról związanych z byciem mężczyzną - klaruje, że fajnie jest być kobietą!

Potem panowie opowiedzieli kilka budujących historyjek o tym, ile ich koledzy po fachu robią dobrych rzeczy. Trochę to rozmyte było w nowomowie w rodzaju "dzieł parafialnych", ale niech im będzie - wierzę, że w każdej grupie społecznej są ludzie, którzy robią dobre i sensowne rzeczy. Tylko że następnie dwaj panowie przeszli gładko do utyskiwania na to, że źli ludzie tak strasznie nadają na księży, podczas gdy tyle dobra oni robią i tego się nie zauważa. I oni tego nie lubią, że ludzie tak krytykują. Znów bez zacietrzewienia. Taka refleksja miłego starszego pana.

Drodzy ogólnie sympatyczni i światli panowie. Nie podeszłam do waszego stolika, nie wyłożyłam wam, że z tą transpłciowością to jest inaczej, niż wam się wydaje. Nie zrobiłam tego, bo do takiego stopnia sprawialiście wrażenie zamknięcia w jakimś waszym świecie, że nie widziałam szans na przebicie przez dzielące nas mury. Nawet nie ideologiczne, ale wiedzy o świecie.

Żałuję jednak, że nie powiedziałam wam jednego: nikt nie lubi być krytykowany, a tym bardziej być sprawiedliwym padającym ofiarą krytyki wobec grupy. Ale walka z tymi, którzy psują grupie opinię, jest waszym zadaniem. Was, światłych, miłych i mających dobre intencje, nawet jeśli niewiele rozumiecie. To wy możecie sprawić, że grupa zacznie być postrzegana inaczej, jeśli wyraźnie odetniecie się od ksenofobicznych, nienawistnych, krzywdzących innych ludzi wypowiedzi waszych kolegów po fachu. Jeżeli to wy staniecie się twarzami waszej instytucji.

A teraz będzie postscriptum. Przez przypadek przejrzałam wczoraj wydane niedawno "ostatnie rozmowy" z kardynałem Ratzingerem czy też eks-papieżem Benedyktem - przyznam, że nie wiem, jaka jest formalna nomenklatura. I przeczytałam w nich między innymi fragment o II wojnie światowej. Ta rozmowa jest skandaliczna, drodzy panowie. Stanowi nie tylko pokaz pychy hierarchy, ale też bardzo mało eleganckie usprawiedliwianie tchórzostwa. I proszę mnie dobrze zrozumieć: nie mam do nikogo pretensji, że nie był bohaterem. Większość ludzi to nie są bohaterowie. Nie sądzę, żebym ja była potencjalnym bohaterem. Ale usprawiedliwianie tego skamlącym tonem i próba przeniesienia na siebie i swoją grupę całego cierpienia - to jest poniżej krytyki. A wystarczyło powiedzieć: my też się baliśmy i teraz nam głupio, że mogliśmy zrobić więcej, a nie zrobiliśmy. Przyznać się. Tylko tyle.

Wbrew pozorom nie jest to oderwane od wysłuchanej, bo nie podsłuchanej, przedwczoraj rozmowy. Jeśli ci mili panowie potrafiliby zobaczyć źdźbło w oku własnym, może zrozumieliby, że bliźni widzą belkę.


wtorek, 27 września 2016
Nie na czarno

"Bo my Polacy, my lubim pomniki" - pisał wieszcz Gałczyński w jednym ze swoich najbardziej błysktotliwych wierszy i miał rację.

Pomniki, manifestacje z mnóstwem pięknych słów, fejsbukowe akcje, teraz symboliczny "czarny protest" - to są wszystko uspokajacze sumienia. Prześlicznie pokazujące, że tylu nas. Tyle że do niczego nie prowadzące.

Nie założyłam przedwczoraj, wczoraj ani dziś czarnych ciuchów, choć mam ich sporo, a kierunek, w jakim mogą pójść zmiany prawne w Polsce mnie przeraża. Nie założyłam między innymi dlatego, że inicjatorem "protestu" jest partia, która nadal nie przeprosiła za swoją postawę podczas wyborów prezydenckich - za przekonywanie swoich sympatyków, że nie było różnicy między kandydatem Dudą i kandydatem Komorowskim. "Razem" dołożyła swoją cegiełkę do tego, jaką mamy sytuację polityczną w Polsce i odmawiam jej moralnego prawa do krytyki, dopóki nie powie jasno, że w maju 2015 się pomyliła.

W maju stałam ponad godzinę w kolejce do ambasady, żeby zagłosować. W obu turach. Z pełnym przekonaniem, że głosuję słusznie. Nie dlatego, że uważam Bronisława Komorowskiego za wybitnego polityka, nie dlatego, że mamy zbieżne poglądy na wszystko. Głosowałam m.in. dlatego, że podpisał ustawę antyprzemocową - to mi wystarczyło, żeby wiedzieć, że tak będzie dalej. Nie idealnie, ale też nie źle.

W jesieni nadal głosowałam - nie za wskazaniem serca (bo też nie było takiego ugrupowania, które by jego porywom odpowiadało), ale pragmatycznie - na jak najsilniejszą parlamentarną opozycję. To nie wystarczyło, ponieważ rozdrobnienie frakcyjne "naszej" strony było zbyt duże.

Ale przynajmniej mam czyste sumienie. Zrobiłam dokładnie wszystko, co mogłam zrobić. Czyli poszłam na wybory i spełniłam obywatelski obowiązek. Dlatego teraz nie ubieram się na czarno - nie muszę zagłuszać wyrzutów sumienia symbolicznymi gestami.

K. Malewicz, Czarny kwadrat na białym tle

PS. Żeby było całkiem jasno: treść protestu popieram. Nie uważam też, że pomysł porwał wyłącznie tych, którzy nie głosowali i mają podświadome wyrzuty sumienia - dużo ludzi zapewne robi to spontanicznie, wierząc w siłę sprawczą takich symbolicznych gestów. Niemniej uważam, że to po prostu nic nie da poza poczuciem zadowolenia i uspokojonego sumienia (coś zrobiłem) tych, którzy się bardzo małym kosztem przyłączą.

 

sobota, 17 stycznia 2015
I górnicy, i...

Pochodzę z historycznej (tak dziewiętnastowiecznie historycznej, ale niech będzie) Galicji zachodniej. Część mojej rodziny mieszkała jednak czasowo lub na stałe na Górnym Śląsku albo jego pograniczu. Byli wśród nich także ludzie związani z górnictwem - głównie jako sztygarzy i inżynierowie, ale jednak w kopalniach. Wujek mojego Taty miał w Żywcu piękny pogrzeb z orkiestrą górniczą - byłam mała i zachwycały mnie czarne mundury i pióropusze. Ale od dziecka miałam w naturalny sposób ustalone dwa pojęcia o górnictwie: 1) że jest to ciężka praca, zwłaszcza jak się nie jest inżynierem; 2) że na poziomie polskim jest to "sektor", jak się dziś mówi, gwarantujący znacznie wyższy standard życia od przeciętnego, nawet jeśli nie należy się do partii. Bo wujkowie mieli domy jednorodzinne a nie ciasne mieszkania i żadnych kłopotów z kupnem samochodu, a kuzyni zagraniczne narty i różne takie. Tak było za PRL.

Potem jakoś te rodzinne śląskie powiązania osłabły - życie przyspieszyło, dużo się pozmieniało. Ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, że przez te lata w mojej głowie pojawił się zupełnie inny obraz górnika: pieniacza, który zawsze siłą wywalczy swoje.

Bardzo mnie ciekawi, co wspomniany wujek mojego taty - na logikę sztygar zapewne jeszcze przedwojenny - miałby do powiedzenia o tych górnikach, którzy terroryzują Sejm i kosztem reszty społeczeństwa fundują sobie przywileje, o których innym "sektorom" publicznym i budżetowym nawet się nie marzy.

Tak, nie zapomniałam, że praca górnika jest ciężka. Ale, drodzy górnicy, nie myślcie, że inni nie pracują. Że nie mają potrzeb, ambicji i aspiracji. Oczyma duszy widzę już, że po to, żebyście mieli te swoje czternastki, deputaty, gwarancje pracy i co tam jeszcze do tych przywilejów należy, "trzeba będzie", jak zwykle, obciąć budżet nauki, kultury - bo to przecież najmniej ważne dziedziny życia społecznego, prawda? Siedząc za biurkami, usiłując rozdzielić 24 godziny między własną pracę naukową, poprawianie zadań studenckich, obowiązki administracyjne, koszmarną biurokrację systemu finansowania nauki (z coraz mniejszą szansą na sukces, ponieważ mnóstwo pieniędzy pójdzie na spełnienie waszych żądań) i chałtury, żeby mieć z czego żyć i te aspiracje jakoś realizować (bo taka ja na przykład mam chwilowo ok. 1500 zł stałego dochodu miesięcznie), my też musimy spać i jeść. I chcielibyśmy czegoś więcej ponad tę egzystencję. Dlatego nie jestem w stanie się z wami solidaryzować. Nie mogę, bo wy zatraciliście poczucie solidarności społecznej całkowicie.

Podobnie zapewne mogą napisać przedstawiciele innych grup społecznych, których poziom życia uzależniony jest od budżetu państwa. Grup, które nie zastrajkują, bo uważają to za niemoralne, nieprzyzwoite, nieeleganckie.

Tak, pamiętam, że praca górnika jest ciężka. I uważam, że powinna być dobrze płatna. Uważam jednak również, że nieprzyzwoitością jest żądać niebotycznych przywilejów w kraju, w którym tyle grup jest skandalicznie niedofinansowanych.

Miejcie więc te swoje przywileje, ale pamiętajcie, że uzyskaliście je kosztem krzywdy innych.

Biblioteka

czwartek, 08 stycznia 2015
Nous sommes Charlie

Jedną z największych, niewytłumaczalnych zagadek wszechświata i conditio humana jest dla mnie istnienie umysłów tak zamkniętych, że każdą wypowiedź niezgodną z ich poglądami, z tym, w co mniej lub bardziej rozpaczliwie wierzą, uznają za osobisty atak na siebie, a na dodatek sublimują to poczucie w atak na wartości czy też na Boga. Atak, który zasługuje na natychmiastową kontrę, na pognębienie przeciwnika - w dużej mierze przecież wyimaginowanego, bo będącego po prostu człowiekiem, który chce żyć inaczej i nic więcej. Nie przestaje mnie zadziwiać istnienie ludzi, którzy na serio uważają, że satyryczny obrazek czy zrodzona z gniewu (zazwyczaj zasadnego) wypowiedź, narusza jakiś ład we wszechświecie.

Ludzi kurczowo trzymających się idei, najczęściej wypaczonej - tak kurczowo, że dla obrony tej swojej wizji idei są gotowi walić na oślep, a nawet zabijać. Ludzi, którzy wierząc w takiego czy innego boga (zazwyczaj nazywanego przez nich miłosiernym i wszechmogącym) uważają, że to oni są depozytariuszami tego bóstwa opinii i honoru,  muszą więc je bronić przed pragnącym je splugawić motłochem. Ludzi, którzy obraz tego bóstwa tak bardzo kształtują na swoje własne podobieństwo, że czynią z niego karykaturę, sami o tym nie wiedząc. Pokazują je światu jako małostkowe, bezsilne, mściwe i egoistyczne. Broniąc rzekomo praw tego bóstwa czy też instytucji, w którą równie święcie wierzą, bronią tak naprawdę własnego przerażenia, własnej niepewności, własnego poczucia zagrożenia. Fanatyzm jest najczęściej strawą umysłów słabych, nieumiejących samodzielnie myśleć, uciekających przed braniem odpowiedzialności za swoje życie i czyny, składających ją w czyjeś ręce. Słuchają jakiegoś mistrza, guru, przewodnika i dają mu sobą kierować. Przyjmują radykalne poglądy, bo one porządkują świat, ukazując go w w czerni i bieli. Nie zdają sobie zazwyczaj sprawy z tego, że w tym pozornie czarno-białym obrazie kryje się wielka strefa mroku, w którą wepchnięte są różne paskudne szkielety. Strefa, w którą spycha się wszystko to, co niewygodne, co mogłoby rzucić cień na tę białą stronę. W ostrym świetle tego mroku nie widać, ale on czai się gdzieś na granicy.

Ludzkość broni się przed fanatyzmem, przed tymi zadziwającymi zamkniętymi umysłami, między innymi poprzez wolność słowa. Zastanawia mnie zawsze, na ile powinna ona być bezwzględna, czy i gdzie są granice tej wolności. Z jednej strony głębokie przekonanie mówi mi, że jest to wartość absolutna. Z drugiej - wiem, że pewne treści, a raczej ich czynne propagowanie, powinny być zakazane. I że zdarzają się sytuacje, kiedy dla dobra powszechnego pewne treści należy przemilczeć. Że na przykład w czasie wojny nie powinno się podkopywać morale. Ale w sumie wszystkie te przypadki można regulować umową społeczną -oczywiście trzeba mieć do tego społeczeństwo na tyle dojrzałe, żeby umiało odróżnić realne zagrożenia od urojonych.

Taka autocenzura zresztą często działa nawet w społeczeństwach pod tym względem mało dojrzałych. W Polsce powstrzymała ona chociażby nawet tabloidy od drukowania drastycznych zdjęć po katastrofie w Smoleńsku - choć naprawdę, bywały takie chwile, kiedy czytając kolejne jątrzące wypowiedzi różnych prawicowych mędrców smoleńskich, zwłaszcza te rzucające kalumnie na rząd i śledztwo, uświadamiając sobie, że ich fanatyczna gadanina trafia do rzesz pragnących, by ktoś nimi pokierował, myślałam w duchu, że może oni powinni te drastyczne zdjęcia zobaczyć, przekonać się, z czym miała do czynienia na przykład obecna pani premier i gdzie była wówczas prawdziwa odwaga i poświęcenie.

To jest też powód, dla którego nie potrafię jednoznacznie ocenić inicjatyw takich jak wikileaks. Z jednej strony ujawnianie machinacji polityków, służb specjalnych i korporacji jest pożądane, jest jakąś formą społecznej kontroli nad tymi, którzy nami rządzą. Z tego samego powodu uważam na przykład, że w demokratycznym państwie żadna instytucja nie powinna być zwolniona z jawności finansowej. Z drugiej - gdzie jest granica ujawniania informacji, które potencjalnie mogą zaszkodzić bardziej niż pomóc?

Jest też inny aspekt wolności słowa. Dotyczący już samego języka. Ponieważ nie jestem zwolenniczką żadnych radykalizmów, nie popieram również poprawnościowej walki z językiem, a zwłaszcza z tym, co się w nim zakorzeniło. Nie wierzę aż tak bardzo w moc sprawczą słów i w to, że jeśli będziemy mówić (potocznie) "ocyganić" albo "oszwabić" (jako dziecko w ogóle nie widziałam związku tych słów z czymkolwiek konkretnym), to zwiększy to poziom nienawiści społecznej do Romów czy Niemców. Ale jeśli już prowadzi się kampanie na rzecz wycofania takich słów z języka, to bądźmy konsekwentni i przestańmy również używać określenia "pogański" jako przydawki wartościującej. Poganom też może być przykro, kiedy ktoś z niechęcią czy rozpaczą w głosie mówi, że każe mu się wstawać "o pogańskiej godzinie". Że już nie wspomnę o szafowaniu określeniem "pogańskie obyczaje" na obyczaje uznawane za prymitywne i niecywilizowane, które może bez trudu być uznane za obraźliwe. (Powtórzę jednak, że osobiście jestem przeciwko takim czystkom, ale jeśli już je robić, bo taka moda intelektualna zapanowała, to konsekwentnie.)

A dlaczego jestem przeciwko czystkom i tzw. politycznej poprawności? Bo jak dla mnie ona też zbyt łatwo może prowadzić do zachowań o charakterze fanatycznym. Jak każdy radykalizm. Ludzie skupieni na śledzeniu, czy w jakiejś wypowiedzi nie ma przypadkiem sformułowania, które mogłoby naruszyć uczucia - takie czy inne - jakiejś grupy społecznej, przestają czytać teksty. W sensie - ich komunikaty. Nie widzą treści poza zbitką słów. Poza materiałem do prowadzenia śledztwa, czy aby nie narusza to zestawienie słów, to jakieś pojedyncze słowo, praw do dobrego samopoczucia mniej lub bardziej ściśle zdefiniowanej grupy. I naprawdę niczym się to nie różni od naruszania uczuć religijnych tych ludzi, których mentalność tak bardzo mnie zadziwia we wszechświecie.

Nieważne, po której stoi się stronie, fanatyzm zawsze jest zły i należałoby go dusić w zarodku. Zawsze gdzieś u swoich korzeni jest wynikiem niepewności i braku poczucia własnej wartości. Ono może brać się z różnych źródeł: odrzucenia, biedy, krzywdy, ale i z przekonania o tym, że świat będzie lepszy, jeśli wszyscy będą tacy sami. I że dekretem, ustawą, wyrokiem sądu czy zamachem terrorystycznym można do tej jednolitości doprowadzić. Sprawić, że ludzie zaczną wyznawać te same "wartości", które wyznaje ten, kto je narzuca. Problem w tym, że dzieje absolutnie wszystkich rewolucji pokazują, że jeśli nawet radykalny ruch był w miarę jednolity na samym początku, to bardzo szybko zaczynał dzielić się na wrogie sobie frakcje - jednolitość najwyraźniej nie leży w naturze ludzkiej. Pod tym względem pojawienie się chrześcijaństwa niewątpliwie było rewolucyjne: dość spójna początkowo sekta bardzo szybko podzieliła się na zwalczające się wzajemnie odłamy. Skądinąd w tego typu wydarzeniach działa również inny mechanizm - wielkie rewolucje mające na sztandarach sekularyzację i antyklerykalizm bardzo szybko wykształcają własne formy o charakterze sakralnym, nawet jeśli formalnie odrzucają sacrum, bo mentalność rewolucyjna potrzebuje jednoczącej idei. Fanatyzm religijny i fanatyzm rewolucyjny w jednym stoją domu.

Dlatego chciałabym żyć w świecie, w którym nie strzela się do dziennikarzy w obronie żadnych świętych mędrców i niezależnie od tego, czy nam się ich robota dziennikarska podoba czy nie, a sprawy dotyczące światopoglądu i potencjalnych przykrości wyrządzanych sobie wzajemnie przez różne osoby o odmiennych poglądach wyjaśnia się w cywilizowanej rozmowie. W świecie, w którym obrona "wartości", "Boga" czy "honoru" nie staje się bezpardonowym atakiem na drugiego człowieka. W którym ludzie deklarujący nadstawianie drugiego policzka rozumieją znaczenie tego wyrażenia i nie zamieniają go na oddaj, byle zabolało. W którym przyznanie sobie prawa do krytykowania innych oznacza danie tym innym prawa do krytykowania nas i na odwrót - pogodzenie się z tym, że inni nas krytykują, oznacza automatycznie, że my mamy prawo krytykować ich. W świecie, w którym satyra i krytyka są głosem w debacie, a nie głosem, który należy stłumić za każdą cenę.

W świecie ludzi świadomych wartości swojej i wyznawanych przez siebie idei na tyle, że dla ich obrony nie potrzebują sięgać po broń, jakakolwiek by ona była.

I tylko... wysp tych nie ma.

Liberte

 

 

poniedziałek, 22 grudnia 2014
Banalność zła

Za jakiś czas ruszy proces w sprawie, trzeba przyznać, wyjątkowo odrażającego morderstwa. Proces młodej, ale pełnoletniej "krwawej poetessy", jak nazywali ją niektórzy w necie (i tak będę ją tu nazywać, jeśli chcę być w zgodzie z główną tezą tej notki), jej chłopaka, ich znajomych, którzy być może nie do końca wiedzieli, w czym biorą udział. Kiedy proces się zacznie, media - w zależności od ich poziomu - na pewno znów będą w miarę regularnie informować o jego przebiegu lub też przypominać co bardziej makabryczne informacje związane ze sprawą.

Tymczasem na fejsbuku w różnym tempie przyrasta lajków na profilu poetessy (znajomy prowadzi monitoring, usiłując skorelować obserwacje z obecnością/nieobecnością tematu w mediach), ale też przyrastają komentarze. Nie wiem i w sumie wcale nie chcę wiedzieć, czy komentują te same osoby, które jeszcze kilka tygodni temu zachwycały się twórczością poetessy. Nie wiem też, czy poetessa jest poetką (w sensie czy to, co pisze, ma wartość artystyczną), albowiem wobec wiersza wolnego czuję się bezradna - jest paru poetów płci obojga, którzy mnie zachwycają, ale ogólnie nie potrafię ocenić, dobre czy nie dobre.

Ale ja w sprawie tych komentarzy. Nie zaglądam tam często, choć fejsbuk wejść nie liczy. Jakoś nie chcę. Zajrzałam właściwie raz, z ciekawości. I oczywiście, w komentarzach obecnie prym wiodą żądania kary śmierci i najgorsze wyrazy pod adresem poetessy. W sumie można się było tego spodziewać. Podejrzewam jednak, że jeśli ona miałaby możliwość je czytać, to umocniłyby ją one w przekonaniu o tym, że reszta świata to nic nie warta hołota. Wrócę do tego wątku za chwilę.

Na razie pozwolę sobie zatrzymać się na moment przy tej hołocie, żeby uzasadnić tytuł notki, która w sumie jest o czymś innym. Ta zbrodnia nie jest oczywiście banalna (żadna nie jest), jest, jak już napisałam, wyjątkowo odrażająca pod wieloma względami. Banalna, pomimo całego zadęcia wokół siebie, wydaje mi się natomiast krwawa poetessa. A może nawet to zadęcie jest elementem banalności jej postaci. Poczucie własnego geniuszu? Poczucie wyobcowania? Poczucie nadwrażliwości? No ja bardzo proszę, przecież to teenage angst i weltschmerz, przez który po prostu trzeba przejść i oczywiście prawie każdemu w tym stanie wydaje się, że jest wyjątkowy. Bo po części na tym ten stan polega - jest fazą, w której cały świat jest przeciwko nam, jednostkom, jakże wyjątkowym i wybitnym. Bezduszny tłum, motłoch, hołota, burżuj, filister - przeciwnik wiele miał imion i pewnie jeszcze wiele zyska.

No więc już to samo w sobie oryginalności ma tyle, co trucizna w zapałce, że znów zacytuję najwybitniejszą powieść polską (skądinąd postać, do której cytat się odnosi, miała demonizmu w sobie mniej więcej tyle co poetessa, tylko na dobrą sprawę była co najwyżej na pograniczu szkodliwości społecznej), a dołóżmy do tego jeszcze fascynację, of all people, Witkacym... To już, niestety, jest banalne do bólu. Obawiam się, że poetessa nie ma pojęcia, iż fraza o niechęci poety do tłumu ignorantów jest znacznie starsza - napisał ją dwa tysiące lat temu Horacy (odi profanum vulgus), a nie wynaleźli ani poeci modernizmu i bohemy, ani Witkacy.

Skądinąd w tym kontekście przypomina mi się wyjątkowo odrażająca postać aspirującego artysty z szóstego odcinka "Z biegiem lat, z biegiem dni" Andrzeja Wajdy - poeciny, który ożenił się z chłopką (w ciąży), którą następnie torturuje psychicznie, powtarzając nieszczęsnej, że przez nią "dusi się bez artystycznego towarzystwa", "nie może wzlecieć" i tak dalej. Scenariusz jest według literatury w najlepszym wypadku trzeciego sortu, pisarza zapewne słusznie zapomnianego, ale duch pewnego typu artystowstwa został tam znakomicie podchwycony (i przez Joannę Olczak Ronikierową zapewne podkręcony). Poeta - bohater tego odcinka nigdy nie uświadamia sobie do końca, że tak naprawdę jest w swojej postawie żałosny i banalny.

Ale on oddycha i żywi się głównie poczuciem własnej wspaniałości, oryginalności i zapoznanego geniuszu. Podobnie jak poetessa, która z artykułów prasowych bardziej kojarzy mi się z nim właśnie niż z Lafcadiem czy Raskolnikowem. Nie wiem, może spektakularna porażka jej planu (bo chyba planowała wywinięcie się ze sprawy?), prawie natychmiastowe aresztowanie, będzie dla niej ciosem, który poustawia jej coś w głowie. Trudno powiedzieć. Niektórym nic tego nie ustawia.

I wracamy teraz do kwestii kary. Jest zbrodnia, musi być kara. I zapewne będzie wysoka, bo trudno sobie wyobrazić przyzwolenie zarówno wymiaru sprawiedliwości jak i społeczeństwa na niską. Dożywocie, dwadzieścia pięć lat czy co tam przewiduje polski kodeks karny. W każdym razie raczej długa odsiadka. I tu zaczyna się problem. Bo widzę już - sądząc po lajkach na fejsbuku, przyrastających po ujawnieniu zbrodni - scenariusz jak w przypadku Charlesa Mansona: fanów i fanki zabiegających o spotkanie, może nawet pragnących się żenić. Czyli dających poetessie to, czego najbardziej pragnie - sławę i uznanie.

Nie znam się na szczegółach prawa, ale istnieją przecież możliwości obłożenia wyroku dodatkowymi warunkami, prawda? W tym konkretnym przypadku uważam, że niezależnie od wyroku więzienia poetessę należałoby skazać na śmierć. Oczywiście, jako zasadniczo przeciwniczka kary śmierci, nie mam na myśli śmierci fizycznej. Mam na myśli coś w rodzaju tego, co w starożytnym Rzymie nazywało się damnatio memoriae - karą niepamięci, wymazania. [EDIT spowodowany niezrozumieniem moich intencji przez część komentatorów: lepsze byłoby określenie damnatio ad ignorantiam, wariacja na temat damnatio memoriae, bo nie chodzi mi o "skazanie na zapomnienie" (niewykonalne), ale o to, żeby odciąć od możliwości napawania się swoją potencjalną popularnością.] Uważam, że jedyną adekwatną karą dla poetessy byłoby odcięcie jej od internetu, od potencjalnych fanów, od spotkań, od możliwości publikacji swojej twórczości. Niech pisze, proszę bardzo, ale tak jak niektórzy przestępcy dostają zakaz zbliżania się do osoby pokrzywdzonej, tak ona powinna mieć zakaz publikacji i kontaktu z fanami. Bo jeśli się nie zmieni pod wpływem aresztowania i wyroku, to więzienie może nie wystarczyć jako kara - a brak uznania, brak obecności w sferze publicznej  zapewne zdoła ją dotkliwie zaboleć.

Jak będzie, pokaże proces. Na razie na miejscu fejsbuka zablokowałabym profil poetessy i pozostawiła go do dyspozycji sądu - bo zarówno fanostwo jak i hejterstwo jest w tym przypadku dość obrzydliwe. Sam profil, po prawdzie, również (takoż i banalny oraz nieoryginalny zarówno w sferze wizualnej jak i treściowej, zwłaszcza jak na osobę reklamującą się jako genialna), ale to zupełnie inna sprawa...

Night in Paris

wtorek, 27 maja 2014
Citior altior fortior. Mane tekel fares?

Czytając o tym, że europejskie miasta nie chcą olimpiady zimowej (ja też jej nie chciałam w Krakowie i okolicach) i że zapewne w związku z tym zostanie ona zorganizowana w Chinach, Rosji albo Kazachstanie, zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest tak, że igrzyska olimpijskie zjadły właśnie na naszych oczach własny ogon i stały się dla krajów, w których społeczeństwo ma coś do powiedzenia, imprezą od strony organizacji nieatrakcyjną? No bo co? Na parę dni zabawy, która jest interesująca dla jakiegoś tam, może i sporego, odsetka ludzkości, mamy wydać mnóstwo pieniędzy z naszej kasy; część się oczywiście zwróci, ale my pozostaniemy potem z obiektami, których nie da się do niczego sensownego wykorzystywać i które są wspaniałymi pomnikami marnotrawstwa pieniędzy.

Ewidentnie coraz więcej ludzi tak właśnie myśli, Oslo jest właśnie podzielone na zwolenników, którzy liczą na to, że rezygnacja Krakowa da im szansę, i przeciwników, którzy liczą na to, że komitet olimpijski, rozochocony putinowskim pokazem bogactwa i rozmachu (Soczi), wybierze kraj, który będzie podobnie szastał pieniędzmi. Czyli, nie oszukujmy się, kraj, w którym przeciętnemu obywatelowi żyje się gorzej niż w Polsce (o Norwegii już nie wspomnę), ale za to władza ma pełną kontrolę nad budżetem i choćby metodą zastaw się, a postaw się, wystawne igrzyska zorganizuje. Co z tego, że chleba zabraknie? Zawsze można jeść ciastka, których trochę zapewne zostanie w kioskach po zakończeniu olimpiady. Na dodatek mała szansa, że w którymś z kandydujących krajów lud ruszy ścinać głowy marnotrawcom państwowych pieniędzy,

Wróćmy jednak do zjedzonego przez olimpiadę własnego ogona. Otóż kiedyś do jej zorganizowania wystarczał - w przypadku zimowej - dobry stok narciarski (a i to niekoniecznie, bo narciarstwo alpejskie weszło do programu dopiero w 1936 roku), trasa biegowa i skocznia oraz jedna hala dla wszystkich dyscyplin łyżwiarskich. Tyle. I na tyle to może sobie pozwolić każde miasto, w którym pada śnieg. Jeśli dołożyć narciarstwo alpejskie, to każde, w którego pobliżu są góry. Po wojnie liczba dyscyplin powoli rosła, w latach '90 przekroczyła pięćdziesiąt, a w tym roku w Soczi było ich 98. Oczywiście większość z nich nadal wymaga stoku narciarskiego, trasy biegowej, skoczni albo hali, ale trzeba liczbę tych miejsc dodatkowo przemnożyć, bo w każdej dyscyplinie jest teraz kilka konkurencji (w porywach nawet 12), a wszystko to trzeba upchnąć w stosunkowo krótkim czasie (około dwóch tygodni), żeby widz się nie znudził. Na w sumie dwadzieścia konkurencji alpejskich i snowboardowych trzeba sporo więcej niż jednego dobrego stoku (co dla każdego trzeźwo myślącego z góry dyskwalifikuje Tatry), a do tego jeszcze dochodzą dziwactwa w rodzaju "narciarstwa dowolnego".

W ramach tego ostatniego, jak informuje wikipedia, z której garściami tu korzystam, bo przecież sama z siebie tego wszystkiego nie wiem, istniało nawet coś, co się nazywało "balet na nartach", ale na szczęście jest to "dyscyplina obecnie już nie uprawiana", a "głównym powodem było niewłączenie jej do oficjalnego programu igrzysk olimpijskich". Ktoś się może oburzy, ale dla mnie to obrazuje pewne dziwaczne zjawisko: nie uprawia się już sportu dla uprawiania sportu, ale po to, żeby zabłysnąć (i, nie oszukujmy się, zarobić). Podejrzewam ponuro, że balet na nartach (że oksymoron prawie że? no trudno) uprawiali ludzie, którzy nie mieliby szans wybić się w tradycyjnych dyscyplinach, a mieli na tyle samozaparcia, żeby nauczyć się tańczyć na nartach, cokolwiek to oznacza. Fajnie, super, jestem za propagowaniem tańca na nartach, bo i taniec i narty są fajne. Tylko, na litość wszystkich bogów oraz górskich koboldów, co to ma wspólnego z olimpiadą? W sumie w tym przypadku komitet ewidentnie myślał podobnie jak ja, więc nie powinnam się czepiać, ale i tak "narciarstwo dowolne" ma dziesięć konkurencji, w tym podobno osobno jazdę po muldach i jazdę po muldach podwójnych.

To wszystko na pewno jest bardzo sympatyczne - z lat, kiedy na nartach jeździłam, pamiętam, że jazda po muldach może być niezłą zabawą - ale czy to znaczy, że musi od razu być dyscypliną olimpijską? Zastrzegam się przy tym, że nie miałabym nic przeciwko organizowaniu corocznych mistrzostw świata w jeździe po dowolnej liczbie muld w stu kategoriach, a nawet w balecie na nartach, ale najlepiej zawsze w tym samym miejscu, gdzie będą mieli możliwości i umiejętności szybkiego, sprawnego i niedrogiego zorganizowania odpowiednich warunków. Uczciwie przyznam również, że dokładnie te same uczucia żywię do sporej części dyscyplin letnich (wzrost od 43 w 1896, co już było kilkanaście razy większą liczbą od igrzysk starożytnych, do 302 w 2012, a w 2016 znów coś dochodzi). Na czele stawki jest tu dla mnie siatkówka plażowa oraz pływanie synchroniczne, a jakkolwiek pojmuję komercyjny argument "bo faceci lubią to oglądać", tak oczywiście nie zmienia to mojej opinii w kwestii sensowności tych miłych zapewne zabaw jako dyscyplin olimpijskich.

Tak, przyznaję, jestem pod tym względem tradycjonalistką. Uważam, że akurat igrzyska olimpijskie powinny mieć jakiś związek ze swoją najdawniejszą tradycją. Ideę już dawno szlag trafił, tradycyjne dyscypliny tracą popularność, bo są niemedialne, fair play musi być sprawdzane za pomocą coraz bardziej wyrafinowanych testów medycznych (a w Olimpii za straszak robiły specjalne pomniki nieuczciwych zawodników, rodzaj alei hańby) i w sumie mleko jest już tak dawno rozlane, że wsiąkło w glebę i nic go nie uratuje, ale jakoś tak mi - nawet nie żal, bo w sumie sport obchodzi mnie dość marginalnie. W dzieciństwie lubiłam np. pooglądać turniej czterech skoczni, był podobnym zimowym rytuałem jak koncert noworoczny z Wiednia, zdarzało mi się też oglądać narciarstwo alpejskie. Ale to ostatnie, odkąd zjazd stał się dyscypliną mającą więcej wspólnego z kurczowym trzymaniem się sztucznie oblodzonego stoku niż doświadczeniem narciarza-amatora, przestało mnie bawić, przestało interesować. Podobnie mierzenie czasu w ułamkach ułamków sekund i walka o te ułamki - czyli takie "kawałki" czasu, których upływ dla człowieka jest w ogóle niepostrzegalny, a w każdych normalnych sytuacjach biegacze mieliby pierwsze miejsce ex aequo - odbiera mi przyjemność oglądania zawodów lekkoatletycznych.

Moim skromnym zdaniem upadła także ta idea, że ma być szybciej i wyżej: w sytuacji, kiedy zmiana rekordu o minutę, a nawet sekundę, o metr czy nawet centymetr jest ewidentnie fizjologiczne niemożliwa - uważam liczenie tych ułamków sekund i ułamków milimetrów za jakiś absurd (dla przykładu: odkąd w 1968 roku po raz pierwszy zastosowano elektroniczny pomiar czasu, do roku 2009, rekord świata w biegu na 100 m mężczyzn zmienił się o 0,37 sekundy). Wiem, wiem, sportowcom na tym zależy, ale jesteśmy tylko o krok od tego, żeby obudować ich całych elektroniką i jak w kostkowych grach fabularnych liczyć modyfikatory w zależności od np. tego, jak na kogo wiał wiatr, bo lada moment na zwykłe rekordy będzie trudno liczyć, a publiczność chce atrakcji.

I to wszystko, cała ta oprawa kilkuset dyscyplin, które potrzebują obiektów, ale i sprzętu do mierzenia czasów i odległości, które obstawione są dodatkowo setkami zupełnie do niczego niepotrzebnych ludzi, wykonujących jakieś magiczno-korporacyjne działania wokół zawodników i drużyn, wszystko to sprawia, że coraz mniej państw starego świata ma ochotę inwestować w dwa tygodnie zabawy dla publiczności niekoniecznie miejscowej, a coraz bardziej również dla tych ludzi, których stać na bilety. Tak naprawdę na zabawę dla znacznie większej liczby ludzi przed telewizorami, którzy wcale nie zainteresują się promocją miasta czy regionu wtykaną im w przerwach między zawodami z jednej strony, a reklamami z drugiej. Oni w tym czasie idą sobie zrobić kanapki albo wyjąć kolejne piwo z lodówki.

Zapewne rozdmuchane olimpiady z rozmnożonymi jak króliki Lejzorka dyscyplinami (wiem, królików nie było, ale z mojego skromnego punktu widzenia co najmniej połowy tych dyscyplin jako odrębnych też mogłoby nie być) utrzymają się jeszcze przez parę sezonów, dopóki znajdą się państwa (od pewnego momentu zapewne wyłącznie w miarę zamożne dyktatury) skłonne wydać na nie ciężkie miliony. Nie wiem, czy jest szansa, że organizację wszystkich igrzysk przejmie w końcu Arabia Saudyjska na zmianę ze Zjednoczonymi Emiratami - bo chyba tylko tam bogactwo utrzyma się na odpowiednim poziomie, żeby finansować olimpijskie szaleństwo (byłoby ich stać, jak sądzę, nawet na klimatyzowaną halę z czterema skoczniami włącznie z mamucią i sztucznym śniegiem). Problem w tym, że szejkowie wykazują nikłe (a może nawet żadne, nie śledzę kandydatur) zainteresowanie akurat tym sposobem promowania swojego regionu i przepuszczania bajkowego bogactwa. Co skądinąd powinno dać do myślenia tym strategicznym geniuszom, którzy uważają, że ogromne wydatki dadzą jakieś wymierne korzyści.

Niestety jeszcze bardziej niż w olimpiady w bogatych krajach arabskich nie wierzę w to, co byłoby dla mnie naprawdę satysfakcjonujące: powrót do sportu, który byłby naprawdę dla każdego. Pewne progi zostały przekroczone, pewne standardy ustalone, prawdziwi (de facto a nie de iure, tacy, którzy naprawdę żyją z czego innego) amatorzy liczą się już wyłącznie w kilku dyscyplinach (w tym nieolimpijskich jak brydż i szachy, skądinąd jedyne dwa sporty, gdzie zdarzyło mi się mierzyć z ludźmi mającymi tytuły mistrzowskie i czerpać z tego jakąś satysfakcję i to wcale nie dlatego, że byłam blisko ich poziomu, o, bynajmniej). Na dodatek w grę wchodzą tak niebotyczne pieniądze - i to wcale nie tylko dla zawodników, ale przede wszystkim dla tych setek korpomagików z ich obstawy oraz dla "działaczy" - że powrót do normalności nie nastąpi.

Tylko że w świecie, gdzie coraz więcej ludzi aspiruje do wyższego niż posiadają poziomu życia i chce na ten cel przeznaczać zarówno prywatne jak i publiczne pieniądze, w świecie, gdzie coraz więcej ludzi zaczyna zwracać uwagę na różnego rodzaju marnotrawstwo, w świecie, gdzie ludzi zaczyna irytować fundowanie wspaniałego życia efemerycznym celebrytom - taka rozdmuchana impreza zacznie tracić prestiż, jeśli nie będzie chętnych do jej organizowania, a ci, którzy pozostaną na placu boju, będą dla wielu co najmniej kontrowersyjni. Bojkoty z powodów politycznych już się przecież zdarzały.

PS. Najzabawniejsza reakcja, jaką przeczytałam po ogłoszeniu rezygnacji Krakowa z kandydowania, była taka, że (jacyś) Słowacy mieli się wyrazić, że pozbawiono ich "wielkiego historycznego wydarzenia". Otóż pozwolę sobie zauważyć, że odbywająca się regularnie co cztery lata popularna impreza moim skromnym zdaniem nie mieści się w definicji wydarzenia historycznego, że o wielkim już nie wspomnę, ale może jakaś dziwna jestem.

wtorek, 15 kwietnia 2014
Czasami potrzeba kiczu

Kocham sztukę, kocham dobre malarstwo i grafikę, kocham ogólnie rzeczy piękne. Jednym z moich największych marzeń jest móc je kupować, kolekcjonować - mieć mieszkanie, z którego znikną meble z Ikei oraz im podobne, a wszystko będzie miało coś więcej niż umiarkowanie przyzwoitą jakość i funkcjonalność: będzie miało styl. Albo żeby przynajmniej wśród mebli funkcjonalnych (jestem jednak osobą praktyczną do pewnego stopnia) były akcenty prawdziwego piękna.

Niemniej to nie jest notka o projektowaniu wnętrz ani nawet o moich mieszkaniowych preferencjach czy też wciąż niezupełnie spełnionym marzeniu o byciu kolekcjonerem. To jest notka o jednej z rozlicznych okołokulturalnych afer, które wstrząsają ostatnio polską sferą publiczną i lądują na pierwszych stronach gazet, że się tak górnolotnie wyrażę.

Chodzi mianowicie o darmową książeczkę pt. "Pierwsza książka mojego dziecka", którą ministerstwo kultury wydaje po to, żeby cała Polska czytała dzieciom. Książeczka ma być rozdawana wraz z rodzajem wyprawki młodym matkom w szpitalach , na razie o ile rozumiem, rusza program pilotażowy w kilku województwach. Książeczka została zaprezentowana, a luminarze sztuki rzucili się na nią w mediach jak stado wygłodniałych psów na kość i jęło kąsać. Dobra, może daruję już sobie te marne metafory i przejdę do rzeczy. Otóż ci różni mniej lub bardziej znani i mniej lub bardziej zasłużeni na polu twórczości dla dzieci podnieśli larum, że książeczka jest be, głównie dlatego, że nie wpisuje się w wielką tradycję polskiej ilustracji książkowej, w tym dziecięcej. Bo kiedyś Szancer, a teraz standardowe obrazki: duże, oczywiste, kolorowe, koślawe.

Z dzieciństwa pamiętam, że lubiłam ilustracje Szancera, uwielbiałam też oryginalne ilustracje Kiplinga do "Takich sobie bajeczek", intrygowały mnie oryginalne ryciny z "Alicji w Krainie Czarów", choć pierwsza wersja tejże, którą czytałam, była z kolorowymi obrazkami dla dzieci (tłumaczenie Antoniego Marianowicza, ilustracje Olgi Siemaszko). Oczywiście jeśli chodzi o ilustracje - Kubuś Puchatek, Muminki. Książkowe, nie filmowe, żadne disneye i dobranocki. Płaskie, czarno-białe, a zarazem bardzo wymowne obrazki. Potem, jak miałam jakieś dwanaście lat, nie mogłam oczu oderwać od okładek Stasysa do "Władcy Pierścieni" Tolkiena. Bałam się ich, fascynowały mnie, intrygowały. (Skądinąd uważam, że Stasys powinien był pozostać ilustratorem książek, a nie usiłować być wielkim artystą, ale to osobna sprawa.)

Teoretycznie zatem powinnam grać w drużynie atakujących ministerialną publikację, a tymczasem bardzo zdecydowanie nie gram. Nie gram, bo uważam, że ta książka nie jest dla dzieci takich, jakim ja byłam. Wychowanych w domu, gdzie ledwie odrosłej od ziemi istocie pokazuje się, na czym polega gra bryłą w "Akrobatce na piłce" Picassa, że odwołam się do jednego z najwcześniejszych posiadanych wspomnień; w domu, w którym w pokoju dziecinnym wisi reprodukcja Makowskiego, a w przedpokoju - Modiglianiego, a potem ogólnie zawisną abstrakcje. Nie dla dzieci od wczesnych lat przyzwyczajanych do tego, że godzinami chodzi się po muzeach - jednym z moich największych oczarowań dzieciństwa, oprócz greckich zabytków, była wizyta w muzeum Peggy Guggenheim w Wenecji. Po takiej dawce Ernsta wspomniane okładki Tolkiena trzy lata później to nic trudnego. I na dodatek ze wszystkich zainteresowań Rodziców (którzy wcale nie są z wykształcenia humanistami!) akurat to, sztuka, znalazło we mnie szczególnie mocny oddźwięk.

Ta książka nie jest również przeznaczona dla dzieci z domów, w których otacza się je troską i opieką, a dbałość o wykształcenie jest co najmniej podobnie duża jak o wyżywienie i zdrowie. Z domów, w których chodzi się razem do kina czy nawet do teatru, choćby i na zgrzebnie wystawioną klasykę. Domów, w których kultura jest jakkolwiek obecna. Domów, w których na półce stoi choćby trochę książek - pamiętam, jakim szokiem był dla mnie niedawno fotoreportaż o mieszkaniach przeciętnych Polaków, przedstawiający reprezentacyjne pokoje u ludzi na przeciętnym poziomie wykształcenia i o przeciętnym stylu życia: na jednym zdjęciu z dwudziestu pięciu było widać ustawione za szybką kilka książek, chyba jakąś dekoracyjną serię!

To jest książka dla dzieci, w których domach czyta się w najlepszym razie tabloidy i ogląda się telewizyjną papkę. Albo też nawet nie robi się tych rzeczy. To nie jest książka, której potrzebują dzieci wykształciuchów ani rodziców aspirujących do wykształcenia czy udziału w życiu kulturalnym na choćby takim poziomie, na jaki pozwala lokalny Dom Kultury. A przede wszystkim to nie jest książka dla ich rodziców: jeśli w domu jest choćby tylko Sienkiewicz i Konopnicka albo też, z innej parafii, jakiś MacLean czy "Saga o ludziach lodu", to istnieje szansa, że rodzic dziecku książkę kupi i poczyta z własnej woli. Jeśli rodzic czyta Prousta, to zapewne kupi książkę o wyrafinowanych ilustracjach, jeśli tylko byle jak wydawane powieści popularne, to zapewne na jakość i styl obrazków uwagi nie zwróci (i nie mówimy tu o statystycznie nieistotnych przypadkach wyrafinowanych historyków sztuki, którzy czytają wyłącznie fantasy, z obrzydzeniem patrząc na większość jej okładek, lub rozkoszują się peerelowskim kryminałem). Ta książka nie jest dla żadnego z tych rodziców: jak już będzie w domu, to dziecko może ją obejrzy, choć pewnie część rodziców uzna, że nie ma takiej potrzeby i może odda do domu dziecka.

To jest książka dla dzieci, którym rodzice z własnej woli książek kupować nie będą i nie będą im ich czytać. Dlatego ta książka jest za darmo, dlatego jej misją jest dotrzeć do każdego domu. Dlatego w wyprawce jej towarzyszącej jest również poradnik, jak opiekować się dzieckiem i jak je szanować - znów skierowany nie do tych rodziców, którzy przez całą ciążę albo i wcześniej przygotowywali się do nowej roli, ale przede wszystkim dla tych, którym coś takiego nie przyszło do głowy. Nie każdy ma obowiązek ministerialną książkę czytać - ale trzymajmy kciuki, żeby czytali ją ci, do których naprawdę jest skierowana. Światli i wybitni zapominają bowiem, że prawdziwym pierwszym odbiorcą tej publikacji nie są dzieci, ale ich rodzice. Bo to oni zadecydują, czy dziecko się z nią zapozna. Jeśli rodzic czytający już dziecku "Kubusia Puchatka" czy, z nowszych propozycji, "Julkę i Kulkę", odrzuci tę książkę z powodów estetycznych, to nikomu nie stanie się krzywda. Gorzej jeśli odrzuci ją rodzic, którego ambicje kulturalne ograniczają się w najlepszym (!) razie do lektury plotek o bieliźnie celebrytów.

Ten rodzic w większości przypadków odrzuci coś, czego sam nie będzie rozumiał i estetycznie akceptował. Jeśli jego kontakt ze sztukami wizualnymi ograniczał się do kiczowatego świętego obrazka wiszącego w rodzinnym domu albo nawet olejnego przysłowiowego jelenia na rykowisku spod Bramy Floriańskiej, to taki człowiek nie zaakceptuje wyrafinowanych, wymagających choćby trochę bardziej wyrobionego oka ilustracji. Światli i Wybitni w ministerialnej książeczce widzą zdeformowane postacie - nie zdają sobie jednak sprawy, że w tym, co oni rysują, niezrozumiałą i odpychającą deformację może zobaczyć rodzic, do którego darmowa książka jest skierowana. (Nawiasem mówiąc, gdzieś w tej dyskusji przeczytałam oburzony głos, że na jednym z rysunków chłopiec wygląda jak garbaty. Nawet jeśli to nie było intencją rysownika, to może dobrze wyszło - żyjemy przecież w czasach, kiedy walka z uprzedzeniami na tle wyglądu jest jednym z naczelnych zadań państwa i edukacji...)

Wyrobionemu oku przywoływany często (i słusznie) przez Światłych i Wybitnych jako wzór ilustracji dla dzieci Jan Marcin Szancer wydaje się prosty: temat jest widoczny na pierwszy rzut oka, ilustracje nawiązują do tradycyjnego malarstwa, a zarazem wprowadzają konieczne dla odbioru przez dziecko uproszczenia. Są ładne kompozycyjnie i kolorystycznie. Ale proszę zawiesić na chwilę wytworzone przez lata obcowania ze sztuką i kulturą doświadczenie i spojrzeć na nie okiem kogoś, kto przywykł wyłącznie do prostackich zdjęć w tabloidzie, do walących po oczach jaskrawych kolorów, wielkiej czcionki i boleśnie uproszczonego przekazu, na dodatek pozbawionego treści. Taki człowiek zobaczy u Szancera, a jeszcze bardziej u wspomnianej wyżej Siemaszko, chaos, natłok postaci albo szczegółów, a ewentualnych nawiązań do innej sztuki nie będzie miał szans odczytać. Do takiego rodzica ma szanse przemówić jedynie obrazek, który może będzie toporny i schematyczny, ale zrozumiały.

Psy wiesza się również na tekście tej książeczki. Zgoda - rymy nie są z najwyższej półki, same historyjki też nie. Ale one nie są przeznaczone dla ludzi, którzy przeczytali całą bibliotekę. One są przede wszystkim dla tych, którzy z trudem przebrnęli przez podstawówkę i lektura "Zemsty" Fredry mogła być dla nich wyzwaniem ponad siły. Oni nie będą swoim dzieciom czytać Muminków, bo nie zrozumieją, o co w tym chodzi i po co tym zawracać dzieciakowi głowę. A poza tym są tam fragmenty z polskiej klasyki dziecięcej: Tuwima, Szelburg-Zarembiny.

Światli i Wybitni, jak to zwykle w Polsce bywa, nie odrobili lekcji pozytywizmu. Może dlatego, że u nas panuje kult tego dziwacznego tworu zwanego polskim romantyzmem, tych zrywów i poczucia wyższości i misji, trochę bez pomysłu na to, jak ta misja ma wyglądać, a już zupełnie bez zastanowienia, jak ją realizować w praktyce. Tymczasem ministerstwo, o dziwo, wyskoczyło z pomysłem, który spodobałby się społecznikom z ponurej drugiej połowy XIX w., kiedy romantyczne mity upadły z hukiem, a garstka rozsądnych ludzi usiłowała zacząć walkę o społeczne wykształcenie inaczej niż poprzez stawianie przed spracowanym chłopem czy robotnikiem Konradów i Kordianów, z których problemów odbiorca ów nie miał szans nic zrozumieć. Ta książka ma być nowoczesną pracą u podstaw, rekwizytem współczesnych Siłaczek. Światli i Wybitni wciąż nie otrząsnęli się z romantycznego snu, wedle którego każdy, kto zetknie się z Wielką Sztuką, musi być przez nią natychmiast porwany i zauroczony.

Tak nie jest, nigdy nie bywało i zapewne nigdy nie będzie. Największym osiągnięciem tak zwanej demokracji ateńskiej było moim skromnym zdaniem zachęcanie czy wręcz nakłanianie obywateli do uczestnictwa w życiu kulturalnym miasta. Chodzenie do teatru było finansowane przynajmniej po części z kasy państwowej, choć już same spektakle były produkowane przez osoby prywatne, dla których wygrana w teatralnych konkursach była powodem do chwały; którym w nagrodę wystawiano pomniki. Uczestnictwo w kulturze, związanej oczywiście z bardzo "świecko" traktowaną sferą sacrum, było postrzegane jako rodzaj obowiązku obywatelskiego. Późniejsze postępujące rozwarstwienie społeczne sprawiło, że kultura stała się dobrem elitarnym - różne ruchy oświeceniowe czy pozytywistyczne usiłowały to zmienić, podobnie jak usiłuje się to zmienić dziś. Rewolucja francuska pokazała, jak kolosalny potencjał, również kulturalny i intelektualny, drzemał w ludziach, którzy wcześniej nie mieli szans dostać się do elitarnych kręgów. Tyle że wedle znanych historykom statystyk poziom alfabetyzmu we Francji już w 1789 roku sięgał 50/40% (mężczyźni/kobiety) na prowincji i 90/80% w Paryżu, więc było z czego startować! Skądinąd ciekawe jest również inne zestawienie liczbowe z mniej więcej tej samej epoki: biblioteka w pałacu w Compiègne za czasów Ludwika XVI liczyła ok. 300 woluminów, za Cesarstwa – kilkanaście tysięcy...

We współczesnej Polsce teoretycznie statystyczny każdy umie czytać, bo mamy obowiązek szkolny i tak dalej. Ale od samej umiejętności czytania do czytania literatury dla przyjemności jest jeszcze daleka droga. W rewolucyjnej Francji nie każdy chłop zabierał się od razu za lekturę filozofów - to byłby materiał dla Mrożka - ale otwarcie wyższych szczebli edukacji oraz karier dla każdego, kto miał chęć, talent i życiową odwagę, owocowało tym, że w kulturze wyższej zaczęli uczestniczyć ludzie, którym wcześniej nawet by to nie przyszło do głowy. (Tu widzę potencjał na osobną notkę o elitaryzmie kultury, więc kończę historyczne dygresje).

Jakiekolwiek rozumowanie czy idee stały za decyzją stworzenia programu wspierania wczesnego czytelnictwa, jest to próba zachęcenia jak najszerszych rzesz ludzi do zmiany obyczajów. Dla dzieci z rodzin, które są realnym adresatem tego programu, ważne jest, żeby od małego być przyzwyczajanym, że sama czynność czytania jest rzeczą dobrą i przyjemną. Nie tylko ze względów poznawczych (choć oczywiście "pierwsza książka" ma jakoś tam przygotować do tego, że w szkole mamy poznawać świat), ale również ze względu na tworzenie więzi rodzinnych. Jednym z moich najmocniejszych wspomnień z dzieciństwa jest to, kiedy mając jakieś pięć lat zasadniczo czytam już sobie sama, ale wciąż skradam się do fotela, w którym siedzi (i czyta) mój Tato, w nadziei, że jednak jeszcze weźmie mnie na kolana i razem będziemy czytać "Księgę dżungli". Zawsze tak było i gdybym miała powiedzieć, co mi się kojarzy z pojęciem "dom rodzinny" czy "ciepło domu rodzinnego", to te późne wspólne lektury byłyby pierwszym skojarzeniem. Ciepłe światło lampy nad małą wnęką wciśniętą w pełen książek regał, fotel, którego peerelowski design jest teraz modnym vintagem, i wspólne przeżywanie przygód Mowgliego. Nawiasem mówiąc, większość naszego małego mieszkania (i dużego potem też) była po sufit zastawiona książkami (ta liczba wciąż rośnie) i jedną z moich ulubionych zabaw w dzieciństwie było wyobrażanie sobie, co kryje się za tajemniczymi tytułami, których nie rozumiałam (pamiętam, że koszmarnie bałam się „Ubika”, natomiast czysto eufonicznie fascynował mnie i stanowił rodzaj azylu w tej zabawie „Atol Trydakny”; w moim pokoju stała głównie fantastyka, klasyka była w dużym). 

Ministerialna książka jest dla dzieci, które bez niej nie mają szans na takie wspomnienia. Dlatego jest prosta, niewyrafinowana, akceptowalna dla ludzi, którzy sami z dzieciństwa nie wynieśli poczucia, że warto wybierać się w fikcyjne magiczne krainy. Dla ludzi, którzy nie znajdą w sobie cierpliwości (a czasem i umiejętności, możliwości), żeby dziecku czytać choćby trochę bardziej skomplikowane bajki. Może warto o tym pamiętać, zanim podejmie się frontalną krytykę produktu, który mnie też wcale nie zachwyca, ale znajduję uzasadnienie dla tego, że prezentuje się tak a nie inaczej. Jest szansa, że dzieci, które zaczną przygodę z książką choćby i od niego, nie będą potem unikać szkolnej biblioteki, gdzie powoli będą się zapoznawać z coraz poważniejszą literaturą i sztuką. Może gdyby w moich szkolnych czasach istniał program wspomagania wczesnego czytelnictwa, dzieci, które nie były w stanie przebrnąć przez "Plastusiowy pamiętnik", miałyby z tym choćby minimalnie mniejszy problem. Bo było tak, że w ramach źle pojętego "wyrównywania szans" do mojej klasy, gdzie przyjęto zasadniczo dzieci już umiejące czytać, dodano nie te, których poziom inteligencji bez wyniesionych z domu umiejętności wskazywałby na to, że doskoczą do pozostałych, ale te z najcięższych patologii, same już od pierwszego roku mające poważne problemy ze zdolnościami poznawczymi, bez żadnych szans, żeby poradzić sobie z wymaganiami stawianymi reszcie klasy. To do współczesnych Doroty, Jarka i kilkorga innych, których imion nawet nie pamiętam, bo już na etapie nauczania początkowego repetowali klasy, skierowana jest ta niezbyt wysmakowana książka. Bo lepiej, żeby w późniejszym życiu sięgnęli po najprostsze i najkoszmarniej zilustrowane romansidło czy sensację, niż żeby mieli nie czytać w ogóle nic poza tabloidami. Bo od półanonimowych masówek zawsze można przejść do Rodziewiczówny, a dalej do Sienkiewicza, byle nauczyć się śledzić fabuły i przejmować losami bohaterów rozpisanymi na więcej niż dwie szpalty.

Oczywiście najgorszemu kiczowi okładek i ilustracji sama najchętniej wydałabym totalną wojnę, ale ministerialnej książeczce naprawdę daleko jeszcze do tego, co potrafią wyprodukować wydawnictwa zarówno specjalizujące się w różowych seriach czy masowej fantasy, jak i literaturze religijnej dla dzieci.

Po napisaniu tej notki znalazłam taki artykuł, który stanowi niezłą tragikomiczną ilustrację do szerszego problemu, którego ona dotyka.

wtorek, 25 marca 2014
... et circenses?

Disclaimery: 1. to jest list otwarty do władz Krakowa, a po trochu i Polski, stąd forma; 2. to jest wpis o promocji i wizerunku Krakowa i ich priorytetach, a nie o wszystkich problemach miasta, bo na czyste powietrze i infrastrukturę w regionie powinny znaleźć się pieniądze z innej puli; 3. to nie jest wpis o wyższości kultury nad sportem, tylko o tym, że znaj propocją, mocium panie oraz kijem Wisły nie zawrócisz.

Szanowni Panowie Prezydenci, Premierzy, Marszałkowie, Ministrowie, Posłowie, Radcy Miejscy i ktokolwiek jeszcze ma realny wpływ na to, jakie decyzje są podejmowane!

Kraków od najdawniejszych czasów swego istnienia był przede wszystkim miastem nauki, sztuki i kultury - lepszej lub gorszej w zależności od czasów, sytuacji politycznej, ekonomicznej i społecznej oraz koniunktury - ale nauki, sztuki i kultury. Był miastem Akademii (Krakowskiej od XIV w. i Umiejętności od XIX w.) i miastem wielkich ludzi. Kopernika, Wita Stwosza, Jana Kochanowskiego, Jana Brożka, braci Śniadeckich, Stanisława Wyspiańskiego, Heleny Modrzejewskiej, Mariana Smoluchowskiego, Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Pendereckiego, Piotra Skrzyneckiego, Wisławy Szymborskiej... można by długo wymieniać wielkich uczonych i artystów pióra, pędzla, teatru, muzyki. To jest dziedzictwo i kapitał Krakowa.

Tymczasem od kilku lat nie dość, że traktuje się po macoszemu (by nie rzec wprost: niszczy) w naszym mieście kulturę i sztukę, że o nauce już nie wspomnę, bo jeszcze mniej medialna, to na dodatek kolejne władze z uporem godnym lepszej sprawy usiłują zrobić z Krakowa stolicę sportu. Owszem, tradycje gry w piłkę nożną sięgają tu końca XIX wieku, owszem, o futbolu pisał nawet Tadeusz Boy-Żeleński, kolejny wielki krakowianin, łączący dziedzictwo naukowe z kulturalnym. Takich lekarzy-artystów, krakowian w najlepszym znaczeniu tego słowa, mieliśmy zresztą nawet niedawno, by wspomnieć zmarłego niedawno i przedwcześnie profesora Andrzeja Szczeklika.

Dla wielu ludzi w Polsce Kraków jest stolicą i ostoją konserwatyzmu i tradycjonalizmu, z czego po części wynika ta rozpaczliwa tendencja do rozsadzania od środka naszych instytucji kultury (najlepszym przykładem jest to, co się dzieje w Teatrze Starym) i czego efektem jest również przerażająca polityka miejskich władz, na siłę starających się nadać Krakowowi (pseudo)nowoczesne oblicze poprzez organizację masowych imprez. Zapomina się przy tym, że naukowe odkrycia, których tu dokonywano, bywały nowatorskie na skalę światową, i że pomimo dominującego niekiedy w "głównym nurcie" konserwatyzmu (szkoła Tarnowskiego w XIX w., peerelowska nijakość w XX w., wreszcie okołopapieska i okołopatriotyczna nijakość w wieku XXI czyli panoszące się wszędzie dźwigaje), to tu tworzyli tacy artystyczni "rewolucjoniści" jak wspomniany już Wyspiański, a także Tadeusz Kantor czy Jerzy Nowosielski. Krakowowi po części wmawia się zacofanie i tradycjonalizm, a po części winni są też piewcy tego XIX wieku i złotych czasów Franza Josefa. Błędem jest też założenie, że tradycja i nowoczesność wzajemnie się wykluczają. W Krakowie zawsze umiano podejmować dialog z tradycją (znów przywołam Wyspiańskiego i jego zmagania z romantyzmem, ale i wielkie dokonania teatralne drugiej połowy XX w. czy krakowską szkołę krytyki literackiej z Janem Błońskim i jego prowokującymi do myślenia i przewartościowań analizami, że o Piwnicy pod Baranami nie wspomnę) i to powinniśmy kultywować. Wychodzić w nowoczesność nie odrzucając tradycji. I nie usiłując na siłę być czymś, czym nie jesteśmy.

Mam bowiem wrażenie, że jedynym istotnym i na miarę europejską wkładem Krakowa w rozwój czegokolwiek choćby śladowo związanego ze sportem (a konkretnie z "kulturą fizyczną") jest idea ogródków jordanowskich, które jednakowoż były po pierwsze dziełem dziewiętnastowiecznego lekarza, pioniera pediatrii, dr. Henryka Jordana, po drugie miały związek z kwestią propagowania zdrowego trybu życia, a nie zawodów sportowych. Niestety ta idea została następnie skutecznie pogrążona w niebycie i dopiero ostatnio zaczyna się powoli odradzać. I proszę bardzo, promujmy w Krakowie kulturę fizyczną, choć nie jestem pewna, czy oddychanie pełnymi płucami naszym smogiem to naprawdę taki dobry pomysł, więc może zajmijmy się najpierw planowaniem miasta tak, żeby mogło oddychać, czyli między innymi ochroną terenów zielonych przed zabudową - kolejną bolączką Krakowa. Ba, wypromujmy na świecie pioniera gimnastyki w szkołach, o którym chyba mało kto wie cokolwiek poza tym, że musiał istnieć, skoro zdarzają się instytucje jego imienia. To wszystko będzie miało większy sens niż próba zorganizowania tu jakichkolwiek wielkich zawodów sportowych. A może ta wewnętrzna promocja kultury fizycznej zaowocuje tym, że kiedyś także i sport w Krakowie stanie na wyższym poziomie? Bo poza wszystkim innym na to, żeby przyciągać imprezy sportowe na jakimkolwiek poziomie, musimy mieć albo rozpoznawalne w świecie lokalne kluby/drużyny, albo też pieniądze na miarę Dubaju. Chwilowo nie mamy ani jednego, ani drugiego, mamy za to sny o potędze.

Słyszałam niedawno opinię (niestety nie pamiętam jej autora), że starania o organizację olimpiady to przy całych kosztach jeden z najtańszych sposobów promocji miasta w świecie. Nie mam pojęcia, jak to wygląda z punktu widzenia finansów, ale zważywszy, że na nijakie logo wydano prawie sto tysięcy, nie byłabym aż tak entuzjastyczna. Natomiast wiem jedno: to nie jest taka promocja, jakiej Kraków potrzebuje. Kraków nie potrzebuje napływu kolejnych fal imprezowiczów ani tym bardziej entuzjastów sportów zimowych: ci pierwsi psują wizerunek miasta, dla tych drugich nie stworzymy odpowiedniej bazy nawet kosztem kompletnej dewastacji naszych gór. Powiem jeszcze jedno: Kraków wcale nie potrzebuje również tłumów bezrefleksyjnych pielgrzymów, którzy ograniczą się do siedzenia w Łagiewnikach i wycieczki do Wadowic, ewentualnie fakultatywnie zaliczą Rynek i Wawel. Oni są może mniej szkodliwi od imprezowiczów, ale mimo że zapewne będą przyjeżdżać masowo (bo oprócz sportu religia jest jedynym towarem, jaki nasze władze chcą sprzedawać), nie wypromują miasta u jego właściwego "targetu".

Kraków potrzebuje natomiast bardzo zdecydowanie napływu turystów nastawionych na zwiedzanie zabytków i muzeów, a także tych, którzy szukają naturalnych, nieskażonych wszechobecnością klubów i dyskotek krajobrazów, a te jeszcze na szczęście istnieją w pobliskich Beskidach czy w Jurze. Potrzebujemy turystów świadomych, umiejących docenić zasoby naszych muzeów, które są maleńkie w porównaniu do Paryża, Rzymu, Londynu, Wiednia czy Berlina, ale posiadają autentyczne perły (Dama z gronostajem, kolekcja waz greckich, komnaty wawelskie) i perełki (sporo naprawdę dobrych dzieł od średniowiecza po współczesność we wszystkich właściwie działach Muzeum Narodowego). Potrzebujemy tego, żeby to oni stanowili większość odwiedzających Kraków.

Problem polega bowiem nie na tym, że nie mamy potencjału, problem polega na tym, że nie umiemy go pokazać i wspomóc czyli wypromować. Bo co z tego, że kulturalny i intelektualny turysta tu przyjedzie i znajdzie piękną architekturę (tę dawną, bo ta najnowsza to kolejny dowód na skandaliczne decyzje kolejnych włodarzy miasta), dobre muzea, a do tego przyzwoitą bazę noclegową i niezłe knajpy, skoro nie znajdzie tego, co europejskie stolice kultury proponują aż z nadmiarem: wystaw, koncertów, imprez kulturalnych. Każda moja wizyta we wspomnianych wcześniej europejskich stolicach, ale i w mnóstwie innych miast, również prowincjonalnych i mniej od Krakowa zasobnych w "stacjonarne" dobra kultury, owocuje frustracją: jestem do określonej daty, biegam z wystawy na wystawę, a kilka dni po moim wyjeździe zaczynają się kolejne, które bym chętnie obejrzała, ale nie dam rady. Podobnie z muzyką i teatrem: gdyby nie bariera finansowa (zazwyczaj bez problemu dostępne są bilety znacznie powyżej moich możliwości), chodziłabym na koncerty i spektakle najchętniej codziennie. Ba, nie żałuję żadnej z takich wizyt, na które wysupłałam te funty czy eura, niezależnie od tego, czy była to opera, musical czy teatr dramatyczny.

W Krakowie tego wszystkiego nie ma, a powinno być. Bezwzględnie powinno być. Kulturalni i intelektualni ludzie powinni chcieć tu siedzieć długo i wracać, a tego nie załatwi najlepsze muzeum, bo nawet Luwr czy British Museum w końcu obejdzie się całe. Żeby wracać, trzeba być autentycznym pasjonatem (ja tak mam, są muzea i ich konkretne sale, gdzie wejdę choćby na chwilę za każdą wizytą) albo mieć inny powód, żeby znów odwiedzić miasto. Tym powodem są właśnie imprezy czasowe.

Niestety krakowska opera nie ma szans przyciągnąć miłośników tego rodzaju muzyki spoza Polski, a w przypadku większości spektakli nawet spoza Krakowa czy też Małopolski, bo zakładam, że jedna czy druga szkoła czasem zagoni młodzież do obcowania ze sztuką, niestety pozostającą na poziomie, który mało kogo zachęci do dalszych poszukiwań. Podobnie jest z teatrami: większość gra nijaki repertuar z przeznaczeniem dla lokalnego i szkolnego widza, a prowokacje dyrektora Starego wywołują raczej zażenowanie niż zainteresowanie.

O tym, że ambitna widownia jest - zarówno w samym Krakowie jak i na świecie - świadczy fakt, że jeśli już zdarzy się w Krakowie jakaś naprawdę dobra impreza kulturalna, np. koncert którejś z młodych i dobrych lokalnych orkiestr albo festiwal Opera Rara, to bilety rozchodzą się na pniu, a na znakomitych wykonawców przyjeżdżają ludzie z dalekiej zagranicy. Ba, w sumie nawet na te marne przedstawienia Opery Krakowskiej trudno dostać bilety, więc ludzkość najwyraźniej jednak chce takiej kultury!

Dobre, naprawdę ciekawe wystawy zdarzają się w Krakowie co kilka lat, no i zazwyczaj są jednak o zasięgu lokalnym, dotyczą artystów polskich, co byłoby znakomitym pomysłem, gdyby po pierwsze takich wystaw było więcej, po drugie - gdyby oprócz nich zapraszano do Krakowa wielkie wystawy z tych, które podróżują po świecie (w tym roku taką wystawą jest rocznicowa poświęcona Oktawianowi Augustowi, gromadząca setki eksponatów, ale bywają też tego rodzaju imprezy poświęcone artystom - jak wystawa Breughli, którą ściągnął do siebie w zeszłym roku Wrocław - czy wydarzeniom historycznym).

Wreszcie - nauka. Pomijając kwestię tego, że miasto powinno wspomagać zdolnych uczonych w każdym wieku niezależnie od funduszy centralnych, Kraków ma historyczne, intelektualne i kulturalne zaplecze, żeby gościć znacznie więcej międzynarodowych konferencji, niż gości. I to nie tylko takich, w których urzędnicy zobaczą jakiś mityczny zysk, czyli nastawionych na biznes czy przemysł, ale prestiżowych konferencji z nauk zarówno przyrodniczych jak i humanistycznych. Te ostatnie w wielu ośrodkach organizuje się np. równolegle z wydarzeniami kulturalnymi lub rocznicami historycznymi, co obu imprezom dodaje prestiżu i zainteresowania.

I teraz dochodzimy do trudnego punktu. Organizacja wystaw, zwłaszcza takich, gdzie trzeba ubezpieczyć arcydzieła, kosztuje bardzo dużo. Podobnie zatrudnienie choćby na krótki sezon operowy czy teatralny wybitnych wykonawców. W przypadku muzyki trzeba również zainwestować w to, żeby znakomity wykonawca miał z kim pracować, bo tu niestety działa zasada nec Hercules conta plures: wybitny śpiewak musi mieć partnerów przynajmniej dobrych, żeby całość miała sens. Wybitny dyrygent podziękuje orkiestrze, która nie umie się zgrać. W sumie również wielki aktor potrzebuje umiejącego grać i współpracować tła oraz reżysera, który rozumie tekst.

Wszystko to wymaga nakładów, zgoda. Ale podobno na obiekty sportowe, które po ewentualnych igrzyskach będą stać i straszyć pustkami oraz powoli popadać w ruinę (takiego np. toru bobslejowego nie da się wykorzystać do niczego innego niż zawody bobslejowe, a jakoś nie widzę ich jako ważnej imprezy cyklicznej w Krakowie), mają być przeznaczone prawie dwa miliardy złotych. To dość, żeby przez kilka lat organizować w Krakowie imprezy kulturalne i naukowe na naprawdę światowym poziomie, to dość, żeby również ufundować parę stypendiów i grantów dla zdolnych naukowców i artystów. Zwłaszcza że takie inwestycje zwracałyby się również przez wiele lat: przyjeżdżaliby coraz to nowi ludzie, a nie tylko grupa entuzjastów sportu na parę tygodni.

Nie oszukujmy się: z tych, którzy przyjadą na ZIO, niewielu będzie tu wracać, a zastrzyk pieniędzy, które zostawią, szybko się przeje. Inwestycja w kulturę i naukę to inwestycja na długie lata, perspektywiczna, trwała i cykliczna. I oby łącząca tradycję i nowoczesność.

A teraz jeszcze pewne wyjaśnienie: wcale a wcale nie chodzi mi o to, żeby to krakowskie życie kulturalne było wyłącznie zwrócone w przeszłość. Nie lubię Habsburgów i nie jestem wielbicielką dziewiętnastowiecznych krakowskich czy galicyjskich tradycji, choć jakoś tam się z nich wywodzę. Wielkich krakowskich artystów lubię mniej lub bardziej (choć wymieniałam raczej tych, których bardziej), ale staram się nie odmawiać im wielkości i szanować ich dokonania. To jednak nie znaczy, że nie chcę tu ludzi nowych i z pomysłami, nawet obrazoburców. Niech odbędzie się tu wielka wystawa wideonstalacji zaraz po wystawie średniowiecznych kafli (oba tematy nie interesują mnie wcale albo śladowo), ale niech obie mają rozmach i sprowadzą dzieła na światowym poziomie - żeby ludzie chcieli tu przyjechać specjalnie po to, żeby takie wystawy zobaczyć. Niech młodzi reżyserzy wystawiają nowe, odważne wizje klasyki, ale niech oni najpierw zrozumieją teksty, które chcą inscenizować. Bo na razie to mamy bunt na poziomie przedszkola i obrażalstwo, a nie twórczy dialog z tradycją (tak, w tym momencie piję do teatru).

Postawmy na wydarzenia ciekawe, twórcze, takie, na jakie zasługuje miasto z potencjałem i tradycją. Ta tradycja to przecież nie tylko to, co było, to również pewne przyzwyczajenia: do jednych miast jedzie się po strawę kulturalną, do innych po emocje sportowe, do innych, żeby kupować najnowsze markowe ciuchy, do jeszcze innych, żeby grzać się w słońcu na plaży. Zmienianie tego porządku to zawracanie Wisły, czy dowolnej innej rzeki, kijem. I na dodatek populistyczna fanaberia, na którą nas nie stać. Co gorsza, przepraszam za to, co powiem, ale to robienie na siłę z Krakowa stolicy sportu przypomina mi robienie z Krakowa na siłę stolicy przemysłu w latach '50 XX wieku. Różnica jest taka, że wtedy chodziło o ideologię, a dziś chodzi o pieniądze. Kraków ma zabytki, a nie ma olimpijskich stadionów. Wykorzystajmy to, co mamy. Organizujmy fajne zawody na posiadanych obiektach i jednocześnie wykorzystujmy w pełni potencjał kulturalny. Takie miasto będzie żyło, bo ludzie, którzy do niego przyjadą, też pójdą do kawiarni i klubu, ale może nie tylko po to, żeby pić najtańsze piwo w Europie, jak reklamował się Kraków w gazetce pewnej linii lotniczej i to wcale nie tej najtańszej.

A zatem, drodzy decydenci, zastanówcie się, póki jeszcze jest czas, żeby te pieniądze wydać rozsądnie i zgodnie z tym, czym Kraków powinien być. Promujmy Kraków w świecie cytatami z naszych wielkich pisarzy i poetów, promujmy go zabytkami i dziełami sztuki (była kiedyś taka reklama Pragi, podobno bardzo skuteczna, pamiętam ją z londyńskiego metra), promujmy go imprezami nastawionymi na nowoczesność, ale nie tę z najniższej masowej półki, na dodatek zaściankowej, bo tylko na taką "nas stać". Przyciągnijmy tu śmietankę turystów z Europy i świata - i przekonajmy ją, że do Krakowa warto wracać, bo ciągle dzieje się tu coś ciekawego. Wszyscy na tym zyskamy znacznie więcej niż na jednorazowych i niepewnych igrzyskach.

Z poważaniem,
Nowoczesna Krakauerka z dziada pradziada

Wyspiański

PS. Nie jestem przeciwna sportowi. Po prostu uważam, że Krakowa nie stać na inwestycje, z którymi potem nikt nie wie, co zrobić, które niszczeją,  bo nie wiadomo, kto ma je zagospodarować, a nie ma pieniędzy, żeby je wykorzystywać zgodnie z przeznaczeniem (patrz: kwestia stadionów). Na organizowanie sensownych imprez sportowych wystarczy zmodernizować istniejące obiekty, właszcza że tradycje sportowe są w regionie, choćby w Nowym Targu, zainwestujmy więc w szybką kolej, niech wielbiciel sportu mieszkający w Krakowie dojedzie tam w niecałą godzinę na zawody. W ten sposób wypromujemy dodatkowo region, a wilk będzie syty i owca cała. Tylko nie oszukujmy się, że w Tatrach i Beskidach zrobimy ośrodki sportowe na miarę Alp. Poza wszystkim szkoda Tatr i ich przyrody, za małe są.

niedziela, 25 sierpnia 2013
Kto zabił marzenia?

Kiedy byłam mała, znaczy się w podstawówce, jednym z pytań, które powtarzały się we wszystkich młodszych klasach, było „kim chciałbyś zostać, jak będziesz dorosły”. I snuło się fantazje. Mniej lub bardziej fantastyczne, ja na przykład chciałam być astronautą i archeologiem i to drugie w sumie w końcu udało mi się nawet zrealizować, pomimo popełnionych po drodze pomyłek życiowych. Astronautą chciałam być oczywiście dlatego, że czytałam Lema oraz książki popularnonaukowe kupowane przez Tatę Fizyka i oglądałam seriale fantastyczne, archeologiem chciałam być dlatego, że w wieku lat sześciu zakochałam się w starożytnej Grecji. Piszę to dlatego, żeby dodatkowo podkreślić, że moje marzenia życiowe były osadzone głęboko w przekonaniach, że to właśnie chcę robić i czynniki zewnętrzne miały na nie nikły wpływ, a już na pewno nie miała na nie wpływu opinia publiczna wskazująca na to, co jest cool a co nie.

Nie pamiętam dokładnie, co chcieli robić wszyscy moi koledzy z wczesnej podstawówki, ale na pewno ten, który chciał być lekarzem, dzisiaj nim jest (i to dobrym), a ten, który chciał być razem ze mną astronautą jest już uznanym genetykiem na niezłej uczelni. W sumie bardziej trzymałam się (i biłam) wtedy z chłopakami, więc o dziewczynach pamiętam głównie, że chciały być piosenkarkami lub aktorkami, ale ta jedna, która miała na to drugie realne szanse (czytaj: autentyczny talent) nie nauczyła się wiersza na pamięć i oblała przez to egzamin na PWST, mimo że komisja stawała na głowie, żeby ją przepchnąć dalej.

W liceum niestety trochę zaniedbano kwestię "co byś chciał robić w życiu" na rzecz korowodu osób, które przychodziły reklamować nam swoje kierunki studiów, a że byłam wówczas urzeczona teatrem, dałam się zwieść, że teatrologia to kierunek dla mnie. A w sumie to roiłam wówczas również, że chciałabym być reżyserem, ale warsztaty teatralne na wzmiankowanym kierunku dość mnie do tego zniechęciły (w sumie to do dziś sobie myślę, że przynajmniej klasykę dramatu rozumiałabym znacznie lepiej od młodego pokolenia, które jej nie rozumie wcale). Nie będę się rozpisywać o moim dalszym skomplikowanym życiorysie studentki wszystkich możliwych stopni studiów, bo nie o to tu chodzi.

Chodzi o to, że nawet jak studiowałam niewłaściwy kierunek, to starałam się robić coś, co mi sprawiało przyjemność, na przykład kończąc polonistykę (to ten błąd) pracowałam w krakowskiej Gazecie Wyborczej, za wierszówkę. Z gadżetów dostałam może kiedyś długopis. O co chodzi z tymi gadżetami? Ano o to, że w jednym z najnowszych tekstów w dyskusji o biedactwach "millenialsach" przeczytałam, że w latach '90 to było lepiej, bo w korpo na wejściu dostawało się gadżety, a teraz nie ma. Czyli w pracy chodzi o to, żeby dostać telefon za darmo. Hmmm. Jak ja poszłam do Gazety, to dlatego, że chciałam spróbować dziennikarstwa. I do dziś mam satysfakcję, że dostałam nagrodę dnia ogólnopolskiego wydania za to, że udało mi się dostać po wywiad do Giulio Andreottiego, mimo że konkurencja teoretycznie zaklepała sobie wyłączność... Nie wiem jak dla millenalsów, ale dla mnie coś takiego jest więcej warte niż smartfon od firmy (niezależnie od oceny Andreottiego jako polityka - pokazałam sama sobie, że potrafię).

Zastanawiam się, czytając tak te teksty z prawa i lewa o biedactwach millenialsach, czy to pokolenie ktokolwiek kiedykolwiek pytał, co chcieliby w życiu robić. W sensie takim naprawdę osobistym: co lubisz, co cię interesuje, co cię pasjonuje. Wiadomo, że nasze marzenia z podstawówki (ci astronauci i piosenkarki) zazwyczaj pozostają w sferze marzeń. Ale ważne jest, żeby rozwijać poczucie, że marzyć warto i że warto mieć pasje. Bo jakoś nie jestem w stanie uwierzyć, że większość ludzkości fascynuje wyścig w sprzedawaniu produktów i korpo projekty. Oczywiście nie jest tak, że zawsze studiowanie tego, co się lubi robić, ma sens - mój osobisty przykład "lubię czytać książki, więc skończę polonistykę (w sensie literaturoznawstwo) i jakoś to będzie" jest najlepszym dowodem, jak złudna bywa taka perspektywa. Dobry psycholog powiedziałby mi, że mam lepszą pamięć do obrazów niż tekstów i z kilku fascynacji (literatura, sztuka, muzyka) sztuką będzie mi się najłatwiej zajmować. Dobry psycholog powiedziałby mi pewnie też, że tak naprawdę pasjonuję się historią i epizod fatalnej nauki w liceum nie powinien tego zniweczyć. Na szczęście w końcu sama doszłam do tych wniosków.

Mam natomiast wrażenie, czytając zwłaszcza te narzekania millenialistyczne, że autorów kolejnych łzawych listów nie interesuje nic poza zarabianiem pieniędzy, żeby móc wziąć kredyt, oraz pakietem socjalnym i gadżetami od firmy.

Proszę nie zrozumieć mnie źle: ja też lubię mieć pieniądze. Do tego stopnia, że robiąc dwa lata studiów magisterskich na archeologii w jednym roku i pisząc długą, ambitną pracę magisterską, przetłumaczyłam równolegle osiem (tak 8, w jednym roku, plus kilka trudnych egzaminów i magisterka) książek, bo 250 zł stypendium naukowego zdecydowanie nie wystarczało mi na maleńki nawet procent potrzeb, nie mówiąc o realizacji marzeń.

I byłabym nawet skłonna pochylić się z sympatią nad pokoleniowym lamentem, który u podstaw miałby właśnie niemożność realizacji marzeń. Gdyby autorzy tych płaczliwych manifestów pokoleniowych pisali, że chcą latać szybowcem, zwiedzić całą Syberię albo Amerykę Południową, zebrać kolekcję pamiątek związanych z wojną secesyjną... Ba, gdyby ktoś nawet wprost napisał, że marzy o małym domku z białym płotem, dwójką dzieci i psem na trawniku, to miałby szanse wzbudzić we mnie sympatię. Ale niestety z tych listów i narzekań wyziera widmo rozwalonego w łamiącym cały kodeks drogowy bmw byznesmena z najnowszym smarfonem w ręku, planującego wakacje w najdroższym hotelu w Hurghadzie. Z tych listów wyziera widmo korporacyjnej urawniłowki jako ostatecznego celu, do którego należy dążyć. Żeby mieć dokładnie tak, jak wszyscy zamożni dyrektorzy i prezesi. Bo nawet nie jak ci najbogatsi, których stać na prawdziwe fantazje, i którzy je realizują, nawet jeśli są podpowiedziane przez doradcę.

Tak sobie myślę, że gdyby ci millenialsi mieli jakieś autentyczne fascynacje czy hobby, gdyby interesowało ich cokolwiek poza wmówioną im koniecznością stanięcia w blokach do wyścigu szczurów, który ma im zapewnić jakieś niejasne szczęście w przyszłości, to jednak chcieliby podejmować pracę za nawet minimalną pensję bez socjalu, bo to jest jakiś punkt wyjścia do realizacji tego, co naprawdę daje smak życiu, czyli własnych marzeń. Zapewne do tej marnej pensji dorabialiby po nocach, bo jeśli czegoś się naprawdę chce, jeżeli to coś jest dla nas naprawdę ważne, to większość z nas jest w stanie dla tego czegoś wiele poświęcić i wiele włożyć wysiłku w osiągnięcie tego celu. Pomińmy już nawet takich wariatów jak ja, których marzenia obejmują specyficzny rodzaj podróży, tworzenie dziwacznych kolekcji i uczestnictwo w kulturze. Myślę, że ci, którzy naprawdę marzą o spokojnym życiu rodzinnym, tworzą je sobie za "te polskie dwa tysiące". Wiem, że na szczęście istnieją również wciąż bardzo młodzi ludzie, którzy chcą być lekarzami, żeby pomagać ludziom, prawnikami, bo interesuje ich prawo, inżynierami, bo fascynują ich nowe możliwości techniki, nauczycielami, bo wierzą w edukację i wykształcenie, naukowcami w dowolnej dziedzinie, bo ciekawi ich świat. Ale oni nie zabierają głosu w dyskusji o millenialsach, bo się nimi nie czują i zapewne szkoda im czasu na pisanie listów do gazet - świat i życie są na to zbyt ciekawe. A oni mają coś więcej niż sztucznie kreowaną i napędzaną więź pokoleniową, opartą na wspólnym narzekaniu. Choć oczywiście, oni też woleliby mieć pensje na poziomie zachodnich krajów Unii Europejskiej, na przykład po to, żeby podróżując po Europie nie musieć oszczędzać na wszystkim. Tylko że jak mają do wyboru: podróżować oszczędzając czy siedzieć w domu narzekając, że mogliby podróżować nie oszczędzając, wybierają to pierwsze.

Niestety mam wrażenie, że dzisiejsza szkoła z wydatną pomocą mediów oraz wszelkiego innego przekazu publicznego, zabija indywidualne marzenia. Pokazuje się raptem kilka pożądanych ścieżek kariery, w sklepach internetowych bombardują nas masowe produkty sprzedawane jako "oryginalne" i "podkreślające indywidualność", przedmioty są jednorazowego albo bardzo krótkiego użytku, więc się do nich nie przywiązujemy i nie tworzymy poprzez nie swojej indywidualności... I można by tak wyliczać dalej. Nic dziwnego, że aspiracją staje się bycie takim samym, posiadanie tego samego. No, w najlepszym razie: nieco nowszego modelu. Który zaraz zostanie przebity jeszcze nowszym. I tak ewig... usque ad finem. (A tymczasem pierwsza połowa tego mojego ulubionego cytatu z Lorda Jima brzmi "To follow the dream, and again to follow the dream...")

Dziś zamiast obrazka muzyczna dedykacja dla millenialsów (choć nie jestem pewna, czy zrozumieją, o co mi z tą dedykacją chodzi):

PS. Jeszcze jedno: wielka prośba do dziennikarzy i blogerów, żeby wreszcie przestali udawać/wmawiać, że społeczeństwo składa się z pracowników korporacji/narybku korporacji. To produkuje samonapędzający się mechanizm: czytelnik zaczyna wierzyć, że poza korporacją nie ma życia, nie ma szczęścia, nie ma świata. A na dodatek politycy mogą sobie dzięki temu spokojnie zapominać o tym, że istnieją również inne grupy, które od transformacji nie mogą się doprosić poprawy swojego bytu. Grupy naiwnych wykształciuchów, którzy - taki przekaz płynie z mediów - są biedni na własne życzenie, bo sami chcieli być tym, czym są.

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright