piątek, 03 września 2010
Lans zabytkowy

Przeczytałam sobie artykuł o tym, jak to dyrekcja Muzeów Watykańskich ubolewa nad tym, że tłumy turystów zagrażają Kaplicy Sykstyńskiej. Co sądzę o dyrekcji Muzeów Watykańskich napisałam już ponad rok temu, więc nie będę się powtarzać. Ale po przeczytaniu tego artykułu przypomniały mi się snute z N. refleksje na temat tłumów w zabytkowych "hitach".

Zaczęło się od wspomnianej w poprzedniej notki niemożności kupienia normalnie biletów do Alhambry, a konkretnie do Palacios Nazaries, pałacu Nasrydów (ostatniej mauretańskiej dynastii rządzącej Granadą), czyli tego najwspanialszego architektonicznie i zdobniczo kawałka całego kompleksu architektonicznego. No bo niewątpliwie najwspanialszy to on jest, ale jeśli chodzi o zdobnictwo, to np. sewilski alkazar niewiele mu ustępuje... A Patio de los Leones w tym roku i tak było w remoncie. Ale to nieistotne.

O tym, że bilety warto kupić wcześniej (w bankomatach jednego z banków lub przez internet można to zrobić), wiedziałyśmy z przewodnika. Trudno jednak jest kupować z dużym wyprzedzeniem bilet na konkretną godzinę - z dokładnością do pół godziny na dodatek, a jak się człowiek spóźni, to nie wejdzie - zwłaszcza kiedy podróżuje się samochodem i na samym niemalże wstępie zaliczyło się awarię, która zmieniła diametralnie plan podróży. A na dodatek ma się tendencję do zjeżdżania w bok, jeśli okaże się, że pięć kilometrów od zaplanowanej trasy jest np. niewymieniony w przewodniku rzymski akwedukt...

Postanowiłyśmy więc bilety kupić dnia poprzedniego. Szybko okazało się jednakowoż, że godziny podane w przewodnikach i w internecie nijak się mają do rzeczywistości i w niedzielę kasy zamykają się dużo wcześniej niż się spodziewałyśmy. Trudno, pomyślałyśmy, kupimy w banku - tu czas, wedle zapewnień, miał być do północy. Niestety, wszystkie bankomaty odmówiły współpracy. No dobrze, w takim razie można jeszcze zrobić jedno: zostać o dzień dłużej i w poniedziałek w południe kupić bilety na wieczór... Nic podobnego. W południe okazało się, że bilety na ten dzień są wyprzedane, a na następny sprzedaży nie ma. Pani w kasie (nawiasem mówiąc, znająca jedynie hiszpański, błogosławiony niech więc będzie mój roczny pobyt w Wenezueli w dzieciństwie...) poradziła bankomaty oraz rezerwację telefoniczną. Ponieważ bankomaty przez noc nie zmieniły zdania w kwestii współpracy, zadzwoniłam. Odebrał pan, który poinformował mnie, że on bilety ma wyprzedane na tydzień do przodu i radzi jedynie udanie się pod kasy o godzinie siódmej rano, bo co rano jest pula biletów na dany dzień.

I tu robi się zdziwniej i zdziwniej, bo jako osoby urodzone w PRL powinnyśmy niby wiedzieć, co to są kolejki... A jednak to, co N. zastała, kiedy przed siódmą udała się pod kasy, opisała następnie w krótkich żołnierskich słowach, które można w bardziej cywilizowany sposób streścić jako dantejskie sceny. Ludzie albowiem koczowali już od mniej więcej czwartej rano, w związku z czym o doradzonej nam siódmej kolejka była już taka, że nie miało się pewności, czy biletów starczy. Dalsza historia mniej jest pasjonująca, jako że po rozlicznych bojach i pomocy Włoszki z kolejki N. zdołała kupić bilety (żadnego wyboru godziny, trzeba brać, co dają) i pałac zwiedziłyśmy.

Ale wszystko to sprawiło, że przez kilka następnych dni wracałyśmy do socjologiczno-psychologicznych rozważań na temat zwiedzactwa. No bo w sumie zwiedzanie takiego hitu jak Alhambra wygląda tak: z jednego kąta wygląda opisana również w poprzedniej notce scenka ze zblazowaną polską młodzieżą z wycieczki, z innego - tłumy ludzi czekających wyłącznie na to, żeby zrobić sobie w szczególnie atrakcyjnym zdjęciu fotkę, na której będzie widać ich, ale nie to miejsce, a wszędzie snują się grupy wycieczkowe - do tego stopnia, że zwykły człowiek jest osaczony jazgotem dziesięciu przewodników na raz, a większość z nich na dodatek duby smalone bredzi.

Niestety nie należymy do tego odmiennego gatunku snobów, który Palacios Nazaries by sobie odpuścił, znalazł nikomu nieznany zabyteczek w nieznanej wiosce i następnie po powrocie opowiadał wszem i wobec, że jest to miejsce znacznie bardziej godne uwagi niż Alhambra. Nie, zobaczenie pałacu było na topie naszej listy, podobnie jak paru innych zabytków. A to, że z równym zapałem nadłożymy drogi, żeby zobaczyć "zdechłe kolumny" w Numancji (z powodu Scypiona), nijak się z chęcią zwiedzenia hitów nie kłóci.

Z socjologiczno-psychologicznego punktu widzenia ciekawsze jest co innego. Obserwacja tłumów przemierzających Alhambrę czy pędzących do Kaplicy Sykstyńskiej daje obraz dziwacznego przemieszania bezrefleksyjności (proszę wybaczyć, ale ogromna większość osób oznakowanych tak czy inaczej przez biuro podróży i słuchających katarynkowej przewodniczki ma miny świadczące o bardzo nikłym zainteresowaniu czymkolwiek poza zrobieniem sobie pamiątkowej fotki) i poczucia ważności. Bo przecież teraz będzie można odhaczyć sobie kolejny punkt w życiorysie - byłem i widziałem.

Niby żaden powód, żeby coś zobaczyć i poznać, nie jest zły. Problem leży, jak sądzę, gdzie indziej: w dziwacznej machinie napędzającej niezdrowy snobizm, że zobaczyć tak naprawdę trzeba bardzo wybrane miejsca, a potem już się będzie cool. Bo na przykład we wzmiankowanym alkazarze w Sewilli bilety kupuje się z marszu. Podobnie w absolutnie zachwycającym wielkim meczecie (z ohydną katedrą wstawioną do środka) w Kordobie. Kłopoty z nabyciem biletów zdarzają się do Koloseum (ale już na Forum Romanum, nie mówiąc o Palatynie, które zazwyczaj nabywa się w zestawie, idzie raptem nikły procent tłumu walącego do Amfiteatru Flawiuszy, który zdaniem zapewne 99% odwiedzających stał już za Nerona). Jeśli zaś o mauretańską Andaluzję chodzi, to w przepięknej Medina Alzahra pod Kordobą - spore fragmenty zachowanego miasta, cudnie na dodatek położonego - ludzi jest raptem tyle, że nie trzeba nawet naczekać się na zdjęcia bez obcych twarzy, nóg i innych części ciała.

Oczywiście, powtórzę, iż zgadzam się, że Palacios Nazaries są niepowtarzalnym cudem świata i nie dziwi mnie, że są numerem jeden na liście mauretańskich zabytków Hiszpanii. Nie przekonuje mnie jednak dystans - ba, otchłań dzieląca ich popularność od popularności innych wspaniałych miejsc, jak chociażby położonego na przeciwległym wzgórzu Generalife, do którego bilety kupuje się kiedy się zechce i bez ograniczeń. Podobnie jest w Muzeach Watykańskich z Sykstyną i np. Grupą Laokoona, a nawet stanzami Rafaela, gdzie spora część zwiedzających trafia ewidentnie wyłącznie dlatego, że są po drodze... Tak samo w Luwrze jest z Giocondą i całą resztą kolekcji, a po prawdzie chyba i z Giocondą i całą resztą malarstwa na świecie, włącznie z innymi dziełami Leonarda. Tylko przed Moną Lizą stoi tłum zaliczających i usiłujących jakoś ją przez tę szybę sfotografować. Ta otchłań nijak nie ma się do tego, jak co jest ciekawe czy piękne, nijak też nie oddaje rzeczywistego zainteresowania zwiedzających zabytkami. Śmiem zaryzykować twierdzenie, że otchłań ta ma korzenie wyłącznie marketingowe, a raczej lanserskie.

I o ile pewne odmiany snobizmu uważam za pozytywne - znam wystarczająco dużo ludzi, dla których snobizm był pierwszym krokiem do autentycznego zainteresowania się danym zjawiskiem, o tyle irytuje mnie ten płytki lans, który sprowadza się do tego, że zaliczyć należy miejsce, do którego najtrudniej dostać bilety, a całą resztę można olać. To jest sztuczne tworzenie mody, którego rezultatem są te upiorne kolejki, dantejskie sceny i potem całkowity brak komfortu w zwiedzaniu. A im większe kolejki, tym większa moda - i mamy perpetuum mobile.

Wracając do Sykstyny: z ostatniej tam wizyty pamiętam głównie katarynkę powtarzającą z głośników, że nie wolno tam hałasować. Sęk w tym, że przy tej hałasującej katarynce i przy konieczności przeciskania się między jedną wycieczką a drugą, to ja tracę ochotę na kontemplowanie fresków. Obejrzałam sobie Sybille na sklepieniu, po czym szybko poszłam dalej. By zagłębić się w koszmarnie niedogrzane, wilgotne i ponure zakątki, w których przez mało kogo oglądane stoją rzymskie kopie arcydzieł Fidiasza, Polikleta, Myrona, Skopasa, Lizypa i Praksytelesa. To wszystko ma wartość artystyczną i kulturową co najmniej równą dziełu Michała Anioła, ale zarówno dyrekcja jak i zwiedzający mają to w głębokim poważaniu, bo nie należy do lansu.

I szczerze? Mam nadzieję, że tak pozostanie. Chcę móc to sobie oglądać do woli, w spokoju, choćby i w tym piekielnym, dantejsko wręcz piekielnym zimnie.

Generalife

środa, 01 września 2010
Polonica

Kiedy wyjeżdżam za granicę, nie ogarnia mnie nostalgia za ojczyzną. Nie rozczulam się, słysząc polską mowę na dalekim krańcu Europy - szczerze mówiąc, poziom wypowiedzi w tym języku najczęściej jest taki, że mam ochotę uciec byle daleko i na wszelki wypadek nawet z N. porozumiewam się po angielsku. Choć muszę przyznać, że była jakaś dziwaczna poezja w wypowiedzi pewnego potężnie zbudowanego młodziana o wygodnej rekruckiej fryzurze, którego rozmowy przez komórkę byłam świadkiem w londyńskim autobusie: młodzian ten mianowicie refrenicznie po każdym wypowiedzianym słowie dodawał powszechnie znany pięcioliterowy przerywnik na k. Naprawdę. Wyjątek zrobił jedynie dla zbitki nie+czasownik, które wymówił jednym tchem. Byłam pod wrażeniem.

Jednym z wielkich plusów wyjazdów za granicę jest oderwanie się od problemów w rodzaju liczby krzyży i kopców stojących na Krakowskim Przedmieściu, a także bezcenny czas, w którym nie słyszy się bełkotu polskich polityków. Bełkot zagranicznych polityków, nawet w językach, które znam, jakoś mniej mnie irytuje. Pewnie dlatego, że w mniejszym stopniu wpływa na to, jak mi się będzie na co dzień żyło.

W odbytym niedawno prawie-że-Grand-Tour z przymusowym przystankiem w regionie Poitou miałam jednakowoż okazje zadumać się na niemiecko-angielsko-francusko-hiszpańskim bruku nad zagadnieniem polskości. W różnych aspektach.

Były zaskoczenia miłe: pan przy sąsiednim stoliku w restauracji o literackiej nazwie "Bâteau ivre" w La Rochelle (wizyta będąca hołdem dla zupełnie innej literatury, mianowicie bohaterów Aleksandra Dumasa ojca, związana z wyżwym przymusowym przystankiem itd.), rozmawiający ze swoim towarzyszem nienaganną brytyjską angielszczyzną, zwrócił się nagle do nas z pytaniem, czy mówimy po polsku. I, o dziwo, nie powiedział następnie, że zgadł dzięki temu, że Polka sprząta mu mieszkanie/Polak przetyka zlew/Polacy remontowali dom/Polacy go okradli (to pierwsze było przedmiotem mojej niegdysiejszej rozmowy z ateńskim taksówkarzem imieniem Kostas, który zdziwił się - i bardzo mnie potem przepraszał - że przyjechałam do Aten zobaczyć zabytki, a nie szukać pracy). Nie, okazało się, że pan ten ma polskie korzenie i jakkolwiek już jego ojciec nie bardzo po polsku mówił, on jako nauczyciel historii pod Manchesterem zaczął się niedawno interesować rodzinnymi korzeniami.

Były też wątki muzyczne, aczkolwiek wcale nie chopinowskie i "nie-oficjalne". W andaluzyjskiej Rondzie - skądinąd jednym z największych zachwytów tej podróży - kupiłam gitarową płytę naprawdę świetnego gitarzysty. Człowiek ten, występujący jako po prostu Eugen - i pod takim imieniem również komponujący własne hiszpańskie kawałki - okazał się Białorusinem od ćwierć wieku zamieszkałym w Rondzie i będącym tam profesorem gitary w konserwatorium. Jak usłyszał, że jesteśmy z Polski, to natychmiast pochwalił lokalną profesorkę fortepianu - Polkę. Polskiego nauczyciela gry na skrzypcach miał też leczący skołatane nerwy młodzian, napotkany w miasteczku Alange pod Meridą - kurorcie, jak się okazało, w którym bywają niemal wyłącznie Hiszpanie, w związku z czym nasza nie tak w końcu egzotyczna, bo francuska rejestracja (efekt wyżwym przymusowego...) budziła tam spore zdumienie. A właścicielka hoteliku, w którym się zatrzymałyśmy i poznały znerwicowanego skrzypka, była niegdyś w Krakowie, jako że jej siostrzeniec ożenił się z Polką, i nawet całkiem dużo o tym Krakowie wiedziała.

Samych rodaków na szczęście nie spotkałyśmy w nadmiarze, za to rozrzut ich zainteresowania światem był dość skrajny. W ogrodach Generalife w Granadzie podsłuchałam monolog, który wygłaszał zblazowany młodzian do podrywanej wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi panny, poznanej na wycieczce. Para jednak ewidentnie zaszyła się w ciemnym kącie ogrodów wcale nie w celu, o który można by ją podejrzewać - nie, oni najwyraźniej po prostu nie mieli najmniejszej ochoty zwiedzać tego, co im zwiedzać kazano (nawiasem mówiąc, przez takich typków z biur podróży, którym wciska się bilety w ramach "wycieczek fakultatywnych", na które "wypada" pojechać, N. stała od godziny 7 rano po bilety do Alhambry, a i tak mogło to być za późno). Z monologu młodziana wynikało mianowicie, że prawdziwe wakacje to są w Lloret del Mar, bo tam jest "rano plaża, potem miasto wymarłe, potem znów plaża", a poza tym sklepy i dyskoteki... Dziewczę towarzyszące młodzianowi, z retoryki sądząc, dopiero co poznane, wydawało jedynie westchnienia, które - gdybym nie rozumiała języka monologu - zapewne wzięłabym za objawy gry wstępnej.

Na szczęście dzień później, kiedy udało nam się zwiedzić Alhambrę, w autobusie spotkałyśmy zupełnie inne Polki. Trzy panie, trzy pokolenia, przyjechały do Hiszpanii do pustego w wakacje mieszkania rodziny i zamiast smażyć się na plaży w mieście, w którym mieszkały, wynajęły samochód i jeździły zwiedzać. Ba, jako że nie miały szans dostać się do Alhambry w dniu, w którym przyjechały do Granady, kupiły bilety na za tydzień i postanowiły raz jeszcze pokonać sto pięćdziesiąt kilometrów w jedną stronę od miejsca swojego pobytu, byle zobaczyć pałac Nasrydów. I jakkolwiek w autobusie słowa "och, nareszcie ktoś mówi po polsku" raczej mnie przeraziły niż ucieszyły, chwilę później jadłyśmy razem obiad rozmawiając o tym, co jeszcze warto zobaczyć w Andaluzji. Mam nadzieję, że zachęciłyśmy do odwiedzenia Rondy. Na dodatek okazało się, że panie mieszkają kilkadziesiąt metrów ode mnie w Krakowie...

A teraz czas na wątek drugi czyli Unii Europejskiej drugiej kategorii.

Zaczęło się od zjazdu z promu w bretońskiej miejscowości Roscoff. Tam jeszcze miałyśmy polską rejestrację i kiedy wyjeżdżałyśmy w sznurze Anglików i Francuzów, czuwający nad wszystkim policjanto-wopista nagle ożywił się i zatrzymał nas (nikogo poza tym nie zatrzymywał), po czym - jak za komuny - odpytał, jak długo zamierzamy zostać we Francji, dokąd jedziemy i co zamierzamy w tejże Francji robić. Była 7 rano i właśnie spędziłyśmy noc na promie, który upiornie kołysał, a na dodatek miejsca do spania miał nieodgrodzone od części kawiarnianej, toteż dopiero kilka kilometrów dalej uświadomiłam sobie, że powinnam była temu panu odparować, że nie mam żadnego obowiązku odpowiadać mu na te pytania, albowiem podobnie jak on jestem obywatelką strefy Schengen Unii Europejskiej i mam prawo siedzieć we Francji ile mi się podoba, a nawet starać się podjąć tam pracę, gdyby mi się zachciało. Niestety jedynym, na co we wzmiankowanych warunkach było mnie stać, była odpowiedź, że we Francji zostawać nie zamierzam (o ironio), albowiem jadę do Hiszpanii...

Tak się złożyło, że jadąc wcześniej przez Niemcy i Belgię, i zatrzymując się po drodze w Kassel (muzeum) i Brugii (miasto), rozmawiałyśmy o tym, że nasza część unijnej Europy jest traktowana jako obszar drugiej kategorii, ponieważ na przykład nawet sieciówki produkujące ubrania ze średniej półki, a także firmy od butów czy kosmetyków, nie sprowadzają do Polski całego asortymentu, a jedynie jego mniej atrakcyjną część - co gorsza, jak się kiedyś dowiedziałam, nie mogę sobie sprowadzić sportowych butów, które spodobały mi się w Rzymie, tylko nie było mojego numeru, ponieważ "do tej części Europy" firma ich nie wyśle... Podobnie w wielkim koncernie wysyłającym na cały świat książki, płyty i inne takie wciąż nie jesteśmy, jeśli chodzi o koszty wysyłki, w UE, tylko "reszcie Europy".

Było jeszcze ewidentne zetknięcie z mentalnością typu "Polak to złodziej, który w najlepszym razie przyjeżdża tu myć gary", ale to osobna historia i może kiedyś doczeka się notki.

Efekt jest taki, że jak na chwilę osiądę w kraju, kiedy już uda mi się wyjechać na Cypr i z niego wrócić, to mam ochotę napisać do odpowiedniego europosła, na którego kiedyś oddałam głos, żeby zajął się sprawą "drugiej kategorii" w Parlamencie Europejskim. Ktoś może powiedzieć, że to wszystko drobiazgi - bo sobie butów kupić nie mogłam. Ale to nie są drobiazgi. Jestem niezwykle daleka od ulegania modom i kupowania ciuchów dlatego, że są modne - może być supermodne, ale jeśli mi się nie podoba albo źle w tym wyglądam, to niech sobie wisi na wieszaku. Ale to, że u nas na wystawach sklepów ze średniej półki - czyli tych dla zwykłego obywatela z klasy średniej - nie ma ostatnich trendów, tylko kolekcje sprzed roku albo też jakieś nędzne ogony kolekcji europejskich, świadczy o tym, że pozwalamy traktować się ochłapami. A to, wbrew pozorom, przekłada się na ogólną mentalność. Nie można się godzić z traktowaniem, które jest niezgodne ze stanem de iure. A de iure jesteśmy równorzędnymi obywatelami Unii. I jeśli nie będziemy walczyć o drobiazgi, to nigdy nie wyrównamy pensji i poziomu życia. I nie zmienimy opinii o sobie na świecie.

A jeśli o to nie zadbamy, to w następnych latach możemy sobie co najwyżej powtarzać słowa wieszcza: "Chcieliście Polski, no to ją macie. Skumbrie w tomacie, pstrąg."

Calais-Dover

PS. Kilka zdjęć z Alhambry - tutaj.

środa, 04 listopada 2009
Ich bin kein Berliner

Berlin po wielu latach. I co? I głównie ohydna pogoda, w związku z czym to ewidentnie sympatyczne i z pewnością ciekawe miasto poznałam przez pryzmat jednej, trwającej jakieś dziesięć minut trasy: hotel - Museumsinsel. W zasadzie zatrzymałam się tu w drodze do Skandynawii po to, żeby dogłębnie poznać miejscowe zasoby sztuki antycznej, ale po prawdzie miałam nadzieję, że po zamknięciu muzeów pospaceruję sobie w okolice Bramy Brandenburskiej czy nowych ciekawych budynków i pomników. Nie zrobiłam tego, bo zacinający ni to śnieg, ni to mżawka dość zdecydowanie zniechęcały mnie do nawet nie bardzo dalekich wypraw. Zobaczyłam kawałek Unter den Linden, bo bezskutecznie usiłowałam znaleźć bibliotekę Instytutu Archeologii Uniwersytetu Humboldta, a z nowej architektury zapoznałam się wyłącznie z Zentralbibliothek tejże uczelni, ponieważ jest ona otwarta do północy i może tam wejść każdy bez żadnych dokumentów, więc raz po zamknięciu muzeum posiedziałam sobie tam godzinkę.

Poza tym nie jestem Berlińczykiem, a nawet te niemieckie korzenie, jakie posiadam, i które dały mi nordycką czaszkę na śródziemnomorskiej reszcie ciała (wiem, co mówię, bo na ćwiczeniach z antropologii zostałam dokładnie zmierzona i zakwalifikowana rasowo), nic nie pomagają, ponieważ nie jestem w stanie zjeść tutejszej porcji nawet w tajskiej knajpie. U Chińczyka w takim na przykład Londynie dostaje się rozsądną, ani za dużą ani za małą porcję, po której człowiek ma poczucie, że może jeszcze podkreśliłby taki pyszny obiadek jakimś niewielkim ciasteczkiem (w tych lepszych knajpach na dodatek dostaje się takowe jako bonus), a tu - porcja, którą można by wyżywić pułk - no i niestety musiałam co nieco zostawiać na talerzu, co oczywiście sprawiało mi ból, bo jedzenie jak to w prawdziwie orientalnych restauracjach dobre.

Zachwycające natomiast są muzea. Na dodatek wszędzie, nawet w świeżo otwartym Neues Museum, do którego przeniosły się zbiory egipskie, i nawet na ekspozycjach czasowych, wolno fotografować do woli. Ba, nawet trafił mi się miły pan pilnujący, który gdy dziś przybiegłam zobaczyć jeszcze raz - i dofotografować - świetną wystawę "Powrót bogów", zapytał, czy wczoraj nie obfotografowałam wszystkiego. Porozmawialiśmy sobie następnie miło i przekonałam się, że mój niemiecki nawet jakoś działa. Pan nie miał mi za złe, że fotografuję, raczej go to zaintrygowało. Nawiasem mówiąc, mnóstwo pilnujących na Museumsinsel rozmawia między sobą po rosyjsku - ciekawe, czy to taka emigracja zarobkowa? Jeśli tak, to znajdują całkiem przyzwoitą pracę. W niektórych salach to bez trudu mogłabym spędzać całe dnie... w sumie i tak to robię, mimo że mi za to nie płacą.

Z jednym tylko w tych muzeach mają bzika - z niewiadomych powodów większe torebki należy nosić w ręce, a nie na ramieniu. Moim skromnym zdaniem akurat ja mam większe szanse uszkodzić jakiś eksponat trzymając ciężką torbę w ręce, zamiast przyciskać ją ramieniem do boku, ale co kraj to obyczaj. Przynajmniej jak muzeum zamyka się o 18, to o 17.59 nikt nie protestuje, gdy człowiek się wraca o kilka sal, ponieważ zapomniał, że miał zrobić zdjęcie jednej płaskorzeźbie teleobiektywem i, co więcej, dźwigał ten teleobiektyw jedynie w tym celu przez cały dzień.

Tyle na gorąco, więcej zdjęć z muzeów będzie na Antiquitates - w Szwecji powinnam mieć dostęp do netu w pokoju hotelowym, więc będę miała większe możliwości pisania.

Brama Isztar

PS 1. Nie wiem, czy aż tak wyglądam na obywatelkę świata, którą się zresztą czuję, ale nawet w tym Berlinie, pomimo tytułowego wyznania, zdarzyło mi się, że ktoś mnie zapytał o drogę. Zdarza mi się to wszędzie i w sumie jest miłe, ale tu niestety niewiele byłam w stanie pomóc, znając zaledwie kilka ulic...

PS 2. Purystów językowych od razu uprzedzam, że wiem, iż powinnam była napisać "ich bin keine Berlinnerin" ;)

piątek, 02 października 2009
Thasos tam i z powrotem

Nie wiem, co nie podobało się poecie Archilochowi w wyspie Thasos, na której jego ojciec był przywódcą greckich osadników, a sam poeta przeprowadził się tam również z rodzinnego Paros. Może po prostu nie podobało mu się to, że był zmuszony się tam przenieść z powodów finansowych? W każdym razie podsumował Thasos następującym dwuwierszem (przekład Jerzego Danielewicza):

Ta wyspa niczym ośli grzbiet wygięta
Pod lasu dziką gęstwą sterczy.

Powszechnie uważa się, że ten dystych nie ma charakteru komplementu, aczkolwiek jak dla mnie osły to wyjątkowo miłe i ładne stworzenia... Natomiast co do lasów to miał Archiloch rację: Thasos jest bardzo zielona, zielona jak niektóre zakątki Grecji - Epir, spora część Chalkidiki, wszystkie właściwie wyższe góry. I pewnie wiele więcej miejsc byłoby zielonych od lasów, gdyby nie wyniszczające pożary, po których zostaje smętny, księżycowy krajobraz.

Jadąc na Thasos zapoczątkowałam wreszcie zwiedzanie również wysp greckich, aczkolwiek z lądu patrząc trudno uwierzyć, że jest to wyspa, albowiem jest tak blisko i z wielu perspektyw najzwyczajniej zlewa się z kontynentem. Ale półgodzinna przejażdżka promem w asyście niezliczonych stad mew nie pozostawia wątpliwości, że opuściliśmy ląd stały i podróżujemy przez krótką chwilę przez morze ciemne jak wino ku wyspie, gdzie akurat kult Dionizosa był jednym z najstarszych i najpowszechniejszych.

Thasos przemierzyłam tam i z powrotem, aczkolwiek niezupełnie miałam to w planach. Nie spodziewałam się mianowicie, że w tak popularnym wśród turystów miejscu trudno będzie znaleźć hotelik, który spełniałby naprawdę niezbyt wygórowane warunki: znajdował się w rozsądnej odległości od szosy (w miarę daleko) oraz plaży (w miarę blisko), albowiem jakkolwiek przyjechałam na Thasos głównie celem zobaczenia tutejszych ruin, to pospacerowanie sobie wieczorem po zalewanym przez fale piasku również było w planach. Oczywiście wszystko to na dodatek musiało zmieścić się w dość ograniczonym budżecie.

Sprytny plan opiewał na znalezienie noclegu w połowie drogi między samym miastem Thasos a drugą atrakcją archeologiczną wyspy czyli Aliki (więcej o tym miejscu będzie na Antiquitates) - wioską położoną o jakieś pięćdziesiąt kilometrów na południe. Niestety wszystko, co się między tymi dwoma miejscami znajdowało, nie spełniało warunku podstawowego czyli było położone tuż przy niemalże jedynej na wyspie głównej szosie, która siłą rzeczy jest ruchliwa. A mnie marzyły się spokojne noce z cykaniem cykad, kumkaniem żab, świergotaniem świerszczy i szumem fal. I tak jechałam coraz bliżej Aliki i nic mi się naprawdę nie podobało - Chrisi Amouni, które jeszcze jako tako wchodziło w grę, oznaczało zbyt duży zjazd w bok od głównej trasy, przebiegającej akurat w tym miejscu dość daleko od brzegu, a w warunkach posiadania małej ilości czasu jest to również czynnik, który warto wziąć pod uwagę.

W każdym razie skończyło się na tym, że objechałam całą wyspę, znajdując na swojej drodze jedynie bardzo drogie hotele na samej plaży oraz takie, o których ceny w ogóle nie pytałam. W głąb lądu nie szukałam, przyznaję, bo od początku wykreśliłam tę opcję. Na dodatek część miejsc, w których usiłowałem dowiedzieć się o cenę, była zamknięta. W efekcie o (a właściwie po) zmroku dojechałam z powrotem pod samo Thasos, będąc już zdecydowana zamieszkać w samym miasteczku, co oznaczałoby przynajmniej, że wieczorem mogę do woli przechadzać się po jego ładnych uliczkach, wypróbowywać kolejne tawerny i zwiedzać sklepiki z badziewnymi pamiątkami, usiłując wyłowić w głębi sklepików jakąś niezauważaną przez rzesze turystów perełkę. (To się wbrew pozorom zdarza, zwłaszcza biżuterię można czasem znaleźć naprawdę piękną, a sprzedawcy zazwyczaj zgodzą się opuścić co nieco z ceny.)

I wtedy przed moimi oczami pojawił się drogowskaz do hotelu, a w głębi sosnowego lasku, w rozsądnej odległości od szosy, majaczyły światła, sugerując, iż nie jest to kolejny hotel widmo. Zjechałam więc, zwłaszcza że do miasteczka miałam już raptem parę minut, i po prawdzie w pierwszym momencie zwątpiłam, albowiem wejście sugerowało cenę przewyższającą moje możliwości. I w sumie tak by było, gdyby bardzo miły młodzian, który mnie przywitał, nie zadzwonił do właściciela, który był jednocześnie jego ojcem, a ten zaproponował obniżkę o 25 euro za noc. Oczywiście z ulgą zostałam, hotel okazał się bardzo ładny i wygodny, na dodatek niezwykle gustownie urządzony - państwo mieli wcześniej sklepik z naprawdę ładnymi rzeczami - i z przesympatyczną rodziną właścicieli.

A rozpisuję się o tym dlatego, że jak już wyjeżdżałam, uboższa o 6 euro, które musiałam wydać na przewodnik, bez którego nie miałabym najmniejszych szans zobaczyć nawet połowy antycznych zabytków Thasos, ale za to bogatsza o obejrzenie wspaniałych płaskorzeźb na zachowanych bramach miasta (droga do najsłynniejszej, Bramy Sylena, nie jest w ogóle nijak oznaczona), to zebrałam na odwagę, żeby zapytać właściciela, dlaczego jego syn, słysząc, że jestem z Polski i co roku przyjeżdżam do Grecji, powiedział mi, że rezygnują ze współpracy z polskim biurem podróży (wyjaśniłam mu, że nie podróżuję z biurami, ale na własną rękę). Po jednym wieczorze spędzonym tuż obok polskiej grupy miałam na ten temat pewne podejrzenia i postanowiłam je sprawdzić, wiedziona drzemiącym gdzieś jeszcze instynktem dziennikarskim.

Ta rozmowa z właścicielem hotelu jest takim smutnym epizodem z tej mojej podróży. Moje podejrzenia potwierdziły się w stu procentach, a może nawet więcej niż stu. Pan powiedział mi bowiem, że nie chce więcej polskich grup, ponieważ nie ma ochoty, żeby jego rodzina (a tylko rodzina pracuje w tym hotelu) była traktowana jak popychadła, z zerem szacunku czy sympatii. Powiedział mi, że we wszystkich grupach, jakie przyjechały, raptem dwie pary mówiły im rano dzień dobry, większość z nich była opryskliwa i nieuprzejma (zauważyłam to, gdy w hotelowej restauracyjce zamawiali kolejne piwa), no a moje obserwacje potwierdziły z kolei jego tezę, że byli ze wszystkiego niezadowoleni - streściłam mu zasłyszane rozmowy. Na dodatek krzyczeli do siebie jakby w hotelu nie było nikogo poza nimi i marzyli jedynie o tym, żeby wreszcie wrócić do domu. Zapytałam jeszcze, bo to również mnie intrygowało, ile osób z polskich grup wybrało się na proponowaną przez biuro podróży wycieczkę do Filippi (jedno z najciekawszych miejsc w okolicy!) - i okazało się, że zgodnie z moim przypuszczeniem nikt. Na pytanie, czy Niemcy są lepsi, usłyszałam, że "trochę". Niezbyt to optymistycznie brzmi i po prawdzie podziwiam ludzi, którym jeszcze chce się prowadzić hotele dla grup wycieczkowych.

Powiedziałam właścicielowi, że słuchając rozmów moich rodaków w restauracji, czułam wstyd i zażenowanie, porozmawiałam z nim miło o wykopaliskach na Thasos, o pięknym albumie o sztuce greckiej, który leżał na stoliku w holu, i mam nadzieję, że choć trochę przekonałam go, że nie wszyscy przybysze z Polski są troglodytami. W każdym razie pan niezwykle ciepło zapraszał mnie, żebym znów przyjechała - i zapewne mogę liczyć na promocyjną cenę.

I tak, zamiast pisać o zabytkach wyspy, wyżaliłam się na rodaków. O zabytkach napiszę w związku z tym na Antiquitates i postaram się zrobić to jak najszybciej.

Aliki

PS. Kwestia polska zajęła mnie do tego stopnia, że tytuł notki stał się niejasny. Otóż Thasos objechałam w końcu dwa razy, w obie strony: raz szukając hotelu, drugi zaś przykładnie zwiedzając i fotografując ;)

piątek, 25 września 2009
Et linguis loquor

Po trzech tygodniach uważnego nasłuchiwania, dopytywania się i wertowania słowniczka zaczęłam powolutku porozumiewać się po grecku na tematy podstawowe (a jadąc tutaj umiałam zasadniczo powiedzieć dzień dobry, proszę i dziękuję – bo zawsze byłam leniwa i dogadywałam się po angielsku z dodatkiem języka gestów). Okej i tu właśnie jest problem. Po raz drugi w życiu bowiem zdarza mi się, że znając bardzo słabo język, posiadam dość szerokie słownictwo, które z punktu widzenia jakiejkolkwiek nauki języka obcego znajdowałoby się na bardzo dalekiej pozycji.

Pierwszy raz coś takiego przydarzyło mi się kilka lat temu z niemieckim. Postanowiłam zapisać się na kurs w Instytucie Goethego, ponieważ z uporem godnym lepszej sprawy od czasu do czasu usiłuję nauczyć się mówić w języku przodków, który zresztą lubię i nie mam do niego żadnych estetycznych ani ideologicznych uprzedzeń. Sęk w tym, że na kursach uczą grzecznie gramatyki i podstawowego słownictwa i w ogóle wszystko odbywa się zgodnie z regułami metodyki nauczania, a ja tak nie bardzo potrafię, w związku z czym na kursy językowe uczęszczam co jakiś czas i bardzo niewiele z tego zazwyczaj wychodzi – a mimo to porozumiewam się mniej lub bardziej swobodnie w kilku językach europejskich, zwłaszcza tych, które używane są w krajach, gdzie spędziłam troszkę więcej czasu.

Ale do rzeczy czyli przygody ze słownictwem. Ponieważ języków najlepiej uczę się po prostu ze słuchu, jednym z moich najlepszych nauczycieli angielskiego były rozmaite piosenki słuchane w czasach licealnych, niemieckiego zaś… libretta Wagnera. I tu właśnie pojawił się problem, albowiem na egzaminie do Instytutu Goethego, kwalifikującym do grup zaawansowania, jednym z zadań było napisanie wypracowania pt. „Twoja ulubiona książka”. Napisałam o Tolkienie, bo wydało mi się to łatwe, zwłaszcza że znałam słowa typu olbrzym, krasnolud czy elf. Wszystko przez Pierścień Nibelunga oczywiście. Sęk w tym, że państwo lektorzy najwyraźniej uznali, że ktoś, kto posiada takie słownictwo, zna doskonale język, nawet jeśli na teście gramatycznym wypadł tak sobie – w rezultacie więc wylądowałam w grupie o jakieś dwa poziomy bardziej zaawansowanej niż powinnam. Skądinąd wyszło mi to tyle na dobre, że zapisałam się na konwersacje z native speakerem, w związku z czym był to jeden z najmniej zmarnowanych semestrów kursów językowych, jakie zaliczyłam.

W każdym razie mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że przez pierwszy tydzień w Verginie nauczyłam się więcej nowogreckiego niż jakiegokolwiek języka w normalnym kursowym trybie w dwa albo i trzy miesiące. I nie jest to tylko kwestia intensywności – bo wcale jakoś bardzo intensywnie się nie uczyłam – po prostu na to, żeby zaspokajać moją niespożytą ciekawość świata muszę starać się rozumieć jak najwięcej z tego, co wokół mnie mówią (aczkolwiek najważniejsze wypowiedzi w trakcie seminariów tłumaczy mi najlepiej znająca angielski osoba z ekipy). Ostatni raz takie doświadczenie miałam, kiedy mając lat dwanaście wylądowałam w klasie, w której nikt – włącznie z nauczycielami – nie mówił w żadnym języku oprócz hiszpańskiego. Po miesiącu swobodnie się porozumiewałam, w razie potrzeby poszukując brakujących wyrazów w podręcznym słowniczku, z którym starałam się nie rozstawać. Jak raz zapomniałam go wziąć na przerwę, to wyszło mi na to (z próby zapamiętania nieznanego słówka), że koleżanka hoduje w domu patelnię: pomyliłam tortuga z tortilla.

Nie wiem natomiast, na ile przyda mi się sporo z tego, czego się nauczyłam, w zwykłym podróżowaniu po Grecji. Obawiam się bowiem, że raczej nie będą mi w pierwszym rzędzie potrzebne słówka typu ciężarek tkacki, miednica, gwóźdź czy wręcz część gwoździa, której nie potrafiłabym fachowo nazwać w żadnym innym języku z polskim włącznie (pytanie konkursowe – co gwóźdź ma poniżej główki), a parę dni temu zaskoczyłam wszystkich i zdobyłam uznanie w oczach nieznających języków robotników, ponieważ grecka koleżanka chciała już biec po pomoc, bo zapomniała jak się to nazywa, a ja podrzuciłam jej odpowiedni termin. Wiem również jak jest warstwa (w tym warstwa orna), mur, bo nie liczę do nowopoznanych słówek takich oczywistości jak ostraka. Umiem też powiedzieć, że coś znajduje się poniżej poziomu kamieni oraz poprosić o przyniesienie mi czegoś, ale mam problem z dogadaniem się w restauracji...

A najgorsze jest to, że te dziwaczne słówka zapamiętuję bez większego problemu, podczas gdy czasem wciąż zapominam coś, co teortycznie należy do użytku codziennego. Ale może temu akurat zaradzi kilka miesięcy, jakie na wiosnę mam spędzić w Atenach – może tam będę musiała od czasu do czasu porozmawiać o rzeczach zwyczajnych? W każdym razie obiecałam koleżankom z wykopów, że jak znów spotkamy się w Tessalonice za pół roku, to pogadam z nimi ellinika. Zobaczymy, mam nadzieję, że zdołam dotrzymać słowa.

Vergina 2009

PS. Wpis dedykuję Galari, a zdjęcie - Ninedin, ona już dobrze wie, dlaczego :)

sobota, 19 września 2009
Głos w sprawie małych narodów

Jestem sobie niewątpliwie w Macedonii (konkretnie chwilowo w jej obecnej stolicy, Tessalonice, a ogólnie w dawnej stolicy - Aigai/Verginie), więc kiedy siedzę na Facebooku (tak, dałam się złapać w sieć, ale nie zamierzam poświęcać temu zbyt wiele czasu), to wyświetlają mi się z boku różne lokalne linki i reklamy. Wśród nich pojawiła się zachęta do wyrażenia sprzeciwu wobec używania przez tzw. tutaj FYROM (Former Yugoslavian Republic of Macedonia) vel Skopię nazwy Macedonia.

Kwestia tego niewielkiego i całkiem miłego kraiku na północ od Grecji to tutaj, zwłaszcza na północy, temat delikatny, kontrowersyjny i wywołujący skrajne emocje. Nie będę się wdawać w szczegóły sytuacji, można sobie o tym poczytać w internecie z każdego punktu widzenia. Pozwolę sobie jedynie na bardzo krótki komentarz historyczny.

Otóż pod jednym względem to Grecja a nie ten niewielki i całkiem miły kraik ma rację - historycznie tamten region to nie jest żadna Macedonia, ale ziemie podbite dopiero mniej więcej na przełomie III i II w. przez królestwo Macedonii za czasów Filipa V, a więc u swojego schyłku. I najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że przed tym podbojem i uzależnieniem wielu krain położonych nieco na północ stąd od Macedonii, akurat na terenie tego niewielkiego i całkiem miłego kraiku istniało niezależne, może niezbyt potężne ale całkiem zamożne i nieźle funkcjonujące królestwo Pajonii, rządzone przez własną dynastię, bijące piękne, stylistycznie greckie monety, wojujące z Macedończykami i wchodzące z nimi w dyplomatyczne układy, podobnie zresztą jak np. z sąsiednimi Epirotami - np. król Pyrrus (ten sam od wykańczających zwycięstw) miał za żonę pajońską księżniczkę. Pajonię zamieszkiwały plemiona trako-iliryjskie i była ona jednym z najważniejszych, najbardziej rozwiniętych i najbardziej skutecznych organizmów państwowych, jakie wykształciły się w tym regionie.

W związku z powyższym nijak nie rozumiem, dlaczego ktoś w tym niewielkim i całkiem miłym kraiku, który rozpaczliwie potrzebuje członkostwa w Unii Europejskiej (a i mnie osobiście by się ono przydało, bo ułatwiłoby podróżowanie samochodem do Grecji), ktoś nie pójdzie po rozum do głowy - a jeszcze lepiej do jakiegoś historyka starożytności - i nie zaproponuje salomonowego rozwiązania czyli odwołania się owszem, do historii, ale znacznie sensowniejszej od dość śmiesznego nazywania się Macedonią. Zakończyłoby to spory z Grecją, dało temu niewielkiemu i całkiem miłemu kraikowi własną tożsamość i fundament, na którym można dużo budować. Nie wiem, może powinnam napisać do jakiegoś ich ministerstwa?

Oczywiście wiem, że w tej chwili argumenty rozumowe niewiele zdziałają - na tym froncie zbyt dużo wydarzyło się emocjonalnie. Ale pomarzyć sobie o sensownym rozwiązaniu wolno. Swoją drogą bawią mnie troszkę te greckie pretensje, ale nie wyrażę ich głośno, bo chciałabym tu zawodowo wracać. Bawią mnie dlatego, że ogromna liczba ludzi w tych okolicach wygląda bardziej słowiańsko niż wielu obywateli Fyromu/Skopii czy jakkolwiek nazywać ten niewielki i całkiem miły kraik. I nic dziwnego: to tu zatrzymała się na dobre parę stuleci najdalej na południe wysunięta inwazja plemion słowiańskich - to na tej mniej więcej szerokości geograficznej miejscowości nazywają się Igumenitsa, Metsovo i podobnie, zdradzając bardzo wyraźnie wpływy słowiańskie (bardziej na południu też takie nazwy się pojawiają, ale rzadziej).

Mieszkańcy obecnej Grecji w ogromnej więkzości w ogóle typem antropologicznym odbiegają od tego, co pokazuje nam antyczna sztuka - co jest skutkiem kolejno wpływów słowiańskich i tureckich. Owszem, spotkałam tu dziewczynę wyglądającą rzeczywiście jak archaiczne kory - no i okazało się, że urodę ma po matce, która pochodzi z Pontu czyli tureckiego wybrzeża Morza Czarnego, gdzie być może ta mieszanka etniczna nie była tak duża. Co ciekawe, taż dziewczyna opowiedziała mi, że jak jej mama przyjechała do Grecji po ponad dwudziestu latach spędzonych w radzieckim Kazachstanie, dokąd pod koniec lat czterdziestych jej rodzinę wygnali Turcy, miejscowi Grecy przyjmowali takich jak ona delikatnie mówiąc bez entuzjazmu. Teraz tzw. Pontyjczycy wraz ze swoim folklorem są hołubieni, ale wtedy, w latach sześćdziesiątych, być może kłuli słowiańsko-tureckich Greków w oczy faktem, że przechowali więcej cech etnicznych i kultury dawnej Grecji niż tu, w tzw. Grecji Właściwej? Nie wiem, to tylko taka luźna uwaga.

A jeśli ktoś jest nadal nieprzekonany do pomysłu z Pajonią, to powinien sobie przeczytać wiersz Głosy (Małe narody) Szymborskiej - Pajończycy naprawdę niezasłużonie znikli z areny dziejowej i funkcjonują niemal wyłącznie w pamięci specjalistów, w związku z czym pewien niewielki i całkiem miły kraik mógłby to odwrócić.  A już całkiem na marginiesie dodam, że wedle najnowszych teorii my naszą legendę o Wandzie zawdzięczamy wpływom trackim, a konkretnie tracko-iliryjskiej bogini Bendis (utożsamianej z grecką Artemidą i czasem Afrodytą), której kult był jednym z najważniejszych w Pajonii.

Bendis

PS. Galari, wiem, że miało być o czymś innym. Będzie, już nawet jest napisane.

wtorek, 15 września 2009
Confiteor

Przyznam się do czegoś, do czego nie przyznałam się, wymieniając kiedyś swoje wstydliwe namiętności. Jednym z moich ulubionych sportów jest robienie zdjęć w miejscach, gdzie jest to zabronione, ze szczególnym naciskiem na muzea. Oczywiście, nie opublikowałabym czytelnych zdjęć z wykopalisk, na których jestem, ponieważ to kwestia zawodowej uczciwości i lojalności wobec ludzi, z którymi pracuję. Natomiast jak mało co wkurza mnie sytuacja, kiedy niemal wszystkie obiekty w jakimś muzeum są dawno opublikowane i dostępne w tysiącach kopii w książkach, internecie, na pocztówkach i tak dalej, a mimo to fotografia jest zabroniona. Znów oczywiście: nie robiłabym zdjęć z fleszem tam, gdzie mogłoby to zaszkodzić dziełom sztuki, ale od tego mam porządny sprzęt, żeby warunki oświetleniowe nie stanowiły problemu.

Ta pasja zaczęła się dość dawno temu od zabawnego epizodu. Szczenięciem jeszcze byłam z licealną koleżanką w Jastarni i pojechałyśmy zwiedzić Gdańsk. Udałyśmy się między innymi pod Stocznię, bo były to czasy, kiedy była jeszcze symbolem walki o wolność a nie o kasę. Na bramie widniała wielka tabliczka z przekreślonym aparatem, ale mimo to zaczęłyśmy sobie robić zdjęcia (muzealną już Zorką, bo takie cudo wówczas posiadałam – naprawdę świetne cudo z wymiennymi obiektywami, celownikiem i światłomierzem... ech, to były czasy). Niemal natychmiast z budki wyskoczył strażnik, więc pospiesznie pstrykałyśmy, póki się dało, gotowe zwiewać. Tymczasem okazało się, że strażnik chciał sobie zrobić z nami zdjęcia, a nie przegonić nas czy też jak to drzewiej bywało, prześwietlić nam film. Mam w związku z tym w albumie z tamtych lat czarno-białe zdjęcie z wąsatym strażnikiem Stoczni Gdańskiej pod tabliczką „zakaz fotografowania”.

A potem zaczęłam jeździć po świecie, fotografując ile się da (miesiąc w Indiach: ponad tysiąc zdjęć analogowych; dziś wydaje mi się to niedużo, bo na niemal identycznym sprzęcie cyfrowym zdarza mi się tyle robić w jeden dzień, ale proszę sobie wyobrazić, ile kosztowały odbitki, no i ta niepewność, jak te zdjęcia wyszły) i natykać się na zakazy. Nie pamiętam, dlaczego nie udało mi się w muzeum w Bombaju – może po prostu dlatego, że nie miałam filmu odpowiedniej czułości, co teraz nie jest problemem, wystarczy zmienić odpowiedni parametr. A może w każdej sali było kilku pilnujących i zupełnie się nie dało? Nie pamiętam, w każdym razie jest to jedyne muzeum, z którego nie mam ani jednego zdjęcia. A właściwie chyba nie mam, bo może jednak coś pokątnie strzeliłam, ale wyszło tak fatalnie, że nawet nie pamiętam. Będę musiała przejrzeć pudło z odrzutami z Indii.

Odkąd posiadam całą baterię aparatów cyfrowych, cała sztuka polega na wykiwaniu pilnujących, które nazywam harpiami. Jest to autentyczny sport czy też jak kto woli gra strategiczna.

Podstawową zasadą, bez której dalej ani rusz, jest ukrycie aparatu przy wejściu, żeby nie narazić się na ostrzeżenie, że nie wolno. Warto też mieć oprócz lustrzanki, która choćby nie wiem co będzie robić hałas, coś malutkiego i cichego, ale lepszego niż komórka. Ja mam od tego tzw. aparat biblioteczny, który na co dzień służy mi do fotografowania potrzebnych materiałów oraz robienia zdjęć, kiedy zobaczę coś ciekawego na ulicy. Mam również średniej wielkości kompakt, który jest cichy a dobry, ale bardziej rzuca się w oczy niż płaski „biblioteczny”.

Następnie – i to jest faza najważniejsza – trzeba uśpić czujność harpii. Dobrą metodą jest zatrzymywanie się na bardzo długo przed obiektami lub gablotami (najlepiej wcale nie tymi, które chce się sfotografować); kilka takich przystanków i bardzo dokładne studiowanie opisów – dlatego lepsze są gabloty niż pojedyncze obiekty – zazwyczaj przekonuje harpie, że jestem nieszkodliwą wariatką, za którą nie warto się snuć, bo będzie przy każdej gablocie stała kwadrans. Większość harpii upiornie się nudzi - wiem to od znajomych muzealników, którym zdarza się czasem harpiować - więc czeka tylko na okazję, żeby poplotkować z koleżankami (vide jeden z ostatnich wpisów, kawałek o Warszawie).

Można też stosować metodę zwiedzania chaotycznego: nieustannego wracania się, podchodzenia w kółko do czegoś; jeśli muzeum ma kilka sal, mało pilnujących i dużo zwiedzających, zazwyczaj harpie będą włóczyć się za bardziej zdyscyplinowanymi gośćmi. Czasem niestety trzeba dość długo czekać na to, że coś innego odwróci uwagę jakiejś bardziej rzetelnej harpii – jeśli ma się towarzystwo, to można je do tego wykorzystać (w końcu zwiedzając, ma się prawo do informacji), a jeśli nie, to niestety trzeba swoje odczekać. Prędzej czy później jakieś dziecko krzyknie, ktoś się potknie, ktoś inny zacznie bynajmniej nie ukradkiem robić zdjęcia, w każdym razie rzadko się zdarza, żeby się nie doczekać. Czasem też harpia po prostu na moment wyjdzie, odwróci się lub zagada się z drugą.

Bywa też tak, że ma się ogromne szczęście naprawdę nie zauważyć tabliczki informującej o zakazie fotografowania przy wejściu do muzeum czy galerii. Oczywiście nie należy popełniać błędu dopytywania się o coś takiego. Mnie się to zdarzyło dwa razy: w Fitzwilliam Museum w Cambridge oraz na wystawie poświęconej Cezarowi w Rzymie. Żeby było zabawniej, w obu przypadkach zdążyłam obfotografować niemal wszystko, co mnie interesowało, zanim ktokolwiek zwrócił mi uwagę. Potem zresztą w obu miejscach zrobiłam jeszcze kilka zdjęć, bo naprawdę mi na paru obiektach zależało, tylko musiałam zachowywać większą ostrożność.

A teraz dla sportu staram się zrobić jak najwięcej zdjęć w Wielkim Tumulusie czyli grobach królewskich w Werginie. Byłam tam już dwa razy za tym pobytem, planuję jeszcze ze trzy (niech żyją darmowe wejścia) – i może uda mi się mieć na własnych zdjęciach wszystko, co tam najbardziej lubię.

Bo to jest właśnie powód, dla którego to robię. Nie chcę sprzedawać takich fotografii i odbierać kasy z pocztówek muzeom – zresztą żeby miały naprawdę komercyjny walor, musiałabym je robić w innych warunkach – a opublikowanie ich na blogu niczego nie zmieni, bo zdjęcia większości tych obiektów i tak krążą za darmo po internecie. Robię te zdjęcia po trochu dla adrenaliny, ale przede wszystkim dlatego, że chcę mieć swoje własne obrazki ulubionych zabytków, swoje własne ich widzenie. Pomijam już tak praktyczny w wielu przypadkach powód jak to, że wielu z moich ulubionych obiektów wcale nie ma na muzealnych kartkach. Niemniej podstawowy powód jest taki, że robiąc własnoręcznie zdjęcia nawiązuję z tymi przedmiotami jakiś osobisty kontakt – oglądanie później takich zdjęć ma dla mnie znacznie większy walor niż oglądanie pocztówek czy książek, nawet jeśli jakość jest czasem taka sobie, bo trzeba się było bardzo kryć. To jest mój punkt widzenia, to jest moje oglądanie przedmiotów. Własne fotografie przypominają mi, jak stałam przed jakąś rzeźbą, obrazem czy gablotą, jak czułam zachwyt lub zdumienie na ich widok, jak bardzo starałam się ich nie zapomnieć. Nawet najdoskonalsze cudze zdjęcie nie przypomni mi tak namacalnie tych chwil i tych przeżyć.

Dlatego będę nadal fotografować to, co zrobi na mnie wielkie wrażenie, nawet jeśli przy drzwiach będzie wielka tablica, że nie wolno. I chwała niech będzie tym muzeom, w których wolno fotografować ile się chce, nawet jeśli trzeba za to dodatkowo zapłacić.

Harpia

piątek, 11 września 2009
Aigai 2009

Oczywiście zgodnie z przewidywaniem nie mogę tak naprawdę wiele napisać o tym, co tu oglądam, zanim wyniki nie zostaną opublikowane, powiem więc tyle, że jestem na terenie miasta, a konkretnie jego kawałku, który na razie nie jest bardzo czytelny, jeśli chodzi o to, co konkretnie tu było, a położony jest w trójkącie między pałacem/teatrem, świątynią Euklei (słynną z odnalezienia tam inskrypcji związanej prawdopodobnie z Eurydyką, matką Filipa II, kobietą, skądinąd też dość niecodzienną kobietą) i świątynią Kybele. Na razie jesteśmy w warstwie hellenistycznej, aczkolwiek prawdopodobnie poniżej jest coś starszego – bo czemu miałoby nie być, skoro wszystko dookoła jest co najmniej z IV w.

I tyle właściwie mogę powiedzieć o samych wykopaliskach w sensie merytorycznym, więc skupię się na kwestiach technicznych. Przede wszystkim są to praktyki dla leniwych studentów: żadnej łopaty, żadnego kilofa, ogólnie żadnego kopania i żadnego rysowania – od wszystkiego jest na wykopie ktoś inny. Kopią – ba, nawet eksplorują! - robotnicy. Mury rysuje architekt, ceramiki nie rysuje się w ogóle (zastanawiam się, czy nie z przyczyn praktyczych: są jej po każdym dniu pełne worki, tak po dwa trzy z każdego kwadratu… więc trzeba by kilkunastu sprawnych rysowników albo armii studentów, żeby temu podołać), za to niewątpliwie się ją myje – i tu przyjemne zaskoczenie: miejscowa glinka, która stanowi większą część tego wszystkiego, od czego należy ceramikę uwolnić, ma ewidentnie jakieś dobre dla skóry właściwości i mogłaby z powodzeniem być wykorzystywana do kosmetycznych maseczek, w każdym razie ręce są po takiej sesji mycia nawodnione, gładkie i jakby pokryte warstewką dobrego kremu. Zresztą właściwości tej glinki widać również na części lokalnej późnohellenistycznej ceramiki, która de facto rozciera się w rękach i nie nadaje się do mycia, tylko od razu do konserwacji.

Praktykant zajmuje się najczęściej mierzeniem, gdzie został znaleziony jakiś bardziej ważny artefakt, poza tym pilnuje, czy robotnicy nie wrzucą na taczki jakiegoś kawałka ceramiki na przykład, co się zdarza, ale dość rzadko, ci faceci naprawdę są wyszkoleni lepiej niż niejeden posiadacz dyplomu archeologii, więc jest to raczej kwestia przeoczenia niż niewiedzy. Czasem coś człowiek wyczyści lub wyeksploruje – ale po prawdzie tylko w co bardziej delikatnych miejscach, bo gdzie indziej też robią to robotnicy. A z kolei w tych miejscach bardziej czułych najczęściej robi to ekipa, włącznie z profesurą.

Plusem takiej sytuacji (poza oczywistością czyli tym, że można sobie odpocząć) jest to, że ekipa ma sporo czasu na to, żeby różne sprawy objaśniać i tłumaczyć, w związku z czym można się sporo nauczyć, aczkolwiek w najmniejszym stopniu spraw technicznych, co dla osób zdecydowanych na zajmowanie się głównie archeologią autostradowo-deweloperską oczywiście byłoby minusem.

Ekipa ma ogromną wiedzę, ale mam cichą satysfakcję, że o pewnych rzeczach wiem już więcej niż oni. W pierwszym dniu mojego tu pobytu bowiem wyszła bardzo ładna moneta, którą na pierwszy rzut oka oceniłam jako typ Filipa II (emitowany przez kolejnych władców do przełomu IV/III w.), ale zanim zdążyłam to powiedzieć, jedna z pań z ekipy uznała, że jest to moneta „późnohellenistyczna”. Niestety byłam tam za krótko, za mało znałam tych ludzi, no i nie miałam całkowitej pewności, czy któryś z ostatnich królów Macedonii nie powtarzał tego typu – co zresztą też nie bardzo by tę monetę kwalifikowało do późnego hellenizmu, jako że maksymalnie byłaby to połowa II w., a w czasach rzymskich na pewno takich nie było. Dziś sprawdziłam w wypożyczonej z biblioteczki w biurze wykopalisk „Historia Numorum” czyli biblii numizmatyki greckiej – miałam rację. I mam tylko problem, czy im to powiedzieć, czy nie. Pewnie nie powiem, zachowam satysfakcję dla samej siebie, a oni i tak się dowiedzą, że nie mieli racji, bo będą konsultować znaleziska monet z numizmatykiem. Ja w każdym razie mam dzięki temu poczucie, że mój wyjazd na kongres w Glasgow nie był niezasłużony.

Słońce Werginy

Jeśli te dwa i pół tysiąca lat temu z okien pałacu w Aigai oglądano takie widoki nad wschodnim horyzontem, to nie dziwię się, że promieniste słońce stało się królewskim symbolem.

niedziela, 06 września 2009
Great Western Road

Jak debiutować, to na wielką skalę, nie? Jestem właśnie w drodze między dwoma debiutami - na wielkiej międzynarodowej konferencji i na zagranicznych wykopaliskach. Konferencja to Międzynarodowy Kongres Numizmatyczny, odbywający się co sześć lat, impreza na dobre kilkuset uczestników, najważniejsza w tej branży. Stres jak nie wiem co, oczywiście. Sławy, o których się dotychczas jedynie czytało w książkach, nagle okazują się ludźmi z krwi i kości, niekiedy nawet bardzo sympatycznymi. W każdym razie przeżyłam i zaliczyłam kolejny etap mojego tegorocznego Grand Tour. Przeżyłam również większą ilość whisky niż chyba wypiłam w dotychczasowym życiu, albowiem rzecz miała miejsce w Glasgow, no i wieczory upływały pod znakiem Show me the way to the next whisky bar...* Ale w Szkocji chyba każdy znajdzie coś, co mu zasmakuje, ja osobiście znalazłam, ale niestety chwilowo amnezja wymazała mi nazwę tego cudu z głowy - w jednej z posłanych do domu paczek jest ulotka, więc najpóźniej za miesiąc wpiszę tu w odpowiednim PS, co to było. (PS. Już znalazłam dzięki wikipedii. Jest to Laphrohaig. Szczególny urok posiada, kiedy stawia ktoś ważny...)

Samo Glasgow nie spodobało mi się jakoś szczególnie; jest miłe, ale raczej nieładne, aczkolwiek być może są tam ładne miejsca, do których nie dotarłam z powodu pogody (przez prawie tydzień niewiele się zmieniło w kwestii, o której pisałam w komentarzu do poprzedniego wpisu: padania, lania, mżenia i siąpienia na zmianę). Bardzo dziwaczne są tam muzea: zarówno Hunterian jak i Kelvingrove (oba odwiedziłam z okazji receptions, na których bogactwo jedzenia i picia było iście szkockie) to po prostu rozwijane przez dwa stulecia osiemnastowieczne gabinety osobliwości, w których szkielet słonia i wypchany wilk workowaty sąsiadują z odlewem czaszki Roberta the Bruce, erotycznymi żetonami rzymskimi, rozmaitymi kawałkami w formalinie i ekspozycją monet greckich zorganizowaną na kształt dysku z Fajstos i bez podpisów... Aha i jeszcze rzeczywiście fantastyczne zbiory geologiczne. A gdzieniegdzie popiersie królowej Wiktorii. I tak dalej. W Hunterian bardzo ciekawa kolekcja rzymskich "kamieni milowych", a konkretnie reliefów upamiętniających zaliczenie przez poszczególne legiony kolejnych mil marszu.

W Hunterian Art Gallery trafiła mi się natomiast gratka - spora wystawa grafik Muncha, co oznacza zebranie w jednym miejscu sporej liczby jego najsłynniejszych prac, z których osobiście chyba najbardziej lubię Madonnę, ale zachwyciło mnie jeszcze kilka innych. Był tam również portret Przybyszewskiego, tak nawiasem mówiąc.

W sumie pobyt tam był fantastyczny (no, pogoda mogłaby być lepsza...), towarzystwo takoż, na dodatek mieszkałam na bocznej uliczce od ulicy, która jest w tytule jednej z moich ulubionych piosenek i dlatego też trafiła również do tytułu notki. A teraz jestem w drodze, dosłownie, na kolejny wielki debiut (mam nadzieję, że również okaże się udany): jadę na wykopaliska w Werginie (starożytne Aigai w Macedonii) czyli w miejsce, o którym marzyłam. I oczywiście nieźle się z tego powodu stresuję, proszę więc trzymać za mnie kciuki...

Great Western Road

* Oto linki do wersji bardzo tradycyjnej, Ute Lemper, oraz takiej, która mnie pozytywnie zaskoczyła, Davida Bowie. Jak ktoś chce Doorsów, to niech sam sobie youtubuje ;)

niedziela, 30 sierpnia 2009
Londyńskie przechadzki

Kończę właśnie pierwszy etap tegorocznego niemalże Tour d'Europe... Etap wbrew zamierzeniom dość szalony: nie przypuszczałam, że jestem aż taką maszyną do fotografowania i kserowania książek. A poza tym oczywiście codzienne wizyty w British Museum - udało mi się również wreszcie dostać do sali (a raczej salki) z fryzem ze świątyni Apollina Epikuriosa w Bassai, który jest jednym z najważniejszych dzieł, jakie w tym muzeum mają, a pokazują go tylko przez godzinę dziennie - jak dobrze pójdzie, a na dodatek nie ma na ten temat żadnej informacji. Najwyraźniej istotnie nobody's perfect, nawet Anglicy. A tak poza tym to miałam pisać o różnych mądrzejszych i ważniejszych rzeczach, a zamiast tego wrzucam garść chaotycznych notatek. Ale w końcu od tego są blogi. Przy okazji będzie co nieco o tym, co lubię, a czego nie lubię - czyli początek zapowiedzianego cyklu.

A teraz w telegraficznym skrócie. Jak w National Gallery zgubiłam parasolkę (a był to dzień, że od czasu do czasu lało: krótko, ale ulewnie), to okazało się, że pilnujący odnieśli ją do swojego biura, gdzie grzecznie na mnie czekała. To zdarzenie mogłoby dla mnie stanowić symbol tego, co rozumiem przez user friendliness Anglii: tu jeszcze wciąż się myśli i działa racjonalnie, czyli w większości przypadków praktycznie. A pilnujący w muzeach nie są wyłącznie harpiami czyhającymi na to, że zwiedzający złamie jakiś przepis i popatrującymi krzywo na wszelkie zachowania odbiegające od stereotypowego przechodzenia od gabloty do gabloty, jak chociażby jakiekolwiek oznaki autentycznego zainteresowania jakimś obiektem. Nawiasem mówiąc, najgorzej pod tym względem czułam się ostatnimi czasy w Warszawie, gdzie przez większość spędzonej w Muzeum Narodowym półtorej godziny byłam jedyną zwiedzającą w dziale starożytności, w związku z czym ciągnęły za mną kolejne panie, najwyraźniej złe, że przeszkadzam im w ważnej czynności plotkowania. Skądinąd w końcu je przetrzymałam: najwyraźniej uznały, że łatwo się mnie nie pozbędą i zebrały się w przejściu między Grecją/Rzymem a Egiptem i oddały się najwyraźniej ulubionemu zajęciu. Dość stwierdzić, że dowiedziałam się sporo o ich życiu prywatnym. Żeby było zabawniej, panie i panowie w British Museum i National Gallery najczęściej występują w parach i rozmawiają ze sobą (pojedynczy posadzeni w jakiejś sali najczęściej czytają), ale na pierwszy sygnał, że zwiedzający czegoś od nich chce, natychmiast są do dyspozycji. I nie robią min, kiedy obfotografowuje się całą kolekcję...

Dziś w ramach pewnej odmiany postanowiłam wybrać się do Tate Modern, jako że jak już kiedyś pisałam, moje zamiłowania do sztuki są niczym tęczowy most spinający antyk z XX wiekiem, przerzucony nad otchłanią, w której najgłębszej czeluści znajduje się wiek XVIII. I po dzisiejszej wizycie muszę podkreślić, że most ten bardzo zdecydowanie opiera się drugą nogą (proszę wybaczyć te bezsensowną mieszankę metafor) w XX wieku. Jakkolwiek bowiem Tate Modern ma teoretycznie wszystko, co lubię: fantastycznie przerobiony na galerię industrialny budynek i sporo obrazów, które mnie zachwycają. Ale jakoś za tym razem nie przemówiła do mnie (nowa? nie mam pojęcia) koncepcja ekspozycji, która zakłada podział na dziwaczne kategorie, w związku z czym bardzo trudno jest znaleźć to, co by się naprawdę chciało zobaczyć - zwłaszcza jak się nie myśli tak samo jak kurator. Ja najwyraźniej myślę inaczej i może w tym problem. W każdym razie zmęczyło mnie to muzeum, które kiedyś mnie zachwyciło. Może też do zmęczenia dołożyło się to, że wyprawa tam oznacza zmierzenie się z Millenium Bridge* (w dwie strony), który jest jednym z koszmarów, które potrafią śnić mi się po nocach. Tym razem sądząc po spojrzeniach innych przechodniów miałam chyba taką panikę w oczach, że może raz powinnam sobie powiedzieć "nigdy więcej"? I na niewiele zdało się powtarzanie niczym Osioł w Shreku "nie patrz na boki".

Jeszcze co do tej koncepcji ekspozycji, to nie jest tak, że uznaję wyłącznie organizowanie eksponatów wedle klucza chronologicznego czy geograficznego: podobają mi się w British Museum gabloty tematyczne, gdzie niekiedy jakieś arcydzieło sąsiaduje z przedmiotem znacznie niższej rangi artystycznej. Ale chcę, żeby ten klucz był jasny i czytelny, a nie stanowił zawikłanej metafory (tych, którzy zechcą się online przekonać jak to jest w tym Tate, od razu informuję, że podział na stronie internetowej jest inny niż w muzeum, a niestety plan zostawiłam w muzealnej łazience, jako że i tak na nic mi się nie przydawał, a poniewczasie dopiero uświadomiłam sobie, że mógłby...). I tu dochodzę chyba do sedna - otóż mam wrażenie, że to muzeum urządzono obecnie - pardonnez le mot - postmodernistycznie. Na dodatek wpakowano tam mnóstwo modnej obecnie sztuki w rodzaju instalacji i, co gorsza, wideoinstalacji, a to akurat jest coś, co zazwyczaj dość rozpaczliwie do mnie nie przemawia.

Przede wszystkim dlatego, że mam wrażenie, iż ogromna większość instalacji i performance'ów jest wyrazem lenistwa arytsty (podpowiada mi tę diagnozę również doświadczenie kontaktów osobistych z artystami). Bo namalowanie obrazu sztalugowego - nawet jeśli będzie to abstrakcja - wymaga jakiegoś pomyślunku, jakiejś organizacji, jako że jest się ograniczonym chociażby przez płótno. A instalacja? Posłużę się kilkoma przykładami dziś oglądanymi. Można wstawić do muzeum np. pochlapany farbą kawałek pnia drzewa. Można rozrzucić po podłodze trochę sznurka. Ba, można nawet udawać, że się jednak maluje, wieszając na ścianie zwykłe prostokątne lustro (Marcelu Duchamp, którego całkiem niezłe rzeczy również dziś obejrzałam, coś ty narobił!) albo przemalowując na pociągnięte zieloną farbą płótno kawałek zapisu nutowego jakiegoś utworu. Na dodatek ponad połowa tych "obrazów" zatytułowana jest "bez tytułu". Wiem, była taka moda, zwłaszcza wśród abstrakcjonistów, ale co innego Pollock, a co innego Iksiński, który moim skromnym zdaniem po prostu tak naprawdę nie ma pomysłu na swoją twórczość. W całej tej zgrai autorów instalacji w Tate broni się wyłącznie Joseph Beuys, ale to chyba nie dziwne, bo on jeszcze mógł w nowej wówczas dziedzinie sztuki coś powiedzieć. Wszyscy inni tylko ustawiają przedmioty, podczas gdy polarne sanki wysypujące się ze zdezelowanego volkswagena "ogórka" robią jakieś wrażenie. Chyba jest jednak coś na rzeczy w tym zostawaniu klasykiem...

O ile instalacje w ogromej większości mnie irytują, o tyle czymś, czego bezwzględnie nie wytrzymuję, są wideoinstalacje. Na jednej z nich dwóch gołych facetów zamieniało się w kółko miejscami na kanapie - dla wyjaśnienia dodam, że ich nagość w strategicznych miejscach była cały czas zasłonięta przez wielką piłkę, w związku z czym nagły odwrót pewnego pana z około sześcioletnim dzieckiem był całkowicie niepotrzebny. Na innej jakaś pani bardzo nieostro sfilmowana tarzała się obok wielkiej pisanki (?), a całość miała stanowić reinterpretację motywu Ledy i łabędzia, połączoną nie wiedzieć czemu z motywem samookaleczenia. No ja wymiękam.

Ale całkowicie dobiła mnie zupełnie inna wideoinstalacja, której nawet nie zobaczyłam, jako że wymagałoby to przebicia się do niewielkiej salki wypełnionej szczelnie publiką. Dobiła mnie natomiast już warstwą audio, jako że z salki tej dochodziły wrzaski małego dziecka. I nie chodzi o to, że spodziewałam się tam jakiejś drastyczności, o nie. Chodzi o to, że po locie z Krakowa do Londynu wrzask małych dzieci jest ostatnim dźwiękiem, jaki mam ochotę słyszeć. Będzie o tym nawet w jakiejś kolejnej notce, kiedy wrócę do spraw poważniejszych.

Uwaga niskie drzewa

* Tak się składa, że Millenium Bridge jest na zdjęciu towarzyszącym poprzedniej notce, jako że na samym początku szóstego filmu o Harrym Potterze ulega iście millenijnej zagładzie...

środa, 25 lutego 2009
Raport o rzymskich muzeach

Na początek powiem tyle, że mogłabym tam siedzieć nie tydzień, ale dwa, trzy, cztery... i jeszcze bym się wszystkiemu nie napatrzyła. Są takie muzea, że człowiek z sali do sali z otwartą buzią przechodzi, bo nie zdąża jej zamknąć widząc kolejne arcydzieło znane z podręczników. A proszę zważyć, że z braku czasu na cokolwiek innego zwiedzałam wyłącznie kolekcje starożytności. No, zrobiłam jedno ustępstwo na rzecz Kaplicy Sykstyńskiej, w której byłam baaaardzo dawno, a poza tym tuż obok (pozornie) jest Szkoła Ateńska Rafaela. Trochę tej wycieczki na drugą stronę Muzeów Watykańskich poniewczasie zresztą żałuję, ponieważ muzea te są tak zorganizowane, że aby się dostać do kaplicy, trzeba przejść przez dziesiątki potwornie nudnych sal z tzw. "współczesną sztuką religijną", w których znajdują się dwa typy eksponatów: kicz i rzeczy dużo lepsze, których religijność jest jednakowoż wysoce naciągana (np. jeden z malarskich szkiców do Wrzeszczących papieży Bacona albo też całkiem miły, kubizująco-surrealistyczny obraz nie pamiętam kogo - za ciemno było, żeby zrobić zdjęcie - przedstawiający pejzaż z psem i katedrą w tle...).

Muzea Watykańskie są zresztą jedną z moich większych frustracji i rozczarowań tej podróży. Nie, nie ze względu na zbiory - te są zachwycające. Natomiast obsługa i organizacja są koszmarne - nie wiem, jak w salach Pinakoteki, ale na sztuce starożytnej miałam wrażenie, jakby jej zbiory były traktowane jak wielki gabinet osobliwości, doklejony do jedynego wartego wizyty obiektu w całym muzeum (Kaplica Sykstyńska oczywiście; strzałki do niej wiodące są niemal w każdej sali, podczas gdy cokolwiek innego jest dość trudno znaleźć). Większość obiektów jest w ogóle nie podpisana, sale są przeładowane, na dodatek "uporządkowane" najwyraźniej wedle kolekcji poszczególnych papieży, a nie wedle jakiegokolwiek sensownego klucza. Efekt jest taki, że niektóre bezwzględne arcydzieła (np. Tyche Antiochii czy Chłopiec z gęsią; o wszystkim tym będę pisać co czas jaki na Hellenikach) wtłoczone są w fatalnie oświetlony i zapchany tłumem zmierzającym do Sykstyny korytarz, tak że nawet przyzwoite zdjęcie trudno jest zrobić, a o dowiedzeniu się czegokolwiek np. o proweniencji danej rzeźby można jedynie pomarzyć.

A na dodatek to nie koniec skandalicznego traktowania zbiorów. Pominę fakt, że spora galeria fenomenalnych rzeźb ukryta jest za długaśnym korytarzem wypełnionym po części półkami z dziełami w większości najwyżej drugorzędnymi (co zresztą nie znaczy, że nie ma wśród nich perełek, ale wątpię, czy wielu zwiedzającym - z tych, którzy w ogóle tam trafią, bo nie jest to oczywiste - chce się temu wszystkiemu dokładniej przyglądać). Pominę też tłoczenie w jednej niewielkiej sali oryginałów, kopii i renesansowych przeróbek bez porządnych podpisów. To wszystko może i urąga zasadom muzealnictwa, ale nie jest wbrew zasadom przechowywania dzieł sztuki. A to ostatnie spotkało sztandarowe obiekty antyczne Muzeów Watykańskich: Grupę Laokoona i Apolla Belwederskiego. Obie te rzeźby, jako żywo należące do najwyższej kategorii dzieł sztuki światowej, przechowywane i wystawiane są... na wolnym powietrzu, narażone na działanie miejskiego powietrza, erozję itd. Dobrze przynajmniej, że stoją w niszach i deszcz musi nieźle zacinać, żeby je zalać... Zupełnie szczerze zastanawiam się, czy to nie zasługuje na zwrócenie uwagi jakichś światowych agend zajmujących się ochroną zabytków i dziedzictwa kulturowego.

Dodatkową uciążliwością jest to, że panowie pilnujący (w dniu, w którym tam byłam, wyłącznie mężczyźni, stąd ta pozornie seksistowska forma) otwierają i zamykają poszczególne sale najwyraźniej wedle własnego widzimisię. Na przykład gdyby nie to, że przez przypadek (niech żyją dobre oznaczenia sal!) dwa razy trafiłyśmy dwukrotnie w te same miejsca, ominęłaby nas spora część bardzo ważnych zbiorów. Nie daruję sobie też uwagi, że pilnujący są z reguły opryskliwi i traktują zwiedzających jak intruzów. A wszystko to kosztuje kilkanaście euro... za które bez podania powodów nie pozwala się zwiedzającym obejrzeć całości kolekcji. Bo rozumiem, że czasem pewne części muzeów są zamknięte z powodu remontów, zmiany ekspozycji itd. Ale w Watykańskich zamknięte są kawałki sal bez żadnych widocznych powodów, zapewne wyłącznie dlatego, że nikomu nie chce się ich pilnować (nie żeby we wszystkich otwartych byli strażnicy).

Do tego wszystkiego dokłada się najwyraźniej powszechne we Włoszech lenistwo, każące zamykać co się da wcześniej niż przewidują tabliczki - z jednego z zabytków na Via Appia zostałyśmy wyrzucone dwie godziny przed terminem podanym w informacji, a Muzea Watykańskie zamknięto o godzinę wcześniej niż podawała ich własna strona internetowa... A żeby nie było, że narzekam wyłącznie na traktowanie po macoszemu sztuki antycznej, dorzucę jeszcze, że wszelką przyjemność ze zwiedzania Kaplicy Sykstyńskiej psuje odzywający się co chwilę w głośniku komunikat podawany drewnianym kobiecym głosem, przypominający o... obowiązku zachowywania ciszy w tej sali. No cóż, ja już bym chyba wolała rozmowy zwiedzających.

Ogólne bałaganiarstwo ekspozycji i brak dobrych opisów, jak również niedobór światła w wielu  salach cechuje również drugiego molocha rzymskiego - Muzea Kapitolińskie, ale one przynajmniej usiłują coś robić, żeby zbiory swoje uporządkować - kawałek Palazzo dei Conservatori ma już dobrze zorganizowaną pod względem muzealniczym ekspozycję: jasną, czytelną i nawet miejscami dobrze opisaną, a część zbiorów przeniesiono do nowo utworzonego oddziału w dawnej elektrowni - Centrale Montemartini. Muzeum to idzie za modą wyznaczoną bodaj przez Musee d'Orsay w Paryżu, a następnie podchwyconą przez Tate Modern w Londynie - łączenia przemysłowej architektury ze sztuką najwyższych lotów. W Centrale Montemartini, wyprawę do której gorąco polecam - niestety, jak powiedział mi pan w bileterii, mało ludzi tam przyjeżdża, choć nie jest to wcale daleko od centrum - rzeźby antyczne ustawione są na tle starych maszyn, głównie z elektrowni, ale chyba nie tylko. Efekt jest wyśmienity. I też parę słynnych arcydzieł.

Wielkie pozytywne zaskoczenie stanowiła natomiast sieć Museo Nazionale Romano, do których należy m. in. Palazzo Altemps, w którym znalazła się m. in. jedna z najwspanialszych kolekcji rzeźby starożytnej - kolekcja Ludovisi, a także pergamońska grupa Galla z żoną. Muzeum to urządzone jest w starym pałacu o pięknych, przestronnych wnętrzach, w których umieszczono po zaledwie kilka rzeźb na salę, co pozwoliło je odpowiednio wyeksponować. Dodatkowe wrażenie robi zestawienie ich z bardzo pięknymi renesansowo-barokowymi freskami zdobiącymi ściany niektórych sal. Do tej samej sieci należy  również między innymi kolejny moloch, którego organizacji nie można jednakowoż wiele zarzucić - Palazzo Massimo, kolejny skarbiec arcydzieł.

Miłą odmianą od wielkich muzeów, w których kolejne sale zapierają dech, są kameralne galerie, nierzadko "monograficzne" - np. muzeum Ara Pacis Augustae czy też zachowane domy rzymskie między Mons Coelius a mniej więcej Circus Maximus.

To tak tytułem wstępnego raportu po powrocie z wyprawy - po prawdzie czułam głównie potrzebę wyładowania negatywnych emocji związanych z muzeami frustrującymi...

Rafael - Szkoła Ateńska 

poniedziałek, 29 września 2008
Groza istnienia

Niemal dosłownie siedzę już na walizkach (a właściwie jednej, bo żeby ją zamknąć, trzeba na niej usiąść), ale staram się jeszcze wykorzystać ostatnie dni jak najlepiej... Niestety już za nieco więcej niż dwadzieścia cztery godziny (ech, i pomyśleć, że dla Jacka Bauera byłoby to aż nadto, żeby uratować świat - a przynajmniej Los Angeles - przed jakąś katastrofą) lecę z powrotem do Krakowa, a mogłabym zwłaszcza w tutejszych muzeach spędzić jeszcze następny miesiąc.

Dziś (zegarowo zapewne będzie wczoraj, jak opublikuję tę notkę) wybrałam się wreszcie na wystawę Francisa Bacona (1909-1992), uważanego za najwybitniejszego malarza brytyjskiego XX w., w Tate Britain. Nareszcie, bo mam tam wyjątkowo niedobry dojazd i co się wybierałam, to autobusy nie jeździły z powodu demonstracji - albo po prostu nie jeździły.

Zasadniczo nie przepadam za wystawami monograficznymi malarzy, bo rzadko interesują mnie np. wczesne próby albo dziesiątki szkiców do obrazów. W malarstwie lubię dzieła dokończone i udane. Ale Bacona chciałam zobaczyć w większej ilości, albowiem pamiętam szokujące wrażenie, jakie zrobił na mnie jego słynny tryptyk, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam go - a konkretnie jego tzw. drugą wersję (z 1988 r., pierwsza powstała w 1944) - na stałej ekspozycji w Tate Gallery. Ze wstydem przyznam, że dopiero teraz dowiedziałam się, że tryptyk ten nazywa się "Three Studies for Figures at the Base of a Crucifixion" (Trzy studia postaci u stóp krzyża), natomiast na tabliczkach zamieszczonych na wystawie - wymyślonej, przygotowanej i urządzonej znakomicie, muszę to przyznać - wyczytałam bardzo interesujące informacje, iż ateista Bacon widział w tych postaciach antyczne Eumenidy (choć ja z opisu i przede wszystkim wyglądu, charakteru tych postaci uznałabym je jednak za straszliwe Erynie w ich pierwotnej wersji), uczestniczki rytualnej ofiary.

Temat ten pojawił się zresztą pośrednio również w innym tryptyku (sam autor ponoć miał kiedyś powiedzieć, że forma tryptyku najbardziej mu odpowiada, bo przypomina klatki wyrwane z filmu), który zrobił na mnie największe wrażenie na tej wystawie - "Triptych inspired by the Oresteia by Aeschylos". Zastanawiam się, jakie znaczenie dla faktu, że to dzieło w największym stopniu zwróciło moją uwagę, mają jego konotacje antyczne. Może takie, że kiedy przeczytałam, co w zamiarze artysty jest przedstawione na poszczególnych płótnach, to w jakiś sposób to mnie przekonało. Bo ogólnie miałam z tą wystawą - a może raczej po prostu z Baconem - taki problem, że nie jest to malarstwo, które by mi się "podobało", a w większości przypadków (np. zdeformowanych portretów) nawet jakoś specjalnie do mnie przemawiało; nie jest to na pewno typ sztuki nowoczesnej, który kocham najbardziej (najbardziej kocham ekspresyjny abstrakcjonizm i niektórych przedstawicieli surrealizmu z Joanem Miró na pierwszym miejscu). Co więcej, to nie jest sztuka "do podobania się". Jest okrutna i przerażająca i koszmarnie wręcz pesymistyczna.

Ale do rzeczy, czyli wracając do wariacji na temat Orestei: tutaj całe to Baconowskie okrucieństwo i turpizm jakoś się dla mnie tłumaczyły. Czymś więcej, znaczy, niż tylko przekonaniem, że - cytując malarza z mikroprzewodnika po wystawie, który dostawało się z biletem - "jesteśmy mięsem, jesteśmy potencjalnymi truchłami". Jak nie jestem zwolenniczką daleko idących interpretacji dzieł sztuki, tak tu akurat widzę jakiś głębszy sens: zarówno tragedia grecka jak te przerażające obrazy w jakiś sposób obnażają różne aspekty człowieczeństwa. I bez trudu byłam w stanie zaakceptować wyjaśnienie, że na pierwszej części tryptyku przedstawiona jest właśnie jedna z Erynii/Eumenid, na drugiej - symbolicznie śmierć Agamemnona, na trzeciej zaś - zawieszony między życiem i śmiercią Orestes, oczekujący wyroku.

O dziwo ciekawa okazała się też część wystawy poświęcona warsztatowi twórczemu Bacona, a zwłaszcza odkryte w jego pracowni swoiste szkice: po części zamalowane zdjęcia (nierzadko zresztą dość makabryczne; obsesję w tym, co pozostało po malarzu, widać jak na dłoni), na których widać, w jaki sposób artysta pracował nad deformacją postaci ludzkiej. Dowiedziałam się też przy okazji, że inspiracją dla jednego z najsłynniejszych obrazów  - studium na temat portretu Innocentego X pędzla Velasqueza był nie tylko obraz hiszpańskiego malarza, ale również zdjęcie Piusa XII w lektyce - stąd złota klatka.

Na koniec coś, które nie daje mi spokoju do teraz. Jednym z ostatnich obrazów przedstawionych na wystawie był tryptyk z 1991 r., na którym malarz przedstawił m. in. siebie. W opisie dzieła przeczytałam, że "trzecie płótno przedstawia twarz Bacona nad wyraźnie kobiecym torsem". Otóż jedno spojrzenie na rzeczony obraz pozwalało stwierdzić, że z pewnością nie jest to tors kobiecy, posiada bowiem pewien element, który do kobiecego aktu nijak nie pasuje. Sęk w tym, że posiada ten element w wersji, nazwijmy to, okrojonej - czyli wynikałoby z tego, że jest to raczej przedstawienie eunucha - szczerze mówiąc, moim skromnym zdaniem znacznie dramatyczniejsze wyznanie niż gdybyśmy rzeczywiście mieli do czynienia z kobiecym ciałem. Niestety w zasobach sieciowych nie ma obrazków na tyle dużych, żeby było widać szczegóły, ale zapewniam wszystkich, że to nie jest kobiecy tors, jakkolwiek w podlinkowanej przeze mnie reprodukcji może się takowym wydawać.

Aha, przy okazji przeszłam się po galerii i po raz kolejny z przykrością skonstatowałam, że sztuka najnowsza wciąż błądzi po manowcach. Bacona można lubić albo nie lubić, ale był to artysta wybitny. Tymczasem w sali poświęconej najnowszym osiągnięciom młodych Brytyjczyków wieje nieznośną wręcz nudą. Nie ma nawet rekina Damiena Hirsta, bo po pierwsze Hirst to już nie artystyczny młodzik, po drugie jeśli rekin gdzieś jest, to pewnie w Tate Modern, bo stał się celebrity ponadbrytyjską, po trzecie rekin się psuł i trzeba go było wymienić, co nie wiem, czy w końcu nastąpiło (niektórzy krytycy uważali, że po wymianie rekina nie będzie to już to samo dzieło sztuki). A najlepszą opinię o Hirście przeczytałam w darmowej gazetce, którą dostaje się przy każdej stacji metra i większości przystanków autobusowych w centrum. Była tam ankieta zatytułowana "Czy Damien Hirst jest przereklamowany?", skierowana do mieszkańców różnych dzielnic Londynu. I niejaki Squiz z pobliskiego (względem mojego obecnego miejsca zamieszkania) Islington wypowiedział się następująco: "Anyone gullible enough to spend millions of pounds on a pickled shark deserves to be eaten by one." (Każdy, kto jest na tyle naiwny, żeby wydać miliony funtów na rekina w formalinie, zasługuje na to, żeby zostać przez rekina zjedzonym.) Właśnie.

Mozaika rzymska

 PS. I jeszcze jedno spostrzeżenie z nieco innej beczki. Przyzwyczaiłam się już do tego, że teraz jest taka moda, że Brytyjczycy ciągają ze sobą potomstwo w wieku dowolnym absolutnie wszędzie. Ale naprawdę zastanowiłabym się kilka razy, zanim przyprowadziłabym na tę wystawę dziecko, które już cokolwiek rozumie, a jeszcze nie wyrobiło w sobie dystansu do sztuki.

wtorek, 16 września 2008
Weekend à la anglaise

Weekend upłynął mi pod znakiem lokalnych atrakcji. A konkretnie rozmaitych atrakcji bardzo po brytyjsku. Sobota była edukacyjna, niedziela bardziej wypoczynkowa.

Większość soboty zgodnie z zamierzeniami spędziłam w British Museum na Dniu Rzymskim, zorganizowanym - co było do przewidzenia, niemal bezbłędnie. Niemal - bo atrakcje się na siebie nakładały i człowiek musiałby się chyba rozdwoić, a może i roztroić, żeby wszystko zobaczyć. Zwłaszcza że, jak się okazało poniewczasie, nawet to, co teoretycznie się powtarzało, było za każdym razem nieco inne. Niestety straciłam przez to jeden pokaz absolutnie fascynujących tańców północnoafrykańskich w wykonaniu grupy Ya Raqs - nie mających na szczęście wiele wspólnego z serwowanym turystom w krajach arabskich "tańcem brzucha", który z kolei ponoć niewiele ma wspólnego z prawdziwym belly dance. To, co pokazała grupa kilku pań w wieku zresztą raczej średnim - i nie jest to żadna przygana wobec zespołu, wręcz przeciwnie: jestem pełna podziwu, no i bardzo chciałabym, żeby tego rodzaju hobby i u nas się upowszechniły wśród ludzi w różnym wieku - wedle podanych nam informacji ma mieć korzenie w tradycji z mniej więcej I w., związanej ze wschodnimi tancerkami w rzymskim Egipcie. Ile w tym prawdy, a raczej, ile tak starych elementów przechowało się w tradycyjnym tańcu w kraju, którego losy były tak burzliwe jak Egiptu - nie wiem. Ile się na to nałożyło tradycji arabskiej, też nie wiem. Ale na pewno nie przypominało to tandety serwowanej turystom, nie epatowało nagim ciałem (nie żebym zasadniczo miała cokolwiek przeciwko nagim ciałom, natomiast nie lubię otaczania ich aurą skandalu czy też skandalizowania) i zachwycało barwą, ruchem - i w sumie prostotą. Na dodatek pokazowi towarzyszyły mini-warsztaty, dzięki czemu mogłam się przekonać, że na dodatek jest to fantastyczna gimnastyka.

Ya Raqs

Zaczęłam od najmniej stricte rzymskiego elementu całej imprezy, fakt, że tego, który przez moje zamiłowanie do starożytnego orientu zapadł mi najbardziej w pamięć. Ale były też atrakcje bardziej mainstreamowe, że tak powiem. Zaliczyłam kilka pogadanek - prowadzonych zresztą ze swadą i pomysłowo. Ponieważ całość związana była z wystawą o Hadrianie, nie mogło zabraknąć cesarza - przebrano więc historyka w togę i zorganizowano rodzaj konferencji prasowej w roku 122 (wizyta Hadriana w Brytanii). Z kolei filolog klasyczny przedstawiający literackie opinie na temat imperium rzymskiego miał do pomocy aktora, który czytał odpowiednie fragmenty, dzięki czemu uniknięto nudy prelekcji. Zwłaszcza że obaj panowie swój dwugłos prowadzili na luzie i z humorem. Znów coś, czego powinni się nauczyć organizatorzy podobnych imprez w Polsce. Żeby było mądrze, nie musi koniecznie być śmiertelnie poważnie.

Znakomicie też wypadł ten element imprezy, do którego miałam największe podejrzenia, że będzie nieciekawy: osoba określona w programie jako "performance storyteller" miała opowiadać pikantne historyjki z Owidiusza. Spodziewałam się albo cyrkowego kiczu, albo natchnionego aktorstwa, albo też po prostu teatralnego recytowania kawałków Metamorfoz. Tymczasem okazało się to monodramem-perełką, w którym oważ storyteller wyczarowywała za pomocą zwyczajnych przedmiotów dźwięki towarzyszące opowieściom, no i absolutnie pięknie opowiadała właśnie - nie czytała, nie recytowała, opowiadała.

Oczywiście były również najrozmaitsze pokazy rzemiosł i tzw. życia codziennego, z czego najciekawsza była ekspozycja replik prostych urządzeń inżynieryjnych. Była tam poziomica, prosta wersja niwelatora, urządzenie do wyznaczania kątów i przekątnych. I uświadomiłam sobie, że wiedziałam o różnych - najczęściej niewykorzystanych w praktyce - bardzo zaawansowanych wynalazkach uczonych aleksandryjskich (włącznie z maszyną parową), oglądałam organy wodne, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że oni projektowali i budowali przy pomocy tych samych narzędzi, których używa się do dziś. Co więcej, czasami bez większych innowacji, co zauważyłam na przykładzie poziomicy (bo i po prawdzie niewiele da się w niej zmienić...). Na dodatek pan, który objaśniał działanie tych urządzeń, był niewiarygodnie wręcz kompetentny i tu wielkie wyrazy uznania dla pasjonatów z Colchester Roman Society. Nawiasem mówiąc, jeśli już o rzymskich wynalazkach mowa, to zawsze największym zdziwieniem napełnia mnie to, że jeden z najprostszych i najgenialniejszych spośród nich, mianowicie beton, został po upadku cywilizacji antycznej zapomniany na kilkaset stuleci i wynaleziony na nowo dopiero na początku XX w.

Nie mogłam sobie darować również pokazu legionowej musztry w wykonaniu Legio Secunda Augusta, kolejnego towarzystwa "żywej historii", które na Wyspach cieszą się niezwykłą popularnością i też są fantastycznym pomysłem na spędzanie wolnego czasu (Anglicy są pod tym względem chyba w ogóle mistrzami świata). I znów - pełen profesjonalizm nie tylko jeśli chodzi o odtwarzanie elementów realiów epoki, ale także przygotowanie pokazu. Była i prezentacja różnych formacji, w tym barbarzyńskich, opis używania uzbrojenia, pokaz szyku i prostych manewrów. I doskonały, fachowy komentarz do wszystkiego.

Legio Secunda Augusta

Właściwie udało mi się zaliczyć prawie wszystkie atrakcje - świadomie darowałam sobie oglądanie i branie do ręki rzymskich monet, jako że w czerwcu i lipcu miałam z nimi dość sporo do czynienia, z bólem serca odpuściłam też rzymską kuchnię (i tak wiem, że Rzymianie najbardziej kochali sos z gnijacych ryb, a wątpię, żeby temu właśnie poświęcona była prezentacja...), ponieważ jakkolwiek bardzo lubię dobrze zjeść, tak gotować żywcem nie umiem, a pokaz miał być głównie instruktażowy.

W niedzielę natomiast udałam się na pobliskie (po prawdzie nie spodziewałam się, jak bliskie - pięć minut pieszo!) Hampstead Heath - mutatis mutandis odpowiednik krakowskiego Lasku Wolskiego - gdzie oddałam się między innymi ulubionej rozrywce Anglików, mianowicie fotografowaniu ptaków (część efektów można zobaczyć na Effigies). Było tam mnóstwo naprawdę bardzo sympatycznych kaczek...

Hampstead Heath 

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright