niedziela, 14 marca 2010
Liczba Pi i maszyna parowa

Dziś, jak się dowiedziałam, dzień liczby Pi (π). Matematyka to w moim życiu dość skomplikowane zjawisko: nie mam mianowicie pojęcia, czy mam do niej zdolności, czy też nie. Zważywszy, że pochodzę z rodzin, w których zainteresowania przyrodniczo-ścisło-techniczno-medyczne były i są w przytłaczającej większości, powinnam coś tam odziedziczyć w genach. Szkoła podstawowa na początku uraczyła mnie natomiast fatalnymi nauczycielkami, a następnie (po interwencji klasowych rodziców, wśród których było sporo profesorów nauk ścisło-przyrodniczych) świetną ponoć nauczycielką, którą jednakowoż mając dwanaście lat bardzo trudno było nam polubić, ponieważ była wymagająca, a przy tym sucha i opryskliwa w sposobie bycia. Z kolei w liceum, w klasie o profilu klasycznym (łacina i greka) miałam fenomenalnego nauczyciela, który z bardzo okrojonego programu potrafił zrobić fascynujące lekcje - skądinąd okrojenie programu mogło być tego przyczyną: rozsądny nauczyciel uznał, że nie warto w takiej sytuacji katować nas zadaniami, ale przybliżał problemy. Niezależnie od nauczycieli jednak przez cały czas edukacji miałam spore problemy z zagadnieniami pozornie prostymi (procenty i ułamki, to tylko przez te ostatnie nie mam na świadectwie maturalnym piątki z matematyki - tak się pilnowałam, żeby na decydującej klasówce nie zrobić jakiegoś głupstwa, że w końcu mając za dużo czasu skróciłam 16/25 do 4/5; jest mi do dziś wstyd), podczas gdy te uważane - przynajmniej przez system edukacyjny - za bardziej abstrakcyjne i trudniejsze, jak chociażby zbiory, nie stanowiły żadnego problemu. A kiedy przyszło zdawać statystykę, to też nie okazało się to horrorem, pomimo zmarnowania wcześniej dobrych kilku lat na toksyczny romans z "czystą humanistyką", na dodatek w wydaniu postmodernistycznym.

Wracając do liczby Pi: ten przydługi wstęp miał po części za zadanie wyjaśnienie mojej matematycznej ambiwalencji. Z jednej strony bezwzględnie uważam, że przedmiot ten powinien być obowiązkowy na maturze, z drugiej - pamiętam własną bezradność wobec pewnych typów zagadnień i zadań, więc wiem, że niekoniecznie byłoby mi łatwo. (Uprzedzając ewentualne głosy krytyki: tymi trudnościami bynajmniej się nie chwalę, wręcz przeciwnie, irytują mnie jak mało co.)

Dzień liczby Pi i poczytanie sobie o niej uświadomił mi jednak coś, co wcześniej nie przyszło mi do głowy: dlaczego mianowicie w ramach powszechnej edukacji matematycznej nie uczy się choć trochę więcej o historii tej nauki? Dla mnie na przykład cała ściśle (pardonnez le mot) rachunkowa  istotność Pi jest tylko do pewnego stopnia pojmowalna, bo nie posiadam właściwych narzędzi do zrozumienia wszystkich niuansów. Natomiast absolutnie fascynująca jest dla mnie świadomość, że tak zaawansowane problemy matematyczne znane były już starożytnym Egipcjanom, a pierwszymi, którzy podali zaawansowane przybliżenie Pi byli Archimedes w III w. BC (2 miejsca po przecinku) i Klaudiusz Ptolemeusz w II w. CE (4 miejsca po przecinku, czyli tyle, ile jak sądzę pamięta przeciętnie wykształcony człowiek).

Mam ponure wrażenie, że Archimedesa poza tym przeciętny maturzysta kojarzy w najlepszym razie z jego prawem o wyporności oraz okrzykiem "eureka" (skądinąd powinno być heureka). Tymczasem to naprawdę fascynująca postać, nawet jeśliby się przyjrzeć wyłącznie jego osiągnięciom matematyczno-fizycznym. Co więcej, w przeciwieństwie do mnóstwa wynalazców swojej epoki był również praktykiem: potrafił znaleźć zastosowanie dla swoich maszyn, chociażby podczas obrony Syrakuz przed Rzymianami w 214-212 roku. Nawiasem mówiąc, zginął, kiedy Rzymianie zdobyli miasto - wedle legendy dlatego, że pochłonięty obliczeniami odmówił poddania się legioniście rzymskiemu. Se non è vero, è ben trovato - ta anegdota stanowi zbyt piękną ilustrację różnicy między duchem greckim i rzymskim, żeby chciało się wierzyć w jej prawdziwość, a poza tym wiemy, że Archimedes brał czynny udział w obronie, więc jakoś mała szansa, żeby w decydujących i dramatycznych chwilach nagle postanowił oddać się rozważaniom teoretycznym. No chyba, że słynne koła, które rysował na piasku (noli turbare circulos meos - wypowiedziane skądinąd raczej po grecku), były szkicem kolejnej machiny, mającej na celu dokonanie kolejnych zniszczeń wśród floty lub piechoty rzymskiej.

Archimedes, wbrew przeświadczeniu, które można wynieść ze szkoły, nie był przypadkiem odosobnionym. I nie mam tu na myśli Pitagorasa czy Talesa z Miletu, żyjących o kilka stuleci wcześniej wybitnych matematyków, których twierdzeń nadal uczymy się powszechnie w szkole, czy nawet bliższego Archimedesowi epoką  Euklidesa, który również był przede wszystkim teoretykiem. Mam na myśli rzeszę uczonych inżynierów, działających głównie w Aleksandrii, ale też w innych hellenistycznych ośrodkach, wynajdujących takie cuda jak maszyna parowa, organy hydrauliczne czy niezwykle precyzyjne machiny miotające, nie mówiąc już o automatonach. Problemem wszystkich tych wynalazków było to, że pozostały de facto na etapie prototypów czy wręcz niemalże zabawek, nie znaleziono dla nich szerszego zastosowania. Stało się tak między innymi dlatego, że świat grecki został podbity przez Rzym, który już wówczas - po części za sprawą podbojów terytorialnych czyli zapewniania sobie spiżarni - szybkim krokiem zmierzał ku gospodarce latyfundialnej, opartej niemal wyłącznie na pracy niewolników i imporcie z prowincji. W takim świecie, gdzie do wioseł okrętów posadzono niewolników zamiast wolnych obywateli, statki napędzane maszyną parową nie byłyby opcją tańszą i opłacalną, więc nie było komu szukać tego rodzaju rozwiązań. (Fascynujące jest skądinąd to, że ewidentnie podobny mechanizm cywilizacyjny zadziałał po drugiej stronie Atlantyku: ludy Mezoameryki znały koło, wiemy to z zachowanych zabawek na kółkach, posiadały też zaawansowaną technikę budowania dróg-grobli, niemniej cały transport odbywał się pieszo, ponieważ tragarzami byli niewolnicy.)

I tak od liczby Pi doszłam znów do historycznego gdybania. A wszystko przez to, że wczoraj wieczorem, zanim jeszcze dowiedziałam się z porannych portali, że dziś mamy taki właśnie dzień, zastanawiałam się, ile czasu byłoby trzeba, żeby maszyna parowa aleksandryjczyków stała się tym, czym stała się maszyna parowa Watta, gdyby Rzym nie podbił ówczesnego świata. Gdyby Pyrrus nie uznał Peloponezu za ważniejszy od Italii, gdyby machiny Archimedesa zmusiły Rzymian do odwrotu spod Syrakuz, gdyby Attalos III nie zapisał w testamencie królestwa Pergamonu Rzymianom, gdyby Juda Machabeusz nie wezwał Rzymian na pomoc dla swojego mało popularnego powstania, gdyby Mitrydates VI zdołał trwale poderwać do oporu miasta greckie, gdyby pod Akcjum dowodził cierpiący na chorobę morską Oktawian, a nie genialny Agryppa...

Oczywiście, za dużo tego gdybania, ale każda zmiana miałaby szansę uruchomić zupełnie inną machinę dziejową. A wtedy - ile czasu potrzebowaliby Grecy, żeby uznać, że do Indii lepiej byłoby pływać mechanicznym statkiem niż samemu wiosłować? Czy mielibyśmy początki cywilizacji industrialnej już w okolicy kładącej kres światu greckiemu bitwy pod Akcjum (31 BC) - więc gdyby nawet do niej doszło, to flota Oktawiana zostałaby zmiażdżona przez żelazne pływające automatony Kleopatry? A czy gdyby tak się stało, to dziś mielibyśmy kolonie na Księżycu i loty międzyplanetarne?

No tak, pomyślałam sobie nagle, patrząc na to całe gdybanie i myśląc o jego potencjalnych skutkach, może dlatego właśnie we współczesnej szkole niechętnie przeprowadza się takie mosty między wkuwanym na fizyce prawem Archimedesa a historią, w której powinien on symbolizować to, na jak długo zapomnieliśmy o osiągnięciach naukowych i inżynierskich antyku. Przecież (mam nadzieję, że monsieur Voltaire mi wybaczy takie nadużycie cytatu) żyjemy ponoć w najlepszym ze światów. Cóż z tego, że zapomniał on o maszynie parowej na dwa tysiące lat.

Rekonstrukcja hellenistycznych organów hydraulicznych

czwartek, 21 stycznia 2010
Ja, Łowczyni

Dzięki nieocenionej N dowiedziałam się, że Hagne (po grecku: czysta) to przydomek bogini Artemidy, co właściwie nie powinno dziwić, no i aż dziw, żeśmy na to wcześniej nie wpadły. Od tego słówka, jak już rozpisywałam się dokładnie dwa lata temu, pochodzi imię Agnieszka, dlatego do tej kwestii dziś imieninowo wracam. A wracam również dlatego, że Nieoceniona N przeczytała ostatnio książkę, której autorka wysuwa śmiałą w naszym kraju tezę, iż ogromna większość (jeśli nie wszystkie) znanych nam wyłącznie z późnoantycznych i wczesnośredniowiecznych hagiografii rzymskich męczennic - w tym Agnieszka - jest wyłącznie konstruktem kulturowym, stanowiącym kontaminację dawniejszych pogańskich mitów, np. o boginiach dziewicach zabijających zalotników, z ludową wyobraźnią lubującą się w różnego rodzaju okropieństwach.

Teza ta zbiegła się z moim nagłym uświadomieniem sobie dwa dni wcześniej, że cała ta grupa wczesnych męczenników to tak naprawdę katalog wymyślnych tortur - każdy ginie inaczej - które na dodatek dość rozpaczliwie nie pasują, podobnie jak wizja okrucieństwa legionistów z Pasji Gibsona, do rzymskiej mentalności, w której praktycyzm jest na pierwszym miejscu. Kiedy Rzymianie chcieli w sposób bezwzględny i ostateczny rozprawić się z buntami niewolników po tzw. powstaniu Spartakusa (mającym, nawiasem mówiąc, niewiele wspólnego z dziewiętnastowieczną i podchwyconą przez propagandę komunistyczną legendą o dobroczyńcy niewolników, niemalże antycznym Robin Hoodzie), to ukrzyżowali sześć tysięcy buntowników wzdłuż Via Appia, nie bawiąc się w jakieś a tu wyrywanie zębów, a tu łamanie kołem, zrzucanie z wieży, obcinanie członków - czyli dla każdego coś innego. A tak wyglądają hagiograficzne opisy: każdy przyszły święty dostawał swój własny rodzaj tortur. No cóż, troszkę zakrawa to na megalomanię, a w tym III i IV w. Rzymianie mieli naprawdę poważniejsze problemy niż wymyślanie nowych rodzajów rozprawiania się z każdym kolejnym chrześcijaninem. Po prawdzie w owym czasie większość skazanych za szerzenie niepokojów w państwie była zsyłana do pracy w kopalniach na germańskim limesie - pracy niewątpliwie bardzo ciężkiej, ale nie wyobrażajmy sobie warunków jak w kołymskich łagrach.

Wracając do Agnieszki i Hagne Artemidy. Ponieważ wedle legendy miała ona, Agnieszka znaczy, pochodzić z dobrej rzymskiej rodziny, być może nawet jakiś jej pierwowzór istniał, być może nawet istotnie jakaś młoda rzymska dama dostała z powodów religijnych histerii, kiedy dowiedziała się, że ma wyjść za mąż. Jeśli wierzyć tym elementom legendy, które podają jakieś w miarę konkretne fakty, to miała wyjść za wysokiego urzędnika z dobrej rodziny, prefekta o nazwisku rodowym Semproniusz. Dostała histerii, on skazał ją na śmierć - być może. A może nie. O ile istnienie prefekta z takiego rodu można by próbować sprawdzić, o tyle o jego niedoszłej małżonce nie wiemy tak naprawdę nic.

Jakoś dziwnie legenda milczy o jej rodzie, a przecież ta informacja powinna być zakodowana w jej imieniu - szlachetnie urodzone Rzymianki najczęściej nosiły imię utworzone od nazwiska rodowego ojca. Prawdopodobieństwo, że nawet w chrześcijańskiej rodzinie patrycjuszowskiej lub plebejuszowskiej pod koniec III w. dziewczyna dostałaby na imię po prostu Hagne jest praktycznie zerowe. Jest to zatem albo przydomek nadany później, albo też po prostu kolejny konstrukt kultowo-kulturowy.

I tu, po prawdzie, robi się ciekawie. Bo skoro mamy tu do czynienia z legendą o dziewicy, która woli śmierć niż małżeństwo, której na dodatek nie szczędzi się dalszych tortur - zgodnie z prawem rzymskim dziewicy zabić nie wolno, w związku z czym trzeba ten problem załatwić w burdelu (epizod znów mało prawdopodobny - dobrze urodzonej panny, choćby i była chrześcijanką, raczej by tak nie traktowano, chyba że cała rodzina naraziłaby się komuś w sposób wyjątkowy, ale w takim razie dlaczego legenda milczy o losie rodziców?), gdzie dzieją się różne baśniowe cuda (włosy rosną i zakrywają ciało, potencjalni gwałciciele ślepną itd.) - to w zasadzie prosi się interpretacja zgodna z książką, którą przeczytała N. Agnieszka jest ochrzczonym mitem o Hagne Artemidzie, bogini, która próby naruszenia swojej nietykalności cielesnej karze śmiercią (tu odpowiednikiem jest oczywiście oślepienie "zalotników"). No i jeszcze ten baranek, z którym ją pokazuje ikonografia - oficjalnie związany z ludową etymologią imienia (łac. agnus), a może tak naprawdę pozostałość po towarzyszących zawsze Artemidzie zwierzętach?

No a ja wolę na swoją patronkę Artemidę w jej oryginalnej postaci, z całą wieloznacznością, wieloaspektowością tej postaci. Mogłabym nawet znaleźć całkiem sporo podobieństw z tą wieczną małą dziewczynką, jak opisuje ją w swoim hymnie wielki hellenistyczny poeta Kallimach. Jak ona, jestem po trochu Piotrusiem Panem, jak ona nade wszystko cenię sobie wolność i nieskrępowanie, jak ona wolałam zawsze "męskie" gry i zabawy... Nie lubię polowania, ale przecież Łowczyni Artemida jest też opiekunką dzikich zwierząt i ich królową - tak to już jest w prawdziwym micie, że nic nie jest oczywiste, wszystko ma wiele aspektów i twarzy.

Artemida

Hymn do Artemidy Kallimacha (po angielsku)

piątek, 13 listopada 2009
Klasycyzm

Będąc w Kopenhadze odwiedziłam również Muzeum Thorvaldsena - po części dlatego, że jest tam niewielka, ale warta zobaczenia kolekcja sztuki antycznej, a poza tym jakoś tak nie wypada nie zobaczyć największego powodu do dumy sztuki duńskiej... Nie żebym jakoś maniakalnie kochała klasycyzm; po prawdzie uważam go za epokę raczej wiejącą nudą.

Ale kiedy zwiedzałam to muzeum, a zwłaszcza dodatkową ekspozycję zdradzającą nieco z warsztatu Thorvaldsena - kopisty rzeźb antycznych, gdzie między innymi pokazane były "surowe" gipsowe modele późniejszych "wygładzonych" rzeźb, przekonałam się po pierwsze, że był to niezwykle utalentowany artysta - zarówno szkice jak te modele zdradzają niezwykłe wręcz wyczucie materii plastycznej - a po drugie naszła mnie pewna myśl, która po prawdzie do teraz nie daje mi spokoju. Mianowicie co stanowi o tym, że akceptujemy powszechnie rzymskie kopie greckich arcydzieł jako coś, co zasługuje na wystawienie w pierwszorzędnych muzeach i ogólny podziw, podczas gdy kopie wykonane w XVIII budzą w nas zupełnie odmienne uczucia.

Nie sądzę, żeby była to tylko kwestia "akademizmu" - niebywałej wręcz doskonałości, czystości formy artystów takich jak Canova czy właśnie Thorvaldsen, ani tym bardziej dodatkowej "wtórności" - ci rzeźbiarze powielali przecież coś, co już samo było zaledwie cieniem oryginału. Obawiam się wręcz, że w tzw. powszechnym odbiorze nie ma świadomości co do tego, że ogromna większość znanych nam marmurowych rzeźb greckich to tak naprawdę rzymskie kopie brązowych oryginałów, które dawno temu zostały przetopione na różne inne rzeczy i w ten sposób zaginęły bezpowrotnie.

Należałoby nawet po prawdzie żałować, że te oryginały nie przetrwały do XVIII w. - ówcześni rzeźbiarze skopiowaliby je ze znacznie większym pietyzmem niż ci na usługach zamożnych Rzymian. Rzymscy kopiści bowiem - a także Grecy wykonujący zlecenia dla rzymskich klientów - dokonywali nierzadko znaczących "korekt" oryginału, aby dostosować rzeźbę do zmienionych warunków ekspozycji (czym innym jest nisza świątynna niż otwarty ogród), a także indywidualnych gustów zamawiającego. Oczywiście ci najbogatsi mogli sobie pozwolić na posiadanie zrabowanego w Helladzie oryginału, podczas gdy podrzędne kopie były dostępne już dla przeciętnego mieszczucha.

I nierzadko tak naprawdę dysponujemy tymi wcale nie najlepszymi naśladowictwami, które nie tylko odbiegają od oryginału, ale czasem wręcz zdradzają niezbyt wielką wprawę techniczną wykonawcy. Na ich podstawie, z pomocą źródeł pisanych czy wizerunków monetarnych, musimy odtwarzać, jak mógł wyglądać oryginał, ale to zawsze będą tylko przybliżenia. Gdybyśmy mieli kopie dłuta wielkich klasycystów, moglibyśmy zapewne ze znacznie większym spokojem uznać, że mamy wierne imitacje. Thorvaldsen wykonywał niezwykle wnikliwe studia i szczegółowe szkice; jak pisał, potrafił cały dzień spędzić w galerii sztuki antycznej, żeby dokładnie oddać oryginał.

Nam, wychowanym na romantycznym ideale indywidualizmu i oryginalności, taka sztuka siłą rzeczy wydaje się wtórna, ale patrząc na te idealnie piękne rzeźby pomyślałam sobie nagle, że gdyby były kopiami istotnie oryginałów a nie ich naśladownictw, nasza wiedza o sztuce antycznej mogłaby być znacznie większa, nawet gdyby te oryginały też zaginęły w jakiejś dziejowej zawierusze.

I jeszcze jedno: nie będąc specjalistką od materiału ani narzędzi, nie jestem pewna, czy byłabym w stanie odróżnić dobrą kopię rzymską od dobrej klasycystycznej. No może po stanie zachowania - te osiemnastowieczne nie mają poobtłukiwanych różnych części ciała...

Muzeum Thorvaldsena, Kopenhaga

PS. Pytanie konkursowe (choć nie wiem, jaka mogłaby być nagroda ;) - co to za rzeźba, Koteczku?

piątek, 06 listopada 2009
Smutny los apologetów

Zewsząd atakują mnie ostatnio takie wypowiedzi - o najróżniejszym autoramencie - że w końcu postanowiłam zadać sobie retoryczne pytanie: co takiego jest z gorliwie wierzącymi chrześcijanami, że od niemal dwóch tysięcy lat ton apologetyczny jest jednym z głównych motywów ich enuncjacji, jeśli tylko w jakikolwiek sposób tematyka zahacza o coś, co da się z religią i/lub historią kościoła powiązać? Pominę miłosiernie absurdalne wypowiedzi kardynała Dziwisza na temat wolności religijnej, bo w sumie to nawet gadać o tym hadko, natomiast pozwolę sobie skomentować sposób myślenia pewnego belgijskiego profesora, który wypowiadał się na konferencji, na której właśnie jestem. Miał on mianowicie całkiem skądinąd od strony zgromadzonych materiałów ciekawy referat o dokumentach historycznych, z których można wyczytać, jak we wczesnym średniowieczu (VI w.) traktowano upośledzone dzieci.

Póki mówił o tym, co w tych tekstach stoi, wszystko było w porządku, problemy zaczynały się, kiedy wyciągał wnioski. Oznajmił mianowicie między innymi, że dopiero chrześcijaństwo wymyśliło opiekę szpitalną i dobroczynność. Oczywiście, w średniowieczu zmienia się nieco sposób funkcjonowania lecznic na bardziej zinstytucjonalizowany (dodajmy niemiłosiernie, że stają się one na dobre kilka wieków głównie umieralniami, ponieważ medycyna zdążyła się w stosunku do antycznej cofnąć dość drastycznie, między innymi z powodu zakazu studiowania anatomii poprzez sekcje zwłok, ale też z innych przyczyn - i to nie jest moja uprzedzona opinia, ale rzecz, którą można wyczytać u specjalistów od średniowiecza), choć znowu nie aż tak bardzo - podobnie jak w starożytności lekarze pracują przy świątyniach, a proces leczenia powiązany jest z kultem religijnym. Z tą różnicą, że kapłan Asklepiosa lepiej znał się na medycynie.

Z tą dobroczynnością też bym nie przesadzała - najlepiej rozwinięta była w Rzymie, gdzie kwitło rozdawnictwo zboża dla najuboższych, mając przy tym bardzo praktyczny cel: najedzony proletariat nie ma ciągot do urządzania zamieszek i obalania władzy. Ponadto świątynie od niepamiętnych czasów zajmowały się karmieniem tych, którzy sami wyżywić się nie potrafili - np. z Sumeru mamy zapisy, iż ludzie, którzy w wyniku takiej czy innej katastrofy utracili wszystko, co posiadali, byli zatrudniani w świątyniach do codziennych prac w zamian za dach nad głową i wyżywienie. Jeśli się odbili od dna, mogli z powrotem iść na własne - nie zostawali niewolnikami.

Zresztą średniowieczna dobroczynność wobec upośledzonych dzieci, która wyłaniała się z referatu tegoż profesora, była dość wątpliwa - rodzice najczęściej (cytuję) "oddawali takie dzieci grupom żebraków, bo inaczej nie potrafiły zarobić na swoje utrzymanie".

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że profesor miał referat jako pierwszy i zaraz po nim bardzo był ze siebie i swoich poglądów zadowolony, ba, w dyskusji kilkakrotnie podkreślił, jakie to zasługi dla ludzkości położyła mentalność chrześcijańska pod koniec antyku (trochę zabrakło mi tu wzmianki o masowych rodzinnych mordach wśród potomków Konstantyna i Teodozjusza, przy których bledną szaleństwa julijsko-klaudyjskie). Sęk w tym, że zaraz potem był referat o kontraktach małżeńskich i rozwodowych w ptolemejskim i rzymskim Egipcie, z którego jasno wynikało, że kobieta miała wówczas ogromne prawa - w razie zerwania małżeństwa z jej woli dostawała zwrot całości posagu, jeśli zaś instygatorem był mąż, musiał w zależności od czasu i miejsca wypłacić jej równowartość półtora lub dwóch wniesionych posagów! W kontekście tego wszystkiego zaczęłam się ponownie zastanawiać (patrz dyskusja dwa wpisy wcześniej) nad mitem, jakoby chrześcijaństwo tak bardzo poprawiło los kobiet.

Dalej zrobiło jeszcze ciekawiej, była bowiem mowa o domowym leczeniu w Rzymie, które najwyraźniej niezależnie od lekarzy stało na całkiem wysokim poziomie. Ale najważniejsza wypowiedź pojawiła się w dyskusji - pewna pani antropolog przytoczyła, całkiem niezależnie od pierwszego referatu, przypadek pochówku człowieka, który miał całkowicie zrośniętą (w zawiasie) żuchwę i szczękę, co uniemożliwiało mu poruszanie ustami, a zatem przez co najmniej kilka lub kilkanaście lat musiał być karmiony pokarmem płynnym podawanym wprost do gardła. (Szkielet należał do osoby dorosłej, zrost kości nastąpił w mniej lub bardziej wczesnym dzieciństwie - to wszystko da się stwierdzić, więc nie było tak, że ten człowiek zmarł z powodu tych zmian anatomicznych; również zagłodzenie można do pewnego stopnia odczytać ze stanu szkieletu, więc taki przypadek również nie miał miejsca.) Pochówek ten pochodził, o ile dobrze pamiętam, z okresu wczesnego cesarstwa i nie był pochówkiem chrześcijańskim. A teraz wyobraźmy sobie tego człowieka we wczesnym średniowieczu, którego humanitaryzm polegający na oddawaniu do żebraków tak wychwalał pan profesor: ktoś taki nie miałby tam szans dożyć wieku dorosłego, bo ani żebracy, ani ludzie dający im jałmużnę, nie karmiliby go.

Dygresja: pozwolę sobie dodać, co nie pojawiło się w dyskusjach, że upośledzony syn Filipa II, Aridajos, nie tylko nie został zostawiony po urodzeniu na pastwę losu (co było praktykowane w starożytności m. in. w przypadku niemowląt, które nie miały szans przeżycia - ale, jak wiemy z późniejszej historii, podobne praktyki wcale nie skończyły się z nastaniem nowej ery), ale w końcu nawet nominalnie został królem Macedonii. Nie wiemy, jakie dokładnie miał problemy zdrowotne, Plutarch zbywa to określeniem, że był "głupcem", być może było to po prostu porażenie mózgowe, a nie upośledzenie umysłowe. W każdym razie historia średniowiecznej i nowożytnej Europy, o ile się dobrze orientuję, zna przypadki znacznie gorszego traktowania takich "głupich" królewskich dzieci niż w barbarzyńskiej zdaniem takiego np. Ateńczyka Demostenesa Macedonii. Koniec dygresji.

Ciekawe, że po tych wszystkich przykładach, jawnie przeczących tezie, jakoby między starożytnością a panowaniem chrześcijaństwa nastąpiła wielka jakościowa zmiana w podejściu do osoby ludzkiej, pan profesor stracił nieco rezon, przestał zabierać głos w dyskusji i w ogóle dosyć znikł. A najpiękniejsze w tym jest to, że nikt właściwie nie zaatakował jego tez, jakoś samo tak wyszło. Smutny jest los apologety.

Asklepios, Muzeum Pergamońskie, Berlin

niedziela, 11 października 2009
Filip z konopi

Kiedy z powodu weekendowej awarii w domu wykopaliskowym w Verginie, połączonej z chwilową awarią mojego organizmu, przez którą nie bardzo mogłam ruszyć się gdzieś dalej, zmuszona byłam na parę nocy przenieść się do położonego o sto metrów dalej hoteliku, pani właścicielka dała mi do wyboru dwa pokoje, z których jeden zamiast numeru nazywał się Ptolemaios, drugi zaś Eumenes. Jak lubię akurat Eumenesa z Kardii, tak wybrałam Ptolemeusza, jako że w końcu to o jego potomkiniach co rusz podczas tej podróży wygłaszałam referaty. Jak już się zdecydowałam i głupio byłoby robić nagły odwrót, pani właścicielka oznajmiła mi, że w tym właśnie pokoju zatrzymał się kiedyś niejaki Faklaris. A konkretnie profesor Panagiotis Faklaris z Uniwersytetu Arystotelesa w Thessalonice, człowiek, którego jeśli chcę w tych rejonach zrobić jakąkolwiek karierę, powinnam unikać jak ognia.

Profesor Faklaris był oryginalnie jednym z uczniów i asystentów Manolisa Andronikosa, odkrywcy Wielkiego Tumulusu w Verginie i człowieka, który przekonał świat (a w każdym razie jego pokaźną większość), iż miasteczko to znajduje się na miejscu Aigai czyli dawnej stolicy królestwa Macedonii, a pochówki w rzeczonym tumulusie należą do rodziny królewskiej, w tym jednego z moich osobistych idoli, Filipa II. Kto był w muzeum Wielkiego Tumulusu, nie będzie miał chyba wątpliwości, że argumenty Andronikosa są oparte na bardzo solidnych podstawach. Po pierwsze tak wystawne pochówki jak w dwóch niewyrabowanych grobach musiały należeć do osób z najściślejszej elity. W wyposażeniu grobowym Grobu II i III nie ma przedmiotów poniżej bezwzględnie luksusowych. Srebrne, bogato zdobione naczynia, luksusowa zbroja z paradną tarczą, złoty kołczan i pektoral, pozłacane drzewce włóczni, niezwykle misternej roboty inkrustacje z kości słoniowej, złote i srebrne urny na prochy. I tak dalej, to tylko początek wyliczanki. Poza tym naprawdę wysokiej klasy malowidło zdobiące fryz Groby II (Filipa), na dodatek przedstawiające polowanie czyli typową rozrywkę męskiej części dworu królewskiego. Na dodatek na tymże malowidle można z dużą dozą prawdopodobieństwa zidentyfikować członków rodziny królewskiej: samego Filipa i młodego Aleksandra (podobnie wiele osób z rodziny królewskiej daje się mniej lub bardziej pewnie zidentyfikować wśród figurek z kości słoniowej).

Za lokalizacją Aigai w Verginie świadczy jeszcze kilka faktów. Po pierwsze pierwotnie to miejsce zostało uznane za odpowiednie przez historyka Nicholasa Hammonda, który porównał starożytne informacje o pogodzie w stolicy Macedonii z warunkami geograficznymi i jedynym miejscem, które dawało zgodność, była właśnie Vergina (a pogoda, a konkretnie typ wiatrów musiał być charakterystyczny, skoro zasłużył na wzmianki historyków antycznych!). Po drugie jedna z okolicznych wiosek nazywa się od średniowiecza Palatsitsa, co wskazuje na zachowaną pamięć o istnieniu tu kiedyś ważnego pałacu. Po trzecie wreszcie archeolodzy odkopali ruiny tego pałacu, które zgadzają się z tym, co wiemy o architekturze siedziby królewskiej w Aigai, łącznie z tym, że lokalizacja teatru jest taka, iż rzeczywiście dwór królewski mógł oglądać przedstawienia z pałacowego tarasu, jak przekazali historycy. Po czwarte w okolicy znaleziono wiele miejsc kultu, w tym świątynię z posągiem wotywnym z inskrypcją niejakiej Eurydyki, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa (chronologia, typ posągu) dającej się utożsamić z matką Filipa. Po piąte pochówków o charakterze arystokratycznym jest tu więcej; również wyrabowany tzw. Grób Persefony z jednymi z najpiękniejszych malowideł antycznych musiał należeć do kogoś znacznego, sądząc po jakości tych fresków (przeciętnego obywatela nie byłoby po prostu stać na zatrudnienie tej klasy artysty), nie mówiąc już o Grobie Eurydyki z królewskim tronem wśród wyposażenia. Na dodatek tuż koło nekropoli znajdował się heroon czyli świątynia kultu bohaterów i przodków - a w tym przypadku dwóch w jednym, albowiem zapewne głównym czczonym tam herosem był Herakles, mityczny przodek dynastii Argeadów. No i jeszcze jedno: analiza zarówno części uzbrojenia jak i szczątków mężczyzny pochowanego w Grobie II wskazuje, iż miał on jedną nogę krótszą oraz posiadał zaleczoną ranę w czaszce, której rezultatem musiała być utrata jednego oka. Obie te cechy fizyczne znane są z biografii Filipa...

To tak w skrócie, zarówno sam Andronikos jak i jego następcy poświęcili tej argumentacji wiele książek i artykułów. Tymczasem kiedy Manolis Andronikos zmarł, nie wyznaczając jednego następcy, profesor Faklaris niemal natychmiast zmienił front, oświadczając, że jego nieżyjący już mistrz gadał bzdury celem zyskania sławy, a prawdziwego Aigai należy szukać gdzie indziej.

Tezy, o ile mi wiadomo, miał dwie, ale jedną z nich znam jedynie ze słyszenia. Czytałam argumenty na rzecz pierwszej, jakoby Aigai należało lokalizować w pobliżu zidentyfikowanej starożytnej Miezy, w jednej z wiosek w pobliżu miasteczka Lefkadia. Mieza to miejsce, gdzie Arystoteles nauczał w gaju poświęconym nimfom chłopaków z macedońskiego dworu, co mogłoby świadczyć na korzyść tej tezy, ale nigdzie w źródłach nie mamy informacji, jakoby to miejsce znajdowało się de facto na przedmieściach stolicy. W pobliżu odkryto ruiny teatru, ale brak w jego pobliżu śladów budowli, która mogłaby stanowić rywala do tytułu pałacu królewskiego dla budynków w Verginie. Ba, w sumie nawet brak dostatecznie blisko porządnego akropolu i wzgórza, na którym ten pałac miałby się znajdować. Na dodatek sam profesor Faklaris, który twierdzi, że taki budynek się tam znajduje, jakoś nie kwapi się, żeby tam kopać...

W Lefkadii znajduje się również kilka macedońskich grobów z pięknymi malowidłami, ale nie wiemy wiele o ich wyposażeniu, a zachowane freski, jakkolwiek wspaniałe, nie mają aż tej klasy co porwanie Persefony czy polowanie z grobów w Verginie.

Drugą proponowaną przez Faklarisa lokalizacją ma być ponoć Arridaja, położona na północ od Pelli, ale tu tylko relata refero: z tego, co słyszałam w obozie przeciwnym jego tezom, jedynym argumentem na rzecz tej miejscowości ma być bizantyjska mapa. Kto widział antyczne i średniowieczne mapy, wie, że nawet jeśli nie odbiegały bardzo od rzeczywistości, to stopień ich dokładności był bardzo nikły.

Tak naprawdę jedynym argumentem ze wszystkich przytaczanych przez Faklarisa na obronę jego tezy jest ten, gdzie powołuje się na wzmiankę u Herodota o położeniu pierwszej stolicy Macedończyków po tym, jak zeszli z gór i zasiedlili równinę, która miała nastęnie stać się trzonem królestwa. Istotnie, opis ten bardziej pasuje do Edessy lub Lefkadii. Problem w tym, że Herodotowi pomyłki i piękne zmyślenia zdarzają się nagminnie, a poza tym - to już moja osobista refleksja - nie wiem, czy mamy całkowitą pewność, iż ta pierwsza siedziba to już Aigai...

Warto jeszcze przyjrzeć się argumentom, jakie wytacza Faklaris przeciw Verginie. A raczej ich brakowi. Upiera się on bowiem, że pochówki królewskie musiały być bardzo bogate i twierdzi, że można by je bez trudu znaleźć tam, gdzie chciałby widzieć Aigai (choć, jak już wspomniałam, z niejasnych powodów nie kwapi się do rozpoczęcia tam wykopalisk), a to, co Andronikos znalazł w Verginie to groby "jakichś innych ważnych osób". Problem jednak w tym, że jednocześnie twierdzi, że wszystkie ważne osoby były grzebane właśnie w Aigai... W pałacu widzi jakiś bliżej niezidentyfikowany budynek użyteczności publicznej, a teatr i świątynię Euklei z inskrypcją i grobem Eurydyki jakoś dziwnie pomija milczeniem.

Nocleg noclegiem, ale udało mi się również zobaczyć prof. Faklarisa w Verginie na własne oczy. Trzymał się od nas wyniośle z dala, otoczony wianuszkiem wpatrzonych w niego jak w święty obraz studentek, które nie odstępowały go ani na krok. Ponoć jego akolici wierzą święcie we wszystko, co mówi, a jak nie wierzą, to przynajmniej fascynują się oryginalnością tez. Może o to chodzi - ludziom zdarza się najbardziej w życiu pragnąć adoracji, nie mówiąc już o tym, że jak powszechnie wiadomo, nieważne czy mówią dobrze czy źle, byle z nazwiskiem.

Niestety, jak dla mnie profesor Faklaris wyrwał się ze swoimi tezami jak przysłowiowy - nomen omen - Filip z konopi...

Fragment fresku polowania

niedziela, 21 czerwca 2009
Sic transit gloria

Podróż do Iranu, obejrzenie zabytków z czasów Achemenidów to jedno z moich największych marzeń. Wspaniałe ruiny Persepolis, zachowane tak dobrze po części dzięki spaleniu miasta przez Aleksandra (gest propagandowy: miał to być odwet za spalenie Aten sto pięćdziesiąt lat wcześniej, Ateńczycy i tak Macedończyków nie pokochali, ale Persepolis nieźle się trzyma do dzisiaj), grobowiec Cyrusa Wielkiego, lew w Ekbatanie, panorama gór Zagros, których sama nazwa budzi we mnie jakąś tęsknotę. To stamtąd do Mezopotamii i Azji Mniejszej przywędrowała jedna z najbardziej fascynujących kultur, która - aż się wierzyć nie chce - w swoim oryginalnym kształcie przetrwała tu zaledwie niewiele ponad dwa stulecia, ale odcisnęła na naszej kulturze znacznie trwalsze piętno niż się powszechnie pamięta. Z Persami kojarzą nam się zwykle Maraton i Termopile, "Ha! Sardes gore!" Ujejskiego i inne tyrady o Termopilach i Cheronei z "Grobu Agamemona", kojarzą się też w dużej mierze fałszywe obrazy wschodniego rozpasania, haremów i eunuchów, a tytuł "satrapa" stał się synonimem samowładcy i tyrana*.

Tymczasem Persja, a szczególnie religia i mitologia irańska leży u podstaw ogromnej ilości wyobrażeń, które są dla nas tak oczywiste, że nawet nie myślimy o ich pochodzeniu: raj, aniołowie i demony, sąd nad duszą po śmierci, religijna sankcja "naturalnej" moralności (nie kłam, nie zabijaj, nie kradnij) - to wszystko przeszło do wyobrażeń semickich od irańskich Indoeuropejczyków. Ich imperium upadło w połowie IV w. BC, ale kultura przetrwała bez szwanku panowanie greckie, rzymskie i partyjskie, ukształtowała też najbardziej wyrafinowane i cywilizowane oblicze islamu w średniowieczu. Nie znam na tyle dobrze późniejszej historii Persji, żeby wiedzieć, kiedy dokładnie coś tam zaczęło się załamywać, czy winne są temu najazdy mongolskie i tureckie, na ile zaś zaszkodziło odcięcie północno-wschodnich prowincji, bogatej w złoto, żyznej Sogdiany i Baktrii, których nie sposób dziś rozpoznać w spustynniałym, niegościnnym krajobrazie Afganistanu.

Ironią historii jest też to, że ikoną światowej nietolerancji stało się państwo będące spadkobiercą imperium Cyrusa Wielkiego - pierwszego władcy w dziejach ludzkości, który świadomie prowadził na podbitych terenach politykę tolerancji religijnej i obyczajowej. Co, nawiasem mówiąc, kontynuował dwieście pięćdziesiąt lat później pogromca Achemenidów czyli Aleksander, dla którego Cyrus był wielkim wzorem do naśladowania - podobnie jak wedle legendy Juliusz Cezar miał kolejne dwa i pół wieku później zapłakać nad grobem Macedończyka, tak Aleksander złożył hołd Cyrusowi.

Ironią losu jest też to, że w Persji, jak w mało którym ówczesnym państwie, kobiety miały wysoką pozycję społeczną i to nie nominalnie, ale praktycznie: miały własne, niezależne od mężów, ojców czy braci majątki, były wykształcone, uczestniczyły w życiu publicznym. Co więcej, dotyczy to kobiet wszystkich grup społecznych: swój majątek i osobnego zarządcę mogła mieć żona wielkiego króla czy arystokratka, ale kobieta mogła też prowadzić handel czy też mieć warsztat rzemieślniczy. Dla Ateńczyków V w., którzy w powszechnej świadomości funkcjonują jako szczyt cywilizacji owego czasu, było to nie do pojęcia: stąd powszechna niechęć do Aspazji, milezyjskiej żony Peryklesa, której obyczaje przywiezione z miasta, które wciąż pozostawało pod przemożnym wpływem perskim, były w Atenach uważane za nieprzystojne dla porządnej obywatelki. Być może zresztą cała legenda o tym, jakoby Aspazja przed ślubem z Peryklesem była heterą, jest projekcją tej własnie niechęci do większej swobody kobiety na forum publicznym. Pomijam już fakt, że "obywatelstwo" imperium perskiego było na podbitych terenach rzeczą oczywistą, nie było też żadnych przeszkód, żeby ludność lokalna zajmowała wysokie stanowiska, również na dworze królewskim, o czym świadczą kariery różnych Greków, podczas gdy w Atenach Perykles musiał się starać o specjalne rozporządzenie, aby ominąć ustawę, która odmawiała obywatelstwa jego dzieciom, ponieważ matka nie była obywatelką Aten.

Za nasze postrzeganie Persji niewątpliwie w wielkim stopniu odpowiedzialni są Grecy. Ciekawe, że Herodot, który pisanie swojej Historii podjął celem wyjaśnienia przyczyn wojen persko-greckich, i który przyczynił się walnie do negatywnego obrazu zwłaszcza ustroju perskiego, dostrzegał również dobre strony tej cywilizacji, np. w dziedzinie higieny i kultury życia codziennego, która przecież nie była słabym punktem Grecji, chwalił ich również za uczciwość, prawdomówność i szacunek wobec rodziców, wspominał także, iż chętniej niż inne nacje przyjmują te cudzoziemskie wynalazki, które uznają za lepsze od własnych. Co jeszcze ciekawsze, do dziś diaspora perska (zoroastriańska) w Indiach uchodzi tam za elitę biznesu nie tyle ze względu na zamożność, ile - uczciwość.

Grecko-perska historia pełna jest zresztą zadziwiających mitów. Po pierwsze rzadko się wspomina, że to Grecy zaczęli - miastom jońskim nie spodobała się ekonomiczna reforma Dariusza Wielkiego, który postanowił uporządkować administrację i finanse swojego imperium, więc wznieciły powstanie i spalili owo Sardes, o którym już wspominałam, a zatem po prawdzie spalenie Aten było odwetem za Sardes. A metropolie na kontynencie nieszczególnie przejęły się wcześniej tym, że ich miasta-córki znalazły się pod nowym panowaniem. Następnie Grecy wcale nie stanęli murem przeciwko inwazji perskiej, wręcz przeciwnie, poszczególne miasta (poleis) usiłowały przy okazji załatwiać znacznie przecież ważniejsze spory i animozje z sąsiadami. Wreszcie - Dariuszowi w 490 r. chyba nieszczególnie zależało na podbiciu Hellady, chciał raczej postraszyć sąsiada, ponieważ Maraton dosyć sobie odpuścił - miał w odwodzie znacznie większe siły, których nie rzucił do walki, nie kwapił się też do poważnej konfrontacji w innych miejscach. No i jeszcze jedno: sławetne greckie umiłowanie wolności było swego rodzaju umiłowaniem anarchii: chodziło nie tyle o nowocześnie rozumianą wolność, ile o partykularne ambicje miast, nienaruszalność ustrojowego status quo i organiczną niezdolność do tworzenia szerszych struktur politycznych - wszelkie bardziej lokalne hegemonie też bardzo szybko zaczynały uwierać sąsiadów.

Charakterystycznie zresztą, kiedy trzysta lat po wojnach perskich i niecałe dwa stulecia po upadku imperium Achemenidów Grekom zabrakło charyzmatycznych i zdolnych dowódców, przegrali z kretesem z Rzymianami w sporej mierze właśnie dlatego, że znów lokalne ambicje kazały poszczególnym organizmom politycznym nieustannie zmieniać strony i usiłować wygrywać najeźdźców przeciwko sobie nawzajem. No i znów aż tak bardzo nie po drodze im było z hegemonią macedońską, że nie zauważyli poważniejszego niebezpieczeństwa w chwilowych sojusznikach zza morza. Rzymianie natomiast byli praktyczni i w końcu rozwiązali ten problem podbijając całą Helladę. Tym razem nawet obrona w Termopilach nie pomogła.

Historia pokazuje, że nie ma ustroju, który oparłby się upadkowi. Przeminęło wspaniale administrowane imperium Achemenidów, upadły rozmaicie rządzone poleis greckie, pod własnym ciężarem rozpadł się Rzym i tak dalej. Jest zatem nadzieja, że tak samo przeminie państwo ajatollahów, czego z całego serca życzę zarówno Irańczykom jak i sobie samej. Mam nadzieję, że kiedyś stanę wśród kolumn Apadany, wspaniałego pałacu Dariusza Wielkiego w Persepolis, że zobaczę grobowiec Cyrusa i śnieg na szczytach Zagrosu, nie czując na karku oddechu policji obyczajowej.

Cylinder Cyrusa Wielkiego, British Museum

* Perskie kšathrapavas znaczy tyle co "opiekun prowincji" i oznaczało zarządcę tejże.

wtorek, 26 maja 2009
Polacy, my lubim kompleksy

Nie zamierzam zajmować się artykułem o "pomocnikach Hitlera", bo ani nie znam się na II wojnie światowej, ani też nie chcę zabierać głosu w dyskusji, którą uważam za bezsensowną, zważywszy, że w niemieckiej publikacji nie widzą nic zdrożnego polscy specjaliści od epoki. Natomiast zbiegło się to w czasie z dyskusją, którą prowadziłam na forum portalu Gazeta.pl z pewnym człowiekiem o ksywie "Zdziwiony"/"Nadal zdziwiony", który to podważył możliwość, jakoby pani archeolog kierująca pracami przy fundamentach spichlerza na Placu Sikorskiego mogła użyć określenia "wczesnośredniowieczna chata z XIII w." Zdziwiony uważał, że "nadużycie" to popełniła dziennikarka, albowiem przecież XIII w. to żadne wczesne średniowiecze. W naiwności swojej (mimo że obiecuję sobie nieustannie nie dawać się prowokować na forach) wyjaśniłam mu, że archeologia ziem polskich periodyzuje właśnie tak: do połowy XIII w. wczesne średniowiecze, od połowy - bezprzymiotnikowe średniowiecze z wyróżnianym późnym. Wydawało mi się, że jest to informacja wyjaśniająca sprawę, bo przecież chodziło o to, co kto powiedział i dlaczego.

Myliłam się. Wtedy się dopiero zaczęło. Zdziwiony wytknął mi kolejno: 1) że robię z archeologów ignorantów, 2) że na pewno archeologowie wcale tak nie myślą, 3) a jeśli nawet myślą, to się mylą, 4) że nie czytałam "Jesieni średniowiecza" Huizingi, 5) że ogólnie jestem ignorantką. I jeszcze parę rzeczy w tym guście. Pomijam fakt, że sam sobie zaprzeczał, albowiem jego argument o "różnorodności średniowiecza", gdzie obok siebie występuje rozwinięty feudalizm i państwa plemienne, jest najlepszym dowodem na to, że jednolita periodyzacja nie ma sensu.

Najlepszy był jednak szyderczy argument, że powinnam zapytać Dantego, co sądzi o wpływach na jego poezję uchodźców z Bizancjum (w dalszej naiwności usiłowałam temu człowiekowi, Zdziwionemu znaczy, nie Dantemu, wytłumaczyć bezsensowność stosowania takich samych periodyzacji dla różnych terenów i powołałam się na przykład, wydawałoby się, oczywisty, mianowicie renesansu). Nie odpisałam mu, a żałuję, że jeśli jest w stanie umożliwić mi rozmowę z Dantem, to ja bardzo chętnie porozmawiam, aczkolwiek na inne tematy, ponieważ uczeni uciekający z Bizancjum w obliczu tureckiego zagrożenia to nieco później. Napisałam mu tylko, że nie wiem, skąd mu się ten Dante ulągł, ja tam bym go do prerenesansu żadną miarą nie liczyła, po czym obiecałam sobie więcej na ten wątek nie zaglądać, bo szkoda czasu i nerwów. Przekonanego się nie przekona.

W pewnym momencie jednak uderzyło mnie w tonie wypowiedzi Zdziwionego coś innego niż tylko próby udowodnienia ignorancji konkretnemu dyskutantowi na forum. Dostrzegłam w jego histerycznej obronie XIII w. jako - nie wiem: dojrzałego, rozwiniętego, pełnego? średniowiecza w Polsce rys paniki. Bo jak to: XIII w., a my wciąż na poziomie czegoś "wczesnego"? Niemożliwe, przecież pawiem narodów jesteśmy i papugą, więc - skoro zwłaszcza to drugie - to w XIII w. u nas jak gdzie indziej być powinno, a więc co tam, że rozbicie dzielnicowe (jak w cesarstwie niemieckim kilkaset lat wcześniej), co tam, że organizacja państwowa dopiero się kształtuje, co tam, że w dziedzinie literatury stworzyliśmy jak na razie głównie "Bogurodzicę", która na dodatek jest przekładem, co tam cały materiał dowodowy, że dopiero gonimy cywilizacyjnie południe i zachód Europy...

Co wreszcie z tego, że nie ma w tym nic nagannego, ot, tak się złożyło w okresie wędrówek ludów, że bardziej zaawansowana cywilizacyjnie ludność opuściła nasze tereny, a na jej miejsce przyszła taka, która miała sporo do nadrobienia. Trudno powiedzieć, czy gdyby ludność kultury przeworskiej nie ruszyła na zachód, tworząc tu pustkę osadniczą i przerywając ciągłość kulturową, wczesne średniowiecze skończyłoby się na ziemiach polskich wcześniej. Musiałoby do tego zostać spełnione zapewne jeszcze kilka innych warunków, na przykład utrzymanie kontaktów handlowych. Ale wędrówki ludów zmieniły oblicze Europy i nic się już na to nie da poradzić.

Podejrzewam, że dla niektórych frakcji polityczno-historycznych (a może histrionicznych?) świadomość, iż mieszkańcy naszych ziem poszli sobie na zachód i współtworzyli tam w jakimś stopniu późniejszą kulturę niemiecką, może być bolesne. Stąd zapewne histeryczne próby (ostatnio na szczęście zarzucane) udowadniania, że Biskupin to gród prasłowiański. Jakkolwiek to przykre dla narodowej dumy, pochodzący z epoki brązu i VIII w. BC Biskupin pokazuje naocznie, jak wielki regres dokonał się na naszych ziemiach w VI/VII w. - architektura wczesnosłowiańska na ziemiach polskich to głównie półziemianki. W takich warunkach wykształcenie się scentralizowanej władzy w ciągu 400 lat to i tak spore osiągnięcie, którego nie ma się co wstydzić. Rozwiniętego organizmu państwowego też nie da się stworzyć w ciągu jednego pokolenia, więc zapewne te wszystkie zawirowania XI-XIII w. były dość nieuniknione. Pamiętajmy, że na naszych ziemiach nie mieszkała wówczas ludność mająca za sobą stulecia mniej lub bardziej rozwiniętych kontaktów (jakichkolwiek, wojenne też sprzyjają rozwojowi cywilizacyjnemu) z rozwiniętymi kulturami.

Jeszcze dziwniejszym było dla mnie, iż Zdziwiony nie zastanowił się nad takim faktem, że kiedy w XV w. w Italii rozwija się i w zasadzie kończy renesans, by w XVI w. przerodzić się w zmierzający ku barokowi manieryzm, w Krakowie pod koniec XV stulecia powstaje arcydzieło sztuki gotyckiej, dłuta zresztą mistrza pochodzącego z Norymbergi, a więc kręgu, do którego jeszcze niedawno zaledwie równaliśmy - Ołtarz Mariacki Wita Stwosza. Dzieło, które mutatis mutandis można porównać do Komedii Dantego - są wyrazem tej samej epoki, tego samego sposobu myślenia i patrzenia na świat, mimo że dzieli je prawie 200 lat. I tak jak w czasie, gdy powstawała Komedia, w Toskanii przychodzili na świat Petrarka i Boccaccio, którzy mieli dać średniowieczny jeszcze impuls do kształtowania się nowej epoki w Italii, tak po skończeniu ołtarza Wit Stwosz wyrzeźbił dla katedry wawelskiej nagrobek króla Kazimierza Jagiellończyka, zmarłego w roku 1492, przez wiele szkolnych podręczników uważanym (bezsensownie) za cezurę renesansu; króla, którego syn, wychowany przez średniowiecznego kronikarza, miał stać się kilkanaście lat później głównym promotorem nowego stylu - sztuki i myślenia - w Polsce. Zdziwiony nie zauważył jeszcze jednego: pod koniec XV w. różnica kulturowa wynosi już zaledwie kilkadziesiąt, a nie kilkaset lat, i dotyczy niemal wyłącznie Italii i w pewnym stopniu Francji, ale już nie Niemiec, znów więc nie ma powodów do kompleksów.

A żeby nie było tylko o Polsce: to, że różne rejony świata rozwijają się w różnym tempie, a wspólna periodyzacja jest bez sensu, doskonale ilustruje taki przykład: kiedy Rzym w V w. BC powoli stawał się liczącą siłą na terenie środkowej Italii, otoczony zewsząd Etruskami, Wolskami, Latynami, Samnitami, Ekwami i innymi ludami, które w bliższej lub dalszej przyszłości miał pobić, Grecy byli właśnie po wojnach perskich, Ateńczycy budowali Partenon, powstawała wspaniała literatura, sztuka, filozofia. Co więcej, sporo tego działo się tuż pod bokiem Rzymu, bo na południu Italii i na Sycylii. Czterysta lat później Rzym ostatecznie pokonał i podporządkował sobie ostatnie państwa greckie, tworząc z nich prowincje imperium. Tak toczy się świat.

A w kwestii kompleksów. Nie wiem, na czym to polega, że Polakowi nawet jak dobrze, to źle i narzeka. I jakimś cudem łączy to ze wzmożonym samopoczuciem i narodową megalomanią. Bo jak dla mnie w całej tej aferze wokół artykułu Spiegla chodzi o to, że ktoś to dobre samopoczucie narusza. Oczywiście odczuwają to boleśnie ci najbardziej zakompleksiali, tak to już bywa, zapominając przy tym, że "prawdziwa cnota krytyk się nie boi". A poza tym to mam wrażenie, że dobrze, żeby ktoś raz za czas psuł Polakom ten dobry humor historyczny, bo ostatnie lata pokazują dobitnie, że że słusznie prorokował Żeromski: zbyt wiele ran "zarasta błoną podłości".

"Miecz Tyberiusza"

piątek, 08 maja 2009
Marginalia

Państwo wybaczą, że będzie nieco autoreklamy. Ale naprawdę lubię książkę, którą przetłumaczyłam w styczniu (wspominałam o tym zresztą kilka razy), a która właśnie wczoraj miała premierę. Nie będę pisać recenzji, bo czułabym się dziwacznie, ale pozwolę sobie na nieco luźnych uwag poniekąd związanych z książką. Żeby nie było niedopowiedzeń, rzecz nazywa się Złodziej pioruna, została napisana przez niejakiego Ricka Riordana, znanego dotychczas głównie jako autor kryminałów, i jest pierwszym tomem pięciotomowego cyklu (ostatnia część ma się ukazać na świecie jakoś na dniach) pt. Percy Jackson and the Olympians, co po polsku w końcu zdecydowaliśmy się oddać jako Percy Jackson i bogowie olimpijscy, bo nieprofesjonalna ale jednak sonda pokazała, że "olimpijczycy" kojarzą się przeciętnemu odbiorcy raczej ze sportem.

W książce się zakochałam od pierwszego wejrzenia, o czym już kiedyś pisałam, więc nie będę się powtarzać, a potem oczywiście naszły mnie wątpliwości: bo jak to, moją świętą ukochaną mitologię grecką ktoś sobie bierze na warsztat i wpisuje w XXI wiek? A potem tak sobie czytałam słowo po słowie, przepisując poniekąd, całą powieść i jakkolwiek pewne drobiazgi wciąż budziły jakieś tam iskierki sprzeciwu (Atena ma dzieci?), całość podobała mi się coraz bardziej. I jako koncepcja, i jako przygodowa powieść dla młodzieży. Bogowie nieśmiertelni, toż ja się w dzieciństwie pasjonowałam między innymi na przygodach Białowłosego z trojańsko-kreteńsko cyklu Joe Alexa, w których zapewne znalazłabym teraz znacznie więcej absurdów niż w osadzonych we współczesności przygodach nowych herosów (swoją drogą muszę sobie w wakacje ten cykl przypomnieć i sprawdzić, jak się ma do realiów świata egejskiego).

A potem było już tylko lepiej. Pomysły na wpisanie motywów mitologicznych, a zwłaszcza potworów (bo przecież herosi głównie, niczym wiedźmini, zajmują się oczyszczaniem świata z różnego rozpanoszonego w nim paskudztwa) w nowoczesność są u Riordana naprawdę zabawne: doskonały pomysł z Meduzą, znakomity z Prokrustesem itd., nie będę tu zdradzać szczegółów, bo a nuż ktoś z czytelników ma nastoletnie dziecko, które nie lubi spojlerów.

Poza wszystkim praca nad tą książką stanowiła największe w mojej dotychczasowej karierze tłumacza wyzwanie pod względem językowym: w większości powieści, zwłaszcza fantasy, wszelkie gry słowne da się zastąpić całkowicie innymi grami słownymi - jednym z grzechów, których nie wybaczam tłumaczom i redakcjom jest następujące zjawisko, pojawiające się drobnym drukiem na dole strony: *Nieprzetłumaczalna gra słów (przyp. tłum.). Zasadniczo NIE MA niedających się nijak oddać lub zastąpić gier słownych, są tylko marni albo leniwi tłumacze. No i przyznam się: podczas pracy nad Percym zdarzało mi się myśleć, że to nieprawda, że sama siebie w tym względzie okłamywałam. Dlaczego? Dlatego, że w tej książce nie da się zastępować czymś zupełnie innym gier słownych, które są oparte na skojarzeniach z nazwami własnymi: imionami postaci mitologicznych czy gatunkami potworów. Jeśli przedmiotem żartu w oryginale jest Chimera, to nie mogę jej zastąpić Minotaurem, choćby nie wiem jak pasował do słownej zabawy po polsku. Ale się nie poddałam, w czym pod koniec pracy dzielnie sekundowała mi znakomita redaktorka, i mam nadzieję, że wyszło nienajgorzej.

Pozwolę sobie jednak od opisu cierpień tłumacza wrócić do samej książki, a nawet przejść do jej kontekstu. Nie ma co ukrywać, że powstała ona zapewne na fali zapotrzebowania na magiczne cykle młodzieżowe do zapełnienia luki po zakończeniu Harry'ego Pottera, ale pozwolę sobie stwierdzić, że na tej fali jest to jedno z bardziej oryginalnych zjawisk, bo sięga po repertuar stosunkowo mało wykorzystany. Co zresztą jest dziwne, bo popkultura kocha antyk. Inna sprawa, że raczej bez wzajemności...

No bo sięgając po najłatwiejszy przykład, kino i antyk to w zasadzie jedna wielka porażka. Nie wiem, czy jestem w stanie wymyślić jeden film kinowy o historii starożytnej lub oparty na mitologii, o którym mogłabym z czystym sumieniem powiedzieć, że jest udany (dwa seriale, Ja Klaudiusz, pomimo całej staroświeckości i teatralności, oraz wielokrotnie przeze mnie wspominany Rzym w zasadzie ratują twarz kinematografii). Owszem, lubię niedawnego Króla Artura (tego z Clivem Owenem), w którym - zgodnie z epoką, kiedy ta historia musiała się rozgrywać - są jeszcze w Brytanii Rzymianie, ale nie jest to taki "ortodoksyjny" kinowy antyk. Na większość pozostałych filmów należałoby spuścić zasłonę miłosierdzia, mimo iż nierzadko występują w nich świetni aktorzy. Ale jak juz nawet aktorzy nie są beznadziejni, to szwankuje np. wizja historyczna i kostiumy wyglądają jak dwudziestowieczne wariacje na temat (Kleopatra Mankiewicza) albo też scenarzysta uznaje, że bogowie i świat nadprzyrodzony są w heroicznym eposie zbędni (Troja Petersena), co skutkuje tym, że z niewiadomych powodów matka jednego z bohaterów wbrew wszelkiej logice nie tylko pojawia się nie wiadomo jak tuż pod oblężonym miastem, ale również z uporem godnym lepszej sprawy moczy suknię w morskiej wodzie. Bywa też tak, że reżyser nie tylko wie lepiej niż historycy, jak wyglądało życie intymne jego bohaterów, ale na dodatek uznaje, iż problemy współczesności oraz nowoczesna wizja świata są tożsame ze starożytnymi, w związku z czym głównym zajęciem bohaterów staje się cierpienie z powodu skrywanych z konieczności skłonności homoseksualnych (Aleksander Stone'a), a wielkie plany polityczne rozbijają się o brak poczucia patriotyzmu - postrzeganego w dziewiętnastowieczno-dwudziestowiecznych kategoriach - wśród aliantów (Troja).

Jeszcze większym chyba grzechem kultury współczesnej (nie tylko popularnej) w jej wizji antyku jest poczucie, że w dawnych czasach 1) mówiono wyłącznie podniosłym językiem; 2) nie istniała prawdziwa miłość; 3) prawdziwa miłość istniała w znacznie większym stopniu niż obecnie, ale w związku z tym była koniecznie wzniosła i tragiczna; 4) motywacje ludzkie były takie same jak współcześnie; 5) religia była etnograficzną ciekawostką i nikt tak naprawdę w to wszystko nie wierzył. A teraz krótka rozprawa z tymi mitami:

1. Może to dziwne, ale najwyraźniej, sądząc chociażby po zachowanych tekstach np. komedii, zarówno klasyczną greką jak i łaciną dało się mówić normalnie. Problem tak naprawdę polega chyba na tym, że w naszej kulturze od jakiegoś czasu nie uczy się retoryki (co widać po wypowiedziach polityków i nie tylko), w związku z czym odbiorca tekstów, jakie czyta się i tłumaczy na lekcjach łaciny, może nabrać mylnego przeświadczenia, że taka proza Cycerona, czy nawet Cezara, odbija codzienną mowę - tak jak współczesne książki czy filmy (pomińmy miłosiernie przypadek drewnianych dialogów w polskich filmach, bo to nie ma nic wspólnego ze sztuką retoryki). Grecy i Rzymianie tak samo jak my mówili potocznie, śmiali się, żartowali - niekoniecznie w wyrafinowany sposób - przeklinali i plotkowali, a przede wszystkim rozmawiali o sprawach codziennych zupełnie tak jak my. I używali najzwyklejszych pod słońcem przedmiotów, ale o tym chcę kiedyś osobno napisać.

2. Instytucja aranżowanych małżeństw przetrwała w naszym kręgu kulturowym co najmniej do XIX w., ale nawet z najbardziej restrykcyjnych pod tym względem czasów znamy tyle przykładów przekraczania tego rodzaju obyczajów społecznych, że należy sądzić, iż małżeństwa z miłości zdarzały się zawsze i wszędzie. A poza tym bądźmy realistami - to, że znikły swatki i umowy między rodzinami wcale nie oznacza, że większość współcześnie zawieranych małżeństw to efekt płomiennej miłości czy związki między platońskimi połówkami, nie do zastąpienia przez jakiekolwiek inne w odmiennych okolicznościach. A zatem odsetek prawdziwie romantycznych historii (z happy endem lub bez) był zapewne w starożytności taki sam jak w innych epokach i nie widzę powodu, żeby odmawiać prawdziwości opowieściom o wielkich zakochaniach słynnych ludzi (np. Perykles i Aspazja, Aleksander i Roksana, Hadrian i Antinoos, Antoniusz i Kleopatra - tu bardziej chyba niż Cezar i Kleopatra, zwłaszcza że w przypadku Cezara bardziej prawdopodobne wydaje się, iż naprawdę kochał swoją pierwszą żonę, Kornelię, dla której naraził swoją karierę polityczną i życie podczas dyktatury Sulli; ba, jestem nawet w stanie uwierzyć, że August naprawdę kochał Liwię...)

3. W sumie vide supra: w kwestii częstości występowania punkt 2, w kwestii wzniosłości - punkt 1.

4. Nieoceniona N opowiedziała mi niedawno o oglądanym na jakimś popularnonaukowym kanale telewizyjnym dokumencie o śmierci Kleopatry VII (wiem, ta Kleopatra też na tym blogu powraca jak bumerang...). Otóż wedle występującej w tym filmie pani psycholog, specjalistki od profili przestępców, Kleopatra nie mogła popełnić samobójstwa - jeśli dobrze pamiętam (N, popraw w razie czego w komentarzu), autorzy postanowili udowodnić, że za śmiercią Kleopatry musiał stać Oktawian - ponieważ nie była typem samobójczym i do jej osobowości nie pasują tendencje autodestrukcyjne. Wszystko pięknie, tylko w tym rozumowaniu został popełniony podstawowy błąd - pani profilerka (tak chyba się ta profesja nazywa, znam ją głównie z ulubionych seriali o FBI, które oglądam raczej w wersji angielskiej) nie wzięła bowiem pod uwagę kilku drobiazgów. Kleopatra mianowicie nie tylko dla ozdoby nosiła tytuł "Nowej Izydy" - ona naprawdę wierzyła w to, że jest żywym wcieleniem bogini, w związku z czym ma zapewnioną nieśmiertelność. Poza tym samobójstwo było w jej przypadku pokazaniem mocy i wielkości, aktem tryumfu nad Oktawianem, odebraniem mu możliwości upokorzenia. Tradycja i literatura rzymska nie kochała Kleopatry (uważano np., że przywiodła do zguby Cezara i Antoniusza, no i dla cnotliwego Rzymianina nie do przyjęcia była wschodnia "dekadencja" dworu Ptolemeuszy), a mimo to u Plutarcha, kiedy pisze o jej śmierci, czuć fascynację i szacunek.

5. Punkt najtrudniejszy do skomentowania, bo trzeba by całą księgę napisać. Ograniczę się zatem do - zapewne powtórzenia, że społeczności, w których mit jest żywą rzeczywistością, postrzegają sakralne elementy w ich życiu codziennym zupełnie inaczej niż te, które oddzieliły sacrum od mitu (jeśli przeżyłam w Indiach jakiekolwiek "oświecenie", to polegało ono na uświadomieniu sobie naocznie tego faktu). Zetknięcie z mitem zazwyczaj powoduje we współczesnym człowieku zachodu poczucie, że "to nie ma sensu": za dużo sprzecznych wersji, a w ogóle to wszystko się nijak nie składa w całość. Zapominamy przy tym, że "mity" czy mitologie takie, jakie znamy z zapisów literackich, kształtowały się przez stulecia, a pewnie i tysiąclecia, łącząc się i rozdzielając po drodze, dostosowując się do zmieniających warunków, a zarazem pozostając niezmienione. Co ciekawe, antyczny "człowiek zachodu", który wymyślił logikę dwuwartościową i kategorie rzeczy, nie miał problemu z pogodzeniem naukowego racjonalizmu z irracjonalnością mitu. Tertulian, którego skądinąd wyjątkowo nie lubię, zapewne zechciałby mnie spalić na stosie za to, co teraz powiem, ale jego credo quia absurdum jest być może ostatnim świadectwem myślenia mitycznego w Europie - a raczej ostatnim jego oficjalnym wyrazem, bo ono gdzieś tam czasem sobie drzemie i nie daje nam spokoju. Pozwolę sobie zacytować - we własnym tłumaczeniu - ostrzeżenie z artykułu, który niedawno czytałam (skądinąd z okazji Kleopatry VII i jej dynastycznych przodkiń): "Nasze postrzeganie natury doświadczenia religijnego jest do tego stopnia ukształtowane przez doświadczenie judeochrześcijańskie, że mamy spore problemy z uznawaniem za przejaw religijności jakichkolwiek wierzeń czy praktyk, które odbiegają w znacznym stopniu od norm judeochrześcijańskich". To jedno, a z drugiej strony spojrzenie zwłaszcza popkultury zostało dodatkowo ukształtowane przez dziewiętnasto- i wczesnodwudziestowieczną popkulturową skądinąd, apologetykę w rodzaju Quo vadis, Ben Hura czy Szaty, które przedstawiają klasyczne oblicze starożytności w krzywym zwierciadle wynaturzeń, dekadencji i bałwochwalstwa.

Po tej długiej dygresji wracam do Percy'ego Jacksona. Autorowi tej książki udało się uniknąć w zasadzie wszystkich tych pułapek. Co więcej, mam wrażenie, że uczynił to bardzo w zgodzie z duchem klasycznej starożytności, z całą jej rubasznością, poczuciem humoru, a zarazem wyczuciem wzniosłości, kiedy jest potrzebna. Riordan umie uderzyć w ton podniosły, kiedy jest to potrzebne, ale poza tym bohaterowie, nawet jeśli są półbogami, zachowują się normalnie jak współczesne dzieciaki z kłopotami w szkole. I może tak powinniśmy sobie wyobrażać dzieciństwo Achillesa, Tezeusza czy, powiedzmy, Juliusza Cezara - oni nie tylko dzieckiem w kolebce łeb urywali hydrze, ale również zapewne biegali po pałacowych czy willowych korytarzach, goniąc się z rodzeństwem a i dziećmi niewolników. Nawet Katon czy Cyceron byli zapewne kiedyś zwykłymi dziećmi, a kiedy dorośli, to też nie przez cały czas wygłaszali mowy w Senacie.

Dziecko


PS. A tu wrzuciłam parę zdjęć luźno związanych z akcją książki ;)

wtorek, 21 kwietnia 2009
Ab Urbe condita 2762

Wedle legendy Rzym został założony 21 kwietnia, a więc dziś jest rocznica. Która, to trochę bardziej skomplikowana sprawa, ponieważ zarówno sami Rzymianie mieli w tym względzie różne opinie (datowania wahały się o ok. 100 lat), a poza tym wprowadzenie dat wedle rachuby chrześcijańskiej nie obyło się bez popełnienia pewnych błędów, toteż w tytule przyjęłam umownie 2009 plus najczęściej przyjmowane 753. Z tej okazji garstka moich ulubionych anegdot rzymskich. Z góry przepraszam za niezbędne w tej sytuacji drobne sprośności oraz nie całkiem poważne podejście do arcypoważnej historii poważnego imperium.

Oczywiście w świecie archeologicznym i historycznym nie ma zgody co do tego, czy istotnie w jakimś momencie nastąpiło "założenie" miasta, czy też po prostu rozwijało się ono w sposób naturalny z osady. Na rzecz wersji zgodnej z legendą o wyznaczeniu przez Romulusa (21 kwietnia) pomerium czyli sakralnej granicy miasta, a następnie o zbudowaniu przez tegoż murów miejskich świadczą dość niedawne odkrycia na Palatynie - pozostałości muru datowanego na ok. 730, a więc na okres, w którym najpowszechniejsza tradycja rzymska sytuuje pierwszych królów, Romulusa i Tytusa Tacjusza (którzy rządzili wspólnie z Palatynu i Kapitolu po zażegnaniu sporów związanych z porwaniem Sabinek, kiedy Rzymianie zorientowali się, że jeśli czegoś nie zrobią, to ich miasto nie ma szans przetrwać dłużej niż jedno pokolenie...).

Wilczyca kapitolińska

Lupa czy... lupa?

Z Romulusem wiążą się co najmniej dwie anegdoty ciekawsze od pomerium i zabicia Remusa (bliźniaka, żeby było jasne, ale chyba jednak nie dominującego). Pierwsza właściwie wiąże się jeszcze z oboma braćmi, wychowanymi, jak chce znów legenda, przez wilczycę. Otóż albowiem lupa po łacinie to nie tylko wilczyca, ale również kobieta, powiedzmy eufemistycznie, lekkich obyczajów i na dodatek sprzedajna. Istnieje w związku z tym teoria, iż to nie żadna wilczyca niańczyła synów Rei Sylwii (i Marsa, który objawić się jej miał pod postacią fallusa w ognisku, podobnie jak mniej więcej siedem wieków później - to materiał jeszcze bardziej anegdotyczny - Atii, matce Oktawiusza, znanego lepiej jako Oktawian August; wielkie brawa dla Polly Walker za rolę tej jędzy w serialu Rzym), ale, nie bójmy się tego powiedzieć, ladacznica. Jak było: jaskinia czy też lupanar, trudno powiedzieć.

Ostrożnie z wyroczniami

Druga anegdota związana z bliźniakami jest taka, że czuć w niej jakiś dreszcz metafizyczny. Romulus bowiem został królem (a właściwie na razie oficjalnie dominującym bratem), jako iż podczas wróżb ukazało mu się dwanaście orłów, a Remusowi zaledwie sześć. Odczytano to jako wróżbę, iż założone przez niego miasto (=państwo) będzie trwało przez dwanaście stuleci. Legenda ta pochodzi ze starożytności. A teraz proszę sobie policzyć, ile stuleci minęło między rokiem -753 a +476.

Czego oczy nie widzą...

Tym razem co nieco o obyczajach religijnych. Ucząc się historii sztuki rzymskiej dość bezrefleksyjnie przyjmuje się informację, iż postacie męskie z narzuconą na głowę połą togi przedstawione są jako kapłani. Szczerze mówiąc ja też przyjęłam to jako fakt, niewiele myśląc - ot, tak ubierali się kapłani podczas pełnienia obowiązków religijnych. Obyczaj ubraniowy nie bardziej dziwny niż jakikolwiek inny, a po prawdzie rzekłabym, że mało ekstrawagancki. Jakże się myliłam, sądząc, że zwyczaj ten jest pozbawiony głębszego znaczenia... Otóż rzymskim obchodom religijnym niemal zawsze towarzyszyły wróżby i flamenowie, a za nimi również inni kapłani, zakrywali głowy po to, żeby przypadkiem nie dojrzeć za sobą złego omenu - a na dodatek zawsze towarzyszyli im fletniści, żeby zagłuszać złe omeny o charakterze akustycznym. Fakt, właściwie we wszystkich scenach ofiarnych pojawia się fletnista - ale to też zrzucałam na karb mało znaczącej obyczajowości. Powinno mnie to nauczyć ostrożności w stosunku do Rzymian. Pocieszam się jedynie, że nie jako pierwsza dałam się nabrać na ich prostolinijność. Przede mną był np. niejaki Pyrrus i cała rzesza innych wybitnych mężów, których Rzymianie pokonali siłą swego uporu i bezwzględnej przyziemności.

Marek Aureliusz jako flamen - oczywiście z fletnistą u boku

Przechodząc jednak do czasów nieco późniejszych i bardziej konkretnych wydarzeń (sami Rzymianie mieli do epoki królów uczucia, delikatnie mówiąc, mieszane, aczkolwiek naraził im się tak naprawdę jedynie ostatni z nich, Tarkwiniusz Pyszny, a historycy twierdzą, że i to wcale niekoniecznie i że może po prostu chodziło o rywalizację z Etruskami o dominację), lektura podręczników czy źródeł do historii Rzymu pokazuje, że niemalże można by jakiś absurd rzymski na każdy dzień. Co zabawniejsze, absurdalność wielu epizodów z dziejów Miasta wynika nie z czego innego jak rzymskiego praktycyzmu, pragmatyzmu i zdrowego rozsądku. Może nawet czasem zbyt zdrowego. Inna sprawa, że jak na niektóre absurdalne skądinąd opowieści popatrzeć nieco trzeźwiej, to bywają również przerażające (one same albo ich kontekst). Ale pozwolę sobie z pełną dezynwolturą chwilowo o tym zapomnieć.

The inconvenience - having to get a majority

Weźmy na przykład takiego Sullę (I w. BCE), skądinąd wynalazcę list proskrypcyjnych i masowych, przeprowadzanych wedle własnego widzimisię, czystek w społeczeństwie, który mógłby spokojnie być patronem wszelkich instytucji takich jak CzeKa i jej następcy. Nie sposób nie podziwiać w jakiś perwersyjny sposób jego pomysłu na zapewnienie sobie poparcia społecznego: mianowicie wyzwalał on masowo niewolników proskrybowanych obywateli i włączał, równie masowo, poprzez adopcję do swojej rodziny, dzięki czemu, by posłużyć się sformułowaniem z podręcznika prof. Jaczynowskiej, "całkowite posłuszeństwo komicjów [zgromadzeń ustawodawczych] zapewnił sobie przez obecność na nich 10 tysięcy Korneliuszy". No cóż, przynajmniej - zgodnie z rzymską naturą, dla której dbałość o szczegóły procedur i rytuałów była jedną z podstawowych cnót - dbał o to, żeby sfałszowane wybory były fałszowane lege artis...

Wszystko na sprzedaż

Albo taki epizod z czasów cesarstwa, a konkretnie burzliwego przełomu II i III w., kiedy to po upadku dynastii Antoninów - skądinąd najlepszej, jaką Rzym miał, jeśli nie liczyć ekscesów Kommodusa, które do tegoż upadku doprowadziły - i zamordowaniu przez gwardię pretoriańską (pretorianie już od czasów Tyberiusza, a zwłaszcza Nerona, stanowili rodzaj junty wojskowej, tyle że złożonej z szarych eminencji, a nie rządzącej bezpośrednio) wybranego wcześniej na jej wniosek  cesarza Helwiusza Pertinaksa, nastąpił okres chaosu. Pretorianie wpadli wtedy na pomysł, który zasługuje na to, żeby znaleźć się w humorystycznej powieści fantasy, a nie poważnym podręczniku historii, więc pozwolę sobie zacytować ten ostatni (tym razem jest to tom drugi Dziejów Rzymu Cary'ego i Scullarda): "Wymierszywszy 'karę' Pertinaksowi [nie chciał nieszczęśnik działać zgodnie z zaleceniami junty], kohorty pretoriańskie bez żadnych skrupułów wyjawiły kryteria, jakimi zamierzały kierować się przy wyborze cesarza. Kiedy do wakującej godności cesarskiej zgłosiło się dwóch kandydatów: prefekt Miasta Flawiusz Sulpicjanus oraz nieudolny, ale nadzwyczaj bogaty senator Didiusz Julianus - gwardia cesarska wystawiła Cesarstwo na licytację i ostatecznie przysądziła je Julianowi, który wygrał konkurencję z Sulpicjuszem, oferując za tron bajeczną kwotę - po 25000 sesterców dla każdego żołnierza." Zastanawiam się, czy muszę dodawać, że mniej więcej trzy miesiące później Julianus już nie żył, zamordowany przez pretorian, co zresztą moim skromnym zdaniem najdobitniej świadczy o jego nieudolności politycznej i głupocie - w owych czasach ubiegać się o władzę nie mając własnego mocnego zaplecza politycznego (najlepiej w armii) było gestem samobójczym.

Wilczyca z czasów Mussoloniego, godnego następcy Sulli

Na koniec tego pobieżnego przeglądu moja absolutnie ulubiona anegdota, która łączy w sobie tradycję, obyczajowość z historią sensu stricto. Otóż większość rytuałów i zwyczajów państwowo-religijnych Rzymianie odziedziczyli po Etruskach, którzy byli niezwykle przesądni, jeśli chodzi o zachowywanie formalności właśnie, co w dość naturalny sposób łączy się z pewnym typem myślenia magicznego, właściwym wielu kulturom na niekoniecznie bardzo wczesnym etapie rozwoju. W każdym razie wśród obyczajów wprowadzonych wedle tradycji przez królów etruskich rządzących Rzymem było tzw. ius fetiale czyli zasady wypowiadania wojny. Wymagały one między innymi tego, żeby na wrogie terytorium rzucić włócznię - w ramach myślenia magicznego jest to bardzo sensowne, miało bowiem symbolicznie zapewniać dominację nad nieprzyjacielem poprzez zranienie i podporządkowanie sobie jego ziemi. Oczywiście można założyć, że w pierwszych dziesięcioleciach, a nawet stuleciach istnienia tego rytuału nie sprawiał on żadnego kłopotu. Problemy zaczęły się wtedy, kiedy Rzym podporządkowywał sobie coraz szersze terytorium, jako że zasadniczo rzut włócznią powinien być wykonywany z Miasta... Tu nawet Herkules by nie poradził (nec Hercules contra spatium). Ale nic to Rzymianom, znaleźli wyjście, któremu naprawdę trudno odmówić geniuszu.

Otóż po wojnach z Pyrrusem zmusili epirockiego jeńca, aby za pieniądze przekazane mu skądinąd przez SPQR, nabył niewielką działkę w okolicy Forum Boarium. W ten sposób ziemia ta stała się obcą, bo jakkolwiek znajdowała się w dzielnicy handlowej miasta, należała do obcokrajowca. Na tę działkę - zwaną ager hosticus - rzucano następnie świętą włócznię wypowiadając kolejne wojny. A trzeba dodać, że w całej historii Rzymu naliczono bodaj trzy lata, kiedy Rzym nie prowadził żadnej wojny, więc włócznia na działce nieszczęsnego Epiroty (o którym poza tym historia milczy: nie wiadomo, co się z nim stało, nie wiem też, jak rozwiązano kwestię dziedziczenia działki, by nie stała się terytorium rzymskim...) lądowała nader często.

***

Lubię się nieco pośmiać z Rzymian, zwłaszcza że jakkolwiek jakoś maniakalnie ich nie kocham, jednocześnie nie jestem w stanie ich nie podziwiać. Ich cywilizacja - właśnie cywilizacja a nie kultura - nie miała sobie pod wieloma względami równej. Pragmatyzm kazał im wymyślić mnóstwo rzeczy, bez których my, ludzie XX i XXI w. nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić życia (chociażby wodociągi z bieżącą wodą), a które potem, po upadku Imperium poszły w zapomnienie na długie setki lat. I przy wszystkich moich ansach wobec Rzymu i Rzymian, czasem sobie myślę, że szkoda może, iż Romulus nie zobaczył tylu ptaków, ile udało mi się uchwycić nad wieczornym Forum Romanum - symbolem Miasta jako stolicy cywilizowanego świata.

Forum Romanum i Palatyn
niedziela, 15 marca 2009
Do zobaczenia pod Filippi

Kiedy spoglądając na pierwszą stronę wikipedii uświadomiłam sobie, że dziś idy marcowe, przed oczami przemknęły mi sceny z różnych filmów, zapamiętane w jakimś bliżej nieokreślonym dzieciństwie wrażenia. 2053 lata temu został bowiem zamordowany jeden z herosów mojego dzieciństwa, Juliusz Cezar. Tak, każdy, kto się teraz obruszy, że nie jest to odpowiedni bohater dla dziecka, będzie zasadniczo miał rację, ale tak właśnie było. Na pocieszenie mogę jedynie dodać, że za sprawą Roberta Gravesa i serialu według jego powieści innym rzymskim herosem, którego wielbiłam w dzieciństwie, był cesarz Klaudiusz (skądinąd ostatni człowiek, który znał język etruski i kartagiński).

Musiałam mieć kilkanaście lat, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam film Juliusz Cezar Josepha Mankiewicza na podstawie Szekspira. Wydaje mi się wręcz, że jestem w stanie dość dokładnie datować to zdarzenie na czas, kiedy miałam piętnaście lat i zmienialiśmy mieszkanie, albowiem mam nieodparte wrażenie, że widziałam ten film na telewizorze stojącym gdzie indziej niż później, po zakończeniu przeprowadzki... W każdym razie jakkolwiek pamiętam, że niezupełnie chwytałam, o co chodzi na samym początku, dopóki Kalpurnia nie zaczęła przekonywać Cezara, żeby nie szedł do senatu, nigdy nie zapomnę kolosalnego wrażenia, jakie zrobiła na mnie scena przemowy Marka Antoniusza - najwspanialszy chyba literacki obraz mocy retoryki, tu, w tym pod wieloma względami przestarzałym filmie, pokazany mistrzowsko. Po części oczywiście dzięki aktorskiemu geniuszowi i charyzmie Marlona Brando (bardzo młodego i nijak nieprzypominającego don Corleone). Reakcje tłumu są pokazane bardzo prostymi środkami - dziś momentami wręcz śmiesznymi, ale aktorstwo tej konkretnej sceny nie zestarzało się ani na milimetr. Skądinąd w rolach zamachowców też wystąpiły późniejsze wielkie gwiazdy: John Gielgud jako Kasjusz i James Mason jako Brutus.

Pamiętam też, jakim zaskoczeniem było wówczas dla mnie, że tytułowy bohater ginie dość wcześnie, a potem jest jeszcze dużo filmu. Dużo później natomiast uświadomiłam sobie, że scena sprzed bitwy pod Filippi, kiedy Brutusowi ukazuje się duch Cezara, nie jest wymysłem Szekspira, ale jest wariacją na temat ostatniej sceny z żywotu Cezara pióra Plutarcha, gdzie Brutusowi dwukrotnie ukazuje się widmo przedstawiające się jako "daimon kakos", czyli raczej w przybliżeniu 'zły duch', zwiastun złego losu. Szekspir jedynie poszedł o krok dalej, nadając tej scenie więcej dramatyzmu. Nawiasem mówiąc, jednym z moich największych rozczarowań telewizyjnych był nie tak dawny spektakl Teatru Telewizji z jakąś plejadą autentycznych teatralnych gwiazd polskich (Radziwiłowicz, Frycz itd.) - spektakl nudny, pretensjonalny i bez pomysłu, którego nie zdołałam obejrzeć do końca (to taki mały ukłon w kierunku poprzedniej notki).

Swoją drogą, pozwolę sobie tutaj na małą dygresję, mam wrażenie, że w szkole polskiej Szekspir przedstawiany jest trochę jak taki prostaczek obdarzony sceniczno-dramaturgicznym geniuszem, który pisze sztuki na wszelkie możliwe tematy, czerpiąc z bliżej nieokreślonej historii - w najlepszym bowiem przypadku wspomina się, że Makbet jakoś tam ma się do na pół legendarnych dziejów Szkocji, temat Hamleta zaś zaczerpnął Szekspir ze wzmianki w jakiejś kronice. Ani słowa o tym, że ewidentnie Szekspir był niezwykle oczytany i znacznie więcej motywów czerpał ze źródeł - i to wcale niekoniecznie z mało znanych zapisów kronikarskich. Nie zamierzam wyważać tu drzwi zapewne wiele lat temu otwartych przez szekspirologów, ale dodam jedynie, iż najwyraźniej lektura Plutarcha dostarczyła Szekspirowi natchnienia nie tylko do świetnej sceny w Juliuszu Cezarze, ale również do... finału Romea i Julii, który jest twórczym przetworzeniem ostatnich godzin wspomnianego już dziś Marka Antoniusza i Kleopatry VII, opisanych w żywocie Antoniusza.

Edukacja licealna upłynęła mi w dużej mierze pod znakiem tłumaczenia De bello gallico (i rozmaitych kawałków z Cycerona dla przeciwwagi zarówno stylistycznej jak i politycznej), co jednakowoż nie zniechęciło mnie do autora, ale wręcz przeciwnie. Nic na to nie poradzę, ale jakkolwiek bym nie podziwiała tych wszystkich Ariowistów i Wercyngetoryksów (temu ostatniemu szczerze współczuję losu, jaki go w końcu spotkał, a na który nie zasłużył), to w ogólnym rozrachunku sympatyzowałam z Cezarem. Zwłaszcza że wśród tych wszystkich opowieści o marszach, zakładaniu obozów, budowaniu mostów i negocjacjach z kolejnymi plemionami barbarzyńców, zdarzają się takie absurdalne perełki jak uwaga o łosiach, które nie mają stawów kolanowych i w związku z tym śpią na stojąco, oparte o drzewa, żeby się nie przewrócić, bo nie byłyby w stanie się podnieść. Skąd się to Cezarowi ulęgło w głowie, nie mam pojęcia.

Może po części również dlatego, że z jakichś pobocznych lektur wiedziałam, że pogromca Galii nie był tylko geniuszem militarnym, ale również człowiekiem z krwi i kości, którego życiorys był barwny i niebanalny. W ostatnich czasach uporządkowałam wreszcie co nieco wiedzę na ten temat i mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że nie byłabym w stanie nie podziwiać odwagi politycznej, dalekowzroczności (której tak bardzo brakowało wielu politykom obozu przeciwnego) czy wręcz brawury tego człowieka. Najpierw w czasach krwawej dyktatury Sulli małżeństwo z córką jednego z największych wrogów dyktatora, proskrybowanego i zgładzonego Korneliusza Cynny; małżeństwo być może z prawdziwego uczucia, bo jak inaczej wytłumaczyć, że młody człowiek u progu kariery nic sobie nie robi z gróźb dyktatora i nie tylko żeni się z panną, ale też ucieka wraz z nią z kraju? Następnie afera z piratami, którym Cezar z pełną dezynwolturą oznajmia, że okup, jakiego za niego żądają, jest zbyt niski. A potem de facto ucieczka do Galii przed dłużnikami - zamieniona w pasmo sukcesów. Potem kolejne ryzykowne ruchy, wielokrotne stawianie wszystkiego na jedną kartę... I w zasadzie tylko jeden błąd polityczny: nieliczenie się z konserwatyzmem większości współczesnych polityków, którzy po prostu nie są w stanie zauważyć, że świat się zmienia, a dotychczasowe formy rządów prowadzą państwo na skraj katastrofy. Nie widzą też, że zabijając Cezara, torują drogę człowiekowi, który z lekcji, jaką było życie, a raczej śmierć wuja, wyciągnie jeden fundamentalny wniosek: że trzeba uśpić czujność senatorów, a dożywotnia dyktatura wprowadzi się sama, choć pod inną nazwą.

Nie mogę też nie docenić faktu, iż Cezar odbudował to, co sto lat wcześniej poniszczyli zwolennicy twardogłowej polityki wymazywania pewnych miejsc i faktów z mapy czy też z historii, czyli Kartaginę, zrównaną z ziemią na wniosek frakcji Katona. Przyczynił się również do odbudowy zburzonego w tym samym roku co Kartagina, ale za to bez ideologicznych podstaw ku temu, po prostu w akcie bezmyślnego wandalizmu, Koryntu.

Lubię też Cezara za coś, za co feministki zapewne zechcą mi głowę urwać - że ewidentnie był bardzo sexy. I nie sądzę, żeby afrodyzjakiem była tu głównie władza. Bo gdybym miała mówić o romansach, to zaczęłabym od opowiastki z wczesnej młodości, kiedy Cezar wplątał się w romans z królem Bitynii. Lubię go też za to, że ewidentnie pomimo tego, iż karierę robił w sposób dość bezwzględny, ewidentnie nieobce było mu uczucie przyjaźni i lojalności. Bodźcem do opuszczenia Galii i ruszenia na Rzym - tego ze słynnym przekroczeniem Rubikonu - była śmierć przyjaciela Klodiusza (który zresztą wcześniej przyczynił się do rozwodu Cezara z jego drugą żoną, Pompeją, tą, co to miała być poza podejrzeniami), zabitego przez przeciwników politycznych. Skądinąd, że pozwolę sobie znów na małą dygresję o pewnym ironicznym aspekcie tej sprawy. Mianowicie od stosu pogrzebowego Klodiusza zajął się budynek Curia Cornelia, ówczesnej siedziby senatu na Forum Romanum. W 44 r. Cezar zarządził odbudowę kurii i w tym samym roku zginął zamordowany na stopniach tymczasowej siedziby senatu w teatrze Pompejusza. Budowę Curia Iulia ukończył oczywiście Oktawian. Ustrinum czyli stos pogrzebowy Cezara ustawiono zresztą również w pobliżu, a następnie zbudowano mu tam świątynię, której pozostałości można oglądać do dziś, a do niszy, w której mieścił się ołtarz, ludzie nadal rzucają kwiaty. Jakoś tak miło mi się zrobiło, jak to zobaczyłam.

Najbardziej chyba jednak dramatycznym epizodem z życia Cezara była wojna domowa z Pompejuszem, wieloletnim sprzymierzeńcem, zięciem i zapewne również przyjacielem. Rozpad tej przyjaźni, zarówno osobistej jak i politycznej, nastąpił zresztą po śmierci Julii, jedynego legalnego dziecka Cezara, ukochanej córki pierwszej żony, co też wzmacnia tezę o romansowości tego związku, zakończonego zresztą śmiercią Kornelii. W wojnie domowej Cezar potraktował Pompejusza z pełną bezwzględnością (po części "na życzenie" tego ostatniego, któremu duma i ambicja nie pozwalały pogodzić się z nieuchronną klęską), ale wedle historyków bardzo źle zniósł fakt, że Pompejusz został zabity w Aleksandrii na rozkaz Ptolemeusza XIII, który (a raczej jego dworzanie) chciał w ten sposób przypodobać zwycięskiemu wodzowi. Niewykluczone, że ten postępek przyczynił się do tego, że Cezar poparł Kleopatrę w sporach o tron Egiptu; na pewno nie darował życia wszechwładnemu regentowi, eunuchowi Pothinusowi, który był pomysłodawcą tego zabójstwa. Plutarch wręcz pisze, iż Cezar płakał na widok przyniesionego mu sygnetu Pompejusza.

Ponieważ muszę jakoś zakończyć tę notkę, która jak zwykle rozrosła się w dość chaotyczno-dygresyjne uwagi, pozwolę sobie zacytować znów mojego ulubionego poetę, tym razem w wierszu osnutym wokół śmierci Pompejusza:

Jeżeli jesteś jednym z prawdziwie wybranych,
uważaj na to, jak osiągasz swą przewagę.
Jakkolwiek byś się wsławił, jakiekolwiek pochwały
twoich wielkich w Italii i Tessalii czynów
głosiłyby miasta, jakiekolwiek dla ciebie zaszczyty
uchwaliliby w Rzymie twoi wielbiciele -
nie ostoi się radość twoja ani tryumf
ani nie będziesz czuł się wyższą
(co to znaczy: wyższą?) istotą,
kiedy w Aleksandrii przyniesie ci Teodotos
w zbroczonej krwią misie
nieszczęsnego Pompejusza głowę.

I nie bądź nazbyt pewny, że w twoim życiu
ograniczonym, regularnym, przyziemnym
nie ma zdarzeń tak jaskrawych i strasznych.
Może w tej godzinie do porządnego domu
któregoś z twoich sąsiadów
wchodzi - niewidzialny, bezcielesny - Teodotos,
niosąc taką właśnie przeraźliwą głowę.

K. Kawafis, Teodotos, tł. Z. Kubiak
Cezar, Kleopatra i Cezarion

 
PS 1. A ponieważ bardzo lubię gdybanie historyczne (oczywiście w rozsądnych granicach), to zawsze zastanawia mnie, czy świat nie byłby lepszy, gdyby Oktawian zamiast zabijać Cezariona, syna Kleopatry, adoptował go, jak wcześniej on sam został adoptowany przez Cezara, i w sytuacji, kiedy nie miał męskiego potomka, wyznaczył go na swojego następcę - oczywiście pod warunkiem, że Liwia nie zdołałaby go pozbawić życia jak wszystkich innych młodzieńców zagrażających pozycji jej ukochanego Tyberiusza...

PS 2. Poszukałam scen z filmu Mankiewicza na youtube, ale niestety wybór jest nienajlepszy. Tutaj można zobaczyć kawałek sceny z mową pogrzebową Antoniusza (niestety pierwsze 50 sekund to wstęp, a mowa nie jest cała), tu zaś scenę przed mową Antoniusza.

czwartek, 29 stycznia 2009
Powroty

Długa była ta przerwa w pisaniu, ale też życie nie bardzo pozwalało mi na to, żeby ukończyć blogową notkę, którą zaczęłam pisać już jakiś czas temu (nie tak znów dawny), kiedy przeczytałam w internetowym wydaniu "Polityki" wywiad z prof. Aleksandrem Krawczukiem. Wywiad, który mnie zachwycił, co zresztą erat providendum (niektórzy to nawet przewidzieli, polecając mi lekturę, dziękuję, N). A zatrzymało mnie spraw kilka: zdany dziś egzamin licencjacki na ukochanych drugich studiach (co jeszcze nie czyni mnie bakałarzem, a jedynie dopuszcza do dalszych procedur pod warunkiem uzyskania absolutorium) oraz stworzony w nagłym przypływie entuzjastycznej weny nowy blog. O pochłaniającym mi również sporo czasu tłumaczeniu, które mnie wciągnęło, już pisałam.

A teraz o tym, co zaczęłam te parę dni temu. Prof. Krawczuk ma u mnie i wielu moich znajomych nieprzecenione zasługi w kwestii zainteresowywania nas antykiem. Dla mnie wprawdzie pierwszym zachwyceniem była Mitologia Parandowskiego i tegoż Wojna trojańska oraz prozatorski przekład Odysei, a potem z kolei zaczytywałam się różnymi mniej lub bardziej dziwacznymi powieściami dla mniej więcej młodzieży. Były to m. in. Czarne okręty Joe Alexa czyli Macieja Słomczyńskiego, Powrót na pustynię oraz Asklepios niejakiego Horii Stancu (jak się dopiero w dobie wikipedii dowiedziałam, poza tym rumuńskiego lekarza), Echnaton władca Egiptu autora, który nazywał się chyba Giennadij Gulia oraz już zdecydowanie mniej młodzieżowy Egipcjanin Sinuhe Miki Valtariego.

Z tą książką o Echnatonie to nawet wiąże się moje bardzo mocne wspomnienie z dzieciństwa: będąc na spacerze z nianią zobaczyłam ten tytuł na wystawie - jak mi się wówczas wydawało - księgarni przy ul. Długiej, niedaleko Placu Słowiańskiego. I wiedziałam, że muszę to mieć (tak, przyznaję, to był czas, kiedy pod wpływem Sinuhego fascynowałam się Egiptem, choć tak po prawdzie w tamtej powieści najbardziej zaintrygowało mnie państwo Mitanni, o którym przynajmniej teraz posiadam wreszcie jakąś tam wiedzę, oraz jakieś epizody chyba na Krecie). Niestety okazało się, że "księgarnia" była filią jakiejś biblioteki, na dodatek nie rejonowej dla mojej szkoły, i musiałam pożegnać się z tą książką na dobrych parę lat, aż wreszcie jakiegoś pięknego dnia znalazła się w antykwariacie na Szpitalnej. Ale mam teraz z tymi lekturami dzieciństwa pewien problem: chciałabym do nich wrócić, a boję się, że po latach mogły stracić cały urok... bo też wybitnymi dziełami literackimi nie były, a na dodatek obawiam się, iż nieobce było im ideologizowanie w duchu czasów szczęśliwie minionych.

W każdym razie Krawczuka zaczęłam czytać dopiero chyba w liceum i bardzo szkoda, że nie udało mu się odczarować wówczas dla mnie historii jako takiej, która od 8 klasy szkoły podstawowej (zmiana nauczyciela) zaczęła mi się kojarzyć z koszmarem wkuwania dat i pokazywaniem miejsc bitew na mapie. 

Wywiad z prof. Krawczukiem przywołał wspomnienia wszystkich tamtych lektur. Na dodatek jest to wywiad mądry. Nie chcę powiedzieć, że mnie to dziwi - ale może tak troszeczkę, jako że odnośnie czasów współczesnych Profesor jakiś czas temu nie wykazał się wielką przenikliwością, przyjmując tekę ministra w wyjątkowo niesympatycznym rządowym tworze. Gdzie na dodatek był tylko figurantem. Bywa. Nie należę do tych, którzy z takiego powodu przekreślają człowieka, nie mówiąc już o jego dokonaniach na innych polach.

Nie będę tu przytaczać wszystkich wypowiedzi, które w tym wywiadzie mi się spodobały, bo musiałabym prawie cały tekst zacytować (zwłaszcza o różnicach między mentalnością klasyczną a biblijną). Pozwolę sobie tylko na drobną uwagę: w wypowiedź Profesora wkradła się  niejasność, a raczej pojawia się w jego wypowiedzi sformułowanie, które zapewne dla niego samego było jasne, dla laika może jednak być mylące. Pada tam mianowicie taka uwaga, że Sokrates został skazany m. in. za "kult obcych bogów" - otóż (ponowny układ w stronę Ninedin, która wyjaśniła mi filozoficzno-teologiczne zawiłości sprawy) nie chodziło, jak można by z tego wywnioskować, o próby wprowadzenia do Aten kultu innych niż lokalne bóstw, taka praktyka dla Greków, podobnie zresztą jak dla ogromnej większości starożytnych nie była niczym dziwnym, a tym bardziej nagannym. Chodziło o poddanie krytyce oficjalnego, państwowego kultu jako takiego oraz głoszenie, że najwyższym "bóstwem" dla człowieka jest jego wewnętrzny daimonion

A w kwestii wyjątkowo przeze mnie lubianej i cenionej postaci historycznej, czyli cesarza Juliana zwanego Apostatą (jednak zacytuję: "niesłusznie nazwanego apostatą, bo on nie odstąpił od wiary, ale powrócił do wiary w bogów i starał się reformować starożytne wierzenia"), pozwolę sobie zacytować fragment mało znanego wiersza Adama Asnyka jako małą dedykację dla Profesora:

I zionąc duszę, w namiętnym krzyku
Słabnący rzekł Apostata:
"Dziś zwyciężyłeś, Galilejczyku!
Lecz jutro!... Gdzie jutro świata?"

Całość wiersza można przeczytać tutaj,  a dla tych, którzy przeczytają, pozwolę sobie jednakowoż na małą uwagę (coś taki ten wpis, że się czepiam szczegółów): mianowicie wedle źródeł historycznych Julian zginął ugodzony włócznią w plecy podczas ataku, a zatem raczej nie z ręki "perskich podjazdów", ale własnych żołnierzy, którzy wówczas już w ogromnej większości byli chrześcijanami (zresztą kto inny w wojsku miałby interes w pozbywaniu się bardzo utalentowanego i światłego cesarza?) - był zatem jedną z pierwszych ofiar prześladowań pogan, które niebawem miały się rozpętać na sporą skalę, o czym się jednakowoż najczęściej wygodnie milczy (co, że nawiążę do pewnych wątków wywiadu czyli paralel antyczno-współczesnych, przypomina mi podobne przemilczanie mordów na Niemcach po II wojnie w Polsce).

Kiedy dowiedziałam się o tym, przyszło mi do głowy, że może to legendarne Galilee vicisti ma jednak jakiś sens. Może Julian jednak to powiedział, umierając. Bo może miał na myśli po prostu "pokonałeś mnie, Galilejczyku" skierowane do tego konkretnego żołnierza, który go zdradził. Galilejczykami konsekwentnie nazywa Julian w swoich listach chrześcijan...

 Cesarz Julian

czwartek, 25 grudnia 2008
Solstitium

Na pewnym ultrareligijnym, by nie rzec fanatycznym blogu (radykalnego protestanta, który sądząc z wpisów wcześniej był działaczem katolickim) przeczytałam pełne ubolewania uwagi na temat zeświecczenia świąt, zakończone w samym wpisie albo w komentarzu dramatycznym stwierdzeniem, że ludzie "zapominają, co te święta upamiętniają". Hmmm, pomyślałam... Utyskiwanie dotyczyło ogólnie całego świata, ale wypowiedź była bardzo wyraźnie wyznaniocentryczna - cały świat powinien bezwzględnie podporządkować się temu, że 25 grudnia obchodzi się święto chrześcijańskie i już.

Nic na to nie poradzę, ale takie postawy sprawiają, że nóż mi się w kieszeni otwiera. Chociażby dlatego, że radykalno-fanatyczni chrześcijanie zapominają, iż ich religia wprowadziła grudniowe obchody Bożego Narodzenia dopiero w połowie IV w., kiedy stało się oczywiste, że nie wykorzeni się przyzwyczajenia ludzi do obchodzenia najważniejszego święta roku właśnie w tym czasie. Ponieważ autor tamtego bloga - zapewne w swoiście pojmowanym duchu tolerancji - kasuje nieodpowiadające mu komentarze, nie wysilałam się z napisaniem mu, że to on zapomina o tym, skąd wywodzą się obchodzone w tych dniach święta - z prehistorycznych jeszcze obserwacji zjawisk astronomicznych: że ok. 21-22 grudnia wedle obowiązującego obecnie dość powszechnie kalendarza słońce "powraca" na półkulę północną, dni stają się coraz dłuższe, a w ludzi wstępuje ponownie nadzieja, że minie zima, przyjdzie wiosna, będzie co jeść i nie będzie się marznąć. Warto tu przy okazji zaznaczyć, że grudniowe przesilenie zimowe jest takim momentem tylko dla cywilizacji wykształconych na półkuli północnej  - fakt, że w czasach prehistorycznych, a i później, było ich tu zdecydowanie więcej, jako że warunki naturalne były znacznie przyjaźniejsze. (Ta uwaga sprowokowana została przez przeczytany na blogu - dla równowagi - ateistycznym komentarz, którego autor stwierdził, że "święta bożego narodzenia są w czasie, który ludzie świętowali odkąd zeszli z drzewa", popełniając tu zasadniczy błąd rzeczowy, jako że gdyby te hominidy, które z drzewa zeszły, przyjęły postawę wyprostowaną i przez następne miliony lat ewoluowały w kierunku homo erectus, który jako pierwszy usiłował podbić Europę, obchodziły zimowe przesilenie, to musiałyby to robić w czerwcu, jako że ich tereny w ogromnej większości położone były na południe od równika.) Warto również zaznaczyć, że tam, gdzie letnie przesilenie oznaczało nie tylko ubywanie dnia, ale też początek upalnego lata grożącego suszą, przesilenie zimowe było zapewne traktowane jako wydarzenie przeciwne - to, które przynosi odwrócenie panowania ciemności/chaosu nad światem - taki punkt widzenia spotykamy już w sumeryjskiej Mezopotamii i na Bliskim Wschodzie, a w innych kulturach śródziemnomorskich dochodzi czasem do wymieszania obu perspektyw.

Faktem jest, że obchody przesilenia zimowego są bodaj najstarszym dającym się materialnie uchwycić "świętem" ludzkości, ponieważ trudno inaczej zinterpretować zaprojektowanie neolitycznego grobowca w Newgrange (powstałego mniej więcej równolegle z kształtowaniem się cywilizacji Sumerów), w którym nad wejściem umieszczono specjalny otwór tak, by promienie wschodzącego w dzień przesilenia (dla czasów 5000 lat temu) słońca padały do środka budowli. Nic też dziwnego, że celebrowanie tego dnia ważniejsze było w cywilizacyjnym kręgu północnym , gdzie różnice między ubywającym a rosnącym dniem były łatwo zauważalne, a i zimy bardziej dawały się we znaki niż na południu, gdzie początkowo kulty solarne przybierały nieco inną formę. Z późniejszych czasów znamy więcej podobnych założeń architektonicznych, a kulty solarne są najbardziej rozpowszechnionymi i najbogatszymi spośród mitów świata. I nic dziwnego nie ma w tym, że okres tuż po przesileniu stawał się naturalnym wyborem dla obchodów zwycięstwa światła nad ciemnością, porządku nad chaosem itd. Rzymianie w III w. - opierając się już na naukowych obserwacjach i obliczeniach astronomicznych (o Grekach hellenistycznych można śmiało powiedzieć, że uprawiali naukę) ustanowili dies nativitatis Solis Invicti - "dzień narodzin Niezwyciężonego Słońca", święta bardzo synkretycznego, obejmującego wiele kultów - na 25 grudnia, ponieważ od tego dnia można było obserwować rzeczywisty powrót słońca po kilkudniowym pozornym zatrzymaniu.

Wracając do samej symboliki wiązanej z zimowym przesileniem: jeśli się przyjrzeć chrześcijańskiej mitologii, to doskonale się ona w ten nurt wpisuje - i mnie nie przestaje tylko dręczyć pytanie, czy tak było od początku, czy też dopiero od wtedy, kiedy stało się to konieczne, aby upowszechnić nową religię (osobiście stawiałabym na tę drugą tezę ze względu na kontekst historyczny i polityczny działalności Jezusa, który niewiele ma wspólnego ze stworzoną później przez Pawła z Tarsu religią; niestety z powodu innych obowiązków nie miałam możliwości wysłuchać na żywo tez prof. Gezy Vermesa, który gościł niedawno w Krakowie, a który zna się chyba obecnie najlepiej na żydowskim kontekście powstania chrześcijaństwa - pozostaje mi przeczytać wydaną dopiero co w Polsce jego książkę; jak to zrobię, to zapewne nie omieszkam czegoś więcej tu napisać).

Kilkakrotnie przyznawałam się na tym blogu do wyznawania tezy, że przekaźnikiem sacrum jest mit i w związku z tym cieszy mnie wszelka jedność mitów ludzkości. Jeśliby odrzucić religijno-wyznaniowe różnice, te święta, które właśnie obchodzimy, mogłyby się stać najbardziej ekumenicznymi, jakie sobie można wyobrazić, bo nawet ateiści mieliby szanse cieszyć się z tego, że dzień robi się dłuższy i jesteśmy bardziej wystawieni na dobroczynny wpływ światła. Ale na to potrzebna jest dobra wola wszystkich stron, także chrześcijan, którzy musieliby przypomnieć sobie, że dostosowali swoją liturgię do znacznie starszych wyobrażeń ludzkości, a zatem wybierając umowny dzień "bożego narodzenia" wpisali się w powszechny mit, powszechne świętowanie.

Wszystkim zatem, niezależnie od poglądów i światopoglądów, życzę w tym dniu, zgodnie z jego prehistorycznym jeszcze duchem, narodzin nowej nadziei :)

Apollo z Olimpii

 PS 1. Rok temu dostałam w ramach emailowych życzeń świątecznych bardzo zabawną prezentację, którą można by zatytułować w duchu anglosaskim "How Political Correctness Stole Christmas", po polsku zaś być może "jak polityczna poprawność zabiła święta". Ponieważ nawet pdf z tej prezentacji jest za duży, żeby go tu umieszczać, podaję link do oryginalnego tekstu, który stanowił jej główną część.

PS 2. W tym roku z kolei dostałam w ramach świątecznych życzeń taki cytat, który bardzo dobrze zgadza się z moją mitologiczną wyobraźnią i poglądami: We have to  peer past two thousand years of blood and wine to even see the humble shepherd Tammuz, who died at the hands of soldiers two thousand years before that god, Adonis, son of Mary, was born on Mithra's birthday, in a stable. (Hal Duncan, Vellum). Dziękuję, N :)

PS 3. Nieskromnie pozwolę sobie zareklamować zamieszczony na Antiquitates mój własny przekład wiersza Kiplinga (w okolicy tematu), o którego publikacji wspominałam zresztą jakiś czas temu jeszcze w czasie przyszłym.

sobota, 01 listopada 2008
De mortuis

Antropogeneza pozostaje jedną z największych zagadek ludzkości (pomimo pewnych nieścisłości w nim zawartych, warto przeczytać artykuł o nowych kwestiach spornych, jakie ostatnio się pojawiły). Nie potrafimy uchwycić momentu, kiedy staliśmy się ludźmi, mimo że już dość dobrze znamy czas pojawiania się na Ziemi kolejnych gatunków człowiekowatych oraz ludzkich. Z czysto biologicznego punktu jesteśmy dość młodzi, bo należymy do gatunku, który pojawił się stosunkowo późno: Homo sapiens sapiens, kromaniończyka, Anatomically Modern Human.

Ale przecież narzędzia wytwarzali - to jeden z głównych argumentów na rzecz "ludzkiej" rewolucji wśród naczelnych - nasi znacznie (bardzo znacznie) starsi przodkowie, uważani jeszcze w najlepszym razie za hominidów, a nie ludzi; w postawie wyprostowanej i bez pełnego owłosienia (kolejna cecha typowo ludzka) chodził zaś, jak sama nazwa wskazuje, Homo erectus poprzedzający kromaniończyka o setki tysięcy lat. Na jednych z najstarszych stanowisk w Olduvai znaleziono ślady zagospodarowywania własnej przestrzeni (bo o domach jeszcze długo nie będzie można mówić), do najdawniejszych śladów człowieka w Europie, konkretnie w Hiszpanii, należą między innymi otaczane kamieniami paleniska - wyraźny dowód pomyślunku. Trwają spory o to, które gatunki posiadały umiejętność mowy - kolejny kamień milowy na drodze do tego, kim jesteśmy teraz. Równie sporną kwestią jest to, czy niektóre ślady, wzory na wczesnych narzędziach, są dowodem ich celowego ozdabiania, czy też przypadkowym układem rys, nacięć, uszkodzeń powstałych podczas obróbki i użytkowania. Z drugiej strony niektóre, nieraz również bardzo stare, narzędzia krzemienne wyglądają tak, jakby ich twórcy zależało nie tylko na uzyskaniu kształtu odpowiedniego do zastosowania, ale i harmonijnego, doskonałego pod względem estetycznym.

Piszę sobie te luźne uwagi dziś nie z powodu wspomnianego powyżej artykułu, ale ze względu na obchodzone święto. Wykształcenie się troski o swoich zmarłych uważane jest bowiem dość powszechnie za jedną z cech typowo ludzkich. I znów nie jesteśmy w stanie uchwycić tego momentu chronologicznie:  nie wiemy, kiedy naprawdę nasi przodkowie zaczęli dbać o to, co stanie się z ciałami ich bliskich po śmierci. I nie tylko z ciałami; dość powszechnie przyjmuje się, że wykształcenie się obrządku pogrzebowego związane jest z wyobrażeniami o pośmiertnej egzystencji człowieka - jakkolwiek ją postrzegano.

Ta troska mogła przybierać najróżniejsze formy, dziś dla nas niezrozumiałe, a czasami wręcz makabryczne. Na przykład we wczesnych epokach cywilizacji (neolit, brąz) zmarłych chowano często w domach mieszkalnych, tuż pod podłogą, nierzadko też zdarzały się pochówki wyłącznie części ciał, podczas gdy np. czaszki przechowywano w domach, niekiedy ozdobione maskami z gliny i inkrustacją oczu - świadczą o tym znaleziska z terenów Bliskiego Wschodu. Tak działo się w kulturach, które wierzyły, że obecność duchów zmarłych bliskich może zapewnić im szczęście i dobrobyt, w związku z czym należało zatrzymać przodków przy sobie. Z kolei kremacja ciał w kulturach pierwotnych łączona jest raczej z potrzebą "uwolnienia" duszy człowieka od ziemskich więzów - dlatego na jednym niezbyt dużym terenie mogą występować różnorodne pochówki, warunkowane systemami wierzeń danej grupy, podczas gdy okresy unifikacji obyczaju pogrzebowego uważane są za czas upowszechniania się konkretnych przekonań o życiu pozagrobowym.

Konkretne typy pochówków nie świadczą zresztą nijak o zaawansowaniu cywilizacyjnym. Z historycznych źródeł rzymskich wiemy, że we wczesnej epoce żelaza na Półwyspie Iberyjskim  żyły grupy ludzkie o całkiem zaawansowanej technologii, które swoich zmarłych porzucały na pożarcie dzikim zwierzętom (podobne zwyczaje miały również prawdopodobnie niektóre koczownicze ludy stepowe na wschodzie Europy i pograniczu azjatyckim). Co jeszcze ciekawsze, ubogie lub bogate wyposażenie grobowe w epokach przedhistorycznych nie jest związane z poziomem zamożności danej grupy ludzkiej: w społecznościach, o których wiemy, że przymierały głodem, mogą występować niezwykle bogate dary grobowe, podczas gdy pochówki prawie niewyposażone zdarzają się w grupach bardzo zaawansowanych cywilizacyjnie i mających dostęp zarówno do surowców, jak i towarów importowanych - wszystko zależy wyłącznie od przekonań i wierzeń danej grupy.

Czasy historyczne wraz z uchwytnym rozwarstwieniem społecznym przynoszą troskę o prestiż - zarówno za życia, jak i po śmierci. Kultura egipska była wręcz owładnięta obsesją śmierci, ale w zupełnie inny sposób niż średniowieczna Europa. Jedną z najważniejszych trosk Egipcjanina - zwłaszcza zamożnego i wpływowego - było zapewnienie sobie odpowiedniego grobowca. Budowano je już za życia (bardziej zapobiegliwi czasem wznosili sobie nawet kilka grobów), zaopatrując w zaklęcia i przedmioty mające zapewnić dobre bytowanie po śmierci, a także w wypisane na ścianach życiorysy, przy których bledną współczesne przechwałki w CV.

Jak ważna była troska starożytnych o zmarłych i dochowanie obowiązków wobec nich, mogą też świadczyć przykłady greckie, jak chociażby opisana przez Sofoklesa historia Antygony, która najpierw wypełnia rytuał niezbędny dla zapewnienia bratu przejścia do krainy umarłych, a następnie sprzeciwia się bezczeszczeniu jego szczątków. Może jednak jeszcze bardziej znaczące jest zachowanie Ateńczyków po wygranej bitwie morskiej pod Arginuzami, która mogła im zapewnić zwycięstwo w wojnie peloponeskiej. Ponieważ pod koniec bitwy rozpętała się burza, załogi okrętów nie zdołały wyłowić z morza wszystkich poległych, pozostawiając ich w ten sposób bez właściwego pochówku: za to zaniedbanie Ateńczycy skazali następnie zwycięskich dowódców na śmierć - strzelając sobie tym samym w stopę, ponieważ rok później pod Aigospotamoi ponieśli spektakularną klęskę, która przesądziła o zwycięstwie Sparty w całej wojnie... Ale to troszkę dygresja od zasadniczego tematu.

Zastanawia mnie tak na marginesie tych pre- i historycznych refleksji, czy nasz współczesny obrządek pogrzebowy mógłby powiedzieć cokolwiek przyszłym pokoleniom o naszej mentalności i stanie ducha. Czy będzie świadczył o czymkolwiek poza koszmarną biurokratyzacją naszego życia? Biurokracja zabija uczucia - trzeba załatwić z domem pogrzebowym, żeby zmarłemu włożyć do trumny ulubiony przedmiot, nie wolno zakopać urny w ukochanym ogródku czy też rozrzucić prochów w innym miejscu, które zmarły kochał. Biurokracja pozbawia nas możliwości wyrażenia uczuć, a o przekonaniach - nie zawsze szczerych i autentycznych - mają świadczyć wykonywane masowo pomniki grobowe.

Mam wrażenie, że w tym gąszczu przepisów regulujących całe nasze życie tracimy to, co tak usilnie staramy się odnaleźć wśród naszych przodków sprzed milionów lat - iskrę czlowieczeństwa. Na koniec zatem uwaga o tym gatunku, wokół którego narosło najwięcej sporów, czyli neandertalczyku. Człowieku, który wciąż nam się wymyka, jeśli chodzi o jego możliwości, zwłaszcza intelektualne, czy związki z naszymi bezpośrednimi przodkami. Większość pochówków neandertalskich nie wykazuje żadnych śladów dbałości o cokolwiek więcej niż samo pogrzebanie ciała, czyli ukrycie przed dzikimi zwierzętami.

Zaskoczeniem w związku z tym było odkrycie cmentarzyska w jaskini Shanidar we współczesnym Iraku - nie tylko dlatego, że było to najdalej na wschód wysunięte stanowisko neandertalskie, zdetronizowane pod tym względem dopiero całkiem niedawno - ale też ze względu na obecność pochówków świadczących o tym, że naszym wymarłym kuzynom nieobce były wyższe uczucia oraz jakaś wiedza wymagająca przekazu językowego. Część szkieletów nosiła bowiem ślady procedur medycznych, jeden zaś ze zmarlych pochowany został w grobie, w którym znaleziono bardzo dużą ilość pyłków kwiatowych, wskazujących na jakiś rodzaj ceremonii. Zapewne nigdy nie dowiemy się, czy ktoś z jego (był to mężczyzna) krewnych czy bliskich chciał w ten sposób wyrazić uczucie straty, czy powód był raczej natury estetycznej, czy może już nawet religijnej, ani też czy w takim obrządku uczestniczyła większa grupa ludzi, czy też był on pomysłem i dziełem jednego człowieka. Wiemy tylko, że współcześnie z pojawieniem się kromaniończyka, a może nawet troszkę wcześniej (bagatela, szacunkowo do 20 tysięcy lat) Homo neandertalensis też zadbał o jakiś aspekt pośmiertnej egzystencji jednego z członków swojej społeczności. Jest to dla mnie jakoś równie wzruszające jak słynny wianuszek z kwiatów w grobie Tutanchamona, pozostawiony tam być może przez młodziutką wdowę, Anchesenamon.

 Czaszka neolityczna

PS. To jest właśnie taka oblepiona gliną i o inkrustowanych muszlami oczach czaszka przechowywana w domu, pochodzi z okresu tzw. neolitu preceramicznego B (ok. 7200 BCE), znaleziona w Jerycho, które było jednym z pierwszych protomiast na Bliskim Wschodzie, obecnie w British Museum.

 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright