czwartek, 25 sierpnia 2016
Drakaina w Vence

Nigdy nie przypuszczałam, że pisać będę o Gombrowiczu. Nie żebym jakąś szczególną antypatią wobec autora Ferdydurke pałała. Nie. Gombrowicza cenię, doceniam, zazwyczaj lubię w teatrze, czasem (rzadziej) również do czytania. Co więcej - uważam go za doskonałego diagnostę Polski, Polaków i polskości. Mamy też podobne doświadczenia w kwestii bezradności w ratowaniu żuczków (choć u mnie bywają to czasem np. winniczki na szosie zamiast owadów na plaży). Wychodzi na to, że może jednak znalazłabym jakieś powody, żeby o Gombrowiczu pisać.

A zatem zacznijmy inaczej, żeby było prawdziwiej. Nigdy nie przypuszczałam, że w podróżach moich świadomie i celowo udam się dokądkolwiek śladami Gombrowicza. Zrobił mi to jednak zbieg okoliczności.

Od jakiegoś czasu preferując spokojne noclegi w kwaterach prywatnych i pragnąc odwiedzić Niceę z powodów całkiem niegombrowiczowskich, osiadłam mianowicie wraz z N. na dni dwa w malutkiej mieścinie Bar-sur-Loup, do której wracałyśmy dnia jednego przez Vence, gdzie z kolei zaniósł nas odbywający się tam targ staroci (francuskie targi staroci to temat na osobną notkę).

Vence, powiedziałyśmy dwugłosem w samochodzie, wracając już do Bar-sur-Loup, ponieważ zaczęło nam chodzić po głowach, że z czymś nam się ta nazwa kojarzy. Szybko się skojarzyła właściwie, a następnie już na kwaterze wyguglałyśmy to i owo. W tym jeden artykuł, przez który afera cała, o czym za moment. Na razie okazało się, że N. zostawiła w knajpie w Vence, gdzie zjadłyśmy kolację, torbę. Mimo sympatii do torby zapewne nie wracałybyśmy się po nią, gdyby nie to, że oprócz kilku wiktuałów pozostał w niej aparat fotograficzny N. ze wszystkimi jej zdjęciami z wyprawy. Telefon upewnił nas, że panowie z knajpy zabezpieczyli już nasze dobra i możemy je odebrać dnia następnego, a zatem decyzja zapadła: skoro los niesie nas z powrotem do Vence, to zmierzymy się z wyzwaniem, jakie postawił nam wzmiankowany artykuł. Przejdźmy więc do meritum czyli do rozprawy z rzeczonym.

Szacowne czasopismo Teatr zamieściło dziesięć lat temu felieton niejakiego Wojciecha Tomczyka (autora, wedle wikipedii.pl, kiedyś obiecującego, ale o dokonaniach jednak dość miernych, jeśli spojrzeć na ich listę w tejże wikipedii) o poszukiwaniach grobu Gombrowicza w Vence. Wedle relacji Tomczyka jest to przedsięwzięcie heroiczne i z góry skazane na klęskę, toteż poczułyśmy się wyzwane, jako że w znajdowaniu różnych rzeczy, w tym konkretnych grobów na zabytkowych cmentarzach, mamy pewne doświadczenie.

Naszą wyprawę mogłabym właściwie zamknąć w takim oto zdaniu: jedynym problemem okazały się wprowadzone ewidentnie niedawno zmiany organizacji ruchu w miasteczku, które sprawiły, że gps przeliczał kilka razy drogę na cmentarz i kluczyłyśmy nieco. Niemniej jak już zaparkowałyśmy... Dla dramatyzmu oddajmy głos Tomczykowi, bo na komentarz zasługuje w zasadzie całość tego kuriozalnego tekstu (którego fragmenty przeklejam wraz z błędami). Ponieważ zaś jakichś skrótów muszę dokonać, czytelnik szanowny całość znajdzie tutaj. Dla porządku zauważmy tylko, że felieton zaczyna się od żalu do Gombrowicza o to, że umarł i to przed dostaniem Nobla, i przejdźmy o akapit dalej, do listy innych okołośmiertelnych przewin Witolda G.

Po pierwsze zmarł był daleko. Z Warszawy do Vence jest ponad tysiąc osiemset kilometrów. Jedzie się głównie płatnymi autostradami. Tylko tam, gdzie – jak w Polsce –autostrady nie istnieją, opłaty się nie pobiera.

Nieprawda. Mniej więcej połowa najkrótszej drogi z Warszawy (skąd, zakładam, odbywały się peregrynacje opisane w tekście) do Vence wiedzie przez Niemcy, gdzie autostrady zarówno w 2006 były jak i 2016 pozostały bezpłatne i na dodatek bez ograniczenia prędkości. Na niewielkim kawałku Szwajcarii można bez trudu ominąć płatne autostrady, we Włoszech lepiej zapłacić, żeby oszczędzić czas, a kawałek autostrady francuskiej między Niceą a granicą włoską jest akurat bezpłatny.

Po drugie miasteczko Vence jest tak piękne, że nie sposób zrozumieć, jak to się stało, że taki skądinąd inteligentny pisarz zechciał akurat tam umrzeć. W Vence chce się żyć i na to nie ma siły.

Vence jest ładne. Podobnie jak np. Bar-sur-Loup oraz inne miasteczka położone między nimi. Nie jest jakoś nadzwyczajnie piękne, widziałam w swoim życiu sporo ładniejszych zarówno architektonicznie, jak i pod względem położenia. Gombrowicz skądinąd mieszkał w najpiękniejszej willi w Vence (Villa Alexandrine, perła architektoniczna belle epoque), znajdującej się przy jednym z głównych placów miasta, ale Wojciech Tomczyk pomija to milczeniem. Może dlatego, że 1) nie pasuje to do obrazu nieszczęsnego emigranta; 2) Gombrowicz zmarł w mniej spektakularnym miejscu, dokąd przeniósł się z powodu windy (nie jestem taka mądra, doczytałam). Dam sobie jednak spokój z tym fragmentem, ponieważ pewien poziom pretensjonalności pozbawia mnie zdolności komentowania. Robię też ciach następnego kawałka, gdzie jest m.in. o Polakach nieprzejednanych, ale struktura zdania nie pozwala ustalić, o kogo właściwie chodzi: bohatera czy autora tekstu.

I kiedy już dotrzemy do Vence, zobaczymy dom Gombrowicza, pozostałe zabytki, jedną, drugą knajpkę, to każdemu Polakowi strzeli do głowy, by odwiedzić także cmentarz. A na cmentarzu grób pisarza.

Przyznam uczciwie: gdyby nie tekst Wojciecha Tomczyka, nie strzeliłoby mi to do głowy, mimo że w wakacyjnych notatkach miałam na tym cmentarzu jeden nagrobek marginalnie interesujący mnie z powodów akademickich. Ale oto dochodzimy wreszcie do głównego wątku.

Grobu Witolda Gombrowicza w Vence należy unikać jak ognia. (..) grobu Witolda Gombrowicza w przecudnej urody miasteczku Vence poszukiwać nie należy (...) ze względu na jego niefortunne położenie. Nie owijając w bawełnę – jest to grób położony wyjątkowo złośliwie. Poszukiwanie grobu Gombrowicza na cmentarzu w Vance to gehenna (...). Samemu można kopnąć w kalendarz ze zmęczenia i z nerwów (...).

Melduję posłusznie, że żyję i mam się dobrze.

Zacząć należy od stwierdzenia, że cmentarz w Vence jest niewielki, kameralny. I nieco zdradliwy. Przez lata gmina powiększała go o kolejne sekcje.

Czytając w przecudnej urody Bar-sur-Loup po raz pierwszy tekst Tomczyka popatrzyłyśmy po sobie ze zdumieniem i politowaniem. Nie sądziłyśmy, że dalej czeka nas lektura autentycznego eksploracyjnego thrillera.

Człowiek myśli, że już zaliczył całą nekropolię, aż tu nagle znajduje bramę do kolejnej kwatery. Warto dodać, że Vence leży w górach i w związku z tym cmentarz ma budowę tarasową, co dodatkowo utrudnia właściwe oszacowanie jego rozmiarów. 

Z doświadczenia powiem, że akurat kameralne tarasowe cmentarze świetnie nadają się nie tylko do szacowania ich rozmiarów, ale także oceny, gdzie mogą znajdować się groby z jakiego okresu. Horrorem są cmentarze płaskie, a także ogromne (polecam autorowi poszukanie czegoś, co nie jest dokładnie oznakowane, na Père Lachaise; nieskromnie przyznam, że umyka mi tam wciąż tylko jeden zajmujący mnie akademicko grobowiec). Dodam też, że wbrew ewentualnym pozorom doświadczenie znalezienia czegokolwiek na jednym cmentarzu nie gwarantuje znalezienia czegoś innego na innym - to tak nie działa. Ono daje jedynie poczucie, że nie ma rzeczy niemożliwych (a raczej zdarzają się bardzo rzadko).

Wszystkie te trudności sprawiają, że na tym cmentarzu zdecydowanie łatwiej jest się zgubić, niż znaleźć cokolwiek.

Ehem. Dwa cytaty wyżej było zdanie prawdziwe (bodaj, czy nie najbardziej prawdziwe w całym tekście): cmentarz w Vence jest kameralny. Na dodatek góruje nad nim spory pomnik poległych w wojnach, widoczny jako punkt orientacyjny z każdej chyba kwatery. Żeby się tam zgubić, trzeba mieć albo duży talent, albo dużo promili we krwi, albo też sporo samozaparcia w gubieniu się (ale wtedy będzie to zgubienie udawane: budowa tarasowa ułatwia orientację, jako że wchodzi się na górze).

Pragnę tu dodać, że nie opieram się wyłącznie na własnym doświadczeniu.  (...) w tym roku odbyły się co najmniej trzy ekspedycje do grobu Gombrowicza. Pierwszą, ekspedycją wiosenną kierowała znamienita redaktor Telewizji Polskiej Zuzanna Łapicka. (...) Ta ekspedycja zakończyła się całkowitym fiaskiem. Stało się tak, być może dlatego, że Zuzanna jako osoba światowa i wszechstronnie wykształcona dysponuje więcej niż biegłą znajomością języka francuskiego. Dlatego w miejscowej informacji turystycznej otrzymała zbyt dokładne wskazówki. Mało tego, narysowano jej plan. Wszyscy wiemy z własnego doświadczenia, że przy pomocy planu czy mapy nigdzie się nie trafi.

Z całym szacunkiem dla pani Zuzanny i jej ekipy, odkąd w wieku lat około ośmiu (było to w epoce przed nawigacją gps) nauczyłam się posługiwać mapą i pilotowałam kierującego samochodem tatę po całej Europie, nie łapię się na takie bonmoty jak ostatnie zdanie. Nadal zresztą korzystam z mapy, kiedy gps wymyśli coś głupiego. W kontekście cmentarza w Vence natomiast nie jestem w stanie zrozumieć, jak mając wskazówki i plan można było nie trafić.

Dalej jest o kolejnej wyprawie, latem roku tego samego, jak rozumiem (narracja jest dość pokrętna i zawiera długą dygresję na temat kompetencji harcersko-grzybiarskich kolejnego kierującego nią dziennikarza telewizyjnego, tym razem Macieja Orłosia).

Jako wnuk znakomitego grzybiarza i mikologa Maciek ma po prostu zakodowany w genach instynkt poszukiwania. Jego wyprawa zakończyła się sukcesem. Ale nie przyszło im to łatwo. Mimo przyjęcia wzorowej taktyki (wieloosobowa ekspedycja przeszukała cmentarz dwukrotnie tyralierą) grób Gombrowicza znaleźli na samym końcu. Jako po prostu ostatni.

W literaturoznawstwie istnieje taki termin: zawieszenie niewiary. W dużym skrócie chodzi o to, że dla akceptacji fikcji literackiej i świata przedstawionego konieczna jest niekiedy rezygnacja z racjonalnego myślenia i odniesień do świata rzeczywistego. Niestety podczas lektury powyższego fragmentu ta zdolność mi się zawiesza. Trzeba naprawdę ogromnych starań, żeby do grobu Gombrowicza dotrzeć na samym końcu, ponieważ położony jest w środku cmentarza. Pod murem, to prawda. Ale w środku. Ekipa musiała więc chyba wyznaczyć jakieś specjalne itinerarium, które pominęło ten konkretny kawałek, zostawiając go sobie na sam koniec.

Ale co tam, ważne, że znaleźli. Jeśli zatem myślisz, drogi czytelniku, że oto dobrnęliśmy do finału gombrowiczowskiej odysei Wojciecha Tomczyka, to się mylisz. Mimo że Orłoś znalazł, to albo nie opisał i nie zaznaczył, ale znalezisko zachował dla siebie, albo też WT postanowił - zgodnie z najlepszymi wzorcami nauk ścisłych - powtórzyć eksperyment od początku (pytanie tylko: po co? tu nie mamy do czynienia z naukami ścisłymi). Zamiast bowiem zapytać "Maćka" (o którym tak właśnie pisze, co wskazuje na stopień zażyłości wystarczający chyba, by otrzymać informacje o grobie Gombrowicza i jak go znaleźć?), Tomczyk przedsięwziął rodzinną wyprawę numer trzy. Po co jako wyprawę poszukiwawczą czegoś, co zostało znalezione? Nie wiem.

Po tym sukcesie wysłano kolejną wyprawę  (...). Na jej czele stanąłem niestety ja. Również przyjęliśmy wzorową taktykę. Mianowicie, rozdzieliliśmy się na samym początku i każdy z uczestników wyprawy przeszukiwał kolejne kwatery na własną rękę. (...) Wreszcie, po godzinnej lekturze strzelistych epitafiów, po przejrzeniu fotografii z grubsza wszystkich nieżywych mieszkańców Vence, moja żona słabnącym od upału głosem przejmująco jęknęła raczej niż krzyknęła - JEST!

Taktyka zaiste dobra, z N. też ją często stosujemy, choć częściej idziemy razem, rozdzielając raczej między siebie strony ścieżki. Akurat w Vence rozdzieliłyśmy się, a zatem zasadniczo stosowałyśmy taktykę identyczną z opisaną. Dla porządku: epitafiów strzelistych nie znalazłyśmy dużo, fotografii też nie było nie w nadmiarach. Ale może to dlatego, że odnalezienie grobu Gombrowicza zajęło nam dziesięć minut. Konkretnie po niecałym kwadransie byłyśmy już z powrotem w samochodzie, zaparkowanym na pobliskim placyku.

A teraz najciekawsze. Może jednak wśród gombrowiczolubnych poszukiwaczy grobu panuje niepisana zmowa, że informacji ułatwiających jego odnalezienie nie ujawnia się postronnym, choćby byli nie wiem jak zakumplowani. W kolejnym akapicie czytamy bowiem, co następuje:

Grób Gombrowicza, znajduje się, dodam dla porządku, złośliwie tuż przy wejściu na cmentarz. Tylko trzeba wiedzieć, przy którym. 

Otóż nie. Gdyby ktokolwiek z was, szanowni czytelnicy, odczuwał arcypolską potrzebę szukania grobu Gombrowicza, to jako osoba wobec zagadnienia obojętna, która jedynie podjęła wyzwanie, a zatem niemająca żadnego interesu w upowszechnianiu mitu o nieodnajdywalności, informuję, że żadnego wejścia/wyjścia koło grobu Gombrowicza nie ma; co więcej - dokładne oględziny okolicy nie wskazują, żeby kiedykolwiek było. Grób, jak już wcześniej zaznaczyłam, jest w środku cmentarza. Konkretnie na trzecim tarasie od góry, po lewej (patrząc od znajdującego się na górze wejścia) i pod murem, w samym lewym kącie kwatery. Z górnego tarasu, na który wchodzi się właśnie po lewej, należy się jednakowoż najpierw skierować na prawo od pomnika poległych, do jego drugiej części (tarasu, nie pomnika), a dopiero tam na dół (inaczej się po prostu nie da!) i w lewo, w kwaterę pomiędzy tabliczkami 1bis i 2bis.

Aha, przy jedynym (!) wejściu na wiszącym na ścianie planiku cmentarza grób Gombrowicza i droga do niego prowadząca zaznaczone są żółtym markerem. Kartka wygląda na dość starą, ale może umieszczona została dopiero po kolejnych rozpaczliwych poszukiwawczych wysiłkach polskich celebrytów. Znalazłyśmy ją już wychodząc z cmentarza po odtrąbieniu szybkiego sukcesu, więc nie jest tak, że nam w czymkolwiek pomogła - szukając, dysponowałyśmy jedynie mylącymi informacjami Tomczyka.

Koniec i bomba.

Cmentarz w Vence

Widok na drugi i trzeci taras (licząc od góry). Grób - w tylnym rzędzie dolnego tarasu, w kącie między wysokim i niskim żywopłotem (napis Tu jest nad nim). Poniżej planik dojścia wywieszony przy wejściu (wiem, trzeba nieco wysilić wzrok, ale przy tym świetle i za szybą to i tak niezły wynik).

Cmentarz w Vence - jak trafić

PS. Jest jeszcze jedna możliwość, w którą jednak pozwalam sobie nie wierzyć: ekipa pierwsza szukała na niewłaściwym cmentarzu. Co jednakowoż podważałoby albo znajomość francuskiego przez redaktor Zuzannę Ł., albo kompetencje biura turystycznego w Vence (w co wątpię, znając te instytucje akurat we Francji), albo polskich researcherów... Pod Vence znajduje się bowiem bardziej znany cmentarz Saint-Paul-de-Vence, na który błędnie w kwestii Gombrowicza kieruje np. serwis Find a Grave w notce z 2005. Ale Wojciech Tomczyk nie wspomina o dwóch cmentarzach, toteż albo poszukiwania dotyczyły za każdym razem poprawnie Cimetière de Vence, albo autor pominął informację o dwóch cmentarzach dla dodania dramatyzmu swojej opowieści. Co nie zmienia faktu, że grób Gombrowicza jest najzwyczajniej pod słońem łatwo znajdowalny.

 

 

 

środa, 08 lutego 2012
Smutny chichot Duchampa

Prawie sto lat temu (w roku 1917) Marcel Duchamp zbulwersował świat sztuki, wysyłając do amerykańskiej Society of Independent Artists rzeźbę (?) zatytułowaną "Fountain", a składającą się w odwróconego pisuaru i podpisu artysty (pseudonimem). Towarzystwo, znane z tego, że nie dokonywało selekcji dzieł nadesłanych na wystawy, złamało tę zasadę i Duchampa, który zresztą miał już wówczas jakąś tam pozycję w świecie sztuki, odrzuciło. Duchamp w odpowiedzi zrezygnował z uczestnictwa w radzie artystycznej Towarzystwa, a kilka lat później zradykalizował swoje dotychczasowe surrealistyczne podejście do świata, tworząc dada.

I pisuar, i dadaizm odegrały ważną rolę w historii sztuki, jako że w owym czasie już nawet fin-de-siècle z jego wszelkimi odmianami stawał się sztuką salonową, uznaną, a niedawny bunt wobec głównego nurtu staczał się w dekoracyjność, przestając pod tym względem różnić się od akademizmu czy realizmu. Duchamp miał jeszcze kogo szokować, miał komu pokazywać, co instytucjonalizacja i komercjalizacja robi ze sztuką. No i jeszcze nie zamknęło się okienko czasowe oryginalności takich gestów. Dwa lata wcześniej Kazimierz Malewicz wystawił "Czarny kwadrat na białym tle", co też było rewolucyjne. Bo jeszcze mogło. Takich dzieł nie widziały wcześniej galerie, nie mówiąc już o salonach.

Nie mam pojęcia, czy w jednym albo drugim przedsięwzięciu była jakakolwiek głębsza myśl poza tym, że oto powstaje pewna nowa jakość w sztuce. Choćbym długo myślała, tak naprawdę nie jestem w stanie wymyślić - ba, co więcej nie widzę takiej potrzeby - intelektualnych pokładów w czarnych kwadratach czy też odwróconych przedmiotach codziennego użytku. Mam wręcz wrażenie, że funkcja pokazania, że "tak też można" całkowicie wystarcza. Problem polega jedynie na tym, że coś takiego da się zrobić tylko raz. Oczywiście, można malować kolejne różnokolorowe kwadraty na różnych tłach. Jedne z nich będą estetycznie lepsze, drugie gorsze - zależeć to będzie od proporcji oraz doboru barw. W sumie nawet mam na ścianie trofeum z jednej z licealnych olimpiad z historii sztuki w postaci grafiki przedstawiającej czarny kwadrat na białym tle, dodatkowo podzielony na cztery kwadraty liniami wklęsłymi oraz z odciśniętymi powiększonymi palcami, zapewne autora. Nie jest to najwybitniejsze dzieło wiszące w moim domu, ale akurat ten pomysł z odciskiem palców dość mi się podoba, bo coś tam dodaje do zapewne świadomego powtórzenia. W każdym razie na pewno była to najbardziej mi odpowiadająca estetycznie i artystycznie grafika z tych, które jeszcze były do wyboru.

Można też oczywiście wstawiać do galerii najróżniejsze przedmioty, można też samemu się w nich ustawiać: żywcem, przy wykonywaniu rozmaitych czynności, albo też w postaci obrazu na taśmie. Tylko że niezależnie od tego, czy przedmiotem tym będzie wiadro ziemniaków, krzesło, łóżko czy but, tak naprawdę będzie to nadal pisuar Duchampa.

Piszę o tym wszystkim, kiedy ucichły już wrzaski obu stron - przeciwników i zwolenników - po wystawie Katarzyny Kozyry w krakowskim Muzeum Narodowym. Kiedy jeszcze trwały i karierę w necie robiło zdjęcie kilku ponurych młodzieńców pikietujących muzeum z narodowo-prawicowymi hasłami, zadałam na fejsbuku dramatyczne pytanie: co ma zrobić w tej sytuacji człowiek, który Kozyrę uważa za humbug a pikietujących za oszołomów?

Bo właśnie tak: Katarzynę Kozyrę, Dorotę Nieznalską, jak również cały anonimowy (dla mnie, bo nawet nie zadaję sobie trudu czytania tabliczek, nie mówiąc już o ich zapamiętywaniu) tłum artystów od wideoinstalacji, a i w dużej mierze zwykłych instalacji, i tym podobnych gałęzi sztuki, uważam za humbug, stratę czasu i miejsca w galeriach. Damiena Hirsta z jego rekinami i czaszkami również; cytowałam już tu kiedyś wypowiedź z sondy ulicznej, przeczytaną w angielskiej gazecie, że "ten, kto płaci milion funtów za rekina w formalinie, zasługuje na zjedzenie przez rekina". Nic się pod tym względem przez ostatnie trzy lata nie zmieniło: nadal uważam, że ten anonimowy przechodzień podsumował Hirsta lepiej niż całe grono krytyków.

Ten Hirst straszy tu ponownie nie bez kozery (gra słów zamierzona). Lecąc niedawno z Paryża niemieckimi liniami Lufthansa, wybrałam w ramach pokładowej lektury "The International Herald Tribune". Mało, że zaskoczył mnie wysoki poziom i rzadko spotykana wyważona centrowość tej gazety - największą niespodzianką był absolutnie perfekcyjny artykuł krytyczny poświęcony najnowszemu przedsięwzięciu Hirsta: globalnej wystawie obrazów w kropki. Krytyk w dość ostrych słowach najpierw nie pozostawił na realnej artystycznej wartości dzieł Damiena H. suchej nitki, obnażając zarówno płytkość akwarium, w którym pływa zakonserwowany rekin, jak i pustkę zionącą z diamentowych oczodołów czaszki, a następnie bardzo zgrabnie pokazał, na czym polega jakaś jednak pomysłowość najnowszego projektu, pomimo artystycznej mizerii większości kropkowanych obrazów. A raczej, na czym mogłaby polegać, gdyby galerie zdecydowały się na krok dalej, czyli otwarcie przez cały tydzień i całą dobę - żeby dać poczucie autentycznego globalnego odbioru. Ogólnie ton tej recenzji był taki: zmarnowano potencjał, który tkwił w pomyśle, rezultatem jest kilka wystaw raczej przeciętnej sztuki w kilku miastach świata. Aha, nowojorska ma ten plus (aranżacja), że fajnie jest tam zabrać dzieciaki, bo będą się nieźle bawić.

Po powrocie do Krakowa przypadkiem trafiłam na artykuł o tej samej wystawie na portalu gazeta.pl. Pierwsze zdanie brzmiało: O tej wystawie mówi się od dawna. O'rly? - chciałoby się zapytać internetowym memem. Pomijając wątpliwą prawdziwość tego stwierdzenia, jest ono utrzymane w tym samym duchu co tytuły czy leady artykułów plotkarskich w rodzaju "XX - mężczyzna, którego pragnęłaby każda kobieta". Następnie polski artykuł skupia się na rynkowej wartości kropek oraz problemie autorstwa: większości obrazów Hirst nie namalował osobiście, a jedynie firmuje całemu przedsięwzięciu. Amerykański artykuł też o tym wspomina, ale w kontekście tego, że obrazy są bardzo nierówne pod względem czysto estetycznym: na jednych kropki tworzą harmonijną całość dzięki dobrze dobranej wielkości (średnica wyznacza odległość) oraz kolorom, inne mają niedobre proporcje. Konkluzja dotycząca tego aspektu w recenzji IHT jest następująca: [Te kropki] są dziełem nie tylko różnych rąk, ale również różnych umysłów, i to może być w nich najbardziej interesujące. W polskim artykule jedynie sensacyjny ton "czy to jest jeszcze dzieło Hirsta??" A kilka dni później zestawienie krytycznych głosów wobec wystawy z głosami obrońców - z naciskiem na te drugie, choćby poprzez ułożenie ich w zbijanie argumentów strony przeciwnej. Tak jakby polski krytyk nie był w stanie przyjąć do wiadomości, że coś, co jest sławne (głównie z racji bycia sławnym) może być poddane ocenie biorącej pod uwagę na przykład wartość artystyczną.

Pozwoliłam sobie zrobić to zestawienie recenzji znów nie bez kozery, a raczej tym razem Kozyry. Mam bowiem wrażenie, że w Polsce zabrakło krytyki sztuki z prawdziwego zdarzenia - i nie mam na myśli ewentualnie istniejących czasopism branżowych, choć obawiam się, że i tam może panować kult (po)nowoczesności. Mam na myśli właśnie duże i poważne gazety codzienne, bo to one są naprawdę opiniotwórcze. Polska krytyka nie odważy się powiedzieć, że król jest nagi, ponieważ próba obnażenia pustki, wtórności czy choćby miernej wartości artystycznej dzieł Kozyry czy Nieznalskiej może zostać odczytana jako stawanie po stronie oszołomów, którzy te dzieła atakują z pozycji niemających nic wspólnego z walorami artystycznymi. Moja recepta byłaby taka: brońmy, bezwzględnie brońmy wolności wyrazu, ale nie dajmy się zwariować, że wszystko, co budzi sprzeciw strony, która ideowo jest nam obca i chciałaby artyście zamknąć usta (a raczej wystawę), jest eo ipso wielką sztuką bądź też, co chyba jeszcze gorsze, że nie wypada tego krytykować.

Żeby było zabawniej, chciałam sobie tę Kozyrę blogowo odpuścić, bo w sumie dość mi piórkiem powiewa jej sztuka i zamieszanie wokół niej. Nie lubię, nie polubię. Ale na wspomnianym portalu pojawił się artykulik reklamujący kolejnego "szokującego" artystę pod hasłami "najbardziej absurdalna wystawa?" i "Magazyn osobliwości? Zdecydowanie, ale podniesiony do rangi sztuki". Co jest przedmiotem wystawy? Między innymi to samo, co przyniosło sławę Kozyrze, czyli wypchane zwierzęta. Pomijając ogólne kwestie etyczne związane z takimi wystawami, z dwojga złego wolę pana Davida Shrigleya z jego makabreskami (choć nie do końca rozumiem, dlaczego nie mógłby ich malować - jak dla mnie miałyby wtedy nawet większą siłę wyrazu), np. wiewiórką trzymającą w łapkach własną głowę (nawiasem mówiąc, w przeciwieństwie do gazetowego recenzenta nie kojarzy mi się to ze wystawianiem tej głowy na sprzedaż, ale ze średniowieczna legendą św. Dionizym, który miał przejść całą trasę z centrum Paryża do obecnego St. Denis, trzymając swoją ściętą głowę w rękach) od nadętego i napuszonego komentarza pani Kozyry do "Piramidy zwierząt", mętnie tłumaczącego, że chodziło jej o powtórzenie aktu zabijania itd. w celu pokazania hipokryzji społecznej, odwznioślenia procesu produkcyjnego mięsa i jakieś tym podobne brednie.

Nie mam nic przeciwko sztuce, która coś znaczy - choć uwielbiam dobrą abstrakcję - ale niech ona znaczy sama w sobie albo w przyjętej konwencji (jak starożytne malarstwo egipskie czy siedemnastowieczne holenderskie), a nie wyłącznie w mętnych intencjach autora, bez których osobnego wyłuszczenia przekaz jest nieczytelny. A już bardzo źle jest, kiedy mętność udaje wieloznaczność. Bo to się świetnie sprzedaje: nie tylko w sztuce, ale również np. w filmie i filozofii.

Dobrze, przyznam się, że wyjątkowo nie lubię sztuki, która zanadto musi tłumaczyć sama siebie w długaśnych objaśnieniach artysty bądź też jego kumpla teoretyka. Mogę doczytać, "co artysta miał na myśli", jeśli ogólny zarys tego zamiaru jest czytelny w dziele, a komentarz (krótki i treściwy!) co najwyżej wyjaśni mi np. szczegółowy kontekst, niekoniecznie mi dostępny np. z racji różnic kulturowych. Pan Shrigley przynajmniej niczego nie tłumaczy w podniosłych słowach, a mnie co najwyżej może nie podobać się materiał, jaki wykorzystuje w sztuce, którą - sądząc chociażby po innych dziełach oraz wypowiedziach - traktuje jako zabawę. Zapałka z domalowaną buzią czy też podstawka pod doniczkę z brodatym filozoficznym obliczem może nie są wielką sztuką, ale są przynajmniej zabawne. Może nadają się raczej do niezbyt drogiej galerii z zabawnymi gadżetami produkowanymi przez absolwentów akademii sztuk pięknych niż do muzeów, ale przynajmniej nie pretendują do odsłaniania Prawdy o Wszechświecie, Kondycji Ludzkiej i Naszych Strasznych Czasach.

Takie właśnie zacięcie czy też taka persona mnie najbardziej irytuje u dwóch wspomnianych polskich artystek, które - niestety mam takie wrażenie - szukają na siłę "szokujących" tematów i sposobów ich pokazywania, bo w Polsce krytyka upadła tak nisko, że prostackie epatowanie burżuja wystarcza, żeby zdobyć parę minut (a nawet lat) sławy i zasłużyć na wystawę retrospektywną w narodowym muzeum. Problem w tym, że możliwości realnego i oryginalnego epatowania burżuja skończyły się jakieś sto lat temu. Dzisiaj "burżuj" będzie stał w kolejce, żeby obejrzeć coś, co pozbawiona pazura krytyka wepchnie mu jako dzieła skandalizujące i szokujące. Dlatego właśnie artykuł na gazeta.pl o Shrigleyu uważam za niemalże szkodliwy, no bo jak można na serio napisać w drugiej dekadzie XXI wieku (sto lat po Duchampie, przypominam) coś takiego: Pół makabryczne, pół humorystyczne instalacje to twory Davida Shrigleya*, którego wystawa (...) wywołuje sporo zamieszania w świecie sztuki. Bo czy wstawionego do galerii strusia bez głowy, poustawiane na schodach buty różnej wielkości, albo jajo z napisem "jajo" można traktować poważnie?

O'rly? - powtórzę. Przecież to wszystko już było, nawet wiele razy, w różnych wcieleniach. Wystawy nie widziałam, może jako całość jest ciekawie zaaranżowana, może właśnie część tych gadżetów jest po prostu fajnie pomyślana. Ale, na litość wszystkich bogów, oryginalności jest w tym wszystkim tyle co trucizny w zapałce! Wniosek: muszę poszukać i poczytać, co o Shrigleyu piszą krytycy z prawdziwego zdarzenia. Swoją drogą nie sądzę, żeby cokolwiek jeszcze było w stanie spowodować autentycznie "zamieszanie w świecie sztuki". No chyba że będzie to odnalezienie nieznanego obrazu Leonarda albo oryginału rzeźby Fidiasza, zwłaszcza gdyby takie dzieła przewracały nasze wyobrażenia o twórczości wielkich artystów - ale to przecież wydarzenia zupełnie innej rangi. Prawdziwego, zmieniającego oblicze sztuki nowatorstwa już raczej nie będzie.

Może być jeszcze dużo niezłej (a może i wybitnej) sztuki, zwłaszcza w tradycyjnych technikach, choć właśnie skonstatowałam, że ostatni malarze, których dzieła naprawdę mnie zachwycają albo przynajmniej je autentycznie cenię, urodzili się przed rokiem 1930 i zasadniczo już wszyscy nie żyją... Żyje jeszcze nieco młodszy David Hockney, za którym nie przepadam, ale niewątpliwie warsztatowo doceniam. A pewna młodsza ode mnie absolwentka krakowskiej ASP, której kiedyś wynajmowałam mieszkanie, i nabyłam jeden jej obraz (sympatyczna, ciekawie skomponowana abstrakcja), bo autentycznie podobała mi się jej sztalugowa twórczość, ponoć jednak przerzuciła się na happeningi, instalacje i sztukę użytkową. Szkoda.

 Co to takiego, koteczku?

PS. Dowiedziałam się niedawno od N. (i na wszelki wypadek sprawdziłam, choć N. ma fenomenalną pamięć do takich szczegółów), że pani Kozyra swoją Łaźnię filmowała na Węgrzech. Przyznam, że było to dla mnie szokiem: do niedawna naiwnie myślałam, że przynajmniej miała tyle odwagi, żeby zrobić to w Polsce, żeby następnie przyznać się do zastosowanego podstępu i przekonać swoich bohaterów do swojej "artystycznej wizji". Wybór ludzi, którzy de facto nawet nie mają szans dowiedzieć się o tym, że ich nagie wizerunki zostały bez ich wiedzy wykorzystane w kontrowersyjnym projekcie artystycznym (np. polski bezdomny miałby jednak takie szanse), uważam za najzwyczajniejsze pod słońcem... no, może lepiej zachowam dla siebie słowa, które cisną mi się na klawiaturę.

* Zastosowałam tu korektę: w oryginale było "Shrigley'a", a nagminne, zwłaszcza w mediach, niepoprawne używanie apostrofu w odmianie nazwisk obcojęzycznych doprowadza mnie do białej gorączki i nie ścierpiałam, nawet w cytacie.

wtorek, 04 maja 2010
Słabość człowieka przejmuje

Mój szacowny, uczony i poniekąd były - znaczy się nadal rozmawiamy, jak się na ulicy spotkamy, ale już nie muszę udawać, że interesuje mnie to, co on robi w pracy - kolega wydał książkę. I uwaga: książka jest Bardzo Ważna dla horyzontu (po)nowoczesności w Polsce! Ba, książka traktuje o "ważnym zjawisku w dzisiejszej panoramie myślowej"! Zjawisko nazywa się myśl słaba, zostało wymyślone przez dwóch facetów... przepraszam, filozofów... o których nigdy bym nie usłyszała, gdyby nie to, że przez pewien czas dzieliłam z Uczonym Kolegą biurko.

Wywikipediowanie ich dało mi wiedzę - nieposiadaną wcześniej, bo wszyscy w mojej byłej pracy uważali ją za przedustawną - że jeden z nich był zapoznanym rumuńskim filozofem o trudnym życiorysie, marzącym o szkolnej utopii, w której nie ma nauczycieli, a "nauką będzie dialog, spór, uwolnienie własnych myśli i idei na podstawie przeczytanych arcydzieł filozoficznych" (i ktoś mówi, że marksizm był filozofią nierealistyczną), drugi zaś jest nadal typowo włoskim kuriozum: jednocześnie komunistą, praktykującym katolikiem wyznającym zarazem "śmierć Boga" i gejowskim ideologiem. A do tego wszystkiego byłym europosłem i teoretykiem myśli słabej.

Może i ci panowie są/byli sympatycznymi ludźmi, podobnie jak mój Uczony Kolega - w sumie zazwyczaj lubię ludzi z fantazją jak ten Włoch, byle przy okazji nie mącili mi w głowie. A zapodane mi przez N streszczenie książki Uczonego Kolegi niestety sprawiło, że myśl słaba (a już z całą pewnością metatekst jej poświęcony) wydała mi się klinicznym przykładem bełkotu. Pozwolę sobie zatem zacytować co smakowitsze kąski z tego streszczenia celem poznęcania się nad nimi, jako że już dawno nie miałam - w sumie na szczęście - okazji pastwić się nad postmodernizmem.

Otóż przede wszystkim dowiedziałam się, że myśl słabą "cechuje zwrócenie szczególnej uwagi na to wszystko, co bytowo kruche, ułomne, kalekie, wybrakowane". Hmm. Co to właściwie znaczy? Dlaczego nigdzie nie ma choćby jednego przykładu (z referatów UczK również nie pamiętam konkretów)? No dobrze, jedyny niby konkret, który jestem w stanie wyłowić ze spisu treści (niech nikt się nie spodziewa, że wydam na tę książkę 40 zł), to cytat z Różewicza w części analitycznej, gdzie UczK najwyraźniej wiwisekcjonuje konkretne utwory za pomocą myśli słabej. Cytat brzmi: Słabnie poeta / obrazy tracą siłę i na moje oko jest po prostu metaforą starości i nie ma w tym żadnej wielkiej filozofii, bo poza wszystkim nie bardzo by mi to do Różewicza pasowało. Skądinąd chyba na podstawie tego właśnie cytatu mój inny eks UczK wykonał niegdyś ekwilibrystykę intelektualną, z której w dyskusji wynikł mój umiłowany "eksces jako miara wyporności wiersza".

Jeśli na dodatek połączyć tezy owego referatu (Różewicz publikuje coraz gorsze wiersze, których kiedyś nie zamieściłby w zbiorku, ponieważ w ten sposób celowo chce pokazać degradację swojego starzejącego się umysłu) z myślą słabą to wychodziłoby na to, że myśl słaba stanowi usprawiedliwienie dla publikowania rzeczy... no dobra, nomen omen: słabych. W sensie: niedobrych. Nieudanych. Oczywiście, wolno i można. Ale po co? Chyba że dla chleba. Tylko nie wydymajmy tego w wielką filozofię. Choć osobiście uważam, że nawet jeżeli starość ma coś wspólnego z pogorszeniem jakości wierszy Różewicza (moim skromnym zdaniem był to również przypadek Miłosza i Herberta, nie dotyczy zaś Szymborskiej, która nadal publikuje bardzo mało i są to rzeczy niezmiennie dobre), to jest to raczej kwestia utraty umiejętności krytycznej oceny własnych utworów i publikowania wszystkiego, co się napisało, jak leci.

Wróćmy jednak do streszczenia, bo najlepsze dopiero przed nami. Cytuję większy kawałek in extenso: "W myśli słabej istotne jest założenie, że sposób manifestowania się bytu słabego, czy też 'osłabionego', można wyrazić najlepiej za pomocą pojęcia śladu. Pewne wątki myśli słabej - a szczególnie właśnie pojęcie śladu - zastosowane zostały w książce do próby reinterpretacji podstawowych pojęć poetyki: pojęcia mimesis, tu traktowanego jako naśladowanie, ze szczególnym akcentem położonym właśnie na śladowość, pojęcia podmiotu tekstowego jako śladu-rysy..."

Jak to przeczytałam, to włosy zjeżyły mi się na głowie, a szczęka opadła na ziemię, wraz z wszystkim, co opaść może. Po pierwsze, o ile wiem, mimesis zawsze była tłumaczona i traktowana jako "naśladowanie", aczkolwiek w różnych epokach miało ono dotyczyć różnych rzeczy, toteż brak dopełnienia, czego naśladowanie dotyczy, pozostawia ten problem niewyjaśnionym. Po drugie - i to jest to horribile lectu - jak człowiek z wykształceniem filologicznym, ba, po części klasycznym, może tak naginać rzeczywistość językową, żeby uważać, że polskie naśladowanie jest kalką greckiej mimesis czy nawet łacińskiej imitatio, i wyciągać z podstawowego znaczenia tego polskiego wyrazu, czy raczej znaczenia jednego z jego składników, wnioski dotyczące znaczenia pojęcia oryginalnego? Mówiąc jaśniej: ani w greckim słowie mimesis, ani w łacińskim imitatio nie ma składowej cząstki znaczącej tyle co ślad*, umieszczanie go więc w polu znaczeniowym oryginalnego pojęcia jest, delikatnie mówiąc, nadużyciem intelektualnym. A na dodatek pojęcie śladowości, cokolwiek w zamyśle UczK ma znaczyć, odchodzi semantycznie dość daleko od samego śladu...

No ale cóż, najwyraźniej niedaleko pada jabłko od jabłoni, jako że na podobnym - choć mimo wszystko mniejszej wagi - nadużyciu przyłapałam jakiś czas temu jednego z czołowych guru polskiego postmodernizmu. W pewnym artykule dokonał on również niezłej ekwilibrystyki językowo-intelektualnej na podstawie faktu, że polskim odpowiednikiem francuskiego słowa lieutenant jest porucznik, mimo że językowo kalką lieutenanta jest namiestnik. Guru jednak uznał, że można wyciągać wnioski filozoficzno-literaturoznawcze z faktu, iż dwa znaczeniowo różne słowa oznaczają w dwóch językach tę samą funkcję wojskową.

Wszystkie te wygibasy przypominają mi rozbrajającą odpowiedź Uczonej Koleżanki z tejże byłej pracy, która na zarzut nierzetelności intelektualnej, również na gruncie językowym, odpowiedziała, że no niby tak, w sumie mam rację, ale jej to "tak ładnie pasuje do wywodu"... Myśl słaba myślą słabą, ale od takiego sposobu myślenia mnie osobiście robi się słabo.

I mam tylko nadzieję, że do przechadzającego się po Polach Elizejskich czy też przebywającego w jakichkolwiek innych zaświatach Arystotelesa nie docierają echa tych bredni, które jego kosztem wypisują różni Uczeni Koledzy. Bo jakkolwiek te jego pisma, które równie niecnie wykorzystał niegdyś Tomasz z Akwinu dla swojej ekwilibrystyki teologicznej, straciły w dużej mierze naukową aktualność, tak moim skromnym zdaniem Poetyka pozostaje wciąż najważniejszym tekstem o literaturze, jaki wydała ludzkość, pomimo archaicznej formy oraz zakorzenienia w konkretnej sytuacji kulturowej. Jeśli zaś docierają, to biednemu duchowi Arystotelesa zapewne robi się słabo.

Arystoteles, Narodowe Muzeum Archeologiczne w Atenach

* Na wszelki wypadek podaję dla podejrzliwych, żeby oszczędzić im szukania: ślad, trop to po grecku ichnion (ιχνιον), po łacinie zaś signum, vestigium lub indicium.

poniedziałek, 08 marca 2010
Na dzień kobiet

Nie jestem feministką, ponieważ pomimo błędów, czasem wręcz karygodnych, popełnionych w życiu (przede wszystkim: wybór pierwszego kierunku studiów, a następnie jeszcze gorszy wybór tego, na co się przenieść po jednym roku) oraz iluśtam zmarnowanych mało produktywnie lat uważam się za człowieka sukcesu. Właśnie człowieka, a nie kobietę sukcesu. Nie jestem feministką, ponieważ dla mojego poczucia życiowego sukcesu lub też - przez czas jakiś - jego braku płeć nie ma żadnego znaczenia.

Nie jestem również feministką, pomimo iż napisałam pracę o kobietach. A napisałam ją, ponieważ ogólny temat był ciekawy, a nie dlatego, że moje bohaterki były kobietami, a ograniczenie materiału przez kryterium płci było równie dobre jak wiele innych, np. chronologicznych.

Nie jestem feministką, ponieważ nie uważam, że wszyscy ludzie są "równi" - w sensie "tacy sami". Biologia człowieka sprawia, że do pewnych zajęć mężczyźni są lepiej przystosowani, a do innych kobiety, podobnie jak biologicznym faktem jest to, że przedstawiciele odmiany czarnej (bo biała, czarna i żółta to są odmiany, a nie rasy) są ewolucyjnie bardziej rozwinięci pod względem pewnych możliwości fizycznych i dlatego czarni są statystycznie lepszymi biegaczami niż inni. Oczywiście uważam, że jak kobieta koniecznie chce pracować na przodku albo podnosić ciężary, to niech sobie to robi, zwłaszcza jeśli ma po temu fizyczne warunki. Ale świętej sprawy bym z tego nie robiła, bo sama nie mam ochoty zajmować się żadną z tych dziedzin, a będąc feministką musiałabym walczyć w imieniu nieznanej mi amatorki któregoś z rzeczonych zajęć. Moja zgoda na to, że jeśli pani X chce wykonywać jakiś silnie zmaskulinizowany zawód, to niech go wykonuje, wynika z ogólnie liberalnych poglądów, a nie feminizmu.

Nie jestem ponadto feministką, ponieważ nie uważam, żeby parytety cokolwiek były w stanie załatwić. Co więcej, znam mężczyzn, którzy znacznie lepiej broniliby praw kobiet i równouprawnienia niż niejedna wojująca feministka, toteż wolałabym, żeby to oni wbrew parytetom zasiedli w parlamencie. Parytety jakoś dziwnie kojarzą mi się z punktami za pochodzenie, a to nigdy na dobre nie wychodzi, w żadnym systemie.

Ale przede wszystkim nie jestem feministką dlatego, że nie czuję się urażona jakimikolwiek wyrazami staroświeckiej uprzejmości mężczyzn wobec kobiet. Znam przypadki dystyngowanych pań z zagranicy, które były zachwycone polskim zwyczajem całowania w rękę. Nie mam nic przeciwko takim gestom, jeśli towarzyszy im właśnie tradycyjna uprzejmość i szacunek. A z chamstwem można się spotkać zarówno ze strony mężczyzn jak i kobiet. No i jeszcze jedno - nijak nie przeszkadza mi wykorzystywanie kobiecej (męskiej zresztą też) urody na przykład w reklamach. Lubię piękne rzeczy i jeśli modelka jest piękna, to chętnie na nią patrzę, podobnie jak na przystojnego mężczyznę, a w wyjątkowych przypadkach nawet na metroseksualnego chłopaka. Obcowanie z kulturą klasyczną uczy, że piękno ciała ludzkiego jest niedoścignione - dałam temu niepoprawny politycznie wyraz na Antiquitates i daję też tu. Na złość ideolo.

Hermafrodyta

PS. W związku z zaistniałą sytuacją niezrozumienia intencji autorki oświadczam, co następuje:

1. Liberalizm rozumiem inaczej niż Janusz Korwin-Mikke i jemu podobni, zwłaszcza gdy chodzi o sferę obyczajową.

2. Uważam, że wyznawane idee należy przede wszystkim wcielać w życie na własnym małym podwórku, toteż najlepszą metodą na propagowanie większego udziału kobiet w życiu publicznym jest dawanie dobrego przykładu poprzez konkretne działania i współzawodnictwo z mężczyznami, a nie poprzez głoszenie idei i domaganie się parytetów oraz ogólnie lepszego traktowania. Co więcej, nieskromnie uważam, że realizuję to w swoim życiu i o tym zasadniczo jest pierwszy akapit: robiąc swoje nie przejmuję się tym, kto ma łatwiej, bądź może być preferowany z takich czy innych względów, ale jak mi na czymś zależy, to po prostu staram się być najlepsza i swój cel osiągnąć.

3. Wynikające z 2: uważam, że polskie feministki znacznie lepiej by zrobiły, gdyby zajęły się niewdzięczną pracą u podstaw, jako w tym pozytywizmie, a nie lansowały się w mediach. Swoją drogą są kobiety sołtysowie, wójtowie i burmistrzowie, czyli jak się chce, to się da, i na pokazywaniu, że można chcieć i w rezultacie być równie dobrą powinna ta praca u podstaw polegać. Ale nie można też nikogo zmuszać, żeby chciał.

niedziela, 30 listopada 2008
Sancta simplicitas?

Ostatnimi czasy brałam udział w kilku bloxowych dyskusjach na tematy światopoglądowe, w których, jak mi się wydawało, wyczerpałam bieżącą potrzebę poruszania takich wątków. Tymczasem niedzielna "Gazeta Wyborcza" sprawiła mi andrzejkowy prezent, który w dziwacznie absurdalny, jak ze złego snu sposób wywołał wszystkie demony tamtych dyskusji na raz.

Chodzi o rozmowę z założycielem kolejnego prawicowego pisemka, nazwanego tym razem po mickiewiczowsku "44/Czterdzieści cztery". Otóż pierwsze, co mi się rzuciło w oczy (umysł?) to, że wypowiedzi pana naczelnego są histerycznym i patetycznym bełkotem. Takim niemalże, co wygląda na próbę ośmieszenia endecko-wszechpolskiej postawy. Ale niestety, on tak na serio. I ewidentnie również na serio miesza różne porządki, języki i repertuary wyobrażeń. Bo z jednej strony dosłowne traktowanie nowotestamentowej Apokalipsy, z drugiej - równie poważne przejęcie się ideą matrixa pokazaną w filmie braci Wachowskich...

Powiązanie to jest iście szatańskie, niezależnie od tego, że Matrix, zwłaszcza w swojej ostatniej części, przesiąknięty jest religijną symboliką (nie jestem wszelako pewna, czy tak bardzo pozostającą w zgodzie z ortodoksją katolicką, której obrońcą jest redaktor naczelny "44". Ale do Matrixa wrócimy za chwilkę. Na razie chciałabym zwrócić uwagę na coś innego, żeby w kwestii kształtowania się pewnego typu poglądów było bardziej chronologicznie.

W pewnym momencie we wzmiankowanej rozmowie padają następujące zdania: "Nie będziemy w '44' pisali tylko o apokalipsie i eschatologii. Ale one są dla nas kluczem do rzeczywistości. Poczucie nadchodzącego kresu - apokalipsy - które było udziałem chrześcijan pierwszych wieków, jest nam bardzo bliskie." Otóż pozwolę sobie w tym miejscu stwierdzić, że mało co przyczyniło się w równym stopniu do upadku cywilizacji w okresie najazdów barbarzyńców i pojawienia się różnych radykalnych poglądów (z kultem dziewictwa i pogardą dla doczesności na czele) jak to właśnie przekonanie, że kres dni ma nastąpić za życia pierwszych pokoleń chrześcijan. Żyjąc w takiej perspektywie istotnie łatwo uznać, że nie warto gromadzić dóbr (zwłaszcza jeśli należy się do warstwy społecznej, której i tak to przychodzi z trudem), nie warto się też rozmnażać - najlepiej jest usiąść i czekać.

Jak pokazała historia, oczekiwania te były próżne. Mijały lata i pokolenia, mijały stulecia, a świat się jakoś nie kończył, mimo że kolejne grupki liczyły na to, że kolejne okrągłe daty coś w tym względzie zmienią. Nie zmieniły. Redaktor naczelny jest więc nieco ostrożniejszy i nie wiąże kresu czasów z żadną konkretną datą (mimo że kalendarz Majów wskazuje 2012 rok), tylko ogólnie nastawia się na to, że Armageddon może nadejść w każdej chwili. I w tym momencie jak na ironię chciałabym go zapytać, czemu w takim razie nosi, sądząc po zdjęciu, drogą koszulę i garnitur? Skoro tak drogie i bliskie są mu w tym względzie poglądy wczesnych chrześcijan oraz asceza pustelników, to może odszedłby grzecznie na pustynię w worku pokutnym i bez telefonu komórkowego?

Otóż i w tym względzie redaktor naczelny jest ostrożny i na pytanie dziennikarza o niekonsekwencję (z jednej strony odrzucanie "matrixa", z drugiej deklaracja "żyjemy tu i teraz"), odpowiada natychmiast: "Trzeba go odrzucać tam, gdzie należy... Nie można go odrzucić w 100 proc. Wtedy należałoby popełnić samobójstwo." (Szkoda, że dziennikarzowi nie przyszło do głowy podrzucić eremu w miejsce samobójstwa...)

I tak wracamy do kwestii matrixa czyli ułudy rzeczywistości. Otóż - jako zajadły wróg Baudrillarda i innych postmodernistów - uważam, że na przykładzie tej rozmowy widać (cóż za paradoks), jak bardzo naszkodziły i namieszały ludziom w umysłach ich koncepcje. Bo czymże innym jest świat matriksowy przedstawiany przez redaktora naczelnego, jak nie światem baudrillardowskich symulakrów, tu opisanych jako efekt - a może raczej pole - działania szatana? A wszystko to na usługach skrajnie heterofobicznej, że się tak wyrażę (heterofobia jako lęk i niechęć przed innością, bo dla tego pana złe i grzeszne jest wszystko, co nie zgadza się z ciasno pojętą nauką kościoła katolickiego), ideologii.

A zarazem może sprawiać wrażenie otwartości na nowe idee, bo mówienie o matrixie czyli w domyśle rzeczywistości sztucznej, symulowanej, nie należało dotychczas do repertuaru pojęciowego fundamentalistów katolickich (i zresztą chyba jakichkolwiek).

Zastanawia mnie, co redakcja chce w ten sposób osiągnąć - promować prawicowy punkt widzenia ubrany w kostium bardziej atrakcyjny dla młodego odbiorcy niż skinowsko-wszechpolski czy też polityczno-dmowski? Bo niby ma być intelektualnie i na dodatek podlane lekko popkulturowym sosem. Z 25 osób wymienionych jako publicyści pierwszego numeru znam jedno nazwisko i nie kojarzy mi się ono dobrze - jest to wykładowca, o którym słyszałam, że wobec studentów podważał świadectwa Holokaustu. Ale tylko słyszałam od znajomych, którzy nie chcieli nic w tej sprawie zrobić (bo oceny), więc też niewiele zrobić mogę... Sęk w tym, że pan ten jest wykładowcą na wielkiej i uznanej uczelni, obecnie nawet kierownikiem katedry. Ergo: intelektualistą. Ergo: w pisemku mają się wypowiadać ludzie światli, humaniści.

A na koniec perełka, która jakoś dziwnie stawia ten intelektualizm pod znakiem zapytania. Redaktor naczelny mianowicie marzy o powrocie do średniowiecza, które bardzo mu się podoba jako  "epoka duchowo i moralnie spójna". Niestety, jedno co można powiedzieć po przeczytaniu tych słów: ich autor nie ma zielonego pojęcia o średniowieczu...

 Późnoantyczny Orfeusz

czwartek, 17 stycznia 2008
Carpe diem

Rozdawanie niepotrzebnych książek miewa czasem niespodziewane konsekwencje. Sprezentowałam mianowicie jakiś czas temu kilka tomów, do których nie zamierzałam zaglądać, mojej pożerającej wszelkie słowo pisane przyjaciółce - a ona oczywiście wszystko to przeczytała. Wśród książek zaplątał się również wysoce archiwalny numer miesięcznika "Znak" (chyba z początku lat '90, jak sprawdzę, to poprawię) i oto w numerze tym przyjaciółka moja znalazła przegląd innych periodyków, a w nim omówienie artykułu z współczesnej temu numerowi "Arki" pt. Zmowa Hermesków, czyli smutny spadek po hermeneutyce autorstwa Jerzego Hanuska, którego wyguglałam jako filozofa. I tak jakoś miło mi się zrobiło, że w czasach, kiedy ja jeszcze nie słyszałam nawet o postmodernizmie, ktoś już pisał o nim tak, że mogłabym się dziś podpisać pod jego stwierdzeniami wszystkimi łapkami. Pozwolę sobie w związku z tym zacytować co smakowitsze kawałki, dedykując je postmodernistycznym guru maści wszelakiej.

Kilka porad dla Hermeska: gdy widzisz kartkę papieru a na niej kreskę pionową i poziomą, pisz - "determinacja rysunku w postaci symetrycznie zarysowanej płaszczyzny mieści się w biegunowo odmiennych regułach pionu i poziomu". Gdy artysta stał, a potem się położył, notuj - "jego transfiguracja z pozycji wertykalnej w pozycję horyzontalną w sposób totalny przeistoczyła uniwersum relacji łączących artystę z pozostałymi rzeczami i osobami znajdującymi się w galerii, zmieniając tym samym, w myśl hermeneutycznego koła, znaczenie zarówno całości sytuacji, jak i każdej jej części z osobna". Pamiętaj: zamiast poznawczy pisz noetyczny, zamiast stwierdzający - tetyczny; przyswojenie to internalizacja, objaśnianie to egzegeza, własność to atrybut lub akcydens, przejaw to modus. Nie zapomnij dodać, że problem, o którym piszesz, odsyła w najmniej jasny obszar metafizyki. Wszyscy będą przekonani, że metafizykę masz w małym palcu, skoro rozpoznałeś jej obszary jasne, mniej jasne i ten najmniej jasny.

Czytałam to i przecierałam oczy, zwłaszcza patrząc na datę na okładce, żywotność bełkotu - a po prawdzie pseudonaukowej nowomowy - jest bowiem zadziwiająca. Dalej zaś znalazłam fragment, który w stu procentach podsumowuje moje osobiste doświadczenia z postmodernizmem:

Pisanie o sztuce skażone jest czymś, co można nazwać hermeneutycznym piętnem. Jest to szczególny rodzaj podejrzliwości, który każe lekceważyć realną obecność dzieła i poszukiwać tego, co jest w nim ukryte. Dzieło przestaje wyrażać, a zaczyna zakrywać. Jego realne elementy tracą wiarygodność. Działanie pracy przestaje być ważne, bo jest to tylko działanie zasłony. Istotne jest to, co kryje się za nią. To coś łatwo zmistyfikować.

Ostatnie zdanie w sposób wręcz idealny wyraża moją osobistą nieufność wobec postmodernizmu, albowiem proponowane przez jego wyznawców interpretacje nazbyt często wydają mi się naciągane - inaczej mówiąc, są mistyfikacjami. By nie rzec: manipulacjami. Nie ufam pomysłom takim jak poetyka negatywna: że najważniejsze jest to, o czym autor nie pisze (bo skoro nie pisze, to znaczy, że go to szczególnie uwiera, ergo: jest dla niego najważniejsze). Hmm, a co jeśli nie pisze, bo go to nie obchodzi? Albo że po prostu nie ma ochoty? Albo uważa za temat nieciekawy artystycznie? Albo wyeksploatowany na dziesiątą stronę tak, że on (autor) nie ma już na niego oryginalnego pomysłu? Najzabawniejsze jest to, że postmoderniści z pogardą odnoszą się do tzw. krytyki genetycznej, czyli wiążącej dzieło z biografią autora. Tymczasem poetyka negatywna zakłada przebadanie biografii autora pod kątem tych niewygodnych lub traumatycznych elementów, o których rzekomo nie pisze z wzniosłych powodów - czyżby czekając, aż krytyk się tego domyśli i opisze za niego?

Nie ukrywam: dzieła sztuki czy literatury lubię za to, że są. Że istnieją "namacalnie", fizycznie: mogę je oglądać, podziwiać, czasem dotknąć, sfotografować czy też przewracać kartki i czytać słowa, zdania, rozdziały, tomy. I nie obchodzi mnie w obcowaniu z dziełem sztuki jego status ontologiczny. Dodatkowo książki lubię głównie za opowiedziane w nich historie - oczywiście ideałem jest, żeby były do tego dobrze napisane, ale gdybym miała do wyboru napisaną tak sobie świetną historię i arcydzieło języka o niczym, to wybrałabym to pierwsze. Nie mam też nic przeciwko dziełom alegorycznym czy symbolicznym - są style i epoki, kiedy takie podejście jest wpisane w twórczość i rozszyfrowywanie tropów bywa fascynujące. Ale nie lubię dopisywania do dzieł tego, czego w nich nie ma, a czasem wręcz być nie może.

Moje pierwsze zetknięcie z postmodernizmem miało taki mniej więcej kształt, że kolega, który właśnie odkrył jakiś "święty" tekst, oznajmił mi z wypiekami na policzkach, że teraz nie trzeba już tylko interpretować Kanta przez Platona, ale można też Platona przez Kanta. Do dziś żałuję, że od razu wtedy nie uciekłam byle dalej od wszystkiego, co z postmodernizmem ma choćby ciut do czynienia. Straciłabym może temat na kilka wpisów na blogu, ale byłabym szczęśliwszym człowiekiem - co powinno mi dać do myślenia, zważywszy, że ze wszystkich szkół filozoficznych najbliższy memu sercu jest epikureizm.

Sympozjon

piątek, 04 stycznia 2008
Non possum

Jak na kolosalną wręcz ironię tkwię chwilowo w pracy, w której otoczona jestem przez fanatycznych wyznawców postmodernizmu. Polega to na tym, że z ust ich co rusz płynie swoista litania do świętych: Derridy, Baudrillarda, Lyotarda, Foucaulta, Rorty'ego, Bhabhy, Żiżka (nic nie poradzę, że dwaj ostatni są moimi ulubieńcami - rzecz jasna z powodów czysto eufonicznych) i jeszcze mnóstwa innych, których nazwisk nawet nie jestem w stanie zapamiętać, jako że za każdym razem pojawia się kilka nowych. Warto jeszcze dodać, iż są to święci od bardzo skomplikowanych spraw: dyskursu, Narracji (koniecznie przez wielkie N) i metanarracji (metaNarracji?), tożsamości, dekonstrukcji, postkolonializmu i reprezentacji, a modlić się do nich należy przy pomocy skomplikowanych formuł i zaklęć, których profan - taki jak na przykład ja - nie będzie w stanie zrozumieć. Po przykłady odsyłam do wcześniejszego wpisu, żeby się nie powtarzać. W takich to rytuałach zmuszona jestem brać udział - zasadniczo bierny, choć czasem obrazoburczy.

Tak właśnie zachowałam się niedawno, bo już nie zdzierżyłam. Zapytałam mianowicie pewną Uczoną Osobę, czy naginanie struktury gramatycznej i znaczenia słów w tytule pewnego dzieła tak, żeby stał się on dwuznaczną grą słów pasującą do wywodu owej Uczonej Osoby, nie jest przypadkiem nadużyciem intelektualnym. Uczona Osoba przez moment zdradzała pewne zmieszanie i usiłowała jakoś się tłumaczyć, po czym uśmiechnęła się słodko i oznajmiła, że może to i jest nadużycie, ale zaproponowana przez nią interpretacja jest tak atrakcyjna, że nie zamierza z niej rezygnować (w domyśle, jak rozumiem: z powodu takiej błahostki jak znaczenia słów). No muszę przyznać, że jak erystyka jest raczej moją mocną stroną, tak mnie zamurowało. Po raz drugi zresztą w tym szanownym gronie - pierwszy, co zabawne, też był związany ze znaczeniem słów, albowiem to ja zostałam wówczas zastrzelona pytaniem, jakim prawem uważam pierwotne znaczenia słów za prawdziwe. Niestety ujawnił się mój espirt d'escalier i nie odpowiedziałam "prawem zdrowego rozsądku".

A wracając do kwestii atrakcyjnych interpretacji - to jest najwyraźniej granica, za którą zaczynam krzyczeć: nie, nie, nie! Bo co wynika logicznie z przyjęcia takiego założenia? Że jeśli ktoś zacznie mi wmawiać, że sonety do Laury Petrarki są tak naprawdę sonetami do Wawrzyńca i to nie dlatego, że znalazł dowody, iż Petrarka był ukrytym gejem, ale dlatego, że tak jest fajniej, to mam pokornie potaknąć albo co więcej zachwycić się odwagą intelektualną rozmówcy? Że jeśli mam na zdjęciu z jakiegoś muzeum urwaną marmurową rękę, to mogę podpisać na moim fotoblogu, że to kawałek zaginionej rzeźby Praksytelesa albo Lizypa, ponieważ bardzo zachwyca mnie taka całkowicie skądinąd bezpodstawna hipoteza? Że mogę przetłumaczyć książkę całkiem dowolnie, ponieważ uważam, że napisana przeze mnie będzie lepsza (ha, czasem nawet właśnie tak myślę)? Że na egzaminie mogę powiedzieć dowolną bzdurę, a egzaminator nie ma prawa postawić mi dwói, jeśli uprę się, że to jest moja interpretacja i ona mi się bardziej podoba od książkowej? Że policjant nie ma prawa wlepić mi mandatu za wjazd do Rynku Krakowkiego, ponieważ a) w mojej osobistej interpretacji znaczek A oznacza C, a do strefy C mam prawo wjeżdżać, b) takie białe kółko z czerwoną obwódką w mojej interpretacji znaczy "brunetki w okularach mają prawo wjazdu"? I tak dalej, mogłabym dość w nieskończoność wyliczać przykłady.

Oczywiście, można powiedzieć, że grubymi nićmi szyta interpretacja tytułu mało ważnego dzieła literackiego nie czyni wielkiej krzywdy ludzkości, ale tu chodzi o pewne zasady. Zainspirowany niezwykle atrakcyjną tezą Jeana Baudrillarda, iż żyjemy w świecie kreowanych przez media symulakrów, kompozytor Karlheinz Stockhausen nazwał publicznie tragedię World Trade Center wydarzeniem medialnym. A to już nie są sprawy banalne.

Ateny

piątek, 12 października 2007
Postkolonialne bzdury

A dzisiaj będę politycznie niepoprawna. Ale tak dzieje się właściwie zawsze, kiedy natknę się na postmodernizm - nic nie poradzę, że na ogromną większość jego przejawów nóż mi się w kieszeni otwiera. Wczoraj zaś przeczytałam na portalu gazeta.pl artykuł pt. "Rzeczpospolita postkolonialna" , w którym pojawił się między innymi mój osobisty wróg, niejaki Homi K. Bhabha - w poświęconym mu artykule w Wikipedii polecam zwłaszcza passus o nagrodach za największy bełkot naukowy.

Ale do rzeczy. Oto moje non possum na uproszczenia i generalizacje przedstawione we wzmiankowanym artykule i ogólnie w postkolonialnej teorii.

1. Protestuję przeciwko przekonaniu i przede wszystkim przekonywaniu Zachodu, na którym obecnie bardzo modne jest poczucie winy, że "człowiek Zachodu" jednostronnie i płytko i ze swojej perspektywy postrzega Wschód i inne nieeuropejskie kultury. A jak niby "człowiek Zachodu" ma postrzegać? Jeśli zmieni perspektywę, to przestanie być człowiekiem Zachodu - czyli kimś, kogo ukształtowały takie a nie inne czynniki kulturowe, charakterystyczne dla cywilizacji europejskiej. Poza tym nie jest tak, że tylko "człowiek Zachodu" operuje stereotypami w myśleniu o innych kulturach, wręcz przeciwnie, sam jest przedmiotem stereotypizacji - przykładem jest przekonanie wielu mężczyzn w krajach arabskich, że Europejki przyjeżdżają tam głównie na tzw. sex holidays. Twierdzenie, że takie nastawienie nie istnieje jest równie prawdziwe jak twierdzenie, że w Polsce nie istnieje antysemityzm - to, że problem statystycznie nie dotyczy większości społeczeństwa, nie znaczy, że nie jest problemem. Podobnie jak podróżujących do Polski Żydów rażą antysemickie napisy, tak ja nie mam ochoty być podszczypywana po tyłku, kiedy zwiedzam muzułmańskie zabytki. Nawet jeśli winny tym incydentom jest w obu przypadkach niewielki procent społeczeństwa. W obu przypadkach bowiem mamy do czynienia ze stereotypowym, pełnym uprzedzeń obrazem przybysza z zewnątrz. A świadectwa tego typu zachowań są równie stare jak ludzkość. Wszyscy patrzymy na siebie przez pryzmat różnych stereotypów i oczywiście trzeba się wzajemnie poznawać i starać jak najlepiej rozumieć - ale nie za cenę wyrzekania się własnej tożsamości. Poznawanie obcych kultur jest fascynujące, ale nie dajmy się zwariować przekonaniu, że naprawdę dobrze byłoby się z nimi utożsamić.

Nawiasem mówiąc, w Europie nikt nie fotografuje się z napotkanym na ulicy Afrykańczykiem czy Azjatą, prawda? W Indiach - zwłaszcza tych oddalonych od głównych szlaków turystycznych - natomiast nagminne jest to, że pojedyncze osoby albo grupy ludzi proszą białych turystów o pozowanie z nimi do zdjęć. Dla mnie osobiście było to w sumie sympatyczne, ale wyobrażacie sobie wrzask, jaki podnieśliby przybysze z innych kontynentów, gdyby to ich w ten sposób traktowano w Europie albo Ameryce Północnej?

2. Nie jest prawdą (co autorka przytacza za prof. Ewą Thompson z Rice University w Houston), że polska kultura przedrozbiorowa była pozbawiona resentymentów. Owszem, wolna od nich jest twórczość renesansowych humanistów takich jak Jan Kochanowski, ale dominacja humanizmu w Polsce to zaledwie kilkadziesiąt lat w XVI wieku, a potem znajdujemy się w orbicie wpływów potrydenckiego katolicyzmu i sarmacka kultura XVII i XVIII staje się wielką paradą resentymentów i konserwatyzmu. Typowy sarmata gardził: chłopem, a jeszcze bardziej mieszczaninem; Żydem, a jeszcze bardziej Niemcem; Turkiem, ale jeszcze bardziej protestantem... Jest o tym świetny wiersz Wacława Potockiego, ziemianina walczącego z zacofanym sarmatyzmem, jeśli go znajdę w sieci, to dam link.

Mit sarmacki, wyrosły w XVI wieku z potrzeby stworzenia mitu założycielskiego, był u swoich początków mitem heroicznym (Sarmaci jako pogromcy Juliusza Cezara). Tylko że ten heroizm przekształcił się następnie z jednej strony w skrajny konserwatyzm społeczny (szlachcic polski niczym obywatel rzymski może z godnością jedynie nadzorować pracę na roli, gardząc wszelkim zajęciem), z drugiej w megalomańskie przekonanie o byciu narodem wybranym – i to wybranym do obrony Europy przed zalewem tureckim (kolonizacją) za cenę własnej krwi. Paradoksalnie zwycięstwo Sobieskiego pod Wiedniem przyczyniło się nie do heroizacji myślenia o samych sobie, ale do popularyzacji postaw cierpiętniczych – wydawać by się mogło, że taka wiktoria powinna zaowocować mnogością dzieł literackich sławiących męstwo i króla, a tymczasem na palcach można zliczyć staropolskie utwory na ten temat.

Nawiasem mówiąc najgłupszym politycznie aktem Sarmaty-Polaka-katolika była odmowa konwersji królewicza Władysława Wazy na prawosławie w celu zatrzymania tronu moskiewskiego, co dla każdego rozsądnie i perspektywicznie myślącego władcy byłoby polityczną oczywistością (Niemka Katarzyna Wielka nie miała takich oporów, podobnie jak wcześniej francuski protestant Henryk IV, który uznał, że „Paryż wart jest mszy” i przeszedł na katolicyzm) – ale nie dla Polaków i spolszczonych Szwedów. Tak, tak, powinniśmy byli skolonizować Moskwę, zanim ta zdążyła skolonizować nas.

Nie jest również prawdą, że w literaturze przedrozbiorowej nie ma cierpiętnictwa. Cały mit antemurale Christianitatis, przedmurza chrześcijaństwa, nie mówiąc już o sporej części twórczości sarmackiego poety Wespazjana Kochowskiego jest wielkim preludium do narodowego męczeństwa, stawia bowiem po raz pierwszy Polskę w roli mesjańskiej, a stąd już tylko krok do cierpienia za miliony.

3. Mam nieodparte wrażenie, że postkolonializm - który na samym początku swego istnienia przedstawił obserwacje prawdziwe, choć dość banalne, albowiem tak naprawdę sprowadzające się do znanej oczywistości, że w wyniku zetknięcia się i przenikania kultur powstają nowe zjawiska, a także że długotrwała niewola prowadzi do wykształcenia się tzw. mentalności niewolników - może stać się doskonałym wytłumaczeniem dla narodowego czy kulturalnego lenistwa i bylejakości. Nasza kinematografia jest do niczego i sami nie chcemy jej oglądać? Odpowiedź gotowa: przecież, biedne sierotki, wyszliśmy spod kolonialnego buta i niepewni swej tożsamości miotamy się między kolejnymi wzorcami narzucanymi nam przez dominujące cywilizacje. No pięknie, tylko dlaczego skolonizowani znacznie wcześniej i skuteczniej Czesi nie mają tego problemu? I przede wszystkim dlaczego nasza kinematografia w okresie szkoły polskiej i kina moralnego niepokoju święciła tryumfy na całym świecie?

4. Nie jestem w stanie się zgodzić, żeby te same miary przykładać do sytuacji potomków niewolników w USA, mieszkańców byłych kolonii afrykańskich, Indii (gdzie, w przeciwieństwie do Afryki , kolonizatorzy brytyjscy napotkali starą i potężną kulturę, tyle że technologicznie pozostającą w tyle w stosunku do Europy, no i na dodatek o całkowicie odmiennej mentalności: hinduizm w przeciwieństwie do chrześcijaństwa nie jest religią prozelityczną, a to jest jedną z podstaw zachodniego ekspansjonizmu) i państw pokomunistycznych. Już nie wspomnę o Ameryce Łacińskiej, gdzie zachowujące się "postkolonialnie" społeczeństwa składają się w wielkiej mierze z potomków kolonizatorów. To wszystko są całkowicie odmienne problemy i wrzucanie ich do wspólnej szuflady postkolonializmu jest umywaniem rąk.

5. Dzieje ludzkości są historią ścierania się idei cywilizacyjnych. Gdyby tak nie było, to my w Polsce zapewne do dziś łupalibyśmy krzemienie, a może powolutku własnymi siłami zaczynalibyśmy dochodzić do idei wytopu żelaza. Już bowiem w epoce kamienia plemiona (a nawet gatunki ludzkie) lepiej przystosowane wypierały bądź zmieniały te, które nie opanowały np. nowych technik wytwarzania narzędzi czy też – już później – nie wynalazły rolnictwa czy pasterstwa. Szansę przetrwania dawało tym słabiej rozwiniętym przyjęcie nowinek przyniesionych przez przybyszów z zewnątrz; w ten sposób wynalazki rozprzestrzeniały się, a wraz z nimi cywilizacja ogarniała coraz większe połacie świata. W wyniku procesów, które z punktu widzenia Teorii należałoby nazwać kolonizacyjnymi, upadały i powstawały cywilizacje i jeśli nasze czasy różnią się czymkolwiek od tych dawnych, to szybkością przepływu informacji oraz bardzo silną i powszechną świadomością, że każdy kontakt kulturowy niesie z sobą nieuchronne zmiany, w związku z czym tworzymy muzea i archiwa, żeby utrwalać to, co świadczy o mijających czasach.

Jeniec w perskim stroju, rzeźba hellenistyczna, Luwr
wtorek, 05 czerwca 2007
Nieredukowalna heterogeniczność dyskursów

Nie znoszę postmodernizmu. Po części zapewne dlatego, że póki co pracuję z niemal samymi jego wielbicielami, ale mimo wszystko głównie dlatego, że uważam go za to, co Alan Sokal określił mianem "intellectual hoax", intelektualnego oszustwa - gdy później książka jego i Jeana Bricmonta pt. Intellectual impostors została wydana po polsku, otrzymała tytuł Modne bzdury - z mojego obecnego punktu widzenia pasuje jak najbardziej.

Wczorajszy wieczór pogłębił tylko moją niechęć do po-mo. Nie chcąc ryzykować kolejnej awantury o zaniedbywanie obowiązków służbowych (czytaj: olewanie nic mnie nie obchodzących referatów), wybrałam się bowiem na wykład Światłego Kolegi poświęcony Wybitnemu Współczesnemu Poecie. Sam referat byłby jeszcze do zniesienia, albowiem głównie był nudny, ale potem się zaczęło. W dyskusji padały takie mianowicie sformułowania:

  • przedmioty obdarzone funkcją indeksalną
  • liczman nihilizmu
  • dezintegracja wizerunku czytanego tekstu
  • eksces jako poziom wyporności wiersza

Ten ostatni zwłaszcza nie przestaje mnie swą bełkotliwością zachwycać. Po pierwsze bowiem o ile wiem, wyporność to mają statki, po drugie - eksces w języku polskim ma znaczenie zupełnie inne niż zamierzył sobie pretensjonalny pseudo-intelektualista, który zabrał głos w dyskusji (niestety nie mam pojęcia, kto to był, ale wróżę mu wielką przyszłość kolejnego guru w instytucji, w której przyszło mi pracować).

Dyskutant ów mówiąc "eksces" miał oczywiście na myśli "nadmiar" - istotnie, słówko to pochodzi od łacińskiego czasownika excedo, excedere, excessi, excessum, które między innymi (aczkolwiek na dość dalekim miejscu w słowniku) oznacza wychodzenie poza coś, przekraczanie (czegoś). Problem zaś w tym, że "eksces" (częściej w liczbie mnogiej: ekscesy) oznacza nieakceptowalny społecznie wyczyn - owszem, przekroczenie, ale głównie norm społecznych w zachowaniu.

Było w tym coś nostalgicznego, przypomniały mi się bowiem pierwsze zajęcia z gramatyki opisowej, kiedy to po raz pierwszy zetknęłam się z mówieniem "redundantny" zamiast "zbyteczny", "relewantny" zamiast istotny i "irrelewantny" zamiast "nieistotny". Po prawdzie powinnam była już wtedy uciekać z tych studiów - uniknęłabym teraz siedzenia na dyskusjach, w których padają wyżej wymienione frazy.

Dzięki wczorajszemu doświadczeniu zrozumiałam jednak wreszcie, dlaczego PT Prelegent kilka miesięcy temu zapytał mnie, na jakiej podstawie uważam pierwotne znaczenia słów za prawdziwe - wtedy zatkało mnie tak, że nie odpowiedziałam: "zdrowego rozsądku".

Dziś dotarło do mnie, że postmodernizm to taka nowomowa: mówi się "dyskurs filozoficzny" zamiast filozofia, gest zaprzeczenia zamiast sprzeciw, no i nadaje zupełnie dowolne znaczenia starym słowom. A ja niestety jestem tradycjonalistką i lubię rozumieć słowa, których używam, i które słyszę.

Kilka lat temu zabawialiśmy się z moim Eks tworzeniem prowokacji intelektualnej na gruncie polskim (nawiasem mówiąc została opublikowana i nikt się do dziś nie zorientował) - w ramach czego wymyślaliśmy najbardziej absurdalne zestawienia mądrze brzmiących słów. Zatrzymaliśmy się w tej radosnej twórczości, kiedy wymyśliliśmy sformułowanie figurujące jako tytuł niniejszego wpisu, a oznaczające ni mniej ni więcej, tylko niemożność porozumienia. Uznaliśmy, że coś tak idiotycznego nie przejdzie i zostaniemy natychmiast zdemaskowani. Dziś nie jestem już tego taka pewna, przeciwnie, obawiam się, że termin ten mógłby wzbudzić zachwyt Teoretyków. Może go jeszcze kiedyś wykorzystam.

Akrobatka, brąz hellenistyczny, skądinąd uchwyt jakiegoś naczynia, British Museum

PS. Wszystkim, którzy jeszcze wierzą w postmodernizm, polecam - oprócz lektury Sokala/Bricmonta - stronę z "generatorem artykułów postmodernistycznych": http://www.elsewhere.org/pomo

Zakładki:
...
Blogi (i foto) moje
Blogroll
Miejsca w necie
Ulubione - artystycznie
Ulubione - filmowo
Ulubione - literacko
Ulubione - muzycznie
Ulubione - naukowo
Ulubione - przyrodniczo
Ulubione - zabawnie
Z tego bloga czyli moje ulubione lub najpopularniejsze notki
Tagi
       

       Copyright